Jeszcze czas, żeby nie przerżnąć

Opozycjo, ogarnij się wreszcie! Pokaż ludziom jak są nabierani i mamieni przez obecną ekipę. Można to przecież zrobić z łatwością. I przestań w końcu robić głupie błędy.

Telewizyjny spot wyborczy Koalicji Obywatelskiej (czyli PO) z wymyśloną, żałosną rodzinką, biadolącą z grobowymi minami przy stole jak to im się źle wiedzie, i z tym koszmarnym dziadkiem znacząco spoglądającym z ukosa, jest czymś tak przerażająco żenującym, że trudno sobie wyobrazić coś gorszego.
Aż nie można pojąć, że w XXI wieku, po czterdziestu latach różnych doświadczeń wyborczych, w dobie nowoczesnych technik audiowizualnych, można było wyprodukować coś równie okropnego i beznadziejnie staroświeckiego.
Na ten spot patrzyłoby się ze wstydem już w latach sześćdziesiątych. I pomyśleć, że nagrała go partia korzystająca z wielomilionowych dotacji, mająca możliwości, uchodząca niby za tę bardziej intelektualną i błyskotliwą.
Słusznie ironizują sztabowcy PIS, że chętnie by się spotkali z wydumaną rodzinką z filmiku KO. Jeśli Koalicja Obywatelska przerżnie, to oczywiście jednym z powodów będzie ów żałosny klip telewizyjny.
Ale nie tylko. Innym powodem będzie telewizyjna debata przedwyborcza sprzed paru dni, gdzie pięciu typów, jeden mniej zachęcający od drugiego, opowiadało ogólnikowe dyrdymały. Z tym, że i tak dla większości oglądaczy to co kto mówił, miało zapewne mniejsze znaczenie od tego, jak kto wyglądał.
Prawie pół wieku temu oglądałem w telewizji „Hydrozagadkę”. Spośród wielu niepowtarzalnych scen tego filmu urzekła mnie ta, w której maharadża Roman Kłosowski, witany przez dziecko, a faktycznie przez „Malutkiego”, niemal 70-letniego Bolesława Kamińskiego, mówi zdegustowany: „Jakie okropne dziecko. Czy nie było ładniejszego chłopczyka?”. I oto dziś, po niemal pół wieku, patrząc na pana Borysa Budkę, człowieka rozlicznych wszak cnót, mogę powtórzyć: Czy nie było ładniejszego chłopczyka?
A może nawet nie tyle ładniejszego, co nieco bardziej przekonywującego. A najlepiej dziewczynki. Czy naprawdę Platforma nie mogła wykonać wysiłku organizacyjnego i intelektualnego, by pokazać, że jest jednak partią nowoczesną oraz idącą z duchem czasu – i na tle czterech niewyględnych facetów zaprezentować jakąś nieodpychającą przedstawicielkę płci pięknej?
W końcu wszystkie kobiety, które w wielu krajach robią dziś karierę w polityce (może z tym jednym, najważniejszym wyjątkiem) wyglądają dość atrakcyjnie – i bardzo dobrze . Zwłaszcza więc powinna się o to postarać partia, która chce mieć premiera-kobietę.
Oczywiście, teoretycznie najlepiej, gdyby wtedy w telewizji wystąpiła sama Małgorzata Kidawa Błońska. Ja rozumiem, że może trudno jej było w krótkim czasie obkuć się na tyle, by posiąść wiedzę, jaką powinna mieć kandydatka pragnąca być premierem i stająca w szranki ostrej debaty telewizyjnej – w dodatku odbywającej się w nieżyczliwej PiS-owskiej telewizji rządowej. Ale jeśli są takie wątpliwości, to może – choć to już poniewczasie – warto się było zastanowić, czy w ogóle należało ją typować na premiera?.
Niestety, niczego nie ujmując pani Kidawie Błońskiej, jest z nią taki kłopot, że niekiedy wygląda, jakby była lekko senna i – przykro mi to mówić – nie sprawia wrażenia osoby przesadnie kompetentnej.
Tymczasem premier powinien wyglądać na człowieka zdecydowanego, energicznego i takiego, co wie jak sobie radzić w kłopotliwej sytuacji (w domyśle – że poradzi sobie i wtedy, gdy w kłopotliwej sytuacji będzie kraj), a zarazem w miarę niegłupiego i dostatecznie kulturalnego w obejściu.
Inna sprawa, że niewielu było w Polsce premierów o tak skomplikowanym imidżu. Szczerze mówiąc, tylko jeden, Donald Tusk, oraz może, w ich najlepszych okresach, Leszek Miller i Jan Krzysztof Bielecki, a także, w porywach, Mieczysław Rakowski (choć premierował przy nieżyczliwych dla siebie wichrach dziejowych).
Wracając zaś do nieszczęsnego spotu wyborczego z żałosną rodziną – należy go jak najszybciej zdjąć, a zamiast tego nagrać Grzegorza Schetynę, który twardo i w miarę brutalnie (bo nie ma on wyglądu człowieka zwykłego prawić piękne słówka) ozwałby się w sposób następujący:
„Moi drodzy! Patrzycie na kasę z 500 plus i jesteście zadowoleni, że ją dostajecie. Tylko pamiętajcie, że aby tu można było dodać, gdzie indziej trzeba było zabrać. Zauważcie, że w Polsce pod rządami PiS rośnie strefa skrajnego ubóstwa, coraz dłużej trzeba czekać w kolejce do lekarzy, spada poziom opieki medycznej, rośnie śmiertelność niemowląt, skraca się przeciętna długość życia Polaków, mamy coraz bardziej zatrute powietrze, Polskę zalewa kiepski rosyjski węgiel, ludzie piją coraz więcej alkoholu, rośnie liczba zabójstw, sprawy w sądach trwają coraz dłużej, panuje zamęt w edukacji, program budowy tanich mieszkań okazał się kłamliwą lipą. To są wszystko twarde statystyczne dane, możliwe do natychmiastowego sprawdzenia, wzięte z GUS-u, raportów NIK, meldunków policji, informacji poszczególnych resortów. Takie są efekty niespełna czterech lat rządów PiS. Zastanówcie się więc, czy naprawdę chcecie dłużej żyć z taką władzą?
Co by o nas nie powiedzieć, to pod rządami PO, te negatywne zjawiska były stopniowo ograniczane, a pod rządami PiS się nasilają. My nie byliśmy hipokrytami, zalewającymi was kłamliwymi obietnicami. Oskarżają nas dziś, że rządziliśmy wiele lat ale nie wprowadziliśmy 500 plus A ja odpowiadam – bo wtedy było to niemożliwe, mieliśmy światowy kryzys finansowy, dopiero rozpędzaliśmy naszą gospodarkę.
To przecież my wprowadziliśmy gospodarkę na taki poziom i daliśmy jej takie podstawy rozwojowe oraz finansowe, że PiS może dziś z tego korzystać – i w warunkach świetnej koniunktury światowej, znajdować środki na transfery socjalne. A i tak, żeby te transfery finansować, musi ujmować pieniędzy z innych dziedzin. Wybierzcie więc tych, którzy nie mydlą wam oczu i nie opowiadają bajek, jak to pod ich rządami wszystko jest wspaniale.
Wiem co sobie myślicie: że wszyscy politycy to banda kłamców i złodziei, więc warto głosować na tych, którzy wprawdzie kradną jak i inni, ale chociaż się dzielą. Tyle, że PiS się z wami nie dzieli!. PiS wam z jednej strony dodaje, a z drugiej jeszcze więcej zabiera. My natomiast na pewno nie zabierzemy tego, co dał wam PiS, a przestaniemy zabierać to wszystko, co PiS dziś zabiera”.
Howgh!!!

Przemoc w roli głównej

Sezon 2018/2019 w stolicy (II)

W minionym sezonie na pierwszy plan wysunęła się z rozmaitych stron oświetlana przemoc. To widomy znak niepokoju, jaki budzi wśród artystów narastanie agresji w przestrzeni publicznej – teatr zachowuje się jak doświadczony terapeuta.

Teatr odmalowywał przemoc na wiele sposobów – od form prawie niedostrzegalnych po przemoc na całego, bez żadnych ograniczeń. To przestrzeń między kameralnymi zbliżeniami na Scenie Studio Teatru Narodowego („Tchnienie”, „Kilka dziewczyn” i „Ironbound”) po „Mein Kampf” w Teatrze Powszechnym.
Pierwsze dwie sprawiają wrażenie ćwiczeń aktorskich, ale to swoista propedeutyka przemocy. To spektakle skupione na słowie, które potrafi ranić – tak czy owak trwa
passa nurtu feministycznego
pod wyraźnym wpływem teatru interwencyjnego Oliviera Frljicia, który swoją „Klątwą” w Teatrze Powszechnym przełamał ostatnie flanki oporu przed mówieniem wprost o największych bolączkach i opresjach naszych czasów. Najsilniejszym akcentem nurtu feministycznego w stolicy były „Bachantki” (właśnie w Powszechnym) w adaptacji Mai Kleczewskiej i Łukasza Chotkowskiego. W tragedii Eurypidesa dostrzegli oni źródło opresji kobiet, „uciśnionych, spętanych przez opresyjną kulturę i represyjną władzę” – jak pisał Krzysztof Lubczyński. Spektakl atrakcyjny wizualnie (scenografia inspirowana starożytną architekturą teatralną), pełen niespodzianek (żywy wąż, zabawka-robot, udział widzów w widowisku, wyproszenie mężczyzn) niekoniecznie odzwierciedla treść tragedii Eurypidesa, ale konsekwentnie interpretuje jej przesłanie jako obraz ucisku kobiet (męską dominację uosabia Penteusz – w tej roli sugestywny Michał Czachor).
Mocne przesłanie feministyczne niosły też spektakle Teatru Dramatycznego o przemocy uprawianej przez mężczyzn: „Miłość od ostatniego wejrzenia” Vedrany Rudan (reż. Iwona Kempa) oraz „I że cię nie opuszczę” Gérarda Watkinsa (reż. Aldona Figura, scena Przodownik). Iwona Kempa rozpisała przeżycia i doznania bohaterki powieści Rudan, na cztery głosy – grają ją (jako dziewczynę i kobietę w różnym wieku) Karolina Charkiewicz, Magdalena Czerwińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska – towarzyszy im czasem matka – Małgorzata Niemirska, przejmująca w roli zahukanej kobiety. Tłem spektaklu jest instalacja Joanny Zemanek „Popiół i diamenty”, przedstawiająca rząd obszernych-pudeł, w których artystka umieściła suknie ślubne. Pudła przypominają trumny. Spektakl w Przodowniku zaś ukazuje, jak związek, w którym pojawia się przemoc, staje się toksyczny i niebezpieczny dla obu stron.
Przejmującym
wołaniem przeciw przemocy
wobec kobiet okazał się muzodram Anety Todorczuk „Kobieta, która wpadła na drzwi” Roddy’ego Doyle’a (scenariusz i reżyseria Adam Sajnuk, Teatr WarSawy). Związanie tekstu irlandzkiego pisarza z piosenkami Sinead O’Connor okazało się niezwykle twórcze. Dzięki muzyce, wyrafinowanym aranżom (Michał Lamża), hiperrealistyczna, niestroniąca od brutalności proza zyskała wymiar metafory.
Podobnie metaforyczny, a jednocześnie zmysłowy charakter nosił muzodram „Almodovaria” (Polonia, reż. Anna Wieczur-Bluszcz), oparty na motywach filmów Pedra Almodóvara z poruszającymi tekstami piosenek Anny Burzyńskiej. Scenariusz utkany ze zwierzeń bohaterki, z opowiedzianą piosenkami historią życia, przemawiał z niezwykłą siłą dzięki aktorskiej i wokalnej maestrii Anny Sroki-Hryń (jedna z najlepszych ról kobiecych sezonu).
O przemocy i zbrodni wypieranej z pamięci traktował spektakl „Rechnitz. Opera. Anioł Zagłady” z muzyką Wojtka Blecharza według dramatu Elfride Jelinek (reż. Katarzyna Kalwat, TR Warszawa) nawiązującym do wydarzeń na pograniczu austriacko-węgierskim w zamku Rechnitz. Pod sam koniec wojny hitlerowcy, goście baronowej Margit Batthyány wymordowali niemal 200 żydowskich jeńców-robotników przymusowych. Aktorzy wydobyli istotę przesłania Jelinek – historia została wtłoczona w formę, która uwodzi swoim wyszukanym pięknem, w dużej mierze niwelując znaczenie samej treści. Magdalena Kuta z precyzją, sugestywnie odtwarza napięcie psychiczne, jakie towarzyszyło zbrodniczym czynom baronowej, tytułowego Anioła Zagłady, Lech Łotocki powołuje się na dobro narodu i luki pamięci w zawiłych przemówieniach. Tomasz Tyndyk portretuje kogoś skłonnego do zachowania swobody w każdej sytuacji, Cezary Kosiński, Paweł Smagała i Agnieszka Żulewska wnoszą własne akcenty do tego koncertu kunsztownej niepamięci, z którym usiłuje zerwać Jelinek. Nie od dzisiaj oskarża austriackie społeczeństwo o wyparcie win, o tuszowanie przeszłości. Ale, jak wiemy, to nie tylko problem Austriaków.
„Rechnitz” blisko nurtowi
„teatru po klątwie”,
który nie tyle odnawia dawny model uprawiania polityki w teatrze (z czasów PRL) przede wszystkim za pośrednictwem aluzji, ile tworzy nowy język, stosując inne niż w przeszłości środki, zastępuje aluzję aktem bezpośredniej interwencji. Proces tej przemiany osiągnął pełną dojrzałość w „Klątwie” Olivera Frljicia na deskach Teatru Powszechnego. To tej scenie przypada rola konstruktora nowocześnie rozumianego teatru politycznego, co potwierdzają premiery w tym sezonie, a zwłaszcza „Mein Kampf” w reżyserii Jakuba Skrzywanka, który był asystentem Frljicia podczas realizacji „Klątwy”. Rozczarowany blokadą dialogu po tej premierze, teraz postawił pytanie nie tyle o to, jak to niegdyś z hitleryzmem bywało, ile o to, jak głęboko idee faszystowskie tkwią w społecznej świadomości. Ostrym pytaniom towarzyszą prowokujące środki wypowiedzi – już w prologu spektaklu program Hitlera aktorzy przedstawiają jako wypowiedź animowanych przez aktorów własnych obnażonych półdupków. Takich przekroczeń jest więcej – przerwę spektaklu reżyser wykorzysta, aby wyprowadzić aktorów do foyer. Przebrani w monstrualnych rozmiarów kostiumy małpoludów o ogromnych tyłkach, obwisłych piersiach (kobiety) i wybujałych członkach (mężczyźni), zaczepiają i zapraszają widzów na widownię. Wtedy zaczyna się „rasowy” finał: Aleksandra Bożek czyta fragmenty „Mein Kampf” poświęcone hodowli czystych rasowo Niemców.
Kluczowa w teatrze po klątwie jest treść przekazu – komunikat płynący ze sceny: patrzcie, tak jest i tak być nie może, musimy to zmienić. Chodzi o stany opresyjne, tłumiące wolność słowa, o prawa kobiet, prawo do wyboru własnego modelu życia, swobodę wyznawania poglądów, odmowę uczestnictwa w działaniach sprzecznych z czyimś światopoglądem. Z tego punktu widzenia nurt feministyczny można traktować jako część albo ruch sojuszniczy wobec teatru po klątwie. Do spektakli skierowanych przeciw opresji dopisać trzeba też „Dzieci księży” (reż. Daria Kopiec, Dramatyczny, Scena na Woli) na podstawie przejmujących reportaży Marty Abramowicz, w którym z pasją odsłania się wstydliwy i pomijany do tej pory temat.
Taki odcień noszą też
spektakle perswazyjne,
odsłaniające pomijane albo lekceważone problemy społeczne, na czele z zagrożeniami środowiska naturalnego, m.in. „Jak ocalić świat na małej scenie?” w reżyserii Pawła Łysaka w Teatrze Powszechnym czy spektakle Nowego Teatru: „Kino moralnego niepokoju” na motywach eseju „Walden” Henry’ego Davida Thoreau w reżyserii Michała Borczucha, czy „Ostatni” Romualda Krężla, edukacyjny performans, bliższy lekcji niż teatrowi, uczulający na zagrożenia płynące z antyekologicznych zachowań człowieka. Nowoodkrytej na warszawskiej scenie tematyce ekologicznej poświęcona jest debiutancka sztuka Dawn King „Łowca” (reż. Wojciech Urbański, Ateneum, Scena 61), nawiązująca do antyutopii w duchu Orwella. Ukazuje świat bezwzględnie kontrolowany i regulowany strachem – lęk przed bestiami (w sztuce King są nimi chytre lisy) uzasadnia ingerencję aparatu władzy nawet w najintymniejsze szczegóły życia osobistego.
Edukacyjny charakter mają ostre spektakle Fundacji Banina, pokazywane w szkołach. W tym sezonie ich twórcy dobrze zapisali się „Obcą” Katarzyny Mazur-Lejman (reż. Bartek Miernik), wyrastającą z doświadczeń ukraińskiej imigrantki, która po traumie Majdanu przybywa do Polski i tu próbuje znaleźć swoje miejsce. Czuje się obca, jest traktowana jak obca – podejrzliwie i z lękiem. Spektakl nie jest zapisem konkretnych doświadczeń, ale raczej symbolizuje relację obcy-swój. Dalece też wykracza poza jednostkowe przeżycia imigrantki z Ukrainy, choć mówi o tym młoda Ukrainka Solomija Mardarovych z Kołomyi. Bardzo wymowne jest jej spotkanie z żołnierzem (to po prostu ołowiany żołnierzyk), który strzeże granicy utworzonej z ptasich piórek – wystarczy dmuchnąć i granica znika. Tak można postąpić na scenie, w marzeniu, ale w życiu?
Wzajemnemu niezrozumieniu usiłuje zaradzić Iwan Wyrypajew i jego spektakl Irańska konferencja. Jak mówi autor: Iran i jego religia jest pretekstem do powiedzenia czegoś o nas wszystkich – czy umiemy ze sobą rozmawiać? Spektakl gromadzi dowody, że raczej nie, ale budzi uśpioną wrażliwość na argumenty inaczej myślących. W tym samym duchu Agnieszka Glińska interpretuje „Widok z mostu” Artura Millera (Dramatyczny), jako tragedię opisującą podejrzliwość wobec obcych. Szczególnie silnie działa na wyobraźnię widzów trzykrotnie powtórzona, pantomimiczna sekwencja finału, podczas którego nie kapnie ani jedna kropla krwi, ale widzowie wstrzymują oddech.

Kobieta z Morskiego Oka

W zimowy ranek nad Morskim Okiem
idzie kobieta i błądzi wzrokiem
Czy o czymś myśli, a może marzy?
Nikt się zapytać jej nie odważy.

A nawet gdyby ktoś a zapytał,
to nie odpowie, bo ona skryta
Za mocno czuje, za bardzo wierzy,
choć się z lękami swoimi mierzy.

Lecz góry dobrze ją rozumieją…
Nic nie pytają i się nie śmieją
I chociaż z życiem ludzkim igrają,
wolność i siłę jej dają.

Marta K. – symbol feminizmu

Mistrzowski trolling, u którego źródeł leżą niestety tezy wygłaszane z pełną powagą.

 

Po przeczytaniu tekstu red. Magdaleny Grzyb ciśnienie podniosło mi się tak mocno, że przez chwilę naprawdę obawiałam się o własne zdrowie. Oto córka Lecha i Marii Kaczyńskich uznana została za Matkę Boską feminizmu. O tempora, o mores! Spalić, zniszczyć, odlajkować fanpejdż natychmiast! Na szczęście, kiedy krew przestała zalewać mi oczy, zrozumiałam – ten artykuł to trolling wszech czasów. I jako taki, jest po prostu wyśmienity.
Tylko że zwolenniczek rysowania nad głową Marty Kaczyńskiej aureoli tak zupełnie na serio nie brakuje. I to już nie jest takie zabawne.
„Kocha mężczyzn tak długo, jak chce – niekoniecznie na zawsze. Nie trzyma się ich kurczowo niczym pijawka, ale odważnie idzie za głosem serca. A do tego wszystkiego jeszcze realizuje się jako matka i z kiepskimi prognozami demograficznymi dla naszego narodu walczy osobiście. Nowoczesna emancypantka i patriotka”. Wyrażenie „kocha tak długo jak chce” to absolutne złoto. I wszystkim zafiksowanym na „zmienianie w kółko kochanków jak Marta jest takie emancypujące” zadedykować je trzeba w kontekście na przykład trzykrotnego rozwodnika, o którego romansach trąbią co i raz wszystkie pudelki, kozaczki i inne robaczki. Historia pierwszego małżeństwa Marty Kaczyńskiej, jej najstarszego dziecka i podważania ojcostwa zupełnie na poważnie daje do myślenia w kontekście definiowania feminizmu i przejmowania sterów przez kobietę. I znów – swojego czasu słychać było wiele głosów rozgrzeszających Martę Kaczyńską i definiujących ją jako „tę, co zagrała patriarchatowi na nosie”.
Nie wiem, jak było, nie wiem, co się komu układało, kiedy przestało. Wiem, że z pewnością nie była to historia opisywana w mediach jako historia otwartego związku. Była raczej opisywana jako historia mężczyzny, który nie zdawał sobie sprawy, że wychowuje córkę innego, jak się później okazało – kolejnego męża swojej ówczesnej żony.
Nie przypominam sobie w zasadzie Marty Kaczyńskiej w roli niezależnej, pracującej latami na swój sukces, bez mężczyzny przyklejonego do jej boku. Portalom plotkarskim raczej nie brakowało materiałów dotyczących jej życia osobistego. „Nie trzyma się ich kurczowo niczym pijawka” jest chwytem zastosowanym z precyzją karateki.
„Jej odwaga w wymienianiu mężów na coraz lepsze modele, podążanie za głosem serca nieskrępowane żadnymi patriarchalnymi krępującymi kobiece uczucia normami, odmowa trwania w relacjach bez miłości i ciągłe szukanie tej lepszej, tej prawdziwej umieszczają ją w panteonie feministycznych rewolucjonistek, które buntują się przeciw właściwemu naszej płci poddaństwu w sferze domowej, zrzucają kajdany opresji patriarchalnej i śmiało ruszają na poszukiwania lepszego losu! Marta Kaczyńska jest moją bohaterką – feministyczną heroiną na miarę naszych czasów!”.
Jest w historii Marty Kaczyńskiej pewien motyw krzywego zwierciadła męskiej opresji. Natomiast nie należy zapominać, że Kaczyńska ze swoim odwiecznym uprzywilejowaniem nie jest też szczególnie wzorem drogi od zniewolenia (np. katolickim wychowaniem) do wyzwolenia (zwłaszcza, że jego jedyną dostępną areną jest łóżko).
Była też swojego czasu w publicznej działalności Kaczyńskiej pewna strona, pewien wewnętrzny imperatyw, nakazujący skrytykować do ziemi kampanię #sexed.pl Anji Rubik. Kaczyńska ostrzegała wówczas przed masturbacją i polecała: „Najbezpieczniej mieć jednego partnera, o małżonku nie wspominając”.
Z pewnością jest to postać, zmuszająca patriarchat i tradycyjny porządek do tego, aby tańczyły walczyka stojąc na jednej ręce na grzbiecie słonia jadącego na żółwiu.

Same suki

Zawsze mnie zastanawiało, czy wszyscy oburzeni koniecznością płacenia alimentów tatusiowie (tak, ten tekst jest o mężczyznach), mówiąc „nie dam nic tej suce”, „nic ze mnie kurew jedna nie wyciągnie”, „jeszcze pokażę tej dziwce”, zdają sobie sprawę, do kogo tak naprawdę mówią. Takie komunikaty tatusiowie ci formułują nagminnie, ale ich mimowolnymi adresatami stają się dzieci.
Bo to na ich utrzymanie, nie na swoje byłe żony czy dziewczyny panowie mają obowiązek sądowy łożyć.
Wczoraj była żona Piotra „Glacy”, lidera Sweet Noise i My Riot, napisała pełen żalu post o tym, jak wraz z córką obserwuje ukrywanie przez muzyka majątku z pomocą jego nowej partnerki.
„Nie myślcie, że jestem ofiarą” – napisała Sylwia Lato. – „Ofiarą w każdym przypadku jest dziecko”. Poskarżyła się, że czuje bezsilność, gdy widzi, jak jej były mąż zatrudnia przy swojej solowej płycie kosztownego specjalistę, który pracował m.in. z Marilynem Mansonem czy Depeche Mode. W sądzie natomiast wniósł o zmniejszenie alimentów. „Bo to nie alimenty, tylko zemsta”.
Była partnerka znanego artysty dołączyła też screen z Instagrama, na którym Glaca pisał o niej między innymi „Możesz nasyłać na mnie wszystkie pały świata, suko”, „dziś jesteś dla mnie tylko zwykłą kurwą”, „uważaj, bo nadejdzie dzień”; „#reallife”. Ten jakże wzruszający apel miał wystosować do niej muzyk po kolejnej interwencji komornika i policji.
Wokół posta zrobiła się awantura po tym, jak upubliczniła go na swojej tablicy redaktor Karolina Korwin Piotrowska. Dziennikarka zresztą szybko dostała od muzyka wiadomość z żądaniem przeprosin. Nie przeprosiła. Zamiast tego ogłosiła, że zanim udostępniła posta, w zamierzeniu dedykowanego tylko znajomym, zapoznała się ze stosownymi dokumentami i jest pewna racji kobiety.
Cóż, ja żadnych dokumentów nie widziałam. Nie znam ani pana Glacy, ani jego byłej żony. Nie znam układów między nimi. Nie mam tu zamiaru bawić się w wydawanie żadnych wyroków. Tylko czasem czytam Facebooka pani Karoliny (jej wpis udostępniło zresztą już koło 150 osób). I mam kilka ogólnych refleksji.
Na przykład taką, że w przestrzeni publicznej podobne oskarżenie śmiga co i raz – chciała go zniszczyć z zawiści, złamać karierę mu chciała, napisała w momencie, gdy wydawał, występował, w trasę ruszał, film kręcił, awans dostawał.
Była żona Mateusza Kijowskiego też w pewnym momencie została ochrzczona suką, która zamierzała pociągnąć w dół męża stanu. Akurat, kiedy był na wznoszącej, zaczął być rozpoznawalny, został twarzą oddolnej opozycji.
Mnie interesuje nieco inny aspekt tej sprawy. Czy nikt nie pomyślał, że wśród tysięcy kobiet, szarpiących się o alimenty, też są niedoszłe wizjonerki, artystki, naukowczynie, polityczki? Czy ktoś pomyślał o setkach złamanych lub nigdy nie zrealizowanych karier muzycznych, filmowych?
O nigdy nie odkrytych potencjałach, bo po 16.00 trzeba odebrać z przedszkola, a z mało rozwijającej pracy trudno się zwolnić, bo ojciec się nie poczuwa, a mały co kilka miesięcy wyrasta z butów, potrzebuje pojechać z klasa na wycieczkę i co roku musi mieć nowe podręczniki? Fani muzyka Glacy piszą do Korwin Piotrowskiej, że czują się osobiście dotknięci. To nie fair. Nikt nie myśli o tym, że może „mama” też mogła mieć jakichś fanów. Mogła jeździć w trasy koncertowe, właśnie odbierać Nike albo Złotego Lwa. Też mogła dorobić się armii wypisującej na Facebooku komentarze w stylu „odczepcie się, ona wielką poetką jest”.
To smutne, że mężczyźni wciąż lubią powtarzać ten krzywdzący mit o kobietach dorabiających się na rozwodzie i „ustawionych do końca życia”.
Takie przypadki pewnie też można spotkać gdzieś w przyrodzie. Statystyki mówią jednak twardo o milionie dzieci, czekających w Polsce na pieniądze od swoich ojców (najczęściej ojców). Czy one też zawierają się w tym zbiorze chciwych suk i kurew?
Te, którym państwo płaci z Funduszu Alimentacyjnego to około 10 procent – wymagany dochód to ciągle 725 zł na osobę. Kobiety, które zarabiają więcej, zostają ze ściganiem dzielnych tatusiów same.
Komornicy mają różną skuteczność (średnia ściągalność dryfuje mniej więcej na poziomie 19 procent), zwłaszcza, kiedy formalnie mężczyzna nie wykazuje dochodów, ale za to wstawia na Facebooka zdjęcia z egzotycznych wojaży, zakłada nową rodzinę albo pracuje na najniższej krajowej u partnerki obracającej tłustymi sumami.
Na miejscu takiej kobiety pewnie też napisałabym w mediach społecznościowych posta kipiącego od bezsilności.
Według Krajowej Rady Komorniczej długi alimentacyjne to 10,5 miliarda złotych. Dzięki sankcjom Ziobry spadły z 11,3. Nadal jednak alimenciarze „niefunduszowi” mogą bezkarnie raz na jakiś czas rzucić dziecku ochłap. I wrócić do swoich karier, samochodów, lewych faktur. Dlatego trudno mi uwierzyć, że za każdym razem to te złe suki się sprzysięgają, by łamać najpierw serca, a potem kariery. Wierzcie mi, jestem dzieckiem alimenciarza.