„Gierek i Jaroszewicz w internacie”

Janusz Rolicki przeprowadził i opublikował dwa tomy wywiadów-rzek z Edwardem Gierkiem oraz wywiad-rzekę z Piotrem Jaroszewiczem. Uzyskał więc obszerną wiedzę o ich biografiach. W 1994 roku postanowił wykorzystać ją do napisania sztuki scenicznej, której akcja usytuowana jest w obozie dla internowanych, w którym osadzeni zostali niektórzy członkowie byłej ekipy rządzącej PRL w latach 1971-1980, zwanej popularnie ekipą „gierkowską”. Zatytułował ją „Gierek i Jaroszewicz w internacie”, a tytuł opatrzył informacją, że to „farsa w trzech aktach – opowieść miejscami tragiczna, z życia wyższych sfer”.

Ten podtytuł jest jeszcze bardziej sarkastyczny niż tytuł, bo w gronie bohaterów sztuki znaleźli się się działacze polityczni najwyższego szczebla, którzy jeszcze półtora roku wcześniej sprawowali najwyższą władzę w kraju.
W grudniu 1981 roku zostali internowani i znaleźli się w sytuacji krańcowo dla nich upokarzającej z moralno-psychicznego punktu widzenia, jak radykalnie niekomfortowej fizycznie („spartańskie” warunki pobytu w ośrodku).
Jeden i drugi aspekt ich położenia czynił jaskrawy kontrast z ich niegdysiejszą rolą elity władzy, czyli „wyższych sfer”. O ile w tytule sztuki nazwiska jej dwóch głównych bohaterów podane są expressis verbis, o tyle w zwyczajowej liście „osób” sztuki określeni są jako „pierwszy sekretarz partii” i „wysoki by premier”.
Pozostali, występujący w sztuce członkowie byłego kierownictwa ukryci są pod „mianami”, według reguły „sztuki z kluczem”. Pod mianem „Jerzy, ważny członek byłego Biura Politycznego” kryje się najprawdopodobniej Jerzy Łukaszewicz, „Zbigniew niechciany, członek BP”, to wedle największego prawdopodobieństwa, Zdzisław Grudzień, „Mały Były Premier” to Edward Babiuch, „Kobieta internowana”, to (?) Teresa Andrzejewska, „Korpulentny wicepremier” to (?) Jan Szydlak, „Wicepremier Drugi” to (?) Tadeusz Pyka. Trudniej zidentyfikować „Aktualnego Posła”.
Akcja sztuki rozpoczyna się od rozmowy między „Pułkownikiem” a „Porucznikiem”, którzy uczestniczą w czynności przyjęcia internowanych w ośrodku odosobnienia.
Od pierwszych zdań pojawia się konflikt między internowanymi a Pułkownikiem i Porucznikiem, którzy są do nich usposobieni wrogo i nastawieni na ich upokarzanie, jako osób „winnych doprowadzenia kraju do ruiny”, co Pułkownik wyraża wprost i w sposób ostry. Pierwszy akt sztuki, to rozmowa dwóch wspomnianych oficerów, w której odzwierciedla się nie tylko komentarz do bieżącej sytuacji, do wprowadzonego stanu wojennego, ale także odniesienia do gierkowskiego dziesięciolecia, do pojawienia się regularnej opozycji z KOR-em Kuronia i Michnika na czele („chłopaki śledzili tych korowców, kapeenowców i dipowców i innych śmierdzieli, chodzili jak im przykazano za nimi krok w krok od Wiejskiej do Alei Róż czy na Ursynów i z powrotem”), do „Solidarności” i Wałęsy z jego „drugą Japonią” do postawy przywódców bratnich krajów z Breżniewem na czele. Jednocześnie rozmówcy wymieniają się gorzkimi uwagami na temat uwarunkowań i „kuchni” swojej służby w minionym dziesięcioleciu. Dialog ten, „podlany alkoholem”, napisany został z bardzo dobrym wyczuciem językowym.
W kolokwialny, bezładny, pełen wulgaryzmów język obu rozmówców wplątane są zwroty zaczerpnięte z frazeologii biurokratycznej i publicystycznej tamtych czasów. Besztając internowanych, Pułkownik zwraca się do nich słowami: „I wybijcie sobie z głowy, ze ja wam do kurwy nędzy dam nowy dom. To nie wypoczynek na Krymie, czy w rezydencji rządowej, to jest kara za woluntarystyczną politykę i za rujnację kraju. Polska jest dziś w ruinie! Przez was to społeczeństwo i ten naród nie dojada i znielubiło socjalizm. I przez was powstała „Solidarność”.
W innym fragmencie rozmowy, Pułkownik, mieszając język propagandowy z kolokwialnym i knajackim, mówi do Porucznika: „jak krew poleje się, nie od parady, a tak na serio i do tego strumieniami, to jak nic z jednej strony wezmą pod ścianę ekstremistów korowskich takich jak Michnik z Kuroniem, a dla równowagi pstrykną jeszcze kilku naszych obecnych klientów. Wszystko po to, aby naród myślał, że ciężko jest ale za to władzę ma sprawiedliwą”. W wywodach Pułkownika i Porucznika pojawiają się też akcenty antysemickie („Jaruzelski, Kiszczak, Janiszewski, Tuczapski, Piotrowski, Hermaszewski. Kurwa, po tych nazwiskach to za diabła nie poznasz. Kiedyś Żyd był Żyd. Nazywał się jak trzeba: Rozenzweig, Hirszberg, Baumiler, Cymbergaj, a dziś nawet za Radziwiłła nie można dać głowy”, deklaracje („Ja to Żydów nie lubię”, Ja też”) i dłuższe wywody o intelektualnych przewagach Żydów („te skurwiele są od nas inteligentniejsi”, „jak oni mają nie być od nas mądrzejsi, skoro każdy Żyd uczy się musowo czytać już od trzech tysięcy lat”). Zaznaczając swoją przewagę wykształcenia nad Porucznikiem, który zadaje mu pytanie: „A może ty Stefek, sam tego jesteś, skoro tak gadasz? – to mówiąc poprawia sobie bródkę charakterystycznym gestem”, Pułkownik odpowiada: „Jak cię zamaluję, to się nogami nakryjesz. Wiedz neptku, że nie ma historii filozofii bez starozakonnych. Posłuchaj: Spinoza, Hegel, Feuerbach, Marks, Lenin…”. „Porucznik ze zgrozą: „Jezus, Maria! Marks i Lenin?”
Pułkownik wyraża też swoją „filozofię polityki”: „w socjalistycznym kraju skrojonym jeszcze przez Batiuchę Stalina, nie można bezkarnie bawić się w pseudodemokrację.
Każde dziecko u nas wie, że realny socjalizm, to jest taki ustrój, w którym trzyma się społeczeństwo, zresztą dla jego dobra, za mordę. A Gierek, gdy oni zorganizowali KOR czyli splunęli jemu i nam wszystkim w twarz, otarł się jedynie i udał, że nic się nie stało. No to te sukinsyny dały mu wtedy popalić. I mało im było tego darcia gęby na użytek zagranicy, to jeszcze zrobili „Latające Uniwersytety”, a w końcu wzięli się za poligrafię. I było jak w ruskim filmie hajda trojka śnieg puszysty”. Dialog a jednocześnie akt pierwszy kończy Pułkownik: „Po solidnej pracy należy się solidny wypoczynek. Tak mówi Marks z Engelsem i katolickimi świętymi. Możecie już panowie do kurwy nędzy iść spać”.
Bohaterami aktu drugiego są internowani dygnitarze z Gierkiem i Jaroszewiczem na czele. Rozmawiają o swoim położeniu, rozpamiętują polityczną przeszłość, snują rozmaite hipotezy i domniemania związane z mechanizmami rządzącymi polityką i sprawowaniem władzy. („A kto uważasz zorganizował strajk lubelski? Nie było jeszcze „Solidarności”, a stanęło całe województwo, a po nim Wschodnia DOKP. Trzy dni ruskie wojska nie miały łączności kolejowej z NRD. To miało Gierka zniszczyć, a on ich przechytrzył i po ugodzie Jagielskiego ze strajkującymi pojechał jakby nigdy nic na urlop do Breżniewa. I to zmusiło Kanię i Jaruzelskiego do dalszego kręcenia korbką. A nie zaprzeczysz, że aby taki strajk lubelski miał miejsce, to musi być organizacja że ho, ho. (…) Bo moim zdaniem za tymi strajkami stali Kania i Jaruzel. Zresztą nieprzypadkowo Kruka, sekretarza wojewódzkiego w Lublinie, Kania nagrodził zaraz po naszym upadku stanowiskiem zastępcy członka Biura Politycznego. A chodziło wtedy o jedno: o pozbycie się Gierka. Bo dzięki poparciu Breżniewa był nie do ruszenia. A oni głupcy sądzili, że jak jego wywalą, a nas przy okazji, to zacznie się Bonanza”. (…) Kania z Jaruzelskim już praktycznie już w czasie zjazdu, w dużym stopniu, kontrolowali sytuację w partii, dlatego zgadzali się, żeby usunąć z Biura mnie, Olszowskiego, Tejchmę czy Kępę (…) Gierek natomiast zachowywał się jak dziecko we mgle”). Nawiązują też do swoich cech indywidualnych, toczą emocjonalne potyczki, wybuchają resentymenty, gdy n.p. Sekretarz Były mówi do Wysokiego Premiera: „(…) nie chciałem i nie potrafiłem wydzierać się na ludzi i ich obrażać, tak jak ty to robiłeś wobec swoich ministrów. Starałem się w stosunku do podwładnych i osób ode mnie zależnych być grzeczny. Nie zależało mi żeby powszechnie obawiano się mego chamstwa (…)”.
Akcja trzeciego aktu sztuki rozgrywa się 20 lat później i wpisuje się generalnie w tematykę, która była swego czasu eksploatowana życiu politycznym i publicystyce jako wątek „kapitalizmu nomenklaturowego”, ale pominę to, jako że nie przynależy on do tematyki zawartej w tytule.
Sztuka Janusza Rolickiego, mimo formalnych atrybutów właściwych tekstowi scenicznemu, nie jest dramatem w klasycznym sensie tego określenia. To raczej dynamiczne, naznaczone świetnym słuchem językowym, sceny dramatyczne. Mimo upływu 26 lat od powstania tego tekstu, nie doczekał się realizacji. A szkoda, bo to bardzo interesujące, barwne tworzywo dla widowiska o mechanizmach polityki. Polskiej?

Post scriptum: jeśli piszący te słowa nietrafnie odczytał (niektóre) skryptonimowane postacie sztuki z kluczem, to będzie wdzięczny za ewentualne korekty.

Polskiej muzyki złote lata 70-te

Pięćdziesiąt lat temu wkraczaliśmy w dekadę Edwarda Gierka; po początkowym znacznym politycznym i gospodarczym ożywieniu zakończyła się ona dotkliwymi zjawiskami kryzysowymi. Żadną wszakże miarą nie można tego powiedzieć o życiu kulturalnym; wręcz przeciwnie, lata siedemdziesiąte były tu dobrą kontynuacją poprzedniego piętnastolecia i wraz z nim stanowią ćwierćwiecze w dziejach polskiej kultury szczególnie owocne, oznaczające w naszej powojennej historii najwyższy jej wzlot.

W szczególniejszym stopniu dotyczy to polskiej muzyki, a zwłaszcza twórczości kompozytorskiej. W wieku dwudziestym – a pewnie i w całych dziejach naszej muzyki – nigdy nie śledzono na świecie tego, co powstawało w Polsce, z takim zainteresowaniem, z jakim czyniono to w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, czego wyrazem stał się choćby ukuty podówczas i powszechnie używany termin „polska szkoła kompozytorska”.
Zarazem dokonywały się w owych latach siedemdziesiątych w nowej polskiej muzyce ważne przemiany stylistyczne – następował odwrót od estetyki awangardowej, w tym wypadku zwłaszcza od sonoryzmu, trwały poszukiwania nowych, syntetyzujących eksperyment i tradycję, środków wyrazu muzycznego.
U kilku czołowych polskich twórców ten zwrot miał charakter radykalny. Krzysztof Penderecki, który już w swej „Pasji według św. Łukasza” z 1965 roku nawiązał do wielkiego europejskiego dziedzictwa muzycznego, zyskując sobie miano „konia trojańskiego awangardy”, teraz w swym Koncercie skrzypcowym i operze „Raj utracony” zwrócił się otwarcie ku estetyce neoromantycznej.
Niemal całkowicie odrzucił swe poprzednie doświadczenia Henryk Mikołaj Górecki, maksymalnie upraszczając formę i stosując tradycyjne środki dźwiękowe, czego przykładem stała się zwłaszcza słynna „Symfonia pieśni żałosnych” i Koncert klawesynowy; podobnie uczynił Wojciech Kilar, występując z głośnym „poliptykiem góralskim” – od „Krzesanego” po napisaną już w następnej dekadzie „Orawę”.
Istotne przemiany stylistyczne dały o sobie w tym okresie znać i w twórczości np. Włodzimierza Kotońskiego, Tomasza Sikorskiego, Romualda Twardowskiego, Krzysztofa Meyera czy też oryginalnie sięgającego do motywów ludowych Zygmunta Krauzego. Nowej postmodernistycznej stylistyce hołdowała też wstępująca wtedy z powodzeniem na arenę grupa kompozytorów najmłodszego pokolenia z Eugeniuszem Knapikiem i Pawłem Szymańskim.
Z drugiej strony wielu innych czołowych podówczas polskich twórców, od lat konsekwentnie kroczących swym własnym, oryginalnym i nowatorskim, ale nie tracącym łączności z tradycją szlakiem, potrzeby żadnego radykalnego zwrotu nie odczuwało i go nie doświadczyło.
Należał do nich i ten wedle ogólnego ówczesnego mniemania najpierwszy, nieledwie już żywy klasyk – Witold Lutosławski, należał inny z koryfeuszy naszej muzyki – Tadeusz Baird. Nie zmienił kierunku swych poszukiwań Kazimierz Serocki, pozostał sobie wierny również uznany spiritus movens wielu naszych ruchów awangardowych, Bogusław Schaeffer, w tych latach także autor unikatowego podręcznika „Wstęp do kompozycji”.
W rezultacie panorama polskiej twórczości kompozytorskiej tego okresu przedstawiała obraz wielce bogaty i jednocześnie wysoce zróżnicowany; wśród dzieł o największym znaczeniu i rozgłosie wyróżniają się w niej, poza już wymienionymi, „Preludia i fuga”, „Les espaces du sommeil” i „Mi-parti” Lutosławskiego „Magnificat” i „Przebudzenie Jakuba” Pendereckiego, „Ad Matrem” i II Symfonia „Kopernikowska” Góreckiego, „Concerto lugubre” Bairda, „Pianophonie” Serockiego, „Róża wiatrów” Kotońskiego, opera „Chłopi” Witolda Rudzińskiego, opera „Lord Jim” Twardowskiego, „Aus aller Welt stammende” Krauzego, III Kwartet smyczkowy Meyera, „Choreia” Marka Stachowskiego.
Nowa polska muzyka miała do swej dyspozycji bardzo już głośny w świecie festiwal
„Warszawska Jesień”, organizowany przez Związek Kompozytorów Polskich i obficie uposażany przez państwo, co pozwalało np. na częste na niego (i nie tylko na niego) sprowadzanie nawet monumentalnych zagranicznych przedstawień operowych. „Warszawska Jesień” była ważnym forum promocyjnym także dla kompozytorów z innych państw bloku wschodniego, w tym ze Związku Radzieckiego, dla niektórych z tych twórców przy tym wręcz rodzajem antytotalitarnej manifestacji; w tym kontekście dość groteskowo wygląda diagnoza Alexa Rossa w jego popularnej książce „Reszta jest hałasem”, upatrująca w „Jesieni” „odpowiedź Paktu Warszawskiego na Darmstadt i Donaueschingen” (czyli najważniejsze festiwale nowej muzyki w Europie zachodniej).
Od 1977 roku na „Jesieni” i w ogóle w Polsce mogły się pojawiać i dzieła przedtem objętych zapisem cenzury naszych twórców emigracyjnych – Andrzeja Panufnika i Romana Palestra. Poza Warszawą regularnie odbywały się też ważne festiwale muzyki współczesnej w Poznaniu i Wrocławiu; ba, przez sześć lat własny festiwal, otaczany ciepłym wsparciem władz ówczesnego województwa tarnobrzeskiego (co dziś usiłuje się negować), miała nawet debiutująca dopiero grupa kompozytorskiej młodzieży z rocznika 1951 z Knapikiem, Andrzejem Krzanowskim i Aleksandrem Lasoniem, potem czasem od miasta, w którym impreza się odbywała, nazywana pokoleniem Stalowej Woli (w 2020 roku do idei tej imprezy spróbowano powrócić).
Z festiwali o szerszym spektrum programowym międzynarodowe znaczenie zyskała „Wratislavia Cantans”; pojawiło się i wiele nowych, dla przykładu w Starym Sączu, Zakopanem czy Pszczynie. Z konkursów muzycznych tradycyjnie największym autorytetem się cieszył i frenetyczne zainteresowanie wzbudzał ten Chopinowski w Warszawie, a obok niego Konkurs im. Wieniawskiego w Poznaniu – skrzypcowy, lutniczy i kompozytorski; pod koniec dekady dołączył do nich Konkurs Dyrygentów im. Fitelberga w Katowicach.
Polska muzyczna sztuka wykonawcza rozgłosu naszej twórczości kompozytorskiej nie osiągała, ale i tu nie mieliśmy się czego wstydzić.
Obok plejady czynnych w tych latach wybitnych artystów dojrzałej generacji – tytułem symbolicznych przykładów wymieńmy choćby Halinę Czerny-Stefańską, Wandę Wiłkomirską czy Bogdana Paprockiego – wzeszła gwiazda Krystiana Zimermana i rozpoczęła się wielka kariera Ewy Podleś. Głownie za granicą działali Teresa Żylis-Gara, Wiesław Ochman, Jerzy Semkow.
U schyłku dekady mieliśmy w Polsce 10 teatrów operowych, 10 operetkowych, 19 filharmonii i 10 innych orkiestr symfonicznych (w tym 3 radiowe). Z nowych instytucji pojawiły się głośne Warszawska Opera Kameralna pod kierownictwem Stefana Sutkowskiego i Polska Orkiestra Kameralna pod dyrekcją Jerzego Maksymiuka, a także orkiestra filharmoniczna w Wałbrzychu i Teatr Muzyczny w Słupsku; w Poznaniu powstał słynny Polski Teatr Tańca pod kierownictwem Conrada Drzewieckiego. Rozpoczęło żywą działalność, skierowaną zwłaszcza ku mieszkańcom mniejszych ośrodków, Krajowe Biuro Koncertowe.
Nowe siedziby otrzymały teatry muzyczne w Szczecinie i Gdyni. Głównymi placówkami operowymi kierowali w tych latach m. in. Jan Krenz, Antoni Wicherek, Bohdan Wodiczko, Napoleon Siess, Mieczysław Dondajewski; szczególnie wiele ożywienia w polskie życie operowe wniósł po swym powrocie z zagranicy Robert Satanowski.
W Filharmonii Narodowej po epoce Witolda Rowickiego rozpoczęła się era Kazimierza Korda. Wielką Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach objął Stanisław Wisłocki. Wyjątkową pozycję zdobyły poznańskie chóry chłopięce Stefana Stuligrosza i Jerzego Kurczewskiego. W 1970 roku mieliśmy w polskich instytucjach muzycznych 8,1 mln słuchaczy i widzów, zaś w 1979 roku – 8,3 mln; dla porównania – w 1992 roku było ich zaledwie 4,8 mln, a w roku 2019 – tylko 6,4 mln.
Wielką, większą niż kiedykolwiek wcześniej i kiedykolwiek później, rolę w upowszechnianiu muzyki odgrywały radio i telewizja – dla przykładu audycje i programy Janusza Cegiełły, Jana Webera, Bogusława Kaczyńskiego. Pionierską propozycją w zakresie edukacji muzycznej najmłodszych stał się słynny poznański ruch „Pro Sinfonika”, stworzony i kierowany przez Alojzego Andrzeja Łuczaka. Polskie Wydawnictwo Muzyczne, na czele którego stał Mieczysław Tomaszewski, opublikowało w tych latach popularne przewodniki muzyczne – koncertowy, operowy, operetkowy i baletowy – w łącznym nakładzie ponad 150 tys. egzemplarzy. W 1979 roku PWM wydało pierwszy tom fundamentalnej Encyklopedii Muzycznej w nakładzie 50 tys. egzemplarzy; tom ostatni, dwunasty, udało mu się opublikować dopiero 33 lata później, w nakładzie już wielokrotnie mniejszym.
Do ideału było oczywiście daleko – choćby bardzo wiele do życzenia pozostawiało nauczanie muzyki w szkolnictwie ogólnokształcącym, koszmarnie kulała polska fonografia.
Właśnie pod hasłami wzmożenia działań na rzecz poszerzania kręgu odbiorców przebiegał zwołany w końcu 1979 roku wspólnym wysiłkiem władz i środowiska muzycznego Kongres Upowszechniania Kultury Muzycznej, największa (894 uczestników!) z kiedykolwiek odbytych publicznych rozmów o polskiej muzyce.
Niebawem wszakże, już po upadku Gierka, podczas pewnego spotkania na najwyższym szczeblu jeden z ówczesnych prezesów związków muzycznych (a przedtem współprzewodniczący Kongresu) w maksymalistycznym zapamiętaniu nazwał ową Polskę przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych „kulturalną pustynią”; jakich jednak w takim razie słów musiałby użyć do opisu sytuacji dzisiejszej?

Ja jestem desperat!

Profesor ma 81 lat. Oczy profesora mają tyle samo, ale wyglądają na 25. Błyszczą. Spotykamy się w wigilię polskiego początku pandemii koronowirusa. Na pasku jednego z kanałów biegnie informacja o tym, że premier zamyka szkoły na 2 tygodnie. Dziś już każde dziecko wie, że przerwa w nauce potrwa co najmniej do połowy kwietnia. W parę dni bezpieczny świat który znaliśmy przepadł i nie wiadomo czy kiedykolwiek wróci. A my dwaj, ja i profesor, trochę jak orkiestra na Tytaniku. O tym, o owym, bardziej o dawnym niż bieżącym. Bez pośpiechu i lęku. Dzwoniłem wczoraj do profesora. Ma się dobrze. Choć pozostaje w grupie ryzyka, nie zamierza poddać się chorobie bez walki. Ciągle nad czymś pracuje, coś opiniuje, snuje plany. Z Pawłem Bożykiem rozmawia Jarek Ważny.

Widzi Pan co się dzieje? Zamykają szkoły, wczoraj zakazali imprez masowych. Kultura i nauka schodzą do podziemi.
No niestety. Dla rządzących kultura i nauka to zawsze był jeden szajs. Nikt się z ich zdaniem nie liczył. Jak będą podskakiwać, to im trochę przykręcimy śrubę i po sprawie. Niektórych nie będziemy publikować…a co Pan tam ma na talerzu (rozmawiamy w kawiarni, kelnerka podała właśnie kawę i tosty)?
To keczup zwykły chyba…no tak. Chce Pan spróbować?
Nie, akurat niedawno wstałem od stołu, po śniadaniu.
Szczęściarz z Pana…
Akurat dziś mogłem pospać dłużej, bo wczoraj do późna czytałem. Doradcy prezydenta Dudy ds. Unii Europejskiej stworzyli taki materiał i wczoraj, późnym wieczorem, wysłali mi to mejlem dodając: profesorze, to jest tylko parę stron. Niestety te parę stron, to 120 kartek maszynopisu, zadrukowanych drobnych maczkiem jak cholera. Poza tym ten zespół który to pisał, mocno sili się na naukę, albo raczej na „naukawość”, więc przeczytałem 2/3, ale zachciało mi spać, i dzisiaj będę musiał doczytać resztę, ale to mordęga straszna…
A Pan to opiniuje w charakterze czy normalnie?
Oni wiedzą, że jak im coś powiem, to tak uważam, że nie mówię tego „pod władzę”.
Ale to są kwestie gospodarcze, ekonomiczne?
Głównie ekonomia, tak. Ale tu się towarzystwo zastanawia, czy Polska ma szanse do 2050 roku usamodzielnić się energetycznie. Czy jest taka szansa. Ja uważam że nie ma takiej szansy. Ktoś z nich wpadł na pomysł, że my się gazowo uniezależnimy od Ruskich. Rozbudowywać gazoporty, od Amerykanów z tych łupków, ale to nigdy nie będzie alternatywa dla Rosji. Oni są monopolistą i mają w ręku niesamowitą broń.
No właśnie, to czemu nie możemy się z nimi dogadać?
Ja to już mówię od dawna, ale ciągle walę głową w mur. Trzeba się z Ruskimi dogadać. Przecież my nie mamy z nimi żadnych konfliktów. Że samolot jest w Rosji, że zamach? To nie może stać na przeszkodzie, bo tracimy ekonomicznie na tym.
Swoją drogą, to zadziwiające, że administracja prezydencka zgłasza się do Pana po prośbie. Jakoś nie widzę punktu stycznego między prezydentem Dudą a Edwardem Gierkiem i jego głównym doradcą.
Zgłaszają się do mnie, bo ja dobrze znam Jarosława Kaczyńskiego. Znałem dobrze Lecha Kaczyńskiego. Obu braci spotkałem jesienią 1980 roku w Gdańsku. Miałem tam wykład na temat czy Polsce grozi kryzys gospodarczy. To organizowała Solidarność gdańska. Przyszło bardzo dużo ludzi. Miało się zacząć o 19, zaczęło się o 21 a skończyło o 1 w nocy. Super była w ogóle debata i atmosfera. Byli na niej obaj bracia. I później nie miałem z nimi wiele wspólnego. Aż do wyborów prezydenckich w 2005 roku. W przeddzień pierwszej tury zadzwonił do mnie dyrektor Opery Warszawskiej, Janusz Pietkiewicz, z którym przyjaźniliśmy się i zapytał: słuchaj, czy dziś nie spotkałbyś się z Lechem Kaczyńskim? Zorganizował u siebie takie spotkanie. Wiesz, mówi Pietkiewicz, dobrze by było, żebyś tego człowieka poznał. Twoje nazwisko on zna, oni wszyscy zresztą doskonale je znają. Przyjdź o drugiej, będzie moja żona, podejmiemy cię dobrą kawą, a po kwadransie przyjdzie Lech z żoną i pogadamy sobie o różnych rzeczach…
Brzmi cokolwiek zagadkowo…
Ale dla mnie bardzo interesująco, bo ja byłem przecież spoza tego establishmentu. No i rzeczywiście było tak, jak się umówiliśmy. Przyszedł Lech z Marią. Ona zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Niezwykle ciepła, ujmująca osoba. Rozmowa z nią była dla mnie prawdziwą przyjemnością. A sam akt rozmowy naszej też był dość ciekawy; oni mi zadawali pytania, głównie ona, a w trakcie tej naszej konwersacji dzwonił do Lecha Jarek, pamiętam siedem razy dzwonił; o czym oni rozmawiali to nie wiem, bo Lech szedł wtedy na drugą stronę salonu, przytykał komórkę ręką i coś tam szeptali. Potem wracał i wracaliśmy do tematu; głównie ich interesowały moje osobiste sprawy; losy mojego ojca na Sybirze, mojej matki, lata wojny, UPA, relacji rodzinnych, takie rzeczy. Ja im to wszystko opowiadałem, oni słuchali w skupienia, Maria Kaczyńska, to pamiętam miała łzy w oczach, jak te koleje losu moich bliskich im referowałem. Rozmowa trwała 2,5 godziny. Chwilę później Lech został prezydentem. Ja kontaktu już nie odnawiałem, wymieniliśmy się telefonami, ale nigdy już żeśmy się nie spotkali. Za to 3 albo 4 lata temu zadzwoniła do mnie sekretarka Jarosława…
Legendarna pani Basia!
Tak jest, pani Basia, ta sama! I mówi do mnie: zatęsknił za panem Jarosław Kaczyński…
Doprawdy, nie wiem czy zazdrościć czy jednak…
Ale proszę posłuchać dalej. Pani Basia, w imieniu prezesa, zaprasza mnie do niego na Nowogrodzką, na spotkanie. Tylko jak będę się wybierał, to ma prośbę, żebym zabrał ze sobą trzy egzemplarze mojej książki swojej „Hanka, miłość, polityka”, bo wtedy akurat to wyszło. I jedną książkę proszę zadedykować dla prezesa, drugą dla mnie, mówi pani Basia, a trzecią dla córki Lecha-Marty. Więc spełniłem te prośby i poszedłem. Jak już tam wchodziłem do sekretariatu, to Jarosław wyszedł z gabinetu, rozanielony, zaprosił mnie do środka i mówi: pragnąłem się od dawna z panem zobaczyć, bo Leszek i jego żona nie ustawali w komplementach pod pana adresem. Pan podobnież poprowadził tą Waszą rozmowę tak, że oni do śmierci niemal ją wspominali. No ja podziękowałem i tak żeśmy od tych uprzejmości przechodzili na kolejne tematy, a kiedy wchodziłem do Jarosława, to pani Basia mnie poprosiła, żebym był nie dłużej jak 0,5 godziny, bo w kolejce jest zapisana delegacja Solidarności, 20 chłopa, a ona mam tu tylko dwa krzesła w poczekalni. Po godzinie, pani Basia zajrzała dyskretnie do środka, na co Jarek przytaknął, że pamięta i że już kończymy. W drugiej części tej naszej pogawędki, mówiliśmy o tym, jaką polski rząd powinien prowadzić politykę wobec Rosji. Jarosław mnie pytał, jako człowieka, który Rosję zna i rozumie, a ja mu odpowiadałem to, co już mówiłem wcześniej: musi się Pan z nimi dogadać. Nie ma innej drogi. I on słuchał, a później prowadził kompletnie odwrotną politykę, niż ja wtedy mu mówiłem. W każdym razie rozmowa znacznie przekroczyła wyznaczony wstępnie czas. Nie byłem niezadowolony, bo rozmowa była nad wyraz interesująca.
I o czym Panowie tyle czasu rozmawiali, oprócz polityki wobec Rosji?
A różnie. I o sprawach prywatnych i o dużej i małej polityce. Wspominaliśmy stare czasy. Jarosława ciekawiło np. jaki był Gierek; ja mu wtedy zdradziłem, jak kiedyś, u Gierka w sekretariacie, przy świadkach mu powiedziałem, że jak będzie dalej słuchał Kani, Jaruzelskiego i innych, to go stąd wyrzucą na zbity pysk. Jarosław, pamiętam, bardzo się tym zainteresował i mówi do mnie: o, to widzę że z pana jest ostry zawodnik. A ja jestem z natury desperat; wtedy, u Gierka, myślałem, że naprawdę mnie wyrzucą za tą pyskówkę, ale po dwóch dniach Gierek mnie wezwał i zaproponował, żebyśmy wspólnie pojechali do robotników, do Poznania, to był 79 rok. Pamiętam, że dolecieliśmy do Poznania samolotem, na lotnisku przesiedliśmy się do takiego dużego wieloosobowego mercedesa, a tuż za bramą lotniska czekała na nas „przypadkowo” napotkana grupa młodzieży socjalistycznej, wznosząca spontanicznie hasła na cześć towarzysza Gierka…
Czytałem kiedyś, że jak Gierek podejmował po mundialu reprezentację Polski Kazimierza Górskiego, i pod gmachem KC tłum wiwatował na cześć piłkarzy, I sekretarz miał się był zwrócić do premiera Jaroszewicza: słyszycie towarzyszu premierze, jak naród nas kocha?
(śmiech) Tak, to by było do Gierka podobne.
Ale on tak na serio?
Nie sądzę, on nie był idiotą, wiedział, jak się sprawy mają naprawdę. Ale co mu tam w głowie siedziało, to nie wiem…
3 marca zmarł Stanisław Kania, ostatni żyjący I sekretarz. Wybiera się Pan na pogrzeb?
Nie, nie uważam, żebym był tam potrzebny, to by było dwuznaczne…
Jakie relacje was łączyły? Rozmawialiście w ogóle? W końcu to właśnie On zatopił Gierka i w konsekwencji, także Pana.
Normalnie rozmawialiśmy. On mnie bardzo często zapraszał na obiady do siebie. Ja oczywiście wcześniej informowałem Gierka o tym, że Stanisław Kania mnie zaprasza, a Gierek nie miał nic przeciwko. Tak samo do Jaruzelskiego, też chodziłem, jak zapraszał…
Sąsiadami Panowie byliście.
No tak, ulica w ulicę mieszkaliśmy na Mokotowie. Ale wtedy chodziłem oficjalnie do niego, do Ministerstwa Obrony. I na początku było poprawnie, ale później nasze stosunki się zepsuły.
Słyszałem, że nie chciał Panu wydać paszportu, tak?
No tak mnie załatwił. Miałem jechać w połowie lat 80. na jednego z dyrektorów do UNESCO, do Paryża. Byłem wtedy z nominacji sekretarza generalnego ONZ członkiem senatu Uniwersytetu Narodów Zjednoczonych, i znałem tą całą czołówkę, gdyśmy się w Tokio spotykali, bo tam była siedziba. I tam poznałem szefa UNESCO, który mnie do pracy zaprosił, bośmy się polubili. Trzeba było załatwić paszport dyplomatyczny. Niestety, generał się nie zgodził, no i ostatecznie do Paryża nie pojechałem. A same wcześniejsze spotkania z Jaruzelskim to były czysto merytoryczne; ja mu po prostu wykładałem ekonomię, on pamiętam, wszystko zapisywał. Miał dziesiątki pytań, przygotowywał się do tych rozmów.
To czym mu Pan podpadł, że nie wydał Panu tego paszportu?
Samym faktem, że współpracowałem z Gierkiem. On był zazdrosny bardzo.
Lubi Pan filmy?
Lubię, ale do kina nie chadzam za często…
„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego Pan widział?
Widziałem, nie podobał mi się.
Dlaczego?
Bo uważam że jest nieprawdziwy. Z niego wynika, że oni tam, na tym Wołyniu, to się generalnie kochali, żenili się między sobą, żyli w zgodzie do pewnego momentu, w którym wszystko na raz runęło. Jedni wyrżnęli drugich i nastała nienawiść.
Stosunki z Ukrainą można jakoś ucywilizować?
To wie Pan, musi minąć kilka pokoleń. Dla mnie są one na teraz nie do naprawienia. Nasze relacje między narodami są po prostu głęboko patologiczne; od czasów polskiego na Ukrainie panowania. Kiedyś ukraińskie studentki na przerwie zapytały mnie, kogo ja bardziej poważam i lubię: Ukraińców czy Rosjan? Jeśli chodzi o Rosjan, to oni aresztowali mojego ojca, który już nigdy później do Polski nie wrócił, tylko dlatego że przed wojną był w polskim wojsku. A jeśli chodzi o Ukraińców, to oni zastrzelili mi matkę, bo była Polką. I więcej już żadnych podobnych pytań nie było.
A pańskim zdaniem przyciąganie Ukrainy do Zachodu to dobry kierunek w naszej polityce?
Dzisiaj to już jest bez znaczenia. To taki czyn charytatywny, za który nie będzie później zapłaty. Dziś Ukraina widzi, że Polska się bogaci, że pomoc Unii nam bardzo wiele dała.
Pomoc Unii? A nie reformy Balcerowicza na początku lat 90.?
Skąd. To było 20 procent tąpnięcia w dół, którego nie odrobimy nigdy.
Plan Balcerowicza to 20 lat zastoju?
Oczywiście.
A była wtedy alternatywa dla reform Balcerowicza?
Lepsza np. była tzw. metoda czeska. Przecież oni niczego nie stracili, spokojnie się odbili. A myśmy to robili krwawiąc. Cały pomysł był błędny. Sachs przecież wyparł się wszystkiego, mówiąc, że to był jego życiowy błąd.
To czemu Balcerowicz się na to złapał?
Bo…on – moim zdaniem – pewnych rzeczy zwyczajnie nie chciał pojąć.
A jak Pan dziś, kiedy choroba świat pożera, patrzy na rynki, na gospodarkę, to jest się czego bać?
Nie mogę powiedzieć, że nie, bo byłbym nieuczciwy wobec siebie, ale nie mogę też mówić, że zaraz wydarzy się tragedia i należy wołać zmiłowania, bo jeszcze do tego daleko.
Rozwarstwienie ekonomiczne i społeczne świata Pana nie martwi?
Oczywiście że tak, ale niewiele można z nim zrobić przy tym światowym porządku.
A nie będzie tak, że niedługo 90 procent biednych rzuci się do gardeł 10 procentom bogatych i wyrżnie ich jak Jakub Szela panów w Galicji?
Nie. Bogaci mają w swoich rękach zbyt wielką siłę. Poza tym człowiek ma naturalne skłonności do asekuranctwa. Boi się stracić i zaryzykować tym, co już ma. Istnieje oczywiście groźba przesilenia, i wtedy stary porządek może się zawalić, tak jak przed wielkimi konfliktami w historii świata.
A czy czasem nie stoimy u progu takiego przesilenia już teraz? Zmiany klimatyczne, pandemia…
Obecne zmiany klimatyczne to wydumany problem. Amerykanie w ogóle się tym nie przejmują. Według prezydenta Trumpa, takie ocieplenie klimatu tysiąc lat temu miało miejsce i nic z tego nie wyniknęło dla planety. To są pewne ciągi; plamy na słońcu powtarzają się i giną. W skali wszechświata to powtarzający się proces.
To komu potrzebna ta histeria z którą mamy teraz do czynienia? Kto na niej zarabia?
Są określone grupy, które rzeczywiście na niej zarabiają.
Spekulanci giełdowi?
Nie, to za mali gracze.
Koncerny, globalne marki?
Częściowo koncerny, grupy ludzi, częściowo poszczególne kraje. Na razie nie sposób tego nazwać.
Konflikt światowy między USA a Chinami nie wydaje się Panu realny?
Jeśli by do niego doszło, to Chiny mają mniejszy potencjał atomowy, a liczyć potrafią. A w sytuacji zagrożenia hegemonii USA i otwartego konfliktu, trudno dziś sobie wyobrazić, że nie ruszymy atomu. Poza tym większość konfliktów jest moim zdaniem nieplanowana, nieprzewidywalna.
Czy mamy dziś w Polsce na tyle światłych polityków, którzy potrafią antycypować to, co się będzie działo w świecie?
Trudne pytanie. Polska jest w dziedzinie polityki dosyć ułomnym krajem, przez wzgląd na ludzkie charaktery. Polska ani nie jest dobrym słuchaczem, ani nie jest dobrym projektorem. Tym, czym żyje polska ulica albo co piszą nasze gazety, nie należy się za bardzo przejmować. Co jakiś czas, raz na 100 tysięcy wielkich wydarzeń Polak czymś zabłyśnie i tyle.
To co zrobić, żeby zabłysnął raz na 50 tysięcy? Dawać więcej na naukę?
To na pewno też, ale czy to zmieni nasz charakter? My raczej czekamy na to, żeby coś nam spadło z nieba, a taki Chińczyk sam do tego nieba sięga i czegoś w nim szuka.