Amazonki w Toku Praw Kobiet Recenzja

Gdybym miał wybrać wiersz najbardziej emblematyczny dla tego zbioru, to byłaby nim „Hipolita” Józefa Plessa, zaczynający się tak: „Jestem waleczną Amazonką/córą nimfy Harmonii/i boga wojny Aresa”. Wybrałbym go nie tylko dla walorów poetyckich, ale dlatego, że treść zbioru, o którym mowa wpisuje w antyczny mit o boskiej Amazonce, mitologicznej postaci będącej – nie wiem czy to właściwe słowo – patronką sprawy której zbiór „Nadzieja kwitnie dłużej” jest poświęcony. Ta sprawa to doświadczenia kobiet, które (często także ich rodziny) dotknięte zostały cierpieniem wynikającym z doświadczenia strasznej choroby – nowotworu piersi, a także jego następstw, bardzo często amputacji tego ważnego atrybutu kobiecości. Amputacji, która u źródeł będąc doświadczeniem cierpienia, niejednokrotnie w finale jest doświadczeniem ocalenia i częścią nowego, pochorobowego życia. Redaktorami tomu prozy i poezji autorstwa kobiet, które los uczynił Amazonkami, ale także osób im bliskich, w tym mężczyzn, z którymi los je zetknął – są Aleksandra Sołtysiak i Robert Rudiak. We wstępie zwracają uwagę, że tom został przygotowany z okazji obchodów Roku Praw Kobiet, także przy udziale osób żyjących na emigracji i że jego problematyka dotyka zjawiska szerszego niż doświadczenia Amazonek – fenomenu cierpienia jako nieodłącznego atrybutu egzystencji. Autorzy powołują się we wstępie na filozofów, którzy szczególnie pochylali się nad cierpieniem, którzy poświęcali mu swoją ludzką i filozoficzną uwagę, m.in. Kierkegaardowi, Schopenhauerowi czy Edycie Stein. Zwracają też uwagę na fakt, że kwestia poszukiwania sensu życia, traktowana w codziennej egzystencji często z lekceważeniem, w cierpieniu i ciężkiej chorobie nabierają żywego, dojmującego sensu. To dopiero wtedy nabierają żywego znaczenia słowa Arystotelesa o „cierpieniu jako nieodłącznemu cieniowi życia człowieka”. Portretują też 16 autorek i autorów wierszy oraz prozy (mającej głównie charakter wspomnień autobiograficznych). „Tematyka kobieca – piszą autorzy wstępu – stała się myślą przewodnią nadesłanych tekstów lirycznych. W szerokim wachlarzu kreślonych wątków odnaleźć można jej delikatną naturę i urodę, zmaganie się z chorobą, nasączone lękiem i cierpieniem, wołaniem o miłość i bliskość drugiej osoby”. Warto raz jeszcze wrócić do wspomnianego wiersza Józefa Plessa. Jego sens polega nie tylko na uniwersalizującym wpisaniu problemu choroby w tradycję świata mitologicznego, ale także na podjęciu kwestii, którą autorzy wstępu problem mitycznej Amazonki interpretują jako doświadczenie kobiety, „która bez piersi może z łatwością może strzelać z łuku, jest dzielną wojowniczką, lecz nigdy nie poznała miłości i szczęścia rodzinnego, gdyż musiała walczyć „w imię wolności” i jej się poświęcać, a następnie oddać za nią życie”. „Autor porównując tę mityczną boginkę ze współczesną kobietą zmagającą się z nowotworem, widzi podobieństwa – dzisiejsza Amazonka też walczy, nie poddaje się chorobie, bólowi, stressowi, nie kapituluje, bowiem jej „naturą jest roz=budzenie życia”. I miłości – chce się dodać. Bo tym, o co współczesne Amazonki muszą najbardziej walczyć jest miłość, miłość w najszerszym rozumieniu tego słowa, od erotycznej, do tej najogólniej ludzkiej, będącej jednym z atrybutów prawdziwego człowieczeństwa. I to tym właśnie, nie tylko o chorobie i cierpieniu, ale także o Miłości, opowiadają nie tylko autorzy wstępu, nie tylko cytowany Józef Pless, ale także pozostałych piętnaścioro autorów wierszy i prozy, od (ujmując alfabetycznie i wybiórczo) Bożeny Ambroży, poprzez Ewę Pawłowską, po Krystynę Wechman. Piękną puentą do tego zbioru mogą być zacytowane w nim słowa Marka Wawrzkiewicza, prezesa ZG ZLP: „Zwycięskie kobiety-Amazonki są najbardziej optymistycznymi ludźmi świata. (…) Książka ta jest wyjątkowa. To jedno z pierwszych artystycznych świadectw dramatycznej walki o wartość najcenniejszą”.

 

„Nadzieja kwitnie dłużej…”. Księga wierszy i prozy z okazji Roku Praw Kobiet, pod red. Aleksandry Sołtysiak i Roberta Rudniaka, wyd. Związek Literatów Polskich, Zielona Góra 2018, str. 122, ISBN 978-83-946173-5-6.

Wspaniałe stulecie

Zwykło się uważać, że kobiety w Polsce dostały prawa wyborcze niejako „naturalnie” wraz z odzyskaniem niepodległości po 123 latach. To oczywiście nieprawda, ówczesne działaczki po spaleniu Kodeksu Napoleona w 1908 i uzyskaniu de facto mandatu na sejm dla Marii Dulębianki dosłownie wydarły je naczelnikowi Piłsudskiemu z trzewi. Ale nie o tym ma być ten tekst. Sto lat później nie mamy już zaborów (choć niektórzy nazywają w ten sposób Unię Europejską; niektórzy również nadal lękają się powrotu zaboru rosyjskiego), a jednak okazuje się, że Kodeks Napoleona nadal w nas żyje. To dokument, który przez ponad 100 lat decydował o naszym statusie w Kongresówce: nie dawał prawa do zarządzania wypracowanym dochodem, wyjmował nas spod jurysdykcji świeckich sądów. Mąż i reszta rodziny decydowała o naszym miejscu zamieszkania, bądź o tym, czy możemy wychowywać swoje dzieci. Po ślubie nie wyrabiano nam dokumentów, stawałyśmy się przecież doklejką do męża.
Dziś z okazji jubileuszu wspaniałego stulecia na Dzień Dobry stacja TVN raczy nas programem śniadaniowym o temacie przewodnim „Po co kobietom pieniądze?”. „Czy kobiety umieją już inwestować?”. Nie czuję tu złej woli twórców programu, miało być lekko, zaczepnie, no tak „hehe” być miało. A wyszło tak, że zaproszone celebrytki miały wytłumaczyć się ludzkości z tego, czy zasłużyły na przywilej noszenia portfeli w swoich śmiesznych torebkach, pełnych szminek, lusterek i rozsypanych mentosów. Moja przyjaciółka komentując program stwierdziła wczoraj ze smutkiem, że uświadomiła sobie, że jej matka zawsze zaopatrywała lodówkę i płaciła za prąd oraz czynsz z własnej pensji. Mąż, intelektualista, miał własne dochody, którymi mógł dysponować z dużą swobodą, przyjęło się bowiem że nie idą na „pierwsze potrzeby”. Ile takich par wciąż żyje w Polsce sto lat po tym, jak kobiety wywojowały sobie upragnioną „wolność”? Ile kobiet jest wciąż stawianych w takiej roli? Może o tym zrobi ktoś program do śniadania?
Wspaniałe stulecie pięknie podsumowuje też głos Ilony Łepkowskiej w „Faktach po faktach”. Scenarzystka nie mogła sobie odmówić pogrożenia palcem, że jak panienka będzie kusić obciśniętą w mini pupą i świecić cyckiem w jacuzzi, to napyta sobie biedy, bo przecież krew nie woda. A potem będzie płacz, zgrzytanie zębów i wyciąganie rzekomej krzywdy po latach. Żeby nie było, pani scenarzystka przejęła się falą krytyki po swojej wypowiedzi i dziś wydała oświadczenie, w którym w zasadzie powtórzyła wszystkie swoje tezy, podpierając się jeszcze autorytetem z Ameryki.
Co wynikło z całej tej aferki? Ano tyle, że jasne, jesteśmy skłonni i skłonne nie tylko surowo karać, ale wręcz nawet linczować za gwałt – jeśli przebiegał według schematu „wyskoczył z krzaków na odludziu, kiedy wracałam z pracy nakarmić czwórkę dzieci mych”. W innym wypadku, w okolicznościach imprezy, kiedy oboje wypili, albo kiedy umawiali się tylko na loda, a skończyło się na stosunku, albo kiedy ona nie krzyczała wystarczająco głośno, albo jeśli zmieniła zdanie – nasłucha się właśnie od takich pań z grożącym paluszkiem, od policjantów z serią seksistowskich uwag za pasem, od innych święto-za przeproszeniem-jebliwych matron, snujących fantazje o dobrych i jurnych mężach stanu versus złych lafiryndach, co ich szkalują po latach. I nadal dziwimy się, że te ofiary latami milczą, zmuszone przez moralistów ciągle przeliczać na nowo swój „udział”.
Pogadajcie z waszymi matkami, ciotkami. Będziecie zaskoczeni, ile z nich „czegoś” „nie zgłosiło”, bo bały się zostać skrzywdzone drugi raz jako te, co „same się prosiły”. W tym kontekście zawsze wyjątkowo wzruszający wydaje mi się ten fragment z „Chłopów” Reymonta, kiedy Hanka, pokrzywdzona przecież w powieści przez romanse męża z Jagną, wykazuje instynktowną kobiecą solidarność, biorąc w obronę pijaną macochę po tym, jak została wykorzystana przez wójta. Rozumie złożoność sytuacji, czuje, kto jest ofiarą, a kto posunął się za daleko. Pani komentatorka w TVN24 – nadal najwyraźniej wiedzieć tego nie chce.
Wspaniałe stulecie kończymy z Kodeksem Napoleona pod pachą, odświeżonym, po dostawieniu dekoracji Netflixa. Nieźleście nas urządziły, siostry.

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Myślicie, że faceci zwani incelami ukrywają się na 4chanie, Reddicie albo w innych nieoczywistych zakamarkach Internetu, gdzie mogą, nieniepokojeni przez nikogo, pławić się w odmętach własnej mizoginii? Nic bardziej mylnego. Przedstawiamy dwóch mecenasów ze Szczecina, zawsze chętnych, aby „pomóc mężczyznom w trudnych sprawach rodzinnych”. Prowadzą stronę, na której objaśniają, dlaczego kobiety to istoty ograniczone instynktem macierzyńskim, cynicznie polujące na bogatych mężczyzn, kompletnie niezdolne do uczuć wyższych. Motto „Bloga dla mężczyzn” pisanego przez adwokatów Wojciecha Wojciechowskiego i Marcina Stopę to „czytaj i ucz się”. Poczytajmy więc.

 

Na „Blogu dla mężczyzn” nie znajdziemy bezpośredniego adresu kancelarii panów Wojciechowskiego i Stopy. Ale dowiemy się, że kancelaria ta istnieje od 2001 roku i komu pomoc prawna jest dedykowana. Bez trudu znajdziemy również numer kontaktowy i adres email, pod którym można złapać autorów.

I nawet nas korciło, żeby ów numer wykręcić i zapytać adwokatów między innymi:

– dlaczego uważają, że „przeciętny mężczyzna był, jest i będzie inteligentniejszy niż przeciętna kobieta”?

– na jakiej podstawie wnioskują, że „we współczesnej rzeczywistości jest coraz mniej kobiet, które się do czegokolwiek nadają, w tym do tego, żeby je kochać”?

– czemu jako ojcowie „pokazaliby drzwi” potencjalnej dziewczynie swojego syna, która „jest współczesną feministką, ma problemy finansowe, ma nierozwiązane problemy emocjonalne z dzieciństwa, zwłaszcza na tle kontaktów z ojcem”?

– dlaczego wreszcie twierdzą, że „kobiety nie kochają mężczyzn i nie są zdolne do tego, aby ich kochać. Ich instynkt nie ciągnie ich w kierunku samych mężczyzn, nie są zainteresowane mężczyznami samymi w sobie, ale tym, co mężczyzna ma albo tym, co może dać”?

Ostatecznie uznałyśmy jednak, że nie media, lecz przełożeni mecenasów Wojciechowskiego i Stopy będą upoważnieni do tego, aby uzyskać od nich odpowiedzi na powyższe pytania. Nam całkowicie wystarczy przedstawione na łamach bloga wyjaśnienie świata zawarte w dziesięciu notkach.

Postanowiłyśmy nie zabierać autorom cennego czasu, który mogliby wykorzystać na pozyskiwanie kolejnych klientów – ofiar bezdusznych modliszek. Bo wiecie, nawet jak baba dostanie wciry, to wcale nie znaczy, że oprawcą w tym układzie jest on. Przeciwnie. Według dwóch prawników, wciąż czynnych zawodowo, również to dowodzi wyższości rodu męskiego nad żeńskim:

„Kobieta jest zainteresowana takim mężczyzną dlatego, że na poziomie podświadomym odbiera złe traktowanie przez mężczyznę jako przejaw tego, że taki mężczyzna jest od niej lepszy”.

 

Zapnijcie pasy. To dopiero początek

 

To nie twoja wina, że jesteś głupia. Masz mniejszy mózg

Nie jest to oczywiście winą kobiet, że są owładnięte przez hormony, chciwe, małostkowe i bezduszne. Takich tez absolutnie nie należy mecenasom wpychać w usta. Wiedzą oni bowiem doskonale, że wszystkiemu winna jest biologia i sławny „naturalny porządek rzeczy”.

„Kobiety nie są złe. Po prostu są, jakie są. Nie można mieć do węża pretensji o to, że jest wężem albo oczekiwać od kreta, że zacznie widzieć i doceniać kolory a od żółwia, że zacznie cwałować. Albo się to akceptuje albo żyje w świecie, który prędzej czy później zostanie zniszczony w konfrontacji z rzeczywistością”.

Istoty żeńskie mają mózgi o mniejszej pojemności. Zaprzeczy ktoś? Jasne, że nie. To fakt. Faktem jest również, że słonie czy płetwale mają mózgi jeszcze bardziej pojemne niż homo sapiensy, a jednak nie przekłada się to bynajmniej na rozwój cywilizacji. Nie zawsze rozmiar ma znaczenie.

A jednak panom mecenasom wychodzi, że

„większa pojemność mózgu mężczyzny przekłada się na zwiększoną aż o 16 proc. ilość neuronów w korze mózgowej w stosunku do mózgu kobiety.(…) mężczyzna przeciętnie ma większą zdolność uczenia się i rozwiązywania danego zadania, natomiast kobieta powinna z założenia posiadać lepiej rozwinięte umiejętności społeczne (czytaj: mówienie za dużo, zrzędzenie, manipulacja, kłamstwo, lepsze zapamiętywanie słów, lepsze zapamiętywanie twarzy). Mężczyźni i kobiety nie są ani tacy sami ani równi”.

Mamy jednak dla panów złą wiadomość: przeciwnego zdania są sądy powszechne, które zakładają równość obywateli wobec prawa, niezależnie od tego, co ci noszą między udami. O tychże sądach autorzy bloga nie mają jednak najlepszego zdania, ostrzegając czytelników:

„Nie zapominaj, że w sprawie rozwodowej sąd, choć być może trudno to naprawdę zaakceptować, będzie stać po stronie żony”.

 

Małżeństwo jako stosunek prawny

 

Panowie W. & S. życzliwie doradzają, co robić, gdy rozwód na horyzoncie: „Nagrywaj. Dokumentuj, utrwalaj w taki lub inny sposób każdy kontakt z żoną w czasie sprawy rozwodowej (telefoniczny, mailowy, bezpośredni itd.)”, „Nie traktuj żony jak przyjaciela. (…) Twoja żona zrobi wszystko, żeby wycisnąć z Ciebie tyle, ile się da i dołożyć Ci. W tym drugim przypadku zrobi to dla czystej satysfakcji”, „Nie zgadzaj się na nic dla świętego spokoju”.

Nie dla nich mediacje, próba łagodzenia konfliktów i wybrnięcia w jak najmniej dotkliwy sposób z traumatycznej dla obu stron sytuacji rozpadu małżeństwa. Mecenasi nie mają zresztą złudzeń co do tego, że o ile rozwód pogarsza sytuację życiową mężczyzny pod każdym względem („utrata tożsamości męża i ojca”, „konieczność zniesienia utraty połowy majątku na rzecz byłej żony, która z reguły w niewielkim, jeżeli w ogóle, stopniu przyczyniła się do jego powstania” itd.), to kobiecie dodaje skrzydeł. Właściwie założyć można, że kobieta wychodzi za mąż wyłącznie po to, by móc się rozwieść i zacząć polować na kolejnego nieświadomego, bezbronnego acz bogatego jelenia. Jelenia, który w genach zakodowaną ma potrzebę rozmnażania się, opieki i dostarczania dóbr najbliższym, co kobieta-drapieżnik bezlitośnie wykorzystuje. Bo według autorów bloga: „mężczyzna może stać się niewolnikiem swojego własnego mózgu i hormonów, które sam produkuje i kobiety dobrze o tym wiedzą”. Dlatego właśnie „najlepszym sposobem dla mężczyzny na uniknięcie ogromnego ryzyka związanego z zawarciem małżeństwa jest niezawieranie go”.

To proste jak konstrukcja cepa:

„Małżeństwo dla kobiety to biznes. (…) Kobieta zawsze wybiera takiego mężczyznę do małżeństwa albo do stałego związku, który zarabia więcej niż ona, który ma więcej zasobów niż ona. Na tym właśnie polega hipergamia. Zdarza się również nierzadko, że kobieta wybiera takiego mężczyznę, który dobrze lub bardzo dobrze według niej rokuje na przyszłość, jeżeli chodzi o możliwość pozyskiwania zasobów (czytaj pieniędzy), które będą jej potrzebne. Niektóre kobiety mają bardzo dobrze rozwiniętą zdolność wychwytywania takich właśnie mężczyzn. (…) Środkiem do osiągnięcia tego celu jest małżeństwo jako stosunek prawny. Taki, w którym mężczyzna może zostać zmuszony przez państwo do łożenia na kobietę”.

 

Kocha, nie kocha?

 

Tylko facet potrafi kochać. To teza śmiała, aczkolwiek niepodważalna, potwierdzona autorytetami. Jakimi? Wojciechowskiego i Stopy.

Nawet nie próbujcie dyskutować.

„Kobieta nie kocha mężczyzny tak, jak mężczyzna kocha ją. Jest to zasada nie znająca wyjątków. Może darzyć go uczuciem, ale uczucie to nie będzie miłością w takim sensie, w jakim zna je mężczyzna”.

Bo miłość, moi drodzy, to „poświęcenie”:
„Mężczyzna oddaje swoje zasoby, swoje terytorium, chroni kobietę i dzieci”.

A ona? Cóż,

„dla kobiety, związek z mężczyzną, nawet jeżeli jest to przelotna znajomość, jest traktowany jak interes (za wyjątkiem seksu „dla sportu”). Interes, w którym kobieta szuka mężczyzny, który będzie możliwe najlepszym dostarczycielem dóbr i usług. Nie dotyczy to rzecz jasna kobiet bardzo zamożnych, które po prostu nie potrzebują pieniędzy mężczyzny, ale ile takich kobiet jest. Nie należy tego, co napisałem rozumieć w ten sposób, że kobieta w takim związku będzie wyprana z emocji. Przeciwnie, emocje będą zaangażowane ale koniec końców, zawsze chodzi o interes. Interes wyrażający się w tym, by pozyskać mężczyznę, który będzie dać z siebie w stanie maksimum aby zaspokoić na możliwie najwyższym poziomie materialne potrzeby kobiety, ewentualnie potrzeby jej dzieci. Jeżeli mężczyzna zawiedzie w dziedzinie zaspokajania potrzeb materialnych, kobieta zacznie rozglądać się za kimś innym”.

Żeby tylko!

„Rola kobiety w związku polega głównie na tym, że obdarza mężczyznę swoją obecnością. (…) Przejawem typowej kobiecej miłości może być również zaborczość i chęć kontrolowania różnych aspektów życia partnera. Takim przejawem może być na przykład ciągłe wysyłanie wiadomości, które mają na celu utrzymanie zainteresowania mężczyzny konkretną kobietą oraz kontrolę tego, kogo on obdarza zainteresowaniem”.

W dodatku, kiedy taka jedna z drugą poczuje się już pewnie, rozpoczyna proces tzw. zagnieżdżania:

„W przypadku kobiety, słowem – kluczem, umożliwiającym zrozumienie, na czym polega miłość kobiety, nie jest poświęcenie. (…) Gdy kobieta wybiera jakiegoś mężczyznę na partnera, pierwszym tego przejawem jest seks (z wyjątkiem seksu dla sportu, zemsty czy podobnych incydentalnych przypadków). Innym przejawem kobiecej miłości jest dostosowywanie do swoich potrzeb dotychczasowego terytorium mężczyzny. Tzw. gnieżdżenie się kobiety zaczyna się z reguły od pozostawiania szczoteczki do zębów lub pojedynczych części garderoby w domu mężczyzny”.

Wychodzi na to, że fakt, iż delikwent wstaje rano, myje zęby, zakłada skarpetki i idzie do pracy nie jest oczywistością, tylko ogromem poświęcenia, czynionego dla partnerki i podtrzymania gatunku – i należą mu się za to pokłony. My, głupiutkie, jak wiadomo, większość czasu spędzamy na polowaniu na kandydata z możliwie najgrubszym portfelem. Dlatego tak bardzo zależy nam na obrączce na palcu:

„Z tej przyczyny – wzmocnienia gwarancji na zaspokajanie własnych potrzeb – wiele kobiet ma na pewnym etapie życia, niektóre przez całe życie, obsesję na punkcie wyjścia za mąż. Kobieta, w przeciwieństwie do mężczyzny, dysponuje stosunkowo krótszym czasem aby związać ze sobą mężczyznę. W obecnych czasach dość często kobieta dwudziestokilkuletnia prowadzi rozrywkowy tryb życia, nagle orientuje się, że ma lat trzydzieści kilka i wpada w panikę, ponieważ z roku na rok maleje jej realna szansa na dziecko, a zarazem zmniejsza się w coraz większym tempie jej atrakcyjność fizyczna. Z reguły, kobieta, która przekracza trzydziestkę a tym bardziej sięga czterdziestki i do tej pory nie ma dziecka ani mężczyzny na stałe, ma bardzo duże szanse na to, że nie będzie miała ani jednego, ani drugiego. Wówczas często zadowala się po prostu tym, co jest dostępne. Wie, że wkrótce uderzy z pełną mocą w ścianę czasu i nie będzie wyglądać tak, jak wówczas, gdy miała 25 lat”.

Po świecie chodzą też i samobójczynie, które wybierają życie w samotności, nieświadome tego, że ich atrakcyjność fizyczna po trzydziestce zacznie pikować w dół:

„Obecnie, główna przyczyna, dla której niektóre kobiety nie chcą wychodzić za mąż na danym etapie swojego życia polega na tym, że wydaje im się, że będzie im lepiej samym niż w małżeństwie. Niektórym kobietom wydaje się również, że podobnie jak w przypadku mężczyzn, ich atrakcyjność będzie do pewnego momentu rosła im starsze będą się stawać”.

On jest kiepskim mężem? To twoja wina!

Serio. Nie miej złudzeń. Takiego sobie wybrałaś.

„Te kobiety, które wybierają nieudaczników życiowych, mężczyzn niezaradnych, wybierają po prostu to, na co je stać. Mężczyzna taki to szczyt aktualnych możliwości danej kobiety jeżeli chodzi o jej zdolność znalezienia partnera”.

To rosyjska ruletka, w której nie wygrasz: jeżeli mężczyzna dokona złego wyboru, to jest to wina kobiecej natury. Jeżeli kobieta dokona złego wyboru, to też jest to wina kobiecej natury.

 

Garść porad dla syna

 

Na początek ustalmy, czy twój syn jest normalny (czyt.: czuje pociąg do cycków i cipek).

„Większość mężczyzn, wyłączając gejów oraz mężczyzn, którzy zgodnie z pseudoideologią gender identyfikują się z trzynastoletnimi chłopcami, sześcioletnimi dziewczynkami, drzewami, zwierzętami czy ekspresami do kawy, jest zaprogramowanych do odczuwania przyjemności, wynikającej z emocjonalnego i fizycznego kontaktu z kobietą”.
Mamy to? No to jedziemy dalej. „Istnieje kilka typów dziewczyn, których młody chłopak powinien unikać jak ognia”.

A więc:

„dziewczyna, która miała złe relacje z własnym ojcem albo, nie miała z nim żadnych bo nie był obecny w jej życiu. W czasie kluczowym dla kształtowania się jej psychiki – w dzieciństwie – nikt nie pokazał jej pozytywnego wzorca mężczyzny, silnego, pewnego siebie, mądrego, takiego, którego należy szanować. Być może jej ojciec nigdy nie był obecny fizycznie w jej życiu, a być może był w nim tylko popychadłem, poniżanym na porządku dziennym przez matkę. Taka dziewczyna będzie próbowała prędzej czy później, świadomie lub nie, rozwiązywać swoje problemy z dzieciństwa poprzez związek z chłopakiem”.

Rozumiemy, że współczucie owej młodej osobie z racji tego, że pochodzi z rozbitej rodziny i być może ma na koncie przebyte w dzieciństwie traumy, nie należy się w najmniejszym stopniu. Nie ma też w pakiecie opcji, że winnym zrujnowania dziecku pierwszych lat życia jest nie kto inny, jak sam tatulek.

„Inny typ dziewczyny, to taka, która będzie chciała traktować chłopaka jak bankomat. Jest też dziewczyna, która będzie oczekiwać od chłopaka, że będzie jej nieustannie pomagał rozwiązywać jej własne emocjonalne problemy. Jest również typ dziewczyny, która lubi imprezować kilka razy w tygodniu a w czasie zabawy pozwalać sobie na bardzo dużo”.

„Kolejny typ to dziewczyna, która pozostaje w ciągłym konflikcie ze swoimi poprzednimi chłopakami”.

„Jest wreszcie dziewczyna obsesyjnie zazdrosna, która od pewnego momentu znajomości zacznie grzebać w rzeczach osobistych chłopaka, w jego komputerze, telefonie i wynajdywać najbardziej nawet błahe powody do awantur”.

„Z żadną z takich dziewczyn nie warto mieć kontaktu. Prędzej czy później zamienić mogą życie młodego człowieka w koszmar. Pamiętać również należy o tym, że przez początkowy okres znajomości dziewczyna może udawać kogoś innego, niż w rzeczywistości po to, aby uzależnić od siebie emocjonalnie chłopaka. Gdy ten już połknie haczyk można pozwolić sobie stopniowo na coraz więcej”.

 

Crème de la crème

 

Zbierzmy zatem do kupy (dosłownie i w przenośni) najważniejsze informacje, jakie przekazują nam doświadczeni prawnicy, adwokaci z „wieloletnim doświadczeniem związanym ze stosowaniem prawa rodzinnego jak i obserwacji nie związanych bezpośrednio z prawem, mających jednak znaczenie dla każdego mężczyzny”.

„Kobieta to pies na uwagę”.

„Gdyby nie mężczyzna, kobieta nie byłaby w stanie zajść w ciążę”.

Trudno z tym dyskutować, choć – być może dla niektórych okaże się to zaskoczeniem – mężczyźni bez kobiet również niewiele by zdziałali w kwestii prokreacji.

„Kobiety nie kochają mężczyzn i nie są zdolne do tego, aby ich kochać (…) nie są zainteresowane mężczyznami samymi w sobie”.

Naprawdę chętnie się dowiemy, skąd taki wniosek i na podstawie jakich danych został wyciągnięty. Bo na przykład pochodzące z raportu „Alkohol i zdrowie” z 1995 r. statystyki dotyczące alkoholizmu, mówią jasno: 9 na 10 żon alkoholików zostaje przy mężu, podczas gdy w sytuacji odwrotnej 9 na 10 mężczyzn opuszcza uzależnioną żonę. Badania socjologów z Iowa State University, przeprowadzone na 2701 parach wykazały, że o ile ciężka choroba żony o 6 proc. zwiększa ryzyko rozwodu, w przypadku poważnej choroby męża w żaden sposób nie wpływa na rozpad małżeństwa.

„Kobiety nie chcą brać za nic odpowiedzialności ale chcą podejmować decyzje, chcą władzy. Brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje i władza to nie jest dobre połączenie”.

Niestety, nie najlepszym połączeniem są również kategoryczne opinie i brak argumentów na ich poparcie.

„W swojej głowie na pewnym poziomie [kobieta] jest maszyną do rodzenia dzieci i zrobi wszystko, żeby zapewnić sobie możliwie najlepszą realizację tego instynktu”.
„(…) jeżeli kobieta nie ma takich samych wysokich kwalifikacji do wykonywania tej samej pracy co mężczyzna, rząd zadba o zmuszenie przedsiębiorcy, aby zatrudnił ją ponieważ trzeba tworzyć równe szanse zatrudnienia dla obu płci. W rzeczywistości nie chodzi o tworzenie równych szans, bo szanse te powinien sobie stworzyć sam bezpośrednio zainteresowany, ucząc się robić to co trzeba. Chodzi o zdobycie głosów kobiet w wyborach”.

A słyszeli Panowie o szklanych sufitach? Wiecie, ile kobiet na rozmowach o pracę słyszy – w sposób bardziej lub mniej zawoalowany – pytanie o plany rodzinne? I jak często dużo bardziej wykwalifikowane od konkurentów kobiety nie dostają posady wyłącznie dlatego, że rekruterzy podzielają Wasz pogląd, iż jest ona wyłącznie maszyną do rodzenia dzieci? A mężczyzna, choć – według Was – opiekę nad najbliższymi ma w genach, wciąż nieczęsto decyduje się na urlop tacierzyński.

„W obecnym społeczeństwie i od zawsze mężczyźni są oceniani ze względu na to, co robią i jakie mają tego efekty, podczas gdy kobiety nie muszą nic robić aby społeczeństwo je gloryfikowało”.
I prawdziwy mężczyzna tym wszystkim wyzwaniom jest w stanie sprostać z palcem w nosie. Bo jest „silny, inteligentny, pewny siebie, dominujący, zdrowy, odważny”. Nie to co „cipy” z brodami o niewystarczająco niskich głosach. Oni, mimo, że wysocy i postawni, bywają „tak zniewieściali w zachowaniu, w sposobie mówienia a nawet tonie głosu, że od samego patrzenia na nich jaja mogą się skurczyć”.

 

***

Umieracie z ciekawości, jak to możliwe, że dwaj prawnicy, nie bawiąc się w subtelności, takie jak pseudonimy artystyczne typu „Marcin67” czy „Wojtek13”, ale pod nazwiskiem, w biały dzień, wypisują to wszystko w Internecie i nadal pełnią zawód społecznego zaufania, reprezentując w sądzie ludzi?

My też.

Istnieje oczywiście ryzyko, że jako kobiety z naszymi mało pojemnymi móżdżkami i słabo wykształconymi połączeniami nie zrozumiałyśmy istoty przekazu zaserwowanego nam przez szanownych autorów. Dlatego postanowiłyśmy zapytać o to osoby, z których opinią – chociażby przez fakt posiadania penisów oraz względnej decyzyjności – panowie liczyć się muszą. Napisałyśmy zatem do dziekana Okręgowej Rady Adwokackiej w Szczecinie adw. Włodzimierza Łyczywka oraz Rzecznika Dyscyplinarnego Szczecińskiej Izby Adwokackiej Waldemara Juszczaka. Otrzymałyśmy informację zwrotną, iż w dniu 17 września 2018 r. wydano postanowienie o wszczęciu postępowania dyscyplinarnego.

Autorzy zdają się chyba nieszczególnie tym przejmować. Najnowsza notka na blogu pojawiła się 1 października. Być może to dlatego, że postanowienie wydała zastępczyni rzecznika, pani adwokat Marta Madej-Wierzbicka. Pani Marta, jak wskazywałyby na to personalia, jest kobietą. Nie musimy więc chyba wyjaśniać, dlaczego postanowić to ona mogła sobie co najwyżej o tym, co poda mężowi na obiad. Żartujemy, oczywiście. Wiadomo, że wszystkie decyzje należą do mężczyzny.

Jednym głosem

„Nie jest naszą rolą kreować liderki, które potem dostaną się do władzy. Nie mamy żadnych złudzeń co do polityków i polityczek. Nasze doświadczenie pokazuje, że osoby, które są u władzy, nie reprezentują naszych interesów” – mówiła jedna z uczestniczek II Socjalnego Kongresu Kobiet, który odbył się w sobotę w Poznaniu.

 

I faktycznie, podczas całego dnia obrad głos polityczek nie był praktycznie słyszalny. Najważniejsze było bowiem to, co miały do powiedzenia działaczki ruchu lokatorskiego, aktywistki na rzecz praw reprodukcyjnych, a także pracownice medyczne i związkowczynie.

Jakie są przyczyny nieufności wobec władz, również lokalnych? Kolejne mówczynie podawały przykłady z codziennego życia. – Pomimo tego, że kobieta od 12 lat sprawuje władzę w Warszawie, sytuacja lokatorska nadal jest tragiczna. Mieszkania są zagrzybiałe, niedogrzane, drogie” – zwracała uwagą Maria Burza z warszawskiego Kolektywu Syrena, dodając, że perspektywa feministyczna powinna przede wszystkim obejmować sprawy socjalne, a nie „problemy businesswoman”, a takimi właśnie zajmuje się Hanna Gronkiewicz-Waltz – polityczka, która jest stałą gościnią liberalnego Kongresu Kobiet. – Musimy się organizować same, oddolnie, wtedy mamy największy wpływ. Dlatego założyłyśmy organizacje lokatorską – mówiła aktywistka.

Organizatorki przypomniały, że Socjalny Kongres Kobiet jest inicjatywą mającą korzenie w pracowniczym konflikcie. Impuls do jego powstania dały kobiety zatrudnione w poznańskich żłobkach, które, zrzeszone w Inicjatywie Pracowniczej, od kilku lat prowadzą walkę przeciwko wyzyskowi i niskim standardom pracy w budżetowce. Fakt ten nie tylko uzmysławia pryncypia jakie przyświecają SKK, ale również stanowi wyraźne odróżnienie od Kongresu Kobiet. Ten, jak podkreślały uczestniczki wczorajszego wydarzenia, jest organizowany przez bogate biznesmenki, których wizja równości obejmuje również prawo do wyzyskiwania innych kobiet, zatrudnionych często na umowach śmieciowych.

Kluczowym pojęciem, które powracało na Socjalnym Kongresie Kobiet nie była „przedsiębiorczość”, co próbuje corocznie forsować Henryka Bochniarz z koleżankami, lecz „solidarność” pojmowana jako świadomość wspólnoty interesów pracownic różnych zawodów. Łączy nie tylko walka o wyższe płace, przeciwko dyskryminacji, ale również fakt, że wiele z nich po godzinach pracy musi wykonywać pracę opiekuńczą przy wychowywaniu dzieci oraz szereg innych prac reprodukcyjnych. – Istotne jest budowanie solidarności między pracownikami. Dostępne nam narzędzia są różne – to są m.in. spory zbiorowe, spowalnianie prac. To się dzieje, dziś opowiadały o tym nie tylko pracownice Amazona, ale też kobiety pracujące w żłobkach – one też mogą to robić. Mogą opóźniać wydawanie rodzicom dzieci, mogą odmawiać wykonania dodatkowych prac, które nie są w zakresie ich obowiązków – podsumowywała konferencja Joanna Malinowska z Inicjatywy Pracowniczej, jedna ze współorganizatorek wydarzenia.

Podczas paneli dyskusyjnych można było usłyszeć przejmujące historie o fatalnym stanie mieszkań komunalnych i samotnych kobietach pracujących na niestabilnych formach zatrudnienia za pensje z trudem wystarczającą na opłacenie czynszu i utrzymanie. Działaczki pracujące w żłobkach mówiły o wydłużającym się dniu pracy, który po powrocie do domu przeradza się w drugi etat. Aktywistki ruchu lokatorskiego tłumaczyły dlaczego warto blokować eksmisje, a jeszcze inne kobiety objaśniały znaczenie strajku jako konieczności na drodze do realizacji wszystkich najważniejszych praw, również praw kobiet.

Kongres Socjalny Kobiet udowodnił, że jest obecnie najsilniejszym, najciekawszym i najbardziej zaawansowanym intelektualnie ośrodkiem samoorganizacji feministycznej, a jego moc tkwi w umiejętności wykorzystywania różnorodności do efektywnej wymiany doświadczeń i tworzeniu świadomości spójności interesów. KSK buduje mosty pomiędzy przedstawicielkami pozornie od siebie oddalonych zawodów, które łączy to, że są po jednej stronie również w walce klasowej.

Znakomitym podsumowaniem SKK są słowa jednej z uczestniczek, Marysi Świetlik. Socjalny Kongres Kobiet to miejsce, gdzie można tę współzależność dostrzec. Jak to, że walka o niższe opłaty za prąd, dostępność mieszkań komunalnych, czy z reprywatyzacją, jest też walką o prawa pracownicze. Bo jeśli nie mamy bezpiecznego dachu nad głową, to o ileż trudniej zaryzykować konflikt z pracodawcą albo rzucić pracę w ogóle. Im większy przymus pracy najemnej, tym słabsza pozycja w walce z pracodawcą. I odwrotnie, gdy walczymy o podwyżki dla opiekunek osób starszych, salowych, czy przedszkolanek, dzięki którym mogą lepiej wykonywać swoją pracę, to my też zyskujemy wolność od ciągłego martwienia się, czy bliskie nam osoby są dobrze zaopiekowane. Wolny czas możemy poświęcić na coś innego niż obowiązkowa praca reprodukcyjna. To samo dotyczy norm pracy – jeśli w pracy narzuconym tempem wyciskają z nas wszystkie poty, wymuszają nadgodziny, czy nie dają czasu na sensowny posiłek, to jak mamy mieć siły, by wykonać potem jeszcze naszą pracę reprodukcyjną? Nie dajemy rady, pękają nam kręgosłupy i serca, siada psychika. Przełamać może to tylko wzajemna solidarność i wspólnota walk. Dostrzeżenie tych współzależności to pierwszy krok. Drugi to dzielenie się doświadczeniami oporu, by skuteczniej planować kolejne batalie. Oba udało się wykonać na Kongresie. Cd w naszych rękach” – napisała działaczka po zakończeniu wydarzenia.

Kobiety polskie się przebudziły Wywiad

Tym razem Krzysztof Lubczyński rozmawia z Krystyną Kacpurą, dyrektorką Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

 

Znalazła się Pani w gronie reprezentantów polskich instytucji i organizacji pozarządowych, którzy mieli możliwość spotkania z goszczącą w Polsce delegacją Komisji Praworządności Parlamentu Europejskiego z Claude Moraesem na czele. Jakie kwestie i problemy im Pani przedstawiła?

Skoncentrowałam się na realizacji w Polsce praw reprodukcyjnych i ochrony zdrowia reprodukcyjnego kobiet w obszarze obecnie obowiązującego prawa. Przede wszystkim na legalnej aborcji przy spełnieniu jednego z trzech zawartych w ustawie warunków. To prawo jest w Polsce w praktyce martwe, nie tylko w obszarze dostępu do legalnej aborcji, bo poza tym nie ma w Polsce edukacji seksualnej, a zamiast niej zideologizowany przedmiot pod nazwą „przygotowanie do życia w rodzinie”. Nowe podstawy programowe w szkołach potwierdzają ten ideologiczny punkt widzenia, bo słowo „seks” pojawia się w nich dwa razy, a słowo „rodzina” około dwustu razy. Mamy też w Polsce do czynienia z ograniczaniem dostępu do środków antykoncepcyjnych, bardzo trudno uzyskać informacje na ich temat, a antykoncepcja hormonalna jest dla wielu kobiet zbyt kosztowna. Do tego dochodzi nadużywanie tzw. klauzuli sumienia przez lekarzy, którzy n.p. odmawiają wypisania recept na antykoncepcję awaryjną, jak również przez część farmaceutów w aptekach, którzy nie chcą sprzedawać środków antykoncepcyjnych nawet na receptę. Nawiasem mówiąc, często, niezgodnie z wiedzą medyczną, nazywają antykoncepcją awaryjną środkami wczesnoporonnymi, choć takie pojęcie nie istnieje. Jest też problem wynikający z faktu, że istnieją całe regiony kraju, Podkarpacie, Poznańskie, rejon Białegostoku, gdzie całe szpitale i inne jednostki ochrony zdrowia podpisały klauzule sumienia i tam sytuacja kobiet jest szczególnie trudna. Tak się stało, mimo że prawo przewiduje jedynie indywidualną deklarację sumienia. Mimo naszych monitów do władz, nie stworzono specjalnego systemu dla kobiet, zgodnie z którym lekarze odmawiający n.p. wypisania określonego środka antykoncepcyjnego czy legalnej aborcji mieliby obowiązek wskazania innego lekarza, który by tego dokonał. Wiele kobiet dzwoni do nas i pyta o lekarzy, którzy nie podpisali klauzuli sumienia, ale i nie ma tygodnia, w którym nie stykamy się z przypadkiem jakiejś tragedii kobiety, która odsyłana jest od szpitala do szpitala. Niestety, Trybunał Konstytucyjny orzeczeniem z 2014 roku zwolnił lekarzy z takiego obowiązku, bo uznał to również za sprzeczne z klauzulą sumienia. Nie ma instytucji, która pomagałaby kobietom w tym zakresie. O tym, że ustawa jest nieprzestrzegana świadczy m.in. fakt, że każdego roku odnotowywanych jest w statystykach około tysiąca aborcji, co przy około pięciu milionach kobiet w wieku reprodukcyjnym jest niemożliwe. Z naszych szacunków jest dokonywanych około stu tysięcy aborcji rocznie, wykonywanych przy użyciu tabletek poronnych, w gabinetach prywatnych w ramach podziemia aborcyjnego lub w gabinetach lekarskich za granicą, głównie w Czechach, na Słowacji i w Niemczech. Niestety, duża część tych aborcji dokonywana jest w warunkach zagrażających zdrowiu a nawet życiu kobiet, w tym w tzw. warunkach domowych. Możliwość dokonania aborcji jest też często związana z możliwościami finansowymi kobiety, bo na kosztowne środki farmaceutyczne wiele kobiet nie stać. Lekarze z klinik przygranicznych informują nas często, że trafiają do nich kobiety, które same próbowały dokonać aborcji u osób niewykwalifikowanych. Takie przypadki rzadko wychodzą na światło dzienne, bo kobiety boją się mówić, mimo że uświadamiamy je, że ustawa antyaborcyjna nie przewiduje karania kobiet. Boją się n.p. iść do lekarza na kontrolę po zabiegu. Boją się iść do lekarza z wynikami badań prenatalnych. Trzeba też zauważyć, że zafałszowane są te dane, które mówią, że większość wskazań do terminacji ciąży wynika z wykrytych wad płodu a zaledwie pięć procent ciąż jest wynikiem gwałtu czy innego czynu zabronionego. Są zafałszowane, ponieważ większość kobiet kwalifikujących się do aborcji od razu szuka pomocy w podziemiu lub u lekarzy za granicą. Boją się bowiem żmudnych procedur o niepewnym wyniku, boją się odmowy i boją się stygmatyzacji, n.p. w postaci stwierdzeń w rodzaju, że „za krótka była spódniczka” lub „za mocny makijaż”.

 

Jak Komisja ustosunkowała się do przedstawionego przez Panią stanowiska?

Przyjęła je do wiadomości, potwierdziła, że po części zna sytuację w tym zakresie i zadeklarowała, że będzie o tym rozmawiała z polskim rządem. Nie realizowane są bowiem wyroki Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, n.p. ten w sprawie 14-letniej dziewczynki z Lublina, która zaszła w ciążę w wyniku czynu zabronionego i której aborcji odmówiono. Nie ma tu dostępnej i łatwej instancji odwoławczej dla kobiet od decyzji lekarza, okres oczekiwania na decyzję jest długi, a w sprawach ciąży czas jest bardzo istotnym czynnikiem, tym bardziej, że często badania prenatalne wykonywane są w późnym okresie ciąży. W takich sytuacjach zagrożenie dla kobiety, w przypadku terminacji ciąży znacznie się zwiększa. Poza tym taka kobieta potrzebuje specjalnej opieki lekarskiej po aborcji, a trudno sobie wyobrazić kobietę, która poddała się terminacji takiej ciąży za granicą i która bez wahania zgłosi się do lekarza. Ponadto istnieje realne zagrożenie, że może zostać przyjęty zakaz aborcji z powodu wad embriopatologicznych płodu, bo projekt „Zatrzymaj aborcji” nadal jest procedowany, a w TK jest zapytanie w tej sprawie podpisane przez stu posłów, a nietrudno sobie wyobrazić jaki wyrok może on wydać w tej sprawie. Znane jest też stanowisko prokuratora generalnego w tej sprawie. Tymczasem rząd posługuje się fałszywą informacją, jakoby 95 procent legalnie przerywanych ciąż dotyczyło płodów z zespołem Downa , podczas gdy naprawdę jest ich 22 procent, co podaje nawet Ministerstwo Zdrowia. Przypomnę, że prawo do przerwania ciąży nie oznacza obowiązku jej dokonania i jeśli kobieta zdecyduję się taką ciążę donosić, szanujemy to i jesteśmy za udzieleniem jej wszelkiej pomocy. Niestety, państwo polskie interesuje się kobietą ciężarną tylko do końca jej ciąży, do momentu porodu.

 

Gdzie kobiety mogą uzyskać informacje n.p. co do konkretnych lekarzy, którzy zechcą dokonać terminacji ciąży lub wypisać kobiecie receptę na antykoncepcję awaryjną?

Jest takich inicjatyw sporo, z których najbardziej sobie cenię tę, która nazywa się „Lekarze kobietom”. To inicjatywa kilku postępowych lekarzy, z doktor Aleksandrą Krasowską na czele, która zaistniała tuż po decyzji poprzedniego ministra zdrowia pana Radziwiłła o wycofaniu antykoncepcji awaryjnej ze sprzedaży bez recept. W tej chwili w tej inicjatywie uczestniczy około trzystu lekarzy w całym kraju i obejmuje całą niemal mapę Polski. Do inicjatywy przyłączają się kolejni lekarze, a w zeszłym roku wypisali oni kobietom kilka tysięcy recept. Informacje na ten temat można uzyskać na stronie fejsbukowej inicjatywy „Lekarze kobietom”. Bezpłatnie wystawiają oni kobietom recepty na tę antykoncepcję. Niestety nie udało się stworzenie jawnej listy lekarzy powołujących się na klauzulę sumienia, bo skrywają oni ten fakt do momentu, gdy decydują się odmówić pacjentce już w gabinecie lekarskim. Nie godzą się na ujawnianie tego awansem, bo boją się utraty pacjentek. Kobiety skazane są więc na przekazywanie sobie wzajemnie informacji o lekarzach „pocztą pantoflową”. Jednak nie klauzula sumienia jest największym problemem, jako że w skali kraju jest to jednak margines. Gorsze są zawiłe, długie procedury, mnożone niepotrzebne badania, odsyłanie od placówki do placówki, a w niektórych przypadkach żądanie zgody partnera, ojca dziecka, co też nie jest zgodne z prawem. Do tego dochodzi stygmatyzujący albo manipulacyjny język stosowany w stosunku do kobiet.

 

Jakich przypadków, z którymi zgłaszają się do Federacji kobiety jest najwięcej?

To problemy z uzyskaniem legalnej aborcji mimo wykonania wszystkich badań i niezbędnych dokumentów. Staramy się pomagać skutecznie czyli najpierw kierujemy do odpowiedniego lekarza, na później zostawiając wszelkie kwestie formalne, odwołania itd.

 

Za chwilę będzie druga rocznica „Czarnego protestu” z października 2016 roku. Czy poza silnym efektem politycznym ta inicjatywa posunęła coś do przodu z punktu widzenia praw kobiet oraz celów Federacji i podobnych inicjatyw?

Ten protest i dwa lata po nim spowodowały przebudzenie Polek. Zaczęły wreszcie rozumieć i interesować się tym, jaki los szykuje im władza. Już dwa razy była wysuwana inicjatywa liberalizacji prawa dotyczącego aborcji, za każdym razem odrzucona. To rozwścieczyło Polki. Nastąpiło przebudzenie kobiet w małych miejscowościach. Nastąpił też wzrost poparcia dla prawa do wyboru. O ile na początku 2016 roku tylko 18 procent popierało prawo do wyboru, o tyle obecnie, według badań IPSOS na zlecenie OKO-Press, jest to mniej więcej 44 procent. To powrót do sytuacji z lat dziewięćdziesiątych, gdy za wyborem opowiadało się ok. 50 procent respondentów. Potem zmasowana indoktrynacja religijno-konserwatywna, w szkole, na katechezie, w mediach doprowadziła do radykalnego obniżenia tego wyniku. Obecnie odrabiamy te straty, dzięki edukacji. Zauważyłam, że o ile kilka lat temu kobiety przychodzące do nas, przed podpisaniem projektu ustawy liberalizującej prawo do aborcji, miały potrzebę to uzasadnić, nawet w dłużej opowieści, o tyle rok później podpisywały natychmiast, bez zmrużenia oka. Pewna starsza pani składając podpis powiedziała mniej więcej tak: do wczoraj uważałam, że ta sprawa zupełnie mnie nie dotyczy, ale kiedy przyszła do mnie sąsiadka z pytaniem, czy nie znam lekarza, który wypisałby receptę na antykoncepcję awaryjną jej wnuczce, której na imprezie wsypano do napoju pigułkę gwałtu. Wtedy zrozumiałam, że mnie to też dotyczy, że dotyczy nas – kobiet. W kobietach obudziła się solidarność.

 

Dwa lata temu minęło 25 lat od powstania Federacji. Jakie nowe wyzwania stoją przed wami obliczu nowej sytuacji? Przecież przychodzi do was nowe pokolenie kobiet, także tych, których w momencie, gdy powstawaliście, nie było jeszcze na świecie…

Identyfikujemy się przede wszystkim jako organizacja ekspercka, otwarta na wszystkie środowiska kobiece. Współpracujemy z „Łódzkimi Dziewuchami”, z „Czarnym Protestem”, z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet, budujemy Wielką Koalicję za Równością i Wyborem, która skupia około stu organizacji z całej Polski. Wyposażamy je w wiedzę, w materiały edukacyjne. Jeździmy w teren i spotykamy się z kobietami. Chcemy razem z nimi doprowadzić do stworzenia dobrego prawa. Bo obecne prawo jest skierowane przeciw dobru większości kobiet w Polsce.

 

Dziękuję za rozmowę.

Marta K. – symbol feminizmu

Mistrzowski trolling, u którego źródeł leżą niestety tezy wygłaszane z pełną powagą.

 

Po przeczytaniu tekstu red. Magdaleny Grzyb ciśnienie podniosło mi się tak mocno, że przez chwilę naprawdę obawiałam się o własne zdrowie. Oto córka Lecha i Marii Kaczyńskich uznana została za Matkę Boską feminizmu. O tempora, o mores! Spalić, zniszczyć, odlajkować fanpejdż natychmiast! Na szczęście, kiedy krew przestała zalewać mi oczy, zrozumiałam – ten artykuł to trolling wszech czasów. I jako taki, jest po prostu wyśmienity.
Tylko że zwolenniczek rysowania nad głową Marty Kaczyńskiej aureoli tak zupełnie na serio nie brakuje. I to już nie jest takie zabawne.
„Kocha mężczyzn tak długo, jak chce – niekoniecznie na zawsze. Nie trzyma się ich kurczowo niczym pijawka, ale odważnie idzie za głosem serca. A do tego wszystkiego jeszcze realizuje się jako matka i z kiepskimi prognozami demograficznymi dla naszego narodu walczy osobiście. Nowoczesna emancypantka i patriotka”. Wyrażenie „kocha tak długo jak chce” to absolutne złoto. I wszystkim zafiksowanym na „zmienianie w kółko kochanków jak Marta jest takie emancypujące” zadedykować je trzeba w kontekście na przykład trzykrotnego rozwodnika, o którego romansach trąbią co i raz wszystkie pudelki, kozaczki i inne robaczki. Historia pierwszego małżeństwa Marty Kaczyńskiej, jej najstarszego dziecka i podważania ojcostwa zupełnie na poważnie daje do myślenia w kontekście definiowania feminizmu i przejmowania sterów przez kobietę. I znów – swojego czasu słychać było wiele głosów rozgrzeszających Martę Kaczyńską i definiujących ją jako „tę, co zagrała patriarchatowi na nosie”.
Nie wiem, jak było, nie wiem, co się komu układało, kiedy przestało. Wiem, że z pewnością nie była to historia opisywana w mediach jako historia otwartego związku. Była raczej opisywana jako historia mężczyzny, który nie zdawał sobie sprawy, że wychowuje córkę innego, jak się później okazało – kolejnego męża swojej ówczesnej żony.
Nie przypominam sobie w zasadzie Marty Kaczyńskiej w roli niezależnej, pracującej latami na swój sukces, bez mężczyzny przyklejonego do jej boku. Portalom plotkarskim raczej nie brakowało materiałów dotyczących jej życia osobistego. „Nie trzyma się ich kurczowo niczym pijawka” jest chwytem zastosowanym z precyzją karateki.
„Jej odwaga w wymienianiu mężów na coraz lepsze modele, podążanie za głosem serca nieskrępowane żadnymi patriarchalnymi krępującymi kobiece uczucia normami, odmowa trwania w relacjach bez miłości i ciągłe szukanie tej lepszej, tej prawdziwej umieszczają ją w panteonie feministycznych rewolucjonistek, które buntują się przeciw właściwemu naszej płci poddaństwu w sferze domowej, zrzucają kajdany opresji patriarchalnej i śmiało ruszają na poszukiwania lepszego losu! Marta Kaczyńska jest moją bohaterką – feministyczną heroiną na miarę naszych czasów!”.
Jest w historii Marty Kaczyńskiej pewien motyw krzywego zwierciadła męskiej opresji. Natomiast nie należy zapominać, że Kaczyńska ze swoim odwiecznym uprzywilejowaniem nie jest też szczególnie wzorem drogi od zniewolenia (np. katolickim wychowaniem) do wyzwolenia (zwłaszcza, że jego jedyną dostępną areną jest łóżko).
Była też swojego czasu w publicznej działalności Kaczyńskiej pewna strona, pewien wewnętrzny imperatyw, nakazujący skrytykować do ziemi kampanię #sexed.pl Anji Rubik. Kaczyńska ostrzegała wówczas przed masturbacją i polecała: „Najbezpieczniej mieć jednego partnera, o małżonku nie wspominając”.
Z pewnością jest to postać, zmuszająca patriarchat i tradycyjny porządek do tego, aby tańczyły walczyka stojąc na jednej ręce na grzbiecie słonia jadącego na żółwiu.

Filozofka niepokorna Recenzja

Nazwisko Luce Iragaray nie należy do najsławniejszych nazwisk historycznego feminizmu także dlatego, że była bardziej intelektualistką niż typową działaczką. Najpierw, za treść pracy doktorskiej została wyrzucona z Ecole Freudienne de Paris, a do tego, w ramach intelektualnego feminizmu popadła w herezję i stała się dysydentką. Wyrzucono ją też z Wydziału Filozofii Uniwersytetu Vincennes. Jednym z kluczowych ujęć filozoficznego feminizmu Iragaray była koncepcja „parler femme” (w wolnym przekładzie: mówić kobietą), której istota polegała nie na mechanicznym uznaniu tożsamości feministycznej i jej zrównania w prawach z tożsamością męską, lecz na czymś głębszym: na przezwyciężeniu „jednomęskopłciowej” zachodniej tradycji metafizycznej i wypracowaniu ścieżki wiodącej ku filozofii różnicy płciowej” – jak pisze Katarzyna Szopa, autorka książki, której podstawą był jej doktorat. Drugi charakterystyczny rys filozofii Irigaray, to silne akcentowanie „jednostkowości”. Irigaray dążyła do stworzenia filozoficznych, etycznych i politycznych podstaw „tworzenia wspólnoty, nieeliminującej jednostkowości jej członkiń i członków”. Irigariańska filozofia różnicy płciowej, zawarta przede wszystkim w jej fundamentalnym dziele – „Speculum”, dla postronnego czytelnika może brzmieć jako zniechęcająca tautologia, ale to tylko pozór. Wczytanie się w jej filozofię za pośrednictwem Katarzyny Szopy, choć jest zadaniem trudnym, sowicie się opłaca – intelektualnie. Nie obiecuję większości czytelników łatwej lektury, elementarne oczytanie w języku filozoficznym jest do tego niezbędne. Dlatego nie jest to lektura dla wszystkich, ale dla przygotowanych. Warto jednak być przygotowanym.

 

Katarzyna Szopa – „Praktyka rozkwitania. Różnica płciowa filozofii Luce Irigaray”, wyd. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2118, str. 371, ISBN 978-83-65832-88-7.

Problem bycia pomiędzy

Mam problem z faktem zgrillowania Katarzyny Nosowskiej przez Aborcyjny Dream Team on Tour.

 

Jedni wyciągają głosy straumatyzowanych kobiet, które nie potrafią przejść spokojnie ulicą, mijając dziecięcy wózek i potrzebują pomocy terapeuty, by uwolnić się od myśli o „zabitym” dziecku. Drudzy wyciągają głosy kobiet, którym po przerwaniu ciąży spadł z piersi stukilowy ciężar. Obie strony przedstawiają „swoje” głosy jako bardziej reprezentatywne i udają, że te drugie nie są autentyczne, bo przyjęcie ich do wiadomości osłabiłoby całą linię narracyjną.

A co naprawdę powiedziała Nosowska? Że ona wierzy „w duszę”. Że ona sama – ONA SAMA – zapewne nie zdecydowałaby się na aborcję. Ale jest całkowicie za wyborem dla innych kobiet. To był głos poparcia, bardzo mocny i bardzo cenny. A został potraktowany jak zdrada.

Jest taki motyw w Biblii, który doskonale przekłada się psychologię społeczną w sytuacji wywierania wpływu. To efekt syna marnotrawnego. Zakłada on, że głos „nawróconego grzesznika” jest cenniejszy niż głos cnotliwego od urodzenia i czasem warto zrobić wokół niego więcej szumu. Uporczywe obstawanie przy przekonywaniu przekonanych jest świadomym skazywaniem się na marginalizację. Z głosu Nosowskiej, jako głosu kobiety, która ma inną wizję, ale przychodzi walczyć pod naszym sztandarem – można było zrobić brylant. Bo on pokazuje, że „może nas być niezliczona ilość”, nas walczących o wybór, choć nie wszystkie zakładają, że z niego kiedykolwiek skorzystają.

Jakiś czas temu prezentowałam podobną do dziewczyn z ADT postawę – „tylko silny przekaz biały jest w stanie odwrócić silny przekaz czarny, który bez skrupułów zdominował debatę publiczną”. Weszłam nawet w spór na ten temat podczas warsztatów trenerskich prowadzonych przez Marcina Ilskiego z fundacji Polska Myśląca. Uświadomiłam sobie później, że moje podejście miało szlachetne założenia, ale oznaczało, że poruszam się nadal w obrębie ram dyskusji narzuconych przez drugą stronę.

W fejsbukowej dyskusji ktoś porównał bombardowanie historiami o kobietach uszczęśliwionych aborcją do propagandy Jacka Kurskiego w TVP: jedni i drudzy forsują konkretną wizję świata, na wszelki wypadek pryncypialnie każąc przymknąć się wszystkim, którzy zgłaszają na bieżąco jakieś uwagi o możliwych odcieniach szarości. Jest to oczywiście porównanie obraźliwe, bo rozumiem założenia ADT i całym sercem podpisuję się pod tym, że przekaz „aborcja może uszczęśliwić” jest w szerszej świadomości społecznej potrzebny.

Ale moim zdaniem działaczki wpadają w pułapkę, polegającą na tym, że przedstawiają się jako krańcowo liberalne, jednocześnie nie chcąc przyjąć odmienności przeprowadzania toku myślowego nawet u swoich sojuszniczek. To po prostu zniechęca i stwarza wrażenie, że obowiązuje „jedynie słuszny” zestaw przekonań. Jeśli odstajesz choć w ułamku, jeśli wyrażasz najmniejszą wątpliwość – okazuje się, że „ze swoim prawdopośrodkizmem tylko przeszkadzasz”.

Rozumiem, z czego ta strategia wynika: z tego, że uszami wylewa się żal i wkurw, bo musimy prosić o coś, do należy nam się od dawna i jest oczywiste dla reszty świata, dlatego nie bierzemy jeńców i jedziemy do przodu z naszym przekazem. Ale mam też silne przekonanie, że chcąc poszerzać krąg zwolenniczek naszych postulatów, nie możemy pozwolić sobie na wykluczenie tych popierających nas „tylko” w 70, 50 czy nawet 30 procentach i kazać im „wracać do mężusiów”. Bo druga strona je z powodzeniem zagospodaruje. Poza tym to zwyczajnie niesprawiedliwe.

Nie zrobiłabyś sobie aborcji, Kasiu? Deklarujesz, że jesteś „za życiem”? Dzielisz się tym, w co wierzysz? I mimo to chcesz umożliwić wybór innym? Super, dzięki! Oby takich głosów było więcej.

 

Kongres żenady

Kongres Kobiet usiłował w tym roku przekonać, że naprawdę występuje w obronie wszystkich kobiet, także ubogich pracownic i prekariuszek. Skończyło się żenującą kompromitacją, kiedy wyszły na jaw warunki pracy ochroniarek pracujących podczas wydarzenia. Kolejnymi wypowiedziami w tej sprawie organizatorki tylko bardziej się pogrążały.

 

Przypomnijmy: jak poinformowała Maria Świetlik w artykule opublikowanym w serwisie gazeta.pl, ochroniarki pracujące podczas Kongresu Kobiet musiały stać na baczność przez kilkanaście godzin, nie mogąc ani na chwilę odpocząć na stojących obok krzesłach, nie miały również przerwy na posiłek czy skorzystanie z toalety. – Nie zbudujemy społeczeństwa prawdziwej wolności, jeśli nie będziemy jej zapewniać w relacjach pracy – podsumowała działaczka. Odpowiedź, jaką pod jej adresem sformułowała Magdalena Środa, była kuriozalna: zdaniem jednej z twarzy liberalnego feminizmu nic się w gruncie rzeczy nie stało, bo organizatorki kongresu też nie miały gdzie i kiedy usiąść, a ponadto to nie one, lecz pracodawcy ochroniarek podyktowali ich warunki pracy.

Kilka dni później ta argumentacja posypała się ostatecznie, gdy ochroniarki ujawniły, iż to organizatorka Kongresu Kobiet osobiście żądała od nich stania na baczność. – Organizatorka przekazała nam, że mamy stać na baczność i nie ruszać się z miejsca, nie wyraziła zgody na przerwy na jedzenie czy picie lub skorzystanie z toalety. Jeśli zrobiłyśmy choćby jeden krok, organizatorka po prostu wrzeszczała na nas, mówiąc „głąby”, „idiotki”. W ten sam pogardliwy sposób odnosiła się również do przebywających podczas Kongresu wystawców, do zespołu muzycznego i teatralnego. Wszyscy czuliśmy się tam jak niewolnicy – powiedziała jednak z kobiet. Na skandaliczne fakty Magdalena Środa zareagowała histerycznie. – „Nowa lewica” pod sztandarami bolszewickiej Inicjatywy Pracowniczej, dziennikarza Sroczyńskiego, Marii Świetlik (rozpętała piekło będąc na zwolnieniu zdrowotnym i uciekła na nie, by nie odpowiadać na pytanie, kto był insynuatorem tej zadymy) i anonimowego w napastliwych i kłamliwych tekstach „Codziennika Feministycznego” – rozciągnęła wojsko. Jest wreszcie wróg, nad którym można mieć łatwe zwycięstwo, można weń walić ile wlezie przy blasku fleszy, hejtować bez ograniczeń, bo rzeczywiście nic tak nie zagraża prawom kobiet, prawom człowieka, prawom pracowniczym i rozwojowi Nowej Lewicy jak Kongres Kobiet! – napisała Środa na Facebooku.

Z lepszej strony chciała się pokazać Dorota Warakomska, prezeska stowarzyszenia Kongres Kobiet. Goszcząc u Grzegorza Sroczyńskiego w audycji „Świat się chwieje” zapewniła, że jej organizacja wyraża ubolewanie „w związku z dyskusją wokół Kongresu Kobiet i sytuacją, w jakiej znajdują się pracownice firm ochroniarskich w ogóle”. Przekonywała także, że w przyszłości organizatorki bardziej zainteresują się tym, w jakich warunkach pracują osoby obsługujące feministyczne zjazdy. Jednak słowa te nie zabrzmiały szczególnie wiarygodnie w świetle innych wypowiedzi Warakomskiej. Organizatorka zjazdu oświadczyła, iż zarzuty ochroniarek nie potwierdziły się mimo przeprowadzenia wielu rozmów „z wszystkimi możliwymi osobami”.

Na pytanie Sroczyńskiego, czy Warakomska rozmawiała z samymi ochroniarkami, ta odpowiedziała przecząco. Przekonywała, że partnerami do takiej rozmowy byli dla niej… ich szefowie, kierownictwo zatrudniającej je firmy. Sugestie, iż w podobnej sytuacji należy dać wiarę relacji pokrzywdzonego pracownika, wręcz ją oburzyły. Zdobyła się najwyżej na stwierdzenie, że przeprasza osoby, które się „źle poczuły”.

Warakomska nie omieszkała za to dodać, że organizatorka Kongresu, której ochroniarki we wcześniejszej audycji Sroczyńskiego zarzuciły złe traktowanie, czuje się nękana przez pracownice i być może poda je do sądu.

Cała historia ostatecznie pokazuje, że jeśli jest w Polsce jakiś kobiecy kongres, na którym realnie występuje się w obronie pracownic, prekariuszek, lokatorek, kobiet nieuprzywilejowanych i wykluczonych, to była nim nie głośno reklamowana impreza w Łodzi, a Socjalny Kongres Kobiet, jaki odbył się w marcu w Poznaniu.

Kobiety lewicy

Budującą wiadomością jest fakt, że w najbliższych wyborach samorządowych Sojusz Lewicy Demokratycznej postanowił przystąpić do koalicji z Inicjatywą Feministyczną.

 

To w jej działaczkach oraz działaczkach Forum Równych Szans i Praw Kobiet upatruję nadziei na silny blok kobiet w najbliższej kadencji Sejmu.

 

Czego nam trzeba?

Zacznę od osobistej refleksji: z Kongresem Kobiet mam niejaki problem. Mój problem polega głównie na tym, że od lat impreza ta kojarzona jest gównie ze środowiskiem neoliberalnym i wśród krytyków oraz krytyczek nazywana jest „kongresem bogatych kobiet”. Jego twarzą niezmiennie jest Henryka Bochniarz, swego czasu piewczyni umów cywilnoprawnych, osoba dyplomatycznie rzecz traktując nie będąca ulubienicą aktywistek walczących o prawa pracownicze. U jej boku stoi zwykle prof. Magdalena Środa – ceniona przez środowisko akademickie i w warstwie światopoglądowej feministka pełną gębą, lecz również kojarzona z neoliberalnymi poglądami (jak się okazuje po awanturze z ochroniarkami, która przetoczyła się przez media – skojarzenia te okazały się najzupełniej prawidłowe).
Od jakiegoś czasu jednak – i dało się to zaobserwować podczas X, jubileuszowego Kongresu w Łodzi – na wydarzeniu pojawiają się kobiety reprezentujące różne środowiska, niekoniecznie związane z Platformą Obywatelską czy przedsiębiorczynie, albo też pierwsze damy, co także traktować można w kategoriach przywileju (Jolanta Kwaśniewska, Anna Komorowska).
W tym roku w Łodzi zobaczyć na kongresie można było Manuelę Gretkowską, założycielkę najpierw Partii Kobiet, a potem Inicjatywy Feministycznej, a także Martę Lempart, zasłużoną dla rozwoju edukacji seksualnej w Polsce, liderkę Ogólnopolskiego Strajku Kobietznaną z Czarnych Protestów.
Zaproszono również Oxanę Lytvynenko – Ukrainkę z Torunia, która podczas ostatniego Czarnego Piątku w Warszawie zabrała głos w sprawie dyskryminacji. „Kobiety, obcokrajowcy, ateiści są w Polsce dyskryminowani. Moje dziecko boi się zadzwonić do mnie w autobusie i mówić w naszym języku” – mówiła w Warszawie, a w Łodzi mówiła: „Jestem Ukrainką i chcę powiedzieć, że z Ukraińcami nie trzeba sobie radzić. Radzić trzeba sobie z ksenofobią. Z tym będę walczyć i proszę o wsparcie, bo to służy Polsce”.
Pojawiła się również Iwona Hartwich – uznana za liderkę sejmowego protestu rodziców i opiekunów niepełnosprawnych. Ona z kolei opowiedziała o okupacji Sejmu:
„Wszyscy już chyba wiedzą, że PiS kłamie. Powiedziano, że wielokrotnym gościem na spotkaniach naszych i strony rządowej był premier Morawiecki. To nie jest prawda”.
To cenne twarze, które pozwoliły kongresowi nieco „zejść na ziemię” i otworzyć się na wyborczynie z różnych kręgów społecznych – również tych „niewidzialnych” dla organizatorek z klasy średniej. Tak właśnie widzę platformę porozumienia kobiet lewicy w Polsce. Główne postulaty, pod którymi ja osobiście podpisałabym się głosem wrzuconym do urny to:
• zapobieganie ubóstwu kobiet, aktywizacja zawodowa, walka z bezrobociem
• walka ze stereotypami dotyczącymi ról płciowych, edukacja równościowa, antydyskryminacyjna, rzetelna edukacja seksualna
• liberalizacja prawa aborcyjnego
• włączenie do emerytury nieodpłatnej pracy kobiet w domu
• wprowadzenie programów opieki zdrowotnej dedykowanych kobietom
• wspieranie firm przyjaznych matkom

 

W czyjej to jest mocy?

Inicjatywa Feministyczna – powstała w 2007 na „gruzach” Partii Kobiet. Jej inicjatorką jest Manuela Gretkowska, współtworzył ją również Wiktor Osiatyński. Inicjatywa łączy (co według mnie jest ogromną zaletą) dwie frakcje: społeczną i liberalną. Należy odnotować, że kładzie nacisk na pomoc samotnym matkom, ofiarom gwałtu, domaga się pełnej refundacji antykoncepcji.
W tej chwili znalazła się w koalicji SLD Lewica Razem.
Postulaty Inicjatywy idą w parze z postulatami Forum Równych Szans i Praw Kobiet. Tu wyróżniającymi się postaciami działaczek niewątpliwe są przewodnicząca Małgorzata Niewiadomska-Cudak oraz Anna Mackiewicz.
Pierwsza z nich specjalizuje się w lokalnej partycypacji wyborczej kobiet – bez oddolnej ich aktywizacji trudno mówić o kształtowaniu skutecznej polityki prokobiecej. Pani prof. Niewiadomska-Cudak jako wiceprzewodnicząca Rady Miasta działa na terenie Łodzi i jej aglomeracji: wyciąga z cienia kobiety, które zajmują się ciekawymi inicjatywami (vide wydarzenie „Kobieta niezwykła”), wyciąga rękę do tych, które potrzebują wsparcia od samorządu („Łodzianka w potrzebie”). Zorganizowała na euro 2012 lokalną strefę kibicki, ale również z okazji 100-lecia uzyskania praw wyborczych wyszła z inicjatywą, aby łódzkie ulice nazywać kobiecymi imionami i nazwiskami.
Pani Anna Mackiewicz, działaczka bydgoskiego SLD i – jak donoszą media – kandydatka na prezydenta miasta, z którą miałam przyjemność robić nawet wywiad dla „Dziennika Trybuna”, również lokalnie zajmuje się problemami kobiet, ale zna też od podszewki problemy nauczycieli (sama uczy matematyki). Działa w ZNP, ale też prowadziła liczne warsztaty dotyczące praw kobiet i samorządności.
Na naszym terenie, na Mazowszu, mamy Katarzynę Piekarską, która mogłaby być twarzą kobiecego ruchu w Warszawie. Od lat sprzeciwia się ograniczaniu praw kobiet przez PiS. Tu ciekawostka – sama była pacjentką prof. Chazana i ma z nim negatywne doświadczenia.
Do „zagospodarowania” jest też w Warszawie rzeczniczka SLD Anna Maria Żukowska.
Forum Równych Szans i Praw Kobiet ma też wiele innych zasłużonych działaczek z regionów. Kiedy połączy siły z Inicjatywą Feministyczną, rzeczywiście kobiecy głos ma szansę przebić się w parlamencie.

 

Kto jeszcze?

Z cennych postaci kobiet aktywnie angażujących się w sprawy lewicy, mogę wymienić przede wszystkim znane nazwiska, które znam z działalności w Warszawie. Z pewnością z korzyścią dla SLD byłoby nawiązać współpracę z Barbarą Nowacką (choć ona zdaje się jest bardziej zaangażowana we współdziałanie z nowym kołem poselskim Ryszarda Petru: Liberalno-Społeczni). Razem zamierzają zbierać podpisy pod ustawą o świeckim państwie. Dalej jest Agata Nosal-Ikonowicz z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej i niezastąpiona Ewa Andruszkiewicz ze społecznej rady działającej przy komisji reprywatyzacyjnej w Warszawie, wieloletnia dziennikarka i działaczka społeczna. Kobiety Razem z Sojuszem tworzą koalicje regionalne, w Warszawie jednak niekoniecznie. Z pewnością jednak na obszarze praw kobiet łakomym kąskiem do pozyskania są Justyna Samolińska i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.
Niniejszy tekst stanowił wstęp do dyskusji podczas spotkania Klubu Miłośników Prasy Lewicowej w Łodzi 25 czerwca 2018, na który zostałam zaproszona.