Dzień Kobiet na świecie – w Atenach i w Madrycie

W Międzynarodowy Dzień Praw Kobiet grecki ruch feministyczny w porozumieniu ze związkami zawodowymi zorganizował dziś premierowy, trzygodzinny strajk administracji publicznej i sektora prywatnego na rzecz równości z mężczyznami, którzy zarabiają średnio ponad 220 euro więcej. W Hiszpanii, gdzie strajki kobiece 8 marca mają już swoją tradycję, oprócz przerwania pracy doszło do wielkich manifestacji w Madrycie i innych miastach.

„Ósmego marca występujemy ze wspólnym strajkiem kobiet i mężczyzn w budżetówce i sektorze prywatnym, by zaprotestować przeciw dyskryminacji i seksizmowi wobec kobiet“ – mówiła na wiecu w Atenach Argyri Erotokritou, działaczka feministyczna lewicowego „Ruchu 8 Marca“. Wiec zwołany przez to stowarzyszenie zgromadził oprócz tysięcy Greczynek kobiety-uchodźczynie przebywające w Grecji , czasem od wielu lat. Je również dotykają krzyczące nierówności płacowe, kiedy uda im się gdzieś zatrudnić. „To sprzeczne z prawami człowieka“ – argumentowały manifestantki.
O ile w Grecji strajk ósmego marca był precedensem, w Hiszpanii, gdzie ruch kobiecy jest silniejszy, a problemy podobne, strajk i manifestacje w licznych miastach odbyły się już drugi raz z rzędu. W zeszłym roku mobilizacja była masowa – w strajku i marszach protestacyjnych wzięły udział miliony Hiszpanek i Hiszpanów. Dziś było tak samo: manifestacja w Madrycie jest olbrzymia, na ulice wyszły setki tysięcy ludzi. Popierają ją liczni aktywiści lewicy – strajkują nawet kobiety-ministrowie socjaldemokratycznego rządu Pedro Sancheza, najbardziej zresztą kobiecego w historii kraju.
W Hiszpanii różnica między zarobkami mężczyzn i kobiet wynosi ponad 14 proc. (to o dwa procent mniej niż średnia europejska), a w ciągu ostatnich 10 lat mężczyźni zabili blisko 559 swych partnerek. Te sprawy dotyczą w różnym stopniu wszystkich krajów Unii Europejskiej, więc do kobiecych protestów i marszów doszło w kilku innych krajach, m.in. w Niemczech, Portugalii, we Włoszech i Francji. Nie strajkowano tam, lecz „kwestia kobieca“ pozostaje żywa – kobiety wiedzą, że czeka je jeszcze długa walka.

Kobiety chcą sprawiedliwego społeczeństwa

W tym roku motto przewodnie XX Manify warszawskiej zogniskowało się wokół kwestii przemocy dotykającej kobiety. Przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej, ekonomicznej. Każdej.

„Kim jest przemocowy gość?”
„To ten, który stosuje przemoc – fizyczną, psychiczną, seksualną, ekonomiczną. Może nim być nasz sąsiad, współpracownik, szef czy kolega, o którym mamy bardzo dobre zdanie. Może być nim nasz partner. Może mieć nienaganną reputację, może oficjalnie deklarować sprzeciw wobec przemocy. To niekoniecznie potwór, którego łatwo wykluczyć ze środowiska i udawać, że problem zniknął”.
Każdego roku przemocy doświadcza od 700 tys. do miliona Polek. Policyjne statystki przemocy w rodzinie niezmiennie mówią, że około 95 proc. sprawców to mężczyźni. Dane Agencji Praw Podstawowych UE za 2017 pokazują, że w Polsce 12 proc. kobiet padło ofiarą przemocy fizycznej ze strony partnera, psychicznej – 37 proc., seksualnej – 4 proc. Wypełniono około 75 tys. Niebieskich Kart. W 2018 było ich niewiele mniej (73). Policja odnotowała ogólną liczbę zgłaszających się ofiar przemocy domowej na 88 133. Część z nich wszczęła procedurę, część to „kolejne przypadki w trakcie” jej trwania. Ogólna liczba podejrzewanych sprawców będących pod wpływem alkoholu to ponad 43 tysiące. 427 dzieci odebrano z domów rodzinnych, ponieważ uznano je za zagrażające.
Wolne od przemocy i dyskryminacji nie są nawet środowiska, gdzie oficjalnie deklaruje się wolnościowe, lewicowe poglądy – przypomniały organizatorki demonstracji i przemawiające w jej trakcie aktywistki. Wzywały działaczki, by nie milczały, „by nie zaszkodzić sprawie” i nie rezygnowały ze swoich ideałów, lecz dążyły do tego, aby seksizm i przemoc przestały być tolerowane.

„Przemocowiec to również dłużnik alimentacyjny – nas, kobiet, nikt nie pyta, czy możemy pozwolić sobie na wykarmienie, zakup ubrań dla dziecka czy opłacenie rachunków. Nie mamy wyjścia, nie możemy liczyć na społeczną wyrozumiałość. W przeciwieństwie do mężczyzn, którym wciąż się pobłaża”.
Samodzielny ojciec” wciąż w odbiorze społecznym pozostaje bohaterem. Kobieta nie może liczyć na order matki roku tylko dlatego, że codziennie zapewnia byt dziecku, które powołała na świat.
Nie łudźcie się. Fundusz Alimentacyjny obejmuje tylko część dzieci, którym się one należą. Służy wyłącznie najmniej zarabiającym do 800 zł dochodu na osobę w rodzinie. Większość dłużników, również tych doskonale sytuowanych, często jednak nie rozumie, że alimenty to nie prezenty. Nie płaci aż 84 proc. zobowiązanych. Dłużnik alimentacyjny ma najczęściej twarz mężczyzny (kobiety stanowią 4 proc.), statystycznie jest w wieku 36-45 lat. Problemy z łożeniem na własne dzieci mają najczęściej mieszkańcy województw mazowieckiego, śląskiego i dolnośląskiego.
Na poprawę tego stanu rzeczy jest akurat nadzieja – ale nie płynie ona z funduszu, lecz z propozycji kar nakładanych na pracodawców, którzy pomagają alimenciarzom oszukiwać. Tu powstaje też kolejny problem – świadomego unikania zatrudnienia przez dłużników. To również wyzwanie dla rządu, na razie podjęte w teorii.
– Dłużnicy alimentacyjni bardzo często mają pieniądze, ale nie płacą, bo wyznają zasadę, że „na byłe dzieci nie płacą”. „Bo to zła kobieta była”. Nie żartuję – to są cytaty z dłużników i to nierzadkie. Trudno mi stać po ich stronie – mówi Ritmann. – Do tego często powstaje coś, co nazywam „zorganizowaną grupą wspierania dłużnika”. Wchodzi do niej obecny partner, pracodawca, rodzice. Kryją i chwalą dłużnika, że taki sprytny, bo wykiwał komornika. Na pewno komornika? – mówi z żalem Andrzej Ritmann, rzecznik prasowy Izby Komorniczej w Łodzi.

„To właściciel korporacji, szef, który nie szanuje praw pracownic i pracowników. To kapitalista, który buduje i wspiera system oparty na wyzysku najciężej pracujących”.
Wyzysk na polskim rynku pracy dotyka mnóstwo grup kobiet: od studentek po uchodźczynie i seniorki.
– Nie może być mowy o emancypacji kobiet w systemie kapitalistycznym, który opiera wyzysk na podziale siły roboczej – ze względu na płeć, pochodzenie czy posiadanie uprawnień do pracy w danym kraju. Dzięki podziałowi na pracownice i pracowników gorszej kategorii możliwe jest równanie płac w dół i szantażowanie innych pracowników. Taką rolę odgrywają często kobiety, które są niżej opłacanie, ale także migrantki i migranci, osoby o niepewnej z prawnego i praktycznego punktu widzenia sytuacji na rynku pracy – powiedziała Katarzyna Rakowska z Inicjatywy Pracowniczej Codziennikowi Feministycznemu.
Dlatego część demonstrantów i demonstrantek przyszła na Manifę z czerwonymi flagami i hasłami jednoznacznie domagającymi się całkowitej zmiany systemu: „Zniszcz kapitalizm, zanim zniszczy ciebie”, „Kapitalizm nie działa, inny system jest możliwy”. Aktywiści Historii Czerwonej przypomnieli postać Róży Luksemburg, przywódczyni rewolucji niemieckiej 1919 r. i wybitnej teoretyczki marksistowskiej, oraz jej hasło: Socjalizm albo barbarzyństwo, innej drogi nie ma!

„To polityk, który ten system legitymizuje. Który nie upomina się o prawa wykluczonych i marginalizowanych”.
Karolina Piasecka, żona radnego-przemocowca, twierdzi, że schematy zawsze są bardzo podobne. – Nie wiedziałam, jak to się stało, jak to możliwe, że on coś takiego robi. A potem zaczęłam sobie tłumaczyć, że to moja wina, że nie powinnam tak na niego krzyczeć. Że zasłużyłam. Więc najpierw na pewno był szok. Potem próba tłumaczenia. A potem wiara, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Bo przecież on jest dobry i czuły, jesteśmy mężem i żoną, rodziną. Kochamy się. (…) Niech pani nie pyta, czy w tym jest sens. Z boku – żadnego. Ale ja wtedy naprawdę wierzyłam, że jak będę taka, jak on chce, to wszystko się ułoży. Ulegałam. Odpuściłam raz, drugi. I dalej tak życie się toczyło. Wierzyłam, że jeśli zrobię to, czego chciał, to będzie dobrze, spełnię jego oczekiwania, będzie zadowolony. Dostosowałam się do zasad, jakie narzucił.

„To hierarcha Kościoła – skrajnie patriarchalnej instytucji, w której kobieta jest nikim, i który swoją wewnętrzną hierarchię usiłuje przenieść na społeczeństwo”.
Kościół katolicki jest znanym entuzjastą klapsów. „Spór o to, jaki rodzaj bicia dziecka jest stosowaniem przemocy, a jaki jeszcze przemocą nie jest, to czysta aberracja. Bicie słabszego i bezbronnego przemocą jest zawsze” – pisze ks. Adam Boniecki w „Tygodniku Powszechnym”, demaskując przedstawicieli kościoła, którzy z dumą powoływali się na Stary Testament i akapitu o „nieżałowaniu rózgi”.

Wrócili z Manify
– W tegorocznej Manifie, jak co roku przewijał się bardzo wyraźnie temat przeciwdziałania przemocy wobec kobiet, ale teraz ponad tło wybił się wątek przemocy nie tyle domowej, co tej, która spotyka nas praktycznie codziennie w każdym miejscu, w który przebywamy: w miejscach pracy, na spotkaniach towarzyskich, w środkach komunikacji miejskiej – powiedziała Portalowi Strajk Anna-Maria Żukowska, rzeczniczka Sojuszu Lewicy Demokratycznej. – Manifa nagłaśnia fakt, że przemoc to nie tylko agresja fizyczna powodująca widoczne obrażenia, to także wielokrotnie częstsza przemoc psychiczna: mobbing, słowne molestowanie, jak również przemoc ekonomiczna. W tym roku wyraźne i nośne były hasła antykapitalistyczne. Coraz więcej uczestniczek Manif dostrzega związek między ustrojem kapitalistycznym a przemocą, której ofiarami padają kobiety – zauważyła działaczka.
W gronie manifestujących nie zabrakło aktywistek i aktywistów warszawskiego okręgu Razem oraz delegacji Wiosny z Robertem Biedroniem na czele. Dopisała również frekwencja wśród osób dotąd niezaangażowanych w żadnych organizacjach.
– Pozytywnie zaskoczyła mnie ogromna ilość młodych osób z całkowicie nowymi hasłami na patykowcach i transparentach – skomentowała w rozmowie z Portalem Strajk Urszula Kuczyńska, działaczka Razem w Warszawie. – Nie panował w ostatnim czasie nastrój mobilizacji, ale widać wyraźnie pokłosie poruszenia z 2016 roku. Budzi się świadomość i gotowość do walki o prawa kobiet i mniejszości, a słowo „solidarność” zaczyna nieść swoje prawdziwe znaczenie: wszyscy za jedną, jedna za wszystkie. No i polskie #metoo ewidentnie rozpędu zaczęło dopiero teraz nabierać: nośność hasła walki z przemocą wobec kobiet, seksualną i nie tylko, wyraźnie wzrosła, bo wzrosła znajomość i świadomość problemu – podkreśliła.
– Jak wiemy problem przemocy wobec kobiet w Polsce jest ogromny, dlatego warto zwracać uwagę na tę kwestię i przypominać, że nie zgadzamy się na żadną przemoc i żądamy zmiany prawa i wyższych kar dla sprawców. Niestety statystyki nie pozostawiają złudzeń, krzywdzą głównie mężczyźni, często wcześniej znani kobietom – dzielnym surwiwalkom – przetrwalniczkom. Tym kobietom, które mimo przemocy przetrwały , często ogromną i trudną do zniesienia systemową /seksualną /fizyczną /ekonomiczną /psychiczną przemoc – powiedziała nam Kaya Szulczewska, autorka wkluczającego projektu Ciałopozytyw. To również stała bywalczyni warszawskiej Manify.- Osób biorących udział w przemarszu było na moje oko dużo, a atmosfera wprost wspaniała. Widać było mnóstwo transparentów, które świadczyły o tym, jak bardzo zróżnicowane i intersekcjonalne jest środowisko feministyczne i jak dużo tematów jest obecnie dla nas ważnych i żywych.

Jest o co walczyć. Dlatego po Manifie warszawskiej czeka nas jeszcze cała seria podobnych wydarzeń w innych miastach Polski. 8 marca po raz jedenasty odbędzie się Śląska Manifa w Katowicach. 9 marca o społeczeństwo wolne od wyzysku i dyskryminacji będą upominały się łodzianki, mieszkanki Trójmiasta, #MyNiepokorne z Kielc, torunianki, wrocławianki i lublinianki. Dzień później Manifa przejdzie ulicami Bydgoszczy, a 16 marca prokobiece i wolnościowe hasła zabrzmią w Rzeszowie, w regionie, który klerykalna i konserwatywna prawica chce zamienić w swój bastion.
Widać też, że od czasu czarnego protestu, debata na temat aborcji przybrała bardziej bezpośrednią i zróżnicowaną formę. Co bardzo cieszy, przestajemy wstydzić się swoich poglądów i zaczynamy mówić o doświadczeniu aborcji w normalny sposób.
Wolne od przemocy i dyskryminacji nie są nawet środowiska, gdzie oficjalnie deklaruje się wolnościowe, lewicowe poglądy – przypomniały organizatorki demonstracji i przemawiające w jej trakcie aktywistki.

Głos epoki #metoo

„Głosem epoki #metoo” określił tę powieść tygodnik „Time”. Często pada też w jej kontekście określenie „nowe Opowieści Podręcznej”. Oficjalną polską premierę zaplanowano na 27 lutego. Książkę miałam okazję przeczytać wcześniej dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza. Mojej recenzji nie dam jednak rady zawrzeć w stu słowach.

Dlaczego w stu? Właśnie tyle w realiach tej powieści wolno odtąd dziennie wypowiadać kobietom. Decyzją amerykańskiego rządu, zmęczonego już panoszeniem się roszczeniowych feministek, kobietom najpierw odebrano głos, a później prawo do edukacji i pracy. Liczbę słów wypowiadanych każdego dnia mierzą specjalne liczniki – nie ukryje się nic.
Nawiązania do polityki Trumpa aż krzyczą z kart książki. „Na początku trochę ludzi zdołało się stąd wyrwać. Niektórzy przedostali się do Kanady, inni popłynęli na Kubę, do Meksyku albo na Karaiby. Wkrótce potem władze wprowadziły posterunki kontrolne, a mur wzdłuż granicy z Meksykiem był gotowy, więc exodus skończył się bardzo szybko.
– Nie możemy pozwolić, aby nasi obywatele, nasze rodziny, nasze matki i ojcowie opuszczali kraj – oświadczył prezydent w jednym z pierwszych przemówień”.
Jean McClellan, główna bohaterka, którą można uznać za alter ego autorki, również próbowała wyjechać. „Ale z czwórką dzieci – z których najmłodsze w najmniej odpowiednim momencie zaczęłoby podskakiwać w swoim foteliku i szczebiotać ‘Kanada!’ do strażników na granicy – nie mieliśmy szans”. Zresztą jej paszport i tak unieważniono.
Jean, tak jak Dalcher, większość życia spędziła w środowisku akademickim, jest lingwistką. A w zasadzie była. Potem wszystko się zmieniło. „Kiedyś rozmawialiśmy do późnej nocy. Kiedyś w weekendy leżeliśmy długo w łóżku i czytaliśmy gazety, odkładając domowe obowiązki na potem. Kiedyś miałam przyjaciółki. Chodziliśmy do klubu książki i do kawiarni na ploteczki, dyskutowaliśmy o polityce w barze przy kieliszku wina, a potem w piwnicy, kiedy stało się to dla nas odpowiednikiem czytania ‘Lolity’ w Teheranie”. Patrick mówił, że jesteśmy głosami, których nie da się stłumić. No cóż, to tyle w kwestii nieomylności Patricka”. Kiedy poznajemy Jean, dawne życie może tylko wspominać. Przez pierwsze miesiące od wprowadzenia zakazu usiłowała komunikować się z mężem, pisząc mu na lustrze wiadomości za pomocą szminki. Ale kiedy najmłodsza córka pewnego ranka zobaczyła przekaz, którego nie potrafiła odczytać i powiedziała „litery – niedobre”, a starszy syn zaczął wracać ze szkoły z mizoginistycznymi hasłami na ustach, rodzicom pozostało pisanie ukradkiem na skrawkach papieru i wkładanie ich do blaszanej puszki, a później palenie kartek.
„Prezydentowi towarzyszy na ekranie żona. (…) Pamiętam, że zanim wyszła za mąż, jej postać zdobiła strony ‘Vogue’a’i ‘Elle’, gdzie zawsze prezentowała skąpe stroje kąpielowe albo bieliznę, uśmiechając się, jakby chciała powiedzieć ‘No śmiało, dotknij mnie’. Teraz, kiedy patrzę na nią, jak stoi skromnie za plecami męża, jestem zszokowana jej przemianą. (…) Pierwsza dama już się nie uśmiecha i nie zakłada niczego, co sięga wyżej kolan albo odsłania więcej niż zagłębienie pod szyją. Zawsze nosi rękawy za łokieć, tak jak dzisiaj, a licznik na jej lewym nadgarstku harmonizuje z kolorem sukienki. Wygląda jak stara bransoletka, prezent od prababki. (…) Jednak błękitne oczy Anny Myers mówi całą prawdę – są nieobecne, bezbarwne i mają wyraz typowy dla kogoś, kto widzi świat w odcieniach szarości. (…) Wciąż wolno czytać Biblię, o ile jest to właściwa wersja”.
Pewnego dnia do drzwi domu Jean pukają mężczyźni. Z rządu. Z propozycją nie do odrzucenia. Okazuje się, że brat prezydenta uległ wypadkowi i doznał urazu mózgu. Trzeba od nowa nauczyć go… mówić. Bohaterka idzie na współpracę, bo nie bardzo ma inne wyjście. Ale przy okazji odkrywa, że system antykobiecej cenzury aż roi się od wyłomów, a ona ma w ręku potężną broń – językowy obraz świata.
Christina Dalcher jest specjalistką od lingwistyki – jej obszary zainteresowań naukowych to fonetyka dialektów włoskich (szczególnie okolice Florencji) i brytyjskich. „Vox” jest jej pierwszą powieścią, do tej pory Dalcher pisywała krótsze formy. Jej opowiadania zgarniały nagrody m.in. w kategorii science fiction. Swoją pierwszą powieść sama autorka określa jako mix „Opowieści podręcznej” z „Żonami ze Stepford”, choć to zdecydowanie porównanie zbyt skromne. Nad kartami książki unosi się duch Orwella, za co w polskiej wersji językowej gratulacje zebrać powinien Radosław Madejski. W książce nie ma ani jednego zbędnego epitetu, ani jednego opisu, który irytowałby swoją rozwlekłością, co tylko wzmacnia atmosferę grozy i skłania do przerażającej refleksji, że rezygnacja z 16 tysięcy słów wypowiadanych przez człowieka każdego dnia stanowi torturę, której skutki porównywalne są ze skutkami długotrwałej izolacji.
Orwellowskie motywy powracają również w postaci wielebnego – Świątobliwego Carla, który dla konserwatystów jest „dostarczycielem wyborców”. Oplótł kamerami cały kraj i pilnuje nie tylko, aby kobiety trzymały się z daleka od słowa (mówionego, pisanego, miganego; te, które przekroczą dobowy limit, licznik na nadgarstku razi są prądem), pilnuje też rygoru moralności.
Maria Fredro-Boniecka w swojej recenzji dla „Vogue Polska” zarzuca Dalcher, że uciekła w „czytadło”, w nie dość pogłębiony sposób przedstawiając przekrój amerykańskiego społeczeństwa, dzieląc je na przykład tylko na chrześcijan i ateistów, oraz obracanie się wyłącznie w białym kręgu, bez włączenia wątków mniejszości etnicznych. Ja jednak uważam, że to zbyt wysokie wymagania stawiane fabułce, która została pomyślana i zrealizowana nie jako rozbudowana analiza socjologiczna, a książka „jednej sprawy”. Dalcher splotła ze sobą to, co ją porusza (mizoginia) i to, na czym się zna (nauka o języku). Dopychanie w akcję kolanem innych (niewątpliwie palących) problemów społecznych i próba udawania uniwersalnego lewicowego manifestu moim zdaniem nie wyszłaby temu projektowi na zdrowie. A tak mamy nieźle skrojone medyczne science-fiction, przypakowane ideologicznie w przesłanie „strzeżcie się tych, którzy powtarzają, że kobieta to wyłącznie matka, żona, siostra”.
Bohaterowie mogliby być bardziej rozbudowani, ich sylwetki bardziej wyraziste, mimo to jednak jestem w stanie wybaczyć pobieżność, kiedy to świat przedstawiony jest rzeczywistym bohaterem książki. Nikt raczej nie wnika w niuanse osobowości wiodącej postaci w antyutopiach, tu raczej chodzi o zrównoważenie indywidualnego rysu z cechami everymana. Według mnie autorka dokonała słusznego wyboru, stawiając na podkreślenie, że jej bohaterka myśli i reaguje podobnie jak reszta kobiet żyjących w ocenzurowanym świecie, bardziej niż na epatowanie jej intelektualnymi przymiotami czyniącymi ją wyjątkowym płatkiem śniegu.
Przyczepić się można i należy natomiast do rozwiązania fabuły. Akcja toczy się wartko, ale przed końcem odpala się piąty bieg i niektóre wątki ciągnięte przez całą książkę na przyzwoitym poziomie, rozwiązują się nagle, w dwóch zdaniach, zbyt prosto. Zwykle ma to związek albo ze zmęczeniem autora (i tu kłania się redakcja, która powinna zadbać o utrzymanie jednolitego tempa oraz poziomu rozwoju intrygi i na przykład zaproponować przeniesienie części z nich do drugiej części) albo goniącymi go terminami czy innymi formami nacisku wydawcy. Wolę jednak łudzić się, że książki o cenzurze cenzurze nie poddano.
Raz jeszcze – „Vox” nie jest traktatem filozoficznym. Ale spełnia swoją rolę jako powieść do poduszki czy do podróży, uwrażliwiająca na problem pozbawiania głosu i reprezentacji określonych grup społecznych. Świat rzecz jasna nie cofnie się w rozwoju do średniowiecza z dnia na dzień jednym dekretem. Ale warto podumać nad manipulowaniem informacją i kształtowaniem obrazu roli kobiety we współczesnym społeczeństwie, dostępem do stanowisk, karier, atrybutów sukcesu.

Christine Dalcher – „Vox”, przekład Radosław Madejski, wyd. Muza, Warszawa 2019, s. 416, ISBN 978-83-287-1141-9.

Gilette – najlepsze dla mężczyzny

…ale nie dla skóry wrażliwej.

Różnie bywa z tym moim feminizmem. Niektórzy czytelnicy Strajku zarzucają mi ideologiczne zacietrzewienie, choć zapewne zaangażowane działaczki trzeciej fali uznałyby mnie za osobę bardzo konserwatywną. Po publikacji tego tekstu raczej wybrzmi pierwsze. Nie mogę sobie jednak odmówić pewnej budzącej rozczulenie obserwacji.

Mężczyźni na całym świecie: „Kobiety przesadzają z tym #metoo. No już doprawdy, kobiety, trochę dystansu! Z czego tu robić medialną burzę? Już nie bądźcie takie przewrażliwione, podejdźcie do sprawy z życzliwością i humorem”.

Również mężczyźni na całym świecie: „Gillette nas obraża! Bojkotuj kto żyw! Od dziś będziemy wszyscy nosić brody albo golić się tylko maczetami!”.

Żadna reklama w historii maszynek do golenia nie zdobyła takich zasięgów, klip na YT w momencie pisania tego tekstu dobija do 20 mln wyświetleń. A jednak „łapek w dół” jest o wiele więcej niż tych w górę. Czy ostatecznie na całej akcji najbardziej skorzystają zakłady barberskie? Być może. Nie za bardzo interesuje mnie poziom zysku, który na całej sprawie ukręci bądź nie ukręci producent, bardziej interesuje mnie wymiar społeczny.

Próbowałam uczciwie przeanalizować zarzuty, które podnoszą różni publicyści i komentatorzy. Scena „czajenia się” mężczyzny pod krawatem na ciemnoskórą sprzątaczkę, rzeczywiście jest groteskowa. Ale kiedy kamera się oddala, widzimy, że jest to ujęcie z planu sitcomu, z którego zaśmiewa się publiczność w studiu. To zbyt wulgarne, twierdzi Maciej Wernio z Noizz. Nikt by się z czegoś tak teatralnego nie zaśmiał! Tak? To proszę sobie przypomnieć choćby „Świat według Bundych” („Married… with children”) i jego polski odpowiednik. „Kiepscy” śmieszą i smucą zarazem dokładnie z tego samego powodu – bo pokazują realnie istniejące w społeczeństwie tradycyjne wzorce płci i podziału ról w rodzinie. Nie śmiejemy się z tych gagów, bo są obce, odległe, śmiejemy się, bo są (niestety) oswojone.

„Dwoje dzieci siłuje się na trawie i doskonale się przy tym bawi, co w tym złego?” – to samo, co w zabawkach imitujących broń. Chcesz, żeby dzieciak trenował zapasy albo szermierkę, zapisz go na zajęcia sportowe. Niech od początku do końca będzie powiedziane, że to sport, bezpieczna konkurencja i zdrowa rywalizacja, bez ducha autentycznej walki wiszącego w powietrzu, czy w okrzykach ojców kibicujących „swojemu” przy piwie podczas grilla. Niekoniecznie trzeba w dzieciństwie „bawić się w wojnę” żeby kształtować silny charakter.

„Uśmiechnij się, złotko – to coś złego tak zagadać do babki na ulicy? Przecież to miłe”? Nieproszone komentarze od obcych osób nie są „miłe”, są aroganckie, mogą przestraszyć. Aby nawiązać znajomość poprzez zaczepienie kogoś na ulicy czy w komunikacji miejskiej, potrzeba sporo wyczucia, nie każdy będzie zainteresowany.

„Czarnoskóry w tej reklamie wyłącznie ratuje przed białym! To nie fair” – to również nie fair, że to my rodzimy dzieci, co miesiąc miewamy okres oraz związane z nim uciążliwości i często zarabiamy mniej za tę samą pracę. „Akurat w tej branży mamy takie zasady” – akurat w tej reklamie jest taka zasada.

„To krzywdzące uogólnienia, nie wszyscy mężczyźni są tacy. Uogólnienia są złe!!!” – pomyśl o tym, zanim napiszesz na Facebooku kolejny komentarz dotyczący „lewaków” (wszystkich), co „są leniwi i roszczeniowi” lub „feministek” (wszystkich), które „za wszystko się obrażają” i „nie umieją spojrzeć obiektywnie”.

Natomiast laur najbardziej przerażającej sceny dla mnie osobiście zyskać powinna ta, w której podczas zebrania szef tłumaczy pobłażliwie, co jego pracownica „próbowała powiedzieć”.
Wzorce pokazane w reklamie Gillette istnieją. I musimy przygotować się na to, że świadomość globalnie się zmienia. Dziś wymienione wyżej zachowania nie są już uznawane za „normalny porządek świata” tylko za przedmiotowe traktowanie i brak kultury osobistej, graniczący nawet z poniżaniem. Wzorców męskości jest dziś więcej niż jeden i warto dostrzec plusy tej sytuacji.

Doskonale ujął to Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca: „Jeśli ta reklama jest kontrowersyjna to już nam się kompletnie znaczenia słów pomieszały”. Tym bardziej, że wydźwięk na końcu jest pełen wiary w facetów. Tych, którzy będą potrafili zareagować na seksizm i odmówić w nim udziału. Nie wiem, czy Gillette na tej próbie zbawienia świata ostatecznie straci czy zyska, ale jestem pewna, że do wielu otwartych głów ten przekaz dotrze i zostanie w nich jako coś oczywistego.

Kobieta wyzwolona – rodem z PRL

Z jakim kapitałem społecznym Polki wchodziły w nową rzeczywistość ustrojową po 4 czerwca 1989 roku?

 

Okres Polski Ludowej był dla kobiet pod wieloma względami wyjątkowy, a to za sprawą awansu społecznego, który spowodował ich mobilność w różnych dziedzinach.
Kwestie dotyczące awansu kobiet w okresie Polski Ludowej należy rozpatrywać pod kątem ich zawodowej aktywizacji, możliwości wynikających z uregulowań prawnych dotyczących polityki społecznej, zdobywania wykształcenia oraz aktywności politycznej.

 

Awans zawodowy kobiet

Po drugiej wojnie światowej liczba kobiet pracujących, w tym mężatek, dynamicznie wrosła. Epoka komunizmu jawiła się jako czas najbardziej dynamicznej aktywności kobiet, bowiem ich zatrudnienie w latach 1950-1989 wzrosło o 252 procent. W 1950 r. kobiety stanowiły 30 proc. siły roboczej na rynku pracy, a pod koniec PRL odsetek ten wzrósł do ponad 45 procent.
Po wojnie stalinizm postrzegany był jako okres, gdy kobiety miały najwięcej szans na międzypokoleniowy awans społeczny. Paradoksalnie w latach 1945-1956, czyli w najbardziej represyjnym politycznie okresie Polski Ludowej, kobiety zyskiwały niezależność ekonomiczną i społeczny prestiż. Miały bowiem możliwość podnoszenia swoich kwalifikacji zawodowych i sprawdzenia się w typowo męskich zawodach, lepiej płatnych i bardziej prestiżowych niż te tradycyjne kobiece. Mimo że od początku rewolucji przemysłowej kobiety pracowały w fabrykach, to zajmowały stanowiska niższe niż mężczyźni, gorzej płatne i im podporządkowane. W okresie realizacji planu sześcioletniego próbowano to zmienić.
Małgorzata Fidelis w swoich badaniach podkreśla, że kobiety chciały pracować w górnictwie pod ziemią, bo postrzegały to jako awans. Robotnice z sortowni były o wiele niżej w hierarchii od górników pracujących pod ziemią. A pracy w sortowni, mimo że postrzegana jako „lekka”, wcale do takich nie należała, podobnie jak praca polegająca na pchaniu wagoników z węglem. Tego typu zajęcia były niskopłatne, mało prestiżowe i bardzo ciężkie. To właśnie pracę pod ziemią górniczki postrzegały jako lekką, czyli zmechanizowaną. Pracowały przy taśmie, spinały wagoniki.
Należy więc zaznaczyć, że w okresie realizacji planu sześcioletniego państwo prowadziło konsekwentną politykę w zakresie „produktywizacji” kobiet. Po pierwsze zwiększyło się zatrudnienie kobiet, a co za tym idzie angażowanie ich do prac w typowo męskich zawodach. Poza rolnictwem pracowało dwa razy więcej kobiet niż jeszcze na początku lat pięćdziesiątych. Pojawiły się nowe zawody. Jedynym z najważniejszych symboli polityki równouprawnienia stały się kobiety murarki, spawaczki, szoferki, konduktorki, górniczki, szlifierki i tokarki. Dużo kobiet było zadowolonych z nowej pracy, bo wiązała się ona z wyższymi zarobkami i poczuciem prestiżu, jakim była praca na stanowisku wykwalifikowanego robotnika.
Przeszkodą w realizacji polityki „produktywizacji” była niedostateczna liczba placówek opieki nad dziećmi oraz praca nocna i praca w nadgodzinach, a także nagminne nieprzestrzeganie ustawodawstwa ochronnego.
W okresie odwilży, gdy doszło do poluzowania aparatu politycznych represji, wypychano tysiące kobiet z rynku pracy bądź przesuwano na stanowiska gorzej płatne i mniej prestiżowe. Twierdzono, że polityka masowego zatrudniania kobiet, zwłaszcza matek, była błędem. Podział pracy ze względu na płeć był jednym z ważniejszych wyróżników polityki zatrudnienia kobiet w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Przyrost zatrudnienia kobiet przypadł na handel, drobny przemysł i rzemiosło oraz spółdzielczość. Preferowano zatrudnienie kobiet na stanowiskach „nieprodukcyjnych”, czyli przede wszystkim umysłowych lub pomocniczych.
Rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 18 lutego 1959 roku o pracach wzbronionych dla kobiet, wprowadzono zakaz pracy kobiet pod ziemią. Powrót kobiet do domu nie był już możliwy, gdyż gospodarka potrzebowała ich pracy. Dlatego skupiono się na tworzeniu ułatwień w łączeniu pracy kobiet z jej innymi rolami społecznymi. Lansowano takie rozwiązania jak praca chałupnicza czy półetaty. Przy Lidze Kobiet powstał Komitet Gospodarstwa Domowego. Kobiety mogły korzystać z kursów gospodarstwa domowego, najczęściej były to kursy kroju i szycia oraz „racjonalnego żywienia”, które cieszyły się dużą popularnością. Uchwałą Rady Ministrów z sierpnia 1957 r. wprowadzono dodatkowy przywilej dla matek polegający na tym, że mogły one wykorzystać dwa dni w roku na opiekę nad dzieckiem do lat 14.
Na początku lat sześćdziesiątych polityka zatrudniania kobiet polegała na wzroście ich aktywizacji. Kobiety stanowiły ponad 37 proc. wszystkich pracowników. W tym okresie najbardziej sfeminizowały się instytucje i handel, ale i więcej kobiet niż w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, znalazło prac w przemyśle.
Cechą charakterystyczną dla lat siedemdziesiątych, jeżeli chodzi o warunki pracy, była tzw. humanizacja pracy polegająca na poprawie warunków pracy i stosunków społecznych w zakładach. Budowane w tym czasie fabryki posiadały nowoczesne i przestronne hale. Humanizacja pracy polegała także na wydłużeniu urlopów macierzyńskich i wychowawczych.
W latach osiemdziesiątych w wyniku strajków stoczniowców, robotników fabrycznych i pracowników transportu zrodziła się „Solidarność” – dając początek rewolucji społecznej, która w ciągu dziewięciu lat doprowadziła do upadku systemu komunistycznego w Polsce i – w konsekwencji – do rozpadu całego bloku radzieckiego. Mimo, że kobiety stanowiły 50 procent członków zalegalizowanej „Solidarności”, czyli pięć milionów, zaledwie garstka działaczek weszła w skład politycznego kierownictwa lub uczestniczyła w budowaniu struktur obywatelskich. Pojawił się więc nowy front aktywności kobiet w strukturach opozycyjnych.
Pod koniec 1989 roku kobiety stanowiły 45,5 proc. ogółu siły roboczej. W 1993 roku liczba ta wynosiła 44,9 procent. Przyczyną tego spadku było pojawiające się bezrobocie. Stopa bezrobocia w 1993 roku wynosiła dla kobiet wynosiła 14,9 proc., a dla mężczyzn 11.5 procent. Bezrobotne kobiety stanowiły 53,4 proc. ogółu zarejestrowanych osób poszukujących pracy.
Ogólna aktywność zawodowa kobiet spadła z 78 proc. w 1985 r. i 71 proc. w 1990 do 68 proc. w 1991 i 57 proc. w 1994 roku.

 

Polityka prorodzinna prowadzona w PRL-u

Głównym aktem normatywnym, do czasu wprowadzenia przepisów kodeksu pracy w 1974 roku, była ustawa z 2 lipca 1924 r. w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet z późniejszymi zmianami. Rozdział III tej ustawy dotyczył ochrony pracy kobiet. Kwestię tą regulowało także Rozporządzenie Rady Ministrów z 28 lutego 1951 r. o pracach wzbronionych kobietom (zmienione Rozporządzeniem Rady Ministrów z 18 lutego 1959 r.). Akt ten stanowił katalog prac, przy których zabronione było zatrudnianie kobiet. W okresie PRL-u funkcjonował również przepis zgodnie z którym kobieta ciężarna od 6. miesiąca ciąży, powinna być przeniesiona na stanowisko, gdzie praca nie jest dla niej szkodliwa ani uciążliwa. Warto zaznaczyć, że przeniesienie na inne stanowisko nie mogło wiązać się z obniżeniem wynagrodzenia, które otrzymywała na dotychczasowym stanowisku pracy. Regulacje takie wdrożono na podstawie ustawy z dnia 28 kwietnia 1948 r. o zmianie ustawy z 2 lipca 1924 r. w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet. Zgodnie z ustawą z 1948 roku zmieniającą ustawę z 1924 r. w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet, pracownica w ciąży miała prawo do 12-tygodniowego urlopu macierzyńskiego (nazywanego urlopem połogowym) wykorzystanego tak, aby 2 tygodnie przypadały przed, a 8 tygodni po porodzie. Pozostałe 2 tygodnie pracownica mogła wykorzystać dobrowolnie albo bezpośrednio przed albo bezpośrednio po porodzie. Nowe przepisy wprowadzały również zakaz zatrudniania kobiet w ciąży w porze nocnej i w godzinach nadliczbowych (dotyczył on kobiet od czwartego miesiąca ciąży i opiekujących się dzieckiem nie starszym niż roczne).
Należy także wspomnieć o wprowadzeniu przepisów umożliwiających kobietom karmiącym korzystania dwu i półgodzinnych przerw w pracy (czas przerwy zaliczany był do wymiaru czasu pracy). Dobrym rozwiązaniem były działające przy zakładach pracy żłobki i przedszkola.
Uchwałą nr 158 Rady Ministrów z 24 maja 1968 roku wprowadzono bezpłatne urlopy dla matek pracujących. Kobiety mimo, że podczas urlopu nie uzyskiwały wynagrodzenia, to zachowywały pozostałe uprawnienia, np. prawo do ubezpieczenia społecznego. Z takiego urlopu mogła skorzystać pracownica zatrudniona w zakładzie pracy co najmniej 12 miesięcy i posiadająca dziecko nie starsze niż 2 lata. Urlop ten nie mógł trwać dłużej niż 12 miesięcy.
W 1974 roku uchwalono Kodeks pracy, który wszedł w życie 1 tycznia 1975 r. Dział VIII został poświęcony ochronie pracy kobiet. Wskazywano na ochronę pracy kobiet w ciąży, karmiących dzieci lub wychowujących dzieci w wieku do 14 lat, urlopy macierzyńskie, urlopy bezpłatne z tytułu wychowania dzieci. Do kodeksu pracy wprowadzono wcześniej obowiązujące przepisy związane z zakazem wypowiedzenia i rozwiązania umowy o pracę kobiety w ciąży, chyba, że wystąpią szczególne okoliczności jej rozwiązania.
Kodeks pracy wydłużał wymiar urlopu macierzyńskiego z 12 tygodni (taki wymiar wprowadziła ustawa z 1948 r.) do 16 tygodni, w przypadku urodzenia pierwszego dziecka, a każdy następny poród – 18 tygodni, w przypadku urodzenia więcej niż jednego dziecka – 26 tygodni. Urlop bezpłatny mógł trwać trzy lata, do ukończenia przez dziecko 4 roku życia.
Po wprowadzeniu tych przepisów dotyczących urlopów macierzyńskich i wychowawczych nastąpił spadek odsetka kobiet powracających do pracy (w 1960 r. odsetek kobiet, które kontynuowały pracę po urodzeniu dziecka wynosił 68 proc., natomiast w 1978 r., po wejściu w życie wyżej wymienionych przepisów, spadł do 37 procent. W 1982 roku, po wprowadzeniu zasiłku wychowawczego, ten odsetek pracownic powracających po urodzeniu dziecka wyniósł 8 procent. Dopiero w 1988 roku można było dostrzec znaczny wzrost, po urlopie macierzyńskim do pracy wróciło 83 proc. kobiet. Związane to było z obawą przed utratą pracy, gdyż pracodawca mógł zwolnić pracownicę, po wykorzystaniu przez nią urlopu macierzyńskiego, z powodów ekonomicznych.
W 1979 roku uchwalono nowe rozporządzenie w sprawie wykazu prac wzbronionych kobietom. Kobiety nie mogły pracować w warunkach szkodliwych dla zdrowia podczas których wydzielają się szkodliwe dla zdrowia gazy, oraz przy pracach, które nie są zmechanizowane jak np. ręczne kopanie studni.
Warto zaznaczyć, że ustawą z dnia 27 kwietnia 1956 roku o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży (DZ.U. z 1956 r. Nr 12, poz 610) wprowadzono możliwość dokonywania aborcji przez uprawnionego lekarza w trzech przypadkach (art. 1 ust. 1):
1. gdy za przerwaniem ciąży przemawiały wskazania lekarskie dotyczące zdrowia płodu lub kobiety ciężarnej;
2. gdy zachodziło uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku przestępstwa;
3. ze względu na trudne warunki życiowe kobiety ciężarnej.
W XXI wieku w Polsce w tym zakresie obowiązują bardzo restrykcyjne przepisy. Istnieje ryzyko, że ustawa antyaborcyjna zostanie jeszcze bardziej zaostrzona.

 

Ze wsi – nie tylko – do miasta i na studia

Awans społeczny zdefiniowany jako uzyskanie wyższego poziomu edukacji oraz pracy wymagających wyższych kwalifikacji niż w pokoleniu rodziców
Kobiety pracujące w nowych zawodach musiały przechodzić przeszkolenia wewnątrzzakładowe. Szkoleniami przywarsztatowymi na początku lat pięćdziesiątych objęto w takim samym stopniu kobiety i mężczyzn. Liczba przeszkolonych kobiet wzrastała z każdym rokiem – w 1952 przeszkolono ich 80 tysięcy, a dwa lata później już 130 tys. Wzrosła liczba kobiet kształcących się w szkołach zawodowych. Początek lat pięćdziesiątych obfitował we wzrost liczby dziewcząt w szkołach górniczych z 15 do 366, w metalowych z 511 do 4821, w budowlanych z 2 do 469. Należy więc zaznaczyć, że zwiększyła się skala szkolenia zawodowego kobiet.
To w okresie stalinizmu na mocy rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 5 maja 1950 r. powstało jako stowarzyszenie wyższej użyteczności Towarzystwo Wiedzy Powszechnej, które prowadziło w całym kraju uniwersytety powszechne. Stanowiły one ważne ogniwo edukacji pozaszkolnej dla dorosłych, a szczególnie dla kobiet ze środowisk wiejskich. Popularne stało się podnoszenie swoich kwalifikacji poprzez nauczanie i dokształcanie na różnych kursach.
Jak podkreślają niektóre badaczki okres stalinowski dawał kobietom najwięcej szans na międzypokoleniowy awans społeczny umożliwiając edukację i mobilność dziewcząt z tradycyjnych społeczności wiejskich. Migrację ludności wiejskiej do aglomeracji miejskich prowadzono na dużą skalę. Niemal 2 miliony osób wyemigrowało do miejskich ośrodków, co postrzegano jako duży awans społeczny.
W PRL-u rozwinęło się szkolnictwo zawodowe na poziomie szkół zasadniczych i techników, wieczorowe, zaoczne oraz przygotowawcze na wyższe uczelnie. W latach sześćdziesiątych chłopcy po ukończeniu szkoły podstawowej chętniej wybierali szkołę zawodową. Ponad 55 proc. dokonało takiego wyboru, wśród dziewcząt tylko 30 procent. Dziesięć lat później te relacje uległy zmianie. Prawie 75 proc. chłopców kontynuowało naukę w szkołach zawodowych, a dziewcząt – 50 procent. Popularność szkół zawodowych wśród chłopców związana była z tym, że kształciły one kadry dla przemysłu ciężkiego. Nauka w nich dawała relatywnie dobrą pozycję i wynagrodzenie. W szkołach tych istniały wąskie techniczne specjalizacje, a w liceach można było kształcić się w kierunku ścisłym, humanistycznym i ogólnym. Wybór liceów dawał kobietom perspektywę studiowania na wyższej uczelni. Już w latach 60 kobiety stanowiły połowę studentów, najwięcej na kierunkach zorientowanych na ludzi, jak medycyna czy pedagogika. Warto podkreślić, że więcej kobiet rozpoczynało studia, ale mniej uzyskiwało dyplom. Wiele radnych Rady Narodowej w Łodzi w dokumentach pisało, że kontynuuje naukę po szkole średniej na uczelni wyższej. W latach osiemdziesiątych uwidoczniła się mniejsza mobilność kobiet radnych do zdobycia wyższego wykształcenia. Jak wynika z analizy wykształcenia działaczy lokalnych w latach 1983-1984 przeprowadzoną przez Renatę Siemieńską uwidacznia się mniejsza mobilność pań do zdobycia wyższego wykształcenia. W momencie rozpoczynania pracy więcej kobiet legitymowało się średnim wykształceniem, natomiast mężczyźni przeważali w grupie osób z wykształceniem podstawowym i zawodowym. Po kilku latach więcej mężczyzn (69,6) niż kobiet (51,5) posiadało wyższe wykształcenie. Do takiego stanu rzeczy mogły się przyczynić braki w zaopatrzeniu i długie kolejki po towary pierwszej potrzeby oraz wynikające z tego tytułu obciążenia z tytułu wykonywanej pracy zarobkowej i domowej.
Warto jednak podkreślić, że to właśnie okresie PRL-u robotnicza Łódź stała się miastem akademickim – w 1945 roku studiowało tu 1268 osób, a w 1975 r. ponad 30 tys. W 1988 r. wyższym wykształceniem w Polsce legitymowało się 1,8 mln Polaków czyli 6,5 procent. Kiedy porównamy, że po zakończeniu II wojny światowej liczba ludzi z wyższym wykształceniem w Polsce wynosiła niecałe 40 tysięcy, to jest to ogromny wzrost. Dla porównania należy dodać, że piętnaście lat później (w 2013 roku) osób legitymujących się wyższym wykształceniem magisterskim w Polsce było 10 proc. (zdecydowanie częściej kobiety), 3 proc. – licencjata, 3 proc. – tytuł magistra-inżyniera, zaś 1proc. – inżyniera. Przez 15 lat nastąpił wzrost osób z wykształceniem magisterskim o 3,5 procent. Jak się okazuje, poziom wykształcenia silnie różnicuje młodsze i starsze pokolenia Polaków. Wśród trzydziestolatków wyższe wykształcenie posiada co trzeci z nich, a jedynie co dziesiąty pięćdziesięciolatek.

 

Awans polityczny kobiet

Awans polityczny kobiet w pierwszych latach po wojnie nie był spektakularny.
W latach 1944-1979 trzynaście kobiet znalazło się w naczelnych władzach państwowych, a 8 z nich posiadało legitymacje partyjną. Potwierdza to tezę, że aby awansować trzeba było zapisać się do partii. Z uwagi na to, że droga do stanowisk wiodła przez partie, odsetek kobiet w PZPR w latach 1960—1970 wzrósł o 50 proc., ale ich udział w gremiach partyjnych był dużo niższy mężczyzn.
W 1954 roku przy Zarządzie Krajowym Ligi Kobiet Polskich powstała sekcja kobiet na kierownicze stanowiska. Kobiety wymieniały się doświadczeniami, nawiązywały kontakty, walczyły o swoją pozycję, chociaż nie było to wcale łatwe.
W Sejmie Ustawodawczym (1947-1952) na 444 posłów było zaledwie 25 kobiet i stanowiły one 5,6 proc. ogółu składu. W prezydium Sejmu nie zasiadła żadna kobieta. Przewodniczącymi 19 komisji stałych byli sami panowie. W Sejmie I kadencji (1952-1956) kobiety stanowiły 17 procent. Kiedy nastąpił okres odwilży i była nadzieja na zwiększenie roli ustawodawczej sejmu, kobiety stanowiły zaledwie 4 proc. (1956-1961). W okresie tym po raz pierwszy przewodniczącą jednej z komisji stałych, a mianowicie Komisji Przemysłu Lekkiego, Rzemiosła i Spółdzielczości została Michalina Tatarkówna-Majkowska (członek KC, I sekretarz Komitetu Łódzkiego).
Największy udział kobiet w Sejmie w okresie Polski Ludowej można było zaobserwować w VIII kadencji (1980-1985), bo aż 23 procent. W tym czasie gospodarka pogrążała się w kryzysie, Polska Zjednoczona Partia Robotnicza traciła autorytet.
Coraz więcej kobiet zaczęło pojawiać się w ciałach decyzyjnych. W piątej kadencji Sejmu (1969-1972) Zofia Tomczyk ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego obejmuje przewodnictwo Komisji Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego. Wcześniej to stanowisko była zarezerwowane tylko dla mężczyzn.
Pierwszą kobietą pełniącą funkcję wicemarszałka Sejmu zostaje Halina Skibińska (1971-1985). Skibińska była architektem, profesorem Politechniki Warszawskiej. W IX kadencji Sejmu (1985-1989) na fotelu wicemarszałka Sejmu zasiadła Jadwiga Biedrzycka, przewodnicząca Zarządu Głównego Ligi Kobiet Polskich, z wykształcenia prawnik.
W polskim parlamencie w okresie PRL-u zasiadały wybitne pisarki, jak Zofia Nałkowska, aktywne działaczki społeczne – Janina Biedrzycka, aktywistki związkowe – Barbara Natorska (przewodnicząca ZG ZZ Pracowników Przemysłu Włókienniczego, Odzieżowego i Skórzanego, kobiety ze świata nauki – prof. Halina Skibińska, prof. Krystyna Jandy-Jendrośka czy prof. Barbara Hager-Małecka. czy Krystyna Marszałek-Młyńczyk ze Stronnictwa Demokratycznego, która w VIII kadencji Sejmu przewodniczyła Komisji Kultury i Sztuki., z ramienia SD w latach 1980-1983 zasiadała w Radzie Państwa, natomiast pod koniec lat osiemdziesiątych była wiceministrem kultury i sztuki.
Należy podkreślić, że w roku 1980 w parlamencie i radach wojewódzkich pojawia się coraz więcej kobiet. W tych ostatnich ich wzrost sięgał nawet do 30%. W VII kadencji Rady Narodowej Miasta Łodzi przypadającej na lata 1980-1984 na 180 radnych było aż 75 kobiet, co stanowiło 41,6 proc. ogółu składu.

 

Wnioski końcowe

Kobiety żyjące w Polsce Ludowej z jednej strony borykały się ze złymi warunkami pracy, brakami w zaopatrzeniu, z zaniżaniem ich płac, ale z drugiej umożliwiono im masowy dostęp do rynku pracy, stworzono dogodne warunki do podnoszenia wykształcenia oraz dostępność do żłobków i przedszkoli, kolonii dla dzieci.
Polityka zatrudnienia kobiet, prowadzona tuż po wojnie, miała na celu zapewnienie pracy wdowom jako ‚jedynym żywicielkom” rodziny. „Produktywizacja” kobiet ujęta w planie sześcioletnie przyczyniła się do wzrostu zatrudnienia oraz do podnoszenia kwalifikacji zawodowych poprzez organizowanie różnych szkoleń.
Mimo, że w świadomości społecznej utrwalił się negatywny obraz kobiet okresu stalinizmu, związany z wizerunkiem traktorzystki, przedstawianym jako humorystyczny symbol pogwałcenia naturalnego porządku płci, to niewątpliwie charakteryzował się on awansem zawodowym, społecznym, finansowym kobiet. Zdobywały one niezależność uwalniając się nie tylko spod władzy męża, ale także zapewniały byt, dzięki stałym zarobkom, sobie i swoim dzieciom. Wiele samotnie wychowujących dzieci kobiet – wdów, rozwiedzionych, żon alkoholików, mogły uwolnić się z toksycznych związków, bo dzięki pracy uzyskiwały możliwość awansu, dokształcenia się, a przede wszystkim stabilizacji.
Za zmianami dotyczącymi upowszechnienia awansu zawodowego kobiet, nie nadążała jednak mentalność. Kościół w Polsce negatywnie odnosił się do pracy kobiet, a prymas Stefan Wyszyński podczas wykładu wygłoszonego dla duchowieństwa na temat „zniekształcenia poglądu na kobietę” stwierdził, że najważniejszą rolą społeczną kobiety jest nie praca zawodowa, ale macierzyństwo. Rodząca się w latach osiemdziesiątych „Solidarność” podkreślała w swoim statucie (paragraf 6 artykuł 4), że celem związku jest „wzmocnienie rodziny i życia rodzinnego”. Potwierdza to tezę, że polskiego robotnika nie interesowały problemy kobiet jako takie, tylko ich wpływ na życie rodzinne. Podkreślano wiec patriarchalny ideał kobiety w rodzinie.
Ważną kwestią okazała się polityka społeczna kładąca nacisk na zapewnienie opieki nad kobietami oczekującymi narodzin dziecka, dla których w zakładach organizowano odziały pracy chronionej. Wydłużono urlopy macierzyńskie i wychowawcze, zliberalizowano przepisy ustawy aborcyjnej.
Po 1989 roku sytuacja kobiet zaczęła się pogarszać. Tradycyjne role płciowe zaczęły przeżywać renesans, a emancypacja miała polegać na tym że kobiety nie musiały pracować. Pojawiło się bezrobocie wśród kobiet, szczególnie dotknęło ono łódzkie włókniarki. W 1994 r. w województwie łódzkim zarejestrowano 110,8 tys bezrobotnych, w tym 52 tys kobiet.
W polskim parlamencie w 1989 roku na 460 posłów kobiet było zaledwie 60. Dopiero w 2011 roku kobiety stanowiły 23,91 procent.
Patriarchalna kultura tworzy bariery utrudniające kariery polityczne kobietom. Brak stabilności zatrudnienia to główna bariera dla decyzji o dziecku. Obawy o znalezienie pracy po urlopie macierzyńskim, niskie płace, trudności w godzeniu obowiązków praca-dom, brak realnego wyboru pomiędzy opieką nad dzieckiem w domu a powrotem do pracy i oddania dziecka do żłobka (zaledwie 7 proc. polskich dzieci poniżej 3 lat objętych jest opieka żłobkowa) to główna przyczyna zapaści demograficznej.
Mimo że niektórzy zarzucają, że komunizm zniekształcił tradycyjny w polskiej kulturze wizerunek Matki Polski, to z całą stanowczością należy podkreślić, że to właśnie w w okresie Polski Ludowej kobiety zyskały niezależność ekonomiczną i coraz większy społeczny prestiż.

 

Autorka jest profesorem nadzwyczajnym Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie i przewodniczącą Forum Kobiet SLD.

Trzy lekcje feminizmu

Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn dobiega kresu. To nie żadne proroctwo, ale wniosek narzucający się po fali premier teatralnych, w których feministyczny obraz rzeczywistości silnie dochodzi do głosu.

 

Rzecz jasna, to nie teatr zbawi świat. Teatr jest jednak czułym narzędziem rejestracji społecznych nastrojów. Nie powinni tego lekceważyć socjologowie, politolodzy, a zwłaszcza politycy. Ale ci ostatni, choć zauważyli Czarny Piątek, nie dostrzegają jak nasila się presja społeczna, mająca na widoku zmianę „męskiej” polityki. Tyrania mężczyzn poddawana jest próbie teatru i patriarchalny model społeczeństwa nie wychodzi z tej próby zwycięsko.
Dowodzą tego choćby ostatnie premiery teatrów warszawskich: „Miłość od ostatniego wejrzenia” Vedrany Rudan w reżyserii Iwony Kempy w Teatrze Dramatycznym, „Bachantki” według Eurypidesa w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym i „Kilka dziewczyn” Neila Labutte’a w reżyserii Bożeny Suchockiej w Teatrze Narodowej.
„Miłość od pierwszego wejrzenia” i „Bachantki” uznać można za manifesty współczesnego feminizmu, „Kilka dziewczyn” zaś to feministyczna krytyka egoistycznych wyobrażeń mężczyzn o świecie w formie łagodniejszej (soft-feminizm). Nie przypadkiem premierze w Teatrze Powszechnym towarzyszy oszczędny w słowa tekst Joanny Krakowskiej „50 ćwiczeń na feminizm”, zamieszczony w teatralnym programie. To rodzaj testu, który pozwala uświadomić sobie jak blisko lub jak daleko mnie/tobie/nam do feminizmu. Warto pochylić się nad tym tekstem, a dla zachęty wypisuję tylko trzy początkowe zdania: Raczej nie używać słów „najlepszy”. Nie wierzyć hierarchiom. Pytać, kto je ustanowił.
Chorwacka pisarka Vedrana Rudan wstrząsnęła swymi opowieściami o wojnie bałkańskiej. Taki był monodram Krystyny Jandy „Ucho, gardło, nóż” – właśnie dzisiaj, 14 grudnia, grany na żywo w Teatrze Polonia, będzie transmitowany w 39 kinach sieci Helios w całej Polsce (transmisja rozpocznie się o godzinie 19.30). Kiedy pojawił się na afiszu (2005), widzowie z trudem oswajali się z brutalnym językiem Rudan. „Takiej Jandy – wściekłej, wulgarnej, wyzywającej i złej – jeszcze nie widzieliście” – pisał wówczas Roman Pawłowski w „Gazecie Wyborczej”. Nikt nie miał wątpliwości, że mamy do czynienia wybitną pisarką, której tekst idealnie trafił na swoją aktorkę.
To nie jedyny spektakularny sukces Vedrany Rudan w Polsce. Z gorącym przyjęciem spotkał się oparty na jej powieści spektakl „Murzyni we Florencji” krakowskiego Teatru Nowego Proxima (2017) w reżyserii Iwony Kempy. Utwór i spektakl na granicy artystycznego ryzyka, bo jakże łatwo opowieść snuta z perspektywy bliźniaczych płodów (nieodparcie zabawni Julian Chrząstowski i Sławomir Maciejewski) mogła osunąć się w pospolitą zgrywę. Ale nie tym razem, na równi dzięki aktorom, jak i nieomylnie panującej nad materiałem Iwony Kempy. Trzeba było mieć nie lada wyobraźnię, aby uczynić narratorami parę nieukształtowanych płodów, które sobie nawzajem zadają proste pytania i udzielają na ogół dość zaskakujących odpowiedzi. Ale ta seria paradoksalnych zderzeń oczywistości z ich dosłownym opisem to jedynie komediowa otulina traum, tragedii, groźnych konfliktów i niechęci dzielących rodzinę, która – jak wiadomo – dobrze wychodzi tylko na zdjęciu.
Podobnie rzecz się ma z rodziną w „Miłości od ostatniego wejrzenia” także w adaptacji Iwony Kempy. Tym razem nie mamy do czynienia tragikomedią, raczej tu nie do śmiechu, bo sprawa, o której mowa, jest diabelnie poważna. Mowa o przemocy w rodzinie. O agresji uprawianej przez mężczyzn. Zaczyna się to już w latach dzieciństwa, kiedy dziewczynka spotyka się z brutalnością ojca, poniżaniem, biciem, lekceważeniem, wyzwiskami, zakazami. Biernie tej tresurze przygląda się zastraszona matka. Potem przychodzi kolej na wyśnionego księcia z bajki, który okazuje się despotą, żądającym od kobiety całkowitego, podporządkowania. Wszechstronnego: od posłuszeństwa w najdrobniejszych sprawach codziennych, po świadczenie usług erotycznych i obowiązek adoracji.
Tak przynajmniej było w rodzinie bohaterki dramatu, Tildy, od małej chowanej w posłuszeństwie, która wreszcie się buntuje. Poniżana i bita, traktowana jak przedmiot, wciąż kocha swego męża, ale i coraz bardziej nienawidzi, Pociechy szuka w ramionach kochanka, ale żyje w lęku, że w odwecie zostanie zamordowana. Towarzyszy w myśliwskich eskapadach swego męża-sędziego znajdującego upodobanie w krwawych łowach. Kiedy podczas polowania zabija sarnę, jest już gotowa, żeby zabić swego prześladowcę. Przedtem miota przekleństwa pod jego adresem, kiedy wróg nie słyszy, wciąż w nadziei, że on się jeszcze zmieni. Ale nie zmienia się. Zdesperowana pyta w dramatycznym monologu: „Może to jest jedyne możliwe szczęście kobiet. Żyć bez mężczyzny? Może to ocaliłoby świat i uczyniło go lepszym?”.
Iwona Kempa rozpisała przeżycia i doznania Tildy na cztery głosy – grają ją (jako dziewczynę i kobietę w różnym wieku) Karolina Charkiewicz, Magdalena Czerwińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska. Aktorki przejmują czasem rolę postaci męskich: ojca, męża, kochanka. Wszystkie ubrane w suknie ślubne, bo jak każe tradycja, to ślub jest warunkiem spełnienia jako kobiety. Tildzie w czterech postaciach towarzyszy czasem matka – Małgorzata Niemirska, przejmująca w roli zahukanej, gotowej na każde ustępstwo i niegodziwość doznawaną od męża, z determinacją dźwigająca swój krzyż. Cały jej wysiłek skupia się na tym, aby nie zwracać na siebie uwagi, wtopić się w tło. Ale „tło” w tym spektaklu jest nader wymowne – to instalacja Joanny Zemanek „Popiół i diamenty”, przedstawiająca rząd obszernych-pudeł, w których artystka umieściła suknie ślubne. Pudła przypominają trumny, a tytuł instalacji zapowiada śmierć mimo blasku, jaki obiecują diamenty (jak echo wiersza Norwida).
Równie mocno, a może i silniej wybrzmiewają buntownicze „Bachantki” Mai Kleczewskiej, która włączyła w antyczną tragedię relacje z walki o upodmiotowienie ciała kobiety: aktorki przedstawiają fachową instrukcję o stosowaniu pigułek poronnych, które umożliwiają usunięcie niechcianej ciąży. Ten wyrazisty gest protestu przeciw arbitralnym decyzjom męskiej większości (parlamentarnej), przymuszającej kobiety do pełnienia funkcji inkubatora już rozwścieczył grono prawicowych polityków i dziennikarzy. Tymczasem Kleczewska i współpracujący z nią Łukasz Chotkowski nawiązali do starożytnej tragedii, aby wpisać walkę kobiet o samostanowienie w wielowiekową tradycję. Nawet jeśli w „Bachantkach” bardziej chodziło o posłuszeństwo wobec boga niż prawa kobiet, to taka reinterpretacja jest całkowicie uprawniona. Boski szał bowiem, który ogarnia bachantki-wyznawczynie Dionizosa, jest odwetem za lekceważenie. Przede wszystkim boga, ale i jego wyznawczyń, a więc kobiet.
Spektakl ukazuje to sugestywnie, odtwarzając starcie przedstawiciela starych sił (patriarchatu), czyli władającego miastem Penteusza (Michał Czachor) i przybyłego pod przebraniem, jak to było w mitycznym obyczaju, Dionizosa. Bogiem jest w tym spektaklu kobieta (Sandra Korzeniak), jak w jednej z wersji mitu sugerowano. Jego/jej androginiczna postać i skłonność do ekstazy pociąga wyznawców.
Spektakl Kleczewskiej rozgrywa się w specjalnie zbudowanym na scenie Teatru Powszechnego odeonie, kolistym teatrze na wzór antyczny. Widownię reżyserka postanowiła podzielić: połowę rezerwując dla kobiet, połowę dla mężczyzn (parytet!). Warto pamiętać, że tajemne misteria dionizyjskie były dostępne tylko dla bachantek, mężczyznom wzbraniano na nie wstępu pod groźbą śmierci. Przed zakończeniem spektaklu inspicjent prosi mężczyzn o opuszczenie sali – krwawy finał przeznaczony jest (jak w owych misteriach) tylko dla kobiet.
Trzecią lekcję feminizmu przygotowała Bożena Suchocka. Autorem dramatu jest jednak mężczyzna – płodny amerykański dramatopisarz Neil LaBute, uchodzący (niesłusznie) za mizogina. Jak wykazała dowodnie Małgorzata Szum, badaczka od lat interesująca się jego twórczością, LaBute czarnymi charakterami czyni przede wszystkim mężczyzn, znacznie rzadziej kobiety. W „Kilku dziewczynach” widać to wyraźnie: występuje tu tylko jeden mężczyzna (Grzegorz Małecki) i cztery kobiety: Anna Grycewicz, Justyna Kowalska, Beata Ścibakówna i Patrycja Soliman. Bohater, nieźle prosperujący na rynku pisarz, odbywa osobliwą podróż. Ponieważ zamierza się ożenić, przed ślubem z wybranką (o której mówi z lekceważeniem) spotyka się z byłymi przyjaciółkami, z którymi w przeszłości niespodziewanie dla nich zerwał. Chce uzyskać od nich wybaczenie (?), błogosławieństwo (?), krzyżyk na drogę (?), nie jest to jasne. LaBute lubi się wykręcać – tak buduje dialogi, że to bardziej sugestie, niż stwierdzenia, i tak właśnie zachowuje się Mężczyzna. Jedno nie pozostawia wątpliwości – pisarz to krętacz, który ma na uwadze tylko własną korzyść. Kiedy na horyzoncie pojawia się najmniejsze „niebezpieczeństwo” odpowiedzialności za wspólne życie, porzuca kobiety bez słowa pożegnania i nie ma sobie nic do zarzucenia.
Jego spotkania z byłymi partnerkami kończą się katastrofą – żadna z nich nie jest gotowa mu wybaczyć, wszystkie czują się wykorzystane i poniżone. Na koniec wyjdzie na jaw, że i motyw podróży psiarza szlakiem dawnych miłości był drański.
Ta ostatnia lekcja feminizmu – dodam, że świetnie zagrana, powstały tu pełnokrwiste postaci (kreacja Beaty Ścibakówny jako poniżonej, starszej wiekiem partnerki, która znajduje sposób, aby ośmieszyć byłego kochanka) – sprawia wrażenie delikatnego komentarza do relacji męsko-damskich. Nie mając znamion manifestu, też wpisuje się w nurt feministycznych rozliczeń z męskim szowinizmem. Można być pewnym, że teatr na tym skończy.

Amazonki w Toku Praw Kobiet Recenzja

Gdybym miał wybrać wiersz najbardziej emblematyczny dla tego zbioru, to byłaby nim „Hipolita” Józefa Plessa, zaczynający się tak: „Jestem waleczną Amazonką/córą nimfy Harmonii/i boga wojny Aresa”. Wybrałbym go nie tylko dla walorów poetyckich, ale dlatego, że treść zbioru, o którym mowa wpisuje w antyczny mit o boskiej Amazonce, mitologicznej postaci będącej – nie wiem czy to właściwe słowo – patronką sprawy której zbiór „Nadzieja kwitnie dłużej” jest poświęcony. Ta sprawa to doświadczenia kobiet, które (często także ich rodziny) dotknięte zostały cierpieniem wynikającym z doświadczenia strasznej choroby – nowotworu piersi, a także jego następstw, bardzo często amputacji tego ważnego atrybutu kobiecości. Amputacji, która u źródeł będąc doświadczeniem cierpienia, niejednokrotnie w finale jest doświadczeniem ocalenia i częścią nowego, pochorobowego życia. Redaktorami tomu prozy i poezji autorstwa kobiet, które los uczynił Amazonkami, ale także osób im bliskich, w tym mężczyzn, z którymi los je zetknął – są Aleksandra Sołtysiak i Robert Rudiak. We wstępie zwracają uwagę, że tom został przygotowany z okazji obchodów Roku Praw Kobiet, także przy udziale osób żyjących na emigracji i że jego problematyka dotyka zjawiska szerszego niż doświadczenia Amazonek – fenomenu cierpienia jako nieodłącznego atrybutu egzystencji. Autorzy powołują się we wstępie na filozofów, którzy szczególnie pochylali się nad cierpieniem, którzy poświęcali mu swoją ludzką i filozoficzną uwagę, m.in. Kierkegaardowi, Schopenhauerowi czy Edycie Stein. Zwracają też uwagę na fakt, że kwestia poszukiwania sensu życia, traktowana w codziennej egzystencji często z lekceważeniem, w cierpieniu i ciężkiej chorobie nabierają żywego, dojmującego sensu. To dopiero wtedy nabierają żywego znaczenia słowa Arystotelesa o „cierpieniu jako nieodłącznemu cieniowi życia człowieka”. Portretują też 16 autorek i autorów wierszy oraz prozy (mającej głównie charakter wspomnień autobiograficznych). „Tematyka kobieca – piszą autorzy wstępu – stała się myślą przewodnią nadesłanych tekstów lirycznych. W szerokim wachlarzu kreślonych wątków odnaleźć można jej delikatną naturę i urodę, zmaganie się z chorobą, nasączone lękiem i cierpieniem, wołaniem o miłość i bliskość drugiej osoby”. Warto raz jeszcze wrócić do wspomnianego wiersza Józefa Plessa. Jego sens polega nie tylko na uniwersalizującym wpisaniu problemu choroby w tradycję świata mitologicznego, ale także na podjęciu kwestii, którą autorzy wstępu problem mitycznej Amazonki interpretują jako doświadczenie kobiety, „która bez piersi może z łatwością może strzelać z łuku, jest dzielną wojowniczką, lecz nigdy nie poznała miłości i szczęścia rodzinnego, gdyż musiała walczyć „w imię wolności” i jej się poświęcać, a następnie oddać za nią życie”. „Autor porównując tę mityczną boginkę ze współczesną kobietą zmagającą się z nowotworem, widzi podobieństwa – dzisiejsza Amazonka też walczy, nie poddaje się chorobie, bólowi, stressowi, nie kapituluje, bowiem jej „naturą jest roz=budzenie życia”. I miłości – chce się dodać. Bo tym, o co współczesne Amazonki muszą najbardziej walczyć jest miłość, miłość w najszerszym rozumieniu tego słowa, od erotycznej, do tej najogólniej ludzkiej, będącej jednym z atrybutów prawdziwego człowieczeństwa. I to tym właśnie, nie tylko o chorobie i cierpieniu, ale także o Miłości, opowiadają nie tylko autorzy wstępu, nie tylko cytowany Józef Pless, ale także pozostałych piętnaścioro autorów wierszy i prozy, od (ujmując alfabetycznie i wybiórczo) Bożeny Ambroży, poprzez Ewę Pawłowską, po Krystynę Wechman. Piękną puentą do tego zbioru mogą być zacytowane w nim słowa Marka Wawrzkiewicza, prezesa ZG ZLP: „Zwycięskie kobiety-Amazonki są najbardziej optymistycznymi ludźmi świata. (…) Książka ta jest wyjątkowa. To jedno z pierwszych artystycznych świadectw dramatycznej walki o wartość najcenniejszą”.

 

„Nadzieja kwitnie dłużej…”. Księga wierszy i prozy z okazji Roku Praw Kobiet, pod red. Aleksandry Sołtysiak i Roberta Rudniaka, wyd. Związek Literatów Polskich, Zielona Góra 2018, str. 122, ISBN 978-83-946173-5-6.

Wspaniałe stulecie

Zwykło się uważać, że kobiety w Polsce dostały prawa wyborcze niejako „naturalnie” wraz z odzyskaniem niepodległości po 123 latach. To oczywiście nieprawda, ówczesne działaczki po spaleniu Kodeksu Napoleona w 1908 i uzyskaniu de facto mandatu na sejm dla Marii Dulębianki dosłownie wydarły je naczelnikowi Piłsudskiemu z trzewi. Ale nie o tym ma być ten tekst. Sto lat później nie mamy już zaborów (choć niektórzy nazywają w ten sposób Unię Europejską; niektórzy również nadal lękają się powrotu zaboru rosyjskiego), a jednak okazuje się, że Kodeks Napoleona nadal w nas żyje. To dokument, który przez ponad 100 lat decydował o naszym statusie w Kongresówce: nie dawał prawa do zarządzania wypracowanym dochodem, wyjmował nas spod jurysdykcji świeckich sądów. Mąż i reszta rodziny decydowała o naszym miejscu zamieszkania, bądź o tym, czy możemy wychowywać swoje dzieci. Po ślubie nie wyrabiano nam dokumentów, stawałyśmy się przecież doklejką do męża.
Dziś z okazji jubileuszu wspaniałego stulecia na Dzień Dobry stacja TVN raczy nas programem śniadaniowym o temacie przewodnim „Po co kobietom pieniądze?”. „Czy kobiety umieją już inwestować?”. Nie czuję tu złej woli twórców programu, miało być lekko, zaczepnie, no tak „hehe” być miało. A wyszło tak, że zaproszone celebrytki miały wytłumaczyć się ludzkości z tego, czy zasłużyły na przywilej noszenia portfeli w swoich śmiesznych torebkach, pełnych szminek, lusterek i rozsypanych mentosów. Moja przyjaciółka komentując program stwierdziła wczoraj ze smutkiem, że uświadomiła sobie, że jej matka zawsze zaopatrywała lodówkę i płaciła za prąd oraz czynsz z własnej pensji. Mąż, intelektualista, miał własne dochody, którymi mógł dysponować z dużą swobodą, przyjęło się bowiem że nie idą na „pierwsze potrzeby”. Ile takich par wciąż żyje w Polsce sto lat po tym, jak kobiety wywojowały sobie upragnioną „wolność”? Ile kobiet jest wciąż stawianych w takiej roli? Może o tym zrobi ktoś program do śniadania?
Wspaniałe stulecie pięknie podsumowuje też głos Ilony Łepkowskiej w „Faktach po faktach”. Scenarzystka nie mogła sobie odmówić pogrożenia palcem, że jak panienka będzie kusić obciśniętą w mini pupą i świecić cyckiem w jacuzzi, to napyta sobie biedy, bo przecież krew nie woda. A potem będzie płacz, zgrzytanie zębów i wyciąganie rzekomej krzywdy po latach. Żeby nie było, pani scenarzystka przejęła się falą krytyki po swojej wypowiedzi i dziś wydała oświadczenie, w którym w zasadzie powtórzyła wszystkie swoje tezy, podpierając się jeszcze autorytetem z Ameryki.
Co wynikło z całej tej aferki? Ano tyle, że jasne, jesteśmy skłonni i skłonne nie tylko surowo karać, ale wręcz nawet linczować za gwałt – jeśli przebiegał według schematu „wyskoczył z krzaków na odludziu, kiedy wracałam z pracy nakarmić czwórkę dzieci mych”. W innym wypadku, w okolicznościach imprezy, kiedy oboje wypili, albo kiedy umawiali się tylko na loda, a skończyło się na stosunku, albo kiedy ona nie krzyczała wystarczająco głośno, albo jeśli zmieniła zdanie – nasłucha się właśnie od takich pań z grożącym paluszkiem, od policjantów z serią seksistowskich uwag za pasem, od innych święto-za przeproszeniem-jebliwych matron, snujących fantazje o dobrych i jurnych mężach stanu versus złych lafiryndach, co ich szkalują po latach. I nadal dziwimy się, że te ofiary latami milczą, zmuszone przez moralistów ciągle przeliczać na nowo swój „udział”.
Pogadajcie z waszymi matkami, ciotkami. Będziecie zaskoczeni, ile z nich „czegoś” „nie zgłosiło”, bo bały się zostać skrzywdzone drugi raz jako te, co „same się prosiły”. W tym kontekście zawsze wyjątkowo wzruszający wydaje mi się ten fragment z „Chłopów” Reymonta, kiedy Hanka, pokrzywdzona przecież w powieści przez romanse męża z Jagną, wykazuje instynktowną kobiecą solidarność, biorąc w obronę pijaną macochę po tym, jak została wykorzystana przez wójta. Rozumie złożoność sytuacji, czuje, kto jest ofiarą, a kto posunął się za daleko. Pani komentatorka w TVN24 – nadal najwyraźniej wiedzieć tego nie chce.
Wspaniałe stulecie kończymy z Kodeksem Napoleona pod pachą, odświeżonym, po dostawieniu dekoracji Netflixa. Nieźleście nas urządziły, siostry.

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Myślicie, że faceci zwani incelami ukrywają się na 4chanie, Reddicie albo w innych nieoczywistych zakamarkach Internetu, gdzie mogą, nieniepokojeni przez nikogo, pławić się w odmętach własnej mizoginii? Nic bardziej mylnego. Przedstawiamy dwóch mecenasów ze Szczecina, zawsze chętnych, aby „pomóc mężczyznom w trudnych sprawach rodzinnych”. Prowadzą stronę, na której objaśniają, dlaczego kobiety to istoty ograniczone instynktem macierzyńskim, cynicznie polujące na bogatych mężczyzn, kompletnie niezdolne do uczuć wyższych. Motto „Bloga dla mężczyzn” pisanego przez adwokatów Wojciecha Wojciechowskiego i Marcina Stopę to „czytaj i ucz się”. Poczytajmy więc.

 

Na „Blogu dla mężczyzn” nie znajdziemy bezpośredniego adresu kancelarii panów Wojciechowskiego i Stopy. Ale dowiemy się, że kancelaria ta istnieje od 2001 roku i komu pomoc prawna jest dedykowana. Bez trudu znajdziemy również numer kontaktowy i adres email, pod którym można złapać autorów.

I nawet nas korciło, żeby ów numer wykręcić i zapytać adwokatów między innymi:

– dlaczego uważają, że „przeciętny mężczyzna był, jest i będzie inteligentniejszy niż przeciętna kobieta”?

– na jakiej podstawie wnioskują, że „we współczesnej rzeczywistości jest coraz mniej kobiet, które się do czegokolwiek nadają, w tym do tego, żeby je kochać”?

– czemu jako ojcowie „pokazaliby drzwi” potencjalnej dziewczynie swojego syna, która „jest współczesną feministką, ma problemy finansowe, ma nierozwiązane problemy emocjonalne z dzieciństwa, zwłaszcza na tle kontaktów z ojcem”?

– dlaczego wreszcie twierdzą, że „kobiety nie kochają mężczyzn i nie są zdolne do tego, aby ich kochać. Ich instynkt nie ciągnie ich w kierunku samych mężczyzn, nie są zainteresowane mężczyznami samymi w sobie, ale tym, co mężczyzna ma albo tym, co może dać”?

Ostatecznie uznałyśmy jednak, że nie media, lecz przełożeni mecenasów Wojciechowskiego i Stopy będą upoważnieni do tego, aby uzyskać od nich odpowiedzi na powyższe pytania. Nam całkowicie wystarczy przedstawione na łamach bloga wyjaśnienie świata zawarte w dziesięciu notkach.

Postanowiłyśmy nie zabierać autorom cennego czasu, który mogliby wykorzystać na pozyskiwanie kolejnych klientów – ofiar bezdusznych modliszek. Bo wiecie, nawet jak baba dostanie wciry, to wcale nie znaczy, że oprawcą w tym układzie jest on. Przeciwnie. Według dwóch prawników, wciąż czynnych zawodowo, również to dowodzi wyższości rodu męskiego nad żeńskim:

„Kobieta jest zainteresowana takim mężczyzną dlatego, że na poziomie podświadomym odbiera złe traktowanie przez mężczyznę jako przejaw tego, że taki mężczyzna jest od niej lepszy”.

 

Zapnijcie pasy. To dopiero początek

 

To nie twoja wina, że jesteś głupia. Masz mniejszy mózg

Nie jest to oczywiście winą kobiet, że są owładnięte przez hormony, chciwe, małostkowe i bezduszne. Takich tez absolutnie nie należy mecenasom wpychać w usta. Wiedzą oni bowiem doskonale, że wszystkiemu winna jest biologia i sławny „naturalny porządek rzeczy”.

„Kobiety nie są złe. Po prostu są, jakie są. Nie można mieć do węża pretensji o to, że jest wężem albo oczekiwać od kreta, że zacznie widzieć i doceniać kolory a od żółwia, że zacznie cwałować. Albo się to akceptuje albo żyje w świecie, który prędzej czy później zostanie zniszczony w konfrontacji z rzeczywistością”.

Istoty żeńskie mają mózgi o mniejszej pojemności. Zaprzeczy ktoś? Jasne, że nie. To fakt. Faktem jest również, że słonie czy płetwale mają mózgi jeszcze bardziej pojemne niż homo sapiensy, a jednak nie przekłada się to bynajmniej na rozwój cywilizacji. Nie zawsze rozmiar ma znaczenie.

A jednak panom mecenasom wychodzi, że

„większa pojemność mózgu mężczyzny przekłada się na zwiększoną aż o 16 proc. ilość neuronów w korze mózgowej w stosunku do mózgu kobiety.(…) mężczyzna przeciętnie ma większą zdolność uczenia się i rozwiązywania danego zadania, natomiast kobieta powinna z założenia posiadać lepiej rozwinięte umiejętności społeczne (czytaj: mówienie za dużo, zrzędzenie, manipulacja, kłamstwo, lepsze zapamiętywanie słów, lepsze zapamiętywanie twarzy). Mężczyźni i kobiety nie są ani tacy sami ani równi”.

Mamy jednak dla panów złą wiadomość: przeciwnego zdania są sądy powszechne, które zakładają równość obywateli wobec prawa, niezależnie od tego, co ci noszą między udami. O tychże sądach autorzy bloga nie mają jednak najlepszego zdania, ostrzegając czytelników:

„Nie zapominaj, że w sprawie rozwodowej sąd, choć być może trudno to naprawdę zaakceptować, będzie stać po stronie żony”.

 

Małżeństwo jako stosunek prawny

 

Panowie W. & S. życzliwie doradzają, co robić, gdy rozwód na horyzoncie: „Nagrywaj. Dokumentuj, utrwalaj w taki lub inny sposób każdy kontakt z żoną w czasie sprawy rozwodowej (telefoniczny, mailowy, bezpośredni itd.)”, „Nie traktuj żony jak przyjaciela. (…) Twoja żona zrobi wszystko, żeby wycisnąć z Ciebie tyle, ile się da i dołożyć Ci. W tym drugim przypadku zrobi to dla czystej satysfakcji”, „Nie zgadzaj się na nic dla świętego spokoju”.

Nie dla nich mediacje, próba łagodzenia konfliktów i wybrnięcia w jak najmniej dotkliwy sposób z traumatycznej dla obu stron sytuacji rozpadu małżeństwa. Mecenasi nie mają zresztą złudzeń co do tego, że o ile rozwód pogarsza sytuację życiową mężczyzny pod każdym względem („utrata tożsamości męża i ojca”, „konieczność zniesienia utraty połowy majątku na rzecz byłej żony, która z reguły w niewielkim, jeżeli w ogóle, stopniu przyczyniła się do jego powstania” itd.), to kobiecie dodaje skrzydeł. Właściwie założyć można, że kobieta wychodzi za mąż wyłącznie po to, by móc się rozwieść i zacząć polować na kolejnego nieświadomego, bezbronnego acz bogatego jelenia. Jelenia, który w genach zakodowaną ma potrzebę rozmnażania się, opieki i dostarczania dóbr najbliższym, co kobieta-drapieżnik bezlitośnie wykorzystuje. Bo według autorów bloga: „mężczyzna może stać się niewolnikiem swojego własnego mózgu i hormonów, które sam produkuje i kobiety dobrze o tym wiedzą”. Dlatego właśnie „najlepszym sposobem dla mężczyzny na uniknięcie ogromnego ryzyka związanego z zawarciem małżeństwa jest niezawieranie go”.

To proste jak konstrukcja cepa:

„Małżeństwo dla kobiety to biznes. (…) Kobieta zawsze wybiera takiego mężczyznę do małżeństwa albo do stałego związku, który zarabia więcej niż ona, który ma więcej zasobów niż ona. Na tym właśnie polega hipergamia. Zdarza się również nierzadko, że kobieta wybiera takiego mężczyznę, który dobrze lub bardzo dobrze według niej rokuje na przyszłość, jeżeli chodzi o możliwość pozyskiwania zasobów (czytaj pieniędzy), które będą jej potrzebne. Niektóre kobiety mają bardzo dobrze rozwiniętą zdolność wychwytywania takich właśnie mężczyzn. (…) Środkiem do osiągnięcia tego celu jest małżeństwo jako stosunek prawny. Taki, w którym mężczyzna może zostać zmuszony przez państwo do łożenia na kobietę”.

 

Kocha, nie kocha?

 

Tylko facet potrafi kochać. To teza śmiała, aczkolwiek niepodważalna, potwierdzona autorytetami. Jakimi? Wojciechowskiego i Stopy.

Nawet nie próbujcie dyskutować.

„Kobieta nie kocha mężczyzny tak, jak mężczyzna kocha ją. Jest to zasada nie znająca wyjątków. Może darzyć go uczuciem, ale uczucie to nie będzie miłością w takim sensie, w jakim zna je mężczyzna”.

Bo miłość, moi drodzy, to „poświęcenie”:
„Mężczyzna oddaje swoje zasoby, swoje terytorium, chroni kobietę i dzieci”.

A ona? Cóż,

„dla kobiety, związek z mężczyzną, nawet jeżeli jest to przelotna znajomość, jest traktowany jak interes (za wyjątkiem seksu „dla sportu”). Interes, w którym kobieta szuka mężczyzny, który będzie możliwe najlepszym dostarczycielem dóbr i usług. Nie dotyczy to rzecz jasna kobiet bardzo zamożnych, które po prostu nie potrzebują pieniędzy mężczyzny, ale ile takich kobiet jest. Nie należy tego, co napisałem rozumieć w ten sposób, że kobieta w takim związku będzie wyprana z emocji. Przeciwnie, emocje będą zaangażowane ale koniec końców, zawsze chodzi o interes. Interes wyrażający się w tym, by pozyskać mężczyznę, który będzie dać z siebie w stanie maksimum aby zaspokoić na możliwie najwyższym poziomie materialne potrzeby kobiety, ewentualnie potrzeby jej dzieci. Jeżeli mężczyzna zawiedzie w dziedzinie zaspokajania potrzeb materialnych, kobieta zacznie rozglądać się za kimś innym”.

Żeby tylko!

„Rola kobiety w związku polega głównie na tym, że obdarza mężczyznę swoją obecnością. (…) Przejawem typowej kobiecej miłości może być również zaborczość i chęć kontrolowania różnych aspektów życia partnera. Takim przejawem może być na przykład ciągłe wysyłanie wiadomości, które mają na celu utrzymanie zainteresowania mężczyzny konkretną kobietą oraz kontrolę tego, kogo on obdarza zainteresowaniem”.

W dodatku, kiedy taka jedna z drugą poczuje się już pewnie, rozpoczyna proces tzw. zagnieżdżania:

„W przypadku kobiety, słowem – kluczem, umożliwiającym zrozumienie, na czym polega miłość kobiety, nie jest poświęcenie. (…) Gdy kobieta wybiera jakiegoś mężczyznę na partnera, pierwszym tego przejawem jest seks (z wyjątkiem seksu dla sportu, zemsty czy podobnych incydentalnych przypadków). Innym przejawem kobiecej miłości jest dostosowywanie do swoich potrzeb dotychczasowego terytorium mężczyzny. Tzw. gnieżdżenie się kobiety zaczyna się z reguły od pozostawiania szczoteczki do zębów lub pojedynczych części garderoby w domu mężczyzny”.

Wychodzi na to, że fakt, iż delikwent wstaje rano, myje zęby, zakłada skarpetki i idzie do pracy nie jest oczywistością, tylko ogromem poświęcenia, czynionego dla partnerki i podtrzymania gatunku – i należą mu się za to pokłony. My, głupiutkie, jak wiadomo, większość czasu spędzamy na polowaniu na kandydata z możliwie najgrubszym portfelem. Dlatego tak bardzo zależy nam na obrączce na palcu:

„Z tej przyczyny – wzmocnienia gwarancji na zaspokajanie własnych potrzeb – wiele kobiet ma na pewnym etapie życia, niektóre przez całe życie, obsesję na punkcie wyjścia za mąż. Kobieta, w przeciwieństwie do mężczyzny, dysponuje stosunkowo krótszym czasem aby związać ze sobą mężczyznę. W obecnych czasach dość często kobieta dwudziestokilkuletnia prowadzi rozrywkowy tryb życia, nagle orientuje się, że ma lat trzydzieści kilka i wpada w panikę, ponieważ z roku na rok maleje jej realna szansa na dziecko, a zarazem zmniejsza się w coraz większym tempie jej atrakcyjność fizyczna. Z reguły, kobieta, która przekracza trzydziestkę a tym bardziej sięga czterdziestki i do tej pory nie ma dziecka ani mężczyzny na stałe, ma bardzo duże szanse na to, że nie będzie miała ani jednego, ani drugiego. Wówczas często zadowala się po prostu tym, co jest dostępne. Wie, że wkrótce uderzy z pełną mocą w ścianę czasu i nie będzie wyglądać tak, jak wówczas, gdy miała 25 lat”.

Po świecie chodzą też i samobójczynie, które wybierają życie w samotności, nieświadome tego, że ich atrakcyjność fizyczna po trzydziestce zacznie pikować w dół:

„Obecnie, główna przyczyna, dla której niektóre kobiety nie chcą wychodzić za mąż na danym etapie swojego życia polega na tym, że wydaje im się, że będzie im lepiej samym niż w małżeństwie. Niektórym kobietom wydaje się również, że podobnie jak w przypadku mężczyzn, ich atrakcyjność będzie do pewnego momentu rosła im starsze będą się stawać”.

On jest kiepskim mężem? To twoja wina!

Serio. Nie miej złudzeń. Takiego sobie wybrałaś.

„Te kobiety, które wybierają nieudaczników życiowych, mężczyzn niezaradnych, wybierają po prostu to, na co je stać. Mężczyzna taki to szczyt aktualnych możliwości danej kobiety jeżeli chodzi o jej zdolność znalezienia partnera”.

To rosyjska ruletka, w której nie wygrasz: jeżeli mężczyzna dokona złego wyboru, to jest to wina kobiecej natury. Jeżeli kobieta dokona złego wyboru, to też jest to wina kobiecej natury.

 

Garść porad dla syna

 

Na początek ustalmy, czy twój syn jest normalny (czyt.: czuje pociąg do cycków i cipek).

„Większość mężczyzn, wyłączając gejów oraz mężczyzn, którzy zgodnie z pseudoideologią gender identyfikują się z trzynastoletnimi chłopcami, sześcioletnimi dziewczynkami, drzewami, zwierzętami czy ekspresami do kawy, jest zaprogramowanych do odczuwania przyjemności, wynikającej z emocjonalnego i fizycznego kontaktu z kobietą”.
Mamy to? No to jedziemy dalej. „Istnieje kilka typów dziewczyn, których młody chłopak powinien unikać jak ognia”.

A więc:

„dziewczyna, która miała złe relacje z własnym ojcem albo, nie miała z nim żadnych bo nie był obecny w jej życiu. W czasie kluczowym dla kształtowania się jej psychiki – w dzieciństwie – nikt nie pokazał jej pozytywnego wzorca mężczyzny, silnego, pewnego siebie, mądrego, takiego, którego należy szanować. Być może jej ojciec nigdy nie był obecny fizycznie w jej życiu, a być może był w nim tylko popychadłem, poniżanym na porządku dziennym przez matkę. Taka dziewczyna będzie próbowała prędzej czy później, świadomie lub nie, rozwiązywać swoje problemy z dzieciństwa poprzez związek z chłopakiem”.

Rozumiemy, że współczucie owej młodej osobie z racji tego, że pochodzi z rozbitej rodziny i być może ma na koncie przebyte w dzieciństwie traumy, nie należy się w najmniejszym stopniu. Nie ma też w pakiecie opcji, że winnym zrujnowania dziecku pierwszych lat życia jest nie kto inny, jak sam tatulek.

„Inny typ dziewczyny, to taka, która będzie chciała traktować chłopaka jak bankomat. Jest też dziewczyna, która będzie oczekiwać od chłopaka, że będzie jej nieustannie pomagał rozwiązywać jej własne emocjonalne problemy. Jest również typ dziewczyny, która lubi imprezować kilka razy w tygodniu a w czasie zabawy pozwalać sobie na bardzo dużo”.

„Kolejny typ to dziewczyna, która pozostaje w ciągłym konflikcie ze swoimi poprzednimi chłopakami”.

„Jest wreszcie dziewczyna obsesyjnie zazdrosna, która od pewnego momentu znajomości zacznie grzebać w rzeczach osobistych chłopaka, w jego komputerze, telefonie i wynajdywać najbardziej nawet błahe powody do awantur”.

„Z żadną z takich dziewczyn nie warto mieć kontaktu. Prędzej czy później zamienić mogą życie młodego człowieka w koszmar. Pamiętać również należy o tym, że przez początkowy okres znajomości dziewczyna może udawać kogoś innego, niż w rzeczywistości po to, aby uzależnić od siebie emocjonalnie chłopaka. Gdy ten już połknie haczyk można pozwolić sobie stopniowo na coraz więcej”.

 

Crème de la crème

 

Zbierzmy zatem do kupy (dosłownie i w przenośni) najważniejsze informacje, jakie przekazują nam doświadczeni prawnicy, adwokaci z „wieloletnim doświadczeniem związanym ze stosowaniem prawa rodzinnego jak i obserwacji nie związanych bezpośrednio z prawem, mających jednak znaczenie dla każdego mężczyzny”.

„Kobieta to pies na uwagę”.

„Gdyby nie mężczyzna, kobieta nie byłaby w stanie zajść w ciążę”.

Trudno z tym dyskutować, choć – być może dla niektórych okaże się to zaskoczeniem – mężczyźni bez kobiet również niewiele by zdziałali w kwestii prokreacji.

„Kobiety nie kochają mężczyzn i nie są zdolne do tego, aby ich kochać (…) nie są zainteresowane mężczyznami samymi w sobie”.

Naprawdę chętnie się dowiemy, skąd taki wniosek i na podstawie jakich danych został wyciągnięty. Bo na przykład pochodzące z raportu „Alkohol i zdrowie” z 1995 r. statystyki dotyczące alkoholizmu, mówią jasno: 9 na 10 żon alkoholików zostaje przy mężu, podczas gdy w sytuacji odwrotnej 9 na 10 mężczyzn opuszcza uzależnioną żonę. Badania socjologów z Iowa State University, przeprowadzone na 2701 parach wykazały, że o ile ciężka choroba żony o 6 proc. zwiększa ryzyko rozwodu, w przypadku poważnej choroby męża w żaden sposób nie wpływa na rozpad małżeństwa.

„Kobiety nie chcą brać za nic odpowiedzialności ale chcą podejmować decyzje, chcą władzy. Brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje i władza to nie jest dobre połączenie”.

Niestety, nie najlepszym połączeniem są również kategoryczne opinie i brak argumentów na ich poparcie.

„W swojej głowie na pewnym poziomie [kobieta] jest maszyną do rodzenia dzieci i zrobi wszystko, żeby zapewnić sobie możliwie najlepszą realizację tego instynktu”.
„(…) jeżeli kobieta nie ma takich samych wysokich kwalifikacji do wykonywania tej samej pracy co mężczyzna, rząd zadba o zmuszenie przedsiębiorcy, aby zatrudnił ją ponieważ trzeba tworzyć równe szanse zatrudnienia dla obu płci. W rzeczywistości nie chodzi o tworzenie równych szans, bo szanse te powinien sobie stworzyć sam bezpośrednio zainteresowany, ucząc się robić to co trzeba. Chodzi o zdobycie głosów kobiet w wyborach”.

A słyszeli Panowie o szklanych sufitach? Wiecie, ile kobiet na rozmowach o pracę słyszy – w sposób bardziej lub mniej zawoalowany – pytanie o plany rodzinne? I jak często dużo bardziej wykwalifikowane od konkurentów kobiety nie dostają posady wyłącznie dlatego, że rekruterzy podzielają Wasz pogląd, iż jest ona wyłącznie maszyną do rodzenia dzieci? A mężczyzna, choć – według Was – opiekę nad najbliższymi ma w genach, wciąż nieczęsto decyduje się na urlop tacierzyński.

„W obecnym społeczeństwie i od zawsze mężczyźni są oceniani ze względu na to, co robią i jakie mają tego efekty, podczas gdy kobiety nie muszą nic robić aby społeczeństwo je gloryfikowało”.
I prawdziwy mężczyzna tym wszystkim wyzwaniom jest w stanie sprostać z palcem w nosie. Bo jest „silny, inteligentny, pewny siebie, dominujący, zdrowy, odważny”. Nie to co „cipy” z brodami o niewystarczająco niskich głosach. Oni, mimo, że wysocy i postawni, bywają „tak zniewieściali w zachowaniu, w sposobie mówienia a nawet tonie głosu, że od samego patrzenia na nich jaja mogą się skurczyć”.

 

***

Umieracie z ciekawości, jak to możliwe, że dwaj prawnicy, nie bawiąc się w subtelności, takie jak pseudonimy artystyczne typu „Marcin67” czy „Wojtek13”, ale pod nazwiskiem, w biały dzień, wypisują to wszystko w Internecie i nadal pełnią zawód społecznego zaufania, reprezentując w sądzie ludzi?

My też.

Istnieje oczywiście ryzyko, że jako kobiety z naszymi mało pojemnymi móżdżkami i słabo wykształconymi połączeniami nie zrozumiałyśmy istoty przekazu zaserwowanego nam przez szanownych autorów. Dlatego postanowiłyśmy zapytać o to osoby, z których opinią – chociażby przez fakt posiadania penisów oraz względnej decyzyjności – panowie liczyć się muszą. Napisałyśmy zatem do dziekana Okręgowej Rady Adwokackiej w Szczecinie adw. Włodzimierza Łyczywka oraz Rzecznika Dyscyplinarnego Szczecińskiej Izby Adwokackiej Waldemara Juszczaka. Otrzymałyśmy informację zwrotną, iż w dniu 17 września 2018 r. wydano postanowienie o wszczęciu postępowania dyscyplinarnego.

Autorzy zdają się chyba nieszczególnie tym przejmować. Najnowsza notka na blogu pojawiła się 1 października. Być może to dlatego, że postanowienie wydała zastępczyni rzecznika, pani adwokat Marta Madej-Wierzbicka. Pani Marta, jak wskazywałyby na to personalia, jest kobietą. Nie musimy więc chyba wyjaśniać, dlaczego postanowić to ona mogła sobie co najwyżej o tym, co poda mężowi na obiad. Żartujemy, oczywiście. Wiadomo, że wszystkie decyzje należą do mężczyzny.

Jednym głosem

„Nie jest naszą rolą kreować liderki, które potem dostaną się do władzy. Nie mamy żadnych złudzeń co do polityków i polityczek. Nasze doświadczenie pokazuje, że osoby, które są u władzy, nie reprezentują naszych interesów” – mówiła jedna z uczestniczek II Socjalnego Kongresu Kobiet, który odbył się w sobotę w Poznaniu.

 

I faktycznie, podczas całego dnia obrad głos polityczek nie był praktycznie słyszalny. Najważniejsze było bowiem to, co miały do powiedzenia działaczki ruchu lokatorskiego, aktywistki na rzecz praw reprodukcyjnych, a także pracownice medyczne i związkowczynie.

Jakie są przyczyny nieufności wobec władz, również lokalnych? Kolejne mówczynie podawały przykłady z codziennego życia. – Pomimo tego, że kobieta od 12 lat sprawuje władzę w Warszawie, sytuacja lokatorska nadal jest tragiczna. Mieszkania są zagrzybiałe, niedogrzane, drogie” – zwracała uwagą Maria Burza z warszawskiego Kolektywu Syrena, dodając, że perspektywa feministyczna powinna przede wszystkim obejmować sprawy socjalne, a nie „problemy businesswoman”, a takimi właśnie zajmuje się Hanna Gronkiewicz-Waltz – polityczka, która jest stałą gościnią liberalnego Kongresu Kobiet. – Musimy się organizować same, oddolnie, wtedy mamy największy wpływ. Dlatego założyłyśmy organizacje lokatorską – mówiła aktywistka.

Organizatorki przypomniały, że Socjalny Kongres Kobiet jest inicjatywą mającą korzenie w pracowniczym konflikcie. Impuls do jego powstania dały kobiety zatrudnione w poznańskich żłobkach, które, zrzeszone w Inicjatywie Pracowniczej, od kilku lat prowadzą walkę przeciwko wyzyskowi i niskim standardom pracy w budżetowce. Fakt ten nie tylko uzmysławia pryncypia jakie przyświecają SKK, ale również stanowi wyraźne odróżnienie od Kongresu Kobiet. Ten, jak podkreślały uczestniczki wczorajszego wydarzenia, jest organizowany przez bogate biznesmenki, których wizja równości obejmuje również prawo do wyzyskiwania innych kobiet, zatrudnionych często na umowach śmieciowych.

Kluczowym pojęciem, które powracało na Socjalnym Kongresie Kobiet nie była „przedsiębiorczość”, co próbuje corocznie forsować Henryka Bochniarz z koleżankami, lecz „solidarność” pojmowana jako świadomość wspólnoty interesów pracownic różnych zawodów. Łączy nie tylko walka o wyższe płace, przeciwko dyskryminacji, ale również fakt, że wiele z nich po godzinach pracy musi wykonywać pracę opiekuńczą przy wychowywaniu dzieci oraz szereg innych prac reprodukcyjnych. – Istotne jest budowanie solidarności między pracownikami. Dostępne nam narzędzia są różne – to są m.in. spory zbiorowe, spowalnianie prac. To się dzieje, dziś opowiadały o tym nie tylko pracownice Amazona, ale też kobiety pracujące w żłobkach – one też mogą to robić. Mogą opóźniać wydawanie rodzicom dzieci, mogą odmawiać wykonania dodatkowych prac, które nie są w zakresie ich obowiązków – podsumowywała konferencja Joanna Malinowska z Inicjatywy Pracowniczej, jedna ze współorganizatorek wydarzenia.

Podczas paneli dyskusyjnych można było usłyszeć przejmujące historie o fatalnym stanie mieszkań komunalnych i samotnych kobietach pracujących na niestabilnych formach zatrudnienia za pensje z trudem wystarczającą na opłacenie czynszu i utrzymanie. Działaczki pracujące w żłobkach mówiły o wydłużającym się dniu pracy, który po powrocie do domu przeradza się w drugi etat. Aktywistki ruchu lokatorskiego tłumaczyły dlaczego warto blokować eksmisje, a jeszcze inne kobiety objaśniały znaczenie strajku jako konieczności na drodze do realizacji wszystkich najważniejszych praw, również praw kobiet.

Kongres Socjalny Kobiet udowodnił, że jest obecnie najsilniejszym, najciekawszym i najbardziej zaawansowanym intelektualnie ośrodkiem samoorganizacji feministycznej, a jego moc tkwi w umiejętności wykorzystywania różnorodności do efektywnej wymiany doświadczeń i tworzeniu świadomości spójności interesów. KSK buduje mosty pomiędzy przedstawicielkami pozornie od siebie oddalonych zawodów, które łączy to, że są po jednej stronie również w walce klasowej.

Znakomitym podsumowaniem SKK są słowa jednej z uczestniczek, Marysi Świetlik. Socjalny Kongres Kobiet to miejsce, gdzie można tę współzależność dostrzec. Jak to, że walka o niższe opłaty za prąd, dostępność mieszkań komunalnych, czy z reprywatyzacją, jest też walką o prawa pracownicze. Bo jeśli nie mamy bezpiecznego dachu nad głową, to o ileż trudniej zaryzykować konflikt z pracodawcą albo rzucić pracę w ogóle. Im większy przymus pracy najemnej, tym słabsza pozycja w walce z pracodawcą. I odwrotnie, gdy walczymy o podwyżki dla opiekunek osób starszych, salowych, czy przedszkolanek, dzięki którym mogą lepiej wykonywać swoją pracę, to my też zyskujemy wolność od ciągłego martwienia się, czy bliskie nam osoby są dobrze zaopiekowane. Wolny czas możemy poświęcić na coś innego niż obowiązkowa praca reprodukcyjna. To samo dotyczy norm pracy – jeśli w pracy narzuconym tempem wyciskają z nas wszystkie poty, wymuszają nadgodziny, czy nie dają czasu na sensowny posiłek, to jak mamy mieć siły, by wykonać potem jeszcze naszą pracę reprodukcyjną? Nie dajemy rady, pękają nam kręgosłupy i serca, siada psychika. Przełamać może to tylko wzajemna solidarność i wspólnota walk. Dostrzeżenie tych współzależności to pierwszy krok. Drugi to dzielenie się doświadczeniami oporu, by skuteczniej planować kolejne batalie. Oba udało się wykonać na Kongresie. Cd w naszych rękach” – napisała działaczka po zakończeniu wydarzenia.