Bigos tygodniowy

Konrad Fijołek wygrał w pierwszej turze wybory na prezydenta Rzeszowa. Nie, ten fakt należy odnotować w inny sposób. Kandydat zjednoczonej opozycji zmiażdżył nie tylko kandydatkę PiS, ale uzyskał lepszy wynik niż cała trójka prawicowych rywali razem wziętych. PiS przegrało wręcz sromotnie. Jeśli siły opozycji nie wyciągną z tego faktu należytych wniosków w kontekście przyszłych wyborów parlamentarnych, to będzie dla kraju dramatyczne w skutkach. Bigos jest „od zawsze” konsekwentnym patriotą Lewicy, ale będzie od niej oczekiwał, by los kraju przedłożyła ponad interes partyjny. Kandydatka PiS Leniart pogratulowała zwycięzcy i wyraziła mu współczucie. Nic dziwnego, nietrudno sobie wyobrazić z jaką zaciekłością będzie się teraz PiS mścić na Rzeszowie za to upokorzenie.


Widzę wielką przyszłość przed katolicką misją Czarnka Przemysława. Umieszczenie na listach lektur szkolnych dzieł Jana Pawła II zdecydowanie wpłynie na moralność młodzieży. Pod wpływem lektury „Pamięci i tożsamości” uczniowie przestaną używać wulgaryzmów, palić papierosy, pić alkohol i wciągać to i owo do nosa. A także pieprzyć się przed ślubem. Zamiast pleść byle co, młodzież będzie się duchowo ubogacać analizując w grupach i podgrupach myśli Wielkiego JP II. Był kiedyś, w czasach Królestwa Polskiego minister Oświecenia Publicznego, niejaki Stanisław Grabowski, którego głos ulicy obwołał ministrem „ociemnienia publicznego”. Czarnek ze swoimi poglądami jest drugim w historii Polski godnym tego miana. Jeśli chcecie wiedzieć, jak wygląda tzw. czarna reakcja, patrzcie na Czarnka, który jest jej uosobieniem.


„Większość Episkopatu oraz polityków rzekomej prawicy – bo nie jest to żadna prawica o konserwatywnym zakroju, tylko bezczelni arywiści – mówi tą samą ideologiczną i represyjną grypserą” – powiedział religioznawca, profesor Zbigniew Mikołejko. Nic dodać, nić ująć, a najtrafniejsze i najistotniejsze jest tu słowo „grypsera” .


„To pojęcie – arogancja władzy – zostało wymyślone za Gierka, ale ówcześni decydenci byli w porównaniu z obecnymi niebywale powściągliwi i skromni. Nie patrzyli nam prosto w oczy, mówiąc: „A co nam zrobicie” – powiedział inny komentator sytuacji politycznej w Polsce.


„5 byłych polskich lewackich premierów razem z Niemcami, klęczy w UE na gardle Polski symbolicznie pomagając im znieść szlaban na naszej granicy. Żebrzą o zabicie Polski, Polaków, polskości” – oświadczyła na twitterze Pawłowicz Krystyna. Brak informacji czy uczyniła to w trakcie konsumpcji sałatki z plastikowego pojemnika.


Jeden z katolickich fanatyków z portalu PCh 24.pl nazwał księży przestrzegających reżimu sanitarnego w kościołach księżmi „sanitaryjnymi”, wysługującymi się ideologii „sanitaryzmu”. I pomyśleć, że takie jak on bałwany wierzą w boga, którego nigdy nie widziały na oczy, ale nie wierzy w wirusa zidentyfikowanego przez naukę, który zabija ludzi.


Biskupi zawierzyli Polskę Najświętszemu Sercu Jezusa. Ale kasa oczywiście jest najważniejsza.


Pastor z Lublina został nieprawomocnie skazany za obrazę Dumonia. Nazwał go m.in. „jełopem skończonym” i „agentem śpiochem”. Pastor został też skazany za „obrazę uczuć religijnej” za użycie sformułowania „katolicka zidiociała Polska” i za nazwanie Kościoła katolickiego w Polsce „wielką prostytutką” i za stwierdzenie, że „katolik odmawia różaniec jak małpa”. A czyż to nie święta prawda? Katolski terror religijny trwa. Wydaje się, że w tej sprawie skazany pastor najlepiej zrobi gdy będzie apelował, a później – jeśli wyrok zostanie podtrzymany przez sąd wyższej instancji – odwoła się do Strasburga. Bigos się nie zdziwi jak pastor uzyska sute odszkodowanie, od Polski czyli od nas wszystkich.


Duda, który utracił Wujaszka Donalda, mógł się tylko oblizać, widząc jak następca Wujaszka, Mr Joe, spotyka się z ważnymi przywódcami, w tym szefami krajów Pribałtyki. Jak doniósł niejaki Szczerski, Biden miał się jednak spotkać z Dudą w kuluarach obrad NATO. Bigos czeka zatem na oficjalny komunikat strony amerykańskiej odnośnie tego krótkiego i nieplanowanego wcześniej spotkania.


W Unii Europejskiej narasta nacisk by wreszcie poważnie potraktować regułę wiążącą prawo do otrzymywania funduszy europejskich z przestrzeganiem praworządności. Także list Ridiera Reyndersa do rządu PiS, aby wycofano wniosek Matousza do Trybunału Przyłębskiej z pytaniem o stwierdzenie, co jest nadrzędne, polskie prawo wewnętrzne czy prawo unijne, może świadczyć o tym, że władze UE coraz bardziej tracą cierpliwość.


Po odrzuceniu wniosku o uchylenie immunitetu sędzi Beacie Morowiec, tzw. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego tym samym przywróciła ją do orzekania. Spotkało się to z gwałtowną i wysoce niestosowną reakcją Ziobra, który nazwał ów wyrok „zawstydzającym” i wezwał do zapamiętania nazwisk dwóch sędziów, którzy w sprawie decydowali na korzyść Morawiec. Hipoteza Bigosu co do przyczyn tej decyzji jest taka, że członkowie rzeczonej Izby boją się tego, co może stać się z nimi, jeśli obecni ich mocodawcy utracą władzę. Natomiast sami mocodawcy nic im obecnie nie mogą zrobić, więc kalkulacja jest oczywista. W obronie rzeczonych członków ID przed Ziobrem wystąpiła prezes SN Manowska. Adam Bodnar nazwał to co prawda „kłótnią w rodzinie”, ale faktem jest że tego rodzaju spięcia „rozhermetyzowują” rządzący układ. Tak czy inaczej, stworzyło to kolejną rysę na sztandarowym pisowskim planie „reformy sądownictwa”.


Porucznik Karnowski (mniejsza o to który) zapluwając się (jak to on) z propisowskiej, służalczej, propagandowej gorliwości opowiadał w TVPiS jak to dotrzymująca słowa jest władza PiS. Mówił to w nawiązaniu do „porozumienia programowego” między Kaczyńskim a Kukizem. Przywołajmy więc tylko trzy pierwsze z brzegu dowody wiarygodności i prawdomówności PiS-iorstwa. Nałogowy łgarz Matousz obiecywał już m.in. milion aut elektrycznych, sto tysięcy mieszkań i mnóstwo dronów. Aut nie ma, mieszkań też, a po drony Dumoń wybrał się do tyrana Erdogana. Bigos już widzi oczyma wyobraźni jak Kukiz za rok-dwa ogłasza na konferencji wyborczej, że zrywa porozumienie z wiarołomcami.

Rzeszów za Fijołkiem

W wyborach na prezydenta Rzeszowa wygrałby popierany przez opozycję Konrad Fijołek z rezultatem 41,9 proc. – wynika z sondażu IBRiS dla Radia Zet. Do II tury weszłaby kandydatka PiS Ewa Leniart z 24 proc. poparcia.

Jak wynika z opublikowanego w niedzielę sondażu IBRiS, jeżeli wybory na prezydenta Rzeszowa odbyłyby się dzisiaj, najwięcej głosów otrzymałby Konrad Fijołek, którego popiera Koalicja Obywatelska, Lewica, PSL i Polska 2050. Na samorządowca swój głos oddałoby 41,9 proc. badanych. Z kolei na kandydatkę Prawa i Sprawiedliwości, wojewodę podkarpackiego Ewę Leniart chciałoby głosować 24 proc.

Do drugiej tury nie wszedłby polityk Solidarnej Polski, wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł, któremu poparcia udzielił ustępujący prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc. Na Warchoła swój głos oddałoby 16,6 proc. respondentów. Czwarte miejsce w wyścigu zająłby poseł Konfederacji Grzegorz Braun, który w sondażu cieszy się poparciem na poziomie 11,2 proc. 6,4 proc. badanych mieszkańców Rzeszowa nie wie, na kogo odda głos.

Z sondażu wynika, że rzeszowianie są zainteresowani wzięciem udziału w wyborach. „Zdecydowanie” weźmie w nich udział 42,5 proc. pytanych, a „raczej tak” – 17,3 proc. Wybory zaplanowano na 9 maja, jednak ze względu na sytuację pandemiczną mogą zostać przełożone. Generalny Inspektor Sanitarny sugeruje koniec czerwca.

Lewica popiera Konrada Fijołka

– Gorąco apeluję tak do wszystkich swoich wyborców, jak i do wszystkich rzeszowian żeby oddawali swój głos na Konrada Fijołka, bo ten jest gwarantem rozwoju miasta. Ono naprawdę leży mu na sercu – powiedział „Dziennikowi Trybuna” poseł Wiesław Buż, były radny Rzeszowa i szef struktur SLD w województwie podkarpackim, obecnie reprezentujący region i Lewicę w Sejmie.

Doświadczony samorządowiec, a obecnie parlamentarzysta nie miał wątpliwości, że obecny wiceprzewodniczący rzeszowskiej rady miejskiej to najlepszy kandydat na następcę Tadeusza Ferenca w ratuszu. To nie przywieziony w teczce działacz, który nie ma pojęcia o realiach terenu, gdzie przyszło mu działać, a człowiek urodzony i wykształcony na miejscu.
– To kandydat wszechstronnie przygotowany do pełnienia urzędu, pokazał to na stanowiskach które zajmował w radzie miejskiej – powiedział nam poseł Buż. – Zawsze dobrze nam się współpracowało, np. przy projektach związanych z wdrażaniem budżetu obywatelskiego czy tych dotyczących edukacji. Konrad Fijołek to lokalny polityk profesjonalny i wszechstronny, który nie musi uczyć się zarządzać ani„uczyć się miasta”. On je po prostu zna i żyje jego sprawami – podkreślił Wiesław Buż.

Poseł nie miał również wątpliwości, że głosowanie na Konrada Fijołka nie oznacza dla wyborcy o lewicowych przekonaniach żadnego „mniejszego zła”. Zaznaczył, że kandydat na prezydenta niejednokrotnie zajmował stanowisko bliskie poglądom lewicowym, nie zaprzeczał im. Ponadto jego zaangażowanie w rozwijanie i unowocześnianie Rzeszowa, czyli sprawy bliskie lewicowej polityce miejskiej to nie banał. – On doskonale pasuje do hasła „:Rzeszów – stolica innowacji” – nie miał wątpliwości rzeszowski poseł Lewicy.

Innego rodzaju rekomendację Konradowi Fijołkowi wystawił także Włodzimierz Czarzasty. – To człowiek, który w sprawie Rzeszowa zjednoczył opozycję. To człowiek, który wygra te wybory – oznajmił Czarzasty na konferencji, podczas której poinformowano o poparciu Fijołka ze strony całej opozycji.

Rzeszów będzie symbolem nowoczesności

– W czasach prezydenta Tadeusza Ferenca nadrobiliśmy zapóźnienia infrastrukturalne – teraz czas na inwestycje w jakość życia – mówi Konrad Fijołek, kandydat na prezydenta Rzeszowa, wiceprzewodniczący rzeszowskiej rady miejskiej, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat.

Kandyduje Pan na prezydenta Rzeszowa z poparciem zarówno Lewicy, jak i Koalicji Obywatelskiej, PSL oraz Polski 2050. Można powiedzieć, że powstała – chociaż na chwilę – ta zjednoczona opozycja, o której mówi się od dawna. Dlaczego udało się to właśnie w Rzeszowie?

Być może w Rzeszowie było łatwiej o takie porozumienie, bo sytuacja polityczna opozycji w mieście, jak i na całym Podkarpaciu, jest szczególna, trudniejsza. Jest to również efekt znaczenia, jakie ma Rzeszów jako stolica województwa.

Podkarpacie to bastion prawicy, teren, gdzie PiS odniósł szereg zwycięstw. Z czego to wynika i czy da się to zmienić?

Nie do końca moją rolą jest dokonywanie analizy politycznej całego regionu, chociaż mam na ten temat swoją koncepcję, pisałem na ten temat pracę magisterską. Myślę, że na Rzeszów należy patrzeć inaczej niż na całe Podkarpacie. Jest to miasto, które w ostatnich latach przeszło ogromne przeobrażenia: w krajobrazie, w sferze gospodarczej, w strukturze społecznej – nastąpił znaczny napływ nowych mieszkańców. Jest to miasto, które aspiruje do bycia ośrodkiem na poziomie i zasadach europejskich. W związku z tym różnica między Rzeszowem a regionem jest wyraźna. Na Podkarpaciu zdecydowanie wygrywa PiS – w Rzeszowie sytuacja opozycji jest nieco lepsza, chociaż też nie bardzo dobra. Rzeszów specyficzny jest także w tym wymiarze, że w samorządzie bardziej liczy się lokalność, bycie stąd, niż barwy polityczne.

We współczesnej Polsce jednak siłą rzeczy nawet wybory prezydenta miasta wojewódzkiego, w których rywalizuje kandydat wspierany przez opozycję z kandydatami prawicowymi nabierają politycznego kolorytu. Jaki jest pana pomysł na pokonanie konkurentów – bo będzie miał pan przeciwko sobie kilkoro reprezentantów prawicy: Ewę Leniart z PiS, kandydata Porozumienia, Marcina Warchoła z Solidarnej Polski? Jak Pan dotrze do wyborców niezdecydowanych, których głosy mogą przeważyć?

Zamierzam podkreślać, że jestem samorządowcem, rzeszowianinem, znam doskonale realia miasta. Nie będę akcentował, że jestem z opozycji, tylko że wiem, jak pracować w samorządzie i rozwiązywać problemy, które powstają na tym poziomie. Pokażę, że nie jestem politykiem, w odróżnieniu od moich rywali, którzy są właśnie politykami partyjnymi czy rządowymi, warszawskimi. To będzie klucz do serc wyborców, którzy chcą wskazać prawdziwego gospodarza miasta.

Wspomniał pan, że Rzeszów przez ostatnie dziesięciolecia bardzo się zmienił. Na czym te przemiany dokładnie polegały?

Miasto Rzeszów może być pozytywnym symbolem zmian w ostatnim trzydziestoleciu. Ze wszystkich politycznych i społecznych zawirowań tamtych lat nasze miasto wyszło obronną ręką. Z miasta zaniedbanego i zapyziałego przeobraził się w dynamicznie rozwijający się, estetyczny i elegancki ośrodek. Dobrze się tu żyje, rośnie liczba zakładów usługowych i przemysłowych, rozwija się ośrodek przemysłu lotniczego, przemysł informatyczny, więc pozytywne zmiany zachodzą też na lokalnym rynku pracy. Jeśli spojrzeć na wskaźnik dynamiki wzrostu PKB na mieszkańca – dynamikę, nie wielkość, wiadomo, że wielkością nie możemy się równać z wielkimi miastami – to Rzeszów jest w ogólnopolskiej czołówce. Staliśmy się dynamicznym miastem średniej wielkości, na które patrzą z uznaniem także inne samorządy, a mieszkańcy są z niego dumni.

Nie można mówić o tych wszystkich zmianach bez wspomnienia odchodzącego prezydenta Tadeusza Ferenca, którego jest pan wieloletnim współpracownikiem. Jak pan ocenia tę postać i te lata wspólnej pracy?

Faktycznie współpracowałem z Tadeuszem Ferencem od samego początku – osiemnaście lat w radzie miasta, łącznie ponad dwadzieścia. W tym okresie prezydent Ferenc zrobił z małego miasta miasto porządne. Powiększył je, sprawił, że nadrobiliśmy wszystkie zapóźnienia infrastrukturalne. Obecnie mamy pełną infrastrukturę miejską i dobrą sieć drogową, a prezydent sprzyjał inwestycjom, czasem wręcz przyspieszał czas powstawania nowych inwestycji. Rządził twardą ręką, ale skutecznie.

To skąd decyzja Tadeusza Ferenca, by wskazać jako kontynuatora swojej pracy w Rzeszowie Marcina Warchoła, który jest politykiem i prawnikiem, ale nie samorządowcem?

Myślę, że u podłoża tej decyzji leżała obietnica, że rzeszowski zamek Lubomirskich, który obecnie należy do Ministerstwa Sprawiedliwości i jest siedzibą sądów, zostanie przekazany miastu. Obiecano, że sąd przeniesie się do nowej, zbudowanej od podstaw siedziby, a zamek będzie mógł służyć mieszkańcom. Tadeuszowi Ferencowi zależało, by do swoich osiągnięć dołożyć taką perłę w koronie.

Nie była to zresztą jedyna rzecz, którą obiecano prezydentowi. Ja jednak jestem przekonany, że to wszystko marketingowa wydmuszka. Prezydent uległ złudzeniom, fałszywym zapowiedziom.

Marcin Warchoł nie byłby dobrym prezydentem?

Ja jestem przekonany, że nie byłby i sądzę, że rzeszowianie też coraz bardziej to czują. Polityk należący do awangardy politycznej Zjednoczonej Prawicy, który firmował najważniejsze zmiany, łamiące zasady demokracji, polityk, który przykładał m.in. rękę do niszczenia samorządów. To działacz z Warszawy, nie z Rzeszowa, który teraz próbuje opakować się w inny papierek marketingowy. Różne chwyty marketingowe w życiu widziałem, ale ten jest wyjątkowo niewiarygodny: polityk, który ma na bakier z demokracją, próbuje sprzedać się jako samorządowiec kochający to miasto!

To wróćmy do pana programu – samorządowego. Zasiada pan w radzie miejskiej w klubie Rozwój Rzeszowa. Pana współpracownicy z tego klubu piszą, że ma pan wizję nowoczesnego miasta. Czym dokładnie jest ta nowoczesność, jakie kierunki rozwoju uważa pan za priorytetowe?

Od kilku lat propaguję ideę miasta nowoczesnego czy też inteligentnego lub smart city. Miasta, które korzysta ze wszystkich najnowszych osiągnięć technologicznych, ale robi to po to, żeby poprawiać jakość życia mieszkańców. Żeby być miastem bardziej przyjaznym w dzisiejszym niełatwym, pędzącym świecie.

Epoka dynamicznego wzrostu w Rzeszowie, o której mówiliśmy, wygenerowała też pewne problemy i ich rozwiązanie siłą rzeczy będzie moim priorytetem. Pierwszy z tych problemów to chaos przestrzenny, który nam się wkradł i musi zostać uporządkowany. To będzie baza nowego rozwoju. Chcę też konstytucji miasta na miarę XXI w. Będę dbał o równowagę między zabudową, rekreacją, rozwojem gospodarczym a jakością życia. Jakość życia to kolejny filar mojego programu. Chodzi o przesunięcie ciężaru inwestycyjnego z infrastruktury na inwestycje robione dla człowieka. Punkt ciężkości przy wydatkowaniu środków będzie przeniesiony na edukację, szeroko rozumiane możliwości wypoczynku i rekreacji w mieście, ofertę kulturalną, to wszystko, co czyni życie w mieście nieco przyjemniejszym.

Jak przekonywać młodzież, że Rzeszów będzie naprawdę dobrym miejscem do życia, że warto wiązać z nim swoją przyszłość, zamiast uciekać do większych miast?

Częściowo to już się dzieje, za sprawą rozwoju przemysłu lotniczego, do którego powoli dołącza także przemysł kosmiczny, czyli gałęzie wysokotechnologiczne, które dają dobrze wykształconej kadrze inżynierskiej możliwość realizowania się w zawodzie i satysfakcjonującego zarobku. Udało nam się przyciągać takie osoby. Szanse na dobrą pracę w tych zakładach, które powstają w Rzeszowie, mają również osoby o średnich kwalifikacjach. Co prawda przemysł lotniczy poniósł znaczne straty w wyniku pandemii, ale kiedy ona się skończy, powinien wrócić do dynamicznego rozwoju. Jesteśmy ważnym ośrodkiem przemysłu IT.

Rzeszów jest też dobrze skomunikowany ze światem – ma autostradę i lotnisko. Można tu mieszkać, korzystając ze wszystkich atutów życia w dużym mieście, a zarazem nie cierpiąc z powodu największych uciążliwości, jakie pociąga za sobą życie w mieście bardzo dużym. W Rzeszowie, aby pójść do parku, wystarczy dziesięć minut, do wyjazdu do lasu albo w plener – 20-25 minut. Żyje się przyjemnie, a można pracować w bardzo ambitnych projektach. To jest pomysł na to miasto, pod warunkiem, że będziemy inwestować w kapitał ludzki i jakość życia.

Rzeszów to miasto położone blisko granicy, historycznie wielokulturowe i wieloetniczne. To również określone pola i możliwości rozwoju – w jaki sposób miasto je wykorzysta?

Oczywiście, Rzeszów historycznie był przestrzenią spotkania wschodu i zachodu, miał też widoczną społeczność żydowską. Kultury przenikały się nawzajem. Dziś jesteśmy ostatnim miastem wojewódzkim przed granicą Unii Europejskiej, więc to spotkanie zachodu i wschodu, ale też północy i południa ponownie ma miejsce. Mam też wrażenie, że codzienna wielokulturowość również powraca – mamy coraz liczniejszą społeczność ukraińską, ale też osoby przybyłe z jeszcze dalej położonych krajów na wschodzie. Mamy specjalistów i pracowników różnych narodowości, którzy podejmują u nas pracę w przemyśle lotniczym. Otwartość, tolerancja, przygotowanie miasta do tego, by znowu stało się wieloetniczne, to jedno z ważniejszych zadań na najbliższe lata. I znowu – to jest zadanie dla kogoś, kto jest osobą otwartą i zna tutejsze realia, a nie przyjeżdża z nadania politycznego.

Pandemia bardzo boleśnie uderzyła w samorządy w całej Polsce. Jak jest pod tym względem w Rzeszowie?

Nie może być inaczej – również ponieśliśmy straty. Do tego polski rząd osłabił samorządy, jeszcze zanim wybuchła pandemia. Odebrał im niektóre kompetencje, ale przede wszystkim odebrał im pieniądze, niektóre dochody. Kiedy ogłosił podwyżki dla nauczycieli, sfinansował je tylko w połowie. Pozostałą część musiało pokryć miasto. Za sprawą wszystkich działań rządu, uderzających w samorządu, Rzeszów został oskubany na dobre 100 milionów.

W pandemii samorządy znowu straciły dochody, bo m.in. przyznały szereg ulg przedsiębiorcom. Tracimy na lockdownach, zmniejszonym ruchu społecznym, pustych ulicach, zamkniętych hotelach, restauracjach czy kinach. Do tego Podkarpacie ucierpiało bardzo poważnie, mamy chyba najwyższy w Polsce wzrost wskaźnika umieralności. Z perspektywy Rzeszowa widać, jak rząd nie radzi sobie z zarządzaniem sytuacją kryzysową. Nawet jeśli my jako miasto nie jesteśmy w najgorszej sytuacji – oczywiście musimy działać skromniej, ale staramy się utrzymać inwestycje na odpowiednim poziomie. To będzie też moja polityka: dążenie do tego, by inwestycje pozostały i były kołem zamachowym, a nie, by dodatkowo wyhamowywać gospodarkę.

Nawet mimo pandemii i tych strat Rzeszów może za kilka-kilkanaście lat zostać tym nowoczesnym i przyjaznym smart city, o którym pan wspominał?

Może właśnie szczególnie dzięki temu mógłby się nim stać? Kryzysy i kłopoty skłaniają do szukania efektywnych rozwiązań, które pozwalają automatyzować pewne procesy, zaoszczędzić część środków, a technologię wykorzystywać do lepszego zarządzania. Aby jednak móc to robić, trzeba mieć wiedzę, know-how, pojęcie, jak to zaimplementować w administracji.

Jako wieloletni samorządowiec, być może przyszły prezydent miasta – co trwałego chce pan po sobie pozostawić?

Odpowiem, nawiązując do przykładu innego miasta. Też w Europie, też położonego peryferyjnie i na kontynencie, i w swoim kraju, też mającego w swojej historii czasy kryzysów. Mam na myśli Bilbao w Hiszpanii, jego Muzeum Guggenheima i zbudowanie wokół niego całej filozofii rozwojowej czy też filozofii marki. Marzy mi się, żeby w najbliższych czasach podobną drogę przeszedł Rzeszów. W czasach prezydenta Ferenca nadrobiliśmy zapóźnienia infrastrukturalne – czas na rozwój 2.0, czas stać się wzorem nowoczesności. Jej symbolem może być nasz przemysł lotniczy czy po prostu miasto jako całość. Kompaktowy, nowoczesny ośrodek, w którym można realizować się w branży najnowszej generacji i równocześnie po prostu dobrze żyć.