Maria pyta, kim jestem Korespondencja z Ukrainy

We wtorek spadł pierwszy śnieg. Wprawdzie zaraz stopniał, ale powiało zimą. W środę Kijów trząsł się z zimna. Ale w czwartek wybuchła nagle wiosna. Jesienna huśtawka.

Huśtawka też w polityce. Niedawny entuzjazm przed wyborami prezydenckimi do nowej twarzy polityki ostygł. Na kijowskim Majdanie znowu gromadzą się tłumy. W sobotę, 6 października, pojawiło się około 30 tysięcy niezadowolonych (jak mówią niezadowoleni) albo ponad 10 tysięcy (jak twierdzi policja) z poczynań nowego prezydenta. Ale na wszelki wypadek na ulicach przyczaiły się czołgi. Okazały się niepotrzebne, choć władza pręży muskuły.
W następną sobotę przeszły
tłumy weteranów
„w marszu przeciw kapitulacji” z pochodniami oburzonych prezydencką zgodą na przyjęcie tzw. formuły Steinmeiera w sprawie Donbasu, który zamraża status quo. W ocenie wielu ludzi budzi to obawy znacznych i trwałych ustępstw wobec Rosji. Wcześniej maszerowali nacjonaliści.
Pojedynek na marsze poprzedziła niekonwencjonalna konferencja nowego prezydenta z dziennikarzami, która odbyła się w barze szybkiej obsługi. Prezydent, jak wiadomo, do niedawna aktor, i to wielce popularny, chce sobie jednać opinię. Ale strzelił chyba gafę, kiedy powiedział do dziennikarzy mniej więcej tyle: „Widzicie, na moim miejscu mógłby siedzieć jakiś głupek”. Jak się można było spodziewać, to ulotne zdanko stało się powodem niepoliczonych dowcipów.
Ludzie kultury z niepokojem słuchają oświadczeń nowej administracji Wołodymyra Zełenskiego. Z połączonego ministerstwa turystyki, sportu, informacji, kultury (i wszystkiego najlepszego, jak dodają złośliwi) płyną sygnały w stylu wczesnego Balcerowicza. Wszystko ma być sprywatyzowane: teatry, muzea, filharmonie. Koniec z dojeniem państwa przez zaradnych artystów, słychać „argumenty” oszczędnej władzy. Jak się teatr nie obroni, to powstanie w nim kasyno. To nie jest atmosfera sprzyjająca artystycznym poszukiwaniom we względnym poczuciu bezpieczeństwa.
Ale mimo zagrożeń obchodzący właśnie setną rocznicę istnienia Narodowy Akademicki Teatr Dramatyczny imienia Iwana Franki, nazywany
pierwszą sceną Ukrainy
pracuje bez wytchnienia, a jego aktorzy zasługują na miano godnych następców Bohdana Stupki. W repertuarze teatru sporo klasyki, są Szekspiry, nawet nasz Fredro („Damy i huzary”), jest Dostojewski. Oglądałem z rozmachem zrealizowanego „Idiotę” (inscenizacja Jurij Odinokij), świetnie i równo granego, o przemyślanej w szczegółach adaptacji z budową ramową, a nawet wspaniale wyreżyserowanymi oklaskami. Młoda, w dużej mierze, publiczność trzygodzinny spektakl skwitowała owacjami na stojąco, obdarowując aktorów kwiatami, a nie była to wcale premiera. Na tym spektaklu nie czuło się, że teatr pracuje pod presją finansowych ograniczeń, na scenie pojawia się ponad 30 artystów. Oklaski na stojąco nie są tutaj wyjątkiem, to w zasadzie obyczaj, tak się dziękuję aktorom na każdym spektaklu. Po przedstawieniu bileterka zapytała mnie, jak oceniam „Idiotę”. Pochwaliłem, zgodnie z prawdą. No, właśnie – uśmiechnęła się – aktorów mamy znakomitych.
Z miłości do aktorów
zrodził się Międzynarodowy Festiwal Monodramów Maria, po raz jedenasty zwołany przez jego inicjatorkę i dyrektorkę artystyczną, aktorkę Teatru Franka (jak się tutaj mawia), wybitną artystkę sceny jednoosobowej Larysę Kadyrową.
Jak istotna to postać dla teatru ukraińskiego, można dowiedzieć się więcej dzięki książce Ałły Pidłużnej „Szczęśliwa samotność aktorki” (Щаслива самотність актриси), która ukazała się w Polsce z inicjatywy Wiesława Gerasa (po polsku i ukraińsku) w serii poświęconej teatrowi jednego aktora „Czarna Książeczka z Hamletem” (2012).
Autorka książki pisała o artystce tak: „Kiedy w monodramie „Stara kobieta wysiaduje” głosem nieznoszącym sprzeciwu krzyczy: Cukrrru, cukrrru!, wydaje się, że to żądanie skierowane jest do wszystkich. Także do krytyków, tak, tak! Ukraińska aktorka Larysa Kadyrowa to postać charyzmatyczna i człowiek instytucja – profesor Narodowej Akademii Muzycznej, pomysłodawczyni, dyrektorka i w ogóle spiritus movens dwóch festiwali teatralnych (monodramów aktorek „Maria” i sztuk antycznych „Bosforskie agony”), prezydent ukraińskiej sekcji Międzynarodowego Instytutu Teatralnego, artystka, ale i teatralny Mag. Kto zetknął się z jej sztuką aktorską, poznał jej moc. Ona nie gra jakichś tam ról, tylko całą sobą odsłania przed nami osobowość swoich bohaterek. Za tymi aktami „całkowitego ofiarowania się” na scenie stoją nie tylko jej talenty i maestria warsztatowa, ale nade wszystko refleksja – pogłębiony program estetyczny i światopogląd, który w aktywności artystycznej każe jej podkreślić misję etyczną: poprzez sztukę doskonalić własne i cudze człowieczeństwo”.
Nie ma w tym krzty przesady. Podczas tegorocznego festiwalu Kadyrowa przypomniała swoje
dwa sławne monodramy:
„Stara kobieta wysiaduje” według Tadeusza Różewicza i „Nigdy za mną nie płaczcie” według Marii Matios, w których demonstruje swoje mistrzowskie porozumienie z widzem i tak jak pisze Pidłużna, w których buduje naszych oczach osobowość bohaterek. Oba te spektakle widziałem po raz trzeci, ale za każdym razem odkrywam w nich coś nowego.
Monodram według Różewicza zobaczyłem teraz w mateczniku Kadyrowej, w jej ukochanym Teatrze Franka. Na „wyjezdnem” Kadyrowa gra trochę inaczej, dostosowuje się do lepszych lub gorszych warunków scenicznych. W Polsce grała „Starą kobietę” w legendarnej sali Laboratorium Grotowskiego we Wrocławiu i już samo miejsce tworzyło magiczną aurę spektaklu. Występowała też w Toruniu w Teatrze Baj Pomorski zupełnie inaczej otwierając spektakl: sceną wędrówki z walizką na kółkach przez widownię teatralną i proscenium na deski sceniczne. We własnym teatrze w dwu fragmentach towarzyszy jej muzyka na żywo na klarnecie jak rzewny lament nad życiem. Zaczepia widzów, także tych znajomych. Zostałem wezwany po imieniu, aby Starą Kobietę rozbierać, ale zabrakło mi odwagi. Zbigniew Chrzanowski, reżyser spektaklu, komentował potem tak: „Gdyby nie Tomasz, Larysa w ogóle nie mogłaby grać”.
Ale żarty na bok. Wspominam o tym dlatego, aby wydobyć szczególny klimat porozumienia i komitywy, jaki powołuje do istnienia artystka. To swego rodzaju paradoks: ogromna swoboda aktorskiej improwizacji i jednocześnie formalna dyscyplina. Jeszcze wyraźniej widać to w monodramie „Nigdy za mną nie płaczcie”. Podczas spektaklu jego bohaterka, stara babina Justynka sposobi się do śmierci, stroi trumnę, stroi izbę, a kulminacyjnym momentem okazuje się uplecenie z szarf zdobiących izbę lalki motanki. To lalka-szmacianka, która zamiast twarzy ma skrzyżowane kolorowe wstęgi. Ta precyzyjnie obmyślana praca aktorki podczas spektaklu organizuje jego rytm i strukturę. Narzuca bezwzględną dyscyplinę i sprawia w rezultacie, że mamy do czynienia z arcydziełem teatru jednego aktora.
Poziomowi artystycznemu i duchowemu, jaki wyznacza swoją sztuką Kadyrowa
trudno sprostać
i tylko nielicznym uczestniczkom i uczestnikom udało się dotrzymać jej kroku. Myślę przede wszystkim o drugiej wyrazistej osobowości monodramu ukraińskiego Lidii Danylczuk, który w ze swym Teatrem w Koszyku ze Lwowa wciąż przemierza wzdłuż i wszerz całą Europę. W Polsce także gościła wielokrotnie i doczekała się książki o sobie Iryny Wołyćka-Zubko we wspomnianej już serii „Czarna Książeczka z Hamletem”. W Kijowie Danylczuk przypomniała swój „klasyczny” monodram „Białe motyle, plecione łańcuchy” wg listów i nowel Wasyla Stefanika, bardzo nastrojowy i czysty muzycznie.
Ale pojawiły się na tym festiwalu także zaskoczenia – Petro Mironow przedstawił spektakl oparty na poezji Wasyla Stusa „Biały ptak z czarnym znamieniem”. Stus jest uznawany za najwybitniejszego poetę ukraińskiego drugiej polowy XX wieku. Rzecznik wolności narodowej i swobodnego rozwoju literatury rodzimej – był za to prześladowany, więziony i wreszcie zesłany do łagru, gdzie zmarł w niejasnych okolicznościach. Mironow bardzo oszczędnie dobierając środki (jedynym rekwizytem jest tu tafla blachy, wykorzystywana jako schronienie, mównica, instrument muzyczny budzący grozę), powściągając emocje, ale sugestywnie interpretując słowa daje przejmującą opowieść o wierności i niezależności ducha.
Ten ton niezależności i
pytania o tożsamość
(narodową, kulturową, ludzką) dominował w pokazywanych w Kijowie spektaklach i koncertach. Porywającym koncertem-spotkaniem, obleganym przez publiczność był wieczór Tarasa Kompaniczenko, barda ukraińskiej rewolucji, sięgającego często po teksty starych pieśni i używającego tradycyjnych instrumentów ludowych. Kompaniczenko nie tylko śpiewa, ale opowiada o wykonywanych pieśniach i snuje refleksje o tym, jaka jest dziś i jaka być powinna Ukraina. Nie zawsze są to miłe refleksje, wiele w nich rozgoryczenia.
Spektakli było dwadzieścia, nie sposób wszystkie skwitować. Dodam więc tylko, że niektóre wyróżniały się ciekawymi poszukiwaniami formalnymi. Taki był monodram Ganny Jaremczuk „Lady Capuletti” wg tekstu Niny Mazur – w którym aktorka upozowana jak włoska biała rzeźba z okresu renesansu obywała się niemal bez ruchu, zachwycając dyscypliną kompozycji. Zwrócił na siebie uwagę nietypowym sposobem prezentacji pytań egzystencjalnych Mikoła Biczuk w monodramie „Czemu ludzie nie latają”. Głównym jego rekwizytem okazał się płaszcz używany jak skrzydła Ikara, a dekoracją drabina. To nie jedyny powód, który powodował, że jego wewnętrzne skupienie i zagubienie w świecie na miarę bohatera romantycznego przypominało aktorstwo kochanego kiedyś przez polskich widzów aktora Teatru Narodowego, Andrzeja Nardellego.
W roku stulecia Teatru Franka pokazane zostały nie tylko monodramy (przede wszystkim rodzime), ale także kilka produkcji Jubilata. Ponieważ na potrzeby festiwalu oddana została Scena Kameralna teatru, to właśnie kameralne spektakle uzupełniły program monodramatyczny. Można było się przekonać, jak utalentowaną młodzieżą aktorską dysponuje teatr (spektakl „Morituri te salutant”), a także jak harmonijnie uzupełniają się młodzi i doświadczeni artyści (poruszający spektakl „Ziemia).
Swoją nazwę Festiwal Maria zawdzięcza Marii Zańkoweckiej (1854-1934), aktorce zaliczanej do ścisłego grona twórców profesjonalnego ukraińskiego teatru narodowego. W Kijowie zachował się dom, w którym mieszkała przez ostatnie dziesięciolecia swego pracowitego życia. Mieści się tu muzeum jej imienia. Przed laty ktoś próbował ten dom spalić – na miejsce pod zabudowę już czyhali deweloperzy, ale spontaniczna zbiórka pieniędzy sprawiła, że dom odbudowano i pozostał miejscem pielgrzymek miłośników teatru. Festiwal Maria jest jej drugim domem – żywym i pełnym pytań.

Szansa na pokój

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował o podpisaniu „formuły Steinmeiera”, która określa mechanizm realizacji ustawy o specjalnym statusie samorządu lokalnego w niektórych regionach obwodu donieckiego i ługańskiego.

„Formuła Steinmeiera” (niemiecki prezydent, były przewodniczący OBWE, były minister spraw zagranicznych Niemiec Frank-Walter Steinmeier) określa mechanizm realizacji ustawy o specjalnym statusie samorządu lokalnego w niektórych regionach obwodu donieckiego i ługańskiego tymczasowo w dniu wyborów i na stałe – po opublikowaniu raportu OBWE dotyczącego wyników wyborów.
Jak poinformowano, tekst „formuły Steinmeiera” został podpisany w formie, którą uzgodniła grupa kontaktowa. Podpisy złożyli wszyscy uczestnicy: Ukraina, republiki, Federacja Rosyjska i OBWE.
Unia Europejska uważa rezultaty posiedzenia grupy kontaktowej w Mińsku, zajmującej się m.in. omówieniem „formuły Steinmeiera” ws. Donbasu za krok, który może stworzyć warunki do wypełnienia porozumień mińskich – oświadczyła przedstawicielka Europejska Służba Działań Zewnętrznych Maja Kocijančič.
„Rezultaty toczących się wczoraj w Mińsku debat trójstronnej grupy kontaktowej, w tym ws. tak zwanej formuły Steinmeiera są krokiem, który jak mamy nadzieję, może przyczynić się do dalszych wysiłków odnośnie całościowego wypełnienia porozumień mińskich przez wszystkie strony” – powiedziała Maja Kocijančič‏. Jak podkreśliła, „jest to kluczem do osiągnięcia stabilnego, pokojowego uregulowania konfliktu na wschodzie Ukrainy”.
„Unia Europejska konsekwentnie wspiera prace czwórki normandzkiej, Trójstronnej Grupy Kontaktowej i OBWE w ich wysiłkach odnośnie stworzenia warunków do wypełnienia porozumień mińskich” – oświadczyła, dodając, że UE „w dalszym ciągu jednoznacznie wspiera niepodległość, suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy w jej granicach, uznanych na arenie międynarodowej”.
To, że Kijów zaakceptował formułę Steinmeiera jest pozytywnym faktem i ważnym krokiem na drodze osiągniętych wcześniej porozumień, chciałoby się mieć nadzieję, że proces będzie się później nadal rozwijać w kierunku realizacji porozumień mińskich – powiedział rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow.
„Samo potwierdzenie „formuły Steinmeiera”, która a propos została przyjęta przez wszystkich uczestników czwórki normandzkiej, w tym Ukrainę, już de facto kilka lat temu, jest pozytywnym faktem i bez wątpienia ważnym krokiem na drodze realizacji tych porozumień, które zostały wcześniej osiągnięte” – zaznaczył Pieskow, komentując ostatnie doniesienia.
„Teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że również w przyszłości pójdziemy drogą realizacji porozumień mińskich, ponieważ jest to jedyny możliwy sposób uregulowania ukraińskiego konfliktu na południowym wschodzie kraju” – dodał.
Przewodniczący Komisji Polityki Zagranicznej i Współpracy Międzyparlamentarnej Bohdan Jaremenko powiedział, że w czasie posiedzenia trójstronnej grupy kontaktowej w Mińsku strona ukraińska zatwierdziła tekst „formuły Steinmeiera”, ale jej nie podpisała.
Wcześniej przedstawiciel Rosji w grupie kontaktowej ds. Ukrainy Borys Gryzłow powiedział, że wszyscy uczestnicy uzgodnili „formułę Steinmeiera”, która ma znaleźć się w ukraińskim ustawodawstwie. Przedstawiciel przewodniczącego OBWE Martin Sajdik, komentując wyniki posiedzenia w Mińsku zaznaczył, że członkowie grupy kontaktowej i przedstawiciele proklamowanych w trybie jednostronnym Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych napisali listy, w których „potwierdzili tekst formuły Steinmeiera”.
Zostały one podpisane prze OBWE, stronę rosyjską, przedstawicieli nieuznawanych republik i Łeonida Kuczmę, reprezentującego Ukrainę i są datowane na 1 października. „Strona ukraińska przyjmuje tekst tej formuły” – napisano obok podpisu byłego prezydenta Ukrainy.

Przejścia brak Ważny tunajt

Przypomniał mi się dziś Dołhobyczów. To taka wioseczka w powiecie hrubieszowskim, w której jeszcze pół roku temu działało graniczne przejście pieszo-rowerowe z Ukrainą. Jedyne takie na Lubelszczyźnie. W ostatnich sześciu miesiącach przekroczyło je 3,5 tysiąca podróżnych, z czego 850 pieszo lub rowerem. Funkcjonowało od lipca 2015 do końca 2018 r. I dość.

Dołhobyczów przypomniał mi się akurat dzisiaj, gdym włączył telewizor, i zobaczył prezydenta Dudę, składającego kwiaty pod pomnikiem ofiar Rzezi Wołyńskiej. Prezydent po raz wtóry zaapelował do władz ukraińskich o to zgodę na przeprowadzenie ekshumacji ofiar na Wołyniu. To, zdaniem prezydenta Polski, byłoby jasnym sygnałem, że nowej prezydenckiej administracji na Ukrainie zależy, podobnie jak nam, na utrzymaniu poprawnych i przyjacielskich stosunków między obydwoma krajami. Nikt ludziom życia nie przywróci, ale pamięć o nich i prawdę historyczną, nawet najgorszą, należy na światło dzienne wydobyć, choćby spod ziemi, nawet jeśli nie ma na niej mogiły. Kości pomordowanych nadal jednak pod nią tkwią i mogą pokazać światu, jak było naprawdę. Dziś już mogą. Nie bardzo jednak wierzę, że apel prezydenta Dudy spotka się na Ukrainie ze zrozumieniem, choć podobnie jak i pan prezydent, bardzo bym sobie życzył, żeby relacje polsko-ukraińskie wreszcie ucywilizować i zacieśnić. Znam Ukraińców dobrze, bo wychowałem się niespełna 30 kilometrów od nich. Znałem ich wtedy i znam ich dzisiaj. Wożą mnie taksówkami, podają zakupy w sklepie, bawią się z moim dzieckiem. Ba, z paroma grałem na jednej scenie koncerty. Nigdy nic złego mnie z ich strony nie spotkało. Wiem jednak, że póki sama Ukraina nie poradzi sobie wewnętrznie ze sobą i swoją spuścizną, niewiele się tam zmieni. A widoki na uporanie się z własnymi demonami są w Kijowie raczej nieciekawe.
Nowy prezydent Ukrainy postrzegany jest jako człowiek Ihora Kołomojskiego, skonfliktowanego z byłem prezydentem Poroszenką oligarchy, który otwarcie wspiera samodzielny batalion Azow walczący na zachodniej Ukrainie z wojskami separatystów prorosyjskich. Wiecie Państwo co to ten Azow? Na początku prywatna, nacjonalistyczna armia, finansowana z kieszeni bogaczy, takich jak m.in. Kołomojski, później, zalegalizowana przez ukraińskie władze jednostka. W jej skład wchodzą ochotnicy. Sami najlepsi synowie narodu? Nie do końca. Z przeróżnych źródeł dowiedzieć się można, że sporą grupę wojaków stanowią byli skazańcy. Obok nich, w okopach, siedzą legalni faszyści z różnych stron Europy, wyznający ideę supremacji białej rasy. Dalej ukraińscy nacjonaliści, wypisz wymaluj spod tryzuba Bandery, a jeszcze obok nich norlmalsi, postrzegający siebie jako patriotów, którym obecność pozostałych u boku nie wadzi. Wszyscy przystrojeni w mundury z wolfsangelem, przeróbką run, wykorzystywanym w symbolice neonazistowskiej. Jak ktoś ma silne nerwy i takiż sam żołądek, może sobie poszperać w sieci i poszukać filmików z przykładami na to, w jaki sposób towarzystwo obchodzi się z pojmanymi do niewoli jeńcami. Czy to znaczy że drudzy są święci? Bynajmniej. Rzecz jednak w tym, że to z Ukrainą chcemy się bratać bardziej niż z putinowską Rosją. Mam jednak wrażenie, że Ukraina niekoniecznie chce bratniego kontaktu z nami, tak bardzo, jak my z nimi.
Jeśli są wątpliwości, że w Jedwabnem było inaczej niż opisuje to Jan Tomasz Gross, to nie można zakryć ich czapką, a wszystkich tych którzy je podnoszą, nazwać kretynami i nacjonalistami, z którymi rozmawiać się nie godzi. Trzeba rzecz wyjaśnić, żeby nie tonąć w półprawdach i kłamstwach. Tak i na Ukrainie. Pokazać trzeba światu, jak było naprawdę. Kto stał za ludobójstwem, a nie za zbrodnią noszącą znamiona ludobójstwa, bo to podła i niegodziwa manipulacja, bawić się w semantykę nad cierpieniem ofiar. Obdartych ze skóry, poćwiartowanych, spalonych żywcem. Jeden kolega, gdy Rzeź Wołyńska stała się ongiś głośnym tematem sporów przekonywał mnie, że dziś to nie jest dobry czas, żeby atakować Ukrainę „rachunkiem krzywd”, kiedy na wschód od Kijowa siedzi im na karku Moskal. A kiedy jest na to dobry czas? Kiedy będzie lepszy? Jak mamy dojść do wzajemnego pojednania, gdy huk armat pod Mariupolem zagłusza prawdę spod Wołynia, do której nie nazbyt odważnie próbujemy przekonać naszych politycznych partnerów.
Tymczasem, w Dołhobyczowie, zamknięto pas dla pieszych i rowerów, bo podobno trudno było utrzymać nań porządek, a przez sam fakt jego istnienia, autokary notowały obsuwki. Zbliżenie obydwu narodów o którym mówimy, jakby się…oddaliło. Ludzie nie mogą już pojechać rowerem na Ukrainę i z powrotem. Zresztą po co by mieli. Nie dość że zabiją, to jeszcze rower ukradną. Lepiej nam u siebie, przy piecu.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Bezkompromisowa inauguracja

Objęcie rządów przez najmłodszego Prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełenskiego to zapowiedź zmian w wielu dziedzinach życia kraju.

Wystarczy powiedzieć, że na zakończenie swojego inauguracyjnego przemówienia Zełensky rozwiązał Wierchowną Radę (parlament) i zapowiedział przedterminowe wybory. Do tego zażądał od parlamentarzystów uchwalenia ustaw znoszących ich immunitet, jak również wprowadzenia przepisów o odpowiedzialności karnej parlamentarzystów i wysokich urzędników za nielegalne wzbogacenie się, oraz odwołanie ministrów obrony narodowej, szefa ukraińskiej służby bezpieczeństwa i prokuratora generalnego.

Zawieszenie broni z Rosją

Pierwszym zadaniem, jakie postawił sobie Zełensky po zaprzysiężeniu, będzie zakończenie wojny na wschodzie kraju, gdzie pięcioletni konflikt z popieranymi przez Rosję separatystami pochłonął 13 000 ukraińskich ofiar. Dodał, że dialog z Rosją może nastąpić dopiero po powrocie utraconych terytoriów do Ukrainy oraz po uwolnieniu jeńców wojennych. „Donbas i Odessa to ukraińskie ziemie”, a Ukraina to kraj dla wszystkich jej mieszkańców ukraińsko i rosyjskojęzycznych. Prezydent powiedział, że „To nie my zaczęliśmy te wojnę. Ale to my musimy ją skończyć”.
W reakcji na te słowa – jak donosi Reuters – rzecznik Kremla, Dmitrij Peskow, oświadczył, że prezydent Putin pogratuluje prezydentowi Ukrainy, jeśli Zełensky poczyni postępy w rozwiązywaniu konfliktu z prorosyjskimi separatystami we wschodniej Ukrainie i naprawi stosunki z Rosją.

Rząd nie jest dla nas rozwiązaniem, jest dla nas problemem.

W swoim przemówieniu, merytorycznym acz zadziornym, Zełensky zwrócił również uwagę na konieczność zmiany świadomości Ukraińców w kwestii myślenia o Unii Europejskiej i NATO. Podkreślił on wolę dążenia do dołączenia do tych wspólnot, przy czym koniecznym jest – jak to określił, pokazując palcem głowę – „odpowiednie myślenie o tym, a nie tylko mówienie”. „Nie chcę abyście wieszali mój portret jako prezydenta w waszych instytucjach. Postawcie na biurkach zdjęcia waszych dzieci abyście pamiętali o ich powodzeniu podejmując decyzje”.
Cytując słowa prezydenta USA Ronalda Reagana „Rząd nie jest dla nas rozwiązaniem, jest dla nas problemem” – poprosił on skonsternowanych ministrów o podanie się do dymisji, aby „uwolnić miejsca dla ludzi, którzy będą myśleć o przyszłych pokoleniach, a nie o przyszłych wyborach”.
Następnie korzystając ze swoich uprawnień konstytucyjnych zapowiedział dymisje w ciągu dwóch miesięcy prokuratora generalnego, ministra obrony i szefa ukraińskiej służby bezpieczeństwa.

Wierchowna Rada – nowe wybory

Wielu prawników i obserwatorów politycznych zadawało sobie wcześniej pytanie, czy nowo powołany prezydent może legalnie rozwiązać Wierchowną Radę? Chodzi o ty by Zełensky mógł – na kanwie swojego sukcesu wyborczego – wprowadzić do parlamentu przedstawicieli własnej partii. Istniejące w obecnym składzie rady partie nie mogły zawrzeć koalicji tworzącej rząd, stąd powstała sytuacja umożliwiająca prezydentowi rozwiązanie parlamentu.
Opozycja zręcznie manipulowała dniem zaprzysiężenia Zełenskiego, jednak nie udało jej się przeciągnąć zorganizowanie tej uroczystości po 27 maja, którego to dnia upływał termin legalnego rozwiązania parlamentu. Istniejące uregulowania prawne parlamentu nie zezwalają na rozwiązanie rady w ciągu 30 dni po ogłoszeniu upadku koalicji rządzącej. Przy czym wybory parlamentarne na Ukrainie zaplanowano na 27 października, a kadencja obecnego parlamentu wygasa pod koniec listopada. Stąd też prawo zezwala prezydentowi Ukrainy na rozwiązanie Wierchownej Rady nie później niż 6 miesięcy przed wygaśnięciem kadencji.
Prezydent Wołodymir Zełensky skorzystał z tego uprawnienia i rozwiązał ukraiński parlament w dniu swojego zaprzysiężenia.

By Ukraińcy nie płakali

Zełensky wygrał wybory na Ukrainie otrzymując 73 procentowe poparcie. Wygrał, bowiem zapowiedział walkę z korupcją, bogacącymi się parlamentarzystami i zmianą polityki wobec Rosji. Na ceremonię zaprzysiężenia poszedł piechotą przez park, gdzie „przybijał piątki” oraz robił selfie ze zwolennikami. Nie było więc tradycyjnej parady.
W przeciwieństwie do swojego poprzednika ustępującego prezydenta Poroszenki, który swoją kampanię prezydencką jak również okres sprawowania urzędu opierał o podziały społeczne i nacjonalistyczne idee i trendy, Zełensky zwrócił się z apelem o jedność do wszystkich Ukraińców na świecie. „My was bardzo potrzebujemy. Wszystkim, którzy są gotowi zbudować nową silną i odnoszącą sukcesy Ukrainę, chętnie przyznam obywatelstwo ukraińskie. Musicie przyjechać na Ukrainę, nie w odwiedziny, ale po to, aby wrócić do domu. Czekamy na was. Nie potrzebujemy prezentów z zagranicy, proszę przynieś nam swoją wiedzę, doświadczenie i wartości umysłowe”.
Na koniec bardzo emocjonalnego, ciekawego i bezkompromisowego swojego przemówienia, przypomniał wszystkim, że jest aktorem-komikiem: „Przez całe życie starałem się rozweselać Ukraińców. Za pięć lat, na koniec kadencji, postaram się, aby Ukraińcy nie płakali”.
W inauguracji prezydentury Zełenskiego uczestniczyli prezydenci i premierzy sąsiadujących państw. Polskę reprezentował minister Jacek Czaputowicz. Szkoda, że obecny polski rząd nie przywiązuje odpowiedniej wagi do protokołu dyplomatycznego i nie wysłał do Kijowa przynajmniej osoby w randze wicepremiera. Była to najlepsza okazja do zresetowania polsko-ukraińskich stosunków.
Na dekret w sprawie rozwiązania Wierchownej Rany i wyznaczenie terminu przedterminowych wyborów nie trzeba było długo czekać – odbędą się one 21 lipca. Rada nie zaakceptowała za to propozycji zmian w ordynacji wyborczej zaproponowanych przez Zełenskiego.

Wkurzeni górnicy, wkurzeni weterani

Około tysiąca osób 19 czerwca usiłowało wedrzeć się do budynku Rady Najwyższej w centrum Kijowa. Akcję protestacyjną zorganizowali górnicy wydobywający węgiel kamienny, ale również weterani i ofiary katastrofy w Czarnobylu. Sprzeciwiali się drastycznym cięciom świadczeń.

 

Do dzielnicy rządowej sprowadzono wzmocnione patrole Gwardii Narodowej oraz specjalne jednostki do negocjowania z uczestnikami manifestacji. Mimo to doszło do starć z policją.
Prezydent Poroszenko obciął emerytury oraz odszkodowania wypłacane ofiarom katastrofy atomowej. Postanowiono również zamknąć niektóre kopalnie – choć górnicy nie otrzymali jeszcze ponad 29 milionów dolarów zaległych pensji.

Na górników z Donbasu przypada prawie połowa sumy długu: 400 mln hrywien (15 milionów dolarów), z czego 186,7 milionów (7 milionów dolarów) należy się pracownikom państwowego przedsiębiorstwa „Selidowulog”.

„Górnicy z całej Ukrainy przyjechali do Kijowa. Zebraliśmy pod budynkiem Rady Najwyższej Ukrainy. W państwowym sektorze węglowym powstała krytyczna sytuacja. Zaległości w wypłatach dla górników państwowych przedsiębiorstw górniczych wynoszą 761,1 miliona hrywien” – informował w dniu protestu na Facebooku przewodniczący Niezależnego Związku Zawodowego Górników Ukrainy Michaił Wołyniec.

Razem z resztą pikietujących domagał się od rządu zmiany w ustawie o budżecie na bieżący rok, która zagwarantowałaby odpowiednie finansowanie przemysłu węglowego i wypłatę choć części zaległych wynagrodzeń dla pracowników. Praktycznie we wszystkich państwowych kopalniach górnicy czekają na pensje i powoli tracą cierpliwość.

Do protestujących wyszła pierwsza wiceprzewodnicząca Rady Najwyższej Iryna Heraszczenko, aby uspokoić nastroje. Obiecała im utworzenie grupy inicjatywnej, która ma lobbować na rzecz protestujących i negocjować z rządem. Protestujący zgodzili się – teraz czekają na efekty obietnic. Zapowiadają, że jeśli będzie trzeba, przyjadą po raz drugi.

– Mamy zagwarantowaną opiekę medyczną, transport oraz socjal. Prezydent zabrał nam jednak już prawie wszystko. Resztę zabiorą zimą. Jak długo mamy to wytrzymywać? – mówił mediom jeden z uczestników protestu.