Profesorowie za Gadzinowskim

W tegorocznych wyborach do Sejmu muszę dokonać wyboru spośród bardzo ciekawej i wartościowej grupy kandydatów Lewicy w moim okręgu wyborczym.

Decyzja w tej sprawie nie była dla mnie łatwa, gdyż godnych poparcia kandydatów jest wielu, a mam tylko jeden głos. Oddam go na Piotra Gadzinowskiego. Uczynię tak z trzech powodów.
Po pierwsze znam kandydata od wielu lat, także z wspólnej pracy sejmowej, i bardzo wysoko cenię sobie oddanie z jakim wywiązywał się z poselskich obowiązków.
Po drugie jest to kandydat o bardzo wyrazistej postawie w szczególnie dla mnie ważnych sprawach świeckości państwa i tolerancji światopoglądowej.
Po trzecie wreszcie, bardzo wysoko cenię sobie rolę, jaką odgrywa jako redaktor naczelny „Trybuny” – gazety, której potrafił zapewnić wysoki poziom i konsekwentną linię polityczną. Mam nadzieję, że nie będzie jedynym posłem lewicy wybranym w moim okręgu.

Jerzy J. Wiatr

 

Pragnę gorąco poprzeć kandydaturę Piotra Gadzinowskiego w wyborach do Sejmu 13 X br.. Kandyduje (tradycyjnie) z ostatniego miejsca na liście SLD.

Piotr to barwna i wielowymiarowa postać. Znany dziennikarz oraz działacz kultury, dysponuje też ogromną wiedzą o mediach-zarówno tradycyjnych, jak i najnowszej generacji.
Dysponuje świetnym, ostrym piórem i jest par excellence Człowiekiem Lewicy Był już przez 3 kadencje posłem na Sejm (1997-2007), w którym wykazał się dużą aktywnością. Pamiętam Go również z pracy w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy w Strasburgu.Ma więc znaczące doświadczenie polityczne, które ponownie warte jest wykorzystania. Jako redaktor naczelny „Trybuny” w trudnych czasach dla lewicy uczynił z tej gazety znaczące forum wymiany poglądów dla wszystkich jej nurtów.
Piotr od lat interesuje się ponadto problemami krajów i społeczeństw Dalekiego Wschodu (zwłaszcza Wietnamu i Chin), które zna z autopsji. Biorąc pod uwagę zmieniający się, globalny porządek światowy to jest znaczący atut.
Stare powiedzenie głosi ,iż „ostatni będą pierwszymi”. W Warszawie warto je wcielić w życie. Głos na red. Gadzinowskiego nie tylko nie będzie stracony, lecz przyczyni się do powstania dodatkowej wartości politycznej.

Tadeusz Iwiński

 

Jeszcze wokół Okrągłego Stołu

Wśród licznych medialnych wypowiedzi z okazji kolejnej rocznicy zakończenia obrad Okrągłego Stołu dwie zasługują na wyjątkową uwagę. Pierwszą jest obszerny, świetnie udokumentowany i pogłębiony tekst prof. Jerzego Wiatra na łamach „Dziennik Trybuna” („Okrągły Stół” z perspektywy 30 lat), a drugim, jego intelektualne zaprzeczenie, w wykonaniu także profesora, Tomasza Nałęcza (Jak Okrągły Stół stał się kwadratowy) w dodatku historycznym „Gazety Wyborczej”.

Warto przypomnieć prof. Nałęczowi,

że przy Okrągłym Stole zasiadły trzy strony: koalicyjno-rządowa, opozycyjno-solidarnościowa i kościelna. Tę pierwszą we wspomnianym tekście Nałęcz – historyk na usługach obecnie obowiązującej ideologii – nazywa z uporem komunistami. I, jak w myśl cytowanego przez siebie przysłowia „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”, tym razem wystąpił właśnie w tej roli trzymanego, zapominając zapewne przez przypadek, bo wymogi jego profesji temu zaprzeczają, że i on zaliczany jest do komunistów. W latach 1970-1990 należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w 1990 został jednym z wiceprzewodniczących Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej i działał też aktywnie w Unii Pracy. A więc nie tylko pełny komuch w czasie obrad OS, ale nadto postkomunista. Rzetelność, nie tylko naukowa, stanowiąca zaprzeczenie propagandowych haseł wymaga uwzględniania obowiązującego nazewnictwa, bo np. Piłsudski byt Naczelnikiem Państwa, a nie jego Namiestnikiem, PPS to nie PSS (dla młodszych: Powszechna Spółdzielnie Spożywców), a Manifest był i Połaniecki, i Lipcowy.
Jednak w kontekście całego tekstu tego autora ta antykomunistyczna maniera to zupełny drobiazg, gdyż apologia strony opozycyjno-solidarnościowej – jej wszelakiej mądrości, przenikliwości i przewidywalności, którą „narzuciła komunistom bardziej podstępem”, determinacja i negocjacyjny kunszt – przekracza tu liczbę beczek z oliwą, wylewanych kiedyś na wzburzone morze, a obecnie służących m. in. do zaklajstrowaniu tamtej rzeczywistości.

Pisze Nałęcz:

„Politycy reprezentujący przy Okrągłym Stole stronę komunistyczną powtarzają nieprawdziwą tezę, że ich celem było pokojowe oddanie władzy, zdemontowanie systemu i przejście do ustroju demokratycznego”. Dobrą regułą, nie tylko w naukach historycznych, jest przy cytowaniu kontrowersyjnych poglądów powołanie się na ich autora. Nie jest bowiem znana powszechnie choćby jedna wypowiedź o „pokojowym oddaniu władzy”, co zresztą byłoby zaprzeczeniem sensu niełatwych negocjacji. Natomiast jest prawdą, że w centralnych i reformatorskich kręgach partyjnych dojrzewało przekonanie o konieczności zasadniczych zmian ustrojowych, które w niedługim czasie po Okrągłym Stole zaowocowało powszechnym na lewicy wyborem socjaldemokratycznej drogi. Słyszał więc p. Tomasz, że dzwonią, ale nie wie w którym kościele.

Pisze dalej:

„W świetle wiedzy historycznej nie ulega wątpliwości, że celem proponujących Okrągły Stół komunistów nie było zdemontowanie systemu, tylko jego gruntowny remont, który miał im zapewnić dalsze, łatwiejszej już sprawowanie władzy.” Nie ma żadnych dowodów na to, aby podczas obrad OS ktokolwiek, nawet z opozycji, wypowiadał się na temat zdemontowania istniejącego systemu (w tej kwestii panowało z ich strony długo milczenie, zapewne także z bojaźni przed społeczną reakcją), a władza akceptująca rzeczywiste istnienie i wpływy opozycji nie tylko niczego sobie nie ułatwiała, a jedynie uznawała to za szansę nie tyle dla siebie, co przede wszystkim za możliwość wyprowadzenia kraju z impasu. Wiedza naukowca Nałęcza, sprowadzająca się do oceny władz zainteresowanych tylko swoimi stołkami, wpisuje się w znaną, powtarzaną obecnie śpiewkę, że „komuniści zabiegając o poparcie przeprowadzili reformę rolną i. t. p”. Nikt w latach późniejszych, poza chyba Nałęczem, nie słyszał lamentu byłych prominentów z powodu utraty władzy. Nota bene żadna z umawiających się stron OS nie miała klarownego obrazu dalszego przebiegu wydarzeń; dla wszystkich zapowiadał się natomiast, nieznany w czasie i nie bardzo rozpoznawalny, proces przemian całego życia społeczno-politycznego i gospodarczego Polski.

Pisze jeszcze Nałęcz:

„Owszem, „Solidarność” zgodziła się wejść w podyktowane przez komunistów koleiny władzy. Zaakceptowała wybory 4 czerwca 1989 r. na warunkach, które teoretycznie dawały ekipie Jaruzelskiego gwarancję dalszego sprawowania rządów. Wywalczyła jednak rzecz o wiele cenniejszą – obroniła swoją tożsamość i polityczną niezależność oraz zdolność do dalszego prowadzenia walki.” Te zasługi Solidarności są wątpliwe gdyż nie musiała przy OS ich bronić ani też wywalczać swej tożsamości i politycznej niezależności, bo nikt, nawet największy partyjny beton, nie oczekiwał od niej rezygnacji z tych wartości.

Dodaje Nałęcz:

„Dzięki temu posunięciu [chodzi o wybory w których Solidarność miała swoje komitety i listy wyborcze – Z.T.} nie udało się, jak chciała PZPR, ograniczyć Okrągłego Stołu do umowy wąskich grup polityków”. A to totalna bzdura, bo już same, nieutajnione przecież, obrady w Pałacu Namiestnikowskim wywołały powszechne społeczne zainteresowanie, i różne na nie reakcje, a więc tym bardziej o żadnych ograniczeniach przy powszechnych wyborach nie mogło być mowy.

Podsumowuje Nałęcz

swoje rozważania stwierdzeniami: „Choć komunistycznemu Kozakowi wydawało się, że schwytał solidarnościowego Tatarzyna, tak naprawdę to ten drugi był zwycięzcą okrągłostołowych podchodów”, i dalej: „udało się zamienić Okrągły Stół w „stół prostokątny”, przy którym opozycja siedziała po innej stronie niż obóz władzy”.
I takie to są prawdy Pana Profesora o polskim historycznym wydarzeniu, w czasie którego, bez względu na fundamentalne różnice dwóch obradujących stron, łączyło ich niewątpliwie przekonanie o wspólnym szukaniu dróg dla lepszej przyszłości tego kraju. Później niestety zapomniano o tym przesłaniu, obóz solidarnościowy przypisał sobie wszystkie sukcesy tamtych negocjacyjnych dni, stół stał się prostokątny, by wreszcie zostać postponowany i zniknąć jako rzadki symbol politycznej mądrości Polaków.
Na tle obszernej panoramy wydarzeń poprzedzających narodziny Okrągłego Stołu sytuuje to wydarzenie prof. Jerzy Wiatr. Uwagę zwracają fragmenty rozważań rzadko w innych opracowaniach podejmowane, a wyznaczające decyzje partyjne o konieczności podjęcia rozmów z opozycją. Na ogół traktuje się te kwestie w uproszczony sposób przywołując konieczność ich podjęcia złym stanem gospodarki i wzbierającymi cyklicznie falami strajków.

„Po stronie PZPR

– pisze Wiatr – kluczowe znaczenie miała ewolucja poglądów Wojciecha Jaruzelskiego. Z moich kontaktów z nim w pierwszych dniach stanu wojennego pamiętam, że już wtedy był on zdecydowanym przeciwnikiem eskalowania represji wobec ludzi związanych z opozycją. Przez długi czas liczył jednak na to, że możliwe będzie przeprowadzenie reform z inicjatywy władz i bez negocjacji z opozycją… Stopniowo jednak docierała do niego świadomość, że w Polsce taki wariant nie ma szans powodzenia i że konieczne są odważne, daleko idące zmiany.” A jeszcze wcześniej wspomina, że „Rząd Mieczysława Rakowskiego miał ambicję stania się inicjatorem skutecznych zmian, których powodzenie przywróciłoby utracone zaufanie do istniejącego systemu i w tym sensie stanowiłoby alternatywny w stosunku do rokowań z opozycją scenariusz polityczny. Szybko jednak okazało się, że na taki manewr było po prostu za późno.”

Stan wojenny w Polsce

pozostawił głębokie podziały w społeczeństwie, a po jego zniesieniu nie zostały one zasypane bądź przynajmniej zniwelowane żadną ważącą inicjatywą polityczną lub projektem społeczno-ekonomicznym. Wszelkie podejmowane w latach 1983-1987 działania władzy sprawiały wrażenie ruchów pozornych, zupełnie nieprzystających do oczekiwań większości obywateli, którzy pragnęli unormowania sytuacji w kraju, a przynajmniej nadziei na normalizację. A jeżeli nawet rodziły się plany poważnych reform gospodarczych i politycznych, to z różnych powodów bądź nigdy nie zostały wprowadzone w życie, bądź nie przynosiły oczekiwanych zmian (reforma autorstwa prof. Zdzisława Krasińskiego, kolejne etapy reform ekonomicznych czy próby reform politycznych).

Taki stan rzeczy

zależał, jak to nazwał w swym znanym memoriale Mieczysław Rakowski: „przede wszystkim od «stanu ducha» ekipy kierowniczej, tj. czy wierzy ona, że jest w stanie dokonać rewolucyjnych w swej istocie zmian w istniejącym systemie społeczno-gospodarczym”. Tak się jednak złożyło, że tej ekipy nie było stać na to, gdyż zabrakło w niej m. in. rozgromionej wcześniej, a rozbudzonej intelektualnie opcji reformatorskiej i to nie tylko we władzach centralnych. Zastąpili ich w poważnej części ludzie, których największą i jedyną zaletą było zdyscyplinowanie. Przypominam sobie generała zajmującego jedno z najwyższych stanowisk partyjnych, którego bezradność i brak wyobraźni miały wręcz charakter porażający.

Te rozważania nie prowadzą

do postawienia tezy, że mogłoby w ogóle nie dojść od Okrągłego Stołu, bowiem wyczerpanie się możliwości rozwojowych tamtego ustroju było oczywiste, a jedyną drogą wyjścia była zasadnicza, w miarę szybkimi etapami, jego przebudowa w kierunku gospodarki rynkowej, a ustroju w demokrację parlamentarną. Pragnąc zrealizować taki program PZPR musiała by także podjąć rozmowy z polityczna opozycją, tyle tylko, że już nie jako hegemon, a partia socjaldemokratyczna, posiadająca w ręku inicjatywę i mocne atuty w okrągłostołowych negocjacjach.

Paradygmat Okrągłego Stołu

dla Tomasza Nałęcza nie istnieje, także dla Zbigniewa Bujaka zaproszonego przez Społeczny Komitet Lewicy 100-lecia Niepodległości, Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie, Stowarzyszenie Ordynacka, Inicjatywa 30. ROK WOLNOŚCI na spotkanie w 30-tą rocznicę zakończenia obrad Okrągłego stołu. W programie tego wydarzenia zaplanowano jego wystąpienie, obok innych uczestników OS, a jednocześnie niedawno oświadczył: „To co Polska może wnieść do Europy to doświadczenie i kultura „Solidarności”. A co wnosi Miller? Co on sobą reprezentuje?”
Arogancja i głupota zaprezentowana przez Bujaka przekracza wszelkie normy, zadufanie w skompromitowaną postsolidarnościową politykę także wszelką miarę, niedocenienie roli byłego premiera wprowadzającego Polskę do Wspólnoty Europejskiej przez ewentualnego europosła poraża, a to wszystko okraszone jest brakiem elementarnej kultury.
Jeśli dobrze pamiętam, to na szczęście nie wypowiadał się pan Bujak przy Okrągłym Stole, a może mu głosu po prostu nie udzielono?