No i chuj, czyli w blasku „ugruntowanych cnót niewieścich”

Ponieważ imię i nazwisko autorki nie występuje ani na okładce z przodu, ani z tyłu, ani też na karcie tytułowej, a jedynie na tylnym skrzydełku okładki, więc lekturę książki mieszkającej w Anglii Anny Szczepanek zacząłem od tyłu, a raczej – żeby brzmiało bardziej przyzwoicie i w duchu popularnego dziś tematu „ugruntowywania cnót niewieścich” – od końca, czyli od podziękowań autorki.

W pierwszym momencie się spłoszyłem, bo podziękowania i wyrazy miłości składane przez pisarkę-niewiastę (pisarza-niewiastę?) mężowi i dzieciom, którymi dzieli się z całym światem działa na mnie niezawodnie jak strach na wróble, czyli zniechęcająco do lektury. Cofnąłem się jednak o kilka stron wstecz, czyli w kierunku początku książki i natrafiłem na taki oto krótki rozdział pod tytułem „Pocisk”: „Dzieci już spały. Odpaliłam świeczki, założyłam nową bieliznę i czekałam na niego. – A może byśmy tak… – No? – Nie, to niemądre… – Daj spokój, powiedz. – Trochę się wstydzę. – Ty? Po tylu latach? – Że uznasz to za dziwne… Przez tyle lat z tobą nic nie jest w stanie mnie już zaskoczyć. – A zbulwersować? – Tym bardziej. – Nigdy tego nie robiliśmy w takiej chwili. – Podobno w życiu trzeba wszystkiego spróbować. – Więc może… – Powiedz śmiało. Na co masz ochotę? – A zrobimy to razem? – Pewnie. Ale już powiedz. – Przyniosę ciastka, a potem pociśniemy na fejsie PiS-owi”.
I wtedy zawyłem (w cichości ducha) z rozkoszy i od razu polubiłem autorkę, kobietę dowcipną. Ale jest coś jeszcze, co sprawiło, że polubiłem autorkę i jej książkę w dwójnasób. Otóż autorka przeklina w tej książce – jak to się kiedyś mówiło – „jak szewc”. Puenty typu „no to chuj”, „ja pierdolę”, „i cała reputacja psu w dupę”, „mnie zaraz jakiś tygrys czy lampart wjebie”, „w dupę jeża”, „sru do tyłu”, słowa takie jak „pojebana”, „odjebało” czy pytania typu „o chuj im chodzi?”, obficie kraszą strony książki, co piszący te słowa, który w tym zakresie także sobie nie żałuje, przyjął z wielką przyjemnością. Nie mówiąc już o takich słodkich frazach jak „śmignąć po ogórki kiszone i dzida do domu”. Podoba mi się też to, że autorka używa zwrotów: „Słodki Bobrze”, względnie „Słodki, kurwa, Bobrze”, „Bóbr raczy wiedzieć”, „Matko Bobrza” (czy to nie obraża uczuć religijnych, czy pisiory po książkach jeszcze nie bobrują w celach cenzorskich?). Autorka, jako się rzekło, mieszka w Anglii, lecz choć tego życia stricte angielskiego w książce – jak na mój gust – jest trochę przymało, to wynagradza to narracja kompletnie bezpretensjonalna, pisana językiem całkowicie, wręcz esencjonalnie kolokwialnym, mówionym, cudownie potoczystym, pełnym dowcipu i luzu.
Jest w tym jakiś łut podobieństwa do pisarstwa Doroty Masłowskiej, podobny kapitalny słuch językowy i dar obserwacji. No, po prostu talent. Dwie pierwsze części „Matki Polki2” – „Nietypowa” i „Matka”, to kompletnie bezpruderyjny autowizerunek młodej (36 lat) kobiety i wielodzietnej matki (czterech synów), która jednak ani trochę nie jest Matką Polką ze snów Czarnka i jego przybocznego „filozofa” Skrzydlewskiego (tego od „ugruntowywania cnót niewieścich”). Jest za to, jak sama o sobie napisała, „połączeniem smoka z Komodo z dziewczyną z „Ringa”, „cyniczką płynnie władającą sarkazmem”. To autoreportaż z codzienności, „życiopisanie”. Część trzecia, „Rewolucja”, to dodatek publicystyczny, w którym autorka staje po stronie protestów kobiet, z hasłem „wypierdalać” na ustach, manifest kobiety kochającej wolność i swobodę (jak z popularnej piosenki), a nienawidzącej klerykalnej, patriarchalnej opresji panującej w Polsce PiS. „Wczoraj weszłyście do kościołów, aby zakończyć to co niszczyło Was od lat, zamanifestować Wasz ból, żal i wkurw. Aby spojrzeć w oczy Waszym oprawcom. Nie uklękłyście”. „Za lata wpierdalania się do życia Waszego, Waszych matek, babek i kształtowania go na ICH modłę. Zabierzcie dzieci z lekcji religii, zabierzcie je z kościołów.
Nie uczcie ich klękania przed żadnym człowiekiem, a już zwłaszcza takim, który pierdoli głupoty. Nie krzywdźcie kolejnego pokolenia fantazjami wypaczonych polskich klechów…”. Święte słowa. I chuj.
„Nietypowa matka Polka 2”, Edipresse Książki, Warszawa 2021, ISBN 978-83-8177-674-5

Parlamentarna Grupa Kobiet jako przykład samoorganizowania się kobiet ponad podziałami politycznymi

Po wyborach z 4 czerwca 1989r. miejscem, na którym skupiała się uwaga polskiej opinii publicznej stał się dwuizbowy parlament, składający się na mocy ustaleń „okrągłego stołu” z Sejmu i Senatu. Na fali przemian politycznych w Polsce wybuchła wolność słowa, w czasach PRL traktowana jako dobro ściśle reglamentowane m.in. poprzez obecność państwowej cenzury.

Z możliwości swobodnego wypowiadania poglądów korzystali w pełni posłowie X kadencji Sejmu („kontraktowego”) i senatorowie I kadencji. Pamiętam, że obrady obu izb były hitem tamtych dni uważnie obserwowanym i szeroko komentowanym. W opinii publicznej pojawiały się nowe hasła, nawiązujące do demokratycznych wartości zachodnioeuropejskich, a nad wszystkim dominowała pochwała pluralizmu. Jednakże nieskrępowane spory polityczne ujawniały nie tylko nadzieje na nową jakość życia społeczno-politycznego. Wolności polityczne odzyskiwane w przyspieszonym tempie sprzyjały również gwałtownym powrotom ideologii, które były nieobecne w przestrzeni publicznej w okresie PRL, wśród nich pojawiła się prawica – endecka, ksenofobiczna, klerykalna. Spektakularnym przykładem tej tendencji była reaktywacja różnych odcieni nurtów konserwatywnych, z narodowo-radykalnymi włącznie.

Do gry politycznej tryumfalnie wkroczyła hierarchia kościoła rzymskokatolickiego, nie bez znaczenia pozostawała w tym kontekście obecność w Watykanie papieża-Polaka.

Po wyborach z 4 czerwca 1989r determinacja większości biskupów w odwoływaniu się do narodowo-konserwatywnej wizji stosunków społecznych i światopoglądowych zaskoczyła swą intensywnością nawet nową ekipę polityczną. Jeden z członków rządu Tadeusza Mazowieckiego – Wiktor Kulerski po latach powiedział, że –jego zdaniem – Kościół od początku przemian dojrzał szansę na zbudowanie w Polsce „demokracji katolickiej” (ależ oksymoron). Obserwatorzy ówczesnych wydarzeń politycznych wręcz stwierdzali, że w latach 90. hierarchia kościelna stawała się odrębnym ośrodkiem władzy politycznej w Polsce, ponieważ w nowych okolicznościach Kościół „czuł się powołany do urządzenia państwa”.

Było to o tyle zaskakujące, że w maju 1989r. (a więc już po „okrągłym stole”) Sejm IX kadencji uchwalił dwie ustawy( dziś nazywa się je „historycznymi”), które miały stanowić fundament nowoczesnych stosunków między państwem i Kościołem. Były to: ustawa z dnia 17 maja 1989r o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej oraz ustawa z dnia 17 maja 1989r o gwarancjach wolności sumienia i wyznania. W szczególności ta druga zawierała tak istotne deklaracje, jak art.1 pnkt.3:

Obywatele wierzący wszystkich wyznań oraz niewierzący mają równe prawa w życiu państwowym, politycznym, gospodarczym, społecznym i kulturalnym, a w art. 10 ust.1 ustawa deklarowała, że Rzeczpospolita Polska jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań.

Przy systematycznych naciskach Kościoła praktyka polityczna po wyborach z 4 czerwca 1989r szła zdecydowanie w odwrotnym kierunku. W szczególności hasło równości kobiet i mężczyzn nabrało nieoczekiwanie znaczenia ideologicznego, ponieważ – wbrew nadziejom postępowych środowisk kobiecych – prawa kobiet nagle stały się polem ostrej walki politycznej. Już wydarzenia pierwszych miesięcy po wyborach z 4 czerwca 1989r sygnalizowały, że – zamiast poszerzenia sfery wolności – nowy porządek ustrojowy może przynieść kobietom daleko idące ograniczenia w odniesieniu do dotychczasowego „stanu posiadania”.

Należy podkreślić, że pierwsze sygnały, wskazujące na ideologizację sfery praw kobiet w procesie przemian ustrojowych wywoływały najpierw odruchy zdziwienia i zaskoczenia, a potem sprzeciwu, ponieważ największym dorobkiem Polek w wymiarze historycznym (lata 1945-1989) był ich niezwykły awans społeczny i zawodowy. W 1989 roku statystyki wskazywały, że kobiety na poziomie średnim i wyższym są w Polsce lepiej wykształcone od mężczyzn. Lekceważenie tych faktów ze strony prawicy i Kościoła było bezsporne, co na ogół przyjmowano jako próbę narzucenia społeczeństwu anachronicznej ideologii społecznej, bez uwzględniania zróżnicowania światopoglądowego Polek i Polaków.

Na progu transformacji pojawiły się ze strony hierarchii kościelnej pierwsze żądania, wśród których – oprócz domagania się natychmiastowego wprowadzenia religii do szkół państwowych – hasłem szczególnym stał się zakaz przerywania ciąży. Wywołało to niepokój parlamentarzystek Sejmu X kadencji o przekonaniach postępowych, a także przedstawicielek działających wówczas starych (Liga Kobiet Polskich, Koła Gospodyń Wiejskich) i nowych organizacji kobiecych (Pro Femina, Polskie Stowarzyszenie Feministyczne, Demokratyczna Unia Kobiet). Wyrazem tych obaw było zorganizowanie pod patronatem prezydium Sejmu w grudniu 1990r ogólnopolskiej konferencji p.t. Kobieta w Polsce współczesnej – szanse i zagrożenia, w której uczestniczyły nie tylko parlamentarzystki X kadencji Sejmu, ale przede wszystkim przedstawicielki szerokiego spektrum organizacji kobiecych, członkinie związków zawodowych, przedstawicielki świata kultury i nauki. Trzeba podkreślić, że wprawdzie impulsy do podjęcia takiej inicjatywy płynęły z zewnątrz parlamentu, to jednak znalazły one szybki odzew ze strony posłanek, a zwłaszcza tych, które znalazły się na listach wyborczych z rekomendacji organizacji kobiecych.

Konferencja ta stała się przykładem ponadpartyjnej współpracy kobiet w imię obrony własnych praw i interesów, a przyjęte w czasie jej obrad wnioski i postulaty stały się wytyczną dla zorganizowania Parlamentarnego Koła Kobiet, które zainaugurowało swoją działalność w kwietniu 1991r, czyli jeszcze w czasie X kadencji Sejmu. Zarząd Koła współtworzyły: przewodnicząca Barbara Labuda z Parlamentarnego Klubu Unii Demokratycznej (PKUD), sekretarz Dorota Kempka z Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej (PKLD)oraz członkinie Marianna Borawska z Polskiej Unii Socjalistycznej (PUS), Barbara Blida z PKLD, Barbara Czyż z PSL, Janina Kuś z PKLD, Anna Kwietniewska z PKLD, Zofia Wilczyńska z PUS i Teresa Zalewska z Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (OKP). W sumie do Parlamentarnego Koła Kobiet przystąpiły 43 parlamentarzystki (na 62 w Sejmie i 7 w Senacie), a w tym: 19 posłanek PKLD, 6 z PSL,11 z PUS, 1 z Unii Chrześcijańsko-Społecznej i 3 ze Stronnictwa Demokratycznego.
Analogie i porównania historyczne.

Warto w tym miejscu zauważyć, że w historii polskiego ruchu kobiecego nie był to pierwszy przypadek politycznego organizowania się kobiet wokół zadań, które w nowej sytuacji politycznej kraju uzyskały dla nich charakter priorytetowy. Nasuwa się w tym miejsce skojarzenie z aktywnością niegdysiejszego Klubu Politycznego Kobiet Postępowych, którego członkinie po odzyskaniu niepodległości w 1918r stanęły do walki o równouprawnienie polityczne kobiet, a w szczególności o uzyskanie praw wyborczych na równi z mężczyznami. Ważne było to, że ich postulaty poparł wówczas tuż po powrocie z Magdeburga Józef Piłsudski, który doceniał wkład kobiet w walkę o niepodległość Polski ( Liga Kobiet Polskich Pogotowia Wojennego oraz żeńskie oddziały P.O.W.). 28 listopada 1918r. już jako Tymczasowy Naczelnik Państwa J.Piłsudski podpisał dekret o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego, który przyznawał każdemu czynne i bierne prawo wyborcze. Polska była czwartym krajem w Europie, który przyznał kobietom prawa polityczne. Wcześniej, niż Polska uczyniły to Norwegia, Finlandia i Dania. Sytuacja radykalnie zmieniała się po zakończeniu I wojny światowej.

Przed wyborami do Sejmu Ustawodawczego Komitet Wyborczy Kobiet Postępowych zaczął wydawać pismo ulotne „Kobieta w Sejmie”, a na jego łamach w nr 1 z 10 stycznia 1919r. została zamieszczona Deklaracja Komitetu Wyborczego Kobiet Postępowych, która była pierwszym programem politycznym, napisanym przez kobiety u progu niepodległości.
Aktem prawnym, czyniącym krok naprzód w umacnianiu równości kobiet i mężczyzn była Konstytucja z 17 marca 1921r (zwana potocznie „konstytucją marcową”), która nie dopuszczała żadnych ograniczeń prawnych ze względu na płeć. Były to pierwsze normy rangi konstytucyjnej, które wytyczały kierunek przemian, a w tym likwidację przepisów państw zaborczych o charakterze dyskryminacyjnym wobec kobiet.

Wa korzystanie z szans, jakie dawało konstytucyjne równouprawnienie, w ówczesnej praktyce zależało od wielu różnorakich czynników, a w tym „ przede wszystkim od pokonania hamulców i przeszkód tkwiących w świadomości jednostkowej i grupowej”, i to nie tylko wśród mężczyzn, ale również w większości środowisk kobiecych. Socjaliści n.p. zdziwieni byli małym zainteresowaniem kobiet zdobytymi prawami politycznymi. Jednakże nie ulega wątpliwości, że zachowanie takie wynikało z niezwykle niskiego poziomu edukacji, ponieważ II Rzeczpospolita zaczynała swój byt państwowy z niewyobrażalnym balastem analfabetyzmu. Dane z 1921r. wskazywały, że ponad 1/3 ludności nie umiała ani czytać, ani pisać, a wśród analfabetów przewagę miały kobiety, zwłaszcza zamieszkujące kresy wschodnie.

Stojąc na gruncie równouprawnienia „konstytucja marcowa” otworzyła kobietom m.in. dostęp do zawodów prawniczych i choć zmiany na tym polu postępowały niezwykle powoli, to jednak stanowiły one krok naprzód w porównaniu z okresem sprzed niepodległości ( w 1939r. na stanowisku sędziowskim pracowało 7 kobiet, tylko jedna była w II RP prokuratorem).
1 lipca 1921r Sejm uchwalił nowe, istotne przepisy z zakresu prawa cywilnego, poszerzające kobietom zakres zdolności do czynności prawnych. Przestały obowiązywać przepisy, n.p. nakazujące żonie posłuszeństwo mężowi jako głowie rodziny. Przyznano im również prawo do odrębnego mieszkania w przypadkach konkretnie określonych. Od tej pory kobiety miały takie samo prawo dziedziczenia, jak mężczyźni. Mogły również występować w charakterze świadka przy sporządzaniu testamentu, przyznano im również prawo do rozporządzania własnym majątkiem.
Prawo II Rzeczypospolitej nie zlikwidowało jednakże przepisów, dyskryminujących kobiety, które posiadały „nieślubne” dziecko, czyli nie zrównało statusu dzieci „nieślubnych” ze „ślubnymi”. Nie udało się również znieść przepisów, zakazujących rozwody małżeństw, zawieranych w porządku wyznaniowym.

W kolejnych latach już same posłanki przyczyniły się do uchwalenia ustaw, które miały wpływ na sytuację kobiet. Chodzi o ustawę o opiece społecznej z 1923r. oraz ustawę o pracy młodocianych i kobiet z 1924r. Było to prawo nowoczesne, daleko wyprzedzające państwa dobrze rozwinięte gospodarczo i o bogatej tradycji społecznej. Uważa, że „przyjęcie tych ustaw było w znacznym stopniu triumfem zaangażowania parlamentarzystek polskich w budowanie nowoczesnego, demokratycznego społeczeństwa i państwa”. Autor ten podkreśla, że choć kobiet w parlamentach była garstka, to wyraźnie wyróżniały się pochodzeniem społecznym, wykształceniem i pozycją zawodową. Znaczna ich część legitymowała się dyplomami, uzyskanymi na uczelniach w Paryżu, Wiedniu, Zurychu, Krakowie, Petersburgu i Moskwie. Kilka z nich posiadało doktoraty. „Tymczasem wśród kolegów parlamentarzystów co czwarty nie miał żadnego wykształcenia lub zakończył kilkuklasową szkołę elementarną/…/ Nawet wyznawane przez parlamentarzystki odmienne systemy wartości nie stanowiły przeszkody we wspólnym działaniu na forum parlamentu, dając świadectwo ich wysokiej kultury politycznej i sprzyjając wytworzeniu silnej więzi solidarności kobiecej reprezentacji parlamentarnej”.

Z całą mocą należy podkreślić, że przyjęte po 1918r. zmiany prawne ułatwiały kobietom procesy emancypacyjne na gruncie państwowym i choć stanowiły dopiero pierwszy krok ku ogólnym przemianom społecznym, to jednak otwierały drogę ku przezwyciężaniu odwiecznych uprzedzeń i stereotypów w odniesieniu do pozycji prawnej kobiety w społeczeństwie.

Powrót do kapitalizmu: dla kobiet postęp, czy regres?

Po wyborach parlamentarnych z 1991r posłanki z powodzeniem ponowiły inicjatywę odrębnego organizowania się wokół obrony praw kobiet. Parlamentarna Grupa Kobiet (dalej PGK) za swój zasadniczy cel przyjęła obronę praw kobiet w toku działalności władzy ustawodawczej. Należy przy tym z całą mocą podkreślić, że energia, aktywność i determinacja zespołu postępowych parlamentarzystek w realizacji tego celu stanowiły ewenement na tle doświadczenia parlamentaryzmu ogólnoeuropejskiego.
Na podstawie Regulaminu Sejmu Parlamentarna Grupa Kobiet otrzymała w budynkach sejmowych własne biuro, co w praktyce usprawniało skuteczną organizację planowanych przedsięwzięć.

Nie można jednak stwierdzić, że PGK zjednoczyła wszystkie parlamentarzystki wokół kwestii interesów i praw kobiet. Jak już zaznaczono wcześniej, prawa te w okresie transformacji stały się przedmiotem gorących walk i sporów politycznych, nasilających się wraz z postępującą klerykalizacją życia politycznego. Posłanki, które akceptowały konserwatywny punkt widzenia, opisujący rolę kobiety w społeczeństwie (zgodnie z poglądami hierarchii kościoła rzymskokatolickiego, gloryfikującymi patriarchalny model rodziny), rezygnowały z aktywności w PGK. Na ogół do PGK wstępowały wszystkie członkinie klubu parlamentarnego SLD i klubu parlamentarnego Unii Pracy, kilka posłanek z parlamentarnego klubu Unii Demokratycznej i nieliczne posłanki PSL. W pierwszej i drugiej kadencji Sejmu posłanki zgodnie powierzały przewodniczenie PGK Barbarze Labudzie z klubu Unii Demokratycznej, podkreślając w ten sposób wolę współdziałania ponad podziałami politycznymi.

Wola organizowania się w PGK wyrażana była w deklaracjach, przyjmowanych każdorazowo na początku kadencji Sejmu i Senatu. Ciekawostkę stanowi to, że w III kadencji Sejmu Przewodniczący Klubu Parlamentarnego AWS – Marian Krzaklewski zabronił wręcz posłankom tego klubu wstępowania do PGK.

W codziennej praktyce działania członkinie PGK z największą powagą kierowały się nie tylko polskimi przepisami rangi konstytucyjnej i ustawowej, ale również konwencjami, uchwalonymi przez Zgromadzenie Ogólne ONZ, a w tym: Konwencją o prawach politycznych kobiet, przyjęta w Nowym Jorku 31 marca 1953r, Konwencją o eliminacji wszelkich form dyskryminacji kobiet, przyjętą przez Zgromadzenie ogólne ONZ w Nowym Jorku w dniu 18 grudnia 1979r oraz Platformą Działania – Pekin 1995, przyjętą podczas IV Światowej Konferencji Kobiet. Dążyły też do wdrażania na gruncie prawa polskiego zaleceń Rady Europy i organów Unii Europejskiej.

W dyskusjach wewnątrz PGK oraz w czasie spotkań środowiskowych została wypracowana dyrektywa działania, odwołująca się do zasady laickości i demokratycznego, świeckiego państwa prawa. Członkinie PGK opowiadały się w ten sposób nie tylko po stronie koncepcji demokracji liberalnej, ale przede wszystkim doceniały obecne w tej doktrynie mechanizmy, służące ochronie konstytucyjnych praw kobiet oraz eliminowaniu nierówności płci przy pomocy środków, struktur i metod, właściwych standardom państwa demokratycznego. Postawa taka na początku lat 90. wymagała determinacji i odwagi politycznej, a to ze względu na zmieniający się klimat sporów ideologicznych, czego wyrazem było m.in. nasilające się wśród elit wzmożenie religijne, wynikające m.in. z kultu papieża Jana Pawła II i głoszonej przez niego doktryny religijnej. Z pól debaty publicznej umykała wola poszukiwania dobra wspólnego, które mogłyby połączyć polityków, reprezentujących zarówno światopogląd laicki, jak i chrześcijański.

Działaniom członkiń PGK patronowało hasło neutralności światopoglądowej państwa oraz wolności i tolerancji religijnej, a w dyskusjach na temat ustroju państwa pojawiały się próby definiowania takiej wartości, jaką mogłaby być dla Polski republika laicka. W tym ostatnim przypadku członkinie PGK odwołały się do tradycji oświeceniowych, znajdując na tym gruncie pole do współpracy ze Stowarzyszeniem „Neutrum”, z Towarzystwem Kultury Świeckiej, z Federacją na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny oraz z warszawskim periodykiem „Bez Dogmatu”(właśnie przestał wychodzić). W ramach prowadzonych debat nawiązywano do doświadczenia państw europejskich, a w tym przede wszystkim Republiki Francuskiej, która od 1905r realizuje laicki model porządku społecznego.

W aktywności merytorycznej PGK towarzyszyła przez lata grupa uczonych kobiet, żeby przypomnieć nazwiska prof. Renaty Siemieńskiej, prof. Danuty Graniewskiej, prof. Małgorzaty Fuszary, prof. Magdaleny Środy, prof. Marii Szyszkowskiej, prof. Eleonory Zielińskiej , prof. Zdzisławy Janowskiej oraz wielu innych osobistości i instytucji, które współpracowały z PGK, nie tylko w sprawach światopoglądowych, ale również w innych kwestiach, dotyczących kobiet (n.p. poprawy sytuacji socjalnej matek samotnych , ochrony kobiet na rynku pracy, zdrowia kobiet, problemie adopcji dzieci, ochrony praw dziecka i.t.p.).

Z żalem należy zauważyć, że w przestrzeni publicznej nurt wolnościowy, prezentowany m.in. w działalności PGK w latach 90. zdecydowanie przegrywał z narracją, skłaniającą się do ustępstw polityków na rzecz Kościoła katolickiego. Postawa taka była prezentowana m.in. w publikacjach „Gazety Wyborczej” , a tendencję tę zdecydowanie wzmocniły kolejne orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego.

Warto przy tym zauważyć, że hasło „laickości” państwa, czy „neutralności światopoglądowej władz publicznych”, mimo okazjonalnego przywoływania w debacie publicznej dorobku Vaticanum Secundum, ustępowało miejsca niskiej skłonności do wypracowywania kompromisów w duchu pluralizmu, co w gruncie rzeczy prowadziło do preferowania stanowiska tylko jednej, za to silniejszej strony – Kościoła. Towarzyszyła temu na ogół drobiazgowa analiza wystąpień Jana Pawła II, z których nie trudno było wywieść, że papież nie akceptował rozdziału Kościoła od państwa, czym często sprawiał kłopot nawet publicystom katolickim. Również zasada neutralności światopoglądowej państwa była kontestowana przez papieża, co w poważnym stopniu utrudniało wypracowanie wolnościowego modelu stosunków państwo-Kościół w Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego.

Udział Parlamentarnej Grupy Kobiet w debacie konstytucyjnej.

Jak wiadomo, prace nad przyszłą konstytucją toczyły się w Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego na podstawie Ustawy konstytucyjnej z dnia 23 kwietnia 1992 r. o trybie przygotowania i uchwalenia konstytucji, znowelizowanej w II kadencji Sejmu dnia 22 kwietnia 1994 r. Na podstawie tych przepisów projekt nowej konstytucji mógł być zgłoszony przez grupę 56 członków Zgromadzenia Narodowego, Prezydenta RP oraz grupę obywateli, którzy w ciągu 3 miesięcy od dnia wejścia ustawy w życie uzyskają dla swego projektu poparcie co najmniej 500 000 osób, posiadających czynne prawo wyborcze do Sejmu.

Z uwagi na mniejszą liczbę członkiń, niż warunkowały to przepisy ustawy, Parlamentarna Grupa Kobiet jako samodzielny podmiot nie była uprawniona do przedłożenia własnego projektu konstytucji. Jej reprezentantka mogła natomiast przedstawić stanowisko Grupy w debacie nad zasadniczymi kwestiami konstytucyjnymi. Debata taka miała miejsce w Sejmie 21 października 1994 r. i stanowiła wypełnienie ostatniego wymogu ustawowego, niezbędnego do przygotowania jednolitego projektu konstytucji.

W imieniu Parlamentarnej Grupy Kobiet w debacie wystąpiła przewodnicząca Barbara Labuda (posłanka Unii Demokratycznej). Jako jedna z nielicznych broniła idei państwa świeckiego, opowiedziała się również za oddzieleniem kościołów od państwa. W toku wystąpienia podała definicję państwa świeckiego, które – jej zdaniem – charakteryzuje się tym, że w praktyce państwowej żadna religia, żadna ideologia, żadna partia, żaden kościół oraz żaden związek wyznaniowy nie jest wyróżniony, bądź traktowany w sposób wyjątkowy, otoczony szczególnymi względami przez instytucje publiczne i obowiązujące prawo. Państwo świeckie to „państwo areligijne, aideologiczne, zatem niezaangażowane wyznaniowo i światopoglądowo po stronie żadnej orientacji tego typu”. Definicja ta została następnie rozwinięta poprzez wskazanie przykładów, które stanowią cechy nieodłączne dla polityk państwa świeckiego. Należą do nich: zakaz finansowania działalności religijnej, czy ideologicznej z kasy państwowej; zakaz wykorzystywania prawa państwowego i organów władzy państwowej do przymuszania obywateli, aby postępowali zgodnie z nakazami i dogmatami jakiejś religii, czy ideologii; zakaz kierowania się przez funkcjonariuszy państwa jedną orientacją religijną przy podejmowaniu decyzji i rozstrzyganiu sporów; zakaz wykonywania zadań jakiejkolwiek religii przez organy władzy państwowej, n.p. poprzez opłacane przez państwo katechizowanie dzieci i młodzieży w szkołach państwowych; zakaz wywieszania w budynkach publicznych symboli religijnych, czy zakaz łączenia uroczystości państwowych z obrzędami religijnymi.

W swym wystąpieniu przewodnicząca PGK wskazywała na częste przykłady naruszania w bieżącej polityce omawianych cech państwa świeckiego, do czego – w imieniu Grupy – odniosła się krytycznie. Zakończyła stwierdzeniem, że „tylko demokratyczne państwo świeckie gwarantuje pełny, nieskrępowany rozwój obywateli, którzy mogą w swobodny sposób wybrać jakąś religię, filozofię, czy model życia”.
Członkinie PGK z najwyższą powagą traktowały prace Komisji Konstytucyjnej. Zdawały sobie bowiem sprawę z tego, że w przyszłej konstytucji zapadną rozstrzygnięcia prawne, które będą obowiązywały przez długie lata. Sprawie ochrony praw kobiet w przyszłej konstytucji została poświęcona specjalna konferencja p.t. Kobieta w konstytucji, zorganizowana przez PGK 20 czerwca 1995r.

Starania Parlamentarnej Grupy Kobiet o konstytucyjny model demokratycznego państwa świeckiego były kontynuowane w piśmie do Przewodniczącego Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego – posła A.Kwaśniewskiego i do posła Ryszarda Bugaja – przewodniczącego Podkomisji Ustroju Politycznego i Społeczno-Gospodarczego tejże Komisji. W piśmie tym (z datą 24 listopada 1994r) zostały zawarte już konkretne propozycje przepisów konstytucyjnych.

Do części „zasady ogólne” posłanki – członkinie PGK zaproponowały następujący przepis:

1.Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i światopoglądu.
2.W Rzeczypospolitej żadne wyznanie lub światopogląd nie mogą mieć charakteru państwowego, odrzuca się religijną motywację w stanowieniu prawa.

Dalsze propozycje były konsekwencją powyższej deklaracji, a wśród nich pojawił się m.in. zakaz finansowania związków wyznaniowych i organizacji światopoglądowych przez państwo i samorządy. Posłanki zgłosiły również przepisy, które by orzekały, że w Rzeczypospolitej Polskiej rejestracja związków małżeńskich i rozwodów oraz prowadzenie ksiąg stanu cywilnego należało wyłącznie do państwa. W kolejnym przepisie postulowały świecki charakter uroczystości państwowych oraz nieumieszczanie w instytucjach państwowych i samorządowych znaków i symboli religijnych.

W części „Prawa i obowiązki obywatelskie” członkinie PGK opowiedziały się za wpisaniem zasady równości obywateli ze względu na wyznanie i światopogląd. W związku z tym, z jednej strony wyróżniły poręczenie przez Rzeczpospolitą w konstytucji wolności sumienia, wyznania oraz przekonań światopoglądowych, a z drugiej – prawa do korzystania z opieki duchowej wszystkich wyznań w wojsku, szpitalach i w zakładach karnych.

Postulowały także , aby w tej części konstytucji znalazł się następujący przepis:
„Rzeczpospolita Polska poręcza wszystkim obywatelom prawo do zakładania i planowania rodziny, rozwiązania małżeństwa przez rozwód, uświadomienia i edukacji seksualnej, stosowania środków wspomaganej prokreacji oraz metod i środków przeciwdziałających rozrodczości, a także popiera badania służące rozwojowi wiedzy i technologii medycznej oraz zdrowiu obywateli”.

Kolejne propozycje dotyczyły równości wobec prawa i zakazu wszelkich form dyskryminacji (ze względu na płeć, wiek, rasę, pochodzenie narodowe i społeczne, urodzenie, język, przynależność do mniejszości narodowej lub etnicznej, poglądy, wyznanie lub jego brak, status materialny, stan zdrowia i orientację seksualną). Nie trudno zauważyć, że zaproponowane przez PGK kryteria antydyskryminacyjne miały wybitnie nowatorski charakter i szły wyraźnie w kierunku standardów europejskich, chociaż Polska nie była jeszcze wówczas członkiem Unii Europejskiej.

Parlamentarzystki z PGK były konsekwentnymi inicjatorkami wprowadzenia do laski marszałkowskiej ustawy o równym statusie kobiet i mężczyzn. Na przestrzeni lat 1996 – 2005 czterokrotnie wnosiły kolejne projekty takiej ustawy, były one jednakże odrzucane przez większość sejmową.

Jednakże na tym polu PGK odnotowała sukces w Komisji Konstytucyjnej, której członkini z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej – Danuta Waniek – wniosła pod obrady projekt obecnego art. 33 Konstytucji RP z 2 kwietnia 1997r (wspierany przez PGK). Mimo sporów z prawicową częścią Komisji propozycja ta ostatecznie uzyskała akceptację większości i dziś stanowi element Rozdziału II Konstytucji RP, zatytułowanego „Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela”. Brzmi on:

1.Kobieta i mężczyzna w Rzeczypospolitej Polskiej mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym.
2.Kobieta i mężczyzna mają w szczególności równe prawo do kształcenia, zatrudnienia i awansów, do jednakowego wynagradzania za pracę jednakowej wartości, do zabezpieczenia społecznego oraz do zajmowania stanowisk, pełnienia funkcji oraz uzyskiwania godności państwowych i odznaczeń.

Praktyka polityczna ostatnich 25 lat pokazuje, że obecność tego artykułu w tekście Konstytucji formalnie stanowi gwarancję ochronną dla respektowania praw kobiet w Polsce, a to z uwagi na trwającą z różnym natężeniem walkę ideologiczną wokół roli kobiety w rodzinie, w społeczeństwie i w państwie (patrz: genderyzm). Doświadczenia ostatnich lat wykazały, że przystąpienie Polski do Unii Europejskiej dla środowisk konserwatywno-klerykalnych stanowiło samo w sobie wyzwanie, polegające na notorycznym przeciwstawianiu się wprowadzania do polskiego porządku prawnego regulacji krytykowanych przez Episkopat i prawicę.

Ostre podziały polityczne wokół tych kwestii dotyczyły również kobiet zasiadających w Sejmie i w Senacie, na skutek czego po wyborach z 2005r (rządy „IV RP”) malało również znaczenie samej Parlamentarnej Grupy Kobiet.

Ponura francuska miłość

Nie tak często się zdarza, że jakaś książka wywołuje ciąg zaskakujących społecznych zdarzeń i konsekwencje, wśród których jest nawet śmierć. Na początku roku wyszła w Paryżu La familia grande napisana przez 45-letnią prawniczkę Camille Kouchner, rzecz o rodzinnych sekretach. Kazirodztwo, gejowskie gwałty – te ciche, wstydliwe zjawiska zostały wywleczone na publiczne światło i okazało się, że tag #Metoo jest daleko niewystarczający. Przemoc seksualna jest obecna w środowiskach elit polityczno-artystycznych tak samo, jak gdzie indziej.

„Seks to nasza wolność” – odpowiedziała kiedyś autorce La familia grande jej matka Évelyne Pisier, gdy zwróciła uwagę, że jej ojczym, dziś 70-letni Olivier Duhamel, smali cholewki do żony przyjaciela. Dostęp do seksu był obowiązkiem w tym środowisku, pod karą kpin. Matka pisarki, jej ciotka Marie-France Pisier i matczyna babka promowały feminizm, który ma się spełnić dzięki emancypacji seksualnej. Taka „wolność” stała się przymusem w tej lewicowej, dobrze sytuowanej paryskiej rodzinie, która kibicowała rewolucjom ludowym w Ameryce Łacińskiej.
Podobnie jak wielu lewicowców z 1968 r., Olivier Duhamel wylądował w końcu u „socjalistów” (w Partii Socjalistycznej), by jak oni przyjąć oligarchiczny neoliberalizm i tzw. realpolitik jako wyznaczniki działania społecznego. W tej sytuacji partia się rozpadła, a Duhamel od początku, jak np. Daniel Cohn-Bendit, poparł prezydenturę Emmanuela Macrona, doradzał mu nawet i regularnie spotykał się z jego żoną Brigitte. Może nie był Rasputinem, ale miał ogromne wpływy. Problem w tym, że kiedyś wieczorami naciskał klamkę do pokoju swego 13-letniego pasierba, brata bliźniaka Camille, zamykał drzwi i zostawał tam jakiś czas.
Fin de Siècle
Camille Kouchner i jej gwałcony brat to dzieci Bernarda Kouchnera, który politycznie też przeszedł drogę z lewicy prosto na prawicę, był nawet szefem francuskiej dyplomacji u Sarkozy’ego i rządził Kosowem w imieniu ONZ. Wielki zwolennik wojen humanitarnych wplątał się w interesy kosowskiej mafii, która handlowała ludzkimi organami, ale jakoś wyplątał się z oskarżeń. Duhamel przejął jego żonę z dziećmi. Wykładowca politologii na Science Po, czyli w prestiżowym Instytucie Studiów Politycznych, paryskiej „kuźni kadr” Republiki, stał na czele różnych stowarzyszeń i fundacji, był członkiem kilku rad nadzorczych, ale przede wszystkim był idealnie przytulony do władzy, jako szef klubu Siècle.
Paryski klub Siècle ma mniej więcej tylu członków, co parlament, a jego działalność polega na urządzaniu uroczystych kolacji raz na miesiąc, na których omawia się „tematy bieżące”. To prawie rodzaj obiadów czwartkowych, tyle, że ściśle politycznych. Siècle zawsze był mega-elitarnym klubem władzy – dziś np. należy doń 11 ministrów rządu Macrona. Duhamel miał pozycję tego, który „wyznacza królów” we francuskiej polityce, krążąc nad wszystkimi ministrami, radcami stanu, różnymi mandarynami politycznymi, szefami największych spółek giełdowych, generałami, bankierami oraz redaktorami naczelnymi największych mediów, którzy mieli członkostwo klubu. Nikt otwarcie nie mówił, że to Siècle wyznacza pewne trendy polityczne i decyzje państwa, ale to się wiedziało. Kiedy po ukazaniu się książki Duhamel musiał podać się do dymisji, klub niemal się rozpadł, w każdym razie stał się maksymalnie dyskretny.
Śmierć w basenie
Camille Kouchner opisuje rodzinę, która mogłaby wystąpić w powieści Houellebecqa. Wakacje w rajskim, prowansalskim domostwie, gdzie żyło się po nowemu, bez pruderii. Wszyscy łącznie z gośćmi musieli być nagusami, a Olivier Duhamel robił zdjęcia piersiom czy pośladkom dzieci i starszych, by je rozlepiać na ścianach. Starsi podrywają się przy małych, mali mają całować się z języczkiem… Camille zabrało trochę czasu, zanim zrozumiała, dlaczego źle się czuje. Pokazuje środowisko dysfunkcyjne, niezdrowe, nieodpowiednie dla dzieci i nastolatków, krzywdzące. No i kazirodztwo. Duhamel wykorzystywał brata Camille, a ich matka postanowiła milczeć.
Hałas zaczęła podnosić w końcu Marie-France, siostra ich matki. Pisała listy, kontaktowała się z dziennikarzami, ale wczesną jesienią 2017 r. znaleziono ją martwą na dnie jej przydomowego basenu. Czy Duhamel byłby zdolny do morderstwa? Można odnieść wrażenie, że Camille tego nie wyklucza. Z początku szef Siècle’u zapewniał, że po prostu zakochał się w chłopcu, ale brat autorki zaraz wniósł skargę do prokuratury, będzie sprawa, choć czyny są przedawnione. Prawdziwym kontekstem książki nie jest nawet kazirodztwo, ale bezwzględna dominacja, możliwa dzięki zaufaniu, zależności od kata i zależności afektywnej w ogóle. Tymczasem efektem ubocznym „skandalu Duhamela” stał się nieoczekiwany efekt domina.
Science Po
Szkoła ta znała już skandale: jej czcigodny dyrektor Richard Descoings w 2012 r. został znaleziony bez życia w swoim nowojorskim pokoju hotelowym, nagi, obrzygany i nawalony kokainą po dziurki w nosie. On również był z pokolenia lewicy, która zmieniła się w prawicę. Pojechał do USA na zaproszenie sekretarza generalnego ONZ, by wziąć udział w kolokwium na Uniwersytecie Columbia, ale wieczorem zamówił sobie dwie męskie prostytutki, żeby się rozerwać i serce nie wytrzymało. Mimo wszystko, najwyższe czynniki państwowe oddały mu hołdy jak trzeba, aż okazało się, że zmarły rektor zarządzał szkołą jak pięciolatek, powstały duże szkody i lepiej było o nim zapomnieć.
Gdy wszyscy już poznali treść książki Camille Kouchner, padło pytanie skąd się wzięła wieloletnia omerta, kto wiedział i nie powiedział? Tu znowu mamy dyrektora Science Po, czyli wysokiego urzędnika państwowego: Frédéric Mion musiał oddać klucze, bo wyszło, że wiedział co trzeba o jednym z wykładowców, a jednak nic nie zrobił. Mion to tuszował, bo Duhamel był jakby nad nim, ale teraz stał się pierwszą kostką domina. Posypały się i inne dymisje bliskich przyjaciół Duhamela: np. Élisabeth Guigou – „socjalistka”, która stała na czele parlamentarnej komisji ds. kazirodztwa i przemocy seksualnej wobec dzieci, czy prefekt regionu paryskiego, ciężki prawicowy seksista Marc Guillaume. Macron oczywiście wyraził oburzenie kazirodztwem i pedofilią, gdy z Science Po zaczęły nadchodzić informacje o protestach przeciw molestowaniu seksualnemu i nawet gwałtom, do których miało dochodzić na uczelni.
Dwa nurty
„Skandal Duhamela” zaczął nagle pączkować innymi aferami tego typu, z których kilka warto wspomnieć: wkrótce poleciał też inny macronista Dominique Boutonnat, szef francuskiego kina, producent, odpowiednik hollywoodzkiego Weinsteina, prezes Narodowego Ośrodka Kinematografii (CNC), który postawił wymóg zyskowności filmów. Nie za to poleciał, lecz z powodu podejrzenia gwałtów na swoim 22-letnim chrześniaku, podczas ostatnich wakacji w Grecji, gdy tamten wniósł skargę na fali poksiążkowego przebudzenia. 70-letni Richard Berry, jedna z legend francuskiego kina, oskarżony przez 45-letnią córkę Coline Berry-Rojtman o kazirodztwo w jej dzieciństwie. Albo 38-letni radny komunistyczny Paryża Maxime Cochard, który wraz ze swym partnerem miał zgwałcić 20-letniego chłopaka w jego akademiku pod Paryżem…
To, co stanowiło składniki skandalu – kazirodztwo i gejowskie gwałty – rozbiło się w dwa nurty społecznego oburzenia, które wyraziło się rychłym powstaniem tagów #MetooInceste i #MetooGay. Nimi oznaczono dziesiątki, setki i w końcu tysiące wyznań skrzywdzonych na zawsze ludzi. Skruszony rząd dał do zrozumienia, że wycofa się z pomysłu obniżenia wieku dojrzałości seksualnej do 13 lat, ma zostać jednak 15. W lutym okazało się, że 20-letni Guillaume T., który pierwszy wrzucił do sieci tag #MetooGay, był ofiarą Cocharda. Dwa tygodnie później znaleziono studenta powieszonego we własnym pokoju. Jak wszyscy, Cochard wszystkiemu zaprzecza.
Tylko nie QAnon
We Francji Kościół nie kojarzy się tak automatycznie z pedofilią jak w Polsce, bo też nie ma takiego znaczenia politycznego, jak u nas. Ludzie są raczej skłonni uważać, że jeśli oni i ich dzieci są dupczeni, to raczej przez elity, przez polityków i oligarchię. Ale taki pogląd ma w sobie coś z niebezpiecznego populizmu – alarmują podręczni komentatorzy, jak pochodzący z naszych stron prawicowy filozof Alain Finkielkraut, który w telewizji zawzięcie bronił Oliviera Duhamela, a wcześniej Romana Polańskiego. Francja chyba nie chce mieć na karku czegoś w rodzaju trumpowskiego QAnonu oskarżającego demokratyczne elity, w tym samego Joe Bidena, o zorganizowaną pedofilię? Chcecie wojska na ulicach, jak w Waszyngtonie? Wystarczy „żółtych kamizelek”!
Cały ten ruch ofiar stał się wrażliwy polityczne, aż po anegdoty: o molestowanie seksualne został oskarżony nawet podtatusiały François Asselineau, po którym autentycznie nikt się tego nie spodziewał. To 63-letni szef Ludowego Związku Republikańskiego (UPR), „partii Frexitu”. Dwóch byłych pracowników partii, w tym szef gabinetu szefa, oskarża go o „skradzione całusy”(!). Asselineau publicznie powiedział o swej biseksualności i uważa całą sprawę za intrygę polityczną. W tle takich doniesień sprawa gejowskich gwałtów nie przestaje jednak elektryzować, jakby to było nowe, dopiero odkryte tabu. Ma ono przed sobą dużą przyszłość.
Miłość Macrona
Sprawa Duhamela, nauczyciela Macrona z Science Po, pozostaje bardzo niewygodna dla obecnej władzy, bo przecież Brigitte poderwała Emmanuela, gdy miał 14 lat. Normalnie zajęłyby się tym służby socjalne, ale oboje pochodzili z wyższej burżuazji, ona już wtedy była żoną bankiera, i skandal przeszedł bokiem. Dziś jest trochę trudniej, bo skrzywdzeni, z opóźnieniem lub nie, zaczęli się odzywać, albo tylko świadkowie, jak Camille Kouchner. Władza i gwałt, władza i dominacja, władza i wyzysk – te tematy wróciły do publicznych debat szeroką falą, od grzecznych w telewizji, po niegrzeczne, bardzo polityczne w internecie.
We Francji sam szef policji, minister spraw wewnętrznych Gérald Darmanin ze skrajnej prawicy, ma na karku śledztwa ws. gwałtów z czasów, gdy jako prowincjonalny urzędnik przydzielał mieszkania w zamian za usługi seksualne. Feministki domagają się jego dymisji, ale prezydent Macron go kocha. Dlatego dużo pozostaje jeszcze do zrobienia w sprawach władzy i seksu.

Pierwsza polska feministka

„Wszystkie są córkami królowej Bony” – często myślę o tych kobietach, które na ulicach mojej rodzinnej Polski demonstrują przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego, który zakazał przerywania ciąży nawet w przypadku poważnych wad rozwojowych płodu, czyniąc prawo aborcyjne, które jest już jednym z najsurowszych w Europie, jeszcze bardziej restrykcyjnym.

„To wojna” – z tym okrzykiem na ustach przez wiele dni protestowały i protestują nadal tysiące kobiet w całym kraju, od stolicy Warszawy po małe wioski na wsi – wydarzenie bez precedensu na terenach wiejskich i tradycyjnie konserwatywnych. To wojna z archaicznym i mizoginistycznym patriarchatem, nie tylko Jarosława Kaczyńskiego i polskiego Kościoła, ale całego społeczeństwa.

Bona Sforza, córka księcia Mediolanu Gian Galeazzo Sforzy i Izabeli Aragońskiej, została w 1518 roku drugą żoną króla Zygmunta I Starego, przyjmując tytuł królowej Polski i wielkiej księżnej litewskiej. To fałszywy mit, że Bona przywiozła do Polski „włoszczyznę” (czyli wiązkę korzeni pietruszki, selera, porów i kapusty włoskiej, z których gotuje się tradycyjny polski rosół), wino i że od niej zaczął się polski renesans. Warzywa i wino dotarły już wcześniej wraz z zagranicznymi kupcami poruszającymi się Bursztynowym Szlakiem, a renesans w Polsce był już w toku (po pożarze 1499 roku na Wawelu trwała odbudowa przy udziale włoskich artystów i rzemieślników, którzy przenieśli się z Węgier).

W rzeczywistości najsłynniejsza włoska imigrantka, która przez prawie czterdzieści lat przebywała nad Wisłą, zasiała w tym kraju zalążki feminizmu.

Wykształcone i niezależne kobiety były wówczas w Polsce zjawiskiem nieznanym, i znienawidzonym. Obawiano się ich jako demonów. Przykładna i cnotliwa polska niewiasta, nazywana „białogłową”, zawsze nosiła chustę lub proste nakrycie głowy, szła pokornie za mężem oraz nigdy nie odważała się podnieść oczu i otworzyć ust, zwłaszcza w obecności mężczyzn. Była jak karp słodkowodny. Bona była inna. Jej piękne, gęste, kręcone włosy w kolorze miodu falowały swobodnie na wietrze i inspirowały wersety poetów. Oczy ciemne i błyszczące jak rozżarzone węgle patrzyły śmiało i z wyższością. Głęboki dekolt ukazujący piersi ściśnięte przez gorset, bogate włoskie suknie i prowokujące nakrycia głowy, budziły wstręt bigotów. Przede wszystkim Bona miała jeszcze jedną wadę: mówiła, wyrażała opinie, kłóciła się, krytykowała, doradzała mężowi, zarządzała, wydawała rozkazy, zabierała głos w kwestiach politycznych i finansowych. Stary król Zygmunt I pozostawał pod dyskretnym wpływem swojej młodej, cudzoziemskiej żony, choć nigdy jej nie ustępował w sprawach państwowych. Z powodu takiej postawy Bony Sforzy, którą dziś możemy określić jako „feministyczną”, a która już wtedy reprezentowała dążenie do walki o równe szanse ekonomiczne i polityczne dla obu płci, królowa małżonka szybko popadła w konflikt z licznymi dostojnikami i magnatami w Polsce, i na Litwie, robiąc sobie wielu zaciekłych wrogów. Polska szlachta, dostojnicy i duchowni czuli się urażeni „rozpustą” włoskiej szlachcianki. Jeśli mamy mówić szczerze i opowiedzieć wszystko, to trzeba dodać, że na Wawelu, Bona zastała osławioną kompanię: „Bibones et Comedones”, stworzoną przez niektórych dworzan Zygmunta I. W odczuciu królowej ich imprezy, pijaństwo i bójki były obrzydliwe. Nie podobało jej się również ich podłe zachowanie, wulgarny styl, głupota, arogancja i prepotencja. Jak widać spotkała się z tradycyjnym obrazem typowego polskiego męskiego szowinizmu, który niestety przetrwał do naszych czasów.

Na polskim dworze królowej pozostało trzynaście Włoszek (damy Ifigenia, Beatrice Zurla, Lucrezia Alifio, Beatrice Roselli, Porcia Arcamone, Faustina Oppizoni, Laura Effrem, Isabella Dugnano, Laudomia Caracciolo, a także dwie guwernantki i dwie służące). Sforza postarała się, aby wszystkie jej dwórki wyszły za mąż za przyzwoitych mężczyzn, a później zorganizowała dla nich luksusową „klinikę położniczą” na Wawelu. Kobiety udawały się tam, aby rodzić dzieci z pomocą fachowych położnych i bez zbytniego ryzyka dla ich życia i zdrowia. Wszystko to wywoływało plotki i oszczerstwa. Zapewne tylko dzięki randze Włoszki nikt nie odważył się zarzucić jej otwarcie kontaktów z diabłem.

Od czasu, gdy najsłynniejsza włoska imigrantka wylądowała nad Wisłą jako królowa małżonka, minęło pięćset lat. Nie była zbytnio kochana i pozostała niezrozumiana, ale reprezentowała tę feministyczną siłę szoku, która już wtedy wywarła wrażenie na władzy. Często myślę o niej jako o protoplastce, dzięki której geny włoskiego kobiecego renesansu zostały przeniesione na Polki, co pozwoliło słodkowodnym karpiom otworzyć usta i wydać krzyk. Krzyk ten rozbrzmiewa dziś na polskich placach. Krzyk polskich „białogłów” tłumiony przez stulecia. Niestety w dalszym ciągu niektóre z nich pozostały słodkowodnymi karpiami.

Dzień Kobiet: 1 maja w marcu

Tak, Święto Kobiet to socjalistyczne święto. Nie dlatego, że obchodzono je w PRL-u czy w Związku Radzieckim. Socjalistyczne było od samego początku. Pierwsze manifestacje 8 marca organizowała Socjalistyczna Partia Ameryki.

28 lutego 1909 roku manifestacja miała przypomnieć tragedię włókniarek oraz ich wielki protest, który odbył się właśnie 8 marca 1908 roku. W jednej z fabryk w Nowym Jorku, włókniarki zorganizowały strajk okupacyjny, domagały się godnych warunków pracy i prawa wyborczego. Właściciel fabryki, chcąc uniknąć skandalu, po prostu je w niej zamknął. Wybuchł pożar. Spaliło się wtedy 129 kobiet. W 1910 roku w Kopenhadze na zjeździe socjalistek związanych z II Międzynarodówką Socjalistyczną ustalono, że właśnie 8 Marca będzie dniem walki o prawa kobiet.

Jedną osób najbardziej zaangażowanych w budowanie tradycji 8 marca była Klara Zetkin, niemiecka feministka, marksistka i pacyfistka. Współzałożycielka wraz z Różą Luksemburg, Karlem Liebknechtem i Julianem Marchlewskim, grupy Związek Spartakusa, która w 1918 roku dała początek Komunistycznej Partii Niemiec. Dzięki Klarze Zetkin socjaliści od 1911 zaczęli obchodzić Międzynarodowy Dzień Kobiet. Socjalistki i socjaliści łączyli walkę o prawa kobiet z walka o prawa pracujących. Uważali, że nie da się znieść dyskryminacji inaczej, niż przez zniesienie nierówności.

W Polsce 8 marca był obchodzony o 1924 roku.

Walczmy o równość

Współcześnie w Polsce, Dzień kobiet często jest traktowany nostalgicznie. Jednak neofeministki reaktywowały przynajmniej częściowo rewolucyjne tradycje Dnia Kobiet. Od pierwszej warszawskiej Manify w 2000 roku, ruch manifowy rozlał się na Polskę a przynajmniej na większe, i część średnich miast. Choć, nie jest to jednak rewolucyjny 1 Maja w marcu.

Jeśli mógłbym coś sugerować organizatorkom Manif to, by rozważyły uznanie za jeden z nie mniej ważnych, postulat wprowadzenia progresywnego systemu podatkowego. Bo jeśli nie będziemy dążyć do zmniejszenia nierówności dochodowych, to nie zmniejszymy żadnych nierówności. Jeśli różnice dochodowe będą względnie małe, to nie będzie zawodów, którym przypisuje się wysoki lub niski prestiż. Będzie szansa na inkluzywne społeczeństwo, w którym każda jednostka jest szanowana.
Państwo musi zapewniać, z zebranych podatków, wysoki standard usług publicznych, powszechnie dostępnych. O wiele łatwiej o partnerskie relacje pomiędzy rodzicami jeśli dla wszystkich dzieci są miejsca w żłobkach i przedszkolach.

A więc kobiety świata łączcie się… z proletariuszkami i proletariuszami. Jest jeszcze czas do najbliższego 1 Maja.

A konkordat oczywiście należy wypowiedzieć. W interesie kobiet. I mężczyzn.

Głos lewicy

Czy Biblię należy czytać dosłownie?

Jeszcze kilka słów o sprawie IKEI. Tymoteusz Kochan na Facebooku:
Z tą całą Biblią to jest tak, że gdyby traktować ją poważnie to faktycznie należałoby wymordować mnóstwo ludzi, w tym na pewno przedstawicieli mniejszości seksualnych i nie tylko…
Uczenie dzieci o moralności przy pomocy takiej książki może być więc z tej perspektywy równie mądre i słuszne, co cytowanie Mein Kampf w przedszkolu. Nic dziwnego, że dziś, kiedy postęp, kolejne rewolucje obyczajowe i postępujące oświecenie odciągnęły nas od wiary w te dogmaty, to dosłowna wiara w Biblię wydaje się czymś, co mogłoby skusić tylko osobę głęboko problemową lub cierpiącą na poważne zaburzenia psychiczne.
Realne społeczeństwo z tych bajek wyrosło.
Ten antagonizm pomiędzy książką (jedynym źródłem) pozostawioną nam w spadku przez Boga, która nie ma już żadnej rzeczywistej-praktycznej wartości, a tym, że dużo ludzi nadal pragnie w coś wierzyć ujawnia tylko wielką oczywistość, że wszelacy bogowie to konstrukty społeczne. Dziś każdy lepszy podręcznik do etyki ma już dużo większą wartość społeczną, czy normatywną niż stare wynalazki z wieków ludzkiej głupoty.
Wierzący! Biblię zawsze możecie sobie po prostu przepisać.
A nawet – szczerze mówiąc – wypadałoby to w końcu zrobić, bo dziś jest to już źródło, które jest tak odpychające i przedpotopowe, że mogą was za nie zwolnić (słusznie) z pracy. I zawsze jest też to ryzyko, że ktoś te rzeczy („wymagające oczywiście miliarda interpretacji!”) potraktuje naprawdę na serio i chociaż na małą skalę spróbuje wprowadzić w życie.
A to trochę mocno dziwnie mieć święty tekst, co do którego każdy się boi, żeby tylko ktoś nie potraktował go na poważnie.

Przegrał, bo odrzucił Nowacką?

Dlaczego Wiosna poniosła klęskę? Prof. Magdalena Środa ma taką wizję:
Grzechem pierworodnym Biedronia było zerwanie (polityczne) z Barbarą Nowacką: projekt parytetowego przywództwa był bardzo dobry. Wiosna byłaby mniej gwiazdorska bardziej obywatelska i merytoryczna. Ale Anaszewicz był przeciw. Nie mógł przecież promować i Nowackiej i bliskiej mu Spurek. Drugim grzechem było totalne wyalienowanie szefa, który perorował w świetle błysków fleszy i spadającego confetti, a jego ludzie stali w cieniu bez głosu. Gdy media chciały zaprosić kogoś z Wiosny, a Robert właśnie podróżował, nie zapraszano nikogo, bo nikt nie wiedział kto jeszcze jest w tej partii. Był moment gdy Anaszewicz (a za nim Biedroń, bo taka była kolejność) był przeciw priorytetowi praw kobiet, bo to „marginalizowało Roberta”. Lepsze było rozsiewanie plotek o jego twardych rozmowach z Balcerowiczem. Gdy sondaże pokazywały inaczej, miejsce dla praw kobiet się znalazło. To Anaszewicz podjął decyzję, by partia stała się wylęgarnią jednej gwiazdy: Biedronia i, doprawdy trudno było wśród spektakli go promujących zobaczyć kogokolwiek innego. Prócz Biedronia Anaszewicz promował Spurek, która nigdy nie była aktywna ani w Kongresie Kobiet ani w działaniach bezpośrednio promujących prawa kobiet, jednak w ciągu kilku miesięcy kampanii stała się gwiazdą „od przemocy”. Zapytajcie jednak komu pomogła, a nie co napisała czy wygłosiła na wiecach. Przez lata proszona o wsparcie prawnicze, udział w aktywnościach organizacji pozarządowych twierdziła, że jest pracownikiem administracji publicznej i nic nie może, potem porzuciła biuro RPO, co jak sądzę było moralnym i politycznym skandalem, by zrobić karierę w partii jakby dla niej wymyślonej. To wspaniale, że kobiety stać na taki rodzaj agresywnej polityki nastawionej na własną karierę. Biedroń był za mało samodzielny i wbrew wielu ostrzeżeniom poddańczo wpatrzony w swego doradcę. Straciliśmy na tym wszyscy.

Dzień Kobiet na świecie – w Atenach i w Madrycie

W Międzynarodowy Dzień Praw Kobiet grecki ruch feministyczny w porozumieniu ze związkami zawodowymi zorganizował dziś premierowy, trzygodzinny strajk administracji publicznej i sektora prywatnego na rzecz równości z mężczyznami, którzy zarabiają średnio ponad 220 euro więcej. W Hiszpanii, gdzie strajki kobiece 8 marca mają już swoją tradycję, oprócz przerwania pracy doszło do wielkich manifestacji w Madrycie i innych miastach.

„Ósmego marca występujemy ze wspólnym strajkiem kobiet i mężczyzn w budżetówce i sektorze prywatnym, by zaprotestować przeciw dyskryminacji i seksizmowi wobec kobiet“ – mówiła na wiecu w Atenach Argyri Erotokritou, działaczka feministyczna lewicowego „Ruchu 8 Marca“. Wiec zwołany przez to stowarzyszenie zgromadził oprócz tysięcy Greczynek kobiety-uchodźczynie przebywające w Grecji , czasem od wielu lat. Je również dotykają krzyczące nierówności płacowe, kiedy uda im się gdzieś zatrudnić. „To sprzeczne z prawami człowieka“ – argumentowały manifestantki.
O ile w Grecji strajk ósmego marca był precedensem, w Hiszpanii, gdzie ruch kobiecy jest silniejszy, a problemy podobne, strajk i manifestacje w licznych miastach odbyły się już drugi raz z rzędu. W zeszłym roku mobilizacja była masowa – w strajku i marszach protestacyjnych wzięły udział miliony Hiszpanek i Hiszpanów. Dziś było tak samo: manifestacja w Madrycie jest olbrzymia, na ulice wyszły setki tysięcy ludzi. Popierają ją liczni aktywiści lewicy – strajkują nawet kobiety-ministrowie socjaldemokratycznego rządu Pedro Sancheza, najbardziej zresztą kobiecego w historii kraju.
W Hiszpanii różnica między zarobkami mężczyzn i kobiet wynosi ponad 14 proc. (to o dwa procent mniej niż średnia europejska), a w ciągu ostatnich 10 lat mężczyźni zabili blisko 559 swych partnerek. Te sprawy dotyczą w różnym stopniu wszystkich krajów Unii Europejskiej, więc do kobiecych protestów i marszów doszło w kilku innych krajach, m.in. w Niemczech, Portugalii, we Włoszech i Francji. Nie strajkowano tam, lecz „kwestia kobieca“ pozostaje żywa – kobiety wiedzą, że czeka je jeszcze długa walka.

Kobiety chcą sprawiedliwego społeczeństwa

W tym roku motto przewodnie XX Manify warszawskiej zogniskowało się wokół kwestii przemocy dotykającej kobiety. Przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej, ekonomicznej. Każdej.

„Kim jest przemocowy gość?”
„To ten, który stosuje przemoc – fizyczną, psychiczną, seksualną, ekonomiczną. Może nim być nasz sąsiad, współpracownik, szef czy kolega, o którym mamy bardzo dobre zdanie. Może być nim nasz partner. Może mieć nienaganną reputację, może oficjalnie deklarować sprzeciw wobec przemocy. To niekoniecznie potwór, którego łatwo wykluczyć ze środowiska i udawać, że problem zniknął”.
Każdego roku przemocy doświadcza od 700 tys. do miliona Polek. Policyjne statystki przemocy w rodzinie niezmiennie mówią, że około 95 proc. sprawców to mężczyźni. Dane Agencji Praw Podstawowych UE za 2017 pokazują, że w Polsce 12 proc. kobiet padło ofiarą przemocy fizycznej ze strony partnera, psychicznej – 37 proc., seksualnej – 4 proc. Wypełniono około 75 tys. Niebieskich Kart. W 2018 było ich niewiele mniej (73). Policja odnotowała ogólną liczbę zgłaszających się ofiar przemocy domowej na 88 133. Część z nich wszczęła procedurę, część to „kolejne przypadki w trakcie” jej trwania. Ogólna liczba podejrzewanych sprawców będących pod wpływem alkoholu to ponad 43 tysiące. 427 dzieci odebrano z domów rodzinnych, ponieważ uznano je za zagrażające.
Wolne od przemocy i dyskryminacji nie są nawet środowiska, gdzie oficjalnie deklaruje się wolnościowe, lewicowe poglądy – przypomniały organizatorki demonstracji i przemawiające w jej trakcie aktywistki. Wzywały działaczki, by nie milczały, „by nie zaszkodzić sprawie” i nie rezygnowały ze swoich ideałów, lecz dążyły do tego, aby seksizm i przemoc przestały być tolerowane.

„Przemocowiec to również dłużnik alimentacyjny – nas, kobiet, nikt nie pyta, czy możemy pozwolić sobie na wykarmienie, zakup ubrań dla dziecka czy opłacenie rachunków. Nie mamy wyjścia, nie możemy liczyć na społeczną wyrozumiałość. W przeciwieństwie do mężczyzn, którym wciąż się pobłaża”.
Samodzielny ojciec” wciąż w odbiorze społecznym pozostaje bohaterem. Kobieta nie może liczyć na order matki roku tylko dlatego, że codziennie zapewnia byt dziecku, które powołała na świat.
Nie łudźcie się. Fundusz Alimentacyjny obejmuje tylko część dzieci, którym się one należą. Służy wyłącznie najmniej zarabiającym do 800 zł dochodu na osobę w rodzinie. Większość dłużników, również tych doskonale sytuowanych, często jednak nie rozumie, że alimenty to nie prezenty. Nie płaci aż 84 proc. zobowiązanych. Dłużnik alimentacyjny ma najczęściej twarz mężczyzny (kobiety stanowią 4 proc.), statystycznie jest w wieku 36-45 lat. Problemy z łożeniem na własne dzieci mają najczęściej mieszkańcy województw mazowieckiego, śląskiego i dolnośląskiego.
Na poprawę tego stanu rzeczy jest akurat nadzieja – ale nie płynie ona z funduszu, lecz z propozycji kar nakładanych na pracodawców, którzy pomagają alimenciarzom oszukiwać. Tu powstaje też kolejny problem – świadomego unikania zatrudnienia przez dłużników. To również wyzwanie dla rządu, na razie podjęte w teorii.
– Dłużnicy alimentacyjni bardzo często mają pieniądze, ale nie płacą, bo wyznają zasadę, że „na byłe dzieci nie płacą”. „Bo to zła kobieta była”. Nie żartuję – to są cytaty z dłużników i to nierzadkie. Trudno mi stać po ich stronie – mówi Ritmann. – Do tego często powstaje coś, co nazywam „zorganizowaną grupą wspierania dłużnika”. Wchodzi do niej obecny partner, pracodawca, rodzice. Kryją i chwalą dłużnika, że taki sprytny, bo wykiwał komornika. Na pewno komornika? – mówi z żalem Andrzej Ritmann, rzecznik prasowy Izby Komorniczej w Łodzi.

„To właściciel korporacji, szef, który nie szanuje praw pracownic i pracowników. To kapitalista, który buduje i wspiera system oparty na wyzysku najciężej pracujących”.
Wyzysk na polskim rynku pracy dotyka mnóstwo grup kobiet: od studentek po uchodźczynie i seniorki.
– Nie może być mowy o emancypacji kobiet w systemie kapitalistycznym, który opiera wyzysk na podziale siły roboczej – ze względu na płeć, pochodzenie czy posiadanie uprawnień do pracy w danym kraju. Dzięki podziałowi na pracownice i pracowników gorszej kategorii możliwe jest równanie płac w dół i szantażowanie innych pracowników. Taką rolę odgrywają często kobiety, które są niżej opłacanie, ale także migrantki i migranci, osoby o niepewnej z prawnego i praktycznego punktu widzenia sytuacji na rynku pracy – powiedziała Katarzyna Rakowska z Inicjatywy Pracowniczej Codziennikowi Feministycznemu.
Dlatego część demonstrantów i demonstrantek przyszła na Manifę z czerwonymi flagami i hasłami jednoznacznie domagającymi się całkowitej zmiany systemu: „Zniszcz kapitalizm, zanim zniszczy ciebie”, „Kapitalizm nie działa, inny system jest możliwy”. Aktywiści Historii Czerwonej przypomnieli postać Róży Luksemburg, przywódczyni rewolucji niemieckiej 1919 r. i wybitnej teoretyczki marksistowskiej, oraz jej hasło: Socjalizm albo barbarzyństwo, innej drogi nie ma!

„To polityk, który ten system legitymizuje. Który nie upomina się o prawa wykluczonych i marginalizowanych”.
Karolina Piasecka, żona radnego-przemocowca, twierdzi, że schematy zawsze są bardzo podobne. – Nie wiedziałam, jak to się stało, jak to możliwe, że on coś takiego robi. A potem zaczęłam sobie tłumaczyć, że to moja wina, że nie powinnam tak na niego krzyczeć. Że zasłużyłam. Więc najpierw na pewno był szok. Potem próba tłumaczenia. A potem wiara, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Bo przecież on jest dobry i czuły, jesteśmy mężem i żoną, rodziną. Kochamy się. (…) Niech pani nie pyta, czy w tym jest sens. Z boku – żadnego. Ale ja wtedy naprawdę wierzyłam, że jak będę taka, jak on chce, to wszystko się ułoży. Ulegałam. Odpuściłam raz, drugi. I dalej tak życie się toczyło. Wierzyłam, że jeśli zrobię to, czego chciał, to będzie dobrze, spełnię jego oczekiwania, będzie zadowolony. Dostosowałam się do zasad, jakie narzucił.

„To hierarcha Kościoła – skrajnie patriarchalnej instytucji, w której kobieta jest nikim, i który swoją wewnętrzną hierarchię usiłuje przenieść na społeczeństwo”.
Kościół katolicki jest znanym entuzjastą klapsów. „Spór o to, jaki rodzaj bicia dziecka jest stosowaniem przemocy, a jaki jeszcze przemocą nie jest, to czysta aberracja. Bicie słabszego i bezbronnego przemocą jest zawsze” – pisze ks. Adam Boniecki w „Tygodniku Powszechnym”, demaskując przedstawicieli kościoła, którzy z dumą powoływali się na Stary Testament i akapitu o „nieżałowaniu rózgi”.

Wrócili z Manify
– W tegorocznej Manifie, jak co roku przewijał się bardzo wyraźnie temat przeciwdziałania przemocy wobec kobiet, ale teraz ponad tło wybił się wątek przemocy nie tyle domowej, co tej, która spotyka nas praktycznie codziennie w każdym miejscu, w który przebywamy: w miejscach pracy, na spotkaniach towarzyskich, w środkach komunikacji miejskiej – powiedziała Portalowi Strajk Anna-Maria Żukowska, rzeczniczka Sojuszu Lewicy Demokratycznej. – Manifa nagłaśnia fakt, że przemoc to nie tylko agresja fizyczna powodująca widoczne obrażenia, to także wielokrotnie częstsza przemoc psychiczna: mobbing, słowne molestowanie, jak również przemoc ekonomiczna. W tym roku wyraźne i nośne były hasła antykapitalistyczne. Coraz więcej uczestniczek Manif dostrzega związek między ustrojem kapitalistycznym a przemocą, której ofiarami padają kobiety – zauważyła działaczka.
W gronie manifestujących nie zabrakło aktywistek i aktywistów warszawskiego okręgu Razem oraz delegacji Wiosny z Robertem Biedroniem na czele. Dopisała również frekwencja wśród osób dotąd niezaangażowanych w żadnych organizacjach.
– Pozytywnie zaskoczyła mnie ogromna ilość młodych osób z całkowicie nowymi hasłami na patykowcach i transparentach – skomentowała w rozmowie z Portalem Strajk Urszula Kuczyńska, działaczka Razem w Warszawie. – Nie panował w ostatnim czasie nastrój mobilizacji, ale widać wyraźnie pokłosie poruszenia z 2016 roku. Budzi się świadomość i gotowość do walki o prawa kobiet i mniejszości, a słowo „solidarność” zaczyna nieść swoje prawdziwe znaczenie: wszyscy za jedną, jedna za wszystkie. No i polskie #metoo ewidentnie rozpędu zaczęło dopiero teraz nabierać: nośność hasła walki z przemocą wobec kobiet, seksualną i nie tylko, wyraźnie wzrosła, bo wzrosła znajomość i świadomość problemu – podkreśliła.
– Jak wiemy problem przemocy wobec kobiet w Polsce jest ogromny, dlatego warto zwracać uwagę na tę kwestię i przypominać, że nie zgadzamy się na żadną przemoc i żądamy zmiany prawa i wyższych kar dla sprawców. Niestety statystyki nie pozostawiają złudzeń, krzywdzą głównie mężczyźni, często wcześniej znani kobietom – dzielnym surwiwalkom – przetrwalniczkom. Tym kobietom, które mimo przemocy przetrwały , często ogromną i trudną do zniesienia systemową /seksualną /fizyczną /ekonomiczną /psychiczną przemoc – powiedziała nam Kaya Szulczewska, autorka wkluczającego projektu Ciałopozytyw. To również stała bywalczyni warszawskiej Manify.- Osób biorących udział w przemarszu było na moje oko dużo, a atmosfera wprost wspaniała. Widać było mnóstwo transparentów, które świadczyły o tym, jak bardzo zróżnicowane i intersekcjonalne jest środowisko feministyczne i jak dużo tematów jest obecnie dla nas ważnych i żywych.

Jest o co walczyć. Dlatego po Manifie warszawskiej czeka nas jeszcze cała seria podobnych wydarzeń w innych miastach Polski. 8 marca po raz jedenasty odbędzie się Śląska Manifa w Katowicach. 9 marca o społeczeństwo wolne od wyzysku i dyskryminacji będą upominały się łodzianki, mieszkanki Trójmiasta, #MyNiepokorne z Kielc, torunianki, wrocławianki i lublinianki. Dzień później Manifa przejdzie ulicami Bydgoszczy, a 16 marca prokobiece i wolnościowe hasła zabrzmią w Rzeszowie, w regionie, który klerykalna i konserwatywna prawica chce zamienić w swój bastion.
Widać też, że od czasu czarnego protestu, debata na temat aborcji przybrała bardziej bezpośrednią i zróżnicowaną formę. Co bardzo cieszy, przestajemy wstydzić się swoich poglądów i zaczynamy mówić o doświadczeniu aborcji w normalny sposób.
Wolne od przemocy i dyskryminacji nie są nawet środowiska, gdzie oficjalnie deklaruje się wolnościowe, lewicowe poglądy – przypomniały organizatorki demonstracji i przemawiające w jej trakcie aktywistki.

Głos epoki #metoo

„Głosem epoki #metoo” określił tę powieść tygodnik „Time”. Często pada też w jej kontekście określenie „nowe Opowieści Podręcznej”. Oficjalną polską premierę zaplanowano na 27 lutego. Książkę miałam okazję przeczytać wcześniej dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza. Mojej recenzji nie dam jednak rady zawrzeć w stu słowach.

Dlaczego w stu? Właśnie tyle w realiach tej powieści wolno odtąd dziennie wypowiadać kobietom. Decyzją amerykańskiego rządu, zmęczonego już panoszeniem się roszczeniowych feministek, kobietom najpierw odebrano głos, a później prawo do edukacji i pracy. Liczbę słów wypowiadanych każdego dnia mierzą specjalne liczniki – nie ukryje się nic.
Nawiązania do polityki Trumpa aż krzyczą z kart książki. „Na początku trochę ludzi zdołało się stąd wyrwać. Niektórzy przedostali się do Kanady, inni popłynęli na Kubę, do Meksyku albo na Karaiby. Wkrótce potem władze wprowadziły posterunki kontrolne, a mur wzdłuż granicy z Meksykiem był gotowy, więc exodus skończył się bardzo szybko.
– Nie możemy pozwolić, aby nasi obywatele, nasze rodziny, nasze matki i ojcowie opuszczali kraj – oświadczył prezydent w jednym z pierwszych przemówień”.
Jean McClellan, główna bohaterka, którą można uznać za alter ego autorki, również próbowała wyjechać. „Ale z czwórką dzieci – z których najmłodsze w najmniej odpowiednim momencie zaczęłoby podskakiwać w swoim foteliku i szczebiotać ‘Kanada!’ do strażników na granicy – nie mieliśmy szans”. Zresztą jej paszport i tak unieważniono.
Jean, tak jak Dalcher, większość życia spędziła w środowisku akademickim, jest lingwistką. A w zasadzie była. Potem wszystko się zmieniło. „Kiedyś rozmawialiśmy do późnej nocy. Kiedyś w weekendy leżeliśmy długo w łóżku i czytaliśmy gazety, odkładając domowe obowiązki na potem. Kiedyś miałam przyjaciółki. Chodziliśmy do klubu książki i do kawiarni na ploteczki, dyskutowaliśmy o polityce w barze przy kieliszku wina, a potem w piwnicy, kiedy stało się to dla nas odpowiednikiem czytania ‘Lolity’ w Teheranie”. Patrick mówił, że jesteśmy głosami, których nie da się stłumić. No cóż, to tyle w kwestii nieomylności Patricka”. Kiedy poznajemy Jean, dawne życie może tylko wspominać. Przez pierwsze miesiące od wprowadzenia zakazu usiłowała komunikować się z mężem, pisząc mu na lustrze wiadomości za pomocą szminki. Ale kiedy najmłodsza córka pewnego ranka zobaczyła przekaz, którego nie potrafiła odczytać i powiedziała „litery – niedobre”, a starszy syn zaczął wracać ze szkoły z mizoginistycznymi hasłami na ustach, rodzicom pozostało pisanie ukradkiem na skrawkach papieru i wkładanie ich do blaszanej puszki, a później palenie kartek.
„Prezydentowi towarzyszy na ekranie żona. (…) Pamiętam, że zanim wyszła za mąż, jej postać zdobiła strony ‘Vogue’a’i ‘Elle’, gdzie zawsze prezentowała skąpe stroje kąpielowe albo bieliznę, uśmiechając się, jakby chciała powiedzieć ‘No śmiało, dotknij mnie’. Teraz, kiedy patrzę na nią, jak stoi skromnie za plecami męża, jestem zszokowana jej przemianą. (…) Pierwsza dama już się nie uśmiecha i nie zakłada niczego, co sięga wyżej kolan albo odsłania więcej niż zagłębienie pod szyją. Zawsze nosi rękawy za łokieć, tak jak dzisiaj, a licznik na jej lewym nadgarstku harmonizuje z kolorem sukienki. Wygląda jak stara bransoletka, prezent od prababki. (…) Jednak błękitne oczy Anny Myers mówi całą prawdę – są nieobecne, bezbarwne i mają wyraz typowy dla kogoś, kto widzi świat w odcieniach szarości. (…) Wciąż wolno czytać Biblię, o ile jest to właściwa wersja”.
Pewnego dnia do drzwi domu Jean pukają mężczyźni. Z rządu. Z propozycją nie do odrzucenia. Okazuje się, że brat prezydenta uległ wypadkowi i doznał urazu mózgu. Trzeba od nowa nauczyć go… mówić. Bohaterka idzie na współpracę, bo nie bardzo ma inne wyjście. Ale przy okazji odkrywa, że system antykobiecej cenzury aż roi się od wyłomów, a ona ma w ręku potężną broń – językowy obraz świata.
Christina Dalcher jest specjalistką od lingwistyki – jej obszary zainteresowań naukowych to fonetyka dialektów włoskich (szczególnie okolice Florencji) i brytyjskich. „Vox” jest jej pierwszą powieścią, do tej pory Dalcher pisywała krótsze formy. Jej opowiadania zgarniały nagrody m.in. w kategorii science fiction. Swoją pierwszą powieść sama autorka określa jako mix „Opowieści podręcznej” z „Żonami ze Stepford”, choć to zdecydowanie porównanie zbyt skromne. Nad kartami książki unosi się duch Orwella, za co w polskiej wersji językowej gratulacje zebrać powinien Radosław Madejski. W książce nie ma ani jednego zbędnego epitetu, ani jednego opisu, który irytowałby swoją rozwlekłością, co tylko wzmacnia atmosferę grozy i skłania do przerażającej refleksji, że rezygnacja z 16 tysięcy słów wypowiadanych przez człowieka każdego dnia stanowi torturę, której skutki porównywalne są ze skutkami długotrwałej izolacji.
Orwellowskie motywy powracają również w postaci wielebnego – Świątobliwego Carla, który dla konserwatystów jest „dostarczycielem wyborców”. Oplótł kamerami cały kraj i pilnuje nie tylko, aby kobiety trzymały się z daleka od słowa (mówionego, pisanego, miganego; te, które przekroczą dobowy limit, licznik na nadgarstku razi są prądem), pilnuje też rygoru moralności.
Maria Fredro-Boniecka w swojej recenzji dla „Vogue Polska” zarzuca Dalcher, że uciekła w „czytadło”, w nie dość pogłębiony sposób przedstawiając przekrój amerykańskiego społeczeństwa, dzieląc je na przykład tylko na chrześcijan i ateistów, oraz obracanie się wyłącznie w białym kręgu, bez włączenia wątków mniejszości etnicznych. Ja jednak uważam, że to zbyt wysokie wymagania stawiane fabułce, która została pomyślana i zrealizowana nie jako rozbudowana analiza socjologiczna, a książka „jednej sprawy”. Dalcher splotła ze sobą to, co ją porusza (mizoginia) i to, na czym się zna (nauka o języku). Dopychanie w akcję kolanem innych (niewątpliwie palących) problemów społecznych i próba udawania uniwersalnego lewicowego manifestu moim zdaniem nie wyszłaby temu projektowi na zdrowie. A tak mamy nieźle skrojone medyczne science-fiction, przypakowane ideologicznie w przesłanie „strzeżcie się tych, którzy powtarzają, że kobieta to wyłącznie matka, żona, siostra”.
Bohaterowie mogliby być bardziej rozbudowani, ich sylwetki bardziej wyraziste, mimo to jednak jestem w stanie wybaczyć pobieżność, kiedy to świat przedstawiony jest rzeczywistym bohaterem książki. Nikt raczej nie wnika w niuanse osobowości wiodącej postaci w antyutopiach, tu raczej chodzi o zrównoważenie indywidualnego rysu z cechami everymana. Według mnie autorka dokonała słusznego wyboru, stawiając na podkreślenie, że jej bohaterka myśli i reaguje podobnie jak reszta kobiet żyjących w ocenzurowanym świecie, bardziej niż na epatowanie jej intelektualnymi przymiotami czyniącymi ją wyjątkowym płatkiem śniegu.
Przyczepić się można i należy natomiast do rozwiązania fabuły. Akcja toczy się wartko, ale przed końcem odpala się piąty bieg i niektóre wątki ciągnięte przez całą książkę na przyzwoitym poziomie, rozwiązują się nagle, w dwóch zdaniach, zbyt prosto. Zwykle ma to związek albo ze zmęczeniem autora (i tu kłania się redakcja, która powinna zadbać o utrzymanie jednolitego tempa oraz poziomu rozwoju intrygi i na przykład zaproponować przeniesienie części z nich do drugiej części) albo goniącymi go terminami czy innymi formami nacisku wydawcy. Wolę jednak łudzić się, że książki o cenzurze cenzurze nie poddano.
Raz jeszcze – „Vox” nie jest traktatem filozoficznym. Ale spełnia swoją rolę jako powieść do poduszki czy do podróży, uwrażliwiająca na problem pozbawiania głosu i reprezentacji określonych grup społecznych. Świat rzecz jasna nie cofnie się w rozwoju do średniowiecza z dnia na dzień jednym dekretem. Ale warto podumać nad manipulowaniem informacją i kształtowaniem obrazu roli kobiety we współczesnym społeczeństwie, dostępem do stanowisk, karier, atrybutów sukcesu.

Christine Dalcher – „Vox”, przekład Radosław Madejski, wyd. Muza, Warszawa 2019, s. 416, ISBN 978-83-287-1141-9.

Gilette – najlepsze dla mężczyzny

…ale nie dla skóry wrażliwej.

Różnie bywa z tym moim feminizmem. Niektórzy czytelnicy Strajku zarzucają mi ideologiczne zacietrzewienie, choć zapewne zaangażowane działaczki trzeciej fali uznałyby mnie za osobę bardzo konserwatywną. Po publikacji tego tekstu raczej wybrzmi pierwsze. Nie mogę sobie jednak odmówić pewnej budzącej rozczulenie obserwacji.

Mężczyźni na całym świecie: „Kobiety przesadzają z tym #metoo. No już doprawdy, kobiety, trochę dystansu! Z czego tu robić medialną burzę? Już nie bądźcie takie przewrażliwione, podejdźcie do sprawy z życzliwością i humorem”.

Również mężczyźni na całym świecie: „Gillette nas obraża! Bojkotuj kto żyw! Od dziś będziemy wszyscy nosić brody albo golić się tylko maczetami!”.

Żadna reklama w historii maszynek do golenia nie zdobyła takich zasięgów, klip na YT w momencie pisania tego tekstu dobija do 20 mln wyświetleń. A jednak „łapek w dół” jest o wiele więcej niż tych w górę. Czy ostatecznie na całej akcji najbardziej skorzystają zakłady barberskie? Być może. Nie za bardzo interesuje mnie poziom zysku, który na całej sprawie ukręci bądź nie ukręci producent, bardziej interesuje mnie wymiar społeczny.

Próbowałam uczciwie przeanalizować zarzuty, które podnoszą różni publicyści i komentatorzy. Scena „czajenia się” mężczyzny pod krawatem na ciemnoskórą sprzątaczkę, rzeczywiście jest groteskowa. Ale kiedy kamera się oddala, widzimy, że jest to ujęcie z planu sitcomu, z którego zaśmiewa się publiczność w studiu. To zbyt wulgarne, twierdzi Maciej Wernio z Noizz. Nikt by się z czegoś tak teatralnego nie zaśmiał! Tak? To proszę sobie przypomnieć choćby „Świat według Bundych” („Married… with children”) i jego polski odpowiednik. „Kiepscy” śmieszą i smucą zarazem dokładnie z tego samego powodu – bo pokazują realnie istniejące w społeczeństwie tradycyjne wzorce płci i podziału ról w rodzinie. Nie śmiejemy się z tych gagów, bo są obce, odległe, śmiejemy się, bo są (niestety) oswojone.

„Dwoje dzieci siłuje się na trawie i doskonale się przy tym bawi, co w tym złego?” – to samo, co w zabawkach imitujących broń. Chcesz, żeby dzieciak trenował zapasy albo szermierkę, zapisz go na zajęcia sportowe. Niech od początku do końca będzie powiedziane, że to sport, bezpieczna konkurencja i zdrowa rywalizacja, bez ducha autentycznej walki wiszącego w powietrzu, czy w okrzykach ojców kibicujących „swojemu” przy piwie podczas grilla. Niekoniecznie trzeba w dzieciństwie „bawić się w wojnę” żeby kształtować silny charakter.

„Uśmiechnij się, złotko – to coś złego tak zagadać do babki na ulicy? Przecież to miłe”? Nieproszone komentarze od obcych osób nie są „miłe”, są aroganckie, mogą przestraszyć. Aby nawiązać znajomość poprzez zaczepienie kogoś na ulicy czy w komunikacji miejskiej, potrzeba sporo wyczucia, nie każdy będzie zainteresowany.

„Czarnoskóry w tej reklamie wyłącznie ratuje przed białym! To nie fair” – to również nie fair, że to my rodzimy dzieci, co miesiąc miewamy okres oraz związane z nim uciążliwości i często zarabiamy mniej za tę samą pracę. „Akurat w tej branży mamy takie zasady” – akurat w tej reklamie jest taka zasada.

„To krzywdzące uogólnienia, nie wszyscy mężczyźni są tacy. Uogólnienia są złe!!!” – pomyśl o tym, zanim napiszesz na Facebooku kolejny komentarz dotyczący „lewaków” (wszystkich), co „są leniwi i roszczeniowi” lub „feministek” (wszystkich), które „za wszystko się obrażają” i „nie umieją spojrzeć obiektywnie”.

Natomiast laur najbardziej przerażającej sceny dla mnie osobiście zyskać powinna ta, w której podczas zebrania szef tłumaczy pobłażliwie, co jego pracownica „próbowała powiedzieć”.
Wzorce pokazane w reklamie Gillette istnieją. I musimy przygotować się na to, że świadomość globalnie się zmienia. Dziś wymienione wyżej zachowania nie są już uznawane za „normalny porządek świata” tylko za przedmiotowe traktowanie i brak kultury osobistej, graniczący nawet z poniżaniem. Wzorców męskości jest dziś więcej niż jeden i warto dostrzec plusy tej sytuacji.

Doskonale ujął to Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca: „Jeśli ta reklama jest kontrowersyjna to już nam się kompletnie znaczenia słów pomieszały”. Tym bardziej, że wydźwięk na końcu jest pełen wiary w facetów. Tych, którzy będą potrafili zareagować na seksizm i odmówić w nim udziału. Nie wiem, czy Gillette na tej próbie zbawienia świata ostatecznie straci czy zyska, ale jestem pewna, że do wielu otwartych głów ten przekaz dotrze i zostanie w nich jako coś oczywistego.