Kobieta z Morskiego Oka

W zimowy ranek nad Morskim Okiem
idzie kobieta i błądzi wzrokiem
Czy o czymś myśli, a może marzy?
Nikt się zapytać jej nie odważy.

A nawet gdyby ktoś a zapytał,
to nie odpowie, bo ona skryta
Za mocno czuje, za bardzo wierzy,
choć się z lękami swoimi mierzy.

Lecz góry dobrze ją rozumieją…
Nic nie pytają i się nie śmieją
I chociaż z życiem ludzkim igrają,
wolność i siłę jej dają.

Marta K. – symbol feminizmu

Mistrzowski trolling, u którego źródeł leżą niestety tezy wygłaszane z pełną powagą.

 

Po przeczytaniu tekstu red. Magdaleny Grzyb ciśnienie podniosło mi się tak mocno, że przez chwilę naprawdę obawiałam się o własne zdrowie. Oto córka Lecha i Marii Kaczyńskich uznana została za Matkę Boską feminizmu. O tempora, o mores! Spalić, zniszczyć, odlajkować fanpejdż natychmiast! Na szczęście, kiedy krew przestała zalewać mi oczy, zrozumiałam – ten artykuł to trolling wszech czasów. I jako taki, jest po prostu wyśmienity.
Tylko że zwolenniczek rysowania nad głową Marty Kaczyńskiej aureoli tak zupełnie na serio nie brakuje. I to już nie jest takie zabawne.
„Kocha mężczyzn tak długo, jak chce – niekoniecznie na zawsze. Nie trzyma się ich kurczowo niczym pijawka, ale odważnie idzie za głosem serca. A do tego wszystkiego jeszcze realizuje się jako matka i z kiepskimi prognozami demograficznymi dla naszego narodu walczy osobiście. Nowoczesna emancypantka i patriotka”. Wyrażenie „kocha tak długo jak chce” to absolutne złoto. I wszystkim zafiksowanym na „zmienianie w kółko kochanków jak Marta jest takie emancypujące” zadedykować je trzeba w kontekście na przykład trzykrotnego rozwodnika, o którego romansach trąbią co i raz wszystkie pudelki, kozaczki i inne robaczki. Historia pierwszego małżeństwa Marty Kaczyńskiej, jej najstarszego dziecka i podważania ojcostwa zupełnie na poważnie daje do myślenia w kontekście definiowania feminizmu i przejmowania sterów przez kobietę. I znów – swojego czasu słychać było wiele głosów rozgrzeszających Martę Kaczyńską i definiujących ją jako „tę, co zagrała patriarchatowi na nosie”.
Nie wiem, jak było, nie wiem, co się komu układało, kiedy przestało. Wiem, że z pewnością nie była to historia opisywana w mediach jako historia otwartego związku. Była raczej opisywana jako historia mężczyzny, który nie zdawał sobie sprawy, że wychowuje córkę innego, jak się później okazało – kolejnego męża swojej ówczesnej żony.
Nie przypominam sobie w zasadzie Marty Kaczyńskiej w roli niezależnej, pracującej latami na swój sukces, bez mężczyzny przyklejonego do jej boku. Portalom plotkarskim raczej nie brakowało materiałów dotyczących jej życia osobistego. „Nie trzyma się ich kurczowo niczym pijawka” jest chwytem zastosowanym z precyzją karateki.
„Jej odwaga w wymienianiu mężów na coraz lepsze modele, podążanie za głosem serca nieskrępowane żadnymi patriarchalnymi krępującymi kobiece uczucia normami, odmowa trwania w relacjach bez miłości i ciągłe szukanie tej lepszej, tej prawdziwej umieszczają ją w panteonie feministycznych rewolucjonistek, które buntują się przeciw właściwemu naszej płci poddaństwu w sferze domowej, zrzucają kajdany opresji patriarchalnej i śmiało ruszają na poszukiwania lepszego losu! Marta Kaczyńska jest moją bohaterką – feministyczną heroiną na miarę naszych czasów!”.
Jest w historii Marty Kaczyńskiej pewien motyw krzywego zwierciadła męskiej opresji. Natomiast nie należy zapominać, że Kaczyńska ze swoim odwiecznym uprzywilejowaniem nie jest też szczególnie wzorem drogi od zniewolenia (np. katolickim wychowaniem) do wyzwolenia (zwłaszcza, że jego jedyną dostępną areną jest łóżko).
Była też swojego czasu w publicznej działalności Kaczyńskiej pewna strona, pewien wewnętrzny imperatyw, nakazujący skrytykować do ziemi kampanię #sexed.pl Anji Rubik. Kaczyńska ostrzegała wówczas przed masturbacją i polecała: „Najbezpieczniej mieć jednego partnera, o małżonku nie wspominając”.
Z pewnością jest to postać, zmuszająca patriarchat i tradycyjny porządek do tego, aby tańczyły walczyka stojąc na jednej ręce na grzbiecie słonia jadącego na żółwiu.

Same suki

Zawsze mnie zastanawiało, czy wszyscy oburzeni koniecznością płacenia alimentów tatusiowie (tak, ten tekst jest o mężczyznach), mówiąc „nie dam nic tej suce”, „nic ze mnie kurew jedna nie wyciągnie”, „jeszcze pokażę tej dziwce”, zdają sobie sprawę, do kogo tak naprawdę mówią. Takie komunikaty tatusiowie ci formułują nagminnie, ale ich mimowolnymi adresatami stają się dzieci.
Bo to na ich utrzymanie, nie na swoje byłe żony czy dziewczyny panowie mają obowiązek sądowy łożyć.
Wczoraj była żona Piotra „Glacy”, lidera Sweet Noise i My Riot, napisała pełen żalu post o tym, jak wraz z córką obserwuje ukrywanie przez muzyka majątku z pomocą jego nowej partnerki.
„Nie myślcie, że jestem ofiarą” – napisała Sylwia Lato. – „Ofiarą w każdym przypadku jest dziecko”. Poskarżyła się, że czuje bezsilność, gdy widzi, jak jej były mąż zatrudnia przy swojej solowej płycie kosztownego specjalistę, który pracował m.in. z Marilynem Mansonem czy Depeche Mode. W sądzie natomiast wniósł o zmniejszenie alimentów. „Bo to nie alimenty, tylko zemsta”.
Była partnerka znanego artysty dołączyła też screen z Instagrama, na którym Glaca pisał o niej między innymi „Możesz nasyłać na mnie wszystkie pały świata, suko”, „dziś jesteś dla mnie tylko zwykłą kurwą”, „uważaj, bo nadejdzie dzień”; „#reallife”. Ten jakże wzruszający apel miał wystosować do niej muzyk po kolejnej interwencji komornika i policji.
Wokół posta zrobiła się awantura po tym, jak upubliczniła go na swojej tablicy redaktor Karolina Korwin Piotrowska. Dziennikarka zresztą szybko dostała od muzyka wiadomość z żądaniem przeprosin. Nie przeprosiła. Zamiast tego ogłosiła, że zanim udostępniła posta, w zamierzeniu dedykowanego tylko znajomym, zapoznała się ze stosownymi dokumentami i jest pewna racji kobiety.
Cóż, ja żadnych dokumentów nie widziałam. Nie znam ani pana Glacy, ani jego byłej żony. Nie znam układów między nimi. Nie mam tu zamiaru bawić się w wydawanie żadnych wyroków. Tylko czasem czytam Facebooka pani Karoliny (jej wpis udostępniło zresztą już koło 150 osób). I mam kilka ogólnych refleksji.
Na przykład taką, że w przestrzeni publicznej podobne oskarżenie śmiga co i raz – chciała go zniszczyć z zawiści, złamać karierę mu chciała, napisała w momencie, gdy wydawał, występował, w trasę ruszał, film kręcił, awans dostawał.
Była żona Mateusza Kijowskiego też w pewnym momencie została ochrzczona suką, która zamierzała pociągnąć w dół męża stanu. Akurat, kiedy był na wznoszącej, zaczął być rozpoznawalny, został twarzą oddolnej opozycji.
Mnie interesuje nieco inny aspekt tej sprawy. Czy nikt nie pomyślał, że wśród tysięcy kobiet, szarpiących się o alimenty, też są niedoszłe wizjonerki, artystki, naukowczynie, polityczki? Czy ktoś pomyślał o setkach złamanych lub nigdy nie zrealizowanych karier muzycznych, filmowych?
O nigdy nie odkrytych potencjałach, bo po 16.00 trzeba odebrać z przedszkola, a z mało rozwijającej pracy trudno się zwolnić, bo ojciec się nie poczuwa, a mały co kilka miesięcy wyrasta z butów, potrzebuje pojechać z klasa na wycieczkę i co roku musi mieć nowe podręczniki? Fani muzyka Glacy piszą do Korwin Piotrowskiej, że czują się osobiście dotknięci. To nie fair. Nikt nie myśli o tym, że może „mama” też mogła mieć jakichś fanów. Mogła jeździć w trasy koncertowe, właśnie odbierać Nike albo Złotego Lwa. Też mogła dorobić się armii wypisującej na Facebooku komentarze w stylu „odczepcie się, ona wielką poetką jest”.
To smutne, że mężczyźni wciąż lubią powtarzać ten krzywdzący mit o kobietach dorabiających się na rozwodzie i „ustawionych do końca życia”.
Takie przypadki pewnie też można spotkać gdzieś w przyrodzie. Statystyki mówią jednak twardo o milionie dzieci, czekających w Polsce na pieniądze od swoich ojców (najczęściej ojców). Czy one też zawierają się w tym zbiorze chciwych suk i kurew?
Te, którym państwo płaci z Funduszu Alimentacyjnego to około 10 procent – wymagany dochód to ciągle 725 zł na osobę. Kobiety, które zarabiają więcej, zostają ze ściganiem dzielnych tatusiów same.
Komornicy mają różną skuteczność (średnia ściągalność dryfuje mniej więcej na poziomie 19 procent), zwłaszcza, kiedy formalnie mężczyzna nie wykazuje dochodów, ale za to wstawia na Facebooka zdjęcia z egzotycznych wojaży, zakłada nową rodzinę albo pracuje na najniższej krajowej u partnerki obracającej tłustymi sumami.
Na miejscu takiej kobiety pewnie też napisałabym w mediach społecznościowych posta kipiącego od bezsilności.
Według Krajowej Rady Komorniczej długi alimentacyjne to 10,5 miliarda złotych. Dzięki sankcjom Ziobry spadły z 11,3. Nadal jednak alimenciarze „niefunduszowi” mogą bezkarnie raz na jakiś czas rzucić dziecku ochłap. I wrócić do swoich karier, samochodów, lewych faktur. Dlatego trudno mi uwierzyć, że za każdym razem to te złe suki się sprzysięgają, by łamać najpierw serca, a potem kariery. Wierzcie mi, jestem dzieckiem alimenciarza.