Marta K. – symbol feminizmu

Mistrzowski trolling, u którego źródeł leżą niestety tezy wygłaszane z pełną powagą.

 

Po przeczytaniu tekstu red. Magdaleny Grzyb ciśnienie podniosło mi się tak mocno, że przez chwilę naprawdę obawiałam się o własne zdrowie. Oto córka Lecha i Marii Kaczyńskich uznana została za Matkę Boską feminizmu. O tempora, o mores! Spalić, zniszczyć, odlajkować fanpejdż natychmiast! Na szczęście, kiedy krew przestała zalewać mi oczy, zrozumiałam – ten artykuł to trolling wszech czasów. I jako taki, jest po prostu wyśmienity.
Tylko że zwolenniczek rysowania nad głową Marty Kaczyńskiej aureoli tak zupełnie na serio nie brakuje. I to już nie jest takie zabawne.
„Kocha mężczyzn tak długo, jak chce – niekoniecznie na zawsze. Nie trzyma się ich kurczowo niczym pijawka, ale odważnie idzie za głosem serca. A do tego wszystkiego jeszcze realizuje się jako matka i z kiepskimi prognozami demograficznymi dla naszego narodu walczy osobiście. Nowoczesna emancypantka i patriotka”. Wyrażenie „kocha tak długo jak chce” to absolutne złoto. I wszystkim zafiksowanym na „zmienianie w kółko kochanków jak Marta jest takie emancypujące” zadedykować je trzeba w kontekście na przykład trzykrotnego rozwodnika, o którego romansach trąbią co i raz wszystkie pudelki, kozaczki i inne robaczki. Historia pierwszego małżeństwa Marty Kaczyńskiej, jej najstarszego dziecka i podważania ojcostwa zupełnie na poważnie daje do myślenia w kontekście definiowania feminizmu i przejmowania sterów przez kobietę. I znów – swojego czasu słychać było wiele głosów rozgrzeszających Martę Kaczyńską i definiujących ją jako „tę, co zagrała patriarchatowi na nosie”.
Nie wiem, jak było, nie wiem, co się komu układało, kiedy przestało. Wiem, że z pewnością nie była to historia opisywana w mediach jako historia otwartego związku. Była raczej opisywana jako historia mężczyzny, który nie zdawał sobie sprawy, że wychowuje córkę innego, jak się później okazało – kolejnego męża swojej ówczesnej żony.
Nie przypominam sobie w zasadzie Marty Kaczyńskiej w roli niezależnej, pracującej latami na swój sukces, bez mężczyzny przyklejonego do jej boku. Portalom plotkarskim raczej nie brakowało materiałów dotyczących jej życia osobistego. „Nie trzyma się ich kurczowo niczym pijawka” jest chwytem zastosowanym z precyzją karateki.
„Jej odwaga w wymienianiu mężów na coraz lepsze modele, podążanie za głosem serca nieskrępowane żadnymi patriarchalnymi krępującymi kobiece uczucia normami, odmowa trwania w relacjach bez miłości i ciągłe szukanie tej lepszej, tej prawdziwej umieszczają ją w panteonie feministycznych rewolucjonistek, które buntują się przeciw właściwemu naszej płci poddaństwu w sferze domowej, zrzucają kajdany opresji patriarchalnej i śmiało ruszają na poszukiwania lepszego losu! Marta Kaczyńska jest moją bohaterką – feministyczną heroiną na miarę naszych czasów!”.
Jest w historii Marty Kaczyńskiej pewien motyw krzywego zwierciadła męskiej opresji. Natomiast nie należy zapominać, że Kaczyńska ze swoim odwiecznym uprzywilejowaniem nie jest też szczególnie wzorem drogi od zniewolenia (np. katolickim wychowaniem) do wyzwolenia (zwłaszcza, że jego jedyną dostępną areną jest łóżko).
Była też swojego czasu w publicznej działalności Kaczyńskiej pewna strona, pewien wewnętrzny imperatyw, nakazujący skrytykować do ziemi kampanię #sexed.pl Anji Rubik. Kaczyńska ostrzegała wówczas przed masturbacją i polecała: „Najbezpieczniej mieć jednego partnera, o małżonku nie wspominając”.
Z pewnością jest to postać, zmuszająca patriarchat i tradycyjny porządek do tego, aby tańczyły walczyka stojąc na jednej ręce na grzbiecie słonia jadącego na żółwiu.