Energetyczne gry

Gaz przetaczany pod powierzchnią Bałtyku i tankowce pływające przez Cieśninę Ormuz, choć geograficznie odległe, mają ze sobą wiele wspólnego. I obie podejrzanie interesują Wuja Sama.

Komisja spraw zagranicznych amerykańskiego Senatu przyjęła projekt ustawy nakładającej sankcje na przedsiębiorstwa biorące udział w budowie gazociągu Nord Stream 2. projekt autorstwa senatorów Teda Cruza i Jeanne Shaheen poparli zarówno demokraci jak republikanie. Za jego przyjęciem głosowało 20 członków komisji, przeciw padły dwa głosy.
Jeśli wejdzie w życie ustawa zabroni wjazdu do USA wszelkim osobom mającym związek ze „sprzedażą, dzierżawą, udostępnianiem lub pomocą w udostępnianiu statków” do układania rosyjskich gazociągów morskich na głębokości 30 metrów i więcej, a także zamrożenie ich aktywów, znajdujących się pod jurysdykcją Stanów Zjednoczonych. Takie sformułowanie oznacza, że zapisy ustawy będą mogły się stosować również do budowy innych gazociągów, na przykład między Rosją a Turcją.
Projekt powiela modelowe rozwiązania chętnie stosowane przez USA wobec firm i osób wziętych na celownik, opierające się na założeniu, że prawodawstwo amerykańskie może się rozciągać na wszystkich, którzy robią coś, co Ameryce się nie podoba. A nawet ingerować w sprawy, które Stanów Zjednoczonych nie dotyczą, nie dzieją się na ich terytorium i penalizować działania innych niż amerykańskie podmioty w nich uczestniczących. Już sam tytuł ustawy „Ustawy o ochronie bezpieczeństwa energetycznego Europy” brzmi ciekawie, bo – jakkolwiek sprawa budowy gazociągu Nord Stream 2 w Unii Europejskiej budzi kontrowersje i jest niechętnie traktowana przez szereg państw (m.in. Polskę), obrona „bezpieczeństwa energetycznego” kontynentu położonego po drugiej stronie Atlantyku w stosunku do USA jest obroną nieproszoną. Inna tylko sprawa, że tytuł mówiący wprost, że chodzi o obronę amerykańskich interesów przed konkurencją w postaci możliwości zwiększenia dostaw rosyjskiego gazu do Zachodniej Europy (przepustowość Nord Stream 2 ma wynieść miliardów metrów sześciennych gazu rocznie) wobec ambicji zastąpienia ich droższym skroplonym gazem amerykańskim. A zatem – jest to czysta hipokryzja i obrona nie Europy, a własnych interesów ekonomicznych.
Należy spodziewać się, że ustawa – choć musi być jeszcze przyjęta przez obie izby Kongresu i ewentualnie „sklejona” z projektem przygotowywanym przez Izbę Reprezentantów oraz podpisana przez prezydenta – wejdzie w życie. Pytanie, czy na tyle szybko, żeby faktycznie mogła zablokować budowę Nord Stream 2, bo według szefa austriackiego koncernu naftowo-gazowego OMV Rainera Seele układanie rurociągu zostało już zakończone w 70 proc. Oznacza, że pierwszy gaz może popłynąć jeszcze w tym roku.
Tymczasem sankcji doczekał się irański minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif. Amerykański Departament Skarbu ogłosił w tym samym komunikacie wszakże przedłużenie zgody na działanie zagranicznych firm biorących udział w irańskim cywilnym programie nuklearnym. Te sprzeczne sygnały tłumaczy, że dzięki temu jest wgląd w jego funkcjonowanie.
Z kolei amerykańskie projekty zablokowania Iranu poprzez zorganizowanie wspólnej misji wojskowej w cieśninie Ormuz, przez którą przepływa ok. 20 proc. światowego handlu ropą naftową, zorganizowanej pod hasłem „obrony bezpieczeństwa żeglugi” poza Wielką Brytanią nie spotykają się z entuzjastycznym przyjęciem. Zdecydowanie negatywnie wypowiedział się o niej wicekanclerz i minister finansów RFN Olaf Scholz. Słowa Scholza należy uznać za wiążącą decyzję, gdyż zastępuje on faktycznie Angelę Merkel podczas urlopu. W publicznej telewizji ZDF powiedział on, iż ewentualny udział Niemiec w sporze między Iranem i Stanami Zjednoczonymi mógłby doprowadzić do dalszej eskalacji konfliktu, a sytuacja w regionie jest już i tak nadzwyczaj napięta.
Inicjatywa powołania wspólnych sił morskich operujących w tym rejonie pojawiła się po incydentach z udziałem jednostek irańskich oraz po zatrzymaniu przez Iran brytyjskiego tankowca Stena Impero pod zarzutem dokonania wykroczeń.

Bałtycka rura pokoju?

W barszczu kampanii wyborczej, rosole walk z kościelnymi pedofilami, polskiej opinii publicznej umknęło wiele ważnych, dziejących się fundamentalnych wydarzeń.

Nie wszyscy odnotowali, że państwo polskie właśnie zakończyło spór z państwem duńskim o bałtyckie terytoria. O tak zwaną „szarą strefę” leżąca między polskim bałtyckim wybrzeżem a duńską wyspą Bornholm. Teraz strefa ta została podzielona na duńską i polską strefę ekonomiczną. Duńczycy dostali znacznie więcej ze spornego od 40 lat terytorium. Polka za zgodę na mniejsze terytoria dostała duńską akceptację na budowy polskich morskich farm wiatrowych i wsparcie dla budowy gazociągu Baltic Pipe.
Czas pokaże, czy taki podział morza był strategicznie dla Polski korzystny.
Baltic Pipe ma połączyć polski system przesyłowy gazu ziemnego z systemem duńskim. I dzięki temu także z europejskim systemem transportującym gaz ziemny ze złóż norweskich.
Porozumienie o jego budowie podpisały w 2007 Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, duńska firma Energinet oraz operator gazociągów przesyłowych Gaz-System. W listopadzie 2018 podpisano umowę pomiędzy Polska a Danią o budowie gazociągu. Jego ukończenie spółka PGNiG planuje do 2022 roku.
W 2017 na podstawie sporządzonego studium opłacalności przedsięwzięcia uznano, że gazociąg będzie zyskowny przy rocznych dostawach do Polski 10 mld metrów sześciennych gazu. Dzięki temu, po wygaśnięciu obowiązującego do 2022 roku kontraktu na dostawy gazu z Gazpromem, nowy gazociąg pozwoli na zmianę głównego, czyli rosyjskiego, kierunku dostaw gazu do Polski. A może nawet umożliwi jego reeksport.
Gaz polityczny
Polsko-duński podmorski gazociąg ma być odpowiedzią na zagrożenia wynikające z budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu Nord Stream II. Poprowadzonego z rosyjskiego Wyborgu do niemieckiego Greifswaldu.
O długości ponad 1200 kilometrów. Ukończenie tej inwestycji zaplanowano na 2020 rok.
Zdaniem obecnego polskiego rządu projekt ten stanowi zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego dla Polski i innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Zwłaszcza dla Ukrainy, która może dodatkowo utracić też wpływy z tranzytu rosyjskiego gazu do Europy.
Nord Stream II wzmocni także pozycję rosyjskiego Gazpromu, który już korzysta ze swej monopolistycznej pozycji w Europie Środkowo – Wschodniej. Gdyby przyszłości Gazprom skupił swą aktywność przesyłową tylko na podmorskich gazociągach, to straty na tranzycie rosyjskiego gazu mogą ponieść także państwa bałtyckie i Polska.
Gazociąg Baltic Pipe został uznany przez Komisję Europejską jako „Projekt o znaczeniu wspólnotowym” i otrzymał dofinansowanie z funduszu „Łącząc Europę”.
Być może taka przychylność Komisji spowodowana jest ciągłymi, nieskutecznymi, ale głośnymi propagandowo próbami zablokowanie przez polski rząd niemiecko- rosyjskiego gazociągu Nord Steream II. Wygląda na to, że Komisja proponuje polubowne rozwiązanie. Niech Polacy skupią się na budowie z Duńczykami swojej pomorskiej rury, a Niemcy i Rosjanie dokończą budowy swojej.
W niedalekiej przyszłości gazociąg Baltic Pipe ma stanowić wraz z otwartym w 2015 roku gazoportem w Świnoujściu tak zwaną „Bramę Północną”, czyli system infrastruktury pozwalający na import gazu od konkurencyjnych firm wobec rosyjskiego Gazpromu. Podstawę „strategii niezależności gazowej Polski”.
Powinna ona zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne naszego kraju, dać możliwość sprowadzania drogą morską i podmorską gazu ziemnego pochodzącego z każdego zakątku świata. Dzięki temu Polska z dużego konsumenta gazu ziemnego może także stać się w przyszłości dużym ośrodkiem jego dystrybucji.

Rok 2022

Polska importuje z Rosji ropę naftową w ilości ponad połowy krajowego zapotrzebowania. W ostatnich latach lawinowo rośnie import węgla kamiennego z Rosji. W obu przypadkach rząd polski i jego eksperci, nie mówią o „zgorzeniu bezpieczeństwa energetycznego” ze strony Rosji. Ani o „strategii niezależności energetycznej”.
Nawet kiedy dostarczana nam rosyjska ropa naftowa zostaje zanieczyszczona, jak to stało się niedawno, to polscy odbiorcy zachowują wielką powściągliwość i zrozumienie dla problemów rosyjskich dostawców.
W przypadku gazu ziemnego jest inaczej. Zapewne nie tylko dlatego, że import rosyjskiego gazu ziemnego zaspakaja ok.60 procent polskiego zapotrzebowania na ten surowiec.
Gaz ziemny został upolityczniony w Europie Środkowo- Wschodniej przez sprzedające go koncerny i wpierające je rządy.
Budując pierwszy Nord Sream władze Rosji chciały nie tylko zyskać efektywne ekonomicznie połączenie z Niemcami i odbiorcami z Europy zachodniej, ale też ukarać buntującą się wobec polityki Kremla Ukrainę. Pozbawić ją wpływów z opłat tranzytowych. Władze polskie wsparły Ukrainę, bez większej ekonomicznych korzyści dla siebie zresztą.
Wtedy też rosyjski monopol na dostawy gazu w Środkowej Europie próbowali po raz pierwszy złamać dostawcy norwescy. Ale wówczas nie było jeszcze infrastruktury przesyłowej, ani europejskich funduszy wspierających budowę nowych gazociągów.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat na polskim i środkowo- europejskim rynku pojawili się nowi, bardzo mocni i ekspansywni gracze.
Importerzy skroplonego gazu z Kataru wabiący niskimi jego cenami na wejściu.
Rynkiem gazu potrząsnął prezydent USA Donald Trump nie wstydzący się roli komiwojażera amerykańskich koncernów energetycznych. Jego oferta polityczno-biznesowa jest prosta. Po pierwsze – sprzedamy wam bezpieczeństwo, jeśli kupicie nasz gaz i nasze uzbrojenie. Po drugie – nie targujcie się o cenę gazu i uzbrojenia, bo bezpieczeństwo narodowe jest bezcenne.
To wszystko spowodowało, że Gazprom przestał mieć monopol na sprzedaż gazu w tym regionie. Choć nadal działa jakby to jeszcze nie dotarło do kierownictwa tego koncernu.
W 2022 roku kończy się wcześniejszy, wieloletni polski kontrakt z rosyjskim Gazpromem na dostawy gazu. Kontrakt wielokrotnie krytykowany przez ekspertów związanych z PiS.
Już dzisiaj wielu z polityków PiS zapowiada, że po 2022 roku Polska nie będzie już kupować gazu od Gazpromu. Bo ukończona do roku 2022 infrastruktura „Bramy Północnej” pozwoli na dostawy tego surowca od innych, nierosyjskich eksporterów.
Na razie mamy jeszcze rok 2019. Gazoport w Świnoujściu już działa, ma być rozbudowywany. Ale budowę Baltic Pipe zaplanowano dopiero na lata 2020 – 2022.
Chociaż umowa z Gazpromem kończy się za trzy lata, to już teraz polski rząd demonstruje swą niechęć do negocjowania przedłużenia tego kontraktu. Stawia wszystko na Baltic Pipe.
Być może jest to tylko taka pokerowa zagrywka negocjacyjna. Żeby wycisnąć z Gazpromu najlepszą cenę. Ale co będzie jeśli budowa polsko-duńskiej „bałtyckiej rury” opóźni się? I wtedy z wybrednego klienta staniemy się przypartymi do nieczynnej rury petentem?
Stawka jest wysoka jak na polityczne, rusofobiczne gry.

Szczególne jak zachowanie psa

Po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Białym Domu nie sposób oprzeć się wrażeniu, że po raz kolejny za jakiś czas – i to pewnie niedługi – wypadnie powiedzieć sobie „i po co nam to było”. A właściwa odpowiedź na nie będzie brzmiała: „Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”.

 

O wizycie prezydenta Dudy w Waszyngtonie napisano już wiele. Od apologetycznych peanów w mediach publicznych, poprzez umiarkowane peany innych mediów mainstreamu – bo przecież „szczególne relacje” jakie Polska ma jakoby z USA są bożyszczem tak PiS, liberałów jak i części lewicy – aż do komentarzy z radykalnie lewej strony – krytycznych i prześmiewczych. Nie ma sensu więc powtarzać tego wszystkiego tutaj i zastanawiać się, czy dopuszczenie do biurka Donalda Trumpa to zaszczyt wielki, czy tylko umiarkowany.

Nie ma co też zastanawiać się nad pustosłowiem podpisanej umowy, której polska dyplomacja wychwala jako epokowy sukces, usiłując przekonać nas, że stanowi ona podstawę do jakiejś współpracy i dlatego to nie ma w niej konkretów (skądinąd poza zobowiązaniem Polski do zwiększania wydatków na zbrojenia).

Nie ma też co komentować, że otrąbiony już wcześniej „wielki sukces” prezydenta Dudy sprowadził się do potwierdzenia tego, o czym mówiło się już dawno. Do potwierdzenia, że Polska w imię niechęci do gazu rosyjskiego, pod hasłem „uniezależnianie się Rosji”, będzie kupować znacznie droższy skroplony gaz amerykański – i nadaremnie walczyć z „Nord Stream 2”, którego sam Trump nie myśli obkładać sankcjami, co wskazuje, że i tu wysuwamy się przed szereg. Ale to, co było przebąkiwane już wcześniej, że Polska miałaby zapłacić za stworzenie amerykańskiej bazy – to jednak pewnego komentarza wymaga.

Abstrahujmy od pytania, czy baza taka (czy w ogóle zwiększanie amerykańskiej obecności wojskowej na „wschodniej flance”) jest Polsce potrzebna – bo ten temat wielokrotnie był analizowany – i czy konieczna była czołobitna propozycja jej nazwy – „Fort Trump”, bo tu chodzimy na teren groteski. A już nad sprawą kosztów warto się zastanowić. W mediach pojawiała kwota 2 mld. dolarów, czemu MON zaprzecza, ustami ministra Mariusza Błaszczaka twierdzącego, że o kosztach nie mówiono. Choć trudno mu do końca wierzyć, bo pojawiły się też sugestie że mówiono, a nawet, że pojawiała się jakaś większa kwota. Ale czy Polska nie mogłaby wydać tych pieniędzy na coś bardziej praktycznego i potrzebnego? Przypominanie, że „niektóre kraje” płacą Amerykanom za obecność ich wojsk jest wielce mylące, bo przykład ten to Korea Południowa. Od kilku miesięcy postępuje na Półwyspie Koreańskim odwilż, ale przypomnijmy – mowa o kraju, który nadal formalnie jest w stanie wojny ze swoim sąsiadem. Polska – szczęśliwie nie jest w podobnej sytuacji. Nie mówiąc też o tym, że jak kwitnienie przyjaźni między prezydentem Mun Dze Inem a przewodniczącym Kim Dzong Unem postąpi dalej, to może być i tak, że Seul te wydatki może uznać za bezzasadne.

Rzecz najpoważniejsza leży jednak w samej zasadzie i momencie, kiedy sprawa ta się pojawiła.

Dorobiona do tego jest ideologia w myśl zasady, że naczelną racją polskiej polityki wojskowej ma być strach przed jakoby zagrażającej Polsce, agresywnej Rosji. Konsekwentnie przez ostatnie lata wpajano nam przekonanie, że takie zagrożenie istnieje, i robiły to praktycznie wszystkie opcje polityczne. Należy jednak zwrócić uwagę, że Rosja – Rosją, ale że przede wszystkim jednak jest to akt wrogi w stosunku do europejskich sojuszników z NATO.

W obrębie Sojuszu Północnoatlantyckiego toczy się ostra dyskusja o tym, czy zwiększać budżety obronne (do czego większość europejskich państw z Niemcami na czele wcale się nie pali) i czy europejscy członkowie NATO mają płacić Amerykanom za obronę. Różnice zdań w tych sprawach omal nie doprowadziły do fiaska ostatniego szczytu Sojuszu Brukseli w lipcu 2018 r. Zapobiegła temu prawdopodobnie tylko świadomość faktu, że zaraz po nim Donald Trump miał spotykać się z Władimirem Putinem i uznano, że wobec tego może lepiej zminimalizować wrażenie rysującego się poważnego pęknięcia. Teraz jednak Polska, schlebiając swoim antyrosyjskim fobiom, uznała że Niemcom i Francji należy pokazać figę. I jeszcze za to zapłacić. A skoro jakoby polska doktryna zakłada, że NATO ma nas przed czymś bronić, to czy rozbijactwo tego rodzaju jest najlepszą drogą do jego wzmacniania? W imię wspierania koncepcji, że NATO ma być sterowane za pomocą amerykańskiego dyktatu.

Donald Trump nie gra może na rozbicie NATO, bo w końcu to jednak instrument amerykańskiej polityki w Europie, ale na rozbicie Unii Europejskiej – jak najbardziej. I tym ruchem do jego gry Polska przyłożyła rękę. Za co nam pewnie bliżsi sąsiedzi nie raz podziękują. Czy zatem naprawdę konieczne było i tego, kolejnego kroku, za pomocą którego jeszcze bardziej Polska staje się wyizolowana w swoim otoczeniu?

Polscy politycy i decydenci polityki zagranicznej uwielbiają się chełpić jakimiś domniemanym „szczególnymi relacjami” z USA. Jak ta szczególność się przedstawia – w to już nikt nie wchodzi. Starczy że ktoś w Waszyngtonie powie kilka słów zachęty, pogłaszcze po główce i „szczególność” relacji już jest. Jednak w relacjach dwustronnych między Warszawą a Waszyngtonem jest sprawa, którą można uznać za rodzaj papierka lakmusowego do ich oceniania. I o niej trzeba na koniec powiedzieć. Ta sprawa nazywa się wizy.

W czasie różnych poprzednich spotkań na najwyższym szczeblu słowo to pojawiało się, a kolejni amerykańscy prezydenci składali przynajmniej jakieś nieszczere i nigdy nie spełnione obietnice. Prezydentowi Dudzie prezydent Trump nie raczył uczynić i takiego gestu. Słowo „wizy” nawet się nie pojawiło. Co pokazuje dobitnie, że szczególność polskich relacji z Ameryką jest mniej więcej taka, jak szczególne było zachowanie psa w sławetnym opowiadaniu o Sherlocku Holmesie.

I nie ma co tu bić piany, jakoby w relacjach między prezydentami była jakakolwiek chemia.