FIFA chce poskromić agentów

Kto dzisiaj, pod koniec drugiej dekady XXI wieku, naprawdę rządzi piłką nożną? Na pewno nie właściciele klubów, czego dowodzą porażka Aurelio de Laurentiisa w konflikcie z piłkarzami SSC Napoli, problemy Realu Madryt z Garethem Bale’em czy Paris Saint-Germain z Neymarem. To w takim razie kto? Zawodnicy? Też nie, bo oni w ostatnich latach stali się jedynie narzędziami w rękach prowadzących ich interesy menedżerów. I chyba właśnie ta grupa ludzi działająca pod szyldem agentów piłkarskich, ma obecnie najwięcej do powiedzenia w tym sporcie, notuje też największy wzrost zarobków. Wedle danych FIFA tylko w 2019 roku z prowizji od transferów do kieszeni pośredników trafiło ponad 650 mln dolarów.

Działacze Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej (FIFA) już od jakiegoś czasu z niepokojem przyglądają się rosnącemu znaczeniu agentów piłkarskich. W opublikowanym niedawno raporcie światowa federacja zobrazowała skalę problemu. Tylko w tym roku przeprowadzono około 17 tysięcy piłkarskich transferów, z czego w jedną czwartą z nich zaangażowany był przynajmniej jeden pośrednik. Z tytułu prowizji kluby wypłaciły agentom w sumie 653,9 mln dolarów.

Transferowa szara strefa

To o prawie 20 procent więcej niż rok wcześniej. Warto jednak zauważyć, że lwią część tej kwoty zapłaciły kluby z Włoch, Anglii, Niemiec, Portugalii, Hiszpanii i Francji. Zdumiewa zwłaszcza obecność w tym gronie Portugalii, bo kluby z tego kraju chcąc dotrzymać kroku europejskim potentatom musiały przeznaczyć dla pośredników prawie połowę kwot przeznaczonych na transfery nowych zawodników.

Warto też podkreślić, że FIFA w swoim raporcie nie uwzględniła prowizji wypłaconych agentom przy transferach piłkarzy między zespołami w krajowej lidze.

Handel piłkarzami jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku był domeną działaczy klubowych, którzy dochodzili do porozumienia także bezpośrednio z zainteresowanym zawodnikiem. Gdy jednak wraz z dynamicznym rozwojem rynku praw telewizyjnych i sportowego sponsoringu zaczęły szeroką strugą płynąć gigantyczne pieniądze, coraz więcej osób chciało zaczerpnąć coś dla siebie, ale większość nie mogła tego zrobić w transparentny sposób. Agenci piłkarscy jako zewnętrzny podmiot stwarzali tym ludziom możliwość zarabiania „na boku”. Zasada była prosta i bynajmniej nie nowa – właściciel klubu przeznaczał określoną kwotę na zakup nowych zawodników i dawał wolną rękę klubowym działaczom w ich dysponowaniu, a oni tym chętniej godzili się na coraz większe prowizje dla pośredników, im więcej mieli z tego dla siebie. Na rodzącym się nowym rynku agentów zyskiwali na znaczeniu ci, którzy dzielili się pieniędzmi. Na ich listach płac zaczęli pojawiać się nie tylko wpływowi działacze, klubowi i zatrudnieni w strukturach piłkarskich federacji, lecz także dyrektorzy sportowi, trenerzy, a nawet członkowie najbliższej rodziny zawodników.

FIFA jeszcze na początku lat 90. próbowała przejąć kontrole nad instytucją agentów, wprowadzając płatne licencje, na które stać było tylko nielicznych. Z czasem jednak coraz bardziej liberalizowała dostęp do tej profesji, aż w 2015 roku zniosła praktycznie wszelkie ograniczenia. Nic dziwnego, że liczba piłkarskich pośredników wzrosła lawinowo i ich liczba dawno już przekroczyła granice zdrowego rozsądku.

Zarabiają za dużo pieniędzy

Wśród tej ogromnej rzeszy agentów pływa jednak całkiem spore stado rekinów tego biznesu, wśród których aktualnie numerem 1 jest Brytyjczyk Jonathan Barnett, reprezentujący interesy walijskiego skrzydłowego Realu Madryt Garetha Bale’a. Według magazynu „Forbes” wartość kontraktów sportowych zawartych przez Barnetta wyniosła blisko 1,2 miliarda euro, z czego on sam zarobił na prowizjach 114,8 mln euro i zdetronizował królującego w ostatnich latach Portugalczyka Jorge Mendesa, wieloletniego agenta Cristiano Ronaldo. „Forbes” szacuje wartość kontraktów zawartych przez Mendesa na 1,08 mld euro, a jego prowizje na 105,8 mln euro.

Znaczącą postacią w tym fachu jest też Włoch Mino Raiola. Wedle informacji ujawnionych przez Football Leaks wspomniany Mino Raiola na przenosinach Paula Pogby do Manchesteru United (angielski klub zapłacił za niego 105 mln euro) faktycznie zarobił aż 40 mln euro, bo do tego, co wyszarpał od uczestniczących w transferze klubów, swoją prowizję odebrał też od francuskiego piłkarza, w sumie zatem dostał pieniądze od trzech stron biorących udział w transakcji. Wedle przepisów FIFA nie było to legalne, ale prawnicy Raioli, nie trzeba chyba dodawać, że najlepsi z najlepszych, wybronili go bez trudu z wszelkich zarzutów. FIFA podaje, że w latach 2014-2018 agenci zarobili przy transferach ponad dwa miliardy dolarów.

Regulacja przez kontrolę

Nic dziwnego, że w najwyższych kręgach władz światowej federacji pojawiły się aspiracje, żeby położyć rękę na tych niemałych już przecież nawet dla nich pieniądzach. Zaczęli od uchwalenia przepisów nakładających limity, które mają wejść w życie od 2021 roku. Wedle nich prowizja dla agenta nie będzie mogła wynosić więcej jak sześć procent całości wynagrodzenia zakontraktowanego piłkarza. Aby lepiej kontrolować przestrzeganie tej zasady, wszystkie pieniądze należne z tytułu prowizji najpierw będą trafiały na konto FIFA, kontrolowane przez powołaną do jego nadzoru tzw. izbę kompensacji, skąd po wersyfikacji będą dopiero przekazywane na konta wskazane przez agentów. To ma ukrócić proceder pobierania przez nich opłat z kilku źródeł.

FIFA chce również przywrócić obowiązkowe licencje dla agentów, które zniesiono przed czterema laty. FIFA chce również przywrócić obowiązkowe licencje dla agentów, które zniesiono przed czterema laty oraz egzaminy dla menadżerów. Ta regulacja nie spodoba się też piłkarzom, bo do tej pory swoim agentem mogli zrobić kogoś z najbliższej rodziny lub znajomych. Wystarczyło zarejestrować się w systemie i wykupić ubezpieczenie. Menedżerom piłkarzy nikt nie wyznaczał limitów prowizji za współpracę z klubami i graczami. Teraz będą mieli z tym gorzej, ale rekinom tego biznesu śmierć z głodu z pewnością nie zagrozi.

 

Bale na chińskim szlaku

Trener Realu Madryt Zinedine Zidane nie chce w swojej drużynie Garetha Bale’a. Walijczyk długo miał to w nosie i odmawiał odejścia z „Królewskich”. Ostatnio ponoć jednak zmienił zdanie i zgodził się na transfer. Hiszpańskie media donoszą z nieskrywaną radością, że Bale przyjął lukratywną ofertę z chińskiego klubu Jiangsu Suning.

Walijski skrzydłowy zarabia w Realu Madryt netto ponad 15 milionów euro rocznie, ma w Hiszpanii piękny dom i jest zadowolony z życia w tym kraju. Tak przynajmniej twierdził jego agent Jonathan Barnett tłumacząc, dlaczego Bale nie chce opuszczać madryckiego klubu. Piłkarza nie chciał jednak trener Zinedine Zidane, który wrócił do „Królewskich” pod koniec poprzedniego, nieudanego dla Realu sezonu i tego lata zaczął gruntowną przebudowę zespołu. Walijczyk w trakcie przerwy wakacyjnej lekceważył francuskiego szkoleniowca i irytował go wypowiedziami dla mediów, w których raz zapewniał, że nie ruszy się z Realu nawet gdyby miał do końca kontraktu grzać ławę, a innym razem podpowiadał swoim pracodawcom, że jeśli chcą się żeby odszedł, muszą mu zapłacić wszystkie pieniądze zapisane w kontrakcie.

W obu przypadkach nawet dla „Królewskich” było to kosztowne rozwiązanie, bo Bale ma umowę ważną jeszcze do końca czerwca 2022 roku, co oznacza, że pozbycie się go na jego warunkach kosztowałoby co najmniej 45 mln euro plus należne podatki, co w Hiszpanii oznacza niemal podwojenie tej kwoty.

Wojna z trenerem

Zidane nie zamierzał jednak odpuszczać i na letnie tournee po Stanach Zjednoczonych Walijczyka nie zabrał. Pytany o Bale’a przed towarzyskim meczem z Bayernem Monachium powiedział: „Nie ma go z nami, bo chciałbym, żeby jak najszybciej znalazł sobie inny klub. Im zrobi to szybciej, tym będzie dla niego lepiej”. Piłkarz nie zareagował, ale za niego zrobił to Barnett. „Zachowanie Zidane’a to hańba. Nie okazuje szacunku dla zawodnika, który tak dużo zrobił dla Realu Madryt” – grzmiał menedżer w wypowiedzi dla AFP. Francuski szkoleniowiec poczuł się dotknięty tym stwierdzeniem. „Po pierwsze, nigdy nikogo nie lekceważyłem, szczególnie piłkarzy. Zawsze mówię to samo. Piłkarze są najważniejsi w klubie. Po drugie, mówiłem, że klub próbuje znaleźć wyjście dla Garetha. Po trzecie, ale to jest najważniejsze, Bale nie zagrał z Bayernem, ponieważ nie chciał. Wciąż jest jednak piłkarzem Realu, trenuje z nami normalnie i zobaczymy, co się wydarzy” – powiedział Zidane.

Bale ma jednak prawo czuć się krzywdzony. Ten 30-letni obecnie zawodnik trafił do madryckiego klubu w 2013 roku z Tottenhamu Hotspur za 105 mln euro, co wtedy było światowym rekordem transferowym. Przez sześć sezonów rozegrał w barwach „Królewskich” we wszystkich rozgrywkach 231 meczów, strzelił 102 gole i zaliczył 65 asyst, co bez dwóch zdań jest osiągnięciem wybitnym. Czterokrotnie świętował z Realem zwycięstwo w Lidze Mistrzów, tyle samo triumfów w Klubowych Mistrzostwach Świata, trzy w Superpucharze Europy, raz mistrzostwo Hiszpanii i raz zdobycie Pucharu Króla. W ostatnim sezonie zaliczył 29 występów w Primera Division, siedem w Lidze Mistrzów, trzy w Pucharze Króla, dwa w Klubowych Mistrzostwach Świata oraz zagrał w Superpucharze. W sumie dało to 42 mecze we wszystkich rozgrywkach, więc nie da się powiedzieć, że był nieprzydatny.

Piłkarz ciągle bardzo drogi

Ostatecznie walijski skrzydłowy uległ presji i zamiast iść na wojnę z szefami Realu, zgodził się na transfer. Pojawił się jednak istotny problem, bo chociaż madrycki klub mocno obniżył wysokość kwoty transferowej, to piłkarz nie miał najmniejszego zamiaru godzić się na niższe zarobki w innym klubie. Chciał, żeby nowy pracodawca zagwarantował mu zarobki na takim samym poziomie, jaki miał w Realu. W Europie nikt jednak nie chciał go zatrudnić na takich warunkach. Nawet jego ukochany Tottenham.

Patową sytuację przełamała nieoczekiwanie oferta z Chin. Brytyjskie i hiszpańskie media podają, że do Realu Madryt wpłynęła oferta z chińskiego klubu Jiangsu Suning, piątego zespołu tamtejszej ekstraklasy w poprzednim sezonie. W obecnych rozgrywkach po 11 kolejkach zespół ten zajmuje szóstą lokatę. Okno transferowe w Chinach jest otwarte do 31 lipca i do tego czasu cała transakcje musi zostać sfinalizowana. Nie powinno być z tym problemu, bo ponoć Bale wyraził zgodę na transfer. Co go skłoniło do zmiany decyzji? Ponoć tylko pieniądze. W medialnych spekulacjach pojawiły się niewiarygodne wręcz kwoty, jakie rzekomo zaoferował mu chiński klub. Angielskie tabloidy zapewniają, że Jiangsu Suning będzie płacić Bale’owi milion funtów tygodniowo.

To byłoby szokująco wysokie wynagrodzenie, więc raczej trudno te rewelacje traktować poważnie, bo chociaż właścicielem i prezesem chińskiego klubu jest miliarder Zhang Jindong, to w Chinach już jakiś czas temu, nie bez nacisków rządzącej partii komunistycznej, ograniczono szastanie pieniędzmi przy zatrudnianiu piłkarskich gwiazd. Także dlatego, że najwyżej opłacani zawodnicy często prezentowali się tam przeciętnie.

Bale niekoniecznie musi wylądować w chińskiej lidze. Wspomniany Jiangsu Suning jest także większościowym udziałowcem Interu Mediolan, a zatem w niewykluczone, że walijski skrzydłowy ostatecznie trafi do Serie A.