Między wielkością a upadkiem

Trzy przedstawienia w stolicy w ciągu jednego roku inspirowane mikropowieścią Jarosława Iwaszkiewicza „Matka Joanna od Aniołów” – tego jeszcze nie było. Trudno uwierzyć, że to przypadek.

Zwłaszcza, że wzmożona ostatnimi laty gorliwość polskich egzorcystów, wypędzających rzekome demony z rosnących szeregów opętanych wydaje się niezgorszym tłem dla powrotu do historii, której akcja toczy się kilka wieków temu. Wtedy właśnie, w latach trzydziestych XVII wieku we francuskim Loudun miało miejsce głośne opętanie w klasztorze urszulanek, którego skutki sięgnęły po same szczyty ówczesnej władzy kościelnej i świeckiej. Iwaszkiewicz pominął ten kontekst polityczny, koncentrując się na histerii religijnej i psychicznej zależności ludzi dotkniętych tą histerią. Przeniósł akcję na rubieże ówczesnej Rzeczypospolitej, do fikcyjnego Ludynia, nasycając swoją opowieść dodatkowymi przyprawami: judaizmem, manicheizmem i polowaniem na występnych odszczepieńców od wiary.
Kiedy Kawalerowicz sięgnął po to opowiadanie Iwaszkiewicza i na podstawie scenariusza napisanego razem z Tadeuszem Konwickim nakręcił swój film (1961), wybuchł skandal. Watykan i polski episkopat uznały obraz Kawalerowicza za napaść na wiarę i kościół. Niewiele brakowało, aby udało się im storpedować obecność tego dzieła na festiwalu w Cannes, skoro wcześniej lęk przed hierarchią motywował polskie władze, aby przez kilka lat wstrzymywać produkcję filmu. Ale film powstał i został na festiwalu w Cannes pokazany, nagrodzony Srebrną Palmą, a potem wieloma jeszcze innymi nagrodami. Do dziś uznawany jest za jedno z największych osiągnięć polskiej kinematografii. Kreacje Lucyny Winnickiej jako Matki Joanny i Mieczysława Voita w podwójnej roli księdza Suryna i Cadyka doczekały się wielkiego uznania, a wiele scen tego filmu przeszło do zbiorowej wyobraźni – scena z białymi prześcieradłami targanymi przez wiatr uważana jest za genialny skrót wewnętrznych napięć, miotających bohaterami, a rozprawa Suryna z Cadykiem za mistrzowski pokaz rozdwojonej osobowości.
Nie bez przyczyny Tadeusz Konwicki nazwał Kawalerowicza człowiekiem, „który ma kamerę pod czaszką”. Precyzja obrazu, dyscyplina formalna zdecydowały o pięknie i wielkości tego dzieła, do którego nawiązuje najnowsza realizacja teatralna w Teatrze Narodowym na kameralnej scenie przy Wierzbowej – oparta na scenariuszu filmowym Konwickiego i Kawalerowicza. Powstała więc w dialogu nie tylko z opowiadaniem Iwaszkiewicza, ale przede wszystkim z opartym na jego podstawie filmem. Reżyser najnowszej wersji teatralnej, Wojciech Faruga mówił przed premierą, że najbardziej zafrapowało go obecne w filmie i tekście Iwaszkiewicza pytanie o „obecność zła w człowieku”.
Leszek Pułka nazywał utwór Iwaszkiewicza mistycznym thrillerem, „najwnikliwszym w polskiej kulturze traktatem o związku miłości duchowej z ekstazą ciała, objawienia z grzechem, poznania z magią”. To prawda, bo „Matka Joanna” jest jednocześnie opowieścią o mrokach grzechu i pełną niedopowiedzeń opowieścią o miłości. Prawdopodobnie w tym połączeniu wyrzeczenia i ekstazy kryje się źródło fascynacji, które stało się udziałem wielu reżyserów teatralnych. Pierwszym z nich był Adam Hanuszkiewicz, który przeniósł opowiadanie Iwaszkiewicza na mały ekran, powierzając rolę Joanny Zofii Rysiównie, a księdza Suryna Mariuszowi Dmochowskiemu. Późnej zainteresował się opowiadaniem Iwaszkiewicz także Feliks Falk, jego spektakl widzowie wrocławscy oglądali niemal 30 lat temu (1993), ale największe pochwały zebrał Marek Fiedor, kiedy wystawił „Matkę Joannę” w Opolu (2002). Widzów zachwyciła scenografia – całą niemal przestrzeń gry pokrywała warstwa błota, w którym brodzili aktorzy, a widowisko wywierało silne wrażenie dzięki ciżbie ludzkiej stłoczonej w karczmie, podpatrywaczom opętania – czegoś na kształt serialu, nim wynaleziono telewizję. Siedem lat temu adaptowali „Matkę Joannę” – Teatr Szwalnia w Łodzi i Teatr w Legnicy (reż. Piotr Tomaszuk).
Teraz mamy do czynienia z prawdziwą obfitością, a każde z przedstawień – w Nowym w reżyserii Jana Klaty, w Powszechnym – „Diabły” Agnieszki Błońskiej i teraz – Wojciecha Farugi w Narodowym jest inne.
Czy jesteśmy świadkami ponownego odkrycie tego okupacyjnego tekstu, który powstał w roku 1943, ale potem został antydatowany przez autora na rok 1944? Traktowany był wtedy jako dwuznaczny komentarz do heroizmu walki ze zbrodniczym najeźdźcą. Iwaszkiewicz wprawdzie do zwolenników widowiskowego bohaterstwa bez względu na cenę nie należał, ale stawiał trudne pytania, na które niełatwo było jednoznacznie odpowiedzieć. Opowiadanie zabrzmiało gorzko w kontekście tragedii warszawskiego getta i klęski powstania warszawskiego. Ale i dzisiaj, czytane bez tego historycznego kontekstu, budzi niepokój, niepewność, kim jest i kim może stać się człowiek, dokąd może go zaprowadzić namiętność. Prawdopodobnie to siła, która zapewniła temu utworowi żywotność, zachęcając do poważnego namysłu nad ludzkimi wyborami, ich motywami i konsekwencjami. Odpowiedzi reżyserów na tak postawione pytania były różne.
Jan Klata, trzymając się blisko opowiadania Iwaszkiewicza, nasycił go współczesnymi odniesieniami. Historia o rzekomym opętaniu, które próbuje nieporadnie okiełznać ksiądz Suryn (Bartosz Bielenia) stała się dla reżysera nęcącą opowieścią o fascynacji złem, a także przekonywającą opowieścią o urzeczowieniu kobiet, wciąż pozostających pod patriarchalnym nadzorem. Na plan pierwszy jednak wysunął tęsknotę za świętością, za powrotem prawdziwej religijności. Klacie najwyraźniej chodziło o duchowe odrodzenie.
Zupełnie inaczej zinterpretowała sprawę księdza Suryna Agnieszka Błońska. W przeciwieństwie do spektaklu w Nowym Teatrze, nie adaptowała „Matki Joanny od Aniołów”, a jedynie wykorzystała fragmenty opowiadania. Nie po to jednak, aby ilustrować dzieje ekscytującego związku księdza Suryna i Matki Joanny, ale przedstawić sugestywną opowieść o trwającej od wieków opresji kobiet, której patronuje Kościół katolicki. Błońskiej chodziło o antyklerykalną demonstrację i postulaty feministyczne.
W swoim spektaklu Faruga na plan pierwszy wysunął oszołomienie perspektywą mistycznego wyniesienia do świętości, zderzone z całkiem ziemskimi, cielesnymi tęsknotami, z którymi zmaga się wysłany do Ludynia egzorcysta, ksiądz Suryn (Karol Pocheć). Jego zanurzenie się w świat mistyki i uzależnienie od owładniętej tęsknotą za świętością Joanną (Małgorzata Kożuchowska) sprawia, że egzorcysta przejmuje na siebie opętanie, ofiarowuje Matce Joannie drogę do świętości. Bezgrzeszny, coraz bardziej zagubiony mężczyzna zderza się z silną kobieta i to ona nad nim zapanuje. Dla niej popełni straszliwą zbrodnię, skazując się na wieczne potępienie.
Ale ta historia w spektaklu Farugi ma też swoją podszewkę. Równolegle do pogłębiającego się uzależnienia Suryna od Joanny trwa kuszenie siostry Małgorzaty (Edyta Olszówka), kobiety wrażliwej na uroki zmysłowe, na erotyczną poezję baroku (którą cytując, wyraża swoje potrzeby). Małgorzata zostanie wykorzystana i porzucona przez uwodzącego ją szlachcica Chrząstowskiego (Adam Szczyszczaj). Tym razem słaba płeć w tradycyjnym ujęciu przegrywa z samcem alfa. Jest też i do tego komentarz – przez cały spektakl rozwija się naznaczony fascynacją homoerotyczną związek między parobkami, Jurajem (Kamil Studnicki) i Kaziukiem (Mateusz Kmiecik), któremu kres przynosi zbrodnia księdza Suryna. Tak więc wiele tu odmian miłości, także i we wcieleniu księdza Bryma (Krzysztofa Stelmaszyka), który czule opiekuje się dziećmi (bez żadnych dwuznaczności), a jednocześnie zdroworozsądkowo dystansuje się od opętania mniszek.
Spektakl oparty na scenariuszu filmowym rozwija się więc wedle swojej logiki. Ukazany jest w symbolicznej, ascetycznej dekoracji: kilka sczerniałych belek, dających wrażenie starej karczmy, ściany owinięte lustrzaną folią, poszerzającą przestrzeń, pniak i siekiera, która nigdy nie próżnuje, pulsujące niekiedy oświetlenie w chwilach napięcia. Od czasu do czasu pojawi się tutaj grupa mniszek popadających w ekstazę albo przechodzących majestatycznie w liturgicznym chórze. Suryn rozprawia z Cadykiem podzielonym na wiele osobowości, wśród których znajdzie i pyskata karczmarka (Aleksandra Justa), i wędrujący za odpustami natrętny Wołodkowicz (Jarosław Gajewski). Wówczas słowa Cadyka: „Ty jesteś ja” znaczą autentyczną przechodniość, przystawalność dusz, skoro wszyscy nawzajem za siebie i sobie odpowiadamy. Dlatego Suryn może przejąć demony Joanny.
Zaskakujący przy tym wszystkim jest finał spektaklu. Matka Joanna wystrojona jak odpustowa Matka Boska, niesiona na rękach przez mniszki, jawi się podejrzanie zwycięsko. Kto wie, czy to nie jest zwycięstwo ironią podszyte. I czy ksiądz Suryn nie został wydrwiony.

Powtórka z Iwaszkiewicza

Ten obszerny (liczący ponad tysiąc stron) tom nie tworzy kompletu dorobku Jarosława Iwaszkiewicza (1894-1980). Nie znajdziemy tu, z oczywistych względów, jego powieści, z „Hilarym, synem buchaltera” (1923), „Księżyc wschodzi” (1925), „Czerwonymi tarczami” (1934), „Pasjami błędomierskimi” (1938), „Kochankami z Marony” (1961) czy cyklem „Sława i chwała” (1956-1962) na czele, nie znajdziemy jego dramaturgii z „Kochankami z Werony” (1929), „Latem w Nohant” (1937), „Maskaradą” (1939). Nie znajdziemy też znakomitych książek eseistycznych, wspomnieniowo-podróżniczych, jak „Książka o Sycylii” (1956), „Książka moich wspomnień” (1957), „Petersburg” (1976), „Podróże do Włoch” (1977), „Podróże do Polski” (1977), a także „Aleja Przyjaciół” (1984), „Portrety na marginesach” (2004).

Był Iwaszkiewicz także autorem wydanych kilka-kilkanaście lat temu trzech tomów dzienników, stanowiących bogate, interesujące autorskie świadectwo kilku epok, w których przyszło mu żyć.
Kilka zaledwie miesięcy po odejściu Eugeniusza Kabatca jest mi szczególnie trudno pisać o Jarosławie Iwaszkiewiczu. Eugeniusz był jego przyjacielem, współpracownikiem, znawcą jego biografii i twórczości, a także autorem pięknej, poświęconej mu książki „Pogoda burzy w Palermo”, zatem mogę po nim zaserwować tylko cienkusza.
To on powinien napisać o nowym tomie iwaszkiewiczowskim. Nie mogę jednak oprzeć się przypuszczeniu, że zadzwoniłby do mnie i zasugerował, abym jednak napisał kilka akapitów o najnowszym wyborze prozy i poezji Iwaszkiewicza.
Zawdzięczamy ten tom Radosławowi Romaniukowi, autorowi dwutomowej biografii Iwaszkiewicza. Badacz zwieńczył swoje benedyktyńskie dzieło przygotowaniem wyboru opowiadań i wierszy wybitnego pisarza.
W przeważającej części nie są to rzeczy nowe, znajdujemy tu klasyczne opowiadania z „Pannami z Wilka”, „Matką Joanną od Aniołów”, „Bitwą na równinie Sedgemoor”, czy „Tatarakiem”, ale znalazło się kilka niepublikowanych wierszy odnalezionych w papierach po pisarzu.
Romaniuk, który od lat konsekwentnie badał biografię i twórczość Iwaszkiewicza zwraca w swoim wstępie uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze, formalny, na charakterystyczną afabularność tej prozy, brak typowej akcji, którą zastępuje coś, co można nazwać bytowaniem postaci (pomimo to wiele utworów Iwaszkiewicza zostało zekranizowanych dla kina i dla telewizji), ale także na ideowo-artystyczny, który sprawia, że w miarę upływu lat staje się ona coraz bardziej uniwersalna, dotycząca ponadczasowych ludzkich problemów egzystencjalnych – uczuciowych, moralnych, etc.
Nade wszystko jednak jest to proza o wielkiej urodzie literackiej, refleksyjna, zmysłowa. O nieprzemijającej, jak się okazuje po tylu latach od śmierci pisarza, wartości.
Jarosław Iwaszkiewicz – „Droga . Proza i wiersze”, Iskry, wybór i wstęp Radosław Romaniuk, Warszawa 2020, str. 1118, ISBN 978-83244-1070-5

Powrót posła

Robert Jarosław Iwaszkiewicz
– jest taki europoseł z Dolnego Śląska i Opolszczyzny. Został wybrany 5 lat temu z listy korwinowców. Nikomu szerzej nigdy nie był znany. Zapamiętałem go palącego cygara przy zbieraniu podpisów popierających jego listę. Jak wiadomo Korwin-Mikke i jego wyznawcy szli do europarlamentu, by zniszczyć Unię Europejską.

Po wyborze słuch o europośle Iwaszkiewiczu zaginął. Przepadł jak kamień w wodę. Teraz, po pięciu latach publicznego niebytu, ponieważ rozbicie UE nie powiodło się, europoseł Iwaszkiewicz odnalazł się i ponownie chce ubiegać się o poselstwo. Zapewne przez kolejne 5 lat planuje dalsze rozbijanie UE. To rozbijanie odbywa się na koszt samej Unii, bo płaci mu ona około 30 tys. złotych miesięcznie. Dla porównania dodam, że nasi krajowi posłowie zarabiają około 6,5 tys. złotych netto. Są przy europosłach pariasami. Europoseł Iwaszkiewicz liczyć umie i pewnie rozbijanie UE rozłożył na długie lata, bo to prywatnie bardzo mu się opłaca. Grosza na kampanię pewnie nie pożałuje, bo ma z czego ją finansować. Już obwiesił Wrocław swoimi bilbordami. Nic dziwnego, trzeba mocno przypomnieć się wyborcom i przekonać ich, że warto walczyć o to by w UE nie być. Polacy jednak chcą być w UE. Poseł Iwaszkiewicz także i dlatego ponownie chce się tam dostać. Jak przekona wyborców do swojej pokrętnej ideologii? Nie wiem. Wiem natomiast, że wyborców pewnie znowu znajdzie. Pewnie nie w takiej ilości jak poprzednio, ale są u nas wyznawcy pokrętnych i śmiesznych idei. Pewnie jak w każdym kraju.