Rządy PiS szkodzą innowacyjności

W tym roku Polska spadła w rankingu z grona „umiarkowanych innowatorów” do niższej grupy „wschodzących innowatorów”.
Komisja Europejska opublikowała niedawno Europejski Indeks Innowacji (European Innovation Scoreboard – EIS) 2021, w którym Polska gospodarka zajęła, podobnie jak w ubiegłym roku, dopiero 24. miejsce. Czyli czwarte licząc od końca listy rankingowej.
Indeks publikowany jest po raz dwudziesty przez Komisję Europejską dla wszystkich krajów członkowskich Unii Europejskiej. Raport, w tym oczywiście także Indeks Innowacyjności opracował zespół specjalistów (z Dyrekcji Generalnej Rynku Wewnętrznego, Przemysłu i Przedsiębiorczości Komisji Europejskiej) pod kierownictwem Hugo Hollandersa z Maastricht University.
Indeks 2021 ma charakter złożony (agregatowy) na który składa się tym razem 12 bloków tematycznych i 32 wskaźników oceniających różne aspekty innowacji; każdy z bloków składa się z kolei z 2-3 subindeksów. Sam indeks jest średnią arytmetyczną ważoną wszystkich tych wskaźników, przy czym wagi, które są im przypisane zostały opracowane przez ekspertów z danych dziedzin.
Tegoroczna edycja Indeksu opiera się na zmienionych ramach, które obejmują nowe wskaźniki dotyczące cyfryzacji i zrównoważenia środowiskowego, dzięki czemu tablica wyników jest bardziej aktualna i zgodna z priorytetami politycznymi Unii Europejskiej.
Indeksy dla poszczególnych krajów przyjmują rozmaite wartości przy założeniu, że Indeks średni dla całej Unii Europejskiej wynosi 100 proc. Indeks końcowy to jedna syntetyczna liczba i to stanowi jego urok, bo przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Dla analityków zaś ważne są właśnie te bloki i wskaźniki.
Europejski Indeks Innowacyjności publikowany jest corocznie i przedstawia porównawczą ocenę wyników badań naukowych innowacji osiągniętych przez państwa członkowskie UE i wybrane kraje trzecie, oraz słabe i mocne strony krajowych systemów badań naukowych i innowacji. Europejski Indeks Innowacji oraz pełny raport można znaleźć na stronie Komisji Europejskiej.
Tegoroczny Indeks pokazuje, że uzyskane rezultaty nadal poprawiają się w stałym tempie, przy czym postępy te nie są równomierne w poszczególnych krajach. Średnio w skali Unii Europejskiej wyniki w zakresie innowacji w okresie od 2014 r, poprawiły się o 12,5 pkt. proc. Największe postępy (o co najmniej 25 pkt. proc.) uzyskano na Cyprze, Estonii, Grecji, we Włoszech i na Litwie.
Pięć państw uzyskało postęp w przedziale 15 – 25 pkt. proc. i do nich należą Belgia, Chorwacja, Finlandia i Szwecja. W ośmiu krajach wyniki poprawiły się o 10 – 15 pkt. proc. Do nich należą: Austria, Czechy, Niemcy, Łotwa, Malta, Niderlandy, Polska i Hiszpania. Pozostałe 10 krajów uzyskało postęp poniżej 10 pkt. proc.
Według raportu Komisji Europejskiej nadal postępował proces konwergencji, polegający na tym, że kraje o słabszych wynikach rozwijają się szybciej niż kraje osiągające lepsze wyniki. Komisja Europejska stwierdza także w swym Raporcie o Innowacjach, że na poziomie globalnym odnotowuje się przewagę UE nad Chinami, Brazylią, Rosją, RPA i Indiami (czyli krajami wchodzącymi do ugrupowania BRICS), ale jednocześnie gorsze wyniki względem USA, Korei Południowej, Kanady, Australii i Japonii.
W latach 2014 – 2020 Chiny doganiały jednak UE w tempie pięciokrotnie przewyższającym tempo wzrostu innowacyjności w Unii. Prognozy wskazują zaś, że Chiny zmniejszą tę lukę jeszcze bardziej i prawdopodobnie dogonią USA, jeśli utrzymają się obecne tendencje.
Państwa biorące udział w rankingu innowacyjności klasyfikowane są w oparciu o średnią wyników i zaliczane do jednej z czterech grup. Liderzy innowacji (Innovation Leaders) w UE to w Indeksie 2021: Szwecja, Finlandia, Dania i Belgia, których wyniki w zakresie innowacji ukształtowały się znacznie powyżej średniej UE. Do grupy silnych innowatorów (Strong Innovators) zaliczono: Niderlandy, Niemcy, Luksemburg, Austrię, Estonię, Francję i Irlandie.
Polskę w ubiegłym roku zaliczano do grupy 13 krajów, których wyniki plasują się nieco poniżej średniej UE, czyli do umiarkowanych innowatorów (Moderate Innovators). Niestety w 2021 r. Polska spadla do niższej grupy Emerging Innovators (wschodzący innowatorzy) , do której zaliczono także Chorwację, Węgry, Łotwę, Słowację, Bułgarię i Rumunię. W sumie do tej ostatniej grupy zaliczono siedem krajów.
W 2013 r. także zajmowaliśmy 24. miejsce (a formalnie 25. gdyż Wielka Brytania nas wtedy też wyprzedzała a była jeszcze członkiem UE) i od tego roku stoimy niestety w rankingu na tym samym miejscu.
W niektórych dziedzinach objętych badaniem w ramach Indeksu osiągamy wyniki powyżej średniej UE. Do nich należą: liczba osób z wyższym wykształceniem na 1000 mieszkańców (126,3 proc. i 18 miejsce), środowisko przyjazne innowacjom, wydatki inwestycyjne w przedsiębiorstwach, zatrudnienie w szybko rozwijających się przedsiębiorstwach. Bardzo niskie wyniki notujemy natomiast w zakresie innowatorstwa w małych i średnich przedsiębiorstwach (jesteśmy dopiero na 26 miejscu).
Wartość Indeksu Innowacyjności dla lidera rankingu, czyli Szwecji wynosi 139 proc., a dla Polski: 58,5 proc. I taki jest obecnie nasz dystans do najlepszego – ma ponad dwukrotną przewagę.
Spośród nowych krajów UE przed nami są prawie wszystkie z nich. Bezpośrednio za nami plasują się tylko: Łotwa, Bułgaria i Rumunia.
Gdyby na postęp w dziedzinie innowacji spojrzeć z punktu widzenia regionalnego, to warto podkreślić, że postęp taki od 2014 r. osiągnięto w 225 regionach spośród 240. Najbardziej innowacyjnymi regionami w UE są Sztokholm w Szwecji, Etela-Suomi w Finlandii, Oberbayern w Niemczech, Hovedstaden w Danii oraz Zurych w Szwajcarii.
W Polsce tylko dwa regiony zaliczono do umiarkowanych innowatorów (stołeczny i małopolski). Pozostałe zaliczono do wschodzących innowatorów, w różnym stopniu.
Gdyby sięgnąć do dotyczącego nauki, badań i innowacji w UE za 2020 r., to trzeba podkreślić, że około dwie trzecie wzrostu wydajności w Europie w ostatnich dziesięcioleciach było napędzanych właśnie przez innowacje.
Podstawowemu Indeksowi Innowacyjności towarzyszy dodatkowo tzw. Eco-Innovation Index 2021, w którym zajmujemy 26., czyli przedostatnie, miejsce. Za nami tylko Bułgaria. Liderem w innowacyjności ekologicznej jest Luksemburg, a w kolejności za nim: Finlandia, Austria, Dania, Szwecja, Niemcy, Francja, Hiszpania i Niderlandy.

Europejski Indeks Innowacyjności 2021 (w proc., średnia w UE: 100 proc.)

                         Czołówka               
1   Szwecja         139,0   
2   Finlandia       134,5   
3   Dania           131,1   
4   Belgia          127,5   
5   Niderlandy      123,1   
                       Otoczenie Polski             
23  Słowacja        63,1    
24  Polska          58,5    
25  Łotwa           49,6    
26  Bułgaria        44,5    
27  Rumunia         31,2    

Innowacyjność w polskim wydaniu

Trudno zauważyć, aby rząd Prawa i Sprawiedliwości był zainteresowany poprawą innowacyjności gospodarki, toteż zrozumiałe, że nakłady na działalność badawczo-rozwojową w stosunku do produktu krajowego brutto są w Polsce niskie.
Instytuty naukowo-badawcze w Polsce nie robią tego, do czego zostały powołane. Dysponują one niemałym i kosztownym potencjałem naukowym, który powinien być wykorzystywany do podnoszenia innowacyjności i konkurencyjności gospodarki. Model ich funkcjonowania jest jednak pod tym względem mało efektywny i niekiedy wręcz szkodliwy.
Instytuty same stawiają sobie wyzwania, wskazują problemy do rozwiązania i kierunki rozwoju – przeważnie zgodnie z zasadą, żeby zarobić, ale się nie narobić. „Skutek był taki, że celem ich działania stała się maksymalizacja przychodów własnych, a nie wkład w rozwój gospodarki” – stwierdza najnowszy raport Najwyższej Izby Kontroli.
W rezultacie ponad 30 proc. tych instytutów czerpało zyski głównie z wynajmu nieruchomości, a nie z działalności badawczo-rozwojowej. Istotną częścią ich przychodów były też subwencje i dotacje przyznawane głównie przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Narodowe Centrum Nauki oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Środki na finansowanie konkretnych projektów przekazywała również Komisja Europejska, wierząc, że coś pożytecznego jednak wyniknie z funkcjonowania tych instytutów.
Były to jednak płonne nadzieje, bo w 2019 r. w unijnym rankingu innowacyjności (European Innovation Scoreboard) Polska zajęła dopiero 24 miejsce wśród 27 państw. To zresztą nie nowość, wiadomo nie od dziś, że Polacy nie należą do narodów zbytnio pomysłowych i raczej prochu nie wymyślają. Największą pozycję wśród wydatków instytutów stanowią nie koszty prowadzonych prac, ale wynagrodzenia pracowników.
Jeżeli chodzi o wykorzystanie wyników prac naukowo-badawczych do unowocześniania polskiej gospodarki, to jesteśmy wciąż na szarym końcu unijnej klasyfikacji. Twórcy tego zestawienia wskazują na na słabe wyniki aktywności innowacyjnej przedsiębiorstw, małą liczbę polskich zgłoszeń w Europejskim Urzędzie Patentowym oraz bardzo niewielkie przychody ze sprzedaży patentów i licencji za granicę.
O tym wszystkim od dawna wiedzą polscy decydenci, ale nic z tym nie robią. Według diagnozy zawartej w rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju do roku 2020 (z perspektywą do 2030 r.), uznano, że instytuty badawcze w niewystarczającym stopniu realizują swoją misję przybliżania nauki do biznesu. Z kolei niska skłonność firm do współpracy i z biznesem, i ze światem nauki w dużym stopniu rzutuje na ich kiepską innowacyjność. Badania wskazują, że poszukiwanie partnera do projektu jest postrzegane przez przedsiębiorców raczej, jako wymóg formalny, konieczny do uzyskania wsparcia finansowego, niż jako źródło korzyści gospodarczych. Nikt w obozie władzy nie przejmuje się tymi ustaleniami.
Trudno zauważyć, aby rząd Prawa i Sprawiedliwości był zainteresowany poprawą innowacyjności gospodarki, toteż zrozumiałe, że nakłady na działalność badawczo-rozwojową w stosunku do produktu krajowego brutto są w Polsce niskie. W 2018 r. wynosiły 1,21 proc. PKB i zakładano, że w 2020 wzrosną najwyżej do 1,7 proc., podczas gdy Unia Europejska planowała średni wzrost do 3 proc. Czy w rzeczywistości osiągnięto w Polsce te 1,7 proc. PKB, jeszcze nie wiadomo. Wiadomo jednak, że w 2019 r. wydatki na badania i rozwój stanowiły realnie w Unii Europejskiej 2,19 proc. w relacji do PKB, a w naszym kraju zaledwie 1,32 proc.
Podczas kontroli sprawdzono m.in. nadzór, jaki nad instytutami sprawuje rząd. Jako „nierzetelny” NIK ocenia nadzór Ministra Aktywów Państwowych, który nie sformułował ani celów nadzoru, ani celów, które miałyby osiągnąć same instytuty. Nie zlecił im także żadnych zadań do realizacji.
W rezultacie, działalność jednostek podlegających temu resortowi nie była powiązana z żadnymi rządowymi strategiami i programami dotyczącymi innowacji. Inna sprawa, że nie bardzo wiadomo, jakie są konkretnie te rządowe strategie i programy innowacyjne. „Na pełną weryfikację działań nadzorczych Ministra Aktywów Państwowych i ich rzeczywistych skutków nie pozwoliły istotne braki w dokumentacji” – podkreśla NIK.
W polskich instytutach naukowo-badawczych dochodzi do bezprawnego zawłaszczania publicznych pieniędzy. W efekcie kontroli NIK złożyła zawiadomienie do prokuratury dotyczące podejrzenia popełnienia przestępstwa w Instytucie Energetyki. W 2018 r. pracownikom wchodzącego w jego skład Laboratorium Aparatury Pomiarowej wypłacono niemal 1,5 mln złotych premii motywacyjnej, choć zgodnie z regulaminem wewnętrznym przyznanie takiej premii jest możliwe wyłącznie wtedy, gdy laboratorium odnotuje zysk za dany rok. W tym przypadku wykazano jednak stratę i to w wysokości ponad 263 tys. zł; tymczasem premia przeznaczona tylko dla samego kierownika laboratorium wyniosła ponad 506 tys. zł.
I tak właśnie wygląda innowacyjność po polsku. Jak widać, polega na pomysłowości w wyciąganiu dodatkowej kasy od innych.

Z ziemi niemieckiej do Polski pod Sasina przewodem?

Zamiast niemieckiej ordopolityki – lepsza polska polityka przyjmowania zagranicznego, głównie niemieckiego, kapitału

Zwycięski obóz solidarnościowy, obecny POPiS, pod hasłami wolności i walki z komuną przywrócił w Polsce „normalność” – status półperyferii w światowych łańcuchach produkcji i obiegu kapitału. Można się teraz spierać, co było trudniejsze: czy zbudowanie Ursusa, czy przekształcenie go w Factory?

Nadwiślańscy liberałowie mają problem z programem. Swój program już bowiem zrealizowali: uchwalili minimum praw, właściwych demokracji liberalnej, za którymi teraz się chowają. Wskutek liberalizacji przepływów finansowych oraz dużej obecności filii zagranicznych firm, powstał nowy sektor zatrudnienia dla specjalistów z dziedziny finansów, ubezpieczeń, zarządzania, informatyki, kadry inżynieryjnej itp. Drogę awansu ułatwiała praca w centralnych instytucjach bądź działalność w samorządach czy zarządach publicznych spółek. Inni bohaterowie naszych czasów trafili do zachodnich banków, firm ubezpieczeniowych, firm doradczych i prawniczych, stali się menedżerami OFE, maklerami na giełdzie papierów wartościowych, medialnymi klakierami działań rządu. To polscy golden boys: najlepsi menedżerowie, bankierzy, maklerzy (traderzy), risk takerzy w sektorze bankowym, kadra kierownicza publicznych firm i międzynarodowych koncernów. To wspólna elita, w której zachodzi stały ruch osobowy w obozie postsolidarnościowym (R. Sikorski, P. Kowal, J. Gowin, M. Kamiński). To tłum łowców posad i politycznego chleba. We współczesnym społeczeństwie kapitalistycznym to zwykle 15-17% najlepiej usytuowanych. Przejmują oni w Polsce 40% dochodu narodowego i to ich reprezentuje Platforma Obywatelska, a teraz też ruch społeczny Szymona Hołowni – uszminkowanego konserwatywnego liberała na naszą polską miarę.

Natomiast PiS okazał się ekipą rekonstruktorów reżimu sanacyjnego – sanacją bis czy plus. Nawet porwała się na inwestycję „morską” , planuje też zbudować magistralę transportową naszych czasów – port na miarę naszych możliwości produkowania „deficytu”. To wciąż narodowo-katolicki tradycjonalizm, połączony z autorytarnym systemem rządów i polityką socjalną ocukrzoną minimalną płacą i skromnym gwarantowanym dochodem dla rodzin posiadających dzieci. Za to udało się mimowolnie zrealizować plan rozwoju niedorozwoju: coś dla małych misiów w liczbie 2,3 mln, i coś dla wielkiego biznesu – kraj jako strefa specjalna, platforma podwykonawstwa dla zagranicznych, głównie niemieckich korporacji przemysłowych, PPK dla międzynarodowego sektora finansowego, podporządkowanie nauki sektorowi badawczo-rozwojowemu wielkich korporacji (deforma Gowina), stręczenie wykwalifikowanych kadr, by w coraz większych Mordorach wykonywały rachunkowo-sprawozdawczą robotę dla central megakorporacji (radość z zagranicznych inwestycji w powierzchnie biurowe).

Horyzont teoretyczny analizy świata, w którym żyjemy wyznacza nadwiślańskim liberałom, i europejskim i narodowym, zapisana w konstytucji koncepcja „społecznej gospodarki rynkowej”, a także rekwizytornia katedralnej ekonomii z różnymi schowkami. Patriarcha PO Donald Tusk wyznał kiedyś, że dla niego „najlepsza szkoła myślenia to tzw. ordoliberałowie w Niemczech(..,). Bardzo pragmatyczni, żadnej ideologii, żadnych złudzeń”. Takie opinie uwierzytelniają też polscy wpływowi ekonomiści (E. Mączyńska, P. Pysz, Trybuna 259/2020; 5/2021). Zatem w żelaznej klatce tej doktryny ekonomicznej znajdują się nie tylko nadwiślańscy liberałowie, ale też ich duchowi przewodnicy. To ordoloberalizm i ordopolityka, z ideałem, nawet zapisanym w polskiej konstytucji i w UE: to „społeczna gospodarki rynkowa o wysokiej konkurencyjności” (art. 2.3 Traktatu Lizbońskiego). Charakterystyczne, że jak ognia unikają słowa kapitalizm. Można by pomyśleć, że to słusznie miniony etap dziejów powszechnych. Jednak skąd się biorą: oligopolizacja rentownych gałęzi gospodarki, rozdęty sektor finansowy, zadłużenie państw, nierówności w podziale dochodów w poszczególnych społeczeństwach i między regionami świata, koncentracja bogactwa i władzy (poligarchia), a także coraz dłuższa lista deficytów środowiskowych, na czele z kryzysem klimatycznym? Zdaniem ekonomistów, wszystkie plagi tego świata to skutek lekceważenia przykazań ewangelistów św. Porządku, przez których przemawia Duch Wolnego Rynku. Jednak gospodarka rynkowa w kapitalistycznym społeczeństwie, jest zawsze w większym lub mniejszym stopniu aspołeczna – logice zysku podporządkowuje i przyrodę, i pracę, i życie ludzkie. Ordopolityka tego nie zmieni. Powstaje zasadnicze pytanie, czy tymi śladami powinna podążać lewica, zwłaszcza kiedy jej patronem miałby zostać Friedrich A. von Hayek – symbol uwielbienia dla wolnego rynku i nieprzejednany wróg planowania i państwa jako reprezentanta racjonalności ogólnospołecznej?

Czym zatem jest ordoliberalizm i ordopolityka? W ogromnym skrócie: to odmiana liberalizmu gospodarczego, który został poturbowany w Niemczech po traumie wielkiej inflacji lat 20. i kryzysu lat 30., a później pożogi wojennej nazizmu. By żywioł wolnego rynku okiełznać – państwo powinno tworzyć odpowiednie dla niego społeczeństwo, i równolegle skonstruować prawne ramy dla konkurencji i stabilności pieniądza. Pierwsze to szkolenia pracowników, finansowanie badań, umacnianie indywidualnej odpowiedzialności, tworzenie infrastruktury materialnej, itd. A ordopolityka to stabilny pieniądz i przeciwdziałanie monopolizacji (osławiona „konkurencyjność” w UE). Jak się wyraził wielki praktyk ordopolityki, kanclerz Lufwig Erhard, państwo powinno przypominać sędziego na boisku piłkarskim – egzekwować reguły konkurencji, jednak bez udziału w grze ekonomicznej. Ordopolityka kształtowała też rynek pracy, określała bowiem rolę związków zawodowych, taryfy płac itp., by zapewnić sprawiedliwszy społecznie podział wytworzonego dochodu, przy zachowaniu prywatnej własności kapitału, roli i odpowiedzialności przedsiębiorców. Z ducha ordoliberalizmu poczęła się dyktatura dyscypliny budżetowej i obsesja inflacji. Zdaniem obecnego przedstawiciela tej szkoły Wernera Sinna, ordoliberalne ramy gospodarki wykluczają keynesistowski interwencjonizm w gospodarce.

Jednak w praktyce gospodarczej Republiki Federalnej doszło do syntezy ordopolityki i dziedzictwa Bismarcka, dziedzictwa ubezpieczeń społecznych, mieszkań socjalnych, a po objęciu władzy przez Willy`ego Brandta w 1969 także instrumentów keynesowskich: podwyżki płac, inwestycji w edukację i służbę zdrowie. SPD wzmocniło też Mibestimmung – udział rad zakładowych w zarządzaniu jako reprezentantów załogi. Przy czym firmy, w których załogi współuczestniczą w zarządzaniu osiągają lepsze wyniki. Również państwowy Bank Odbudowy wspiera kredytami firmy wybranych branż, np. w r. 2015 było to 14 proc. wszystkich kredytów dla sektora niefinansowego (A. Piński, obserwator finansowy.pl, 25.12.2020). Tak funkcjonuje niemiecki model kapitalizmu, będący oryginalną formą solidaryzmu społecznego. Częściowo zdemontował ten model dopiero w epoce neoliberalnej globalizacji kanclerz Schroeder, kiedy dokonał deregulacji prawa pracy i osłabił osłonę socjalną (Agenda 2010, Hartz IV). Tę operację ułatwiła możliwość sięgania przez niemieckie firmy po zasoby taniej pracy wykwalifikowanych pracowników dawnych konkurentów w Europie Centralnej. Obecnie dochodzi do osłabienia dotychczasowych rozwiązań instytucjonalnych w stosunkach kapitał-praca. Zmniejsza się m. in. współudział pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Trwa regres w polityce społecznej i w podziale dochodów, będący skutkiem restrykcyjnej polityki finansowej.
Niemieccy ordoliberałowie stworzyli też ramy instytucjonalne UE (niezależność EBC, polityka pieniężna ujęta w „złote reguły” deficytu budżetowego i długu publicznego). Traktat Rzymski negocjował ordoliberał Alfred Muller-Armack, pierwszym przewodniczącym KE jego kolega ideologiczny Walter Hallstein.

Czy obecny sukces gospodarki niemieckiej jest zasługą ordoliberałów? Niemiecką gospodarkę ukształtowała tradycja silnego związku przemysłu z nauką, a obecnie także korzystanie z taniej pracy montażowej, głównie w Europie Środkowo-Wschodniej. Ponadto narodziny Eurolandu pozbawiły kraje członkowskie narzędzia makroekonomicznej polityki gospodarczej, jakim była możliwość dewaluacji waluty narodowej dla poprawy konkurencyjności eksportu. Skorzystała na tym gospodarka niemiecka, której konkurencyjność osłabiała mocna marka. Niemiecki eksport radykalnie wzrósł i daje obecnie dużą nadwyżkę bilansu płatniczego. Dodatkowo konkurencyjność wyrobów niemieckiej gospodarki zwiększyły reformy pracy. Po tych reformach wydajność pracy na godzinę w Niemczech rosła w latach 1999-2011 o 1,2% rocznie, natomiast płace realne (płace nominalne skorygowane o inflację) zaledwie o 0,7%. Dlatego niemieckie towary i usługi stały się tańsze o 25% w stosunku do wyrobów gospodarek europejskiego Południa i prawie 20% względem Francji. By konkurować z firmami niemieckimi przedsiębiorcy z Francji czy Włoch zachowują konkurencyjność swych produktów przez obniżki płac, czyli stosując tzw. wewnętrzną dewaluację. Skutkiem ubocznym tej polityki społecznej stał się problem nierównowagi makroekonomicznej w Eurolandzie, gdyż nadwyżkom jednego kraju odpowiadają deficyty innych. Jest bowiem faktem, że cały świat nie może poprawić swojej konkurencyjności, bo „rujnuje” sąsiada, stwierdza niemiecki ekonomista ze szkoły Keynesa-Kaleckiego Heiner Flassbeck.

Konkurencyjność zapewniają niemieckiej gospodarce produkty i technologie, które trudno opanować bez bazy zaawansowanych urządzeń i techniki, bez kwalifikacji kadry inżynierskiej, bez robotników różnych specjalności. Niemiecki przemysł charakteryzuje się wysoką jakością dóbr inwestycyjnych, zachowuje kluczowe gałęzie przemysłu w kraju. Zresztą obecnie państwo niemieckie wspiera tworzenie przemysłowych czempionów, by mogły stawić czoła konkurentom z USA czy Chin. Przy czym robotnicy niemieccy zarabiają 10 razy więcej niż chińscy. Tak wytworzonych produktów nie da się łatwo skopiować albo wytworzyć kosztem taniej robocizny w montowniach chińskich czy polskich. Należą do nich: wyposażenie linii produkcyjnych, produkty nanotechnologii (robotyka, mechatronika), kompozyty (włókna przemysłowe z węgla i ligniny, z biomasy, a nie pochodne ropy, polimery dla branży samochodowej, lotniczej czy kosmicznej), biotechnologie, zaawansowane technicznie maszyny (układy optyczne do laserów, precyzyjne narzędzia chirurgiczne, maszyny o wielkich gabarytach w rodzaju ogromnych pras czy dźwigów). Obecnie też elektromobilność. Ponadto projekty kończące się wdrożeniem innowacyjnych towarów powstają w wyniku współpracy agend rządowych, uczelni technicznych i uniwersytetów z przemysłem i bazą laboratoryjną. Państwo finansuje ponad 80 Instytutów Plancka. Posiadają one na wysokim poziomie laboratoria, w których prowadzone są badania w zakresie nauk podstawowych. Tu powstają fundamenty nowych kierunków badań i poszukiwań teoretycznych. Wbrew marketingowemu pompowaniu elektromobilności, cudów sztucznej inteligencji gospodarka wciąż przetwarza atomy, a nie bity, a sektor korporacji technologicznych wytwarza tylko 10% PKB i zatrudnia 5% siły roboczej.

Tymczasem nie udało się w Polsce skomercjalizować ani błękitnego lasera, ani wdrożyć produkcji grafenu, a innowacyjnść według GUSu w l. 2016-2018 trafiła do hal produkcyjnych zaledwie 26% przedsiębiorstw przemysłowych i 21% firm usługowych. W tej sytuacji zdaniem wielu znawców polityki rozwojowej (np. Andrzeja Karpińskiego) polska gospodarka potrzebuje pilnej reindustrializacji. Głównym zadaniem jest kształtowanie warunków dla innowacyjności wybranych sektorów gospodarki. Liczą się tutaj nie ulgi podatkowe, bo oszczędności umykają do rajów podatkowych. Liczy się zaś ewentualne umorzenie kosztów inwestycji. Np. według ekonomisty Andrzeja Sopoćko, przy odpowiedniej interpretacji art. 42 ustawy o NBP można dopuścić możliwość udzielania przez NBP któremuś z banków komercyjnych długookresowego kredytu na finansowanie określonych inwestycji. Taki kredyt mógłby być rolowany dowolnie długo, przy tym nie obciążając ani długu budżetowego, ani długu publicznego. Jest bowiem faktem, że zrównoważonego i długookresowego wzrostu nie da się uzyskać przy całkowitej dominacji sektora prywatnego, jak chce ordo- czy neoliberalizm. Albowiem sektor publiczny to nie część konsumpcji zabranej gospodarstwom domowym. „To po prostu część ogólnonarodowego spożycia, która nie tylko nie pomniejsza, ale, jak się okazało, powiększa konsumpcję ogółem”, pisze Sopoćko w książce o „Micie pieniądza”. Chodzi głównie o fundusze na realizację przedsięwzięć, które nie mógłby wygenerować sektor prywatny, jak np. stworzenie energetyki opartej na syntezie jądrowej.

W strategii reindustrializacji Polska powinna być miejscem nie tylko montażu gotowych wyrobów, zaprojektowanych i uzbrojonych w najnowszą technikę przez niemieckie przedsiębiorstwa. Nie tylko montaż, logistyka, produkcja części zamiennych czy usługi biznesowe – dotychczasowe specjalności polskiej gospodarki. Przykład dają nam Czesi: ocalona produkcja samochodu własnej marki (Skoda), choć Tesla i Budweiser wyemigrowały. U naszych sąsiadów znajduje pracę duży odsetek pracowników bez wyższego wykształcenia. Mediana wynagrodzeń wynosi 86% średniej europejskiej. Relatywne ubóstwo dotyka tylko 8,1% populacji (w Polsce dwukrotnie więcej 15,9%). Co najważniejsze, bezrobocie wynosi zaledwie 1,9% zdolnych do pracy. Czesi wygrali z silniejszym sąsiadem z północy wojnę gospodarczą, jako jedyni w naszej części Europy ocalili w okresie międzywojnia demokrację. Nie słyną z dewocji i adoracji kilkuset świętych obrazów, za to potrafią liczyć na siebie.

Cały obszar Europy Środkowej stałby się głównym centrum przemysłowym. Polska by stopniowo nasycała eksportowane, nawet pod obcą marką wyroby, nowoczesną techniką, o coraz większej wartości dodanej. Tylko wartość niemieckiego eksportu samochodów do Chin sięga 1,4 biliona dolarów, a w nim znajdują się podzespoły produkowane w Polsce, podaje Grzegorz Kołodko w książce, „Czy Chiny zbawią świat?” Z czasem by też rosły miejsca pracy, płace i popyt konsumpcyjny. Sytuacja obecnie jest taka, że w Chinach przemysł stanowi około połowy wartości dodanej gospodarki, w UE 20%, w USA 13%. Rezerwy są wielkie.

Tylko czy państwo PiS byłoby zdolne podołać tym zadaniom? Wstać z kolan na widok zagranicznego inwestora, zwłaszcza z USA? PiS dokonał kolejnego osłabienia państwa. Jego kadry są coraz mniej profesjonalne, kurczy się korpus zawodowych urzędników. PiS zrezygnował z konkursów na najwyższe stanowiska urzędnicze. Zniósł też obowiązek ekspertyzy w pracy administracyjnej, w końcu – sam egzamin na urzędnika mianowanego. Do tego dochodzi zamrożenie płac w budżetówce. Według Eurostatu wydatki na administrację wynoszą w Polsce 4,4 proc. (przy średniej unijnej wynoszącej 6 proc.). Nic dziwnego, że lokuje się w rankingu efektywności na 17 miejscu w UE. Stąd kariery janczarów, których pierwszym miejscem pracy jest często stanowisko ministerialne. Przez to państwo traci autorytet i efektywność, a ordopolityka wykonawców.

Nie wymyślają prochu

Pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości polska gospodarka przestaje być innowacyjna.
W lipcu bieżącego roku Komisja Europejska opublikowała Europejski Indeks Innowacji (European Innovation Scoreboard – EIS) 2020, w którym Polska zajęła dopiero 24. miejsce.
Indeks publikowany jest po raz 19. przez Komisję Europejską dla wszystkich krajów członkowskich Unii Europejskiej, a także dla Wielkiej Brytanii. Raport, w tym także Indeks Innowacyjności opracował zespół specjalistów (z Dyrekcji Generalnej Rynku Wewnętrznego, Przemysłu i Przedsiębiorczości Komisji Europejskiej) pod kierownictwem Hugo Hollandersa z Maastricht University.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy) na który składa się 10 bloków tematycznych i 27 wskaźników oceniających różne aspekty innowacji; każdy z bloków składa się z kolei z 4 subindeksów. Sam indeks jest średnią arytmetyczną ważoną wszystkich tych wskaźników. Indeksy dla poszczególnych krajów przyjmują wartości odpowiadające założeniu, że indeks średni dla UE wynosi 100 proc.
Europejski Indeks Innowacyjności publikowany jest corocznie i przedstawia porównawczą ocenę wyników badań naukowych i innowacji osiągniętych przez państwa członkowskie UE i wybrane kraje trzecie oraz słabe i mocne strony krajowych systemów badań naukowych i innowacji. Indeks końcowy to jedna syntetyczna liczba (co stanowi jego urok) i przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Dla analityków ważne są zaś właśnie te bloki i wskaźniki.
Europejski Indeks Innowacji oraz pełny raport można znaleźć na stronie Komisji Europejskiej. Warto przypomnieć, że w ubiegłym roku opublikowany został w „Trybunie” Globalny Indeks Innowacyjności.
Tegoroczny Indeks pokazuje, że uzyskane rezultaty nadal poprawiają się w stałym tempie, przy czym postępy te nie są równomierne w poszczególnych krajach. Wyniki poprawiły się w 24 krajach a pogorszyły jedynie w trzech krajach członkowskich UE. Największe postępy uzyskano na Litwie, Łotwie, w Portugalii i Grecji, a największy spadek w Słowenii i Rumunii. Według raportu Komisji Europejskiej nadal postępował proces konwergencji, polegający na tym, że kraje o słabszych wynikach rozwijają się szybciej niż kraje osiągające lepsze wyniki.
Komisja Europejska stwierdza także w raporcie o innowacjach, że na poziomie globalnym odnotowuje się przewagę Unii Europejskiej nad USA, Chinami, Brazylią, Rosją, RPA i Indiami (czyli krajami wchodzącymi do ugrupowania BRICS), ale jednocześnie gorsze wyniki Unii wobec Korei Południowej, Kanady, Australii i Japonii.
W latach 2012-2019 Chiny doganiały UE w tempie pięciokrotnie przewyższającym tempo wzrostu innowacyjności w UE. Prognozy wskazują, że Chiny zmniejszą tę lukę jeszcze bardziej i prawdopodobnie prześcigną USA, jeśli utrzymają się obecne tendencje.
Państwa uczestniczące w Indeksie Innowacji klasyfikowane są w oparciu o średnią wyników i zaliczane do jednej z czterech grup. Liderzy innowacji w UE to: Szwecja, Finlandia, Dania, Holandia i Luksemburg, których wyniki w zakresie innowacji ukształtowały się znacznie powyżej średniej UE.
Do grupy silnych innowatorów zaliczono: Austrię, Belgię, Estonię, Francję, Niemcy, Irlandię i Portugalię. Polskę zaliczono zaś do grupy 13 krajów, których wyniki plasują się poniżej średniej UE – czyli do umiarkowanych innowatorów. Do najniższej grupy należy zaś Bułgaria i Rumunia.
W 2013 r. także zajmowaliśmy 24. miejsce (a formalnie 25. gdyż Wielka Brytania nas oczywiście wyprzedzała a była jeszcze członkiem UE) – i od tego roku stoimy niestety w rankingu na tym samym miejscu.
W niektórych dziedzinach objętych badaniem w ramach Indeksu, osiągamy wyniki powyżej średniej UE. Do nich należą: liczba osób z wyższym wykształceniem na 1000 mieszkańców, środowisko przyjazne innowacjom (na ósmym miejscu), wydatki inwestycyjne w przedsiębiorstwach (na 18 miejscu), zatrudnienie w szybko rozwijających się przedsiębiorstwach. Bardzo niskie wyniki notujemy w zakresie innowatorstwa w małych i średnich przedsiębiorstwach (na 26 miejscu).
Czołówka rankingu to Szwecja, Finlandia, Dania, Holandia i Luksemburg. Wartość indeksu dla Szwecji wynosi 140,7 proc. a dla Polski: 58,9 proc. – i taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych.
Spośród nowych krajów UE przed nami są prawie wszystkie z nich. Za nami – tylko Chorwacja, Bułgaria i Rumunia.

Europejski Ranking Innowacyjności 2020

  1. Szwecja 140,7
  2. Finlandia 139,8
  3. Dania 134,5
  4. Niderlandy 127,8
  5. Luksemburg 126,0 23. Łotwa 63,0 24. 24. Polska 58,9 25. Chorwacja 58,8 26. Bułgaria 45,4

Jesteśmy rajem dla ludzi z pomysłami

Światowe rankingi innowacyjności umieszczają Polskę w swoich szarych ogonkach. Jest to głęboko niesłuszne. W kreatywności i pomysłowości bijemy innych na łeb. A wszystko to dzięki polityce państwa, która od lat rozpościera nad kreatorami nowinek swój parasol ochronny.

To dzięki tej ochronie stałem się niegdyś osobistością Rzeczypospolitej Polskiej i za 1600 zł mogłem występować w skórzanej edycji „Encyklopedii oxfordzkiej”. Dzięki wsparciu ze strony władzy, mojej nieistniejącej firmie za drobną opłatą, przyznano certyfikat zaświadczający iż jest to „Firma Godna Zaufania 2015” .

Skąd mam pewność, że za tym wszystkim stoi państwo? Stąd, że każda z firm proponujących nienależne mi tytuły działa oficjalnie. Każda zatrudnia pracowników. Każda ma swój REGON i NIP. A nade wszystko funkcjonuje w przestrzeni publicznej, o czym świadczą ich strony internetowe. A skoro tak, to państwo bierze odpowiedzialność za wiarygodność tych przedsięwzięć. Żeby tam tylko tych.

Bilety na apartament

Szukałem w sieci mieszkania do wynajęcia. Znalazłem. Niezła lokalizacja. Comiesięczne koszty niższe o jedną piątą niż w innych ogłoszeniach. Żadnej kaucji nawet. A na dodatek jak byk stało, że to przez pośrednika. Taki pośrednik zaś musi mieć umocowanie prawne, czyli jest instytucją jak najbardziej godną zaufania. Dzwonię zatem i z automatycznej sekretarki dowiaduję się, że winienem się wprzódy zarejestrować na stronie internetowej. Się rejestruję. Po paru godzinach dzwoni miły pan i oferuje pokazanie interesującego mnie lokalu. Ponieważ jednak pan jest zabiegany, a ludzie robią sobie z pana jaja i są niesłowni, pan winszuje sobie najpierw przelanie na jego konto drobnych 150 zeta.

Ponieważ facet uczciwie stawia sprawę, transferuję hajs na podane na stronie jego biura konto. Umawiam się i oglądam dwa pokoje z kuchnią za 1200 zł miesięcznie. Rzecz jasna jestem chętny wynająć mieszkanie od razu. Niestety pan ma dwóch klientów, którzy oglądali je wcześniej i mają dać odpowiedź w ciągu 2 dni. Uczciwość pośrednika była porażająca. Odczekuję 48 godzin i dzwonię. Niestety. Mieszkanie poszło w ręce jednej z czekających osób.

Moje 150 zeta odpłynęło w niebyt.

Tyle, że ogłoszenie o wynajęciu wciąż wisiało. Zniknęło dopiero po 3 miesiącach.

Tak, wiem. Dałem się zrobić w bambuko. A najgorsze, że miłemu panu mogłem nagwizdać, bo na końcu jego strony internetowej stała napisana małym druczkiem formułka prawna sprowadzająca się do tego, że to co pan robi jest cacy, a ja wpłacając kasę, działam na własną odpowiedzialność.
Odpuściłem. Gdybym sprawę zgłosił na policji, byłbym ciągany na przesłuchania i rozprawy w nieskończoność. A potem i tak okazałoby się, że nie miałem racji, albo, że w grę weszła mała szkodliwość czynu.
Przedsiębiorczy młody człowiek urósł w moich oczach. Przyjmując skromnie, że każdego dnia pokazywał mieszkanie 2 osobom i że trwało to przez 3 miesiące, to w tym czasie zarobił w granicach 27 tysięcy. Biorąc pod uwagę, że poświęcał na to, góra, 2 godziny dziennie, to efektywność tej innowacji zasługuje na uznanie.

Subwencja na kości

Rzuciło mnie czas jakiś temu do Kędzierzyna-Koźla. Od tubylców powziąłem informację, że na miejscowym cmentarzu masowo wykopuje się Niemców. I faktycznie. Leżeli sobie kilkadziesiąt lat, w oznakowanym miejscu, nawet zadbanym, a teraz ich gnaty pozwalają dostatnio żyć ludziom z głowami pełnymi dobrych pomysłów. Jeden z nich zasadzał się na pozyskaniu pieniędzy unijnych. Unijnych, bo wszak Republika Federalna Niemiec do Unii Europejskiej przynależy. Okazało się, że hajs jest duży i w dodatku co roku pojawia się na nowo.

Aby go przetransferować do własnych kieszeni należało tylko powołać stowarzyszenie i wysłać zaproszenie do tańca do Niemców. Chwyciło. Teraz można robić to, co się robi. Rozkopać istniejący cmentarz. Wydobyć bezimienne kości należące do 2 tysięcy nieboszczyków. Włożyć je do specjalnych trumienek. Przewieść trumienki do Poznania. Zaparkować je na cholera wie jak długo w specjalnym magazynie. Potem zaś pochować na nowo, tyle, że na innym cmentarzu.

Przeflancowywanie niemieckich trucheł trwa od 18 lat. I potrwa tyle, co orkiestra Owsiaka. Dzięki inwentyce paru osób, pracę mają setki. Państwo polskie nie dość, że do interesu nie dokłada, to czerpie zeń choćby podatki od wynagrodzeń. Za wszystko zaś płaci Bundesrepublika i dopóki nie widzi w tym wszystkim bezsensu – będzie płaciła.

Noblista na zmarszczki

Jak ktoś skończył 50 lat jakiś czas temu i ma młodą narzeczoną, to nie powinien być zdziwiony, że któregoś dnia zaproponuje ona, by kupił sobie krem „likwidujący procesy starzenia skóry już na poziomie DNA. Taki innowacyjny krem jest dodatkowo wzbogacany o składniki, które stymulują komórki m.in. do szybszej regeneracji i zwiększonej produkcji kolagenu. Dzięki temu wystarczy zaledwie kilka dni by usunąć zmarszczki i cieszyć się gładką, promienną skórą. Krem oparty o formułę nanocząsteczkową wbrew pozorom nie kosztuje fortuny”.

Fakt, 550 złotych to nie fortuna. Zwłaszcza, że informacja jest ubogacona wizerunkiem, imieniem i nazwiskiem profesora, który za odkrycie substancji regenerującej DNA dostał Nobla.

Wklikuję nazwę kosmetyku i okazuje się, że w internecie jest go pełno. Piszą o nim wszystkie portale. Wypowiadają się autorytety i ci, którzy go stosują. Gdyby nie to, że liznąłem coś o DNA i wiem, że nie ma bola, by coś regenerowało każde DNA, to pewnie wysupłałbym pół tysiaka. Zamiast tego wlazłem na stronę komitetu noblowskiego i nigdzie nie znalazłem ani facjaty profesora, ani tym bardziej jego nazwiska.

Nauczony doświadczeniem z mieszkaniem zajrzałem na sam dół oficjalnej strony kremu. A tam drobnym druczkiem było co następuje: „Wyniki nie mogą być gwarantowane i mogą się różnić u każdego z użytkowników, zależy to od indywidualnych uwarunkowań skóry i ilości subiektywnie odczuwanych korzyści”.

Pod spodem była zaś „Nota prawna” stanowiąca, że „Utrata zmarszczek pokazana na tej stronie – nie odzwierciedla średnich wyników uzyskanych po zastosowaniu kremów przeciwzmarszczkowych. Ta strona internetowa ilustruje pewne szczególne przypadki ludzi, którzy mieli zaprezentować wyjątkową sytuację utraty zmarszczek, do których mogły przyczynić się dodatkowe czynniki. Typowe wyniki używania kremu nie zostały poddane naukowym badaniom przeprowadzonym na reprezentatywnej próbie”.
Jeśli zatem, ktoś poczuł się zrobiony przez oficjalne informacje i autorytety w wała i chciałby podzielić się podejrzeniem o oszustwo z UOKiK-em, to niech sobie da siana. Firma dzięki tym dopiskom może spać spokojnie. Zatrudniać dziesiątki ludzi i dawać zarobić internetowym „wiarygodnym” źródłom informacji. Żaden jeleń nie zgłosi oszustwa prokuraturze. Tak samo jak nie zrobi tego – choć powinien z urzędu- urząd chroniący obywateli przed kantami. Innowatorzy, którzy wdrożyli nowatorską metodę marketingową „na noblistę”, cieszą się pełnym wsparciem Rzeczypospolitej.

Domena pracowitości

Kiedyś pisałem o pewnym Funduszu mieszkaniowym. Gdy tekst się ukazał, zostałem przez Fundusz zaatakowany, że łżę. Okazało się bowiem, że korzystałem z informacji ze stron z nazwą Funduszu. Na stronach tych były opisane i pokazane wszystkie jego inwestycje. Opublikowano też cenniki i dziesiątki informacji związanych z Funduszem. No i było logo. W sumie, internetowa publikacja liczyła sobie kilkadziesiąt stron.

Tyle, że – jak poinformowała mnie miła pani rzecznik Funduszu – to wszystko było bezprawnym podszywaniem się.

Gdyby nie to, że zobaczyłem stosowne kwity wysłane w tej sprawie do prokuratury, to bym nie uwierzył. Bo po jaki puzon, ktoś zadawałby sobie setki roboczogodzin i robił dobrze jakiejś instytucji? (Dobrze z tego powodu, że pirackie strony tak naprawdę reklamowały ofertę funduszu.) Te informacje, z których skorzystałem, też były prawdziwe, tyle, że ich okres przydatności do spożycia się skończył i z oficjalnych stron Funduszu już wyleciały.

O co zatem chodziło piratom-pracusiom? Oczywiście o szmal. Ich działania zaś są nowatorskim wkładem w rozwój niegdysiejszej brutalnej metody wykupywania domen (czyli adresów stron z nazwami firm lub produktów) i odsprzedawania ich z kilkunastokrotnym przebiciem.

Dziś jak jakaś firma ma zahulać w internecie, to wylansuje sobie nową, własną domenę. Dlatego pirat nie proponuje odsprzedania gołego adresu. Chce lunąć działający portal. Działający i nieco tylko wprowadzający w błąd. Nieznacznie, ale na tyle wkurzająco dla zainteresowanych, że utopią każdy szmal, by pirackie strony odkupić.

Oczywiście po stronie oficjalnej firmy powinny stanąć prawo autorskie, prokuratura i sądy. Powinny. Praktyka jednak pokazuje, że w ich działaniach górę bierze sprzyjanie innowatorom.

Organy państwa wspierają wszak biznesmenów myślących nieortodoksyjnie, zwłaszcza, gdy na tym korzystają podatkowo. Zwykły obywatel musi się ze wszelkimi przejawami pomysłowości ludzkiej mierzyć na własną rękę. Bo właśnie polskie pozostawienie człowieka samemu sobie, jest w skali Unii Europejskiej największą innowacją.

Innowacyjnie to już było

Rządowi PiS nie zależy na modernizowaniu polskiej gospodarki. Przekracza to zresztą jego możliwości.

Jeśli mowa o postępie w innowacyjności, to niestety Polski to nie dotyczy. Rząd Prawa i Sprawiedliwości nic nie robi, by podnieść innowacyjność naszej gospodarki.
PiS-owscy prominenci wprawdzie dość często o tym mówią, ale to tylko lipna propaganda na użytek szerokiej publiczności. W rzeczywistości obecna ekipa się tym nie zajmuje – i nie przejmuje.

Pod koniec listy

Efekty takiego podejścia ze strony rządu PiS widać w międzynarodowych rankingach najbardziej innowacyjnych gospodarek. Jak wskazuje Globalny Indeks Innowacyjności 2019, Polska zajmuje dopiero 39 miejsce. To najważniejszy na świecie wskaźnik dotyczący tej sfery, sporządzany przez Światową Organizację Własności Intelektualnej ONZ oraz dwie wybitne wyższe uczelnie: Uniwersytet Cornella oraz Europejski Instytut Administracji Biznesowej. Obejmuje on 129 krajów.
Za czasów rządów PO-PSL, Polska awansowała w Globalnym Rankingu Innowacyjności z 56 na 39 miejsce. Postęp był więc naprawdę duży, ale ekipa z PIS to zaprzepaściła. Od 2016 r. nasz kraj zajmuje to samo 39 miejsce.
Jeszcze gorzej wypadamy w drugiej prestiżowej klasyfikacji: Europejskim Rankingu Innowacyjności publikowanym przez Komisję Europejską. Ranking ten obejmuje wszystkie kraje Unii Europejskiej. Polska zajmuje w nim 25 miejsce, wyprzedzając jedynie Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Możemy tylko marzyć o doścignięciu Litwy, Łotwy czy Słowacji, o Czechach, Węgrach czy Słowenii już nie wspominając. Za rządów PO-PSL nasz kraj zajmował w tym rankingu 23 miejsce.

Rząd bezczynny i bierny

Indolencja i brak zainteresowania rządu PiS to główny powód tak niskiego stopnia innowacyjności polskiej gospodarki – bo bez wsparcia ze strony administracji państwowej żaden kraj nie jest w stanie skutecznie modernizować swego potencjału wytwórczego.
Polscy naukowcy mogą osiągać sukcesy, ale ich praca jest niweczona przez bierność i bezczynność instytucji rządowych.
– Wydatki na innowacyjność w Polsce w rzeczywistości często polegają na… kupowaniu innowacji zagranicznych. Konkurujemy zaś, tak jak zwykle, tanią siłą roboczą. Ale czas taniej siły roboczej właśnie się u nas kończy – mówi dr. Patryk Dziurski ze Szkoły Głównej Handlowej.
O braku wsparcia dla innowacji dobrze wie znakomity naukowiec oraz lekarz, prof. Henryk Skarżyński, twórca i szef Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu oraz Światowego Centrum Słuchu. Swoje Centrum Innowacyjne profesor otwiera w Senegalu.
– W Polsce szuka się oszczędności na innowacyjnych technologiach medycznych. W rezultacie, rodzice chorych dzieci korzystają z nich prywatnie – ale oczywiście tylko ci, których na to stać. Narodowy Fundusz Zdrowia nie finansuje nowatorskich technologii – podkreśla prof. Henryk Skarżyński.
Takie technologie mogą w Polsce powstawać. Przeszkodą nie jest brak zdolności naszych naukowców. Przeszkodą jest bierność i nieskuteczność organizacyjna rządu PiS.

Daleko od patentów

– Mamy świetnych naukowców, ich odkrycia mogą i powinny być bazą do uzyskiwania patentów na najważniejszych rynkach świata. Nie wystarczy jednak stworzenie dobrej technologii. Trzeba mieć strategię budowania portfela patentowego. Polska własność intelektualna musi być powszechnie chroniona. My jednak nie możemy skalować swych osiągnięć i zaistnieć globalnie – wskazuje Bogusława Skowrońska, ekspertka z zarządu Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej.
Oczywiście, nie zmienia to faktu, że w Polsce są lepsi i gorsi naukowcy – w tym i tacy, co nie tylko prochu, lecz niczego nie wymyślą.
Bojąc się utraty swych posad wykonują bezpieczne badania podstawowe, które zgodnie z definicją ( zawartą w ustawie o szkolnictwie wyższym i nauce ) są pracami teoretycznymi, podejmowanymi przede wszystkim w celu zdobycia nowej wiedzy o podstawach zjawisk i faktów, bez nastawienia na bezpośrednie zastosowanie komercyjne.
Te badania można spokojnie ciągnąć latami, bez widocznych rezultatów – ale one nie unowocześnią polskiej gospodarki.

Trzeba zmieniać rzeczywistość

– Wykonując tylko badania podstawowe, niczego wokół siebie nie zmienimy. Trzeba prowadzić takie badania, które przynoszą konkretne wyniki – a potem je komercjalizować, wytwarzać i stosować – mówi prof. Anna Wójcicka z Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Pani profesor wie o tym z własnego doświadczenia, jako prezes spółki naukowej wykonującej zaawansowane testy genetyczne mogące ratować życie.
Jak głosi misja spółki: „Wykorzystując nowoczesne narzędzia analizy genetycznej poszukujemy w genomie człowieka błędów odpowiedzialnych za powstawanie chorób”.
– Dla wielu pacjentów to bardzo istotne, że jesteśmy firmą polską. Dzięki temu aż 98 proc. z nich zgadza się na wykorzystanie badań swych genów dla naszych celów naukowych Wykonujemy te same badania co w zaawansowanych krajach zachodnich – ale umiemy tworzyć technologie, dzięki którym możemy robić je taniej. Obniżka cen, wynikająca z innowacyjności, a nie z niskich kosztów pracy, to duża część naszego sukcesu – podkreśla prof. Wójcicka.
Z tych testów genetycznych wynika między innymi, że u 5 proc. badanych osób występuje bardzo duże ryzyko zachorowania na chorobę nowotworową. Wykonanie badań genetycznych u wszystkich Polaków pozwoliłoby na zapobieganie i wczesne leczenie tych nowotworów.
Te badania genetyczne uratowałyby życie wielu ludzi i przyniosły ok. 90 mld zł oszczędności – ale oszczędności byłyby w perspektywie dwudziestu lat, a nie od razu. Wiadomo więc, że rząd PiS nie wyda ani grosza, aby takie badania przeprowadzić.

PiS nie modernizuje Polski

Nasz kraj nadal wlecze się w ogonie państw europejskich pod względem innowacyjności. To się raczej nie zmieni.

Komisja Europejska opublikowała raport dotyczący innowacyjności („European Innovation Scoreboard 2019”). W rankingu obejmującym wszystkie kraje Unii Europejskiej Polska znalazła się 25 miejscu, wyprzedzając tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Polska znajduje się na tym 25 miejscu w unijnym rankingu innowacyjności od 2011 r. W latach poprzednich była to pozycja 24 lub 23 ( w latach 2006-2010).
Mimo ogromnych funduszy unijnych, które przeznaczane były i są na innowacje oraz na działalność badawczo-rozwojową, mimo pieniędzy krajowych kierowanych na te cele, oraz coraz lepiej dostosowanych do potrzeb przedsiębiorstw rozwiązań prawnych, mających wspierać ich decyzje dotyczące inwestycji w innowacje i badania oraz rozwój, nasza pozycja wśród krajów UE pogarsza się.
Inni po prostu robią na rzecz innowacyjności więcej niż Polska. Litwa, Łotwa i Słowacja wyprzedziły nas już dawno.
Indeks opisujący polską innowacyjność co prawda systematycznie, z roku na rok rośnie. Ale w porównywalnym tempie rośnie też średni indeks innowacyjności dla UE. Nie zmniejszają się zatem w sposób istotny różnice między poziomem innowacyjności w Polsce i w UE.
Co jest tego powodem? Przede wszystkim niski poziom innowacyjności mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Ich skłonność do wdrażania rozmaitych innowacji (produktowych, procesowych, marketingowych i organizacyjnych) jest bardzo niska. Niska jest także skłonność tych małych i średnich przedsiębiorstw, które inwestują w innowacje, do współpracy z innymi podmiotami. Odzywa się tu brak zaufania, który zdaje się być naszą przywarą także w procesie inwestowania w innowacje.
Problemy niskiej innowacyjności tkwią także w słabości polskiego systemu badań naukowych. Niewiele osób spoza Polski chce u nas pracować nad doktoratami, a polscy naukowcy mało mają międzynarodowych publikacji i niezbyt często są one cytowane. A to oznacza, że nasza baza naukowa bez której trudno o innowacyjność, istotnie różni się in minus od średniej dla UE.
Raport Komisji Europejskiej zwraca także uwagę na niski poziom inwestycji realizowanych przez fundusze podwyższonego ryzyka. Rzeczywiście, fundusze działające na polskim rynku nie są zainteresowane nowymi, innowacyjnymi firmami (start-upami) w początkowej fazie ich działania. Zdecydowanie chętniej włączają się z kapitałami i swą wiedzą, gdy produkt jest już gotowy, a rynek się nim zainteresował.
Ale mamy też, według unijnego raportu, także i silne strony – duża liczbę osób z wyższym wykształceniem, dobrze już rozbudowana sieć łączy szerokopasmowych. Nadzieję budzi też zwiększające się zatrudnienie w szybko rosnących firmach działających w innowacyjnych sektorach.
Warto przyjrzeć się rankingowi innowacyjności i jego składowym, bo znaleźć tam można odpowiedź na cześć pytań o przyczyny ciągle niskiego poziom innowacyjności polskiej gospodarki.
Jak widać, ani spore kapitały przeznaczane na badania, rozwój i innowacje, ani naprawdę dobre rozwiązania podatkowe (ulgi na działalność badawczo-rozwojową oraz objęcie 5-procentową preferencyjną stawką podatkową dochodów z praw własności intelektualnej) nie są wystarczające.
Potrzebne jest wzmocnienie sektora nauki i silniejsze powiązanie go z gospodarką, wzmocnienie zdolności kapitałowej małych i średnich przedsiębiorstw do inwestowania, zainteresowanie funduszy finansowaniem także i tych inwestycji, które znajdują się we wczesnych fazach rozwoju i obarczone są sporym ryzykiem niepowodzenia. Tylko pomysłu na wzrost zaufania nie ma.
Zwiększenie skłonności do inwestowania w innowacje jest ważne, bo jak Komisja Europejska podkreśla w swym raporcie, w ciągu ostatnich kilkunastu lat innowacje były siła napędową około dwóch trzecich wzrostu gospodarczego w Europie. Ocenia się, że w latach 2021-2027 inwestycje w badania naukowe, rozwój i innowacje wygenerują do 100 tysięcy nowych miejsce pracy w tych dziedzinach.

Jesteśmy krajem innowacyjnym inaczej

W rządowej propagandzie gospodarczej nie ma celu ważniejszego od innowacyjności. I chyba bardziej zaniedbywanego.

 

Nasz kraj jest poniekąd fenomenem na skalę światową. Mamy bowiem około 60 instrumentów finansowego wsparcia, ze środków publicznych, przeznaczonych na rozwój innowacji oraz badań i rozwoju w przedsiębiorstwach. A skutek funkcjonowania tych wszystkich instrumentów jest żaden.
„Udzielana pomoc publiczna nie wpływa w zauważalny sposób na podwyższenie innowacyjności polskiej gospodarki” – stwierdza jednoznacznie Najwyższa Izba Kontroli w swym najnowszym raporcie. Pomoc ta nie wpłynęła na wskaźniki innowacyjności ani w skali kraju, ani w poszczególnych województwach.
Nie uległa też zmianie pozycja Polski w rankingu innowacyjności prowadzonym przez Komisję Europejską. Nasz kraj od lat zajmuje w nim miejsca 25 – 26, wśród 28 badanych państw europejskich.

 

Wszystko jest innowacyjnością

Pieniądze publiczne o których wyżej mowa to przede wszystkim fundusze z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, która dysponuje środkami unijnymi z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka oraz budżetowymi.
Innym ważnym rozdzielnikiem państwowej kasy jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które w teorii ma wspierać politykę naukową naukowo-techniczną i innowacyjną państwa.
W ramach samorządów wsparcia na innowacje mogą też udzielać urzędy marszałkowskie ze środków rozlicznych Regionalnych Programów Operacyjnych.
Na badania, innowacje i rozwój idą duże pieniądze – ponad 60 mld zł rocznie, choć dokładnie nie wiadomo ile, bo nikt nigdy tego dokładnie nie policzył. I ciągle słychać opinie, że to za mało, bo wydatki na cele powinny być prawie dwa razy większe.
Rzecz w tym, że gdyby były i pięć razy większe to też nic by to nie zmieniło. W naszym kraju można bowiem wszystko uznać za innowacyjność, badania i rozwój – i wyciągnąć na ten cel godziwe pieniądze.
Innowacyjnym projektem (zapewne o strategicznym znaczeniu dla polskiej gospodarki) był na przykład „Szlak konny województwa łódzkiego”.
Jeszcze większy potencjał unikalnych nowości z pewnością zawierał w sobie projekt modernizacji wyposażenia dyskoteki w województwie małopolskim, zaprezentowany jako unikalny na skalę światową, poprzez zmodernizowanie tejże dyskoteki za sprawą zainstalowania nowoczesnych urządzeń technicznych. I oczywiście urzędnicy zaakceptowali pomysł, a właścicielom dyskoteki udało się uzyskać dofinansowanie w wysokości 1 923,9 tys.

 

Wydawać tak, by się nikt nie czepiał

W Polsce na rzekomą działalność innowacyjną wydaje się dużo i chętnie. Wszyscy są tym bowiem zainteresowani.
Pomysłodawcy – bo chcą oczywiście dostać jak najwięcej kasy na swoją działalność; urzędnicy – bo szybko pragną rozdysponować pieniądze na innowacyjność i badania, dzięki czemu mogą chwalić się, jak to sprawnie wspierają w ten sposób rozwój naszego kraju, a przy okazji uzyskać i coś dla siebie od wdzięcznego przedsiębiorcy. Sprzyja temu odmienianie przez wszystkie przypadki słowa „innowacyjność” uprawiane w propagandzie rządu PiS.
Mamy więc typowe wsie potiomkinowskie: innowacje i badania to w Polsce fikcja, wszyscy o tym wiedzą (łącznie z rządem) – ale wszyscy są zadowoleni, bo pieniądze idące na te cele są bardzo realne, zaś dla władzy najważniejszy jest efekt propagandowy, gdyż to dzięki niemu wygrywa się u nas wybory.
„Środki finansowe zamiast na projekty o wysokim potencjale innowacyjnym zbyt często przeznaczane są na przedsięwzięcia o znikomym znaczeniu dla gospodarki” – krytycznie zauważa NIK.
Kontrolerzy wyraźnie się czepiają. A niby dlaczego w Polsce miałoby się przeznaczać duże pieniądze na „projekty o wysokim potencjale innowacyjnym”? Żeby je zmarnować?
Przecież takie autentycznie innowacyjne projekty mogłyby nie wypalić, za uzyskane pieniądze niczego nie udałoby się stworzyć, byłyby pretensje i zarzuty o niegospodarność. Lepiej więc wydać tę kasę na coś co na pewno się uda, jak wspomniany szlak konny czy wyposażenie dyskoteki. Wtedy nikt nie będzie mieć o nic pretensji.
Tak więc kryteria wyboru projektów do dofinansowania nie zapewniają w Polsce promocji najbardziej innowacyjnych projektów.
Programy nie preferują unikalnych produktów lub technologii, czy wyższej konkurencyjności. NIK zaobserwował to na przykład w procedurze oceny wniosków – np. w jednym z innowacyjnych jakoby programów, za spełnienie kryterium „innowacyjność” wniosek mógł otrzymać maksymalnie 4 punkty na 74 możliwych do uzyskania.
Średnio w tzw. innowacyjnych projektach waga samej innowacyjności stanowi tylko od 8 do 40 proc. ogólnej punktacji. Jak zarzuca NIK, nie weryfikowano deklaracji wnioskodawców o rodzaju i skali proponowanych innowacji. Procedury oceny wniosków nie były w pełni transparentne, w niektórych konkursach nie wskazano jednoznacznych kryteriów ocen.
W rezultacie, rzekomo innowacyjne projekty odznaczały się znacznie niższą skalą innowacji niż wynikałoby to z dokumentacji.
W wyniku takiej polityki, nasz kraj wciąż – mimo pokaźnych nakładów finansowych i specjalnych programów wsparcia – jest na dalekich pozycjach we wspomnianych rankingach innowacyjności, zaś nasza gospodarka rozwija się nie dzięki cennym pomysłom lecz w wyniku w miarę sprawnego wykonywania tego co wymyślają inni.

 

W pułapce średniego wzrostu

Główne przyczyny słabości polskiej innowacyjności od lat są takie same – brak przemyślanej strategii, źle skonstruowane programy wsparcia, które nie promują najbardziej nowatorskich projektów, brak zaangażowania w rozwój autentycznej innowacyjności, na której nikomu nie zależy.
Liczy się za to innowacyjność pozorna, bo to dzięki niej można efektywnie przepompowywać pieniądze podatników do prywatnych kieszeni. Zyskują też przedsiębiorstwa, których projekty zakwalifikowały się do programów wsparcia – poprawia się ich kondycja ekonomiczna oraz wzrasta produkcja. A że nie nie jest to produkcja czegokolwiek innowacyjnego, to cóż z tego?
I właśnie dlatego w Polsce nie udaje się stworzenie i wypromowanie jakichkolwiek projektów o nowatorskim charakterze, czy wykreowanie produktów będących marką polskiej gospodarki.
Ekonomiści oceniają, że innowacje oraz badania i rozwój stanowią jedne z najważniejszych elementów budujących konkurencyjność nowoczesnych gospodarek. Szczególne znaczenie mają one dla krajów takich jak Polska, zagrożonych tzw. pułapką średniego wzrostu – czyli tym, że po wykorzystaniu aktualnego potencjału produkcyjnego i efektu tańszej siły roboczej, nie będzie już innych możliwości rozwojowych.
U nas tak się już dzieje – wiadomo, że w kolejnych latach polska gospodarka będzie rozwijać się wolniej. Lekarstwem na to mogą być właśnie innowacje – nowoczesne wyroby i usługi podbijające rynki i zdobywające klientów. W Polsce jednak brak takich wyrobów i usług. Tymczasem w krajach rozwiniętych aż dwie trzecie wzrostu gospodarczego łączy się z wprowadzaniem i wykorzystaniem innowacji.

 

Umiemy wydawać cudze

Według danych rządowych, jakiekolwiek działania innowacyjne w Polsce są prowadzone przede wszystkim w dużych firmach i przede wszystkim dzięki wsparciu państwa.
Jak wykazała kontrola NIK, przedsiębiorcy w zdecydowanej większości przypadków rezygnowali z realizacji innowacyjnych projektów, gdy nie otrzymali publicznego wsparcia. Świadczy to tylko o ich rozsądku: nie chcieli topić własnych pieniędzy w czymś niepewnym i zagrożonym klapą. Pieniądze państwowe to co innego…
Wydawanie pieniędzy publicznych jest u nas dobrze rozwinięte i funkcjonuje bez zarzutu. Jak stwierdziła NIK, „rozdysponowanie środków na badania, innowacje i rozwój następuje sprawnie i należy ocenić je bardzo pozytywnie”.
O tak, nasi urzędnicy i przedsiębiorcy doskonale sobie radzą z szybkim wydawaniem cudzych pieniędzy. Innowacyjne efekty tych wydatków są wprawdzie niezauważalne, ale w końcu nie wymagajmy zbyt wiele.

 

Preferencje na papierze

W ekipie premiera Mateusza Morawieckiego słowo „innowacyjność” jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Nic jednak z tego nie wynika.

 

Preferencyjny system podatkowy dla innowacyjnych przedsiębiorstw funkcjonuje już w 13 krajach europejskich. Ma wkrótce trafić i do Polski, choć w obliczu złamanych obietnic obniżenia stawki VAT, rosnących obciążeń fiskalnych i kar dla przedsiębiorców, wydaje się skórką niewartą wyprawki.
Już w 2000 r. Unia Europejska dostrzegła słabnącą konkurencyjność wspólnotowej gospodarki wobec innych rynków. Remedium na to miała być tzw. strategia lizbońska, czyli społeczno-gospodarczy plan rozwoju UE na lata 2000–2010. Jednym z jej głównych filarów była innowacyjność.

 

Prochu nie wymyślamy

Niestety, Polska nie spełniła oczekiwań. W rankingu państw opublikowanym przez Komisję Europejską w czerwcu 2017 r. w zakresie działań w obszarze innowacji nasz kraj zajął 4. miejsce od końca – wyprzedził tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Większość państw wyprzedzających Polskę w tym zestawieniu KE, oferuje korzystniejsze rozwiązania biznesowe dla przedsiębiorstw kładących nacisk na badania i rozwój. Chodzi zwłaszcza o system preferencyjnego opodatkowania dochodów uzyskiwanych z tytułu własności intelektualnej, głównie z patentów. Może obejmować inne przejawy własności intelektualnej, jak wzory przemysłowe czy znaki towarowe.
Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii proponuje, by przedsiębiorcy, którzy stworzą nową technologię lub usługę, a następnie zaczną ją sprzedawać, byli opodatkowani w zakresie uzyskiwanych dzięki temu dochodów, stawką maksymalnie 4 proc.
Rządowa propozycja takiej preferencyjnej stawki miałaby zacząć obowiązywać jeszcze w 2018 r.

 

Obietnice a rzeczywistość

Państwa oferują różne zakresy ulg. Część ogranicza się tylko do preferencyjnego opodatkowania dochodów z patentów, inne przewidują je dla wszelkich innowacji uzyskanych przez przedsiębiorstwo wskutek działań badawczo-rozwojowych.
Różne stawki opodatkowania i różne ulgi oferowane w ramach są dla przedsiębiorców niczym innym, jak zachętą do dokonywania tzw. optymalizacji podatkowej. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii chce, by Polska stała się niemal rajem podatkowym na tle innych państw.
Czy jednak zapowiedź wprowadzenia preferencyjnych i konkurencyjnych wobec systemów innych państw regulacji podatkowych, stanie się faktem? Byłaby to miła odmiana dla przedsiębiorców. Dotychczas bowiem nurt ustawodawstwa podatkowego zdecydowanie zmierzał w stronę zwiększania obciążeń fiskalnych.
Już od 1 stycznia 2019 r. ma obowiązywać w Polsce nowy podatek od zysków, których nie ma, tzw. exit tax. Przedsiębiorcy przenoszący swoją działalność za granicę będą musieli zapłacić z tego tytułu podatek od zysków, jakie zrealizowaliby na terytorium RP. To unijny podatek, który ma rekompensować krajom „narodzin” firmy, koszty poniesione w związku z jej tworzeniem, a także udzielone w tym celu ulgi.
System będący zachętą do pozostania w Polsce, a nie karą za jej opuszczenie, to właściwy oręż w walce o pieniądze przedsiębiorców – ocenia Kancelaria Prawna Skarbiec. Ale ci zdążyli się już przyzwyczaić, że obietnice to jedno, a ich realizacja – drugie, jak choćby w przypadku deklarowanej od dawna obniżki stawki VAT z 23 na 22 proc.

 

Swoboda tworzenia

Tymczasem, o podatki z kieszeni przedsiębiorców walczyć trzeba. Bo podczas gdy w Polsce składane są dopiero obietnice, już teraz stawka podatku dochodowego od firm innowacyjnych w Holandii wynosi 5 proc., a na Cyprze – tylko 2,5 proc.
Ze względu na swój specyficzny charakter własność intelektualna ma to do siebie, że jest ściśle związana nie z miejscem powstania, a z osobą twórcy. Wynalazki, wzory przemysłowe czy znaki towarowe można tworzyć gdziekolwiek – dlatego też twórcy mogą pracować nad swoimi pomysłami w dowolnym państwie, wedle swoich upodobań. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii dostrzegło ten fakt. Zwróciło uwagę, że polscy przedsiębiorcy i wynalazcy mogą chcieć spieniężać swoje innowacje w obcym państwie ze względu na panujący w nim korzystny klimat ekonomiczny.
Przedsiębiorcy w Polsce borykają się na co dzień z podwójnym, a nawet wielokrotnym opodatkowaniem poszczególnych segmentów swojej działalności. Jednocześnie, nie otrzymują wsparcia finansowego ze strony państwa w zakresie nakładów na badania i rozwój. Zdaniem Kancelarii Prawnej Skarbiec, innowacyjni przedsiębiorcy już teraz wolą więc przenosić swoje przedsięwzięcia np. na Cypr lub do Wielkiej Brytanii. Cypr jest jurysdykcyjnym rajem dla przedsiębiorstw opierających swoją działalność na przychodach z tytułów praw licencyjnych i własności intelektualnej. Zjednoczone Królestwo w 2017 r. po raz pierwszy dołączyło do grona europejskich liderów innowacji.
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) dostrzegła już wiele lat temu, że firmy przeprowadzały prace badawcze w państwach, w których warunki były ku temu najkorzystniejsze, a komercjalizowały ich wyniki tam, gdzie obowiązywały najniższe stawki podatku dochodowego. Dlatego OECD ograniczyła możliwość wprowadzenia preferencyjnych stawek innowacyjnych. Przedsiębiorstwo musi m.in. wykazać, że co najmniej część prac badawczych prowadzona była na terenie kraju, pod którego jurysdykcją chce potem korzystać z niskiej stawki CIT.
Ograniczenia mają też zawęzić zakres innowacji, które można będzie objąć preferencjami. Ale to już grozi urzędniczymi nadużyciami i swobodą interpretacyjną organów podatkowych. Co można bowiem zrobić, gdy urzędnicy z Brukseli uznają marchewkę za owoc, a ślimaka za rybę?