Obsrany ogródek człowieczeństwa

  • Bozia poskąpiła mi talentu trzepania włosami i suszenia zębów, z zacięciem perszerona na dopingu – mówi pisarka Izabela Szolc w wywiadzie z Tomaszem Borowieckim.

Pewna recenzentka napisała o pierwszym tomie „Brudnej trylogii”- „Zemsta to za mało”, że „ta książka to za dużo”. Co ty na to?
Napisała też, że zareagowała na moją powieść jak na powieść Irvina Welsh’a „Trainspotting”. Uwierz, że jak to przeczytałam, to obiegłam swój czternastometrowy pokój, nucąc motyw z „Rydwanów Ognia” Vangelis. Wcześniej porównywano moje pisanie do Chucka Palahniuka, teraz Welsh…
Tak zaś generalnie jeśli recenzenci postanowili mi zafundować przejażdżkę na stercie gówna, jak nie przymierzając reymontowskiej Jagnie, to ja zamierzam umościć się na tym gównie jak Enzo Ferrari w Gestione Sportiva.
Drugi tom „Brudnej trylogii”- „Kara to nie wszystko” ma na okładce ostrzeżenie „Tylko dla dorosłych”…
A trzeci pewnie będzie zafoliowany. Ale tak naprawdę te książki nie negatywnych emocji dlatego, że są w nich sceny erotyczne i bluzgi. Tu już sobie nie żartujmy… Te książki mówią, że fotel, plazma, piwo z marketu i obsrany ogródek nie wystarczają do tego, aby poczuć się człowiekiem. Że za wszystko „daje się i odbiera” na Ziemi. Że życie może mieć rewelacyjne godziny i lepiej żeby tak było, bo na Niebo nikt się nie doczeka, niewiadomo ile czasu spędzałby pod krzyżem… Nie zdawałam sobie sprawy, że pisanie bez grama hipokryzji może ludzi tak zaboleć. Jak i nie zdawałam sobie sprawy, że jeszcze przed reformami edukacyjnymi znajomość literatury u niektórych czytelników trze mordą o beton. Zero pojęcia o tym co to jest stylizacja, antybohater, konstruowanie poprzez łamanie zasad chronologii i ostre cięcia w akcji. Null.
Naprawdę, nie zdawałam sobie sprawy jakie szkody poczyniła komercjalizacja powieści i uproszczenia w samych tekstach. Owszem pamiętam dawne rozmowy w niektórych wydawnictwach, „kuluarowe”: potrzebujemy literackiego hamburgera. Teraz sami pisarze chwalą się, że napisali „hamburgera”. A w kuluarach mówi się już: „jak pisać dla tych jamochłonów, żeby nakłady były wyższe”? Nigdy nie potraktowałabym żadnego czytelnika jak „jamochłona”, bo spaliłabym się ze wstydu, a przecież generalnie do wstydliwych nie należę. Ale papka dla mózgu, to nie jest mój problem. Ja stawiam sprawę jasno: serwuję Państwu anchois z lekkim posmakiem cipki.
Podobno to są książki pisane gniewem?
Bo i są. Ale tak naprawdę, kiedy się rozglądam- często bezradnie, często przerażona, nawet ja- to powoli zadaję sobie pytanie: „czy naprawdę mi warto ginąć za Gdańsk?” Z udzieleniem sobie samej odpowiedzi poczekam gdzieś do menopauzy. Czyli raczej wcześniej niż później.
Wydajesz się być strasznie trudnym człowiekiem…?
Nieprawda! Piszę trudne książki, więc muszę być łatwa. Dla równowagi.
Coś ty! Kłamię ci. Jestem cholernie trudna. Trudna, wkurzona i wkurzająca, to także. Ale jaka mam być jak żyje w świecie, w którym wciąż łapie się mustangi i przerabia na karmę dla psów? A przenosząc to na szersze pole, to prawdziwy problem zaczyna się, kiedy nie wiesz czy jesteś mustangiem czy psem. I która wersja jest bardziej przerażająca.
Zagraniczny czytelnik przyjmuje cię lepiej niż rodzimy?
Zagraniczny czytelnik- niemiecki i australijski- przyjmuje mnie doskonale! Miałam jedną zła recenzję z „Ein stiller Morder” i napisała ją… Polka. Inni rozpisywali się o „małym klejnocie z Warszawy”, „szwedzkim kryminalne napisanym po polsku” i przyrównywali moją robotę do pracy Sjowall & Wahloo. W Berlinie na spotkanie ze mną bilety były wyprzedane z dwutygodniowym wyprzedzeniem, a i tak trzeba było dostawiać krzesła. Sterta książek zaś topniała w oczach… Żyję w dwóch światach i średnio mi się to podoba,
Zamierzasz wyjechać?
Jeśli już, kiedykolwiek, to ze względu na politykę, a nie na krytykę. Bozia poskąpiła mi talentu trzepania włosami i suszenia zębów, z zacięciem perszerona na dopingu. Pisarze stracili swoją osobistą wolność, na rzecz popularności wśród czytelników, którzy oczekują, że będą głaskani, ale w gruncie rzeczy są dymani. Obie strony przegrywają. Ale gdyby policzyć: to ilu mamy pisarzy i ilu czytelników? Mało. A tych autorów komercyjnych? Garstkę. I ta garstka pojęła zasady. Chapeau bas!
Ale policjantów, prokuratorów, nauczycieli, lekarzy, wojskowych, dziennikarzy, polityków tych już jest znaczna ilość. Jeśli tylko ich część zacznie pląsać do Horst-Wessel-Lied, to mamy przejebane. I wtedy trzeba ściągać z szafy walizkę.
Ale nie wmówisz mi, że masz tylko złe recenzje w Polsce?
To ty zacząłeś od „złych” recenzji i poznałeś moje stanowisko na ten temat i temat rynku wydawniczego. Oczywiście, że są też dobre recenzje, które pokazują mi, że jeśli trafiłam na otwartego czy jak wolisz dojrzałego czytelnika (i nie chodzi mi tutaj o metrykę), to mogę przyjąć praca mi się udała. Ludzie z szerszymi horyzontami, wrażliwsi, a może po prostu twardsi czy wszystko razem do kupy, rozczytują tomy jako opowieść o głębokich traumach, społecznych uwikłaniach i mają świadomość, że wyciągam brudy, które tradycja nakazuje prać w domu. Dotykam rzeczy o których się nie mówi i nie pisze, dlatego doceniam odwagę takich recenzentek i recenzentów. Mam zwrotki informacyjne, że „Zemsta to za mało” krąży w grupach siostrzeńskich. Czytelniczki przekazują powieść szwagierkom, siostrom, kuzynkom, przyjaciółką, na zasadzie: myślę, że powinnaś to przeczytać.
Inną sprawą jest to, że jest to książka napisana przez kobietę. Już tłumaczę: spotkałam się z porównaniami, że ta książka przełamuje tabu, które dobrych kilka lat temu przełamał w Szwecji Stieg Larsson. Tyle, że i to też mi powiedziano, kiedy mężczyzna opisuje brutalny heteroseksualny gwałt, poniżenie i wykorzystanie seksualne, to czytelnik na dyskomfort, który mu się pojawia, może nakleić plaster z napisem licentia poetica. U mnie takiego plastra nie ma. Bo nie jestem mężczyzną.
Naprawdę jest tak trudno być teraz w Polsce kobietą?
Naprawdę. I wiem, że niektórzy Twoi czytelnicy się zjeżą czytając moją wypowiedź. Ale powiedz mi jak ja mam się czuć, kiedy docierają do mnie słowa ministra Czarnka o edukacji kobiet? Fakt, że jakiś czas temu Czarnek skomentował wypowiedź swojego doradcy Skrzydlewskiego, pozwól, że sięgnę do oryginału: „Pan profesor Skrzydlewski to wybitny filozof mówiący szczerą prawdę i jeśli ktoś się podśmiewa z tego, że dziewczęta powinny być wrażliwe na cnoty niewieście, to ja się zapytam: na jakie mają być wrażliwe? Na męskie? No, niektórzy mogliby chcieć takich rzeczy, ale my genderowcami nie jesteśmy.” To może należałoby przypomnieć „wybitnemu” ministrowi i równie „wybitnemu” filozofowi, że cnoty płci nie mają. A ja ani pokory, hojności, czystości, miłości, umiarkowania, cierpliwości, gorliwości i pracowitości nie widzę u tych panów. A co do cnót kardynalnych czyli roztropności, cierpliwości, umiarkowania i męstwa, to ja bym ich nie zobaczyła w tych gościach nawet jakbym uzbroiła oko w mikroskop elektronowy. Cnót teologalnych czyli – upraszczając – nadanych z mocy Boga, a nie wypracowanych nie będę się nawet doszukiwać, bo to by była piłka podkręcana, niech chłopcy mają fory… Tym razem.
Czego nowego dowiedziałaś się o mężczyznach, w trakcie pracy nad „Brudną trylogią”?
W trakcie pracy nad trylogią i przez ostatnie dwa lata z kawałkiem, które były dla mnie niezwykle trudne, przekonałam się, że w gruncie rzeczy mężczyźni są wobec siebie szczerzy. Nie ciesz się tak bardzo, powiem ci o jaki rodzaj szczerości mi chodzi… Otóż jak słyszę od mężczyzny, a jeszcze to jest jaskrawsze jak słyszę to od kilku mężczyzn, że pewien facet jest „chujem na kaczych łapach”, to mam pewność, że on tym chujem jest.
W pierwszym tomie piszesz o dzieciobójstwie, gwałtach i bezradności policji. W drugim o przemocy wobec kobiet, morderczej przemocy i korupcji w organach ścigania?
Tak. I bronię dzieciobójczyni. Bo system nie działa. I mówię czym jest gwałt dla kobiety. I piszę o notorycznym oskarżaniu ofiar. I o tym, że przemoc w Polsce na poziomie podstawowej grupy społecznej jaką stanowi tradycyjna rodzina jest tak silna, że wypieramy świadomość o tym zjawisku z gwałtowną brutalnością. Zmasowaną brutalnością skierowaną wobec ludzi, którzy chcą, a nawet jeśli nie chcą to muszą ją ujawnić.
A ty musiałaś ujawnić kiedyś przemoc, która dotknęła Ciebie?
Próbowałam, ale psu na budę mi to dało. Nie zagrywasz z reżyserem filmowym, który ci mówi, że ponieważ jesteś biedna i z łódzkich Bałut, to nikt ci nie pomoże. Nie zagrywasz z reżyserem filmowym, którego produkowany w Luksemburgu film o niewolnictwie kobiet, dystrybuował w Polsce Caritas. Wreszcie nie zagrywasz z reżyserem filmowym, który spaceruje po czerwonym dywanie polskiego festiwalu filmowego, promowanym przez prawicę i będącym pod patronatem Prezydenta Dudy.
Nie zagrywasz z facetem, który urodził się na innym kontynencie i obiecuje, że jak się zrobi gorąco, to po prostu z Polski zniknie. Wtedy co najwyżej pooglądasz go sobie u Jakimowicza i Ogórek… Nie zagrywasz z facetem, który z polskich facetów robi regularnych debili. I ich wykorzystuje bardziej niż kiedykolwiek wykorzystał mnie.
Vargas Llosa powiedział, że „pisarz jest wiecznym kontestatorem, bez względu na to, gdzie się znajdzie”… Zgadzasz się z tym?
Czyli nie gniew, a wieczne niezadowolenie? A jeśli tylko półgłówek może być wiecznie zadowolony? Czy w ogóle taki stan- mam na myśli zadowolenie, a nie debilizm- jest dostępny dla człowieka w dłuższym okresie czasu? Llosa napisał też taki esej „Literatura to ogień”. Póki nie palą ciałami pisarzy, aby ten ogień podtrzymać, a co najwyżej ktoś się podetrze zadrukowaną stronniczką w kiblu, to pewnie nie ma się co tak martwić. No, chyba, że szambo w końcu wybije, ale i wtedy i tak wielu, zbyt wielu odnajdzie w zapachu ekskrementów woń fiołków…
Pamiętasz monolog Rentona z „Trainspotting”?
„Sprzątam po sobie i w drogę. Wybieram życie. Nie mogę się już doczekać. Będę jak inni. Praca, rodzina, zajebista TV, pralka, samochód, kompakt, otwieracz do puszek, dobre zdrowie i żarcie, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór, garnitury, teleturnieje, niejadalne żarcie, dzieci, spacery, etat, golf, czysty wóz, szafa swetrów. Święta z rodziną, emerytura, zwolnienia podatkowe, pogodna starość i życie… aż do śmierci.” Ten monolog, to były lata 90 XX wieku. A gdyby tak się zastanowić, to gdzie jest teraz przeciętny, ugrzeczniony „renton”? Nie został tak trochę ograny? Bo ja widzę młodych „staruszków”, którzy do usranej śmierci będą spłacać kredyty. Ich córki, które nie mają dostępu do aborcji, za to zamula się je „cnotami niewieścimi” i infantylizuje ustawianymi burzami z celebrytami na Instagramie. Faworyzowanych, a mega sfrustrowanych synów, którzy za chwilę zażyczą sobie prawdziwych pistolecików zamiast plastikowych. Dorosłe kobiety, które uświadomiły sobie, że ekonomia seksualna ma jeden błąd: mąż bankomat, może mieć słabo z pewną wajchą, bo w końcu to nie jego sprawność podstawowa. A własnego szmalu nie ma, bo się nie odkładało, zresztą jak kiedy trzeba było pokazać „sukces” koleżankom. Bo sukces jest fajny, a siostrzeństwo niekoniecznie… Do tego marsz nowych wirusów i kryzys klimatyczny, który jak nas nie usmaży to nie utopi. A wcześniej wyprowadzi nas z UE, bo np. zabierz facetom ich stare samochody- śmierdziuchy i powiedz, żeby taką teslę lizali na obrazku po kołpakach, jak wcześniej na obrazku lizali Pamelkę Anderson po kopułkach, to oni pierwsi zagłosują za polexitem. I możesz mówić na mnie Kasandra. Tylko nie nadawaj mi pseudonimu Laokoon, bo, aż takich grubych węży to ja nie lubię.
Renton? Naprawdę? A może Róża Luksemburg, która o ile pamiętam mówiła, że wolność wyboru polega na tym, że można wybrać- inaczej. A może Maneskin z ich „Zitti e buoni”. Może nie czeka nas już dolce vita, ale możemy jeszcze zabrać ludzi, gdzieś gdzie nie brakuje powietrza?
I doceń to, że kończę optymistycznym akcentem, nawet jeśli zaczęłam tym, że „mnie głowa boli”.

IZABELA SZOLC – pisarka, tworzy historie od ponad dwudziestu pięciu lat. Zaczynała jako scenarzystka komiksowa, pisała opowiadania, powieści, a domknęła krąg opowieści scenariuszami filmowymi. Tłumaczona w Niemczech i Australii. Jej najbardziej cenioną przez krytyków powieścią jest „Żona rzeźnika” (2013), literacka biografia kanibala Karla Denke. Książka ta została nominowana do The ANGELUS Central European Literature Award. Cykl powieści policyjnych o Annie Hwierut doczekał się rzeszy fanów w Niemczech i rozpoczał serię tłumaczeń polskich pisarzy kryminalnych. O „Ein stiller Morder” wydanym przez Prospero Verlag (2012, wyd. polskie 2008 r.) krytycy pisali, że to „mały klejnot” i porównywali twórczość Szolc do duetu Sjowall & Wahloo. Inne jej ksiązki to m.in. „Naga”, „Ciotka Małych Dziewczynek”, „Siostry”, „Śmierć w hotelu Haffner”. Aktualnie pracuje nad „Brudną trylogią”, której tomy, to „powieści napisane gniewem”. Nakładem wydawnictwa Harde ukazały się dwa pierwsze tomy „Zemsta to za mało” i „Kara to nie wszystko”.

Jan Gerhard, pisarz w kręgu tajemnic

Rok 2021 obfituje w setne rocznice urodzin grona wybitnych polskich pisarzy. Sto lat temu urodzili się Stanisław Lem, Tadeusz Różewicz Roman Bratny, Witold Zalewski, a także poległy w powstaniu warszawskim Krzysztof Kamil Baczyński. Każdemu z nich należy się wspomnienie, ale są to pisarze mający od dziesięcioleci swoje miejsce w podręcznikach literatury i leksykonach literackich, pisarze którym poświęcono setki książek i artykułów, więc ja przywołam postać i twórczość Jana Gerharda (właśc. Wiktor Bardach), pisarza raczej zapomnianego, który także urodził się 100 lat temu (21 stycznia 1921 roku) i który równo 50 lat temu zginął zamordowany, z nigdy do końca nie wyjaśnionych, przynajmniej oficjalnie, przyczyn, 20 sierpnia 1971 roku.

Urodzony we Lwowie, według niektórych źródeł należał do prawicowego syjonistycznego ugrupowania „Bejtar” w latach 1939-1940 był żołnierzem wojska polskiego we Francji (trafił do niewoli niemieckiej). Po zwolnieniu pozostał we Francji, w Montpellier, a w latach 1941-1944 działał we francuskim Ruchu Oporu. W roku 1941 wstąpił do Francuskiej Partii Komunistycznej, a w 1942 do oddziału Wolnych Strzelców i Partyzantów. Został też mianowany dowódcą oddziałów tej formacji w obwodzie w Nord-Pas-de-Calais i otrzymał stopień majora (pseudonim „Gerard”).
Po zjednoczeniu Ruchu Oporu we Francuskie Siły Wewnętrzne, w 1943 roku dokonał w Tuluzie zamachu na kino, w którym wyświetlano antysemicki film „Żyd Süss”. W 1945 roku był dowódcą oddziału polskiego w ramach I Armii Francuskiej i walczył na terenie Niemiec, gdzie został ranny. Po powrocie do kraju w 1945 wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego. W 1947 roku uczestniczył, w stopniu pułkownika, w inspekcji wojskowej w Bieszczadach, w której zginął generał Karol Świerczewski -„Walter” i w akcji „Wisła”. W 1952 roku został aresztowany przez funkcjonariuszy Głównego Zarządu Informacji i poddany śledztwu z oskarżenia o szpiegostwo na rzecz wywiadu francuskiego oraz przyczynienie się do śmierci „Waltera”.
Jego sprawa była jednym z odprysków szerszego bloku spraw określanych jako „spisek w wojsku”, w tym częścią walki Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z tzw. „spychalszczyzną”, jako że osiową postacią tej grupy represjonowanych był późniejszy marszałek Polski, Marian Spychalski. Po wyjściu z więzienia w 1954 roku Gerhard zajął się dziennikarstwem i pisaniem książek. Na początek wydał książki oparte na własnych doświadczeniach wojennych: „Grenadierzy” (1957), „Wojna i ja” (1958) oraz najgłośniejszą z jego książek, „Łuny w Bieszczadach” (1959), opowieść reporterską o walkach ludowego Wojska Polskiego z oddziałami Ukraińskiej Powstańczej Armii, która określano jako połączenie dokumentalnego reportażu z sentymentalną, „westernową” fabułą. Na jej motywach Ewa i Czesław Petelscy nakręcili głośny film „Ogniomistrz Kaleń” (1961).W 1960 roku był korespondentem Polskiej Agencji Prasowej w Paryżu, po czym zajął się tematyką francuską, koncentrując się na analizie wewnętrznej polityki tego kraju w warunkach gaullizmu, rządów generała de Gaulle w latach 1958-1969.
Owocem tych zainteresowań były książki: „Czas generała” (1963), „Zoolityka” (1965), „Francuzi” (1965), a także biografia „Charles de Gaulle” (1972). Wydał też reporterską książkę o wydarzeniach maja 1968 roku w Paryżu, a także o sytuacji społeczno-politycznej w Europie Zachodniej („Nie ma Eldorado”, 1966). W 1967 roku ukazała się jego pierwsza powieść, „Niecierpliwość”, w której zaznaczyły się główne cechy prozy Gerharda: skłonność do enigmatycznego stylu, nerwowa ekspresjonistyczna stylistyka, mroczny, nieco hipnotyczny nastrój, silnie nasycony erotyką. Akcja „Niecierpliwości” rozgrywa się w Paryżu, pokazanym jako mroczny labirynt, pełen tajemnic i zła. Generalnie wymowa prozy Gerharda jest antyzachodnia i antykapitalistyczna.
W 1970 roku ukazał się jego trójksiąg „Zwycięstwo” („Berlin 1945”, „Wielkie intermezzo”, „Żołnierze i dyplomaci”), a także powieść „Sarabanda”, napisana w poetyce mirażu sennego, jako proza niefabularna, w której daje się zauważyć inspiracje francuską powieścią „nouveau roman” („nowej powieści”). Główna postać, to Jan-bez-Sensu, alter ego pisarza, w oczekiwaniu na operację w szpitalu rozpamiętujący swój los w trybie wariantowym. Wydany rok później „Autopamflet” (1971), także monologowa proza niefabularna z wpływami „nowej powieści”, to swoista spowiedź z lwowskiego dzieciństwa i młodości, z akcentami krytyki II Rzeczypospolitej.
Obie powieści są silnie naznaczone szczerością obyczajową, sarkazmem i groteską. W 1965 roku Gerhard został redaktorem naczelnym tygodnika „Forum”, w którym publikowane były tłumaczenia tekstów z prasy zachodniej. Był też posłem na Sejm z ramienia PZPR. W sierpniu 1971 roku, dokładnie w momencie, gdy drukarnię opuściły egzemplarze „Autopamfletu”, tragicznie dopełnił się los pisarza. Jego zmasakrowane ciało (zasztyletowanie i roztrzaskanie czaszki) znalezione zostało w jego mieszkaniu przy ulicy Matejki w Warszawie. Paradoksalnie, w powieści „Autopamflet”, alter ego Gerharda, które cierpi na ustawiczny lęk, wyznaje: „Większość ludzi umiera ze swoją prawdą i zostaje mnóstwo fałszywych tropów, które prowadzą donikąd. […] Moja wielka kretyńska podróż zmierza ku ostatniej stacji”. Literacki trop także był analizowany w śledztwie, przy udziale naukowców. W końcu doszło do ujęcia zabójców. Jednym z nich okazał się Zygmunt Garbacki, student architektury, uchodzący za narzeczonego córki Gerharda, drugim, jego kolega Marian Wojtasik. Jak do tego doszło? „ Jeden z pierwszych przesłuchanych świadków, reżyser Janusz Nasfeter, twierdził, że 19 sierpnia po południu spotkał przypadkowo Gerharda na ulicy Rutkowskiego, gdy tamten szedł do banku kupić czeki podróżne, bo wybierał się na urlop do Złotych Piasków.
Tymczasem w mieszkaniu ofiary, mimo szczególnych oględzin, czeków tych nie znaleziono. Jeśli zatem nie zostały wyrzucone do śmietnika i ktoś je w Bułgarii wykupił, mogły one naprowadzić na zbrodniarzy. Zapytano w banku, jak sprawdzić, czy czeki zostały zrealizowane. Na pewno widniał na nich podpis Gerharda, bo taki był wymóg. Poza tym każdy czek miał swój numer serii. – Szkopuł w tym – odpowiedział dyrektor banku – że po wakacjach tych czeków spływa z demoludów kilka milionów i to się kończy dopiero wiosną następnego roku.
My absolutnie nie mamy tylu rąk, aby każdy obejrzeć. – Nie szkodzi – na to minister Szlachcic – resort ma takie siły. W marcu 1972 r. słuchacze Centrum Wyszkolenia MSW w Legionowie usiedli w sali wykładowej przy 59 workach z 2 mln czeków podróżnych, aby dotrzeć do siedmiu, które w przeddzień śmierci pobrał Jan Gerhard. Poszukujący ziarnka maku mieli szczęście – właściwe czeki tkwiły w workach zdjętych z pierwszej ciężarówki, którą przyjechały. Przez niedopatrzenie kasjerki nie zostały przez nabywcę podpisane, co ułatwiło ich pokątną sprzedaż. Kobieta, która je wykupiła, naprowadziła milicję na mieszkańca Warszawy, Andrzeja S.” – napisała Helena Kowalik w jednym tekstów poświęconych tej sprawie Gerharda. Andrzej S. naprowadził śledczych na Garbackiego i Wojtasika”. Ich proces zakończył się wyrokiem śmierci, a następnie jego wykonaniem w 1972 roku.
Sprawa stała się sensacją roku 1971 i została opisana m.in. w książce „Zbrodnia z premedytacją”, autorstwa jednego z uczestników śledztwa, pułkownika Zbigniewa Pudysza (1988). Motywów zbrodni doszukiwano się w wojennej i powojennej, burzliwej przeszłości Gerharda – w jego francuskiej konspiracji, w walce z bandami Ukraińskiej Powstańczej Armii (podejrzewano zemstę za brutalne represje jakie Gerhard miał osobiście zastosować wobec jej członków) i w okolicznościach śmierci Świerczewskiego. Pokątnie pojawiały się też enuncjacje, w których postać Gerharda łączono z działalnością tzw. „Czerwonej orkiestry”, siatki stalinowskiego wywiadu wojskowego GRU, która działała w latach II wojny na terenie kilku krajów zachodnich, w tym we Francji. Jednak ostatecznie przyjęto oficjalnie motyw rabunkowy zbrodni. Rozważano też wątek prywatnej zemsty z powodów obyczajowych, jako że Gerhard prowadził bardzo intensywne życie seksualne z wieloma kobietami. Według jednej z wersji przebiegu zdarzeń, Gerhard miał wejść w skład komisji mającej ustalić przyczyny śmierci „Waltera”, która rozpoczęła działalność na przełomie 1970/1971.
Na jej czele stanął Marian Naszkowski, do którego mieszkania dokonano włamania i skradziono tylko dokumenty dotyczące tej sprawy. Literacki portret skomplikowanej i mrocznej osobowości Gerharda zawarł Roman Bratny w swojej niewielkiej powieści „Na bezdomne psy”. Podobno także jedna z powieści nieżyjącego do lat Kazimierza Dębnickiego dotyka osoby i sprawy zabójstwa Gerharda.

Kornel Morawiecki i inni My, socjaliści

Marszałek senior polskiego Sejmu, ojciec premiera, Kornel Morawiecki, wypowiedział się ostatnio w mediach na temat relacji Polski z Rosją. Namawia on syna, aby zaprosił do polski prezydenta Federacji Rosyjskiej, Władimira Putina i tak, jak to czynią przywódcy innych krajów (USA, Niemcy, Węgry i inni), porozmawiał normalnie o wzajemnych stosunkach z naszym największym sąsiadem ze Wschodu. Fakt ten jest niezwykłym wyłomem z obowiązującej narracji i świadczyć może o tym, że trwa przygotowywanie otumanionego przez rządową propagandę społeczeństwa do zwrotu w stosunkach Polska-Rosja.
Faktem jest jednak, że znaczny odsetek Polaków odrzuca oficjalną rusofobię i popiera z różnych względów podjęcie dialogu i współpracy z Rosją. Dotyczy to szczególnie środowisk biznesowych, także ludzi kultury, nauki, studentów. Nie rozwija się turystyka. Można odnieść wrażenie, że stoją nam na przeszkodzie niezrozumiałe zobowiązania wobec Ukrainy i jeszcze mniej zrozumiała poprawność „najlepszego ucznia w klasie NATO”, które chyba nie tego od nas oczekuje.
Kilkakrotnie na tych łamach pytałem, czemu Polska ma mieć gorsze stosunki z Rosją niż np. USA, czy Niemcy. Nie doczekałem się odpowiedzi, ale ona jest, kołacze się w umysłach wielu Polaków, dla których niezrozumiała jest sytuacja, gdy Polska na własne życzenie nie uczestniczy w dialogu międzynarodowym i rezygnuje z roli partnera na rzecz pozycji trzeciorzędnej, co sprowadza nas do statusu państwa przyfrontowego. Symbolem tego statusu był sierżant prowadzący w defiladzie z okazji Święta Wojska Polskiego w dniu 15 sierpnia oddział naszego największego sojusznika w regionie. Nie jestem pewien, czy właściwie odczytali to rządzący dziś Polską.
Nie ulega wątpliwości, że aktualny stosunek władz Polski do Rosji zrodził się w wyniku trwającej konfrontacji globalnej w walce o przywództwo światowe i kalkulacji, że parasol ochronny USA da nam stabilizację przy nieprzyjaznej polityce Rosji i niektórych innych rzekomych przyjaciół. Elementem wspomagającym były skutki tragicznej katastrofy pod Smoleńskiem z 2010 roku, która cały czas stanowi paliwo polityczne dla partii rządzącej. Świat jednak poszedł do przodu, utrwala się wielobiegunowy układ interesów pomiędzy mocarstwami, USA mają przemawiającego innym językiem prezydenta. Myślenie kategoriami zimnej wojny, która praktycznie zakończyła się w roku 1989 nie ma dziś uzasadnienia. Rozpoczynanie kolejnej zimnej, albo co najgorsze, gorącej wojny prowadzić nas może do zagłady. Kto to zaryzykuje?
Polska leżąca pomiędzy dwoma mocarstwami: Rosją i Niemcami powinna głównie z nimi układać swoje interesy. Zbigniew Brzeziński, doradca kilku prezydentów USA, już po przełomie 1989 roku, w swych publikacjach wielokrotnie pisał, że interesy Polski z USA nie są tożsame. Stwierdził, że „…interesy Polski i Stanów Zjednoczonych są zbieżne, ale nie tożsame, a Polska jest krajem o znaczeniu regionalnym, który w związku z tym powinien mieć własną perspektywę geostrategiczną i nie ograniczać się do popierania we wszystkim Stanów Zjednoczonych. Polska będzie więcej znaczyć w Waszyngtonie z dobrymi stosunkami z Niemcami i z Rosją, a zwłaszcza z silną pozycją w Unii, a tej nie będzie można osiągnąć bez dobrych stosunków polsko-niemieckich”.
Warto zastanowić się nad pewnymi sformułowaniami Seniora Morawickiego wygłoszonymi w ostatnich dniach. – Czy między władzami obu krajów nastąpi reset i będzie możliwe spotkanie Putina z prezydentem i premierem np. w Polsce? – pyta Morawiecki. Jestem za zbliżeniem relacji Polski z Rosją. Dlaczego nie ma spotkania polskich władz z prezydentem Rosji?! To jest konieczne. To jest nasz polski, ale i europejski interes. Powinniśmy dążyć do wielkiej Europy z Rosją…”.
Polskie elity nie odpowiedziały sobie po roku 1989 na wiele pytań dotyczących zmian w Europie i raczej wygodnie jest im akceptować niezrozumiałe i prymitywne myślenie o Europie środowisk konserwatywnych i neoliberalnych w USA. Podstawowe pytanie dotyczące Federacji Rosyjskiej dnia dzisiejszego jest takie: czy jest ona kontynuatorką tradycji Cesarstwa Rosyjskiego, które zakończyło swój żywot w roku 1917, czy może kontynuuje tradycje państwa powstałego po roku 1917 – bolszewickiej Rosji. Odpowiedź na tak postawione pytanie określić może strategię państwa polskiego i wyznaczyć nasz interes narodowy na Wschodzie. Dziś naszego postępowania politycznego wobec Rosji – jak można sądzić – nie wyznacza żadna tego typu kalkulacja, a wyłącznie „kompleks smoleński”.
Polska lewica niebawem wejdzie w kolejną kampanię wyborczą: w roku 2019 mamy wybory do Parlamentu Europejskiego oraz do Sejmu i Senatu. Znaki czasu wskazują, że orientacja na współpracę w regionie i ułożenie na nowo stosunków z Rosją ma istotne znaczenie dla przyszłości naszego kraju. Chciałbym wierzyć, że stać nas będzie, aby niebawem, w oparciu o racjonalne przesłanki, określić fundamenty naszych interesów i naszej polityki na Wschodzie.