Lewica musi zdefiniować się na nowo

– Głęboka zmiana częściej jest efektem mądrze i konsekwentnie przeprowadzonych reform, niż rezultatem rewolucji, rozumianej jako fizyczne, zbrojne obalenie dotychczasowe porządku i budowanie nowego na jego gruzach – mówi prof. Jerzy J. Wiatr, socjolog, wieloletni działacz polskiej lewicy, były minister i poseł na Sejm RP, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat.

MK-F:Na początku pandemii koronawirusa, gdy stawało się oczywiste, że światowy kryzys zdrowotny będzie również kryzysem gospodarczym, a bez interwencji państwa się nie obejdzie, część lewicowych teoretyków i działaczy miała nadzieję, że jest to również pewna szansa dla lewicy: że pojawią się namacalne dowody na to, że neoliberalny kapitalizm nie działa, a zatem warto słuchać lewicowego, socjalistycznego głosu. Tymczasem z pandemią walczymy od ponad roku, a lewica prawie wszędzie pozostaje w defensywie…

JJW:Lewica mogłaby wzmocnić się w wyniku pandemii tylko wtedy, gdyby była w stanie przedstawić przekonujący, realistyczny program alternatywny wobec działań obecnych rządów. Samo mówienie, że działania tych rządów są nieskuteczne, nawet jeśli często jest to spostrzeżenie słuszne, to za mało. Nawet trudności czy załamania się całego systemu nie są gwarancją wzrostu poparcia dla lewicy.

Lewica nie zyskuje, bo nie ma konkretnych propozycji?

Nie tylko. Gdyby chodziło tylko o program, wystarczyłoby posadzić kilkunastu mędrców za stołem, żeby ten mądry program wymyślili. Czasem jest tak, że w rzeczywistości nie są obiektywnie zawarte przesłanki do tego, by realistyczną alternatywę sformułować.

Warunki, które uczyniły możliwymi wielkie sukcesy lewicy w II poł. XIX w. oraz w pierwszej połowie wieku XX wyczerpały się. Mam tu na myśli istnienie przemysłowej klasy robotniczej. Klasa ta znajdowała się w stanie niespotykanego wyzysku i upodlenia – wystarczy sięgnąć po Germinal Zoli, by zrozumieć, czym była klasa robotnicza, o której Marks pisał, że nie ma nic do stracenia oprócz kajdan. Równocześnie była ona w ogromnym stopniu skoncentrowana. Za sprawą tych czynników była wielkim radykalnym, rewolucyjnym potencjałem.

Dziś jednak żyjemy w innych czasach. Przynajmniej w odniesieniu do rozwiniętych, zamożnych krajów do powiedzenia, że robotnik nie ma nic do stracenia poza kajdanami, można by dodać: „… i samochodem i domkiem pod miastem”. Po drugie, potencjał radykalny został osłabiony, gdyż w funkcjonowaniu społeczeństwa kapitalistycznego, także pod presją ruchu robotniczego, zaszły poważne zmiany. Do tego zaszły kluczowe zmiany w funkcjonowaniu gospodarki – odchodzenie od przemysłu, wdrażanie nowych technologii… Robotnicy nie są też już tak skoncentrowani. A zatem korzenie osłabienia współczesnej lewicy leżą nie w błędach poszczególnych ugrupowań – chociaż one jak najbardziej występowały – ale w strukturalnych przemianach społeczeństwa kapitalistycznego.

Skoro tak, to odnowa sił lewicy musi być konsekwencją właściwego rozpoznania klasowych procesów społecznych, które w zmienionych warunkach mogą stanowić źródło radykalnego potencjału.

Proletariat wielkoprzemysłowy odszedł w rozwiniętych krajach do przeszłości – trudno się z tym nie zgodzić. Ale też zdobycze ruchu robotniczego nie mają się najlepiej. Gdy osłabła lewica, upadł ZSRR, zniknęła presja na kapitalizm, szereg osłon socjalnych, które zaistniały choćby w europejskich państwach dobrobytu zostało rozmontowanych lub dzieje się to teraz. Rośnie koncentracja światowego bogactwa w rękach niewielkiej mniejszości, podobnie jak nierówności społeczne. Wyzysk również nie odszedł do przeszłości. Dlaczego ludzie, którzy nie są beneficjentami systemu, nie słuchają lewicy?

Oczywiście prawdą jest, że w niektórych – podkreślę, niektórych – krajach nastąpił odwrót od zdobyczy społecznych poprzedniego stulecia. Chodzi o kraje, w których sukcesy odniosły koncepcje neoliberalne, jak Wielka Brytania za Margaret Thatcher czy USA pod rządami Reagana. Jednak licznych stosunkowo krajów kapitalistycznych, rozwiniętych, to nie dotyczy. Zdobycze ruchu socjalistycznego w takich krajach jak państwa skandynawskie, RFN czy w dużej mierze Francja okazały się trwałe. Proces polaryzacji ekonomicznej również jest faktem, potwierdzonym statystycznie tak w skali globalnej, jak w skali poszczególnych państw. Jednak w wielu wypadkach proces rosnącego rozwarstwienia faktycznie zachodził, ale nie szedł z nim w parze proces pauperyzacji warstw biedniejszych. Jest przecież możliwa sytuacja, w której sytuacja określonych grup poprawia się, powiedzmy, według wskaźnika 3:1, a innych – 100:1. Wtedy różnice między nimi będą wyraźnie rosły, ale ci, którzy są na dole drabiny, nie będą mieć poczucia, że ich życie zmienia się na gorsze.

Ostatnio jednak obserwowaliśmy inny proces – wzrost nierówności i równoczesne ubożenie klasy średniej. W USA w wyniku polityki reaganowskiej najwięcej stracili nie robotnicy czy ogólnie ci, którzy są na samym dole społecznej struktury. Najbardziej ucierpiała klasa średnia. Z moich dawnych pobytów w USA pamiętam, że np. w latach 60., kiedy zaczynałem poznawać ten kraj, czy w latach 70. młody pracownik uniwersytecki stosunkowo łatwo mógł nabyć domek. Dziś, wobec wzrostu cen nieruchomości, to staje się praktycznie niemożliwe. W długiej perspektywie ten zanik klasy średniej może być bardzo niebezpieczny dla tej wersji kapitalizmu, która istnieje w Stanach Zjednoczonych. Z tym zastrzeżeniem, że radykalny potencjał tej klasy jest inny, niż proletariatu, o którym mówiliśmy wcześniej, bo klasa ta nie jest tak skoncentrowana. Jej mobilizowanie się, czy to samorzutne, czy w wyniku działań ugrupowań antykapitalistycznych będzie nieporównywalnie trudniejsze.

Trudniejsze, ale jednak możliwe. Czy to znaczy, że rewolucyjna myśl lewicowa ma ciągle przyszłość?

To zależy, jak rozumieć rewolucję. Wbrew temu, co napisał Majakowski, rewolucja nie musi wcale być parowozem dziejów. I tu leżał błąd tradycyjnej radykalnej myśli marksistowskiej czy anarchistycznej. Sprzeczności kapitalizmu prowadziły do wybuchu rewolucji w niektórych przypadkach, ale daleko nie powszechnie. Jeśli policzymy kraje, w których doszło do rewolucji, niekoniecznie nawet zwycięskiej, to będą stanowiły zdecydowaną mniejszość krajów kapitalistycznych. W większości z nich rewolucji nigdy nie było. Co nie znaczy, że nie dokonywały się zmiany.

Przełom, który dokonał się w myśli socjalistycznej pod koniec XIX w. przyniósł myślenie – początkowo piętnowane jako rewizjonistyczne – że można wprowadzać zmiany w ramach systemu, drogą reform. Czasem socjaliści grali słowami, jak Ignacy Daszyński, który mówił o „rewolucji w majestacie prawa”, mając na myśli tak głęboką zmianę dokonującą się stopniowo w ramach obowiązującego porządku prawnego, że jej skutki można potraktować jak zmianę rewolucyjną. Ja jestem przekonany, że głęboka zmiana częściej jest efektem mądrze i konsekwentnie przeprowadzonych reform, niż rezultatem rewolucji, rozumianej jako fizyczne, zbrojne obalenie dotychczasowe porządku i budowanie nowego na jego gruzach.

Ale czy współczesne elity pozwolą na jakiekolwiek zmiany? Dopuszczą do głosu polityków myślących w kategoriach korekty systemu? A może neoliberalni rządzący będą zamykać oczy na problemy społeczne, aż dojdzie do niekontrolowanego wybuchu gniewu albo innej katastrofy?

Gdy patrzę na współczesne elity, widzę ogromne zróżnicowanie. Zatrzymajmy się przy Stanach Zjednoczonych. Senator Sanders, człowiek o jednoznacznie lewicowych poglądach, nie jest może w stanie uzyskać nominacji prezydenckiej, ale on i jego zwolennicy wywierają coraz większą presję na przywództwo swojej partii. Jeśli porównać dzisiejszą Partię Demokratyczną i tę samą partię sprzed 40-50 lat, zobaczymy, jak wyraźnie przesunęła się w lewo. Nie chcę powiedzieć, że stała się partią socjalistyczną, ale chcę pokazać, że myślenie o elicie politycznej jako jednolicie neoliberalnej nie jest już trafne. Co będzie dalej? Nikt tego na pewno nie wie. Ja jednak ze swoim niepoprawnym lewicowym optymizmem jestem przekonany, że proces przesuwania się w stronę tradycyjnie lewicową, w stronę dokonywania reform, w stronę sprawiedliwości społecznej będzie trwał. To dotyczy również wielu krajów europejskich, gdzie wprawdzie tradycyjna socjalistyczna lewica ulega osłabieniu, ale z drugiej strony pojawiają się radykalne ruchy lewicowe, socjalne czy ekologiczne. Sytuacja jest dynamiczna.

W dziejach europejskiej lewicy zapisało się kilka partii komunistycznych, które w demokratycznych wyborach potrafiły osiągać wysokie wyniki. Jednak świetność Włoskiej czy Francuskiej Partii Komunistycznej to już historia. Nowe radykalne organizacje lewicowe mają szansę na większe sukcesy?

Zaznaczmy na początek, że te dwie partie komunistyczne były mimo wszystko ewenementem w zachodniej Europie czasów Zimnej Wojny. W innych państwach komuniści nie osiągnęli takiego znaczenia. A i ich sukcesy były ograniczone. Ok. 25 proc. Francuskiej Partii Komunistycznej brzmi świetnie, ale nadal oznacza, że ok. 75 proc. społeczeństwa poparło inne formacje. Jedynie Włoska Partia Komunistyczna raz otarła się – ale tylko otarła się – o możliwość wygrania wyborów. A zatem nie uzyskały jednak takiego potencjału, który dawałby szansę prawdziwego, głębokiego kształtowania losów swojego kraju. Szansę na wielką zmianę dały sukcesy partii socjaldemokratycznych. Jeśli kapitalizm europejski uległ znaczącemu przekształceniu, to nie dzięki względnie silnej pozycji partii komunistycznych w niektórych krajach, ale dzięki temu, że zwycięstwa wyborcze odnosili socjaliści, tworząc potem rządy i przekształcając ustawodawstwo. Państwo socjalne to dzieło rządzących partii socjalistycznych. W tym widziałbym wzór dla przyszłości i drogę do korzystnej lewicowej zmiany. Muszą powstać formacje, które byłyby w stanie wygrywać wybory i przekształcać stosunki społeczne w drodze reformatorskiej.

Próbowała tego grecka SYRIZA. Nie tak dawno próbował Jeremy Corbyn. Na drodze parlamentarnej, wyborczej zamierzał odwrócić część skutków brytyjskich neoliberalnych reform. Przegrał, a część lewicowych komentatorów wyraziła przekonanie, że widać jednak nie była to właściwa ścieżka.

Ależ nikt nie powiedział, że to jest droga łatwa! W walce politycznej zawsze są okresy sukcesów – brytyjska Partia Pracy miała takie – i są okresy porażek. A Partia Pracy, nawet jeśli jej pozycja jest najgorsza od dziesięcioleci, jest nadal siłą o potencjale, o którym lewica polska może jedynie marzyć. Nie spisujmy jej na straty! Ta partia nadal jest w stanie wiele osiągnąć.

Skoro już mówimy o polskiej lewicy… Czy ten niepoprawny lewicowy optymizm, z którym patrzy Pan na lewicę zachodnią, dotyczy również sytuacji w Polsce? Kraju, gdzie trzydzieści lat po terapii szokowej, po niezwykle bolesnej dla milionów ludzi transformacji, ludzie najbardziej wykluczeni, ludzie spoza wielkich i szybko się rozwijających ośrodków głosują na PiS, a lewica nie przekracza w sondażach 10 proc.?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie w sposób pozbawiony nutki osobistej. Jestem człowiekiem lewicy, byłem aktywnym działaczem, także na relatywnie wysokich stanowiskach partyjnych i państwowych. Mówię więc teraz do pewnego stopnia także o sprawach, w których sam uczestniczyłem. Sądzę, że polska lewica w okresie po zmianie ustrojowej miała swój świetny, gwiezdny czas. Z bardzo słabej pozycji, z jakiej startowaliśmy na początku lat 90. zdołaliśmy zbudować formację, która wygrywała wybory parlamentarne, prezydenckie, realnie kształtowała oblicze naszego kraju. Jak pisałem w wydanej pod koniec lat 90. „Socjologii wielkiej przemiany”, uniknęliśmy katastrofy socjalnej i ekonomicznej, do jakiej prowadziła nas neoliberalna polityka Leszka Balcerowicza, gdyż po przejęciu władzy przez koalicję SLD i PSL ster polityki gospodarczej znalazł się w ręku prof. Grzegorza Kołodki, który w sposób bardzo udany przeprowadził korekturę tej neoliberalnej reformy. Dlatego uważam, że przez pierwsze 15 lat po transformacji lewica dobrze służyła Polsce. Oczywiście, popełnialiśmy błędy – nie da się być w polityce i ich nie popełniać – ale nasz bilans, uważam, wypada bardzo korzystnie. Polska zmieniła się w niezwykle korzystny sposób.

Co stało się później? Zaistniały dwa groźne zjawiska, którym nie umieliśmy skutecznie się przeciwstawić. Po pierwsze, chociaż polskie społeczeństwo jako całość zyskiwało na zmianach, a kraj stawał się zamożniejszy i lepiej zorganizowany, to istniała znaczna – różnie szacowana, w granicach 20-30 proc. – część społeczeństwa, która nie tylko na zmianach nie skorzystała, ale straciła. Przede wszystkim dlatego, że zmiany spowodowały osłabienie wachlarza ochronnego, który państwo gwarantowało w czasach PRL wszystkim, a zwłaszcza najuboższym. Nie umieliśmy – bo nie można powiedzieć, że nie chcieliśmy – znaleźć odpowiedzi na ten proces. Efektem jest powstanie warstwy ludzi sfrustrowanych, generalnie negujących III Rzeczypospolitą, a przez to podatnych na demagogię w wykonaniu PiS. Co ma zresztą krótkie nogi, bo im dłużej PiS rządzi, tym bardziej widać, że poza hasłami nie ma najbiedniejszym ludziom nic do zaoferowania. Niemniej w wyniku tej tendencji lewica straciła poważną część poparcia.

Proces drugi: w polskim społeczeństwie pojawiły się konflikty, których korzenie nie leżą w gospodarce, lecz które mają charakter kulturowy. Wynikają m.in. z otwarcia na świat, które sprawia, że pewne normy czy zachowania stają się dla naszego społeczeństwa bardziej zrozumiałe, niż dawniej. Mam na myśli całą warstwę tolerancji w stosunku do rozmaitych mniejszości. W Polsce ze względu na siłę tradycyjnego, konserwatywnego katolicyzmu nadal istnieje np. dość silna niechęć wobec mniejszości seksualnych. W obiegu są różne pogardliwe określenia dotyczące tych ludzi. Niedawno w rozmowie z jednym ze znajomych nagle usłyszałem słowo „pedały”. Oburzyłem się, a on, skądinąd bardzo miły człowiek, nie wiedział, dlaczego: przecież wszyscy tak mówią! I teraz: jasne, że nie mówią tak wszyscy, ale przytaczam tę sytuację, żeby pokazać, że problem istnieje. Nietolerancyjne postawy mają głębokie korzenie i występują nie tylko wśród ludzi o prawicowych poglądach. Znam ludzi o lewicowych przekonaniach, nawet członków partii lewicowej, którzy myślą o mniejszościach tak, jak ten mój znajomy.

Albo inna rzecz: czy w Polsce zostały wykorzenione postawy antysemickie? Moim zdaniem nie. W czasie pierwszej kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego byłem przewodniczącym miejskiej organizacji SdRP. Prowadziłem spotkanie na Ochocie i oto wstał jeden z uczestników, człowiek lewicy, jak się później dowiedziałem – były oficer Ludowego Wojska Polskiego, i zapytał: czy to prawda, że Aleksander Kwaśniewski jest Żydem? Zamurowało mnie. Wypaliłem: dziwię się, że takie pytanie może paść na spotkaniu lewicy! Dostałem oklaski, czyli większość sali zachowała się tak, jak trzeba. Ale jednak znalazł się człowiek, którzy świadomie głosował na lewicę i równocześnie miał takie uprzedzenia.

Lewica nie potrafiła w odpowiednim momencie stać się awangardą sił walczących przeciwko wszelkim formom kulturowej kołtunerii: przeciwko dyskryminacji mniejszości etnicznych czy seksualnych, ale nie tylko. Martwi mnie, że proces narastającego buntu przeciwko nietolerancji rozwinął się, ale obok lewicy. Przecież np. protesty przeciwko zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego, które i tak jest bardzo rygorystyczne, nie zaczęły się za sprawą działań partii lewicowych. Lewica przeoczyła wielki problem społeczny, który obecnie kształtuje życie polityczne w Polsce tak samo, jak sprawy ekonomiczne. I to był ogromny błąd.

Są komentatorzy, którzy twierdzą, że zasadniczy błąd polska lewica popełniła dużo wcześniej. Zarzucają jeszcze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przejście na pozycje prokapitalistyczne, zaprzepaszczenie dorobku kilku dekad PRL. Zdaniem takich autorów jak prof. Zbigniew Wiktor, którego tekst ukazał się niedawno w „Dzienniku Trybuna”, można było uniknąć tragicznych skutków społecznych neoliberalnej transformacji, gdyby partia trzymała się idei marksistowsko-leninowskich. Jak się Pan odnosi do takiego stawiania sprawy?

Tekst prof. Wiktora przeczytałem z wielką uwagą i zgadzam się w nim tylko z dwiema tezami. Z tym, co jest powiedziane o szkodliwości rusofobii i z częścią końcową, gdzie autor pozytywnie wypowiada się o dzisiejszej lewicy, widzi potrzebę jej wzmacniania. Jest to zresztą nieco niekonsekwentne w stosunku do jego wcześniejszej linii rozumowania – niemniej wniosek jest słuszny. Jednak spojrzenie prof. Wiktora na historię Polski Ludowej jest kuriozalne. Jeśli – jak on – ocenia się negatywnie już zmiany z roku 1956, to czy to znaczy, że wzorem prawidłowego budowania socjalizmu były wczesne lata 50.?!

Tamte lata to czas mojej młodości, więc teoretycznie powinienem o nich myśleć z największą sympatią – przecież tylko raz ma się dwadzieścia lat. Ale to były czasy, kiedy ludzi torturowano, mordowano. Wiktor mówi o walce klasowej, ale ta walka obejmowała także własnych towarzyszy, których wsadzano do więzień. Niektórzy stracili życie. To ma być wzór polityki lewicy? Dla mnie to jest oburzające. Podobnie w skali światowej. Jest w artykule Wiktora ustęp, gdzie autor potępia Chruszczowa i broni Stalina, podważa fakt masowych represji w ZSRR. To już jest albo zła wola, albo ignorancja. Na dokumentach, na podstawie których mordowano ludzi, m.in. na liście katyńskiej, są podpisy Stalina. Także na listach rozstrzeliwanych komunistów. Przypomnę paradoks: nieporównywalnie więcej polskich działaczy komunistycznych zginęło z rąk stalinowskich siepaczy niż polskiej przedwojennej policji. Nie rozumiem, jak człowiek, który deklaruje się jako komunista i gloryfikuje tę tradycję może równocześnie bronić Stalina.

Podobnie nie mogę zgodzić się z twierdzeniami Wiktora o rozwoju gospodarczym w czasach PRL, rzekomo imponującym na tle stanu obecnego. Wiktor twierdzi, że Polska była 10. gospodarczą potęgą świata. Nie znam żadnych wskaźników gospodarczych, które by o tym świadczyły – ani globalny produkt krajowy Polski nigdy nie sytuował naszego kraju na tak wysokiej pozycji, ani produkt krajowy per capita. Dziś oba te wskaźniki są dwa razy wyższe niż w schyłkowym okresie PRL. Zwróciłem uwagę na jeszcze jedną tezę: jakoby przewidywana długość życia Polaków miała świadczyć o fiasku naszego rozwoju jako państwa. Tymczasem od 1990 r. ta wartość wzrosła przeciętnie o dziewięć lat. W skali światowej na 193 państwa Polska znajdowała się w 2018 r. pod tym względem na 36. miejscu. Wyprzedzała wszystkie dawne państwa Bloku Wschodniego, nawet zamożniejszą od nas Republikę Czeską (miejsce 38), nawet Estonię (61), nie wspominając o Rosji, która jest na dalekiej 122. pozycji. Wskaźnik długości życia daje dobre, syntetyczne wyobrażenie o warunkach życia i pokazuje, że jednak po 1990 r. nie nastąpiła kompletna zapaść cywilizacyjna.

Zbigniew Wiktor wspomina o podwyżkach cen, których wprowadzenie kilkakrotnie doprowadziło do masowych protestów i zmian w kierownictwie partii. Ja też uważam, że wprowadzenie tych podwyżek było ciężkim błędem – gdy nie wiązało się z szerzej zakrojoną reformą gospodarczą. I jeśli gdzieś miałbym szukać fundamentalnego błędu kierownictwa PZPR, który zaciążył na losach Polski Ludowej, to właśnie w tym, że zahamowano bardzo ciekawie zaczynającą się próbę takiej reformy podjętą po wydarzeniach Października 1956 r. Mało się o tym pamięta, ale jednym z owoców zmian październikowych było stworzenie Rady Ekonomicznej, na czele której stanął światowej sławy uczony Oskar Lange, a jego następcą był również wielki ekonomista, Czesław Bobrowski. Jednym z największych błędów ekipy Władysława Gomułki było to, że Rada została już na początku lat 60. najpierw zepchnięta na bok, potem wygaszono, a wreszcie całkowicie zaprzestała działalności. Gdyby wprowadzono reformy gospodarcze w ramach systemu, to miałoby to pozytywne efekty i ekonomiczne, i polityczne.

Mając krytyczny stosunek do kolejnych ekip przewodzących PZPR nie zamierzam jednak ich potępiać. Nie można potępiać Gomułki i Gierka, jeśli się gloryfikuje Bieruta. Można wytknąć im błędy, ale nie obciąża ich tak straszny bilans, jak ten, który wiąże się z pierwszymi latami Polski Ludowej, które prof. Wiktor traktuje jak „raj utracony”. Zupełnie też nie zgadzam się z jego oceną gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Zawsze uważałem go za wielkiego przywódcę, który uratował Polskę w bardzo dramatycznej sytuacji, przeprowadził nas wszystkich przez kryzys, który mógł skończyć się wielką narodową katastrofą. Byliśmy blisko wybuchu, blisko radzieckiej interwencji, rozlewu krwi i zredukowania Polski do statusu protektoratu ZSRR.

A czy zmiana systemu była kontrrewolucją? Ona nie była efektem decyzji tego czy innego przywódcy, ale rezultatem załamania się w Europie socjalizmu jako formacji. Nie można mówić, że gdyby w marcu 1985 r. kierownictwo KPZR postawiło na czele partii kogoś innego niż Gorbaczow, to system by przetrwał i wszystko wspaniale by funkcjonowało. System stworzony kilkadziesiąt lat wcześniej nie wytrzymywał konkurencji z systemem kapitalistycznym i musiał się załamać. Mógł zresztą załamać się w dużo gorszy sposób – poprzez serię krwawych wybuchów, jak z innych, narodowych powodów załamał się system dawnej Jugosławii. Dziwnie niemarksistowski brzmi zatem krytyka prof. Wiktora, który sugeruje, że socjalizm w Europie Wschodniej upadł za sprawą serii złych przywódców.

Wracając do czasów współczesnych – stwierdził Pan, że lewica polska „przespała” rozwój nowych linii podziałów, tych dotyczących spraw kulturowych, wolności jednostki. W ostatnich tygodniach właśnie te kwestie: prawa kobiet, prawo do życia według własnego systemu wartości (a nie konserwatywno-katolickiego) nadawały ton debacie publicznej. Lewica, która ma prawa człowieka w programie, miała nadzieję na wzrost swoich notowań, ale te wciąż oscylują, w najlepszym razie, wokół 10 proc. Dlaczego?

A dlaczego fala protestów miałaby się przełożyć na poparcie dla Lewicy? Czy Sojusz Lewicy Demokratycznej zrobił coś w sprawie ustawy antyaborcyjnej? Ostatni raz, kiedy wyraźnie zabraliśmy głos w tej sprawie i staraliśmy się coś zrobić – brałem w tym udział – to był moment uchwalania tej niefortunnej ustawy. Byliśmy wtedy niewielkim, 60-osobowym klubem parlamentarnym, broniliśmy odważnie i z charakterem starej ustawy, która dawała kobiecie prawo wyboru. Zostaliśmy przegłosowani, ale z naszej postawy w tamtym czasie jestem dumny.

W kadencji 1993-1997 dwukrotnie próbowaliśmy zmienić tę ustawę. Za pierwszym razem zmiany zawetował prezydent Lech Wałęsa, a my nie mieliśmy głosów, by weto odrzucić. Za drugim razem, kiedy prezydentem był już Aleksander Kwaśniewski, ustawa została podpisana, ale Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem prof. Zolla uznał ją za niezgodną z konstytucją. Niemniej próbowaliśmy coś robić. Ale potem nastąpił drugi okres rządów lewicy, 2001-2005. W tej kadencji nie zrobiono już nic, m.in. dlatego, że funkcjonowało przekonanie, że nie możemy drażnić Kościoła, bo potrzebujemy jego poparcia dla wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Zatem skoro nie robiliśmy w sprawie aborcji nic, skoro ruch na rzecz obrony praw kobiet rozwija się w gruncie rzeczy obok partii lewicy, bo te wyrażają dla ruchu poparcie, ale same nie organizują demonstracji (chyba że coś przeoczyłem) – to wielką naiwnością jest zakładanie, że protestujący zaczną masowo zwracać się ku lewicy.

Ale tylko lewica konsekwentnie opowiada się za prawami człowieka, za prawami kobiet, wolnością do decydowania o sobie… Rządzą nami narodowi katolicy, większość opozycji również stanowią partie prawicowe, które albo programowo są również konserwatywne, albo nie chcą, jak Platforma Obywatelska, zadzierać z Kościołem. Za kim ma więc pójść elektorat, który demonstruje na ulicach?

Może pojawi się zupełnie nowy ruch? Wolałbym, żeby na lewicy pojawiła się poważna refleksja nad tym, co to znaczy być człowiekiem lewicy dziś, w trzeciej dekadzie XXI w. Dobry program i działanie, które mu odpowiada, które pokazuje, że my naprawdę jesteśmy tam, gdzie są ludzie, których boli to, co się dziś dzieje w Polsce.

Jak mówić do tych ludzi? Dziś wielu z nich uważa za swoich obrońców PiS. Słuchają ich słów i obietnic, nawet jeśli te w dobie kryzysu są coraz oszczędniejsze…

W stosunku do tej części społeczeństwa wydaje mi się, że z jednej strony należy pokazywać, że pisowskie rozdawnictwo niczego radykalnie nie zmienia, a z drugiej strony, że my mamy dla nich inny i lepszy program. Musimy jednak go mieć, czyli opracować rzetelną strategię gospodarczą. Bardzo mnie dziwi, że lewica nie sięga po dorobek tych ekonomistów lewicowych, którzy już udowodnili, że potrafią skorygować negatywne skutki społeczne neoliberalnych zmian, w pierwszym rzędzie po myśl prof. Grzegorza Kołodki. Przecież mamy ludzi, którzy z jednej strony odrzucają neoliberalne myślenie, a z drugiej strony formułują realistyczną alternatywę. „Strategia dla Polski, której autorem jest prof. Kołodko jest w moim przekonaniu najlepszą nie tylko w Polsce, ale w całej wschodniej Europie koncepcją alternatywną dla neoliberalnych modeli. Jeśli lewica na serio chce odzyskać poparcie wśród tych warstw społecznych, które neoliberalizm szczególnie dotknął, to niech pokaże im alternatywę. Niech nie tylko mówi, że jest źle, ale wskazuje: jeśli dostaniemy wasze głosy i dojdziemy dzięki nim do władzy, to zrobimy to, to i to.

Obok tego mamy nadal zaniedbaną sprawę wolności i tolerancji. Nie wystarczy powiedzieć protestującym: zgadzamy się z wami. Trzeba tam być, organizować ludzi, zwoływać na protesty, tak, żeby na lewicę znowu patrzono jak na ważnego partnera w walce o lepszą Polskę.

Mówi Pan: lewica musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy być człowiekiem lewicy dziś. Jaka byłaby Pana odpowiedź?

Człowiek lewicy musi kierować się hasłami: wolność, równość, braterstwo. To oczywiście stare hasło Wielkiej Rewolucji Francuskiej, ale ono wcale się nie zdezaktualizowało. Wymaga tylko nowego odczytania. Wolność – to cała ta sfera praw człowieka, o której rozmawialiśmy, wolność kobiety, wolność mniejszości, którym próbuje się narzucać różne normy, np. religijne. Równość – maksimum dającej się realizować równości ekonomicznej, ale nie „urawniłowka”, tylko zniesienie nieuzasadnionych przywilejów, powiązanie tego, co ja otrzymuję z tym, co ja daję z siebie. Wreszcie braterstwo, czyli solidarność. I w ramach społeczeństwa, z tymi, którzy są słabsi, pokrzywdzeni, i solidarność międzynarodowa, niezamykanie się tylko we własnym, narodowym kręgu, rozumienie, że mamy wspólne światowe problemy i solidarność musi dotyczyć także naszego stosunku do innych narodów. Na takim fundamencie widziałbym szansę budowania atrakcyjnej lewicowej wizji.

Profesorowie za Gadzinowskim

W tegorocznych wyborach do Sejmu muszę dokonać wyboru spośród bardzo ciekawej i wartościowej grupy kandydatów Lewicy w moim okręgu wyborczym.

Decyzja w tej sprawie nie była dla mnie łatwa, gdyż godnych poparcia kandydatów jest wielu, a mam tylko jeden głos. Oddam go na Piotra Gadzinowskiego. Uczynię tak z trzech powodów.
Po pierwsze znam kandydata od wielu lat, także z wspólnej pracy sejmowej, i bardzo wysoko cenię sobie oddanie z jakim wywiązywał się z poselskich obowiązków.
Po drugie jest to kandydat o bardzo wyrazistej postawie w szczególnie dla mnie ważnych sprawach świeckości państwa i tolerancji światopoglądowej.
Po trzecie wreszcie, bardzo wysoko cenię sobie rolę, jaką odgrywa jako redaktor naczelny „Trybuny” – gazety, której potrafił zapewnić wysoki poziom i konsekwentną linię polityczną. Mam nadzieję, że nie będzie jedynym posłem lewicy wybranym w moim okręgu.

Jerzy J. Wiatr

 

Pragnę gorąco poprzeć kandydaturę Piotra Gadzinowskiego w wyborach do Sejmu 13 X br.. Kandyduje (tradycyjnie) z ostatniego miejsca na liście SLD.

Piotr to barwna i wielowymiarowa postać. Znany dziennikarz oraz działacz kultury, dysponuje też ogromną wiedzą o mediach-zarówno tradycyjnych, jak i najnowszej generacji.
Dysponuje świetnym, ostrym piórem i jest par excellence Człowiekiem Lewicy Był już przez 3 kadencje posłem na Sejm (1997-2007), w którym wykazał się dużą aktywnością. Pamiętam Go również z pracy w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy w Strasburgu.Ma więc znaczące doświadczenie polityczne, które ponownie warte jest wykorzystania. Jako redaktor naczelny „Trybuny” w trudnych czasach dla lewicy uczynił z tej gazety znaczące forum wymiany poglądów dla wszystkich jej nurtów.
Piotr od lat interesuje się ponadto problemami krajów i społeczeństw Dalekiego Wschodu (zwłaszcza Wietnamu i Chin), które zna z autopsji. Biorąc pod uwagę zmieniający się, globalny porządek światowy to jest znaczący atut.
Stare powiedzenie głosi ,iż „ostatni będą pierwszymi”. W Warszawie warto je wcielić w życie. Głos na red. Gadzinowskiego nie tylko nie będzie stracony, lecz przyczyni się do powstania dodatkowej wartości politycznej.

Tadeusz Iwiński

 

Jeszcze wokół Okrągłego Stołu

Wśród licznych medialnych wypowiedzi z okazji kolejnej rocznicy zakończenia obrad Okrągłego Stołu dwie zasługują na wyjątkową uwagę. Pierwszą jest obszerny, świetnie udokumentowany i pogłębiony tekst prof. Jerzego Wiatra na łamach „Dziennik Trybuna” („Okrągły Stół” z perspektywy 30 lat), a drugim, jego intelektualne zaprzeczenie, w wykonaniu także profesora, Tomasza Nałęcza (Jak Okrągły Stół stał się kwadratowy) w dodatku historycznym „Gazety Wyborczej”.

Warto przypomnieć prof. Nałęczowi,

że przy Okrągłym Stole zasiadły trzy strony: koalicyjno-rządowa, opozycyjno-solidarnościowa i kościelna. Tę pierwszą we wspomnianym tekście Nałęcz – historyk na usługach obecnie obowiązującej ideologii – nazywa z uporem komunistami. I, jak w myśl cytowanego przez siebie przysłowia „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”, tym razem wystąpił właśnie w tej roli trzymanego, zapominając zapewne przez przypadek, bo wymogi jego profesji temu zaprzeczają, że i on zaliczany jest do komunistów. W latach 1970-1990 należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w 1990 został jednym z wiceprzewodniczących Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej i działał też aktywnie w Unii Pracy. A więc nie tylko pełny komuch w czasie obrad OS, ale nadto postkomunista. Rzetelność, nie tylko naukowa, stanowiąca zaprzeczenie propagandowych haseł wymaga uwzględniania obowiązującego nazewnictwa, bo np. Piłsudski byt Naczelnikiem Państwa, a nie jego Namiestnikiem, PPS to nie PSS (dla młodszych: Powszechna Spółdzielnie Spożywców), a Manifest był i Połaniecki, i Lipcowy.
Jednak w kontekście całego tekstu tego autora ta antykomunistyczna maniera to zupełny drobiazg, gdyż apologia strony opozycyjno-solidarnościowej – jej wszelakiej mądrości, przenikliwości i przewidywalności, którą „narzuciła komunistom bardziej podstępem”, determinacja i negocjacyjny kunszt – przekracza tu liczbę beczek z oliwą, wylewanych kiedyś na wzburzone morze, a obecnie służących m. in. do zaklajstrowaniu tamtej rzeczywistości.

Pisze Nałęcz:

„Politycy reprezentujący przy Okrągłym Stole stronę komunistyczną powtarzają nieprawdziwą tezę, że ich celem było pokojowe oddanie władzy, zdemontowanie systemu i przejście do ustroju demokratycznego”. Dobrą regułą, nie tylko w naukach historycznych, jest przy cytowaniu kontrowersyjnych poglądów powołanie się na ich autora. Nie jest bowiem znana powszechnie choćby jedna wypowiedź o „pokojowym oddaniu władzy”, co zresztą byłoby zaprzeczeniem sensu niełatwych negocjacji. Natomiast jest prawdą, że w centralnych i reformatorskich kręgach partyjnych dojrzewało przekonanie o konieczności zasadniczych zmian ustrojowych, które w niedługim czasie po Okrągłym Stole zaowocowało powszechnym na lewicy wyborem socjaldemokratycznej drogi. Słyszał więc p. Tomasz, że dzwonią, ale nie wie w którym kościele.

Pisze dalej:

„W świetle wiedzy historycznej nie ulega wątpliwości, że celem proponujących Okrągły Stół komunistów nie było zdemontowanie systemu, tylko jego gruntowny remont, który miał im zapewnić dalsze, łatwiejszej już sprawowanie władzy.” Nie ma żadnych dowodów na to, aby podczas obrad OS ktokolwiek, nawet z opozycji, wypowiadał się na temat zdemontowania istniejącego systemu (w tej kwestii panowało z ich strony długo milczenie, zapewne także z bojaźni przed społeczną reakcją), a władza akceptująca rzeczywiste istnienie i wpływy opozycji nie tylko niczego sobie nie ułatwiała, a jedynie uznawała to za szansę nie tyle dla siebie, co przede wszystkim za możliwość wyprowadzenia kraju z impasu. Wiedza naukowca Nałęcza, sprowadzająca się do oceny władz zainteresowanych tylko swoimi stołkami, wpisuje się w znaną, powtarzaną obecnie śpiewkę, że „komuniści zabiegając o poparcie przeprowadzili reformę rolną i. t. p”. Nikt w latach późniejszych, poza chyba Nałęczem, nie słyszał lamentu byłych prominentów z powodu utraty władzy. Nota bene żadna z umawiających się stron OS nie miała klarownego obrazu dalszego przebiegu wydarzeń; dla wszystkich zapowiadał się natomiast, nieznany w czasie i nie bardzo rozpoznawalny, proces przemian całego życia społeczno-politycznego i gospodarczego Polski.

Pisze jeszcze Nałęcz:

„Owszem, „Solidarność” zgodziła się wejść w podyktowane przez komunistów koleiny władzy. Zaakceptowała wybory 4 czerwca 1989 r. na warunkach, które teoretycznie dawały ekipie Jaruzelskiego gwarancję dalszego sprawowania rządów. Wywalczyła jednak rzecz o wiele cenniejszą – obroniła swoją tożsamość i polityczną niezależność oraz zdolność do dalszego prowadzenia walki.” Te zasługi Solidarności są wątpliwe gdyż nie musiała przy OS ich bronić ani też wywalczać swej tożsamości i politycznej niezależności, bo nikt, nawet największy partyjny beton, nie oczekiwał od niej rezygnacji z tych wartości.

Dodaje Nałęcz:

„Dzięki temu posunięciu [chodzi o wybory w których Solidarność miała swoje komitety i listy wyborcze – Z.T.} nie udało się, jak chciała PZPR, ograniczyć Okrągłego Stołu do umowy wąskich grup polityków”. A to totalna bzdura, bo już same, nieutajnione przecież, obrady w Pałacu Namiestnikowskim wywołały powszechne społeczne zainteresowanie, i różne na nie reakcje, a więc tym bardziej o żadnych ograniczeniach przy powszechnych wyborach nie mogło być mowy.

Podsumowuje Nałęcz

swoje rozważania stwierdzeniami: „Choć komunistycznemu Kozakowi wydawało się, że schwytał solidarnościowego Tatarzyna, tak naprawdę to ten drugi był zwycięzcą okrągłostołowych podchodów”, i dalej: „udało się zamienić Okrągły Stół w „stół prostokątny”, przy którym opozycja siedziała po innej stronie niż obóz władzy”.
I takie to są prawdy Pana Profesora o polskim historycznym wydarzeniu, w czasie którego, bez względu na fundamentalne różnice dwóch obradujących stron, łączyło ich niewątpliwie przekonanie o wspólnym szukaniu dróg dla lepszej przyszłości tego kraju. Później niestety zapomniano o tym przesłaniu, obóz solidarnościowy przypisał sobie wszystkie sukcesy tamtych negocjacyjnych dni, stół stał się prostokątny, by wreszcie zostać postponowany i zniknąć jako rzadki symbol politycznej mądrości Polaków.
Na tle obszernej panoramy wydarzeń poprzedzających narodziny Okrągłego Stołu sytuuje to wydarzenie prof. Jerzy Wiatr. Uwagę zwracają fragmenty rozważań rzadko w innych opracowaniach podejmowane, a wyznaczające decyzje partyjne o konieczności podjęcia rozmów z opozycją. Na ogół traktuje się te kwestie w uproszczony sposób przywołując konieczność ich podjęcia złym stanem gospodarki i wzbierającymi cyklicznie falami strajków.

„Po stronie PZPR

– pisze Wiatr – kluczowe znaczenie miała ewolucja poglądów Wojciecha Jaruzelskiego. Z moich kontaktów z nim w pierwszych dniach stanu wojennego pamiętam, że już wtedy był on zdecydowanym przeciwnikiem eskalowania represji wobec ludzi związanych z opozycją. Przez długi czas liczył jednak na to, że możliwe będzie przeprowadzenie reform z inicjatywy władz i bez negocjacji z opozycją… Stopniowo jednak docierała do niego świadomość, że w Polsce taki wariant nie ma szans powodzenia i że konieczne są odważne, daleko idące zmiany.” A jeszcze wcześniej wspomina, że „Rząd Mieczysława Rakowskiego miał ambicję stania się inicjatorem skutecznych zmian, których powodzenie przywróciłoby utracone zaufanie do istniejącego systemu i w tym sensie stanowiłoby alternatywny w stosunku do rokowań z opozycją scenariusz polityczny. Szybko jednak okazało się, że na taki manewr było po prostu za późno.”

Stan wojenny w Polsce

pozostawił głębokie podziały w społeczeństwie, a po jego zniesieniu nie zostały one zasypane bądź przynajmniej zniwelowane żadną ważącą inicjatywą polityczną lub projektem społeczno-ekonomicznym. Wszelkie podejmowane w latach 1983-1987 działania władzy sprawiały wrażenie ruchów pozornych, zupełnie nieprzystających do oczekiwań większości obywateli, którzy pragnęli unormowania sytuacji w kraju, a przynajmniej nadziei na normalizację. A jeżeli nawet rodziły się plany poważnych reform gospodarczych i politycznych, to z różnych powodów bądź nigdy nie zostały wprowadzone w życie, bądź nie przynosiły oczekiwanych zmian (reforma autorstwa prof. Zdzisława Krasińskiego, kolejne etapy reform ekonomicznych czy próby reform politycznych).

Taki stan rzeczy

zależał, jak to nazwał w swym znanym memoriale Mieczysław Rakowski: „przede wszystkim od «stanu ducha» ekipy kierowniczej, tj. czy wierzy ona, że jest w stanie dokonać rewolucyjnych w swej istocie zmian w istniejącym systemie społeczno-gospodarczym”. Tak się jednak złożyło, że tej ekipy nie było stać na to, gdyż zabrakło w niej m. in. rozgromionej wcześniej, a rozbudzonej intelektualnie opcji reformatorskiej i to nie tylko we władzach centralnych. Zastąpili ich w poważnej części ludzie, których największą i jedyną zaletą było zdyscyplinowanie. Przypominam sobie generała zajmującego jedno z najwyższych stanowisk partyjnych, którego bezradność i brak wyobraźni miały wręcz charakter porażający.

Te rozważania nie prowadzą

do postawienia tezy, że mogłoby w ogóle nie dojść od Okrągłego Stołu, bowiem wyczerpanie się możliwości rozwojowych tamtego ustroju było oczywiste, a jedyną drogą wyjścia była zasadnicza, w miarę szybkimi etapami, jego przebudowa w kierunku gospodarki rynkowej, a ustroju w demokrację parlamentarną. Pragnąc zrealizować taki program PZPR musiała by także podjąć rozmowy z polityczna opozycją, tyle tylko, że już nie jako hegemon, a partia socjaldemokratyczna, posiadająca w ręku inicjatywę i mocne atuty w okrągłostołowych negocjacjach.

Paradygmat Okrągłego Stołu

dla Tomasza Nałęcza nie istnieje, także dla Zbigniewa Bujaka zaproszonego przez Społeczny Komitet Lewicy 100-lecia Niepodległości, Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie, Stowarzyszenie Ordynacka, Inicjatywa 30. ROK WOLNOŚCI na spotkanie w 30-tą rocznicę zakończenia obrad Okrągłego stołu. W programie tego wydarzenia zaplanowano jego wystąpienie, obok innych uczestników OS, a jednocześnie niedawno oświadczył: „To co Polska może wnieść do Europy to doświadczenie i kultura „Solidarności”. A co wnosi Miller? Co on sobą reprezentuje?”
Arogancja i głupota zaprezentowana przez Bujaka przekracza wszelkie normy, zadufanie w skompromitowaną postsolidarnościową politykę także wszelką miarę, niedocenienie roli byłego premiera wprowadzającego Polskę do Wspólnoty Europejskiej przez ewentualnego europosła poraża, a to wszystko okraszone jest brakiem elementarnej kultury.
Jeśli dobrze pamiętam, to na szczęście nie wypowiadał się pan Bujak przy Okrągłym Stole, a może mu głosu po prostu nie udzielono?