Dzień Kobiet: 1 maja w marcu

Tak, Święto Kobiet to socjalistyczne święto. Nie dlatego, że obchodzono je w PRL-u czy w Związku Radzieckim. Socjalistyczne było od samego początku. Pierwsze manifestacje 8 marca organizowała Socjalistyczna Partia Ameryki.

28 lutego 1909 roku manifestacja miała przypomnieć tragedię włókniarek oraz ich wielki protest, który odbył się właśnie 8 marca 1908 roku. W jednej z fabryk w Nowym Jorku, włókniarki zorganizowały strajk okupacyjny, domagały się godnych warunków pracy i prawa wyborczego. Właściciel fabryki, chcąc uniknąć skandalu, po prostu je w niej zamknął. Wybuchł pożar. Spaliło się wtedy 129 kobiet. W 1910 roku w Kopenhadze na zjeździe socjalistek związanych z II Międzynarodówką Socjalistyczną ustalono, że właśnie 8 Marca będzie dniem walki o prawa kobiet.

Jedną osób najbardziej zaangażowanych w budowanie tradycji 8 marca była Klara Zetkin, niemiecka feministka, marksistka i pacyfistka. Współzałożycielka wraz z Różą Luksemburg, Karlem Liebknechtem i Julianem Marchlewskim, grupy Związek Spartakusa, która w 1918 roku dała początek Komunistycznej Partii Niemiec. Dzięki Klarze Zetkin socjaliści od 1911 zaczęli obchodzić Międzynarodowy Dzień Kobiet. Socjalistki i socjaliści łączyli walkę o prawa kobiet z walka o prawa pracujących. Uważali, że nie da się znieść dyskryminacji inaczej, niż przez zniesienie nierówności.

W Polsce 8 marca był obchodzony o 1924 roku.

Walczmy o równość

Współcześnie w Polsce, Dzień kobiet często jest traktowany nostalgicznie. Jednak neofeministki reaktywowały przynajmniej częściowo rewolucyjne tradycje Dnia Kobiet. Od pierwszej warszawskiej Manify w 2000 roku, ruch manifowy rozlał się na Polskę a przynajmniej na większe, i część średnich miast. Choć, nie jest to jednak rewolucyjny 1 Maja w marcu.

Jeśli mógłbym coś sugerować organizatorkom Manif to, by rozważyły uznanie za jeden z nie mniej ważnych, postulat wprowadzenia progresywnego systemu podatkowego. Bo jeśli nie będziemy dążyć do zmniejszenia nierówności dochodowych, to nie zmniejszymy żadnych nierówności. Jeśli różnice dochodowe będą względnie małe, to nie będzie zawodów, którym przypisuje się wysoki lub niski prestiż. Będzie szansa na inkluzywne społeczeństwo, w którym każda jednostka jest szanowana.
Państwo musi zapewniać, z zebranych podatków, wysoki standard usług publicznych, powszechnie dostępnych. O wiele łatwiej o partnerskie relacje pomiędzy rodzicami jeśli dla wszystkich dzieci są miejsca w żłobkach i przedszkolach.

A więc kobiety świata łączcie się… z proletariuszkami i proletariuszami. Jest jeszcze czas do najbliższego 1 Maja.

A konkordat oczywiście należy wypowiedzieć. W interesie kobiet. I mężczyzn.

Głos lewicy

Czy Biblię należy czytać dosłownie?

Jeszcze kilka słów o sprawie IKEI. Tymoteusz Kochan na Facebooku:
Z tą całą Biblią to jest tak, że gdyby traktować ją poważnie to faktycznie należałoby wymordować mnóstwo ludzi, w tym na pewno przedstawicieli mniejszości seksualnych i nie tylko…
Uczenie dzieci o moralności przy pomocy takiej książki może być więc z tej perspektywy równie mądre i słuszne, co cytowanie Mein Kampf w przedszkolu. Nic dziwnego, że dziś, kiedy postęp, kolejne rewolucje obyczajowe i postępujące oświecenie odciągnęły nas od wiary w te dogmaty, to dosłowna wiara w Biblię wydaje się czymś, co mogłoby skusić tylko osobę głęboko problemową lub cierpiącą na poważne zaburzenia psychiczne.
Realne społeczeństwo z tych bajek wyrosło.
Ten antagonizm pomiędzy książką (jedynym źródłem) pozostawioną nam w spadku przez Boga, która nie ma już żadnej rzeczywistej-praktycznej wartości, a tym, że dużo ludzi nadal pragnie w coś wierzyć ujawnia tylko wielką oczywistość, że wszelacy bogowie to konstrukty społeczne. Dziś każdy lepszy podręcznik do etyki ma już dużo większą wartość społeczną, czy normatywną niż stare wynalazki z wieków ludzkiej głupoty.
Wierzący! Biblię zawsze możecie sobie po prostu przepisać.
A nawet – szczerze mówiąc – wypadałoby to w końcu zrobić, bo dziś jest to już źródło, które jest tak odpychające i przedpotopowe, że mogą was za nie zwolnić (słusznie) z pracy. I zawsze jest też to ryzyko, że ktoś te rzeczy („wymagające oczywiście miliarda interpretacji!”) potraktuje naprawdę na serio i chociaż na małą skalę spróbuje wprowadzić w życie.
A to trochę mocno dziwnie mieć święty tekst, co do którego każdy się boi, żeby tylko ktoś nie potraktował go na poważnie.

Przegrał, bo odrzucił Nowacką?

Dlaczego Wiosna poniosła klęskę? Prof. Magdalena Środa ma taką wizję:
Grzechem pierworodnym Biedronia było zerwanie (polityczne) z Barbarą Nowacką: projekt parytetowego przywództwa był bardzo dobry. Wiosna byłaby mniej gwiazdorska bardziej obywatelska i merytoryczna. Ale Anaszewicz był przeciw. Nie mógł przecież promować i Nowackiej i bliskiej mu Spurek. Drugim grzechem było totalne wyalienowanie szefa, który perorował w świetle błysków fleszy i spadającego confetti, a jego ludzie stali w cieniu bez głosu. Gdy media chciały zaprosić kogoś z Wiosny, a Robert właśnie podróżował, nie zapraszano nikogo, bo nikt nie wiedział kto jeszcze jest w tej partii. Był moment gdy Anaszewicz (a za nim Biedroń, bo taka była kolejność) był przeciw priorytetowi praw kobiet, bo to „marginalizowało Roberta”. Lepsze było rozsiewanie plotek o jego twardych rozmowach z Balcerowiczem. Gdy sondaże pokazywały inaczej, miejsce dla praw kobiet się znalazło. To Anaszewicz podjął decyzję, by partia stała się wylęgarnią jednej gwiazdy: Biedronia i, doprawdy trudno było wśród spektakli go promujących zobaczyć kogokolwiek innego. Prócz Biedronia Anaszewicz promował Spurek, która nigdy nie była aktywna ani w Kongresie Kobiet ani w działaniach bezpośrednio promujących prawa kobiet, jednak w ciągu kilku miesięcy kampanii stała się gwiazdą „od przemocy”. Zapytajcie jednak komu pomogła, a nie co napisała czy wygłosiła na wiecach. Przez lata proszona o wsparcie prawnicze, udział w aktywnościach organizacji pozarządowych twierdziła, że jest pracownikiem administracji publicznej i nic nie może, potem porzuciła biuro RPO, co jak sądzę było moralnym i politycznym skandalem, by zrobić karierę w partii jakby dla niej wymyślonej. To wspaniale, że kobiety stać na taki rodzaj agresywnej polityki nastawionej na własną karierę. Biedroń był za mało samodzielny i wbrew wielu ostrzeżeniom poddańczo wpatrzony w swego doradcę. Straciliśmy na tym wszyscy.

Dzień Kobiet na świecie – w Atenach i w Madrycie

W Międzynarodowy Dzień Praw Kobiet grecki ruch feministyczny w porozumieniu ze związkami zawodowymi zorganizował dziś premierowy, trzygodzinny strajk administracji publicznej i sektora prywatnego na rzecz równości z mężczyznami, którzy zarabiają średnio ponad 220 euro więcej. W Hiszpanii, gdzie strajki kobiece 8 marca mają już swoją tradycję, oprócz przerwania pracy doszło do wielkich manifestacji w Madrycie i innych miastach.

„Ósmego marca występujemy ze wspólnym strajkiem kobiet i mężczyzn w budżetówce i sektorze prywatnym, by zaprotestować przeciw dyskryminacji i seksizmowi wobec kobiet“ – mówiła na wiecu w Atenach Argyri Erotokritou, działaczka feministyczna lewicowego „Ruchu 8 Marca“. Wiec zwołany przez to stowarzyszenie zgromadził oprócz tysięcy Greczynek kobiety-uchodźczynie przebywające w Grecji , czasem od wielu lat. Je również dotykają krzyczące nierówności płacowe, kiedy uda im się gdzieś zatrudnić. „To sprzeczne z prawami człowieka“ – argumentowały manifestantki.
O ile w Grecji strajk ósmego marca był precedensem, w Hiszpanii, gdzie ruch kobiecy jest silniejszy, a problemy podobne, strajk i manifestacje w licznych miastach odbyły się już drugi raz z rzędu. W zeszłym roku mobilizacja była masowa – w strajku i marszach protestacyjnych wzięły udział miliony Hiszpanek i Hiszpanów. Dziś było tak samo: manifestacja w Madrycie jest olbrzymia, na ulice wyszły setki tysięcy ludzi. Popierają ją liczni aktywiści lewicy – strajkują nawet kobiety-ministrowie socjaldemokratycznego rządu Pedro Sancheza, najbardziej zresztą kobiecego w historii kraju.
W Hiszpanii różnica między zarobkami mężczyzn i kobiet wynosi ponad 14 proc. (to o dwa procent mniej niż średnia europejska), a w ciągu ostatnich 10 lat mężczyźni zabili blisko 559 swych partnerek. Te sprawy dotyczą w różnym stopniu wszystkich krajów Unii Europejskiej, więc do kobiecych protestów i marszów doszło w kilku innych krajach, m.in. w Niemczech, Portugalii, we Włoszech i Francji. Nie strajkowano tam, lecz „kwestia kobieca“ pozostaje żywa – kobiety wiedzą, że czeka je jeszcze długa walka.

Kobiety chcą sprawiedliwego społeczeństwa

W tym roku motto przewodnie XX Manify warszawskiej zogniskowało się wokół kwestii przemocy dotykającej kobiety. Przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej, ekonomicznej. Każdej.

„Kim jest przemocowy gość?”
„To ten, który stosuje przemoc – fizyczną, psychiczną, seksualną, ekonomiczną. Może nim być nasz sąsiad, współpracownik, szef czy kolega, o którym mamy bardzo dobre zdanie. Może być nim nasz partner. Może mieć nienaganną reputację, może oficjalnie deklarować sprzeciw wobec przemocy. To niekoniecznie potwór, którego łatwo wykluczyć ze środowiska i udawać, że problem zniknął”.
Każdego roku przemocy doświadcza od 700 tys. do miliona Polek. Policyjne statystki przemocy w rodzinie niezmiennie mówią, że około 95 proc. sprawców to mężczyźni. Dane Agencji Praw Podstawowych UE za 2017 pokazują, że w Polsce 12 proc. kobiet padło ofiarą przemocy fizycznej ze strony partnera, psychicznej – 37 proc., seksualnej – 4 proc. Wypełniono około 75 tys. Niebieskich Kart. W 2018 było ich niewiele mniej (73). Policja odnotowała ogólną liczbę zgłaszających się ofiar przemocy domowej na 88 133. Część z nich wszczęła procedurę, część to „kolejne przypadki w trakcie” jej trwania. Ogólna liczba podejrzewanych sprawców będących pod wpływem alkoholu to ponad 43 tysiące. 427 dzieci odebrano z domów rodzinnych, ponieważ uznano je za zagrażające.
Wolne od przemocy i dyskryminacji nie są nawet środowiska, gdzie oficjalnie deklaruje się wolnościowe, lewicowe poglądy – przypomniały organizatorki demonstracji i przemawiające w jej trakcie aktywistki. Wzywały działaczki, by nie milczały, „by nie zaszkodzić sprawie” i nie rezygnowały ze swoich ideałów, lecz dążyły do tego, aby seksizm i przemoc przestały być tolerowane.

„Przemocowiec to również dłużnik alimentacyjny – nas, kobiet, nikt nie pyta, czy możemy pozwolić sobie na wykarmienie, zakup ubrań dla dziecka czy opłacenie rachunków. Nie mamy wyjścia, nie możemy liczyć na społeczną wyrozumiałość. W przeciwieństwie do mężczyzn, którym wciąż się pobłaża”.
Samodzielny ojciec” wciąż w odbiorze społecznym pozostaje bohaterem. Kobieta nie może liczyć na order matki roku tylko dlatego, że codziennie zapewnia byt dziecku, które powołała na świat.
Nie łudźcie się. Fundusz Alimentacyjny obejmuje tylko część dzieci, którym się one należą. Służy wyłącznie najmniej zarabiającym do 800 zł dochodu na osobę w rodzinie. Większość dłużników, również tych doskonale sytuowanych, często jednak nie rozumie, że alimenty to nie prezenty. Nie płaci aż 84 proc. zobowiązanych. Dłużnik alimentacyjny ma najczęściej twarz mężczyzny (kobiety stanowią 4 proc.), statystycznie jest w wieku 36-45 lat. Problemy z łożeniem na własne dzieci mają najczęściej mieszkańcy województw mazowieckiego, śląskiego i dolnośląskiego.
Na poprawę tego stanu rzeczy jest akurat nadzieja – ale nie płynie ona z funduszu, lecz z propozycji kar nakładanych na pracodawców, którzy pomagają alimenciarzom oszukiwać. Tu powstaje też kolejny problem – świadomego unikania zatrudnienia przez dłużników. To również wyzwanie dla rządu, na razie podjęte w teorii.
– Dłużnicy alimentacyjni bardzo często mają pieniądze, ale nie płacą, bo wyznają zasadę, że „na byłe dzieci nie płacą”. „Bo to zła kobieta była”. Nie żartuję – to są cytaty z dłużników i to nierzadkie. Trudno mi stać po ich stronie – mówi Ritmann. – Do tego często powstaje coś, co nazywam „zorganizowaną grupą wspierania dłużnika”. Wchodzi do niej obecny partner, pracodawca, rodzice. Kryją i chwalą dłużnika, że taki sprytny, bo wykiwał komornika. Na pewno komornika? – mówi z żalem Andrzej Ritmann, rzecznik prasowy Izby Komorniczej w Łodzi.

„To właściciel korporacji, szef, który nie szanuje praw pracownic i pracowników. To kapitalista, który buduje i wspiera system oparty na wyzysku najciężej pracujących”.
Wyzysk na polskim rynku pracy dotyka mnóstwo grup kobiet: od studentek po uchodźczynie i seniorki.
– Nie może być mowy o emancypacji kobiet w systemie kapitalistycznym, który opiera wyzysk na podziale siły roboczej – ze względu na płeć, pochodzenie czy posiadanie uprawnień do pracy w danym kraju. Dzięki podziałowi na pracownice i pracowników gorszej kategorii możliwe jest równanie płac w dół i szantażowanie innych pracowników. Taką rolę odgrywają często kobiety, które są niżej opłacanie, ale także migrantki i migranci, osoby o niepewnej z prawnego i praktycznego punktu widzenia sytuacji na rynku pracy – powiedziała Katarzyna Rakowska z Inicjatywy Pracowniczej Codziennikowi Feministycznemu.
Dlatego część demonstrantów i demonstrantek przyszła na Manifę z czerwonymi flagami i hasłami jednoznacznie domagającymi się całkowitej zmiany systemu: „Zniszcz kapitalizm, zanim zniszczy ciebie”, „Kapitalizm nie działa, inny system jest możliwy”. Aktywiści Historii Czerwonej przypomnieli postać Róży Luksemburg, przywódczyni rewolucji niemieckiej 1919 r. i wybitnej teoretyczki marksistowskiej, oraz jej hasło: Socjalizm albo barbarzyństwo, innej drogi nie ma!

„To polityk, który ten system legitymizuje. Który nie upomina się o prawa wykluczonych i marginalizowanych”.
Karolina Piasecka, żona radnego-przemocowca, twierdzi, że schematy zawsze są bardzo podobne. – Nie wiedziałam, jak to się stało, jak to możliwe, że on coś takiego robi. A potem zaczęłam sobie tłumaczyć, że to moja wina, że nie powinnam tak na niego krzyczeć. Że zasłużyłam. Więc najpierw na pewno był szok. Potem próba tłumaczenia. A potem wiara, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Bo przecież on jest dobry i czuły, jesteśmy mężem i żoną, rodziną. Kochamy się. (…) Niech pani nie pyta, czy w tym jest sens. Z boku – żadnego. Ale ja wtedy naprawdę wierzyłam, że jak będę taka, jak on chce, to wszystko się ułoży. Ulegałam. Odpuściłam raz, drugi. I dalej tak życie się toczyło. Wierzyłam, że jeśli zrobię to, czego chciał, to będzie dobrze, spełnię jego oczekiwania, będzie zadowolony. Dostosowałam się do zasad, jakie narzucił.

„To hierarcha Kościoła – skrajnie patriarchalnej instytucji, w której kobieta jest nikim, i który swoją wewnętrzną hierarchię usiłuje przenieść na społeczeństwo”.
Kościół katolicki jest znanym entuzjastą klapsów. „Spór o to, jaki rodzaj bicia dziecka jest stosowaniem przemocy, a jaki jeszcze przemocą nie jest, to czysta aberracja. Bicie słabszego i bezbronnego przemocą jest zawsze” – pisze ks. Adam Boniecki w „Tygodniku Powszechnym”, demaskując przedstawicieli kościoła, którzy z dumą powoływali się na Stary Testament i akapitu o „nieżałowaniu rózgi”.

Wrócili z Manify
– W tegorocznej Manifie, jak co roku przewijał się bardzo wyraźnie temat przeciwdziałania przemocy wobec kobiet, ale teraz ponad tło wybił się wątek przemocy nie tyle domowej, co tej, która spotyka nas praktycznie codziennie w każdym miejscu, w który przebywamy: w miejscach pracy, na spotkaniach towarzyskich, w środkach komunikacji miejskiej – powiedziała Portalowi Strajk Anna-Maria Żukowska, rzeczniczka Sojuszu Lewicy Demokratycznej. – Manifa nagłaśnia fakt, że przemoc to nie tylko agresja fizyczna powodująca widoczne obrażenia, to także wielokrotnie częstsza przemoc psychiczna: mobbing, słowne molestowanie, jak również przemoc ekonomiczna. W tym roku wyraźne i nośne były hasła antykapitalistyczne. Coraz więcej uczestniczek Manif dostrzega związek między ustrojem kapitalistycznym a przemocą, której ofiarami padają kobiety – zauważyła działaczka.
W gronie manifestujących nie zabrakło aktywistek i aktywistów warszawskiego okręgu Razem oraz delegacji Wiosny z Robertem Biedroniem na czele. Dopisała również frekwencja wśród osób dotąd niezaangażowanych w żadnych organizacjach.
– Pozytywnie zaskoczyła mnie ogromna ilość młodych osób z całkowicie nowymi hasłami na patykowcach i transparentach – skomentowała w rozmowie z Portalem Strajk Urszula Kuczyńska, działaczka Razem w Warszawie. – Nie panował w ostatnim czasie nastrój mobilizacji, ale widać wyraźnie pokłosie poruszenia z 2016 roku. Budzi się świadomość i gotowość do walki o prawa kobiet i mniejszości, a słowo „solidarność” zaczyna nieść swoje prawdziwe znaczenie: wszyscy za jedną, jedna za wszystkie. No i polskie #metoo ewidentnie rozpędu zaczęło dopiero teraz nabierać: nośność hasła walki z przemocą wobec kobiet, seksualną i nie tylko, wyraźnie wzrosła, bo wzrosła znajomość i świadomość problemu – podkreśliła.
– Jak wiemy problem przemocy wobec kobiet w Polsce jest ogromny, dlatego warto zwracać uwagę na tę kwestię i przypominać, że nie zgadzamy się na żadną przemoc i żądamy zmiany prawa i wyższych kar dla sprawców. Niestety statystyki nie pozostawiają złudzeń, krzywdzą głównie mężczyźni, często wcześniej znani kobietom – dzielnym surwiwalkom – przetrwalniczkom. Tym kobietom, które mimo przemocy przetrwały , często ogromną i trudną do zniesienia systemową /seksualną /fizyczną /ekonomiczną /psychiczną przemoc – powiedziała nam Kaya Szulczewska, autorka wkluczającego projektu Ciałopozytyw. To również stała bywalczyni warszawskiej Manify.- Osób biorących udział w przemarszu było na moje oko dużo, a atmosfera wprost wspaniała. Widać było mnóstwo transparentów, które świadczyły o tym, jak bardzo zróżnicowane i intersekcjonalne jest środowisko feministyczne i jak dużo tematów jest obecnie dla nas ważnych i żywych.

Jest o co walczyć. Dlatego po Manifie warszawskiej czeka nas jeszcze cała seria podobnych wydarzeń w innych miastach Polski. 8 marca po raz jedenasty odbędzie się Śląska Manifa w Katowicach. 9 marca o społeczeństwo wolne od wyzysku i dyskryminacji będą upominały się łodzianki, mieszkanki Trójmiasta, #MyNiepokorne z Kielc, torunianki, wrocławianki i lublinianki. Dzień później Manifa przejdzie ulicami Bydgoszczy, a 16 marca prokobiece i wolnościowe hasła zabrzmią w Rzeszowie, w regionie, który klerykalna i konserwatywna prawica chce zamienić w swój bastion.
Widać też, że od czasu czarnego protestu, debata na temat aborcji przybrała bardziej bezpośrednią i zróżnicowaną formę. Co bardzo cieszy, przestajemy wstydzić się swoich poglądów i zaczynamy mówić o doświadczeniu aborcji w normalny sposób.
Wolne od przemocy i dyskryminacji nie są nawet środowiska, gdzie oficjalnie deklaruje się wolnościowe, lewicowe poglądy – przypomniały organizatorki demonstracji i przemawiające w jej trakcie aktywistki.

Głos epoki #metoo

„Głosem epoki #metoo” określił tę powieść tygodnik „Time”. Często pada też w jej kontekście określenie „nowe Opowieści Podręcznej”. Oficjalną polską premierę zaplanowano na 27 lutego. Książkę miałam okazję przeczytać wcześniej dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza. Mojej recenzji nie dam jednak rady zawrzeć w stu słowach.

Dlaczego w stu? Właśnie tyle w realiach tej powieści wolno odtąd dziennie wypowiadać kobietom. Decyzją amerykańskiego rządu, zmęczonego już panoszeniem się roszczeniowych feministek, kobietom najpierw odebrano głos, a później prawo do edukacji i pracy. Liczbę słów wypowiadanych każdego dnia mierzą specjalne liczniki – nie ukryje się nic.
Nawiązania do polityki Trumpa aż krzyczą z kart książki. „Na początku trochę ludzi zdołało się stąd wyrwać. Niektórzy przedostali się do Kanady, inni popłynęli na Kubę, do Meksyku albo na Karaiby. Wkrótce potem władze wprowadziły posterunki kontrolne, a mur wzdłuż granicy z Meksykiem był gotowy, więc exodus skończył się bardzo szybko.
– Nie możemy pozwolić, aby nasi obywatele, nasze rodziny, nasze matki i ojcowie opuszczali kraj – oświadczył prezydent w jednym z pierwszych przemówień”.
Jean McClellan, główna bohaterka, którą można uznać za alter ego autorki, również próbowała wyjechać. „Ale z czwórką dzieci – z których najmłodsze w najmniej odpowiednim momencie zaczęłoby podskakiwać w swoim foteliku i szczebiotać ‘Kanada!’ do strażników na granicy – nie mieliśmy szans”. Zresztą jej paszport i tak unieważniono.
Jean, tak jak Dalcher, większość życia spędziła w środowisku akademickim, jest lingwistką. A w zasadzie była. Potem wszystko się zmieniło. „Kiedyś rozmawialiśmy do późnej nocy. Kiedyś w weekendy leżeliśmy długo w łóżku i czytaliśmy gazety, odkładając domowe obowiązki na potem. Kiedyś miałam przyjaciółki. Chodziliśmy do klubu książki i do kawiarni na ploteczki, dyskutowaliśmy o polityce w barze przy kieliszku wina, a potem w piwnicy, kiedy stało się to dla nas odpowiednikiem czytania ‘Lolity’ w Teheranie”. Patrick mówił, że jesteśmy głosami, których nie da się stłumić. No cóż, to tyle w kwestii nieomylności Patricka”. Kiedy poznajemy Jean, dawne życie może tylko wspominać. Przez pierwsze miesiące od wprowadzenia zakazu usiłowała komunikować się z mężem, pisząc mu na lustrze wiadomości za pomocą szminki. Ale kiedy najmłodsza córka pewnego ranka zobaczyła przekaz, którego nie potrafiła odczytać i powiedziała „litery – niedobre”, a starszy syn zaczął wracać ze szkoły z mizoginistycznymi hasłami na ustach, rodzicom pozostało pisanie ukradkiem na skrawkach papieru i wkładanie ich do blaszanej puszki, a później palenie kartek.
„Prezydentowi towarzyszy na ekranie żona. (…) Pamiętam, że zanim wyszła za mąż, jej postać zdobiła strony ‘Vogue’a’i ‘Elle’, gdzie zawsze prezentowała skąpe stroje kąpielowe albo bieliznę, uśmiechając się, jakby chciała powiedzieć ‘No śmiało, dotknij mnie’. Teraz, kiedy patrzę na nią, jak stoi skromnie za plecami męża, jestem zszokowana jej przemianą. (…) Pierwsza dama już się nie uśmiecha i nie zakłada niczego, co sięga wyżej kolan albo odsłania więcej niż zagłębienie pod szyją. Zawsze nosi rękawy za łokieć, tak jak dzisiaj, a licznik na jej lewym nadgarstku harmonizuje z kolorem sukienki. Wygląda jak stara bransoletka, prezent od prababki. (…) Jednak błękitne oczy Anny Myers mówi całą prawdę – są nieobecne, bezbarwne i mają wyraz typowy dla kogoś, kto widzi świat w odcieniach szarości. (…) Wciąż wolno czytać Biblię, o ile jest to właściwa wersja”.
Pewnego dnia do drzwi domu Jean pukają mężczyźni. Z rządu. Z propozycją nie do odrzucenia. Okazuje się, że brat prezydenta uległ wypadkowi i doznał urazu mózgu. Trzeba od nowa nauczyć go… mówić. Bohaterka idzie na współpracę, bo nie bardzo ma inne wyjście. Ale przy okazji odkrywa, że system antykobiecej cenzury aż roi się od wyłomów, a ona ma w ręku potężną broń – językowy obraz świata.
Christina Dalcher jest specjalistką od lingwistyki – jej obszary zainteresowań naukowych to fonetyka dialektów włoskich (szczególnie okolice Florencji) i brytyjskich. „Vox” jest jej pierwszą powieścią, do tej pory Dalcher pisywała krótsze formy. Jej opowiadania zgarniały nagrody m.in. w kategorii science fiction. Swoją pierwszą powieść sama autorka określa jako mix „Opowieści podręcznej” z „Żonami ze Stepford”, choć to zdecydowanie porównanie zbyt skromne. Nad kartami książki unosi się duch Orwella, za co w polskiej wersji językowej gratulacje zebrać powinien Radosław Madejski. W książce nie ma ani jednego zbędnego epitetu, ani jednego opisu, który irytowałby swoją rozwlekłością, co tylko wzmacnia atmosferę grozy i skłania do przerażającej refleksji, że rezygnacja z 16 tysięcy słów wypowiadanych przez człowieka każdego dnia stanowi torturę, której skutki porównywalne są ze skutkami długotrwałej izolacji.
Orwellowskie motywy powracają również w postaci wielebnego – Świątobliwego Carla, który dla konserwatystów jest „dostarczycielem wyborców”. Oplótł kamerami cały kraj i pilnuje nie tylko, aby kobiety trzymały się z daleka od słowa (mówionego, pisanego, miganego; te, które przekroczą dobowy limit, licznik na nadgarstku razi są prądem), pilnuje też rygoru moralności.
Maria Fredro-Boniecka w swojej recenzji dla „Vogue Polska” zarzuca Dalcher, że uciekła w „czytadło”, w nie dość pogłębiony sposób przedstawiając przekrój amerykańskiego społeczeństwa, dzieląc je na przykład tylko na chrześcijan i ateistów, oraz obracanie się wyłącznie w białym kręgu, bez włączenia wątków mniejszości etnicznych. Ja jednak uważam, że to zbyt wysokie wymagania stawiane fabułce, która została pomyślana i zrealizowana nie jako rozbudowana analiza socjologiczna, a książka „jednej sprawy”. Dalcher splotła ze sobą to, co ją porusza (mizoginia) i to, na czym się zna (nauka o języku). Dopychanie w akcję kolanem innych (niewątpliwie palących) problemów społecznych i próba udawania uniwersalnego lewicowego manifestu moim zdaniem nie wyszłaby temu projektowi na zdrowie. A tak mamy nieźle skrojone medyczne science-fiction, przypakowane ideologicznie w przesłanie „strzeżcie się tych, którzy powtarzają, że kobieta to wyłącznie matka, żona, siostra”.
Bohaterowie mogliby być bardziej rozbudowani, ich sylwetki bardziej wyraziste, mimo to jednak jestem w stanie wybaczyć pobieżność, kiedy to świat przedstawiony jest rzeczywistym bohaterem książki. Nikt raczej nie wnika w niuanse osobowości wiodącej postaci w antyutopiach, tu raczej chodzi o zrównoważenie indywidualnego rysu z cechami everymana. Według mnie autorka dokonała słusznego wyboru, stawiając na podkreślenie, że jej bohaterka myśli i reaguje podobnie jak reszta kobiet żyjących w ocenzurowanym świecie, bardziej niż na epatowanie jej intelektualnymi przymiotami czyniącymi ją wyjątkowym płatkiem śniegu.
Przyczepić się można i należy natomiast do rozwiązania fabuły. Akcja toczy się wartko, ale przed końcem odpala się piąty bieg i niektóre wątki ciągnięte przez całą książkę na przyzwoitym poziomie, rozwiązują się nagle, w dwóch zdaniach, zbyt prosto. Zwykle ma to związek albo ze zmęczeniem autora (i tu kłania się redakcja, która powinna zadbać o utrzymanie jednolitego tempa oraz poziomu rozwoju intrygi i na przykład zaproponować przeniesienie części z nich do drugiej części) albo goniącymi go terminami czy innymi formami nacisku wydawcy. Wolę jednak łudzić się, że książki o cenzurze cenzurze nie poddano.
Raz jeszcze – „Vox” nie jest traktatem filozoficznym. Ale spełnia swoją rolę jako powieść do poduszki czy do podróży, uwrażliwiająca na problem pozbawiania głosu i reprezentacji określonych grup społecznych. Świat rzecz jasna nie cofnie się w rozwoju do średniowiecza z dnia na dzień jednym dekretem. Ale warto podumać nad manipulowaniem informacją i kształtowaniem obrazu roli kobiety we współczesnym społeczeństwie, dostępem do stanowisk, karier, atrybutów sukcesu.

Christine Dalcher – „Vox”, przekład Radosław Madejski, wyd. Muza, Warszawa 2019, s. 416, ISBN 978-83-287-1141-9.

Gilette – najlepsze dla mężczyzny

…ale nie dla skóry wrażliwej.

Różnie bywa z tym moim feminizmem. Niektórzy czytelnicy Strajku zarzucają mi ideologiczne zacietrzewienie, choć zapewne zaangażowane działaczki trzeciej fali uznałyby mnie za osobę bardzo konserwatywną. Po publikacji tego tekstu raczej wybrzmi pierwsze. Nie mogę sobie jednak odmówić pewnej budzącej rozczulenie obserwacji.

Mężczyźni na całym świecie: „Kobiety przesadzają z tym #metoo. No już doprawdy, kobiety, trochę dystansu! Z czego tu robić medialną burzę? Już nie bądźcie takie przewrażliwione, podejdźcie do sprawy z życzliwością i humorem”.

Również mężczyźni na całym świecie: „Gillette nas obraża! Bojkotuj kto żyw! Od dziś będziemy wszyscy nosić brody albo golić się tylko maczetami!”.

Żadna reklama w historii maszynek do golenia nie zdobyła takich zasięgów, klip na YT w momencie pisania tego tekstu dobija do 20 mln wyświetleń. A jednak „łapek w dół” jest o wiele więcej niż tych w górę. Czy ostatecznie na całej akcji najbardziej skorzystają zakłady barberskie? Być może. Nie za bardzo interesuje mnie poziom zysku, który na całej sprawie ukręci bądź nie ukręci producent, bardziej interesuje mnie wymiar społeczny.

Próbowałam uczciwie przeanalizować zarzuty, które podnoszą różni publicyści i komentatorzy. Scena „czajenia się” mężczyzny pod krawatem na ciemnoskórą sprzątaczkę, rzeczywiście jest groteskowa. Ale kiedy kamera się oddala, widzimy, że jest to ujęcie z planu sitcomu, z którego zaśmiewa się publiczność w studiu. To zbyt wulgarne, twierdzi Maciej Wernio z Noizz. Nikt by się z czegoś tak teatralnego nie zaśmiał! Tak? To proszę sobie przypomnieć choćby „Świat według Bundych” („Married… with children”) i jego polski odpowiednik. „Kiepscy” śmieszą i smucą zarazem dokładnie z tego samego powodu – bo pokazują realnie istniejące w społeczeństwie tradycyjne wzorce płci i podziału ról w rodzinie. Nie śmiejemy się z tych gagów, bo są obce, odległe, śmiejemy się, bo są (niestety) oswojone.

„Dwoje dzieci siłuje się na trawie i doskonale się przy tym bawi, co w tym złego?” – to samo, co w zabawkach imitujących broń. Chcesz, żeby dzieciak trenował zapasy albo szermierkę, zapisz go na zajęcia sportowe. Niech od początku do końca będzie powiedziane, że to sport, bezpieczna konkurencja i zdrowa rywalizacja, bez ducha autentycznej walki wiszącego w powietrzu, czy w okrzykach ojców kibicujących „swojemu” przy piwie podczas grilla. Niekoniecznie trzeba w dzieciństwie „bawić się w wojnę” żeby kształtować silny charakter.

„Uśmiechnij się, złotko – to coś złego tak zagadać do babki na ulicy? Przecież to miłe”? Nieproszone komentarze od obcych osób nie są „miłe”, są aroganckie, mogą przestraszyć. Aby nawiązać znajomość poprzez zaczepienie kogoś na ulicy czy w komunikacji miejskiej, potrzeba sporo wyczucia, nie każdy będzie zainteresowany.

„Czarnoskóry w tej reklamie wyłącznie ratuje przed białym! To nie fair” – to również nie fair, że to my rodzimy dzieci, co miesiąc miewamy okres oraz związane z nim uciążliwości i często zarabiamy mniej za tę samą pracę. „Akurat w tej branży mamy takie zasady” – akurat w tej reklamie jest taka zasada.

„To krzywdzące uogólnienia, nie wszyscy mężczyźni są tacy. Uogólnienia są złe!!!” – pomyśl o tym, zanim napiszesz na Facebooku kolejny komentarz dotyczący „lewaków” (wszystkich), co „są leniwi i roszczeniowi” lub „feministek” (wszystkich), które „za wszystko się obrażają” i „nie umieją spojrzeć obiektywnie”.

Natomiast laur najbardziej przerażającej sceny dla mnie osobiście zyskać powinna ta, w której podczas zebrania szef tłumaczy pobłażliwie, co jego pracownica „próbowała powiedzieć”.
Wzorce pokazane w reklamie Gillette istnieją. I musimy przygotować się na to, że świadomość globalnie się zmienia. Dziś wymienione wyżej zachowania nie są już uznawane za „normalny porządek świata” tylko za przedmiotowe traktowanie i brak kultury osobistej, graniczący nawet z poniżaniem. Wzorców męskości jest dziś więcej niż jeden i warto dostrzec plusy tej sytuacji.

Doskonale ujął to Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca: „Jeśli ta reklama jest kontrowersyjna to już nam się kompletnie znaczenia słów pomieszały”. Tym bardziej, że wydźwięk na końcu jest pełen wiary w facetów. Tych, którzy będą potrafili zareagować na seksizm i odmówić w nim udziału. Nie wiem, czy Gillette na tej próbie zbawienia świata ostatecznie straci czy zyska, ale jestem pewna, że do wielu otwartych głów ten przekaz dotrze i zostanie w nich jako coś oczywistego.

Kobieta wyzwolona – rodem z PRL

Z jakim kapitałem społecznym Polki wchodziły w nową rzeczywistość ustrojową po 4 czerwca 1989 roku?

 

Okres Polski Ludowej był dla kobiet pod wieloma względami wyjątkowy, a to za sprawą awansu społecznego, który spowodował ich mobilność w różnych dziedzinach.
Kwestie dotyczące awansu kobiet w okresie Polski Ludowej należy rozpatrywać pod kątem ich zawodowej aktywizacji, możliwości wynikających z uregulowań prawnych dotyczących polityki społecznej, zdobywania wykształcenia oraz aktywności politycznej.

 

Awans zawodowy kobiet

Po drugiej wojnie światowej liczba kobiet pracujących, w tym mężatek, dynamicznie wrosła. Epoka komunizmu jawiła się jako czas najbardziej dynamicznej aktywności kobiet, bowiem ich zatrudnienie w latach 1950-1989 wzrosło o 252 procent. W 1950 r. kobiety stanowiły 30 proc. siły roboczej na rynku pracy, a pod koniec PRL odsetek ten wzrósł do ponad 45 procent.
Po wojnie stalinizm postrzegany był jako okres, gdy kobiety miały najwięcej szans na międzypokoleniowy awans społeczny. Paradoksalnie w latach 1945-1956, czyli w najbardziej represyjnym politycznie okresie Polski Ludowej, kobiety zyskiwały niezależność ekonomiczną i społeczny prestiż. Miały bowiem możliwość podnoszenia swoich kwalifikacji zawodowych i sprawdzenia się w typowo męskich zawodach, lepiej płatnych i bardziej prestiżowych niż te tradycyjne kobiece. Mimo że od początku rewolucji przemysłowej kobiety pracowały w fabrykach, to zajmowały stanowiska niższe niż mężczyźni, gorzej płatne i im podporządkowane. W okresie realizacji planu sześcioletniego próbowano to zmienić.
Małgorzata Fidelis w swoich badaniach podkreśla, że kobiety chciały pracować w górnictwie pod ziemią, bo postrzegały to jako awans. Robotnice z sortowni były o wiele niżej w hierarchii od górników pracujących pod ziemią. A pracy w sortowni, mimo że postrzegana jako „lekka”, wcale do takich nie należała, podobnie jak praca polegająca na pchaniu wagoników z węglem. Tego typu zajęcia były niskopłatne, mało prestiżowe i bardzo ciężkie. To właśnie pracę pod ziemią górniczki postrzegały jako lekką, czyli zmechanizowaną. Pracowały przy taśmie, spinały wagoniki.
Należy więc zaznaczyć, że w okresie realizacji planu sześcioletniego państwo prowadziło konsekwentną politykę w zakresie „produktywizacji” kobiet. Po pierwsze zwiększyło się zatrudnienie kobiet, a co za tym idzie angażowanie ich do prac w typowo męskich zawodach. Poza rolnictwem pracowało dwa razy więcej kobiet niż jeszcze na początku lat pięćdziesiątych. Pojawiły się nowe zawody. Jedynym z najważniejszych symboli polityki równouprawnienia stały się kobiety murarki, spawaczki, szoferki, konduktorki, górniczki, szlifierki i tokarki. Dużo kobiet było zadowolonych z nowej pracy, bo wiązała się ona z wyższymi zarobkami i poczuciem prestiżu, jakim była praca na stanowisku wykwalifikowanego robotnika.
Przeszkodą w realizacji polityki „produktywizacji” była niedostateczna liczba placówek opieki nad dziećmi oraz praca nocna i praca w nadgodzinach, a także nagminne nieprzestrzeganie ustawodawstwa ochronnego.
W okresie odwilży, gdy doszło do poluzowania aparatu politycznych represji, wypychano tysiące kobiet z rynku pracy bądź przesuwano na stanowiska gorzej płatne i mniej prestiżowe. Twierdzono, że polityka masowego zatrudniania kobiet, zwłaszcza matek, była błędem. Podział pracy ze względu na płeć był jednym z ważniejszych wyróżników polityki zatrudnienia kobiet w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Przyrost zatrudnienia kobiet przypadł na handel, drobny przemysł i rzemiosło oraz spółdzielczość. Preferowano zatrudnienie kobiet na stanowiskach „nieprodukcyjnych”, czyli przede wszystkim umysłowych lub pomocniczych.
Rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 18 lutego 1959 roku o pracach wzbronionych dla kobiet, wprowadzono zakaz pracy kobiet pod ziemią. Powrót kobiet do domu nie był już możliwy, gdyż gospodarka potrzebowała ich pracy. Dlatego skupiono się na tworzeniu ułatwień w łączeniu pracy kobiet z jej innymi rolami społecznymi. Lansowano takie rozwiązania jak praca chałupnicza czy półetaty. Przy Lidze Kobiet powstał Komitet Gospodarstwa Domowego. Kobiety mogły korzystać z kursów gospodarstwa domowego, najczęściej były to kursy kroju i szycia oraz „racjonalnego żywienia”, które cieszyły się dużą popularnością. Uchwałą Rady Ministrów z sierpnia 1957 r. wprowadzono dodatkowy przywilej dla matek polegający na tym, że mogły one wykorzystać dwa dni w roku na opiekę nad dzieckiem do lat 14.
Na początku lat sześćdziesiątych polityka zatrudniania kobiet polegała na wzroście ich aktywizacji. Kobiety stanowiły ponad 37 proc. wszystkich pracowników. W tym okresie najbardziej sfeminizowały się instytucje i handel, ale i więcej kobiet niż w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, znalazło prac w przemyśle.
Cechą charakterystyczną dla lat siedemdziesiątych, jeżeli chodzi o warunki pracy, była tzw. humanizacja pracy polegająca na poprawie warunków pracy i stosunków społecznych w zakładach. Budowane w tym czasie fabryki posiadały nowoczesne i przestronne hale. Humanizacja pracy polegała także na wydłużeniu urlopów macierzyńskich i wychowawczych.
W latach osiemdziesiątych w wyniku strajków stoczniowców, robotników fabrycznych i pracowników transportu zrodziła się „Solidarność” – dając początek rewolucji społecznej, która w ciągu dziewięciu lat doprowadziła do upadku systemu komunistycznego w Polsce i – w konsekwencji – do rozpadu całego bloku radzieckiego. Mimo, że kobiety stanowiły 50 procent członków zalegalizowanej „Solidarności”, czyli pięć milionów, zaledwie garstka działaczek weszła w skład politycznego kierownictwa lub uczestniczyła w budowaniu struktur obywatelskich. Pojawił się więc nowy front aktywności kobiet w strukturach opozycyjnych.
Pod koniec 1989 roku kobiety stanowiły 45,5 proc. ogółu siły roboczej. W 1993 roku liczba ta wynosiła 44,9 procent. Przyczyną tego spadku było pojawiające się bezrobocie. Stopa bezrobocia w 1993 roku wynosiła dla kobiet wynosiła 14,9 proc., a dla mężczyzn 11.5 procent. Bezrobotne kobiety stanowiły 53,4 proc. ogółu zarejestrowanych osób poszukujących pracy.
Ogólna aktywność zawodowa kobiet spadła z 78 proc. w 1985 r. i 71 proc. w 1990 do 68 proc. w 1991 i 57 proc. w 1994 roku.

 

Polityka prorodzinna prowadzona w PRL-u

Głównym aktem normatywnym, do czasu wprowadzenia przepisów kodeksu pracy w 1974 roku, była ustawa z 2 lipca 1924 r. w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet z późniejszymi zmianami. Rozdział III tej ustawy dotyczył ochrony pracy kobiet. Kwestię tą regulowało także Rozporządzenie Rady Ministrów z 28 lutego 1951 r. o pracach wzbronionych kobietom (zmienione Rozporządzeniem Rady Ministrów z 18 lutego 1959 r.). Akt ten stanowił katalog prac, przy których zabronione było zatrudnianie kobiet. W okresie PRL-u funkcjonował również przepis zgodnie z którym kobieta ciężarna od 6. miesiąca ciąży, powinna być przeniesiona na stanowisko, gdzie praca nie jest dla niej szkodliwa ani uciążliwa. Warto zaznaczyć, że przeniesienie na inne stanowisko nie mogło wiązać się z obniżeniem wynagrodzenia, które otrzymywała na dotychczasowym stanowisku pracy. Regulacje takie wdrożono na podstawie ustawy z dnia 28 kwietnia 1948 r. o zmianie ustawy z 2 lipca 1924 r. w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet. Zgodnie z ustawą z 1948 roku zmieniającą ustawę z 1924 r. w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet, pracownica w ciąży miała prawo do 12-tygodniowego urlopu macierzyńskiego (nazywanego urlopem połogowym) wykorzystanego tak, aby 2 tygodnie przypadały przed, a 8 tygodni po porodzie. Pozostałe 2 tygodnie pracownica mogła wykorzystać dobrowolnie albo bezpośrednio przed albo bezpośrednio po porodzie. Nowe przepisy wprowadzały również zakaz zatrudniania kobiet w ciąży w porze nocnej i w godzinach nadliczbowych (dotyczył on kobiet od czwartego miesiąca ciąży i opiekujących się dzieckiem nie starszym niż roczne).
Należy także wspomnieć o wprowadzeniu przepisów umożliwiających kobietom karmiącym korzystania dwu i półgodzinnych przerw w pracy (czas przerwy zaliczany był do wymiaru czasu pracy). Dobrym rozwiązaniem były działające przy zakładach pracy żłobki i przedszkola.
Uchwałą nr 158 Rady Ministrów z 24 maja 1968 roku wprowadzono bezpłatne urlopy dla matek pracujących. Kobiety mimo, że podczas urlopu nie uzyskiwały wynagrodzenia, to zachowywały pozostałe uprawnienia, np. prawo do ubezpieczenia społecznego. Z takiego urlopu mogła skorzystać pracownica zatrudniona w zakładzie pracy co najmniej 12 miesięcy i posiadająca dziecko nie starsze niż 2 lata. Urlop ten nie mógł trwać dłużej niż 12 miesięcy.
W 1974 roku uchwalono Kodeks pracy, który wszedł w życie 1 tycznia 1975 r. Dział VIII został poświęcony ochronie pracy kobiet. Wskazywano na ochronę pracy kobiet w ciąży, karmiących dzieci lub wychowujących dzieci w wieku do 14 lat, urlopy macierzyńskie, urlopy bezpłatne z tytułu wychowania dzieci. Do kodeksu pracy wprowadzono wcześniej obowiązujące przepisy związane z zakazem wypowiedzenia i rozwiązania umowy o pracę kobiety w ciąży, chyba, że wystąpią szczególne okoliczności jej rozwiązania.
Kodeks pracy wydłużał wymiar urlopu macierzyńskiego z 12 tygodni (taki wymiar wprowadziła ustawa z 1948 r.) do 16 tygodni, w przypadku urodzenia pierwszego dziecka, a każdy następny poród – 18 tygodni, w przypadku urodzenia więcej niż jednego dziecka – 26 tygodni. Urlop bezpłatny mógł trwać trzy lata, do ukończenia przez dziecko 4 roku życia.
Po wprowadzeniu tych przepisów dotyczących urlopów macierzyńskich i wychowawczych nastąpił spadek odsetka kobiet powracających do pracy (w 1960 r. odsetek kobiet, które kontynuowały pracę po urodzeniu dziecka wynosił 68 proc., natomiast w 1978 r., po wejściu w życie wyżej wymienionych przepisów, spadł do 37 procent. W 1982 roku, po wprowadzeniu zasiłku wychowawczego, ten odsetek pracownic powracających po urodzeniu dziecka wyniósł 8 procent. Dopiero w 1988 roku można było dostrzec znaczny wzrost, po urlopie macierzyńskim do pracy wróciło 83 proc. kobiet. Związane to było z obawą przed utratą pracy, gdyż pracodawca mógł zwolnić pracownicę, po wykorzystaniu przez nią urlopu macierzyńskiego, z powodów ekonomicznych.
W 1979 roku uchwalono nowe rozporządzenie w sprawie wykazu prac wzbronionych kobietom. Kobiety nie mogły pracować w warunkach szkodliwych dla zdrowia podczas których wydzielają się szkodliwe dla zdrowia gazy, oraz przy pracach, które nie są zmechanizowane jak np. ręczne kopanie studni.
Warto zaznaczyć, że ustawą z dnia 27 kwietnia 1956 roku o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży (DZ.U. z 1956 r. Nr 12, poz 610) wprowadzono możliwość dokonywania aborcji przez uprawnionego lekarza w trzech przypadkach (art. 1 ust. 1):
1. gdy za przerwaniem ciąży przemawiały wskazania lekarskie dotyczące zdrowia płodu lub kobiety ciężarnej;
2. gdy zachodziło uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku przestępstwa;
3. ze względu na trudne warunki życiowe kobiety ciężarnej.
W XXI wieku w Polsce w tym zakresie obowiązują bardzo restrykcyjne przepisy. Istnieje ryzyko, że ustawa antyaborcyjna zostanie jeszcze bardziej zaostrzona.

 

Ze wsi – nie tylko – do miasta i na studia

Awans społeczny zdefiniowany jako uzyskanie wyższego poziomu edukacji oraz pracy wymagających wyższych kwalifikacji niż w pokoleniu rodziców
Kobiety pracujące w nowych zawodach musiały przechodzić przeszkolenia wewnątrzzakładowe. Szkoleniami przywarsztatowymi na początku lat pięćdziesiątych objęto w takim samym stopniu kobiety i mężczyzn. Liczba przeszkolonych kobiet wzrastała z każdym rokiem – w 1952 przeszkolono ich 80 tysięcy, a dwa lata później już 130 tys. Wzrosła liczba kobiet kształcących się w szkołach zawodowych. Początek lat pięćdziesiątych obfitował we wzrost liczby dziewcząt w szkołach górniczych z 15 do 366, w metalowych z 511 do 4821, w budowlanych z 2 do 469. Należy więc zaznaczyć, że zwiększyła się skala szkolenia zawodowego kobiet.
To w okresie stalinizmu na mocy rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 5 maja 1950 r. powstało jako stowarzyszenie wyższej użyteczności Towarzystwo Wiedzy Powszechnej, które prowadziło w całym kraju uniwersytety powszechne. Stanowiły one ważne ogniwo edukacji pozaszkolnej dla dorosłych, a szczególnie dla kobiet ze środowisk wiejskich. Popularne stało się podnoszenie swoich kwalifikacji poprzez nauczanie i dokształcanie na różnych kursach.
Jak podkreślają niektóre badaczki okres stalinowski dawał kobietom najwięcej szans na międzypokoleniowy awans społeczny umożliwiając edukację i mobilność dziewcząt z tradycyjnych społeczności wiejskich. Migrację ludności wiejskiej do aglomeracji miejskich prowadzono na dużą skalę. Niemal 2 miliony osób wyemigrowało do miejskich ośrodków, co postrzegano jako duży awans społeczny.
W PRL-u rozwinęło się szkolnictwo zawodowe na poziomie szkół zasadniczych i techników, wieczorowe, zaoczne oraz przygotowawcze na wyższe uczelnie. W latach sześćdziesiątych chłopcy po ukończeniu szkoły podstawowej chętniej wybierali szkołę zawodową. Ponad 55 proc. dokonało takiego wyboru, wśród dziewcząt tylko 30 procent. Dziesięć lat później te relacje uległy zmianie. Prawie 75 proc. chłopców kontynuowało naukę w szkołach zawodowych, a dziewcząt – 50 procent. Popularność szkół zawodowych wśród chłopców związana była z tym, że kształciły one kadry dla przemysłu ciężkiego. Nauka w nich dawała relatywnie dobrą pozycję i wynagrodzenie. W szkołach tych istniały wąskie techniczne specjalizacje, a w liceach można było kształcić się w kierunku ścisłym, humanistycznym i ogólnym. Wybór liceów dawał kobietom perspektywę studiowania na wyższej uczelni. Już w latach 60 kobiety stanowiły połowę studentów, najwięcej na kierunkach zorientowanych na ludzi, jak medycyna czy pedagogika. Warto podkreślić, że więcej kobiet rozpoczynało studia, ale mniej uzyskiwało dyplom. Wiele radnych Rady Narodowej w Łodzi w dokumentach pisało, że kontynuuje naukę po szkole średniej na uczelni wyższej. W latach osiemdziesiątych uwidoczniła się mniejsza mobilność kobiet radnych do zdobycia wyższego wykształcenia. Jak wynika z analizy wykształcenia działaczy lokalnych w latach 1983-1984 przeprowadzoną przez Renatę Siemieńską uwidacznia się mniejsza mobilność pań do zdobycia wyższego wykształcenia. W momencie rozpoczynania pracy więcej kobiet legitymowało się średnim wykształceniem, natomiast mężczyźni przeważali w grupie osób z wykształceniem podstawowym i zawodowym. Po kilku latach więcej mężczyzn (69,6) niż kobiet (51,5) posiadało wyższe wykształcenie. Do takiego stanu rzeczy mogły się przyczynić braki w zaopatrzeniu i długie kolejki po towary pierwszej potrzeby oraz wynikające z tego tytułu obciążenia z tytułu wykonywanej pracy zarobkowej i domowej.
Warto jednak podkreślić, że to właśnie okresie PRL-u robotnicza Łódź stała się miastem akademickim – w 1945 roku studiowało tu 1268 osób, a w 1975 r. ponad 30 tys. W 1988 r. wyższym wykształceniem w Polsce legitymowało się 1,8 mln Polaków czyli 6,5 procent. Kiedy porównamy, że po zakończeniu II wojny światowej liczba ludzi z wyższym wykształceniem w Polsce wynosiła niecałe 40 tysięcy, to jest to ogromny wzrost. Dla porównania należy dodać, że piętnaście lat później (w 2013 roku) osób legitymujących się wyższym wykształceniem magisterskim w Polsce było 10 proc. (zdecydowanie częściej kobiety), 3 proc. – licencjata, 3 proc. – tytuł magistra-inżyniera, zaś 1proc. – inżyniera. Przez 15 lat nastąpił wzrost osób z wykształceniem magisterskim o 3,5 procent. Jak się okazuje, poziom wykształcenia silnie różnicuje młodsze i starsze pokolenia Polaków. Wśród trzydziestolatków wyższe wykształcenie posiada co trzeci z nich, a jedynie co dziesiąty pięćdziesięciolatek.

 

Awans polityczny kobiet

Awans polityczny kobiet w pierwszych latach po wojnie nie był spektakularny.
W latach 1944-1979 trzynaście kobiet znalazło się w naczelnych władzach państwowych, a 8 z nich posiadało legitymacje partyjną. Potwierdza to tezę, że aby awansować trzeba było zapisać się do partii. Z uwagi na to, że droga do stanowisk wiodła przez partie, odsetek kobiet w PZPR w latach 1960—1970 wzrósł o 50 proc., ale ich udział w gremiach partyjnych był dużo niższy mężczyzn.
W 1954 roku przy Zarządzie Krajowym Ligi Kobiet Polskich powstała sekcja kobiet na kierownicze stanowiska. Kobiety wymieniały się doświadczeniami, nawiązywały kontakty, walczyły o swoją pozycję, chociaż nie było to wcale łatwe.
W Sejmie Ustawodawczym (1947-1952) na 444 posłów było zaledwie 25 kobiet i stanowiły one 5,6 proc. ogółu składu. W prezydium Sejmu nie zasiadła żadna kobieta. Przewodniczącymi 19 komisji stałych byli sami panowie. W Sejmie I kadencji (1952-1956) kobiety stanowiły 17 procent. Kiedy nastąpił okres odwilży i była nadzieja na zwiększenie roli ustawodawczej sejmu, kobiety stanowiły zaledwie 4 proc. (1956-1961). W okresie tym po raz pierwszy przewodniczącą jednej z komisji stałych, a mianowicie Komisji Przemysłu Lekkiego, Rzemiosła i Spółdzielczości została Michalina Tatarkówna-Majkowska (członek KC, I sekretarz Komitetu Łódzkiego).
Największy udział kobiet w Sejmie w okresie Polski Ludowej można było zaobserwować w VIII kadencji (1980-1985), bo aż 23 procent. W tym czasie gospodarka pogrążała się w kryzysie, Polska Zjednoczona Partia Robotnicza traciła autorytet.
Coraz więcej kobiet zaczęło pojawiać się w ciałach decyzyjnych. W piątej kadencji Sejmu (1969-1972) Zofia Tomczyk ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego obejmuje przewodnictwo Komisji Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego. Wcześniej to stanowisko była zarezerwowane tylko dla mężczyzn.
Pierwszą kobietą pełniącą funkcję wicemarszałka Sejmu zostaje Halina Skibińska (1971-1985). Skibińska była architektem, profesorem Politechniki Warszawskiej. W IX kadencji Sejmu (1985-1989) na fotelu wicemarszałka Sejmu zasiadła Jadwiga Biedrzycka, przewodnicząca Zarządu Głównego Ligi Kobiet Polskich, z wykształcenia prawnik.
W polskim parlamencie w okresie PRL-u zasiadały wybitne pisarki, jak Zofia Nałkowska, aktywne działaczki społeczne – Janina Biedrzycka, aktywistki związkowe – Barbara Natorska (przewodnicząca ZG ZZ Pracowników Przemysłu Włókienniczego, Odzieżowego i Skórzanego, kobiety ze świata nauki – prof. Halina Skibińska, prof. Krystyna Jandy-Jendrośka czy prof. Barbara Hager-Małecka. czy Krystyna Marszałek-Młyńczyk ze Stronnictwa Demokratycznego, która w VIII kadencji Sejmu przewodniczyła Komisji Kultury i Sztuki., z ramienia SD w latach 1980-1983 zasiadała w Radzie Państwa, natomiast pod koniec lat osiemdziesiątych była wiceministrem kultury i sztuki.
Należy podkreślić, że w roku 1980 w parlamencie i radach wojewódzkich pojawia się coraz więcej kobiet. W tych ostatnich ich wzrost sięgał nawet do 30%. W VII kadencji Rady Narodowej Miasta Łodzi przypadającej na lata 1980-1984 na 180 radnych było aż 75 kobiet, co stanowiło 41,6 proc. ogółu składu.

 

Wnioski końcowe

Kobiety żyjące w Polsce Ludowej z jednej strony borykały się ze złymi warunkami pracy, brakami w zaopatrzeniu, z zaniżaniem ich płac, ale z drugiej umożliwiono im masowy dostęp do rynku pracy, stworzono dogodne warunki do podnoszenia wykształcenia oraz dostępność do żłobków i przedszkoli, kolonii dla dzieci.
Polityka zatrudnienia kobiet, prowadzona tuż po wojnie, miała na celu zapewnienie pracy wdowom jako ‚jedynym żywicielkom” rodziny. „Produktywizacja” kobiet ujęta w planie sześcioletnie przyczyniła się do wzrostu zatrudnienia oraz do podnoszenia kwalifikacji zawodowych poprzez organizowanie różnych szkoleń.
Mimo, że w świadomości społecznej utrwalił się negatywny obraz kobiet okresu stalinizmu, związany z wizerunkiem traktorzystki, przedstawianym jako humorystyczny symbol pogwałcenia naturalnego porządku płci, to niewątpliwie charakteryzował się on awansem zawodowym, społecznym, finansowym kobiet. Zdobywały one niezależność uwalniając się nie tylko spod władzy męża, ale także zapewniały byt, dzięki stałym zarobkom, sobie i swoim dzieciom. Wiele samotnie wychowujących dzieci kobiet – wdów, rozwiedzionych, żon alkoholików, mogły uwolnić się z toksycznych związków, bo dzięki pracy uzyskiwały możliwość awansu, dokształcenia się, a przede wszystkim stabilizacji.
Za zmianami dotyczącymi upowszechnienia awansu zawodowego kobiet, nie nadążała jednak mentalność. Kościół w Polsce negatywnie odnosił się do pracy kobiet, a prymas Stefan Wyszyński podczas wykładu wygłoszonego dla duchowieństwa na temat „zniekształcenia poglądu na kobietę” stwierdził, że najważniejszą rolą społeczną kobiety jest nie praca zawodowa, ale macierzyństwo. Rodząca się w latach osiemdziesiątych „Solidarność” podkreślała w swoim statucie (paragraf 6 artykuł 4), że celem związku jest „wzmocnienie rodziny i życia rodzinnego”. Potwierdza to tezę, że polskiego robotnika nie interesowały problemy kobiet jako takie, tylko ich wpływ na życie rodzinne. Podkreślano wiec patriarchalny ideał kobiety w rodzinie.
Ważną kwestią okazała się polityka społeczna kładąca nacisk na zapewnienie opieki nad kobietami oczekującymi narodzin dziecka, dla których w zakładach organizowano odziały pracy chronionej. Wydłużono urlopy macierzyńskie i wychowawcze, zliberalizowano przepisy ustawy aborcyjnej.
Po 1989 roku sytuacja kobiet zaczęła się pogarszać. Tradycyjne role płciowe zaczęły przeżywać renesans, a emancypacja miała polegać na tym że kobiety nie musiały pracować. Pojawiło się bezrobocie wśród kobiet, szczególnie dotknęło ono łódzkie włókniarki. W 1994 r. w województwie łódzkim zarejestrowano 110,8 tys bezrobotnych, w tym 52 tys kobiet.
W polskim parlamencie w 1989 roku na 460 posłów kobiet było zaledwie 60. Dopiero w 2011 roku kobiety stanowiły 23,91 procent.
Patriarchalna kultura tworzy bariery utrudniające kariery polityczne kobietom. Brak stabilności zatrudnienia to główna bariera dla decyzji o dziecku. Obawy o znalezienie pracy po urlopie macierzyńskim, niskie płace, trudności w godzeniu obowiązków praca-dom, brak realnego wyboru pomiędzy opieką nad dzieckiem w domu a powrotem do pracy i oddania dziecka do żłobka (zaledwie 7 proc. polskich dzieci poniżej 3 lat objętych jest opieka żłobkowa) to główna przyczyna zapaści demograficznej.
Mimo że niektórzy zarzucają, że komunizm zniekształcił tradycyjny w polskiej kulturze wizerunek Matki Polski, to z całą stanowczością należy podkreślić, że to właśnie w w okresie Polski Ludowej kobiety zyskały niezależność ekonomiczną i coraz większy społeczny prestiż.

 

Autorka jest profesorem nadzwyczajnym Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie i przewodniczącą Forum Kobiet SLD.

Trzy lekcje feminizmu

Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn dobiega kresu. To nie żadne proroctwo, ale wniosek narzucający się po fali premier teatralnych, w których feministyczny obraz rzeczywistości silnie dochodzi do głosu.

 

Rzecz jasna, to nie teatr zbawi świat. Teatr jest jednak czułym narzędziem rejestracji społecznych nastrojów. Nie powinni tego lekceważyć socjologowie, politolodzy, a zwłaszcza politycy. Ale ci ostatni, choć zauważyli Czarny Piątek, nie dostrzegają jak nasila się presja społeczna, mająca na widoku zmianę „męskiej” polityki. Tyrania mężczyzn poddawana jest próbie teatru i patriarchalny model społeczeństwa nie wychodzi z tej próby zwycięsko.
Dowodzą tego choćby ostatnie premiery teatrów warszawskich: „Miłość od ostatniego wejrzenia” Vedrany Rudan w reżyserii Iwony Kempy w Teatrze Dramatycznym, „Bachantki” według Eurypidesa w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym i „Kilka dziewczyn” Neila Labutte’a w reżyserii Bożeny Suchockiej w Teatrze Narodowej.
„Miłość od pierwszego wejrzenia” i „Bachantki” uznać można za manifesty współczesnego feminizmu, „Kilka dziewczyn” zaś to feministyczna krytyka egoistycznych wyobrażeń mężczyzn o świecie w formie łagodniejszej (soft-feminizm). Nie przypadkiem premierze w Teatrze Powszechnym towarzyszy oszczędny w słowa tekst Joanny Krakowskiej „50 ćwiczeń na feminizm”, zamieszczony w teatralnym programie. To rodzaj testu, który pozwala uświadomić sobie jak blisko lub jak daleko mnie/tobie/nam do feminizmu. Warto pochylić się nad tym tekstem, a dla zachęty wypisuję tylko trzy początkowe zdania: Raczej nie używać słów „najlepszy”. Nie wierzyć hierarchiom. Pytać, kto je ustanowił.
Chorwacka pisarka Vedrana Rudan wstrząsnęła swymi opowieściami o wojnie bałkańskiej. Taki był monodram Krystyny Jandy „Ucho, gardło, nóż” – właśnie dzisiaj, 14 grudnia, grany na żywo w Teatrze Polonia, będzie transmitowany w 39 kinach sieci Helios w całej Polsce (transmisja rozpocznie się o godzinie 19.30). Kiedy pojawił się na afiszu (2005), widzowie z trudem oswajali się z brutalnym językiem Rudan. „Takiej Jandy – wściekłej, wulgarnej, wyzywającej i złej – jeszcze nie widzieliście” – pisał wówczas Roman Pawłowski w „Gazecie Wyborczej”. Nikt nie miał wątpliwości, że mamy do czynienia wybitną pisarką, której tekst idealnie trafił na swoją aktorkę.
To nie jedyny spektakularny sukces Vedrany Rudan w Polsce. Z gorącym przyjęciem spotkał się oparty na jej powieści spektakl „Murzyni we Florencji” krakowskiego Teatru Nowego Proxima (2017) w reżyserii Iwony Kempy. Utwór i spektakl na granicy artystycznego ryzyka, bo jakże łatwo opowieść snuta z perspektywy bliźniaczych płodów (nieodparcie zabawni Julian Chrząstowski i Sławomir Maciejewski) mogła osunąć się w pospolitą zgrywę. Ale nie tym razem, na równi dzięki aktorom, jak i nieomylnie panującej nad materiałem Iwony Kempy. Trzeba było mieć nie lada wyobraźnię, aby uczynić narratorami parę nieukształtowanych płodów, które sobie nawzajem zadają proste pytania i udzielają na ogół dość zaskakujących odpowiedzi. Ale ta seria paradoksalnych zderzeń oczywistości z ich dosłownym opisem to jedynie komediowa otulina traum, tragedii, groźnych konfliktów i niechęci dzielących rodzinę, która – jak wiadomo – dobrze wychodzi tylko na zdjęciu.
Podobnie rzecz się ma z rodziną w „Miłości od ostatniego wejrzenia” także w adaptacji Iwony Kempy. Tym razem nie mamy do czynienia tragikomedią, raczej tu nie do śmiechu, bo sprawa, o której mowa, jest diabelnie poważna. Mowa o przemocy w rodzinie. O agresji uprawianej przez mężczyzn. Zaczyna się to już w latach dzieciństwa, kiedy dziewczynka spotyka się z brutalnością ojca, poniżaniem, biciem, lekceważeniem, wyzwiskami, zakazami. Biernie tej tresurze przygląda się zastraszona matka. Potem przychodzi kolej na wyśnionego księcia z bajki, który okazuje się despotą, żądającym od kobiety całkowitego, podporządkowania. Wszechstronnego: od posłuszeństwa w najdrobniejszych sprawach codziennych, po świadczenie usług erotycznych i obowiązek adoracji.
Tak przynajmniej było w rodzinie bohaterki dramatu, Tildy, od małej chowanej w posłuszeństwie, która wreszcie się buntuje. Poniżana i bita, traktowana jak przedmiot, wciąż kocha swego męża, ale i coraz bardziej nienawidzi, Pociechy szuka w ramionach kochanka, ale żyje w lęku, że w odwecie zostanie zamordowana. Towarzyszy w myśliwskich eskapadach swego męża-sędziego znajdującego upodobanie w krwawych łowach. Kiedy podczas polowania zabija sarnę, jest już gotowa, żeby zabić swego prześladowcę. Przedtem miota przekleństwa pod jego adresem, kiedy wróg nie słyszy, wciąż w nadziei, że on się jeszcze zmieni. Ale nie zmienia się. Zdesperowana pyta w dramatycznym monologu: „Może to jest jedyne możliwe szczęście kobiet. Żyć bez mężczyzny? Może to ocaliłoby świat i uczyniło go lepszym?”.
Iwona Kempa rozpisała przeżycia i doznania Tildy na cztery głosy – grają ją (jako dziewczynę i kobietę w różnym wieku) Karolina Charkiewicz, Magdalena Czerwińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska. Aktorki przejmują czasem rolę postaci męskich: ojca, męża, kochanka. Wszystkie ubrane w suknie ślubne, bo jak każe tradycja, to ślub jest warunkiem spełnienia jako kobiety. Tildzie w czterech postaciach towarzyszy czasem matka – Małgorzata Niemirska, przejmująca w roli zahukanej, gotowej na każde ustępstwo i niegodziwość doznawaną od męża, z determinacją dźwigająca swój krzyż. Cały jej wysiłek skupia się na tym, aby nie zwracać na siebie uwagi, wtopić się w tło. Ale „tło” w tym spektaklu jest nader wymowne – to instalacja Joanny Zemanek „Popiół i diamenty”, przedstawiająca rząd obszernych-pudeł, w których artystka umieściła suknie ślubne. Pudła przypominają trumny, a tytuł instalacji zapowiada śmierć mimo blasku, jaki obiecują diamenty (jak echo wiersza Norwida).
Równie mocno, a może i silniej wybrzmiewają buntownicze „Bachantki” Mai Kleczewskiej, która włączyła w antyczną tragedię relacje z walki o upodmiotowienie ciała kobiety: aktorki przedstawiają fachową instrukcję o stosowaniu pigułek poronnych, które umożliwiają usunięcie niechcianej ciąży. Ten wyrazisty gest protestu przeciw arbitralnym decyzjom męskiej większości (parlamentarnej), przymuszającej kobiety do pełnienia funkcji inkubatora już rozwścieczył grono prawicowych polityków i dziennikarzy. Tymczasem Kleczewska i współpracujący z nią Łukasz Chotkowski nawiązali do starożytnej tragedii, aby wpisać walkę kobiet o samostanowienie w wielowiekową tradycję. Nawet jeśli w „Bachantkach” bardziej chodziło o posłuszeństwo wobec boga niż prawa kobiet, to taka reinterpretacja jest całkowicie uprawniona. Boski szał bowiem, który ogarnia bachantki-wyznawczynie Dionizosa, jest odwetem za lekceważenie. Przede wszystkim boga, ale i jego wyznawczyń, a więc kobiet.
Spektakl ukazuje to sugestywnie, odtwarzając starcie przedstawiciela starych sił (patriarchatu), czyli władającego miastem Penteusza (Michał Czachor) i przybyłego pod przebraniem, jak to było w mitycznym obyczaju, Dionizosa. Bogiem jest w tym spektaklu kobieta (Sandra Korzeniak), jak w jednej z wersji mitu sugerowano. Jego/jej androginiczna postać i skłonność do ekstazy pociąga wyznawców.
Spektakl Kleczewskiej rozgrywa się w specjalnie zbudowanym na scenie Teatru Powszechnego odeonie, kolistym teatrze na wzór antyczny. Widownię reżyserka postanowiła podzielić: połowę rezerwując dla kobiet, połowę dla mężczyzn (parytet!). Warto pamiętać, że tajemne misteria dionizyjskie były dostępne tylko dla bachantek, mężczyznom wzbraniano na nie wstępu pod groźbą śmierci. Przed zakończeniem spektaklu inspicjent prosi mężczyzn o opuszczenie sali – krwawy finał przeznaczony jest (jak w owych misteriach) tylko dla kobiet.
Trzecią lekcję feminizmu przygotowała Bożena Suchocka. Autorem dramatu jest jednak mężczyzna – płodny amerykański dramatopisarz Neil LaBute, uchodzący (niesłusznie) za mizogina. Jak wykazała dowodnie Małgorzata Szum, badaczka od lat interesująca się jego twórczością, LaBute czarnymi charakterami czyni przede wszystkim mężczyzn, znacznie rzadziej kobiety. W „Kilku dziewczynach” widać to wyraźnie: występuje tu tylko jeden mężczyzna (Grzegorz Małecki) i cztery kobiety: Anna Grycewicz, Justyna Kowalska, Beata Ścibakówna i Patrycja Soliman. Bohater, nieźle prosperujący na rynku pisarz, odbywa osobliwą podróż. Ponieważ zamierza się ożenić, przed ślubem z wybranką (o której mówi z lekceważeniem) spotyka się z byłymi przyjaciółkami, z którymi w przeszłości niespodziewanie dla nich zerwał. Chce uzyskać od nich wybaczenie (?), błogosławieństwo (?), krzyżyk na drogę (?), nie jest to jasne. LaBute lubi się wykręcać – tak buduje dialogi, że to bardziej sugestie, niż stwierdzenia, i tak właśnie zachowuje się Mężczyzna. Jedno nie pozostawia wątpliwości – pisarz to krętacz, który ma na uwadze tylko własną korzyść. Kiedy na horyzoncie pojawia się najmniejsze „niebezpieczeństwo” odpowiedzialności za wspólne życie, porzuca kobiety bez słowa pożegnania i nie ma sobie nic do zarzucenia.
Jego spotkania z byłymi partnerkami kończą się katastrofą – żadna z nich nie jest gotowa mu wybaczyć, wszystkie czują się wykorzystane i poniżone. Na koniec wyjdzie na jaw, że i motyw podróży psiarza szlakiem dawnych miłości był drański.
Ta ostatnia lekcja feminizmu – dodam, że świetnie zagrana, powstały tu pełnokrwiste postaci (kreacja Beaty Ścibakówny jako poniżonej, starszej wiekiem partnerki, która znajduje sposób, aby ośmieszyć byłego kochanka) – sprawia wrażenie delikatnego komentarza do relacji męsko-damskich. Nie mając znamion manifestu, też wpisuje się w nurt feministycznych rozliczeń z męskim szowinizmem. Można być pewnym, że teatr na tym skończy.

Amazonki w Toku Praw Kobiet Recenzja

Gdybym miał wybrać wiersz najbardziej emblematyczny dla tego zbioru, to byłaby nim „Hipolita” Józefa Plessa, zaczynający się tak: „Jestem waleczną Amazonką/córą nimfy Harmonii/i boga wojny Aresa”. Wybrałbym go nie tylko dla walorów poetyckich, ale dlatego, że treść zbioru, o którym mowa wpisuje w antyczny mit o boskiej Amazonce, mitologicznej postaci będącej – nie wiem czy to właściwe słowo – patronką sprawy której zbiór „Nadzieja kwitnie dłużej” jest poświęcony. Ta sprawa to doświadczenia kobiet, które (często także ich rodziny) dotknięte zostały cierpieniem wynikającym z doświadczenia strasznej choroby – nowotworu piersi, a także jego następstw, bardzo często amputacji tego ważnego atrybutu kobiecości. Amputacji, która u źródeł będąc doświadczeniem cierpienia, niejednokrotnie w finale jest doświadczeniem ocalenia i częścią nowego, pochorobowego życia. Redaktorami tomu prozy i poezji autorstwa kobiet, które los uczynił Amazonkami, ale także osób im bliskich, w tym mężczyzn, z którymi los je zetknął – są Aleksandra Sołtysiak i Robert Rudiak. We wstępie zwracają uwagę, że tom został przygotowany z okazji obchodów Roku Praw Kobiet, także przy udziale osób żyjących na emigracji i że jego problematyka dotyka zjawiska szerszego niż doświadczenia Amazonek – fenomenu cierpienia jako nieodłącznego atrybutu egzystencji. Autorzy powołują się we wstępie na filozofów, którzy szczególnie pochylali się nad cierpieniem, którzy poświęcali mu swoją ludzką i filozoficzną uwagę, m.in. Kierkegaardowi, Schopenhauerowi czy Edycie Stein. Zwracają też uwagę na fakt, że kwestia poszukiwania sensu życia, traktowana w codziennej egzystencji często z lekceważeniem, w cierpieniu i ciężkiej chorobie nabierają żywego, dojmującego sensu. To dopiero wtedy nabierają żywego znaczenia słowa Arystotelesa o „cierpieniu jako nieodłącznemu cieniowi życia człowieka”. Portretują też 16 autorek i autorów wierszy oraz prozy (mającej głównie charakter wspomnień autobiograficznych). „Tematyka kobieca – piszą autorzy wstępu – stała się myślą przewodnią nadesłanych tekstów lirycznych. W szerokim wachlarzu kreślonych wątków odnaleźć można jej delikatną naturę i urodę, zmaganie się z chorobą, nasączone lękiem i cierpieniem, wołaniem o miłość i bliskość drugiej osoby”. Warto raz jeszcze wrócić do wspomnianego wiersza Józefa Plessa. Jego sens polega nie tylko na uniwersalizującym wpisaniu problemu choroby w tradycję świata mitologicznego, ale także na podjęciu kwestii, którą autorzy wstępu problem mitycznej Amazonki interpretują jako doświadczenie kobiety, „która bez piersi może z łatwością może strzelać z łuku, jest dzielną wojowniczką, lecz nigdy nie poznała miłości i szczęścia rodzinnego, gdyż musiała walczyć „w imię wolności” i jej się poświęcać, a następnie oddać za nią życie”. „Autor porównując tę mityczną boginkę ze współczesną kobietą zmagającą się z nowotworem, widzi podobieństwa – dzisiejsza Amazonka też walczy, nie poddaje się chorobie, bólowi, stressowi, nie kapituluje, bowiem jej „naturą jest roz=budzenie życia”. I miłości – chce się dodać. Bo tym, o co współczesne Amazonki muszą najbardziej walczyć jest miłość, miłość w najszerszym rozumieniu tego słowa, od erotycznej, do tej najogólniej ludzkiej, będącej jednym z atrybutów prawdziwego człowieczeństwa. I to tym właśnie, nie tylko o chorobie i cierpieniu, ale także o Miłości, opowiadają nie tylko autorzy wstępu, nie tylko cytowany Józef Pless, ale także pozostałych piętnaścioro autorów wierszy i prozy, od (ujmując alfabetycznie i wybiórczo) Bożeny Ambroży, poprzez Ewę Pawłowską, po Krystynę Wechman. Piękną puentą do tego zbioru mogą być zacytowane w nim słowa Marka Wawrzkiewicza, prezesa ZG ZLP: „Zwycięskie kobiety-Amazonki są najbardziej optymistycznymi ludźmi świata. (…) Książka ta jest wyjątkowa. To jedno z pierwszych artystycznych świadectw dramatycznej walki o wartość najcenniejszą”.

 

„Nadzieja kwitnie dłużej…”. Księga wierszy i prozy z okazji Roku Praw Kobiet, pod red. Aleksandry Sołtysiak i Roberta Rudniaka, wyd. Związek Literatów Polskich, Zielona Góra 2018, str. 122, ISBN 978-83-946173-5-6.

Wspaniałe stulecie

Zwykło się uważać, że kobiety w Polsce dostały prawa wyborcze niejako „naturalnie” wraz z odzyskaniem niepodległości po 123 latach. To oczywiście nieprawda, ówczesne działaczki po spaleniu Kodeksu Napoleona w 1908 i uzyskaniu de facto mandatu na sejm dla Marii Dulębianki dosłownie wydarły je naczelnikowi Piłsudskiemu z trzewi. Ale nie o tym ma być ten tekst. Sto lat później nie mamy już zaborów (choć niektórzy nazywają w ten sposób Unię Europejską; niektórzy również nadal lękają się powrotu zaboru rosyjskiego), a jednak okazuje się, że Kodeks Napoleona nadal w nas żyje. To dokument, który przez ponad 100 lat decydował o naszym statusie w Kongresówce: nie dawał prawa do zarządzania wypracowanym dochodem, wyjmował nas spod jurysdykcji świeckich sądów. Mąż i reszta rodziny decydowała o naszym miejscu zamieszkania, bądź o tym, czy możemy wychowywać swoje dzieci. Po ślubie nie wyrabiano nam dokumentów, stawałyśmy się przecież doklejką do męża.
Dziś z okazji jubileuszu wspaniałego stulecia na Dzień Dobry stacja TVN raczy nas programem śniadaniowym o temacie przewodnim „Po co kobietom pieniądze?”. „Czy kobiety umieją już inwestować?”. Nie czuję tu złej woli twórców programu, miało być lekko, zaczepnie, no tak „hehe” być miało. A wyszło tak, że zaproszone celebrytki miały wytłumaczyć się ludzkości z tego, czy zasłużyły na przywilej noszenia portfeli w swoich śmiesznych torebkach, pełnych szminek, lusterek i rozsypanych mentosów. Moja przyjaciółka komentując program stwierdziła wczoraj ze smutkiem, że uświadomiła sobie, że jej matka zawsze zaopatrywała lodówkę i płaciła za prąd oraz czynsz z własnej pensji. Mąż, intelektualista, miał własne dochody, którymi mógł dysponować z dużą swobodą, przyjęło się bowiem że nie idą na „pierwsze potrzeby”. Ile takich par wciąż żyje w Polsce sto lat po tym, jak kobiety wywojowały sobie upragnioną „wolność”? Ile kobiet jest wciąż stawianych w takiej roli? Może o tym zrobi ktoś program do śniadania?
Wspaniałe stulecie pięknie podsumowuje też głos Ilony Łepkowskiej w „Faktach po faktach”. Scenarzystka nie mogła sobie odmówić pogrożenia palcem, że jak panienka będzie kusić obciśniętą w mini pupą i świecić cyckiem w jacuzzi, to napyta sobie biedy, bo przecież krew nie woda. A potem będzie płacz, zgrzytanie zębów i wyciąganie rzekomej krzywdy po latach. Żeby nie było, pani scenarzystka przejęła się falą krytyki po swojej wypowiedzi i dziś wydała oświadczenie, w którym w zasadzie powtórzyła wszystkie swoje tezy, podpierając się jeszcze autorytetem z Ameryki.
Co wynikło z całej tej aferki? Ano tyle, że jasne, jesteśmy skłonni i skłonne nie tylko surowo karać, ale wręcz nawet linczować za gwałt – jeśli przebiegał według schematu „wyskoczył z krzaków na odludziu, kiedy wracałam z pracy nakarmić czwórkę dzieci mych”. W innym wypadku, w okolicznościach imprezy, kiedy oboje wypili, albo kiedy umawiali się tylko na loda, a skończyło się na stosunku, albo kiedy ona nie krzyczała wystarczająco głośno, albo jeśli zmieniła zdanie – nasłucha się właśnie od takich pań z grożącym paluszkiem, od policjantów z serią seksistowskich uwag za pasem, od innych święto-za przeproszeniem-jebliwych matron, snujących fantazje o dobrych i jurnych mężach stanu versus złych lafiryndach, co ich szkalują po latach. I nadal dziwimy się, że te ofiary latami milczą, zmuszone przez moralistów ciągle przeliczać na nowo swój „udział”.
Pogadajcie z waszymi matkami, ciotkami. Będziecie zaskoczeni, ile z nich „czegoś” „nie zgłosiło”, bo bały się zostać skrzywdzone drugi raz jako te, co „same się prosiły”. W tym kontekście zawsze wyjątkowo wzruszający wydaje mi się ten fragment z „Chłopów” Reymonta, kiedy Hanka, pokrzywdzona przecież w powieści przez romanse męża z Jagną, wykazuje instynktowną kobiecą solidarność, biorąc w obronę pijaną macochę po tym, jak została wykorzystana przez wójta. Rozumie złożoność sytuacji, czuje, kto jest ofiarą, a kto posunął się za daleko. Pani komentatorka w TVN24 – nadal najwyraźniej wiedzieć tego nie chce.
Wspaniałe stulecie kończymy z Kodeksem Napoleona pod pachą, odświeżonym, po dostawieniu dekoracji Netflixa. Nieźleście nas urządziły, siostry.