Ponieśli i wilka

Stowarzyszenie Iustitia z okazji 15 marca – Dnia Edukacji Prawnej – zorganizowało w całej Polsce kilkadziesiąt akcji edukacyjnych polegających na symulacji procesów sądowych oraz rozmowach o mowie nienawiści. Eventy będą odbywać się w sądach i szkołach aż do końca kwietnia. Tegoroczną edycję wspierają m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich i Komisja Europejska. W Warszawie święto zainaugurował pokazowy proces w Sądzie Najwyższym: było to rozstrzygnięcie sprawy wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. Został uniewinniony.
Poszczególne role odgrywali aktorzy (w oskarżonego wilka wcielił się Jerzy Radziwiłłowicz), ale obrońcy, sędziowie i prokuratorzy, a także cały przebieg procesu był „prawdziwy”. Konsultantem w sprawie wilka był znany przyrodnik Adam Wajrak, a w jego obronie występowali Rzeczniczka Praw Zwierząt – mec. Karolina Kuszlewicz oraz mec. Andrzej Gąsiorowski z fundacji Fota4Climate.
Symulacja procesu w Sądzie Najwyższym na użytek dzieci i młodzieży miała na celu zapoznanie się z procedurami sądowymi, ale również poruszała temat ochrony prawnej dzikich zwierząt w Polsce, zwłaszcza, że wilki padły w ostatnich miesiącach ofiarą nagonki ze strony władzy wspierającej myśliwych. A ci utrzymują, że gatunek ten stanowi zagrożenie dla człowieka i wskazane byłoby zdjęcie z niego ochrony.
– Tropię wilki od lat. Mieszkam w miejscu w Puszczy Białowieskiej, gdzie jest ich największe zagęszczenie. Wilki bardzo boją się ludzi, starają się do nas nie podchodzić, bo prześladowaliśmy je latami. W Polsce nie zdarzył się nigdy atak drapieżniczy wilka na człowieka – zeznawał „biegły” Adam Wajrak. Na pytanie, co zrobić, jeśli spotkamy w lesie wilka, odpowiedział: – Och, trzeba się zachwycić! Bo to będzie bardzo krótkie spotkanie, a wilków w lesie jest niezwykle mało. Ledwo dwa tysiące. Sam, gdy pierwszy raz spotkałem wilka, to nogi mi drżały ze strachu. To przykre i niesprawiedliwe wysoki sądzie.
Ustalono, że wilk w naszym kraju często pada ofiarą negatywnych stereotypów, podobnie jak dzik (fikcyjna postać dzika zeznawała zresztą w procesie jako świadek), którego przed masowymi odstrzałami broniła w styczniu cała Polska.
„Wilk ma prawo do obrony przed pochopnym i niesprawiedliwym potraktowaniem tak jak każda istota” – apelowali w mowie końcowej obrońcy wilka.
– W mojej ocenie przepisy dotyczące ochrony przyrody są jednymi z najbardziej fikcyjnych przepisów od zawsze – powiedział nam jeden z nich – mec. Andrzej Gąsiorowski. – Prawo jest wtedy przestrzegane, jeśli ludzie czują psychiczną potrzebę ochrony jakichś dóbr, w przypadku przyrody tak się nie dzieje. Dlatego obchodzi się nawet niedoskonałe przepisy. Organy stosowania prawa działają z ogromną inercją. W zasadzie trochę lepiej jest tylko w obszarze ochrony praw zwierząt towarzyszących, cała reszta to w znacznej mierze fikcja. Ale sama akcja edukacyjna okazała się bardzo udana. Dzieci naprawdę się w nią zaangażowały.
Oprócz Sądu Najwyższego, w Warszawie eventy edukacyjne przygotowały także sądy rejonowe na Mokotowie i Woli, zaś Rzecznik Praw Obywatelskich zorganizował debatę o mowie nienawiści. Podobne akcje planuję inne polskie miasta.

Nie zabierajcie nam przyszłości

Wyszli na ulice ze świadomością, że mówią o problemie, który sam się nie rozwiąże – a jeśli może być rozwiązany, to właśnie teraz. Potem będzie za późno. Młodzieżowy Strajk Klimatyczny odbył się 15 marca w ponad stu krajach świata. W Polsce – w ponad dwudziestu miastach.

– Greta Thunberg poruszyła młodzież na całym świecie. To należy ocenić jako na wskroś pozytywne zjawisko. Większość dorosłych polityków gra ze społecznością międzynarodową w grę, która markuje rozwiązania w dziedzinie ratowania sytuacji biologicznej i klimatycznej Ziemi. Bez tych masowych strajków młodzieży ta gra mogłaby trwać w nieskończoność, a na pewno do momentu, aż globalne ocieplenie uderzyłoby z taką siłą, że nie byłoby o czym dyskutować – mówi nam Andrzej Gąsiorowski, współzałożyciel fundacji Fota 4Climate. – Być może mamy jeszcze czas na to, aby, jak trafnie określa to raport IPCC, mitygować trochę skutki zmiany klimatu, bo o powrocie do stabilnej sytuacji klimatycznej nie ma już co marzyć.
Gąsiorowski stoi na stanowisku, że można już tylko ograniczać skutki katastrofy. Wspiera młodzieżowe inicjatywy, ale boi się, aby przysłowiowa para nie poszła w gwizdek:
– Ten ruch na pewno jest dziś najczytelniejszym masowym protestem, skuteczniejszym nawet niż Extinction Rebellion. Dzieci wychodzą na ulice na całym świecie, nie da się przecenić wagi tego protestu. Wiadomo, nie ma co oczekiwać, że my coś zrobimy i zaraz będzie widać skutek – to nie jest możliwe ani w przypadku Grety, ani żadnej organizacji ekologicznej. Natomiast musimy przyjąć jakąś etyczną postawę wobec tego, co się dzieje. Ten ruch jest właśnie zajęciem właściwych pozycji. Natomiast mam taką refleksję, że samo wezwanie do działania absolutnie nie wystarczy.

Żeby para nie poszła w gwizdek

Jak działać? Są dwie koncepcje, które się ścierają: pierwsza to 100 procent OZE, które samo w sobie jest przekłamaniem (bo „rozwój odnawialnych źródeł energii” to nic innego jak wykorzystywanie paliw kopalnych, kiedy brakuje słońca i wiatru) połączona z nierealną wiarą w moc masowej społecznej przemiany całej uprzemysłowionej części świata (ludzie sami z siebie się nie ograniczają, to jest niewyobrażalne). Młodzi mają to do siebie, że mierzą siły na zamiary i dziś większość z nich wierzy w tę społeczną przemianę. Druga koncepcja to atom plus OZE.
– My jako organizacja stoimy na stanowisku, że jest ona skuteczniejsza – tłumaczy Gąsiorowski. – Jeśli młodzież usiądzie i przemyśli to pod okiem najlepszych naukowców z Polski i świata, to jest szansa na znalezienie adekwatnych rozwiązań. Taki protest, że wychodzimy i mówimy „chrońmy Ziemię!” nie wystarczy. Masowe dostawianie mocy OZE bez działającej w podstawie energii jądrowej i bez masowej restytucji przyrody i zaprzestania wylesiania i osuszania bagien nie spowoduje dekarbonizacji i poprawy sytuacji. Jeśli nie przemyślimy tych protestów, to para pójdzie w gwizdek. Niemniej wspieramy je całym sercem.
We Wrocławiu młodzież wznosiła głównie hasła nawiązujące do dekarbonizacji: „Albo działamy, albo wymieramy”, „Kto nie skacze, ten za węglem”, „Nie ma planety B”. Licealistów wspierali dolnośląscy działacze Zielonych: „Musimy wspierać odnawialną energię, ale też transport publiczny i rowerowy. Warto zadbać o zieleń, bo ta chroni nas od upałów – mówiła Julia Rokicka. Mieszkańcy aglomeracji górnośląskiej w Katowicach założyli maseczki antysmogowe i przypominali, że „palenie szkodzi”, a powietrze nad ich miastem „pachnie ostatnimi dniami życia na Ziemi”. W Krakowie, gdy kilkaset osób przyszło pod budynek magistratu, przy okazji utrudniono odjazd limuzynie prezydenta miasta. Blokowały ją auta innych radnych, zaparkowane pod ratuszem w mieście, które słynie z wyjątkowo złej jakości powietrza.
W Warszawie, na największym proteście, kilka tysięcy demonstrantek i demonstrantów skandowało „Najpierw natura, potem matura”. Hasła zapisane na transparentach wzywały do ograniczenia wykorzystania ropy naftowej, do rezygnacji z plastiku, by śmieci z tego surowca nie zatruwały planety. A młodzi mówcy alarmowali: wywołane przez człowieka zmiany klimatu sprawią, że w ciągu najbliższych 31 lat 140 mln ludzi będzie musiało opuścić zamieszkiwane obecnie tereny, bo staną się one po prostu niezdatne do życia.

Nieświadomość

– Polska ma duża tradycję strajków. W 1956 r. wyszli robotnicy, w 1968 r. studenci, w 1980 r. zastrajkowała stocznia, a teraz uczniowie strajkują przeciwko reżimowi paliw kopalnych, przeciw wielkim korporacjom – dodał Arkadiusz Wierzba z Dolnośląskiego Alarmu Smogowego, cytowany przez „GW”. – Cieszę się, że ruch klimatyczny rośnie w siłę, i daje dużo dobrej, odnawialnej energii.
Organizatorzy nie mają jednak złudzeń: do masowości strajkowi zabrakło wiele. Wiedza o zagrożeniach dla środowiska nadal nie jest rzeczą powszechną. W programach nauczania w szkołach wspomina się o niej skrajnie mało, część mediów bagatelizuje problem lub wprost mu zaprzecza. Inne, zajęte relacjonowaniem codziennych przepychanek polityków, na poważnie biorą się za temat dopiero wtedy, gdy można go wpisać w tenże bieżący kontekst (na przykład gdy Robert Biedroń chce zamykać kopalnie, a Andrzej Duda – dokładnie odwrotnie).
– Edukacja o środowisku w szkołach praktycznie nie istnieje, uczniowie często nie wiedzą, jak poważny jest problem, z którym będą musieli zmierzyć się w przyszłości. Szkoły nie dają nam dobrego przykładu, takiego jak segregacja śmieci czy nieużywanie plastiku – zwracali uwagę organizatorzy wydarzenia na jego stronie na Facebooku.
Nasze społeczeństwo nie jest świadome zagrożeń związanych ze zmianami klimatycznymi. Nasz dom się pali, a my mamy coraz mniej czasu, by uratować naszą planetę – mówili „Głosowi Wielkopolskiemu” uczestnicy protestu w Poznaniu. Podobnie jak we Wrocławiu, Katowicach, Białymstoku, Krakowie – tam też demonstrantek i demonstrantów było kilkuset. Jednak niewiele, jak na wydarzenie, które dotyczy wszystkich, było nieźle rozreklamowane w mediach i z założenia apolityczne – bez partyjnych emblematów.
O tym, że Polska nie należy do bastionów walki ze skutkami antropocenu, wie bardzo dobrze również doktor Robert Maślak z Instytutu Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Wrocławskiego.
– Bez zmiany mentalności klasy politycznej nie uratujemy planety, jaką znamy. Strajk klimatyczny jest wołaniem o tę zmianę. Wiemy, że im wcześniej sobie uświadomimy konieczność zapobieżenia globalnemu ociepleniu, tym większa szansa na przynajmniej częściowe zahamowanie negatywnych skutków – stwierdza. – Decydenci zdają się tego nie zauważać.
– Strajk klimatyczny to akt ogromnej determinacji, ale i rozpaczy, bo pokolenie młodych ludzi, którzy jeszcze nie mogą mieć bezpośredniego udziału w tworzeniu prawa, wychodzi na ulice i mówi swoim rodzicom i dziadkom: zawaliliście sprawę, wasza opieszałość i krótkowzroczność prowadzi nas do katastrofy! To jest na wskroś poruszające, bo ci ludzie mają rację – komentuje z kolei Karolina Kuszlewicz, Rzeczniczka Praw Zwierząt – czyli tych bytów, które mają jeszcze mniej narzędzi niż my, by radzić sobie ze skutkami globalnego ocieplenia.
Młodzi mają rację – taki głos płynie również ze środowiska naukowego. Inicjatywę młodzieży poparło własnym listem otwartym 228 ekspertów, wykładowców Uniwersytetów Warszawskiego, Jagiellońskiego, Gdańskiego, Łódzkiego, Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wrocławskiego, Polskiej Akademii Nauk… – Niniejszym zdecydowanie potwierdzamy, że w środowisku naukowym panuje konsensus, wskazywany przez młodzież jako podstawa ich oburzenia i protestu: klimat się ociepla, a przyczyną tego jest działalność człowieka. Szybkie i bardzo znaczące ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery jest podstawowym warunkiem uniknięcia przez ludzkość klimatycznej katastrofy – piszą. To jednak ciągle za mało, by zgromadzić na ulicach prawdziwe tłumy.
Susza, huragany, choroby
Wszyscy mówią: „skutki globalnego ocieplenia”, ale jeśli spytamy przeciętnego Kowalskiego, co to właściwie znaczy, rozłoży bezradnie ręce. Dlatego zapytałyśmy wrocławskiego biologa, co globalne ocieplenie oznacza dla zwykłego zjadacza chleba.
– Zmiany klimatyczne przyspieszają, obecne modele wzrostu temperatury na świecie pokazują, że silne, negatywne skutki tych zmian nastąpią szybciej niż się wydawało. Zmiany w przyrodzie na terenie Europy, o których mówiłem publicznie jeszcze rok temu, że nastąpią pod koniec wieku, mogą mieć miejsce za 30 lat – mówi Robert Maślak. – Przedtem będziemy świadkami coraz większej liczby gwałtownych zjawisk pogodowych: huraganów, powodzi i długich okresów upałów i suszy. Pojawią się pasożyty i choroby, które znamy tylko z cieplejszych regionów – nicień Dirofilaria repens, zagnieżdżający się pod skórą, ale też w płucach czy w oku, jest obecny w Polsce od 2007 roku, w Czechach odnotowano już zachorowania na wirusową Gorączkę Zachodniego Nilu, która może powodować ciężkie zaburzenia neurologiczne. Wyższa temperatura to także lepsze warunki do życia dla kleszczy, rozprzestrzeniania się boreliozy i odkleszczowego zapalenia mózgu. Wraz z dalszym wzrostem temperatury możemy spodziewać się w Europie także malarii. Zmiany w środowisku spowodują zanik niektórych gatunków i rozprzestrzenienie się innych, a zaburzenia równowagi mogą mieć dalsze konsekwencje także dla ludzi.
Co robić choćby w pierwszym rzucie, choćby w dziedzinie energetyki? Recepta dra Maślaka to OZE plus atom plus oszczędność energii, chyba że technologia w przyszłości pozwoli na stabilność produkcji prądu produkowanego w OZE. I działać należy już teraz. W przeciwnym razie…
– Najbardziej dotknięci zostaną ci, którzy ponoszą za zmiany klimatu najmniejszą odpowiedzialność – padło ze sceny podczas protestu w Warszawie. Część wygłoszonych podczas protestu przemówień bardzo jasno budowało zależność między kapitalistyczną zachłannością a sytuacją, w jakiej znalazła się planeta.

Od 50 lat ku katastrofie

Żadna z największych polskich partii nie ustosunkowała się do strajku klimatycznego. Działania młodzieży szeroko nagłośniły liberalne media, ale dla dominującej prawicy ciągle są sprawy ważniejsze; zmiany klimatu to albo mit, albo temat, podejmowanie którego nie pomoże w walce z PiS. Inaczej postąpili jedynie wspomniani już Zieloni, partia Razem oraz Wiosna. Pierwsza deklaruje: jesteśmy całym sercem ze strajkiem klimatycznym, a nasz program zawiera postulaty utrzymane w podobnym duchu. Również przedstawiciele drugiej pojawili się na demonstracjach.
– Dziś, prócz rezygnacji ze słomki, potrzebne są twarde akty polityczne – mówi Karolina Kuszlewicz. – Czasy luksusu, polegającego na tym, że przez segregowanie śmieci i mądre wybory konsumenckie możemy powstrzymać degradację planety, bezpowrotnie minęły. Tymczasem w Polsce nadal nie ma jednoznacznego planu odejścia od węgla, a jednym z najważniejszych czynników, mającym wpływ na politykę międzynarodową są interesy związane z eksploatacją złóż, szczególnie ropy – podkreśla. A potem przypomina, że już 50 lat temu w raporcie Sekretarza Generalnego ONZ U Thanta „Człowiek i środowisko” zostało jednoznacznie ustalone, że zmierzamy do katastrofy klimatycznej. Już w 1968 r. pisano o tym, że zasoby biosfery, chociaż ogromne, mają jednak swoje ograniczenia. Jeśli zostaną wyczerpane, życie zniknie z powierzchni Ziemi. Sami się unicestwimy.
– Koniunkturalizm przez lata wygrywał jednak z ratowaniem naszego miejsca do życia – gorzko podsumowuje Rzeczniczka Praw Zwierząt.

Zwierzęta wobec prawa

Prawo wobec zwierząt.

„Nie mogłabym być adwokatem byłego właściciela psa Fijo” – mówi mecenas Karolina Kuszlewicz, Rzeczniczka Praw Zwierząt, powołana przez Polskie Towarzystwo Etyczne. – „Rozumiem, że każdy ma prawo do obrony. Ale uczciwie uprzedzam, że taka osoba nie mogłaby zapewne liczyć na 100 procent mojej energii, jest we mnie zbyt duży sprzeciw wobec krzywdy niemych ofiar”.

Na piętrze kawiarni przy Andersa 29 sala jest pełna, chociaż jest środek tygodnia, a Karolina Kuszlewicz rzeczniczką praw zwierząt została ogłoszona już jakiś czas temu, jesienią 2018. 23 stycznia przyszła opowiedzieć o „braciach mniejszych w sądzie”. Wciąż nie mają godnej reprezentacji. Prawnicy, organizacje pozarządowe, aktywiści robią co mogą. Ale jest ciężko.
– Adwokat może prowadzić pięć spraw pro bono, może prowadzić dziesięć – stwierdziła Kuszlewicz. – Ale pięćdziesięciu nie poprowadzi.

Wtedy przychodzi ten moment kiedy aktywiści robią zbiórki. A opinia publiczna jest oburzona, że prawnik w ogóle domaga się za taką sprawę pieniędzy. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że tych spraw jest tak dużo.

Najczęściej na biurko Rzeczniczki Praw Zwierząt trafiają sprawy, gdzie krzywda już ma miejsce i są czworonożni poszkodowani. Odkąd Karolina Kuszlewicz założyła bloga „W imieniu zwierząt i przyrody” wiadomości ze zgłoszeniami i prośbami o natychmiastową interwencję dostaje tyle, że w zasadzie mogłaby przestać pracować zarobkowo i odpisywać na nie całymi dniami. Kuszlewicz uważa, że trwa w najlepsze obustronny klincz: państwo powinno mieć w budżecie zarezerwowaną sumę na obsługę prawną spraw dotyczących zwierząt, ale doskonale wie, że organizacje pozarządowe je w tym wyręczą, wykopią potrzebne pieniądze spod ziemi, bo tak bardzo zależy im na każdym ocalonym życiu. Dlatego czuje się z tej funkcji całkowicie zwolnione.

Jaki jest główny cel, który przyświeca rzeczniczce? „Okrągły Stół Praw Zwierząt”. Kuszlewicz chce, aby ustawodawcy i rządzący usiedli z obrońcami i przemyśleli, gdzie powinna w XXI wieku przebiegać granica między eksploatacyjną gospodarką zwierząt a uznaniem ich wartości za samoistną. Być może nawet uda się wypracować jakiś algorytm, który wyliczy, do którego momentu działa interes społeczno-ekonomiczny (którego zabrakło przy ostatniej masowej wycince Puszczy Białowieskiej).

Karolina Kuszlewicz liczy na to, że instytucja, którą reprezentuje, z czasem przestanie być wyłącznie instytucja społeczną, a zacznie urzędową: – Potrzebne jest wyrównanie instytucjonalne. Minister środowiska i minister rolnictwa reprezentują podejście gospodarcze. A etyczne? Stajemy przed pogłębioną debatą. Musimy się zastanowić, co wybrać: bo na przykład w przypadku ferm futrzarskich nie da się pogodzić dobrostanu zwierząt z produkcją dóbr luksusowych. Coś musimy wybrać. A często wybieramy (ustawodawcy wybierają – przyp. WK) ad hoc. Raz wykreślają z ustawy łańcuchy i wykorzystywanie zwierząt w cyrkach, potem przywracają. Musimy te granice przesunąć na stałe.

Z sali padają pytania – pierwsze o gołębia nabitego na kolce zamontowane na elewacji kamienicy, którego znaleziono na warszawskiej Starówce. Mieszkańcy próbowali go reanimować, na próżno. Autorka pytania sama jest prawnikiem, nie przyszła więc na spotkanie z niczym – przyniosła opinię, z której wynikało, że administracja budynku wprowadziła w błąd ją oraz sąsiadów, twierdząc, że przy następnej serii remontów „rozważy” usunięcie kolców w tym konkretnym budynku, ale w innych już nie. Rzeczniczka stwierdziła, że Prawo ochrony środowiska mówi wyraźnie, że wszelkie prace modernizacyjne i remontowe powinny odbywać się z poszanowaniem przyrody, zatem kolce, jak również zalepianie starych kratek wentylacyjnych, w których często gniazdują ptaki, jest niedopuszczalne. Drugie pytanie spływa od pogromcy pseudohodowli: trzy osoby zrezygnowały z członkostwa w jego stowarzyszeniu po zmasowanym ataku hodowców, z groźbami włącznie. Chcieli tylko dokonać kontroli: w obowiązującej (jeszcze) ustawie o ochronie zwierząt jest zakaz rozmnażania zwierząt, o ile hodowla nie jest zrzeszona w związku o zasięgu ogólnopolskim. W kraju istnieje około 137 „psich” stowarzyszeń. Tylko kilka z nich ma zasięg ogólnopolski, rozmnaża większość.

Hejt spadł na samą Kuszlewicz po tym, jak skrytykowała na swoim blogu sprawę malowania koni farbami na Dzień Dziecka w 2018 w jednym z hoteli w (moim rodzinnym) powiecie wołomińskim. Przyznała, że język nienawiści „w tej branży” pojawia się często, bo i poziom emocji społecznych jest ogromny. – Pod artykułami o przestępstwach wobec zwierząt często można spotkać „życzenie śmierci”, albo życzenie przywrócenia kary śmierci. To specyficzna strefa, gdzie emocje biorą górę, gdzie wrażliwcy chcieliby swojego „oka za oko”.

***

Zwierzę nie jest rzeczą (chyba, że nam tak wygodnie)”. Z Karoliną Kuszlewicz, Rzeczniczką Praw Zwierząt, rozmawia Strajk.eu.

Zwierzęta potrzebują swojego rzecznika? To nie jest stawianie ich praw ponad naszymi?

Bardzo potrzebują. Przy czym pełniona przeze mnie funkcja nie jest na szczeblu urzędowym, odzwierciedla pewne pragnienie, zamierzenia na przyszłość. Zwierzęta potrzebują swoich pełnomocników i pełnomocniczek, aby reprezentowali je przed sądem i dbali o to, by tworzyć dla nich dobre prawo. Nasz system prawny ochronę zwierząt wywodzi raczej z obowiązków moralnych człowieka, a nie ze względu na uznanie, że zwierzęta mają prawa, czyli, że są wartością samą w sobie. Zwierzęta są istotami żywymi i zdolnymi do odczuwania cierpienia. Ale wiadomo, że współautorami prawa, które my piszemy – nigdy nie będą. Nasze kodeksy regulują ich życie: w przypadku zwierząt hodowlanych nawet w najdrobniejszych szczegółach. My wpisujemy je na listy gatunków łownych. Oprócz organizacji pozarządowych, które mają swoje ograniczenia formalne czy budżetowe – zwierzęta nie mają żadnej systemowej, funkcjonalnej reprezentacji. Więc będą przegrywały z grupami wpływów biznesowych.

Pies jest przyjacielem, a świnka czy norka?

Już nie. Choć stan wiedzy biologicznej pozwala na stwierdzenie, że z całą pewnością da się również z nimi „zaprzyjaźnić”, ale mimo to mają jeszcze mniej słyszalny głos niż tzw. zwierzęta towarzyszące. W ogóle uzależnianie poziomu zwierząt od tego, w jakiej jesteśmy z nimi relacji, czyli jak bliskie nam , od poziomu naszej sympatii, uważam za przejaw wysokiego nierozumienia idei praw zwierząt.

A może zajmujemy się tymi zwierzątkami, żeby odwrócić uwagę od „prawdziwych problemów”? Służba zdrowia, niskie płace…

To częsty zarzut. W mojej ocenie kompletnie absurdalny. Świat jest złożony, zarówno z perspektywy biologicznej, ekosystemowej jak i społecznej – jesteśmy cali w siatce wzajemnych zależności. Ludzie są częścią tej samej biosfery co zwierzęta. Lista problemów, które mamy w kraju i na świecie jest długa, ale nie da się stworzyć lepszego społeczeństwa, wolnego od przemocy, jeśli będziemy tolerować przemoc wobec zwierząt. Mechanizmy przemocy są uniwersalne, wynikają z autorytarnego pragnienia sprawcy do decydowania o losie podmiotu słabszego. Gdybyśmy tylko potrafili łączyć te zjawiska i rozumieć, że bezpieczeństwo od przemocy ludzi jest połączone z zabezpieczeniem zwierząt i wykształceniem wrażliwości! Zresztą regularnie na tę zależność zwraca uwaga dr Sylwia Spurek, zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich, która specjalizuje się m.in.w problematyce przemocy wobec kobiet. Istnieją badania, m.in. ze Stanów Zjednoczonych, które dowodzą, że w co piątym domu, w którym dochodziło do aktów przemocy w rodzinie, wcześniej dochodziło do aktów przemocy wobec zwierząt.

Kiedy człowiek powinien się wtrącać w dobrostan zwierząt? Kiedy np. kierowca potrąci sarnę samochodem – nie mamy wątpliwości: ratować. A jeśli przyrodnik zobaczy w kamerce stado wilków z jednym chorym osobnikiem powłóczącym nogami? Potrafi rozpoznać chorobę tego wilka, a nawet wie, że dałoby się ją wyleczyć za pomocą określonych leków. Ma reagować czy pozwolić na naturalną selekcję?

Tu się zderza dwojakie podejście do ochrony zwierząt: ochrona przed niehumanitarnym traktowaniem (pomagamy, gdy mamy środki i sposobność) oraz podejście ekosystemowe, stosowane w przypadku zwierząt dzikich.

Z naszej perspektywy wystarczy tylko dać zastrzyk. Ale to może osłabić pulę genetyczną…?

Tak. Ja stoję na stanowisku, aby człowiek reagował, gdy zwierzę doznaje uszczerbku na skutek naszej działalności. Ale w sytuacji, gdy zwierzę żyje całkowicie w warunkach naturalnych i choruje, musimy się z tym pogodzić i zostawić możliwość samoregulacji. Pamiętajmy, że nasza ingerencja powoduje zawsze cały szereg dalszych skutków dla przyrody.

Jaki jest najbardziej efektywny model karania za przemoc wobec zwierząt?

Piszą o tym autorzy raportu „Osadzeni za zwierzęta”: sensowne kary ograniczenia wolności – odpłatnej pracy przez sprawców. To jest użyteczne społecznie i nie wyklucza ze społeczeństwa. Kara pozbawienia wolności powinna być orzekana wyłącznie w przypadkach wyjątkowo drastycznych. Samo „wsadzenie sprawcy do więzienia” nie przyniesie automatycznej poprawy losu zwierząt.

A zakaz posiadania? Pomaga, nie pomaga?

Jestem jednoznaczną zwolenniczką zakazu, to narzędzie chroni potencjalne ofiary przed powtórką z przemocy. Prawomocnie skazany sprawca przemocy wobec zwierzęcia powinien mieć odebrane prawo do posiadania kolejnego zwierzęcia pod opieką. Bo jasnym jest, że nie rozumie istoty tej relacji, opiera ją na brutalnej dominacji, nie zaś opiece i ochronie. W sprawach, które prowadzę, zabiegam o zakaz, jeśli stwierdzono, że sprawcy umyślnie znęcali się nad zwierzętami.

Zaniedbanie to przemoc?

Z poziomu organów ścigania ciągle jeszcze trudno przychodzi uznanie tego, ale świadomość się zmienia. Zaniedbanie może być znęcaniem, ale nasze organy ścigania latami były wyczulone na to, że przemoc jest wtedy, kiedy jest krew, a kiedy żebra na wierzchu – niekoniecznie. Dziś już coraz częściej uznaje się za równie ważny dostęp do wody, do schronienia przed zimnem. Zdowie lub życie zwierzęcia tak samo może być zagrożone na skutek jego bicia, jak i głodzenia, czy pozostawienia na mrozie.

Komu to zgłaszać?

Na policję, czyli organ powołany do ścigania przestępstw powszechnych. Faktem jest, że policja nie zawsze reaguje właściwie, wciąż za dużo jest lekceważenia w podejściu do tych spraw, często sprawa nie ma ciągu dalszego. Bardzo krytycznie to oceniam, bo taka postawa podważa zaufanie społeczeństwa do policji i w ogóle do państwa.

Mamy za sobą sezon świąteczny i mimo wyroku SN znów całe masy karpi przetrzymywanych w skandalicznych warunkach. Co robić?

To prawda, ale jest jednak widoczna zmiana. Część sklepów przyjęła co prawda strategię udawania, jakby wyroku SN nie było, wynosząc z kolei wytyczne Głównego Lekarza Weterynarii do rangi przepisów prawa. To błąd. Bo sprzedawców obowiązuje ustawa o ochronie zwierząt, a wytyczne pozostawały w mojej ocenie z nią sprzeczne.

To kolejny już dowód na to, że tę dyskusję trzeba przenosić na poziom prawny, bo fakt, że karpie mają taką biologiczną zdolność, by przeżyć jakiś czas bez wody nie oznacza, że w tym czasie nie cierpią. I z tą głupotą walczymy m.in. za pomocą wyroku z 2016r. Przed Sadem Najwyższym przedstawiłam taką metaforę, że na tej samej zasadzie, na jakiej „karp wytrzyma bez wody” moglibyśmy przez 5 dni w tygodniu głodzić psa, a szóstego karmić. Przecież przeżyje.

Prawo zezwala na sprzedawanie w sklepie chomika, ale już nie psa. To zgodne z ustawą?

Artykuł 1 ustęp 1 Ustawy o ochronie zwierząt mówi „zwierzę nie jest rzeczą”, ale już ustęp 2 mówi „W sprawach nieuregulowanych w ustawie do zwierząt stosuje się odpowiednio przepisy dotyczące rzeczy”. Czyli zwierzę nie jest rzeczą, chyba, że nam tak wygodnie. Zwierzęta w rozumieniu prawa cywilnego podlegają sprzedaży. I to jest również jedna z kwestii, które wymagają zrewidowania – obok tych bardziej spektakularnych, jak hodowla zwierząt na futra. Przez zrewidowanie nie mam na myśli całkowitego zakazania obrotu zwierzętami, bo to niemożliwe, ale bardzo mocne wdrożenie zasady humanitarnego traktowania zwierząt w każdej sytuacji, dotyczącej postępowania z nimi.

[patronite]

Bez serca dla zwierząt

Dobrej zmiany dla zwierząt nie będzie. Szumnie zapowiedziana nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt została okrojona do ogryzka. Nie tylko nie spuści psów z łańcucha, nie tylko nie wyeliminuje branży futrzarskiej, ale nawet zabraknie w niej miejsca na zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach. W zasadzie już uczciwiej byłoby w ogóle nie kłaść jej na stół w obecnym kształcie. Udawanie, że los czworonogów nadal leży na sercu ekipie PiS jest zawracaniem głowy.

Rok temu oficjalna delegacja rządowa pojawiła się na wystawie w Parlamencie Europejskim i wystąpiła na tle klatek – taki samych, w których przetrzymywane są zwierzęta futerkowe w hodowlach. Dziś spokojnie możemy stwierdzić, że to był zwykły lans. Od początku byłam też sceptyczna co do występu Naczelnika Państwa w klipie „Vivy!”, choć koledzy-inicjatorzy starali się przekonać mnie, żeby nie zabijać tej inicjatywy nadmiernym krytycyzmem.

Wtedy wydawało się nam wszystkim, że słowo prezesa to słowo prezesa – nie będą mieli a odwagi go zlekceważyć ani członkowie rządu, ani partyjna wierchuszka. Jeżeli się je złamie, to nastąpi to wyłącznie w wyjątkowych okolicznościach – a z pewnością PiS będzie musiało długo i namiętnie się z tego tłumaczyć.

Dziś Kaczyński milczy na temat tego, dlaczego jego partia ostatecznie uległa nie tylko lobby futrzarskiemu, ale nawet cyrkowemu. Prezes albo stara się ukryć fakt, że ma w swoim ugrupowaniu niewiele do powiedzenia, albo nie chce się przyznać, że cynicznie zrobił wyborców w konia. Faktem jest, że podpisał się pod nowelą w obecnym, żenującym kształcie.

Odpowiedzialny za przygotowanie ustawy Krzysztof Czabański z PiS tłumaczył wypadnięcie z ustawy ustępu o cyrkach klasycznym „nie-da-siem”: – Ta sprawa wymagałaby z pewnością notyfikacji w Unii Europejskiej i to oznacza, że w tej kadencji nie mielibyśmy szansy na przeprowadzenie tej nowelizacji. Z tego powodu zrezygnowaliśmy z tego zakazu, ale w następnej kadencji zastanowimy się, czy do tej sprawy nie należy wrócić…

W czwartek 10 stycznia projekt po autopoprawce – wprowadzającej zasadnicze zmiany w projekcie – ponownie został skierowany do prac w parlamencie.

Sterylka na łańcuchu

W rozmowie z PAP Czabański ocenił, że szczególnie istotne są te zapisy projektu, które mają pomóc w walce z bezdomnością zwierząt – obowiązkowe chipowanie psów i kotów, uruchomienie centralnego rejestru zwierząt oraz powszechna sterylizacja zwierząt wyłapanych na terenie gminy.

Psy nie uwolnią się od łańcuchów. Stosowanie uwięzi nadal będzie dopuszczalne, ale będzie ona musiała mieć co najmniej 5 metrów i kończyć się obrożą niemetalową (często zwierzęta mają pseudoobrożę z łańcucha). Ponadto uwięź nie będzie mogła ważyć więcej niż 1/4 masy ciała zwierzęcia.

– Zobaczymy, czy to poprawi los zwierząt trzymanych na uwięzi i w zależności od tych wniosków po pewnym czasie zastanowimy się nad ewentualnym zakazem trzymania psów na uwięzi. Trzeba jednak mieć świadomość, że nie zawsze zmiana uwięzi na kojec oznacza poprawę warunków bytowych zwierzęcia – wymiary kojca niekiedy są tak małe, że psy nie mają w nich większej swobody poruszania się niż na długim łańcuchu – powiedział Czabański Polskiej Agencji Prasowej.

Projekt ma także zakazać tzw. pseudohodowli, w których rozmnażanie zwierząt odbywa się poza jakąkolwiek kontrolą. W tym celu zaproponowano zapis, zgodnie z którym jedynie rasowe psy i koty będą mogły być rozmnażane w celach handlowych (zwierzęta te będą musiały posiadać rodowód). Prócz tego wprowadzony zostanie zakaz prowadzenia schronisk dla zwierząt przez podmioty komercyjne.

– Schroniska nie będą prowadzone przez przypadkowe organizacje, ale jedynie te, które mają status organizacji pożytku publicznego, działają kilka lat, realizują swoje cele statutowe i nie ma do nich zastrzeżeń – powiedział Czabański. – Jako podatnicy wydajemy na ten cel znaczne środki – głównie za pośrednictwem gmin, które prowadzą akcje wobec bezdomnych zwierząt. Ale niestety często nasze pieniądze służą nie poprawie losów zwierząt, ale złym ludziom, którzy zarabiają na ich cierpieniu.

W 2016 roku Najwyższa Izba Kontroli opublikowała wstrząsający pokontrolny raport, w którym kontrolerzy pisali między innymi: „w trzech z trzynastu skontrolowanych schronisk nie utrzymywano właściwego stanu sanitarnego. W czasie prowadzonych oględzin stwierdzono, że zwierzęta przebywają w zanieczyszczonych i mokrych boksach, co świadczyło o zaległościach w sprzątaniu. Brudne i zawilgocone były także ich legowiska”. Prócz tego opisano, że w jednym z badanych schronisk „wbrew wymogowi art. 9 ust. 1 zwierzętom nie zapewniono stałego dostępu do wody pitnej”, a w dwóch innych „w dniu oględzin woda w części boksów była zamarznięta”.

Jutro będzie futro

Jak Krzysztof Czabański tłumaczy się z ulegnięcia futrzarzom? – Minister rolnictwa został zobowiązany do podniesienia wymagań wobec ferm zwierząt hodowanych na futra – tu głównie chodzi o norki – i zobaczymy, czy podniesienie tych standardów przyniesie korzystne skutki. Jeżeli nie przyniesie, wówczas do sprawy norek będziemy wracać – mówi.

Obrońcy praw zwierząt czują się oszukani. – Jesteśmy głęboko rozczarowani, że te ważne zapisy zniknęły z nowelizacji. Nie rozumiemy, dlaczego tak się stało – powiedział Oku.press prezes fundacji Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt „Viva!” Cezary Wyszyński. – Większość opinii publicznej jest przeciwna hodowli zwierząt na futra, ubojowi rytualnemu i wykorzystywaniu zwierząt w cyrkach. W każdym z tych przypadków jest to ponad 50 proc. Lobby futrzarskie zatriumfowało. Choć wielokrotnie pokazywaliśmy, że dochody z hodowli futerkowych nie są tak duże, jak mówią futrzarscy przedsiębiorcy. Większość ich argumentów „ekonomicznych” jest nieprawdziwa. Działanie tego przemysłu ma, oprócz oczywistego cierpienia zwierząt, także wiele innych negatywnych konsekwencji. Spadają ceny okolicznych ziem, pobliscy mieszkańcy nie mogą prowadzić np. działalności agroturystycznej czy upraw ekologicznych.

Zawiedziona jest również Rzeczniczka Praw Zwierząt powołana przez Polskie Towarzystwo Etyczne, mec. Karolina Kuszlewicz: – Projekt z listopada 2017 roku był przedstawiany jako spektakularny. Ale ustawa przeleżała prawie rok w sejmowej zamrażarce. Już to sprawia, że można wątpić w prawdziwość intencji projektodawcy. Dziś z tych najdalej idących zmian, mających ochronić miliony zwierząt eksploatowanych przemysłowo, nie pozostało prawie nic. Zresztą psy także nadal mają pozostać na łańcuchach. To sytuacja skandaliczna. Opinia publiczna w mojej ocenie została wprowadzona w błąd rok temu.

Kuszlewicz uważa również za skandal to, co dzieje się wokół uboju rytualnego: – W 2014 roku Trybunał Konstytucyjny uznał zakaz uboju rytualnego na terenie Polski za sprzeczny z prawem. To było szerokie orzeczenie, wymagające wprowadzenia w ustawie regulacji precyzujących zakres dozwolonego prawnie uboju na potrzeby religijne. Nowa ustawa miała nie tyle zakazywać uboju, co zdecydowanie go ograniczać do rzeczywistych potrzeb grup wyznaniowych w Polsce. Nawet z tego ograniczenia PiS się dziś wycofuje – stwierdziła w rozmowie z red. Marią Pankowską.

Ubij w imię boże

Co ciekawe o prawo wyznawców judaizmu oraz islamu do tego typu uboju walczyli jak lwy… polscy biskupi! „Prezydium KEP podziela troskę żydowskich gmin wyznaniowych oraz wyznawców islamu o zachowanie i realizację podstawowych praw wolności wyznania i kultu. Do nich należy również prawo do zachowania swoich obyczajów, w tym rytualnego uboju zwierząt” – takie stanowisko sformułowali w 2013 roku.

To oczywiście nie znaczy, że w projekcie nie ma zupełnie nic cennego. – Projekt po zmianach ma zupełnie inny charakter, niż ten zgłoszony w listopadzie 2017 roku. Pozostają przede wszystkim przepisy administracyjne, dotyczące zarządzania schroniskami, czipowania, bezdomności zwierząt. To ważne kwestie, ale dotyczą co do zasady tzw. zwierząt towarzyszących, a przecież tą wielką »dobrą zmianą dla zwierząt« miało być wreszcie uwzględnienie innych grup, jak zwierzęta wykorzystywane na futra czy w uboju rytualnym. Ich cierpienie obejmuje miliony istnień i znowu zostaje przykryte względami gospodarczymi i politycznymi – mówi Rzeczniczka Praw Zwierząt.

– Wycofanie się rządu oznacza, że będziemy musieli dalej walczyć o wprowadzenie tych zmian. Tylko tyle i aż tyle. Jestem pewien, że to tylko kwestia czasu – podsumowuje prezes „Vivy!”.