Jądro kapitalizmu

W lipcu minie 130 lat, odkąd John Boyd Dunlop założył w Belfaście spółkę Pneumatic Tyre and Booth Cycle Agency, która dała początek masowej produkcji nadmuchiwanych powietrzem opon – co oznaczało oszałamiający wzrost zapotrzebowania na kauczuk. Surowiec ten w ówczesnym czasie pozyskiwano przede wszystkim na obszarach dorzecza rzeki Kongo, na prywatnym folwarku arcykatolickiego króla Belgów. To właśnie pod wrażeniem wizyty w tym miejscu Joseph Conrad napisał „Jądro ciemności”. Zawijając do kolejnych zagubionych w dżungli portów, był świadkiem okrucieństw niebywałych. To też historia Europy, chociaż zachodni Europejczycy nie chcą o niej pamiętać.

W 1890 r. 31-letni Conrad zaokrętował się na należący do belgijskiej kompanii handlowej parowiec pływający po rzece Kongo. Podróżując po rzece, był świadkiem nieustających aktów korupcji i niesprawiedliwości, mordowania i okaleczania miejscowych mieszkańców. Widząc, jak firmy zachodnioeuropejskie i amerykańskie, a także belgijscy urzędnicy, zachęceni do pracy w Afryce sowitymi apanażami i możliwością decydowania o życiu i śmierci „podludzi”, rozwiały jego iluzje dotyczące kolonializmu, zachodnich wartości i istoty europejskiej kultury.
Podział zdobyczy
Konferencja berlińska, zwana także konferencją kongijską, zwołana na przełomie lat 1884–1885, poświęcona była ustaleniu podziału kolonialnego Afryki pomiędzy europejskie państwa. Do tej pory przebiegała on chaotycznie, często dochodziło do konfliktów. W konferencji uczestniczyły Wielka Brytania, Francja, Włochy, Niemcy, Portugalia i Belgia. Bodajże najważniejszym postanowieniem zgromadzenia było faktyczne podarowanie na własność dorzecza rzeki Kongo królowi Leopoldowi II. Belgijski monarcha obiecał zagwarantować wolny od jakiegokolwiek protekcjonizmu handel, a także zwalczać niewolnictwo i przeciwdziałać sprzedawaniu ludzi.
Leopold II jako prywatny właściciel tych ogromnych terytoriów przejął wszelkie formy działalności gospodarczej, a tym samym i zyski z niej płynące. Pozostawiając tubylcom formalną wolność, ale odzierając jednocześnie ich z ziemi, uczynił z nich w istocie niewolników. W innej tylko formie, niż praktykowano w epoce legalnego handlu ludźmi. Do 1890 r. monarchia zainwestowała w Kongu ponad 10 mln franków belgijskich. Przewidywane i reklamowane w przyszłości zyski (przede wszystkim chodziło o wspomniany na wstępie kauczuk, jak również kość słoniową) wzbudziły wśród elit bankowych i przemysłowych swoistą „kongofilię”.
Podczas berlińskiej konferencji ustalono także, iż dwustronne konsultacje pomiędzy europejskimi państwami będą się odbywać permanentnie celem bieżącego wyjaśniania sporów terytorialnych. Tym samym ustanowiono granice wewnątrz kontynentu afrykańskiego, które nijak nie miały się do miejscowych tradycji, kulturowych i ekonomicznych powiązań, geografii ludności i demografii. Liczył się tylko interes zachodniego kapitału i zyski, które miano osiągnąć z podziału tej części globu.
Życie mniej warte niż kauczuk
Istnienie Wolnego Państwa Kongo, czyli hacjendy króla Leopolda, w nieco ponad 20 lat (1885 – 1908) pochłonęło ok. 8-10 mln ofiar. Ostrożnie licząc. Liczba ofiar rosła lawinowo w miarę popytu na kauczuk i kość słoniową. Gdy wiosce polecano dostarczenie odpowiedniej ilości kauczuku, mężczyźni musieli udać się do dżungli na wielodniowe poszukiwania pnączy. W tym czasie ich żony, dzieci oraz starcy stawali się zakładnikami gwarantującymi wykonanie przez każdego zbieracza narzuconego planu. By zapobiec ucieczkom, kobiety były skuwane, także te brzemienne lub karmiące. W większych miejscowościach władze kolonii wybudowały specjalne ogrodzone osiedla z barakami dla zakładników, gdzie internowani tubylcy byli przetrzymywani w tragicznych warunkach aż do powrotu mężczyzn. Niedostarczenie odpowiedniej ilości kauczuku albo ucieczka do dżungli oznaczało śmierć członków rodziny. Żołnierze pilnujący zakładników dopuszczali się gwałtów i innych aktów okrucieństwa. Taka praktyka mająca na celu przymuszenia do pracy była zalecana oficjalnie nawet w podręczniku dla urzędników kolonialnych.
Jednym z atrybutów władzy Europejczyków w folwarku króla Leopolda było chicotte. Był to bat wykonany z wysuszonej skóry hipopotama, wygięty w formie długiej, ostro zakończonej, spirali. Co do sposobu wymierzania kary zbyt mało wydajnym „wolnym ludziom” istniała odpowiednia instrukcja: nie można było za jednym razem wymierzyć więcej niż 50 batów,w dwóch seriach po 25 uderzeń, bić należało w pośladki. W praktyce powszechną praktyką było chłostanie po brzuchu, lędźwiach i genitaliach , a zachowane dokumenty świadczą, że Kongijczykom wymierzano nawet 300-400 uderzeń batem. Mocne uderzenie taką szpicrutą przecinało skórę i mięśnie do gołej kości, a dłuższe biczowanie z przywiązaniem po tej czynności do pala i wystawienie ofiary na działania równikowego słońca sprowadzało niechybną śmierć. Innym narzędziem bicia – i tu jakiekolwiek ograniczenia ilościowe nie obowiązywały – była trzcinowa rózga tzw. nkelele, powodująca płytkie, ale liczne i niezwykle trudno gojące się rany.
Kolejną metodą kolonialnej administracji i podległych jej służb było obcinanie kończyn (zaczynało się od prawej dłoni lub ręki w stawie łokciowym) członkom tych rodzin, których mężczyzna nie wykonał narzuconej normy w zebranej ilości kauczuku. Fotografie robione przez członków belgijskiej administracji ukazują suszące się na słońcu, zatknięte na palisadach, dłonie i ręce. Uznawano je za kolonialne trofea, na równi z odciętymi głowami upolowanych afrykańskich ssaków. Potem zdobiły one liczne domy i apartamenty dżentelmenów powracających do kulturalnego świata po ciężkiej pracy dla pomnażania dobrostanu europejskiej cywilizacji.
Atrakcja: obca cywilizacja
To właśnie w czasach Wolnego Państwa Kongo, na kanwie medialnych fantasmagorii na temat życia w tropikach, rozpowszechniła się w Europie moda na tzw. wystawy etnograficzne. Dla nieznających świata Europejczyków, zazdrośnie patrzących na podróżników i osadników kolonialnych, atrakcją nie lada było obejrzenie „kongijskiej wioski” z żywymi ludźmi albo przyglądanie się „żywym Murzynom” w cyrku lub wesołym miasteczku. Pożądanym trendem w sferach arystokracji i bogatego mieszczaństwa stało się posiadanie czarnoskórych służących. Było to coś podobnego do modnych obecnie wycieczek poza euroatlantycki krąg kulturowy i „poznawania innych cywilizacji” z poziomu kurortów w Tajlandii czy nad Morzem Czerwonym w Egipcie.
W 1908 król Leopold odsprzedał Kongo swojemu własnemu państwu za cenę 50 mln franków. Stało się ono oficjalnie kolonią belgijską pod nazwą Kongo Belgijskie. Zmusiło go do tego zarówno bankructwo, jak i opinia publiczna oburzona informacjami docierającymi z centralnej Afryki. Los mieszkańców kolonii po transakcji uległ pewnej poprawie.
Jądro kapitalizmu
W Polsce od 30 lat różni neoliberalni mędrcy nauczają, jak to prywatny właściciel i kapitał zawsze się troszczą o dobra ruchome, nieruchomości, do pewnego stopnia nawet pracowników, gdyż to dzięki nim mogą w ogóle zarabiać. Tymczasem Wolne Państwo Kongo jest klasycznym przykładem tego, do czego może prowadzić pozostawiona bez jakiegokolwiek wędzidła (w postaci stanowionego prawa, państwowego i społecznego nadzoru) własność prywatna oraz tzw. wolna przedsiębiorczość, dla której jedyną wartością jest zysk. I nie ma znaczenia, że od masowych mordów na Kongijczykach minął ponad wiek. Dość przypomnieć Bangladesz i zawalenie się Rana Plaza (ponad 1100 ofiar śmiertelnych) czy Indie i Bhopal (katastrofa w fabryce chemicznej, ponad 3300 ofiar). Logika wydarzeń była ta sama. Nadal w mocy pozostają mechanizmy bogacenia się Zachodu kosztem innych obszarów świata. Dzisiejsza epoka po latach rządów Reagana i Thatcher, będąca apoteozą ideologii bezwzględnego wolnego rynku, jest de facto dalszą kontynuacją, tego co w najbardziej drastycznej formie działo się w Wolnym Państwie Kongo.
Kolonializm i wyzysk, przechodzący w skrajnych okolicznościach w systemowe ludobójstwo, to istota rynkowej eksploatacji siły roboczej – najemnej lub zniewolonej. Kapitał dostosowuje się tylko do aktualnych potrzeb, czasu, szerokości geograficznej, lokalnej kultury. By uzasadnić swoje działania, posługuje się usłużnymi mediami i związanymi z kapitałem instytucjami religijnymi. Leopold II chętnie określał się królem arcykatolickim, Kongo chrystianizowali od 1886 r. wyłącznie funkcjonariusze Kościoła rzymskiego, oczywiście mając całkowitą wiedzę na temat tego, co działo się wokół nich.
***
Leopold II doczekał się w Brukseli pomnika. Stoi przed samym Europarlamentem, stanowi nie lada atrakcję turystyczną. Tłumy zwiedzających stolicę Belgii, unijni technokraci, Brukselczycy uważają go za godny admiracji symbol historii swojego kraju. Aż chce się zapytać – czego jest to symbol w rzeczywistości? Jaka pamięć powinna się z nim wiązać?
I jak to się dzieje, że figura Leopolda II nie razi unijnych demokratów i promotorów wolności, w tym weteranów wojen z pomnikami, którzy przybywają do Brukseli z Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Węgier? Dlaczego nie odezwał się choćby przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, tak czuły na symbolikę totalitarną w swojej ojczyźnie?

Leopold musi odejść

Eksperci Organizacji Narodów Zjednoczonych nie mają wątpliwości. Belgia musi dokonał rachunku sumienia i przeprosić potomków ofiar kolonialnego ludobójstwa w Afryce. Zdaniem badaczy, klarowna deklaracja władz państwowych może wpłynąć na redukcję nastrojów rasistowskich i ksenofobicznych w tym kraju.

Zdaniem ekspertów ONZ Belgia musi jasno wyartykułować swoje winy. Jednak taka deklaracja to dopiero wstęp do głębokiej zmiany świadomości. – Przeprosiny za to co się stało to dopiero początek całego procesu. Narodowa debata na temat tego co działo się w czasie kolonializmu jest czymś z czym Belgia musi się skonfrontować – powiedział Ahmed Reid, jeden z czterech ekspertów ONZ-towskiej grupy, która przeprowadziła w ostatnich miesiącach badanie nad przyczynami postaw nienawistnych.

Członkowie delegacji ONZ rozmawiali z pracownikami agencji rządowych i organizacji pozarządowych, a także z przedstawicielami afrykańskich społeczności. Efektem ich pracy jest raport opisujący zjawisko rasizmu i niechęci wobec imigrantów, a także mówiący o problemach osób z afrykańskimi korzeniami na rynku pracy.

Eksperci wskazują, że większość obywateli państwa belgijskiego nadal nie zdaje sobie sprawy, że władcy, których pomniki stoją obecnie w centrum Brukseli zaliczają się do największych zbrodniarzy XX wieku. Najczarniejszą kartę zapisał król Leopold II, który uczynił z Konga (późniejszy Zair, obecnie DRK) swoją „prywatną posiadłość”, w ramach której dokonywano mordów miejscowej ludności na bezprecedensową skalę. Autochtonom obcinano dłonie, tak by nie mogli pracować, możono ich głodem i odmawiano dostępu do służby zdrowia. Szacuje się, że belgijskie panowanie na przełomie XIX i XX wieku kosztowało życie od 8-15 mln Kongijczyków.

„Szwedzki kpt. Force Publique zanotował w dzienniku, że w niecałe pięć miesięcy zabił ponad 500 osób. Inny, Belg nazwiskiem Permentier, kazał wyciąć krzaki w ogrodzie, żeby móc strzelać z okna do przechodzących drogą ludzi. Jeśli jego posiadłość była źle posprzątana, nakazywał ściąć 10 ludzi ze służby. Jeśli ścieżka w lesie była źle utrzymana, kazał zabijać dziecko z pobliskiej wioski. Takich ludzi było w Kongu mnóstwo. Całkowita bezkarność zamieniała ich w potwory. Mamy relacje o gotowaniu ludzi żywcem, o polewaniu głowy żywicą i podpalaniu” – tak Kongo Leopolda opisuje historyk Adam Hochschild z Uniwersytetu Kalifornijskiego, autor książki „Duch króla Leopolda. Opowieść o chciwości, terrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce”.

Raport ONZ wskazuje jednoznacznie, ze pomniki ku czci Leopolda II to wielkie niestosowność, zwłaszcza, że w Belgii mieszka ponad milion osób pochodzenia kongijskiego. Najsłynniejszą osobą z tej społeczności jest piłkarz Romelu Lukaku.

Holocaust w Kongo do dziś nie został oficjalnie uznany za ludobójstwo. Eksperci mają też zastrzeżenia do niedawno odnowionego Muzeum Afryki poświęconego Kongu. W raporcie zauważają, że kierownictwo w niewystarczający sposób skupiło się na problemach kolonializmu.

W kolonialnym stylu

Wielka Brytania podczas II wojny światowej na masową skalę dyskryminowała swoich żołnierzy o kolorze skóry innym niż biały – pisze „The Guardian” na podstawie niedawno odtajnionych dokumentów archiwalnych.

Gdy według oficjalnej wersji całe społeczeństwo solidarnie walczyło z nazizmem, żołnierzom pochodzenia afrykańskiego i azjatyckiego armia płaciła nawet trzy razy mniej niż „prawdziwym Brytyjczykom”.

Do dokumentów dotarł zespół dokumentalistów przygotowujących film „Forgotten Heroes of the Empire” z serii Ludzie i Władza (People and Power) produkcji anglojęzycznej „Al-Dżaziry”. W brytyjskich archiwach odkryli całe tabele płac w armii, z których wynika, iż wysokość żołdu podczas II wojny światowej zależała nie tylko od stopnia i liczby lat służby, ale i pochodzenia. Nawet w sytuacji, gdy w wojskach walczących w Afryce i stacjonujących w koloniach brytyjskich żołnierze o różnym kolorze skóry wykonywali te same obowiązki, tym o „gorszym” pochodzeniu płacono znacznie mniej.

Afrykańczycy byli przymusowo wcielani do brytyjskiego wojska w koloniach, byli też tacy, którzy zgłaszali się na ochotnika. Brali udział m.in. w walkach o Madagaskar przeciwko Francji Vichy czy w morderczych starciach w tropikalnej puszczy na terenie dzisiejszej Myanmy, przeciwko Japończykom. Ale ich życie „cenione” było przeciętnie trzy razy mniej – biały szeregowiec armii brytyjskiej otrzymywał 10 szylingów za miesiąc służby. Czarnoskóry – trzy i pół szylinga. Kaprale dostawali odpowiednio 12 i 4 szylingi. Rasizm i dyskryminacja dotykały również żołnierzy pochodzących z Azji – takim szeregowcom armia brytyjska płaciła 7,5 szylinga za miesiąc służby. Najbardziej porażające różnice obowiązywały w oddziałach wykonujących prace pomocnicze, także na pierwszej linii frontu. Żołd białych w tych jednostkach był nawet pięciokrotnie wyższy.

Po opuszczeniu wojska żołnierze z brytyjskich kolonii otrzymywali tylko jednorazowe wsparcie. Dziś ostatni sędziwi weterani dożywają swoich dni w niepodległych ojczyznach, w przytłaczającej większości w nędzy.

Sekretarz ds. rozwoju międzynarodowego Penny Mordaunt, której podlegają sprawy związane z byłymi brytyjskimi koloniami, potwierdziła już: dokumenty są autentyczne. Nie zdobyła się jednak na przeprosiny ani na wypowiedzenie słowa „rasizm”, stwierdzając jedynie, że w przeszłości faktycznie powszechne były uprzedzenia, które prowadziły do rażących nierówności.

Minister obrony w labourzystowskim gabinecie cieni, Wayne David, domaga się oficjalnych przeprosin ze strony gabinetu, przeprowadzenia starannego dochodzenia oraz naprawienia krzywd – na tyle, na ile to możliwe. – Powinniśmy się wstydzić, że weterani, którzy walczyli za nasz kraj, żyją w ubóstwie – powiedział natomiast filmowcom z „Al-Dżaziry” były głównodowodzący brytyjskich sił zbrojnych gen. Lord Richards. – Mówimy o ludziach, którzy walczyli dla nas w najbardziej przerażających warunkach.

Brytyjskie Ministerstwo Obrony również nie zamierza przepraszać. Jako komentarz wygłosiło okrągłą formułę o tym, jak wiele Wielka Brytania zawdzięcza Afrykanom i Afrykankom, którzy w czasie II wojny światowej dla niej walczyli. – Ich odwaga i poświęcenie znacząco przyczyniły się do zdobycia swobód, które mamy dziś – stwierdzono.

Kto wygrał? Francja czy Afryka?

„Fala rasizmu w Polsce i we Włoszech po zwycięstwie Francji” – artykuł o takim tytule w L’Équipe – najpopularniejszym francuskim dzienniku sportowym , który ukazał się zaraz po zakończeniu rosyjskich mistrzostw świata w piłce nożnej mówił o powodzi pogardliwych epitetów, zalewającej portale społecznościowe w obu krajach. „Małpy z piłką”, „pierwsze zwycięstwo drużyny z Afryki”: na różnych poziomach komunikacji poniżano lub odbierano wygraną Francji, ze względu na kolor skóry i pochodzenie znacznej części graczy. Tymczasem odpowiedź na pytanie, kto wygrał, nie jest taka trudna.

 

W Afryce ładunek emocjonalny twierdzenia o „afrykańskiej drużynie Francji” był odwrotny, panowała raczej duma. Analitycy internetu i mediów odkryli zresztą, że pierwszym krajem na świecie, który użył tego określenia była Burkina Faso, gdzie idee panafrykańskie znajdują wielu zwolenników. Później w niemal wszystkich krajach byłej francuskiej Afryki zachodniej i centralnej prasa oraz internet prześcigały się w podkreślaniu, gdzie tkwią korzenie rodzin francuskich futbolistów. Nie zabrakło też pewnych pretensji, że „Francja wysysa z Afryki, co najlepsze”, ale nawet to, dość paradoksalnie, stanowiło jakby fragment kontynentalnej dumy, pomieszanej z fatalizmem.

We Francji sprawa miała swoją stronę cokolwiek anegdotyczną. Gdy po powrocie do Paryża gracze zostali zaproszeni do Pałacu Elizejskiego na spotkanie z prezydentem, francuski internet obiegły pamiątkowe zdjęcia drużyny z Macronem, na których, mówiono, widać wyraźnie, że czarni futboliści zostali przesunięci do tyłu, by reprezentacja wyglądała bardziej biało. Była to raczej kwestia szerokości ujęcia, ale stała się okazją do przypomnienia tzw. wybielania oddziałów w 1944 r. Jesienią tego roku gen. de Gaulle rozkazał, by francuskie oddziały kolonialne, składające się głównie z czarnych żołnierzy, zastąpić białymi Francuzami z lokalnego ruchu oporu. Chodziło o to, by do wyzwalanych francuskich miejscowości nie wchodzili Afrykanie, którzy o nie walczyli, lecz miejscowi, co miało lepiej wyglądać na zdjęciach. Praktycznie wyglądało to tak, że Afrykanie musieli po prostu oddawać białym swoje mundury, zanim zostali wysłani z powrotem do Afryki bez zaległego żołdu, który zmienił właścicieli wraz z mundurami.

 

Kolonializm w telewizji

Więcej międzynarodowego hałasu zrobiły interwencje rządu francuskiego. Gdy np. Trevor Noah, prowadzący w Stanach Zjednoczonych bardzo popularny program telewizyjny Daily Show, powiedział, że to „Afryka została mistrzem świata”, list protestacyjny wysłał doń ambasador Francji w USA Gérard Araud, by wyjaśniać, że mistrzem jest Francja. Ambasador podkreślił, że tylko dwóch z 23 graczy francuskiej kadry urodziło się za granicą i że „różnorodne pochodzenie reprezentantów odzwierciedla francuską różnorodność”. Tak się złożyło, że Noah nie jest Amerykaninem z urodzenia, pochodzi z RPA i dobrze zna Afrykę. Jego riposta składała się głównie z pytań.

„We Francji skrajna prawica zaprzeczała, że czarni gracze to Francuzi, a czarnoskórzy z całego świata świętowali fakt, że francuscy mistrzowie świata mają pochodzenie afrykańskie. To coś pozytywnego. Dlaczego nie mogliby być Afrykanami i Francuzami jednocześnie? Ambasador uważa, że aby być Francuzem, należy całkowicie zatrzeć swoje pochodzenie?” – pytał Noah i dodał, że „różnorodne pochodzenie reprezentantów” jest raczej odzwierciedleniem francuskiego kolonializmu, niż abstrakcyjnej „różnorodności”. „Wszyscy oni mają coś wspólnego. Można się zastanawiać, dlaczego ich rodziny zaczęły mówić po francusku?” – drążył Noah. To pytanie zostało bez odpowiedzi, więc, by rozstrzygnąć kto ostatecznie wygrał, należałoby przypomnieć kilka słabo znanych faktów.

 

Dlaczego po francusku?

We wszystkich krajach afrykańskich, które były francuskimi koloniami jeszcze w połowie ubiegłego wieku, po prostu naucza się francuszczyzny w szkołach. Powiedzmy, że trzy niepodległe kraje arabskie z północy kontynentu (Maroko, Algieria i Tunezja) to prawie sąsiedzi, więc to raczej logiczne, ale dlaczego powszechnie naucza się francuskiego w 14 innych krajach Afryki, często bardzo dalekich? To nie sentyment do kolonizatora, tylko obowiązek układowy. Kraje te stały się „niepodległe” pod pewnymi warunkami i zobowiązanie do nauczania francuskiego było jednym z nich.
Fala niepodległości krajów afrykańskich z lat 50. i 60. ubiegłego wieku jest zwykle rozumiana dosłownie, jako osiągnięcie niezależności polityczno-gospodarczej, jednak jeśli chodzi o owe 14 post-francuskich krajów, sprawy wyglądają inaczej. Na początku tej fali był kraj, który „niepodległość” rozumiał dosłownie. Była to Gwinea, w 1958 r., która odmówiła dalszego płacenia podatku kolonialnego (zapłaty za infrastrukturę). Ale wtedy Francuzi wynieśli się z kraju niszcząc wszystko, czego nie mogli zabrać ze sobą: szkoły, żłobki, budynki administracji publicznej, biblioteki, samochody, traktory, zabili konie i krowy, spalili zapasy żywności. Reszta krajów dobrze zrozumiała tę lekcję i grzecznie podpisała „układy o współpracy” z dawną metropolią.

 

Zmiana nazwy

Pierwszym warunkiem niepodległości dawnych kolonii francuskich było zachowanie kolonialnej waluty, franka CFA. Skrót ten oznaczał franka Kolonii Francuskich w Afryce, a potem dokładnie te same litery zaczęły oznaczać franka Wspólnoty Finansowej Afryki. Inaczej mówiąc, nowe niepodległe kraje nie miały (i nie mają) prawa do własnej waluty. Owszem, niektóre próbowały się pozbyć kolonialnego franka, ale wtedy natychmiast następowały zamachy stanu kierowane przez Paryż. Do dzisiaj więc są zobowiązane do oddawania 70 proc. swych rezerw walutowych do francuskiego banku centralnego, który na tym dobrze zarabia.

Kurs franka CFA jest na stałe podpięty pod euro, jak kiedyś pod franka francuskiego, co prowadzi kraje Afryki do wiecznego zadłużenia i pozwala Francuzom całkowicie kontrolować gospodarki dawnych kolonii. Wyprowadzanie zysków przez europejskie przedsiębiorstwa jest bajecznie łatwe. Oczywiście ten mechanizm bardzo utrudnia rozwój ubogich krajów Afryki, traktowanych ciągle jako zaplecze surowcowe. Przywódca Libii Muammar Kaddafi próbował zrzucić z Afryki „przekleństwo franka CFA”, ale wiadomo, jak to się skończyło.

Kiedyś prezydent Francji Jacques Chirac zdobył się na szczerość: „Musimy uczciwie powiedzieć, że duża część pieniędzy w naszych bankach pochodzi z eksploatacji kontynentu afrykańskiego”. To ok. 500 miliardów euro rocznie. Bardzo mała część tych pieniędzy wraca do Afryki jako „kredyty pomocowe”. Tak, czy inaczej, Afryka musi płacić.

 

Warunki „niepodległości”

Układy o „współpracy” krajów afrykańskich z dawnym imperium obejmują o wiele więcej niż kolonialną walutę, czy automatyczną konfiskatę rezerw walutowych. Francja ma na przykład zapewnione pierwszeństwo kupna wszelkich nowoodkrytych bogactw naturalnych. Francuskie przedsiębiorstwa mają też pierwszeństwo w dostępie do lokalnych rynków publicznych. Np. w Wybrzeżu Kości Słoniowej francuskie firmy posiadają dosłownie wszystkie usługi publiczne: dystrybucję wody, elektryczność, komunikację telefoniczną, transport, porty i większe banki.
Kto tego pilnuje? Oprócz układów o „współpracy” gospodarczej, każdy kraj, który miał być niepodległy, musiał podpisać układy o „wspólnej obronie”, które dają Francji prawo trzymania swych wojsk, gdzie chce i interweniowania zawsze, gdy jej interesy są zagrożone. Układy te przewidują też, że wyższymi oficerami afrykańskich armii mogą zostać jedynie wojskowi wykształceni we Francji. Dawna metropolia ma również wyłączność na zaopatrzenie Afrykanów w ekwipunek wojskowy. „Niepodległe” kraje mogą zawierać militarne sojusze tylko za zezwoleniem Paryża. W końcu są zobowiązane do pomocy Francji w sytuacji kryzysu światowego. Innymi słowy, w razie wielkiej wojny afrykańscy żołnierze znowu musieliby wyzwalać Francję, zupełnie jak w 1944 r.

 

Nienawiść rasowa

Francuskie rozdrażnienie po mistrzostwach dotknęło też Nicolasa Maduro, prezydenta Wenezueli. Zadeklarował on, że „drużyna Francji była podobna do ekipy Afryki. Tak naprawdę wygrała Afryka, afrykańscy imigranci, którzy przybyli do Francji (…). Afryka była tak pogardzana w czasie tego Mundialu, tymczasem Francja wygrała dzięki afrykańskim graczom i synom Afrykanów”, nie omieszkał też wytknąć Europie rasizmu. Szef centro-prawicowej partii UDI Jean-Christophe Lagarde zapowiedział wtedy złożenie skargi na Maduro w prokuraturze, żądając ścigania go za „propagowanie nienawiści rasowej”, a w radiu oświadczył, że należy nań „nasrać”.

14 na 23 francuskich graczy, którzy zdobyli mistrzostwo świata w Rosji, ma pochodzenie afrykańskie. Pascal Boniface, znany politolog zajmujący się m.in. geopolityką futbolu, uważa, że „afrykańska” drużyna Francji to reprezentacja dawnego imperium kolonialnego, które „zachowało ścisłe związki z byłymi koloniami”. „Jest odbiciem pewnej historii, a dzisiaj lustrem przedmieść”. W dniu celebracji mistrzostwa władze Paryża pozamykały skrajne stacje metra, by ograniczyć obecność młodzieży z przedmieść w tłumie świętującym na Polach Elizejskich.