„We are America!”

Amerykański minister wojny gen. James „Mad Dog” Mattis po raz kolejny dał dowód, iż jego główną kompetencją jest prowojenne podżegactwo.

 

Tym razem sekretarz obrony USA przykuł uwagę mediów swoim performancem w trakcie ceremonii związanej z końcem roku akademickiego na uczelni wojskowej US Naval War College w Newport, w stanie Rhode Island.

„Wściekły Pies” Mattis zaczął od grillowania Rosji. Oskarżył prezydenta tego kraju o rozliczne ułomności charakteru i kompetencji, a potem podsumował, iż „jego celem jest podważenie moralnego autorytetu Stanów Zjednoczonych” i „próby rozbicia NATO”.

– Chodzi wyłącznie o pomniejszenie międzynarodowej atrakcyjności zachodniego modelu demokratycznego. Jego celem jest podważenie moralnego autorytetu Stanów Zjednoczonych. Działania te mają na celu nie tyle podważenie naszej zbrojnej przewagi, ile skompromitowania nas, naruszenia wiary w nasze ideały – zagrzmiał Mattis.

Ma się rozumieć, dodał co nieco o „systematycznym naruszaniu norm prawa międzynarodowego” przez Rosję, nawiązał w ten sposób do aneksji Krymu i działań władz Federacji Rosyjskiej, która wspomaga rebelię na wschodzie Ukrainy. Nawiązał też do kwestii wojennej awantury, wywołanej przez Gruzję w 2008 r.

– Po drugiej wojnie światowej, to właśnie Rosja po raz pierwszy siłą dokonała zmian granic. Chodzi o Gruzję i Ukrainę. Jednocześnie blokowała dyplomatyczny i ekonomiczny potencjał swoich sąsiadów, jak również ich rozwój w zakresie polityki własnego bezpieczeństwa – podsumował.

To jednak tylko pierwsza część wypowiedzi amerykańskiego sekretarza obrony. Potem zabrał się za Chiny. Oświadczył m. in., że „Pekin ma niebezpieczne plany przebudowania istniejącego światowego porządku”.

– Wydaje się, że modelem postępowania politycznego, który przyjęły obecne władze w Chinach jest dynastia Ming. Niemniej, stosując go używają więcej siły i są bardziej roszczeniowe.

Demonstrują żądania wobec innych narodów, by stały się im podległe (…) Jest to niedopuszczalne! – komentował Mattis.

Dodatkowo oskarżył Chiny o „agresywną politykę militaryzacji’ odnosząc się do rozlokowania sprzętu wojskowego przez to państwo na sztucznych wyspach utworzonych na Morzu Południowochińskim, jak również zarzucił Pekinowi „drapieżną ekspansję gospodarczą”, która polegać ma głównie na „skupowaniu długów krajów w regionie”.

Po takim dictum wypada przejść do elementarnej dekonstrukcji tych wypowiedzi, gdyż niemal każde zdanie zawiera kłamstwo lub oczywistą manipulację.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wypowiedź ta jest swoistym ostrzeżeniem ze strony części klasy rządzącej w USA pod adresem Donalda Trumpa. W jego gabinecie pełno jest jastrzębi takich jak właśnie James Mattis, którego – sądząc po jego wypowiedziach – wojna nuklearna z Rosją jest po porostu mokrym snem. Choć i tak, po prawdzie, to nie on jest z tego całego towarzystwa najgorszy. Dość wspomnieć o niedawno mianowanym na głównego doradcę ds. bezpieczeństwa Johnie Boltonie – człowieku-wojnie i głównym animatorze działań wymierzonych w Iran oraz bezczelnemu propagatorowi jankeskiego imperializmu i tamtejszej ideologii ekscepcjonalizmu.

Trump, jak się zdaje, czasem jednak wierzgnie temu gangowi trepów i neo-conów i zrobi coś, co powoduje u nich zgrzytanie zębami, wrzody i gazy. Można to było obserwować tuż po podpisaniu bardzo wstępnego i bardzo ogólnego listu intencyjnego pomiędzy prezydentem USA i przywódcą KRLD. Ryki, płacze, jęki i stękania amerykańskich liberałów były tak wielkie, że nawet wieloletnie już żałobne utyskiwania obozu smoleńskiego razem wzięte jawią się przy tym jako szept. Ale to temat na osobny komentarz.

Drugą taką rzeczą, obwieszczoną zaraz po szczycie Kim-Donald była obleczona w fałdy woalu zapowiedź potencjalnej możliwości przeprowadzania podobnego spotkania z Władimirem Putinem. W mediach amerykańskich pojawiła się informacja, iż Waszyngton i Moskwa „badają” (are exploring) taką ewentualność.

No i tego demokratyczny świat nie mógł już wytrzymać. Na takie bezeceństwa dławiące prawa człowieka i wolności obywatelskie oraz obrażający demokrację ludzie przyzwoici patrzeć nie mogą. Toteż omawiany generał o wdzięcznym przezwisku musiał czym prędzej obwieścić miastu i światu, że to tylko wypadki przy pracy, tak naprawdę wszystko jest po staremu – wojna z Rosją cały czas jest opcją, z Chinami zresztą też, my jesteśmy najlepsi, a świat jest piękny tylko wtedy, gdy my nim rządzimy i rządzić będziemy dalej, bo tak musi być, żeby w ogóle jakoś było i bez gadania, to co nam wolno, to innym nie, bo my jesteśmy piękni i mądrzy, a poza tym, sami wiecie – Bitch, we’re America! Tak właśnie mógłby brzmieć ściśnięty imadłem cały nadęty speech Jamesa Mattisa.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że było to rzeczywiście groźne kiwanie palcem w stronę Donalda Trumpa, ale też ważne przypomnienie dla wszystkich myślących ludzi – Ameryka nie odpuści. Mattis i jemu podobni naprawdę wydają się marzyć o zawróceniu rzeki kijem albo bombą atomową i powstrzymaniu prężnego rozwoju ludowych Chin oraz stabilizacji w Rosji tudzież w choćby jednym kraju na Bliskim Wschodzie. I nawet jeżeli teraz nie mogą zademonstrować swojego potencjału, wszak nie z byle powodu Mattis zyskał przydomek „Wściekły Pies”, to jeszcze rykną. A wtedy popamiętamy. Niewykluczone, że tak właśnie się stanie.

A teraz nieodzowne słowo o bzdurach, których ten człowiek nawygadywał studentom w Newport. Nie będę rozbierał wszystkiego na czynniki pierwsze, gdyż nie mam na to już siły.
Postawię więc tylko jedno pytanie – jak można być tak skundlonym człowiekiem, by stojąc na straży prowojennej polityki zagrażającej realnie istnieniu rodzaju ludzkiego na Ziemi, mieć czelność zarzucać podważanie moralnego autorytetu USA? Przepraszam, czego?!

Uprzejmie przypominam, że to właśnie państwo winne jest tysięcy zbrodni wojennych i cierpieniu milionów ludzi na cały świcie. USA sieje terror, dewastację i śmierć na wszystkich kontynentach. W 1945 r. zrzuciło dwie bomby atomowe na Japonię, przeprowadziło dziesiątki zamachów stanu w Ameryce Południowej, w Wietnamie zrzuciło więcej bomb niż wszystkie państwa w trakcie drugiej wojny światowej razem wzięte, zniszczyły Irak, Afganistan i Libię oraz pół Syrii, wcześniej Jugosławię, Obama zrzucił 100 tys. bomb, a Trump bombarduje z taką częstotliwością, że zaraz zabraknie amunicji! I to jest ten moralny autorytet, który Rosja pozwala sobie podważyć. Jak to piszą w internetach: Dziękuję Pan Mattis!

W zielonozłotym Singapurze

O tym, że wysłał do Kim Dzong-una list odwołujący spotkanie w Singapurze prezydent USA Donald Trump zdaje się nie pamiętać. Wszyscy inni także spuścili na ten groteskowy akt epistolografii zasłonę milczenia. Dzięki temu proces odwilży zainicjowany przez noworoczne orędzie północnokoreańskiego przywódcy może toczyć się dalej.

 

List Kim Dzong-una do Donalda Trumpa dotarł do adresata zupełnie inną drogą niż nieszczęsny list amerykańskiego prezydenta do niego, upubliczniony w mediach społecznościowych prawdopodobnie zaraz po podpisaniu. Pjongjang przestrzega jednak reguł dyplomacji, które powinny być respektowane nawet w przypadku krajów nie utrzymujących ze sobą stosunków dyplomatycznych – jego treść nie trafiła do Internetu, a został dostarczona przez specjalnego wysłannika północnokoreańskiego przywódcy i równocześnie jego bliskiego współpracownika, co podkreślało jeszcze wiarygodność przesłania. Nie wiemy, co w nim Kim napisał, ale – jak należy wnosić z reakcji obiorcy – było to właśnie to, co w tej korespondencji powinno było się znaleźć.

Piątkowe spotkanie prezydenta Trumpa z północnokoreańskim wysłannikiem Kim Jong-czolem okazało się sukcesem. Po nim ten sam prezydent Trump, który jeszcze nie tak dawno ni stąd ni z owąd napisał list, w którym zarzucił Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej „otwartą wrogość”, przypomniał retorykę licytowania się na wielkość atomowego guzika i uciekł się do lekko tylko zawoalowanych gróźb, oznajmił, że „czeka z niecierpliwością na dzień, w którym będzie mógł wycofać sankcje nałożone na Koreę Północną”, a korespondencję otrzymaną od północnokoreańskiego przywódcy określił mianem „bardzo miłego i bardzo interesującego listu”, a o perspektywach zbliżającego się szczytu w Singapurze zaplanowanego na 12 czerwca powiedział „sądzę, że będzie to prawdopodobnie proces zakończony sukcesem”, dodając ocenę, że widzi „możliwość transformacji Korei Północnej z Kim Dzong-unem na czele”.

Radosne perspektywy roztaczane przez amerykańskiego prezydenta wyglądają jednak mniej radośnie po niedzielnych wypowiedziach sekretarza obrony USA Jamesa Mattisa, który – zwracając się podczas odbywającej się w Singapurze konferencji „Shangri-la Dialogue” do ministrów obrony Korei Południowej i Japonii Songa Jung-mu i Itsunori Odonery stwierdził, że „możemy spodziewać się, w najlepszym razie wyboistej drogi do negocjacji” dodając że nadal „najlepszym sposobem utrzymania pokoju w regionie jest wzmocnienie współpracy sojuszników w dziedzinie bezpieczeństwa. W jego opinii Korea Północna może liczyć na złagodzenie sankcji dopiero po wykazaniu, że denuklearyzacja faktycznie nastąpiła. W wypowiedzi Mattisa nie słychać takiego entuzjazmu, jaki pojawił się w słowach Trumpa, najwyraźniej już czującego zapach Pokojowej Nagrody Nobla za rozwiązanie niekończącego się stanu zamrożonej wojny na Półwyspie Koreańskim, którego czuje się głównym architektem (jednak i on zauważył, że wszystkiego nie da się załatwić podczas jednego spotkania, co jednak można uznać za przejaw rozsądnego podejścia do sprawy, bo czy można czegoś takiego się spodziewać?), jednak należy zwrócić uwagę, że w tonie Mattisa nie pojawiały się akcenty takie jak u prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona – o negocjacjach z pozycji siły, „wariancie libijskim” czy innych podobnych sprawach, które z łatwością by mogły przekreślić szanse porozumienia.