Rząd japoński powinien zaprzestać niegodziwych działań, które będą mieć historyczne konsekwencje!

Chociaż kwestia zrzut wody zanieczyszczonej energią jądrową była szeroko krytykowana w kraju i za granicą, niektóre osoby w Japonii nadal twierdzą, że standardy oczyszczania ścieków w elektrowniach jądrowych w Chinach i Korei Południowej są niższe niż w Japonii. Z „naukowego” punktu widzenia, krytyka Korei Południowej i Chin pod adresem Japonii jest nieuzasadniona.

Strona japońska próbuje zaprzeczyć lub ukryć kluczowy fakt, mianowicie w elektrowni jądrowej w Fukushimie miał miejsce wypadek jądrowy najwyższego stopnia, a zanieczyszczona woda z tej elektrowni zawiera dużo radionuklidów wytwarzanych w wyniku rozszczepienia jądrowego, co powoduje, że jej jakość jest diametralnie różna od wody odprowadzanej podczas normalnej eksploatacji elektrowni jądrowej. Jeśli ścieki jądrowe rzeczywiście spełniają standardy wody pitnej opisane przez rząd Japonii, dlaczego miałyby być odprowadzane do oceanu zamiast włączone do krajowego systemu wody pitnej albo nawet do rolniczego systemu nawadniającego, czy miejskiego systemu uzdatniania wody?
Wobec decyzji Japonii naukowcy z różnych krajów przeprowadzili symulację tragicznych skutków dla oceanu w przyszłości. Według obliczeń niemieckiego instytutu badań nauk morskich, materiały radioaktywne rozprzestrzenią się na większość Pacyfiku w ciągu 57 dni od daty zrzutu. Zanieczyszczenie jądrowe dotknie Stany Zjednoczone i Kanadę za 3 lata, a rozprzestrzeni się na wody na całym świecie za 10 lat.
W rzeczywistości, oprócz zrzucania zanieczyszczonej wody do oceanu, Japonia ma inne bezpieczniejsze sposoby usuwania ścieków jądrowych. Ale zdecydowała się wybrać ten, który najbardziej zrani ziemię. Ważnym powodem jest oszczędność pieniędzy. Japonia pozostawia światu największe zagrożenie dla środowiska, zdrowia i bezpieczeństwa oraz przenosi odpowiedzialność za własne czyny na całą ludzkość. Ta decyzja jest wyjątkowo nieodpowiedzialna
i skrajnie niemoralna.
Rząd japoński powinien zaprzestać niegodziwych działań, które będą mieć historyczne konsekwencje! Gdy ścieki jądrowe zostaną zrzucone do morza, zniszczenia i skutki będą większe niż w przypadku wojny. Japonia powinna ponownie przeanalizować i cofnąć złą decyzję.

Radioaktywna woda trafi do oceanu

W dziesiątą rocznicę katastrofy nuklearnej w Fukushimie, rząd Japonii znalazł się w ogniu międzynarodowej krytyki. Powodem jest zapowiedź wypuszczenia do oceanu milionów hektolitrów skażonej radioaktywnie wody ze zniszczonej elektrowni jądrowej.

Co zrozumiałe, szczególne zaniepokojenie wyrażają mieszkańcy sąsiednich państw. Minister Spraw Zagranicznych Chin wyraził „śmiertelne zaniepokojenie” i zauważył, że rząd Japonii nie skonsultował tej decyzji ze społecznością międzynarodową. „Japonia jednostronnie zadecydowała o wypuszczeniu do morza skażonej radioaktywnie wody (…) co jest skrajnie nieodpowiedzialne i poważnie zagraża zdrowiu i bezpieczeństwu publicznemu na skalę międzynarodową” – głosi oświadczenie chińskiego MSZ.
Rzecznik prasowy koreańskiego MSZ podczas spotkania z mediami w Seulu mówił, że rząd nie wyobraża sobie zgody na takie działanie, szczególnie, że rząd w Tokio podjął tę decyzję bez odpowiednich, międzynarodowych konsultacji. Według Korei, plan ten niesie ze sobą zagrożenie „bezpośredniego bądź pośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa Koreańczyków i otaczającego kraj środowiska w przyszłości”. Koreański MSZ wezwał ambasadora Japonii, by przekazać mu oficjalne stanowisko rządu. W podobnym tonie wypowiedziała się tajwańska Rada Energii Atomowej w Tajpej.
Sprawa bulwersuje też samych Japończyków. Wywołała oburzenie w społeczności związanej z branżą rybołówstwa a także w branży turystycznej. Rybacy obawiają się, że klienci masowo zrezygnują z kupowania owoców morza i ryb, które stanowią ważny element diety Japończyków, ważny element japońskiej gospodarki i ważną część japońskiego eksportu. Obecnie sprzedaż owoców morza i ryb poławianych u wybrzeży prefektury Fukushima wynosi zaledwie 16 proc. tego co sprzedawano przed katastrofą. Decyzja o wypuszczeniu skażonej wody do morza pogorszy tę sytuację.
Decyzji broni japoński rząd, twierdząc, że decyzja jest konieczna, żeby rozpocząć rozwiązywanie problemu. Rząd chce, by woda była wypuszczana stopniowo, by nie doprowadzić do nagłej katastrofy ekologicznej na Pacyfiku. Według władz, odbędzie się to zgodnie z zasadami bezpieczeństwa wyznaczonymi przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej. Po specjalnym oczyszczeniu wody, znacząco zmniejszyć się ma jej szkodliwość dla środowiska.
Ekolodzy ostrzegają, że pociągnie to za sobą trudne do oszacowania skutki dla morskiego ekosystemu i zdrowia ludzi. Japońska sekcja międzynarodowej organizacji ekologicznej Greenpeace wydała oświadczenie w którym pisze, że plan japońskiego rządu „kompletnie ignoruje prawa człowieka i interesy ludności Fukushimy, reszty Japonii i regionu Azji i Pacyfiku”. Organizacja pisze, że „rząd podjął całkowicie nieuprawnioną decyzję by świadomie skazić odpadami radioaktywnymi Ocean Spokojny”. Według ekologów, rząd zlekceważył wyniki badań wskazujące, że bezpieczniej będzie przechować wodę w specjalnych kontenerach na terenie byłej elektrowni i wybranych miejscach w jej okolicy.
Skażona woda znajduje się na terenie elektrowni od czasu katastrofy w 2011 roku. Na skutek tsunami spowodowanego trzęsieniem ziemi, odcięty został dopływ prądu w elektrowni, co doprowadziło do awarii rdzeni reaktora. Wpompowywano wtedy tysiące hektolitrów wody by nie dopuścić do stopienia się reaktora. Skażona woda przechowywana jest w gigantycznych kontenerach. Obecnie znajduje się jej tam ponad 1,25 miliona ton. Problemem jest ciągłe gromadzenie się wody deszczowej i gruntowej. Wodę trzeba gromadzić, gdyż natychmiast staje się radioaktywna. Przybywa jej w tempie 140 ton dziennie. Obecnie na terenie zniszczonej elektrowni wybudowano już ponad tysiąc kontenerów na skażoną wodę a miejsce na kolejne kontenery skończy się w przyszłym roku i trzeba będzie szukać innych miejsc na ich budowę, co budzi sprzeciw ludzi mieszkających w pobliżu potencjalnych lokalizacji. To dlatego rząd traci cierpliwość i szuka sposobu na pozbycie się tej wody.
Na skutek tsunami zginęło 18 tysięcy ludzi a 150 tysięcy zostało wysiedlonych z okolicznych gmin na skutek awarii w elektrowni. Skażona jest nie tylko woda ale dziesiątki kilometrów kwadratowych terenów otaczających elektrownię. Tysiące ludzi zostało zmuszonych do porzucenia swoich domów i ziemi i przeniesienia się w inne miejsca. Wiele z tych osób rozważa dzisiaj powrót, gdyż rząd nie zapewnił im wystarczających rekompensat. Rząd od pewnego czasu przekonuje, że zagrożenie w rejonie katastrofy maleje dzięki rządowym programom odkażania i niektóre miejscowości uznano już za bezpieczne do zamieszkania.
Z opinią tą nie zgadzają się eksperci od zagrożeń nuklearnych współpracujący z Greenpeace. W raporcie na ten temat opublikowanym pod koniec marca, Greenpeace pisze, że „skażenie pozostaje i jest znaczące i jest wciąż bardzo realnym zagrożeniem dla zdrowia ludzkiego i środowiska w długim okresie”. W niektórych gminach, w których zniesiono nakazy ewakuacyjne, poziom radiacji jest wciąż powyżej bezpiecznych limitów, potencjalnie zagrażając mieszkańcom. Szczególnym zagrożeniem może być zwiększone ryzyko występowania raka.
Rządowe programy odkażania kosztowały do marca 2019 roku 28 miliardów dolarów i wygenerowały 17 milionów ton odpadów nuklearnych. Mimo optymistycznych zapewnień rządu na temat programów odkażania, zaledwie 15 proc. skażonych terenów zostało poddane temu programowi i ogromna większość terytorium prefektury Fukushima wciąż pozostaje radioaktywna. Górskie i leśne tereny działają jak naturalne, długoterminowe rezerwuary skażenia i stanowią potencjalne źródło rozprzestrzeniania się skażenia w przyszłości. Według ekologów z Greenpeace, nawet na tych terenach, które rząd uznał za bezpieczne do powrotu, plan odkażania nie zapewnił wystarczającego bezpieczeństwa kobietom w ciąży i dzieciom, ani wystarczającego wsparcia dla osób powracających. Raport wprost zarzuca rządowi Japonii, że „niewiele uczynił w ostatnich latach, by poprawić i ochronić życie tysięcy ewakuowanych”.
Usuwanie skutków skażenia było nie tylko wyjątkowo drogie ale też niebezpieczne dla pracowników zatrudnianych przy tych pracach. Według wyliczeń japońskiego ministerstwa środowiska, do końca 2018 roku w programie odkażania wykorzystano blisko 30 milionów roboczo-dni. Większość pracowników zatrudnionych było przez podwykonawców, czyli prywatne firmy. Niestety, wiele z tych firm lekceważyło prawa pracownicze i prawa człowieka i naraziło pracowników na ryzyko utraty zdrowia. Do sądów trafiło kilka pozwów zbiorowych przeciwko niektórym firmom a sprawa była na tyle głośna, że w 2018 roku zajęły się tym organy do spraw praw człowieka przy ONZ. Pracownicy zatrudniani przy tych pracach powołali nawet stowarzyszenie do walki o swoje prawa. Nosi ono nazwę Sieć Pracowników Narażonych na Radiację. Działacze informują, że przy pracach tych podwykonawcy dopuszczali się wielu nadużyć. Pracownicy byli wystawieni na wysoki poziom radiacji, w rekrutację zaangażowany był półświatek zorganizowanej przestępczości, płace były bardzo niskie, zatrudniano bezdomnych, by łatwiej ich wykorzystywać. Pracownicy nie mieli wystarczającego przeszkolenia, szczególnie w dziedzinie radiacji. Falsyfikowano certyfikaty zdrowotne. Niektórzy pracownicy narzekali, że nie czuli, by byli traktowani jak ludzie, inni porównywali te formy zatrudnienia do niewolnictwa.
Według szacunków rządu, cały koszt strat związanych z katastrofą już w 2016 roku wyniósł 188 miliardy dolarów a świeższych danych jeszcze nie ma. Ale konsekwencji tej katastrofy nuklearnej nie można sprowadzać wyłącznie do kosztów. Są tysiące wysiedlonych, tysiące ludzkich tragedii i gigantyczna dewastacja środowiska. Niestety, władze zdają się kierować głównie przesłankami ekonomicznymi i dlatego jak najszybciej chcą „otworzyć” tereny, choć poziom radiacji jest wciąż niebezpieczny i dwadzieścia razy wyższy niż międzynarodowe normy uznają za bezpieczny.
Obecnie sytuacja na skażonym terenie zniszczonej elektrowni wygląda mało optymistycznie. Właściciel elektrowni, czyli korporacja Tokyo Electric Power (Tepco) zobowiązała się do usunięcia pozostałości paliwa nuklearnego i resztek reaktora. Gdyby miało się to odbyć bez zakłóceń, to potrwa co najmniej 40 lat i pochłonie kolejne miliardy dolarów. Ale dochodzi do tego też konieczność budowania nowych kontenerów na skażoną wodę. Nie jest zatem jasne kiedy uda się „posprzątać” po katastrofie. Jasne jest za to, że teren ten skażony będzie przez długie dekady.
Problem Fukushimy ma oczywiście szerszy kontekst. Energia nuklearna jest uważana za czystą i przyjazną środowisku w porównaniu z węglem i postulat wykorzystania jej cieszy się sympatią wielu środowisk politycznych, także części lewicy na świecie. Faktycznie, poprawne funkcjonowanie elektrowni jądrowych jest mniej zabójcze dla środowiska niż energia oparta na węglu. Sprawa się komplikuje gdy dochodzi do katastrofy. Elektrownia w Fukushimie była nowoczesna i zabezpieczona najnowocześniejszymi technologiami. Do awarii doszło na skutek nieprzewidzianego zjawiska naturalnego jakim było trzęsienie ziemi i tsunami. W takiej sytuacji ludzie ze swoimi najnowszymi technologiami niewiele mogą zrobić by powstrzymać skutki tragedii. Koszty usuwania potencjalnych kłopotów w takich sytuacjach są tak wysokie, że wiele rządów na świecie zadaje sobie pytanie o bilans korzyści i strat w sensie finansowym. A przecież wiele skutków awarii nie da się przeliczyć na pieniądze.
Wydaje się, że najbezpieczniejszym sposobem zapewnienia światu czystej i bezpiecznej energii musi być inwestowanie w wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii. Dziesiątki tysięcy pracowników górnictwa węglowego w Polsce trzeba będzie kiedyś zachęcić do przebranżowienia i zatrudnienia się przy produkcji nowych źródeł energii. Ale najpierw muszą powstać takie przedsiębiorstwa i dobre projekty. Do tego czasu jesteśmy skazani na wybór pomiędzy węglowym truciem planety a „rosyjską ruletką” elektrowni jądrowych.

Wieloryby albo sport

W 2020 roku Japonia będzie gościć Igrzyska Olimpijskie. To największe na świecie sportowe święto nie może być jednak ubarwione krwią zabijanych w Japonii wielorybów.

Tak uważa portal CounterPunch proponując światowy bojkot Igrzysk, jeżeli gospodarze imprezy w dalszym ciągu będą popierać przemysłowe zabijanie wielorybów.
Przypomnijmy: w 2019 roku Japonia postanowiła porzucić pozory i zamiast mówić, że zabija wieloryby dla „celów naukowych”, ogłosiła, że powraca do masowych zabójstw tych ssaków morskich, ponieważ to jest zgodne z ich „tradycją”.
„Japoński przemysł wielorybniczy jest szkodliwy i niepotrzebny. Japonia nie jest już zniszczonym i głodującym krajem, którym była po zakończeniu II wojny światowej. Teraz to zasobne państwo, któremu żywe wieloryby nie są po prostu potrzebne”, pisze amerykański portal. Dodaje też, że wznowienie polowań na wieloryby, to „policzek” dla Międzynarodowa Komisja Wielorybnictwa, która od lat czuwa nad kontrolowanym odłowem wielorybów. Japonia wystąpiła z Komisji e grudniu 2018 roku i rozpoczęła przygotowania do przemysłowego zabijania wielorybów. Istnieje obawa, że inne kraje, widząc bezkarność takiego postępowania, mogą pójść śladem Japonii, co naruszy kruchą równowagę pogłowia wielorybów na świecie.
Counter Punch uważa, że eksterminacja wielorybów zaburzy równowagę w oceanach i przybliży katastrofę klimatyczną planety. Jest też przedwyborczym gestem premiera Abe, wzmacniającym japoński nacjonalizm oraz zbliża Abe do Trupma, równie antyklimatycznie nastawionego przywódcy.
„Podobne zachowanie [polowanie na wieloryby – przyp. red.] przypomina być może światu o tym, że w głębi duszy Japonia jest tym samym państwem, które przyniosło światu tyle cierpień i strat w czasie II wojny światowej”, pisze CounterPunch.
Portal wzywa MKOl do odwołania Igrzysk Olimpijskich w Japonii, a jeżeli tego nie zrobi, to powinien zostać ogłoszony ich powszechny bojkot.
Nawet jeśli to jednostkowa akcja jednego, choć popularnego portalu, to jest szansa, że zostanie ona podchwycona i poparta przez światowe organizacje prozwierzęce, a tym samym nabierze rozgłosu i postawi Japonię w niewygodnej sytuacji. Może to zmusić ten kraj do zmiany decyzji w sprawie zabijania wielorybów.

Wojna bez zakończenia

Spór terytorialny o Wyspy Kurylskie miał się zakończyć jeszcze w tym roku. A wraz z nim II wojna światowa. Moskwa i Tokio były bliskie podpisania porozumienia. Niestety, wygląda na to, że zamiast tego doczekamy nowego rozdziału w historii konfliktu.

 

Rosja nie odda Japonii wysp Iturup (japońska nazwa Etorofu) i Kunaszyr (Kunashiri). które stanowią część spornego terytorium. Ministerstwo Obrony poinformowało o ustanowieniu na południowych Kurylach dwóch nowych baz wojskowych, co stanowi podkreślenie, że tereny te należą do Federacji Rosyjskiej. Żołnierze znajdują się obecnie w tymczasowych koszarach, a budowa stałej infrastruktury ma się zakończyć 25 grudnia. Wtedy też nastąpi przeniesienie na wyspy rodzin członków armii.

Japońskie MSZ zareagowało z oburzeniem. – Będziemy protestować przeciwko budowaniu na spornych wyspach rosyjskich obiektów wojskowych – oświadczył na konferencji prasowej szef japońskiej dyplomacji Taro Kono. Minister zapowiedział również wysłanie do Moskwy oficjalnej noty protestacyjnej. Tokio oszacowało, że na spornych terenach przebywa już 3,5 tys. rosyjskich żołnierzy.

Tymczasem zapowiadana na 21 stycznia wizyta premiera Shinzo Abego w Moskwie, według wielu obserwatorów miała przynieść przełom w pertraktacjach pokojowych pomiędzy państwami, które nie podpisały jeszcze traktatu pokojowego po zakończeniu konfliktu światowego w 1945 roku. Wstępna deklaracja z ust przedstawicieli obu stron padła w 2017 roku. Abe i Putin oświadczyli wówczas podczas szczytu we Władywostoku, że sprawa musi został uregulowania. Wraz z traktatem miała zostać podjęta współpraca gospodarcza na archipelagu. Rosja miała się otworzyć na japońskie inwestycje.

Powstanie obiektów wojskowych wskazuje jednak, że Moskwa zamierza pozostać przy statusie quo. Jest to z pewnością porażka japońskiego premiera, który, jak wspomina „Wall Street Journal” rozstrzygnięcie sporu o Kuryle „uznał za priorytet polityki zagranicznej” a podpisanie ugody miało również zapobiec „zbytniemu sprzymierzaniu się Rosji z Chinami”.

Spór o Kuryle od dekad kładzie się cieniem na stosunkach między dwoma krajami. Rosyjska obecność na tych wyspach, gdzie mieszka ok. 19 tys. ludzi, to sprawa drażliwa dla Japonii, która w dalszym ciągu rości sobie pretensje do archipelagu. Rosja nazywa sporne wyspy Kurylami Południowymi, a Japonia – Terytoriami Północnymi. ZSRR zajął je w 1945 roku, przyłączywszy się do wojny z Japonią. W latach 1947-1949 japońska ludność czterech wysp, licząca przed wojną 17 tysięcy, została wysiedlona do Japonii.

Liczący 30 wysepek i niezliczoną ilość skał archipelag nie ma dużej wartości. Wyspy są praktycznie bezludne, nie ma też na nich wielu surowców. Jednak dla Moskwy są potwierdzeniem panowania na Dalekim Wschodzie, łupem wojennym, dzięki któremu Rosjanie zmazali hańbę porażki w wojnie z Japonią z 1905 roku. Na wyspach co prawda stoją instalacje wojskowe szpiegujące japońską flotę i lotnictwo, ale i tak rosyjska obecność ma tam znaczenie raczej symboliczne.

– Konflikty terytorialne o bezludne bądź prawie bezludne wyspy prawie zawsze mają podłoże gospodarcze – mówi Samuel Menefee z Centrum Prawa Oceanicznego University of Virginia. – Problem polega na precyzyjnym ustaleniu, do kogo należy wystający z wody kawałek lądu, a tam, gdzie obok znajdują się bogate złoża, zawsze jest kilku chętnych do zawieszenia swojej flagi.

Witajcie w domu

Na mecz przyjechało 20 tys. Kolumbijczyków, a jechali z bardzo daleka.
Polaków przyjechało tylko 10 tys. To nie rokowało dobrze.
Na Wrocław nadciągnęły ołowiane chmury i zaczęło padać. To był zły prognostyk. Zeschłe trawy mają za to uciechę. 
Ulice opustoszały. Tylko ludzie z psami snuli się po trawnikach. Psy meczu nie oglądają, a kupy robią według swojego planu.
Przez pierwsze minuty była jakaś nadzieja. Potem gasła.
Komentatorzy mówili co powinni nasi grać, ale oni grali coś innego.
Zacząłem nerwowo biegać po mieszkaniu i nasłuchiwać, jakiegoś radosnego okrzyku komentatorów. Daremnie. W przerwie meczu Nawałka i Boniek reklamowali piwo. Po meczu pewnie spożycie reklamowanych piw znacznie spadnie.
Odkorkowuję butelkę wina, a miałem nie pić i wypijam. Niczego to nie zmiana. Jest nawet gorzej. Zmiennicy, jedni i drudzy, wbiegając na boisko, żegnają się. Bóg jest zdecydowanie po stronie nie naszej. Za co ta kara? Jaka tam kara, oni grają lepiej.
Kończy się męka. Pozostaje cierpienie. Wyciągam butelkę ohydnej nalewki bombowej i wypijam szklaneczkę. To wzmacnia moje cierpienie, ale niczego nie zmienia. Chowam butelkę. Jutro też jest dzień, a żyć trzeba. Nie lubię bólu głowy.
Chłopaki od kopaniny, witajcie w domu. Japończycy honor cenią sobie też bardzo wysoko, ale to tylko, dla nas, mecz o pietruszkę. 

Jak wyhodować sobie wroga

Gdy „komuniści” z Północy przekroczyli 38 równoleżnik, byli witani jak wyzwoliciele.

 

Jeszcze w lipcu 1945 roku administracja USA spodziewała się, że japońska armia stacjonująca w chińskiej Mandżurii stawi armii radzieckiej twardy opór. Podobnie silnej japońskiej obrony spodziewano się w Korei. Dlatego Pentagon uznał, że USA nie ma strategicznych interesów w Korei. Pozostawiono ją Armii Czerwonej, zakładając, że się tam silnie wykrwawi. Poza tym Korea była wtedy uważana za peryferie imperium japońskiego, obszar geopolitycznie drugorzędny.

Wszystko zmieniało się po dwóch zrzuconych bombach atomowych na Japonię i po szybkim opanowaniu przez armię radziecką graniczącej z Koreą Mandżurii. Ku zaskoczeniu wszystkich, stacjonująca tam, świetnie wyposażona japońska Armia Kwantuńska nie stawiała większego oporu.

W nocy 10 sierpnia 1945 roku administracja USA uznała, że jednak warto by okupować Koreę wspólnie z ZSRR. Dwaj niższej rangi oficerowie otrzymali rozkaz pilnego opracowania planów podziału tego kraju. Ponieważ nie mieli szczegółowych map Korei, tylko całego regionu, to z tej perspektywy zauważyli, że 38 równoleżnik przecina Półwysep Koreański na pół. Szybko zaproponowali taki podział, zwłaszcza, że stolica kraju przypadła strefie amerykańskiej. O opinię Koreańczyków nikt nie dbał.

Amerykanie bali się, że Rosjanie nie przyjmą tej propozycji, tylko przejmą cały kraj. Wszak Armia Czerwona przekroczyła wtedy już granicę chińsko-koreańską. A wojska amerykańskie ulokowały się na wyspach japońskich.

Ale Stalin zgodził się na taki podział i Amerykanie poczuli się szczęśliwi. Minął miesiąc aż pierwsi ich wojskowi wylądowali na koreańskiej ziemi. Byli totalnie nieprzygotowani do zarządzania Koreą. Nie znali koreańskiego ani podstaw kultury tego kraju. Wielu z nich z obrzydzeniem i przerażeniem obserwowało biedny, wyniszczony przez japońską okupację kraj. Nie chcieli się też koreańskości uczyć, bo uważali swój pobyt za tymczasowy. Dopiero przyszła wojna zmusiła ich do tego.

 

Najgorszy z możliwie najgorszych

Po II wojnie światowej Amerykanie kreowali w Azji Południowo-Wschodniej nowych miejscowych liderów lub popierali tam zastanych. Zwykle wybierali wedle swoich upodobań nie zważając na miejscowe realia. Nic dziwnego, że zwykle ich typy przegrywały, a Stany Zjednoczone wraz z nimi. Tak było poparciem dla chińskiego generalissimusa Czang Kaj – szeka. Pomimo miliardowych dotacji i sprzętu wojsowego przegrał on z wojskami Mao Zedonga.

Tak było z południowowietnamskim premierem Ngo Dinh Diemem. Ten uprzejmy katolik doskonale dogadujący się z prezydentem Kennedym był tak znienawidzony przez obywateli swego kraju, że ułatwił zwycięstwo komunizującym nacjonalistom z Północy.

Przybyli w 1945 roku do Korei Amerykanie zlekceważyli liderów miejscowego antyjapońskiego ruchu oporu. Przywieźli za to z USA siedemdziesięcioletniego Li Syng – mana. Człowieka początkowo otwartego, inteligentnego. Pierwszego Koreańczyka, który zrobił doktorat w Princeton. Jednak po powrocie do Korei poczuł się on jej niekontrolowanym władca. I całą swą energię poświęcił na walkę z konkurentami politycznymi.

Zwłaszcza z działaczami Koreańskiej Republiki Ludowej. Był to utworzony na terenie całego kraju wspólny, patriotyczny front nacjonalistów o różnorodnych poglądach politycznych oraz liderów ugrupowań partyzanckich. Li Syng-man walczył z nimi pod hasłami walki z każdym przejawem „komunizacji” Korei, choć większość z nich była daleka od komunizmu. Ale o tym, kto może być „komunistą” decydował już Li Syng-man.

Po drugiej stronie 38 równoleżnika radzieccy wojskowi zaakceptowali istniejące struktury KRL. Radzieccy w tym regionie zwykle współpracowali z całymi partiami lub ruchami politycznymi. Dzięki zręcznej polityce, często intrygom, podporządkowywali sobie lokalnych liderów tych ruchów. Jeśli któryś nie spełniał ich oczekiwań, to wywyższali następnego.

W tym czasie dla Stalina priorytetem były państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Chciał je włączyć do swej strefy wpływów. Chiny chciałby mieć podzielone między zwalczającymi się komunistami Mao i nacjonalistami Czanga. Stalin obawiał się samodzielności Mao, bał się silnych, zjednoczonych Chin. Podobnie postrzegał Koreę. Dlatego do końca lat czterdziestych na północy tego kraju panowała względny spokój polityczny i rozwój gospodarczy. Znacjonalizowano przemysł, ale niekonfliktowo, bo był on własnością japońskich okupantów. Przeprowadzono reformę rolną, ale zabrano ziemię przede wszystkim japońskim właścicielom i kolaborantom. Trudno dzisiaj uwierzyć, ale wtedy na północy było bogaciej niż na południu. A nawet były tam większe swobody demokratyczne.

Południowokoreański, importowany z USA reżim Li Syng-mana i amerykańskie władze walcząc z „komunistami” szukały dodatowego poparcia. Najszybciej i najsilniej uzyskały ze strony byłych projapońskich kolaborantów. Urzędników japońskiej administracji, kadr technicznych w fabrykach. Amerykanie traktowali Japończyków inaczej niż Niemców. Nie przeprowadzili ani w Japonii, ani w Korei „defaszyzacji”. Nie było japońskiej Norymbergi.

Reżim Li Syng-mana podporządkował sobie kolaboracyjną policję i służby specjalne. Blokował przeprowadzenie reformy rolnej. Wszelkimi środkami zwalczał konkurentów politycznych, dopuszczając się licznych zbrodni. Walczył też z odradzającymi się związkami zawodowymi. Patronujący mu amerykańscy zarządcy nie zwracali na to uwagi. W lipcu 1948 roku doprowadzili do wyborów parlamentarnych. W sierpniu ogłoszono powstanie Republiki Południowej Korei. Prezydentem został Li Syng-man.

Zaraz potem nowy, „demokratyczny” prezydent całą swą uwagę skupił na wprowadzeniu w swym kraju bezlitosnej dyktatury. Dymisjonował wszystkich próbujących niezależności ministrów. Krwawo stłumił bunty lewicowców w Josu na południu kraju. W październiku 1949 roku w więzieniach południowokoreańskich znajdowało się ponad 90 tysięcy przeciwników politycznych.
Korea Północna swą niepodległość ogłosiła we wrześniu 1949 roku . Rządzony już wtedy przez ekipę Kim Il-sunga , zwanego w naszym kraju Kim Ir-senen, kraj też nie był demokratyczny. Tam również bezwzględnie rozprawiano się z przeciwnikami politycznymi. Ale czyniono to bardziej skrycie. Bez pomocy dawnej kolaboracyjnej policji i projapońskiej administracji. Doradcy radzieccy intensywnie szkolili dawnych koreańskich partyzantów budując profesjonalną armię. Jesienią 1949 roku w sąsiednich Chinach ostatecznie zwyciężyła Armia Ludowo-Wyzwoleńcza przewodniczącego Mao. Wiele zdobytego od wojsk generalissimusa Czanga amerykańskiego sprzętu wojskowego, Mao przekazał sojuszniczej armii koreańskiej. Minął rok i został użyty przeciwko wojskom USA.

 

Czekali na wyzwolenie

Od połowy 1949 roku wojna między obu nowymi państwami koreańskimi wisiała w powietrzu. Najsilniej marzyli o niej masowo prześladowani przez reżim Li Syng-mana obywatele Republiki Południowej Korei. Raz po raz dochodziło do zbrojnych incydentów wzdłuż granicznego Równoleżnika. Północnokoreańskie rozgłośnie radiowe miesiącami zapowiadały rychłe wyzwolenie braci z południa. Aktywizowała się na południu antyrządowa partyzantka.

W roku 1950 Amerykanie rozpoczęli wycofywanie swego wojska z Korei. Musieli też tak uczynić, bo wojska radzieckie demonstracyjnie opuściły już Północna Koreę. Pozostawili wyszkolona armię i miejsce dla chińskich doradców wojskowych. Amerykanie pozostawili południowym Koreańczykom jedynie lekki sprzęt wojskowy. Skorumpowani południowokoreańscy wojskowi masowo handlowali wojskowymi racjami żywnościowymi i podarowaną odzieżą. A prezydent Li skupiał swą uwagę na rozwoju tajnej policji politycznej.

Dlatego kiedy 25 czerwca wojska północnokoreańskie wkroczyły na teren południowego sąsiada i nie natrafiły na silny opór wojska i społeczeństwa. Często witano je radośnie.

 

Jak było potem przeczytacie w następnym numerze „Trybuny”

Atomowa krewetka

Dyktatorski reżim Kim Dzong-una jest dzieckiem USA.

 

Historia Korei to los krewetki żyjącej między dwoma wielorybami. Chińskim, tym większym oraz japońskim, mniejszym, ale czasami wyjątkowo brutalnym. Dzieje polityczne Korei to los powstających na półwyspie, ciągle kłócących się królestw. Wzmacniających się pomocą wielkich sąsiadów. Czasy przypominające polskie rozbicie dzielnicowe, krwawe rządy piastowskich książąt.
Od końca XIV wieku, w okresie zjednoczenia państwa zwanego Joseon, nastąpił tam skok cywilizacyjny. Koreańczycy przejęli od chińskich sąsiadów pismo, technologie produkcji jedwabiu i ceramiki, i przede wszystkim system konfucjański. Konfucjanizm ukształtował moralność, relację rodzinne, międzyludzkie in system polityczny.

Wszystkie zdobycze chińskiej cywilizacji Koreańczycy sprawnie zaadoptowali, ale też rozwinęli nadając im własne, charakterystyczne cechy. Stali się mistrzami w produkcji celadonu, przecudnej ceramiki. Ceniony jest koreański jedwab. Wcześniej od Gutenberga zaczęli stosować ruchome czcionki do druku książek. Pierwsi na świecie zbudowali okręt z żelaza. Aby podtrzymać narodową odrębność kultywowali lokalne zwyczaje, swoją kuchnię, charakterystyczne stroje. Rozwinęli narodowe sztuki walki. Przez lata byli bitnymi żołnierzami i najemnikami wzmacniającymi wojska państw sąsiednich.

Zgodnie z systemem konfucjańskim, traktującym społeczeństwo jako wielką rodzinę, królowie Korei byli wasalami „starszego bratniego narodu”. Nie przynosiło hańby, przeważały korzyści. W czasach pokoju chiński brat zadowalał się często symbolicznym trybutem i spokojem na granicy. Wojny cesarstwa wymuszały dodatkowe haracze i wsparcie koreańskiego wojska. Polityki zagranicznej koreańscy królowie nie prowadzili, bo była domeną „starszego brata”.

Aż do końca XIX wieku Koreańczycy byli feudalnym, wiejskim społeczeństwem. Zamieszkującym położony na peryferiach ówczesnego świata półwysep. Przełom nastąpił kiedy brat chiński zaczął być kolonizowany przez zachodnie mocarstwa, a japoński sąsiad, rozpoczął forsowną modernizację adoptując zdobycze zachodniej cywilizacji.

Do roku 1876 Koreańczycy traktowali Japonię jako równe, przyjacielskie państwo. Toczyli w XVI wieku z Japończykami wojny, ale ich odpierali. Niestety, w styczniu tego roku japońskie wojska lądują w Korei. Tokio korzysta z upadku cesarstwa chińskiego i kopiuje politykę zachodnich mocarstw wobec Chin. Zmusza Koreę do zawarcia „traktatu o przyjaźni i handlu”. Przyznającego Japończykom dostęp do koreańskich portów, rynków zbytu. Stawiającego Japończyków ponad tamtejszym prawem, nadającego japońskim firmom eksterytorialny status.

Kiedy Koreańczycy poczuli cenę japońskiej przyjaźni spróbowali szukać pomocy. Pospieszyła z nią ekspansywna Rosja, okupujące Chiny mocarstwa zachodnie, i nowy gracz w tym regionie – USA. Zmobilizowało to Japończyków. Po wielkim zwycięstwie w wojnie z Rosją, armia japońska wkroczyła w 1904 roku do Korei. Sześć lat później usunięto tam ostatniego tytularnego władcę Korei. Okupacja japońska trwała do roku 1945.

W tym czasie Japończycy dopuścili się tam licznych aktów ludobójstwa. Stosowali rabunkową gospodarkę, zwłaszcza w czasie wojny z USA, doprowadzając Koreańczyków do strukturalnej nędzy. Lata okupacji wywołały powszechną, odczuwalną do dzisiaj, nienawiść do Japończyków. Zwłaszcza, że Japonia nigdy nie przeprosiła Koreańczyków za ludobójstwo i zbrodnie wojenne ówczesnej administracji i armii.

 

Kraj pachnący inaczej

O istnieniu Korei władze USA przypomniały sobie w sierpniu 1945, roku kiedy skapitulowała Japonia. I Amerykanie rozpoczęli okupację Japonii. W tym czasie armia radziecka rozbiła w graniczącej z Koreą Mandżurii stacjonującą tam japońską Armię Kwantuńską. Zajęła też północne, najbardziej uprzemysłowione prowincje chińskie. Zdobyte terytorium i zdobyczną broń przekazała oddziałom Mao Zedonga walczącym o władzę z armią popieranego przez USA Czang Kaj – szeka.

Zgodnie z umowami zwycięskiej alianckiej trójki, czyli ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii, pokonana Japonia miała stać się łupem Stanów Zjednoczonych. Wielka Brytania pragnęła powrotu do zajętych przez Japonię swych dawnych azjatyckich kolonii. Okupywana przez Japończyków Mandżuria i inne terytoria chińskie miały wrócić do prawowitych właścicieli reprezentowanych wtedy przez generalissimusa Czanga. O przyszłości Korei, wówczas japońskiej prowincji, administracje USA i Wielkiej Brytanii zwyczajnie zapomniały.

Generalissimus Stalin skupiał wtedy swą uwagę na zwasalizowaniu państw Europy Środkowo-Wschodniej. W Azji chciał mieć po swojemu rozumiany spokój. Idealnym dla ówczesnych stalinowskich interesów był stan przewlekłej wojny domowej w Chinach. Zakończony podziałem na dwie strefy. Amerykańską z Czang Kaj-szekiem i proradziecką z Mao Zedongiem lub innym, bardziej lojalnym wobec Kremla przywódcą chińskiej partii komunistycznej. Stalin nie ufał przewodniczącemu Mao, bał się silnych Chin. Wiedział, że na wschodzie może być tylko jedno słońce. To kremlowskie.

Granicząca z Mandżurią, sąsiadująca z ZSRR, Korea była obiektem zainteresowania Kremla. Stalin wspierał antyjapońską, komunizującą partyzantkę. Miał w zasobach kadrowych koreańskich polityków, wojskowych oraz kadry zaznajomione z kulturą i tradycjami tego kraju.
W roku 1945 takich kadr Amerykanie nie mieli. We wrześniu przysłali na południe Korei swych pierwszych wojskowych. Aby przejęli ten teren od obecnej tam administracji japońskiej. I ci od razu popełnili kolosalne błędy.

 

Słoń w składzie porcelany

Wychowani w Ameryce znali Azję przede wszystkim od japońskiej strony. Nienawidzili jej za ciężkie straty zadane im przez cesarską armię. I wielce podziwiali ją już po krótkim kontakcie z okupowanym krajem. Imponował im japoński poziom cywilizacyjny. Polubili japońskie poddaństwo, służalczość wobec zwycięzców. Bo przebiegli Japończycy szybko zauważyli, że traktując Amerykanów jak kastę nowych samurajów, a generała MacArthura jak szoguna, unikają głębszych powojennych rozliczeń i mogą skupić się na odbudowie swojego kraju.

Pierwsi amerykańscy wojskowi, którzy przybyli do Seulu przeżyli szok kulturowy. Ujrzeli biedny kraj, gdzie po wąskich kamienistych drogach podróżowano konnymi wozami. Czasami trafiał się pojazd samochodowy napędzany silnikiem opalanym węglem drzewnym.

Ale najbardziej szokował Amerykanów w Korei zapach ludzkiego gówna. Powszechnie używanego wtedy jako nawóz, zwłaszcza na karłowatych poletkach. Takie widoki i taki zapach sprawił, że Amerykanie od początku traktowali Koreańczyków jak dzikusów. Naród z którym nie warto rozmawiać.

Zresztą, nawet gdyby chcieli, to nie mogli też się z Koreańczykami porozumieć, bo przybywający jesienią 1945 roku Amerykanie nie znali języka koreańskiego ani koreańskiej kultury. A miejscowi Koreańczycy nie znali angielskiego, bo Japończycy ograniczyli ich edukację do poziomu szkół zawodowych. Wszystkich znających zachodnie języki wymordowali.

Amerykanie mieli za to kadry japońskojęzyczne, bo od 1941 roku walczyli z cesarstwem japońskim. Dlatego przejmując formalnie władzę nad południem Korei najłatwiej dogadywali się z pozostałą tam administracją japońską. Zwłaszcza, że ta prześcigała się w pokazowej lojalności wobec nowych władców.

I dla świętego spokoju Amerykanie pozostawili tych „kulturalnych”, mówiących zrozumiałym językiem administratorów. I znienawidzoną przez Koreańczyków, kolaborującą z japońskimi okupantami, miejscową policję też.

To sprawiło, że dumni ze swej kultury i odrębności narodowej Koreańczycy od razu znienawidzili Amerykanów.

Bo to przecież było tak, jakby po wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej, pozostawiono u nas „kulturalnych” zarządców obozów koncentracyjnych, gubernatora Hansa Franka i granatową policję.

Co było potem, poczytacie w następnym numerze „Trybuny”.