Rozmowy zawieszone

Rozpoczęte w czwartek w Sztokholnie amerykańsko-północnokoreańskie rozmowy na temat denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego nie przyniosły wyjścia impasu.

„Stany Zjednoczone pojawiły się z pustymi rękoma”, nie uwzględniły żądań KRLD, co „odebrało wszelką chęć do rozmów” – oświadczył szef pónocnokoreańskiej delegacji Kim Myong Gil cytowany przez oficjalną agencję Jonhap.
„Dobitnie wyraziliśmy nasze stanowisko. Zawieszenie prób jądrowych i startów międzykontynentalnych pocisków balistycznych, likwidacja poligonu jądrowego na północy kraju, powrót szczątków amerykańskich żołnierzy – jako pierwsi podjęliśmy te działania zmierzające do denuklearyzacji i budowania zaufania, jeśli USA szczerze na to odpowiedzą, wówczas będziemy mogli przejść do kolejnego etapu, do poważnego omawiania środków w zakresie denuklearyzacji – powiedział Kim Myong Gil. – W trakcie negocjacji zaproponowaliśmy realistyczny plan działania, który może pomóc dialogowi USA-KRLD przełamać impas spowodowany niewłaściwym podejściem USA”. Dodał wszakże, że rozmowy nie zostały całkowicie zerwane, ale odroczone do końca roku.
Perspektywa amerykańskiego Departamentu stanu jest jednak odmienna. Według Amerykanów komentarze Kima nie oddają istoty toczonych w Sztokholmie negocjacji. „Delegacja amerykańska przyniosła twórcze idee i miały dobre spotkanie ze swoimi odpowiednikami z KRLD” – stwierdziła rzeczniczka departamentu Morgan Ortagus. „Stany Zjednoczone i KRLD nie przezwyciężą dziedzictwa 70 lat wojny i wrogości na Półwyspie Koreańskim w jeden dzień. To ciężkie sprawy, wymagające zaangażowania ze strony obu krajów” – dodała, informując, że strona amerykańska przyjęła ofertę Szwecji, aby za dwa tygodnie wznowić rozmowy z Koreańczykami.
Że w jakiejś formie wymiana opinii pomiędzy Waszngtonem a Pjongjangiem będzie zapewne trwała, ale oczekiwanie na zakończenie impasu było z pewnością przedwczesne, podobnie jak przedwczesny był entuzjazm prezydenta Donalda Trumpa po szczycie w Singapurze w ubiegłym roku. Nie wiadomo nic o szczegółach amerykańskich, ale też i Korea Północna zdaje sobie sprawę, że nie może pozwolić sobie na uległość, gdyż inwestycja w broń rakietową i jądrową to dla Pjongjangu swego rodzaju „polisa ubezpieczeniowa” – rezygnując z niej bez odpowiednio mocnych gwarancji straci jedyną kartę przetargową w relacjach z supermocarstwem.

Jednak będą rozmowy?

Północnokoreańska agencja KCNA poinformowała, że 5 października dojdzie do roboczego spotkania delegacji Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i Stanów Zjednoczonych.

Pomimo gestów, listów, a nawet zaskakującego czerwcowego spotkania prezydenta USA Donalda Trumpa i przywódcy Korei Północnej Kim Dzong Una na 38 równoleżniku, rozmowy w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego i zniesienia amerykańskich sankcji nałożonych na Pjongjang utknęły w martwym punkcie po zakończonym fiaskiem szczytu w Hanoi w lutym tego roku. Cze teraz pojawi się wreszcie szansa na przełom – okaże się.
Nie powiedziano, gdzie odbędzie się spotkanie, ani jaki będzie ich zakres – agencja przywołała jedynie słowa wiceministra spraw zagranicznych KRLD Choe Son Hui. Sądząc z niedawnych wypowiedzi amerykańskiego sekretarza stanu Mike’a Pompeo – Waszyngton także jest gotowy do rozmów.
Zwraca uwagę, że stanowisko strony amerykańskiej zrobiło się nieco bardziej elastyczne po dymisji prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona – zdecydowanego zwolennika twardego kursu wobec Pjongjangu, eufemistycznie mówiąc. Sam Bolton – choć nie pełni już funkcji w administracji Trumpa, nadal głosi pogląd, że Korea Północna nie zamierza się rozbroić i że nie należy ani znosić sankcji, ani wchodzić z nią w żadne układy. Dla prezydenta Trumpa przełamanie impasu w rozmowach jest jednak bardzo ważnym zadaniem.

Może później?

– tak prezydent Donald Trump zareagował na propozycję Pjongjangu, aby wznowić rozmowy na najwyższym szczeblu w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.

Zauważmy jednak, że odmawiając spotkania, prezydent Trump starał się tę odpowiedź maksymalnie złagodzić, zaraz potem bowiem podkreślił, że „relacje są dobre”, że wierzy, iż północnokoreański przywódca zechce przyjechać także do Stanów Zjednoczonych i że są środki, aby wypracować dalszą drogę.
Na jakim etapie są rozmowy – nie jest do końca jasne. Na początku sierpnia Biały Dom otrzymał list od Kim Dzong Una, wydaje się prawdopodobne, że po nim był jeszcze jeden. Pjongjang daje też sygnały, że zależy mu przynajmniej na wznowieniu konsultacji merytorycznych.
Trump i Kim odbyli dwa formalne spotkania na szczycie, z których pierwsze – w Singapurze – wskazało na pojawienie się szansy na przełom, drugie zaś – w Hanoi – zakończyło się powrotem do usztywnienia stanowisk. Od tego czasu obaj przywódcy spotkali się niespodziewanie po raz trzeci w czerwcu w Strefie Zdemilitaryzowanej na 38 równoleżniku i znów wydało się, że następuje zmiana klimatu, jednak w ciągu lata nie nastąpiły żadne dalsze ruchy. Korea Północna domaga się zniesienia sankcji, jednak Stany Zjednoczone nie palą się do tego kroku. Z drugiej zaś strony nie jest pewne, na ile szczere są deklaracje Kima i jak postępuje w rzeczywistości likwidowanie północnokoreańskiego potencjału jądrowego. Tymczasem zaś Pjongjang powrócił do przeprowadzania prób z rakietami, wprawdzie tylko krótkiego zasięgu.
Odejście amerykańskiego prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona, którego stanowisko wobec odwilży między Waszyngtonem a Pjongjangiem było zdecydowanie negatywne, może wprawdzie zaowocować zmianą sytuacji, gdyż Trumpowi zdecydowanie zależy na tym, aby osiągnąć widoczny sukces w relacjach z Koreą Północną. Parcie do spotkania na najwyższym poziomie bez wątpienia byłoby przedwczesne i doprowadzić by co najwyżej do powtórki z Hanoi.

Twitterowa dyplomacja dla frajerów

Nad tym, czy nieoczekiwane spotkanie prezydenta USA Donalda Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem przełamało impas, w którym znalazły się rozmowy w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, nie ma co jeszcze się zastanawiać. Wiadomo, że obie strony mają swoje powody, aby przynajmniej udawać, że prowadzą rozmowy. A podczas dotychczasowych spotkań (za wyjątkie Hanoi) także dochodziło do manifestacyjnych gestów sygnalizujących przełamanie lodów, które najwyraźniej były obliczone na stworzenie „faktu medialnego” niż rzeczywiście przekaładało się na konkretny postęp. Bo i wątpliwe, ile ze swojego potencjału rakietowo-nuklearnego Pjongjang rzeczywiście rozmontował (czy też choć wydzielił do anihilacji), a i Waszyngton nie poczynił żadnych ruchów, aby znieść sankcje nałożone na Koreę Północną. Na marginesie doniesień o spotkaniu w Panmundżomie pojawiały się wszakże obserwacje innej natury, a zastanawiające. Otóż najwyraźniej wielu komentatorów wzięło na serio informację, że zostało ono zaaranżowane w następstwie tweeta Donalda Trumpa, na który Kim skwapliwie i pozytywnie zareagował. Czyli w dwa dni.
Przypomnijmy sobie pojawiające się choćby przy okazji każdej wizyty amerykańskiego prezydenta (nieważne – Trumpa, Obamy, czy któregokolwiek innego) w Polsce materiały omawiające (zwykle z zachwytem nad wielkością i potęgą Stanów Zjednoczonych i ich szefa) logistykę jego podróży, zabezpieczenia, ochronę itp. I nie jest ważne, czy zachwyca to, czy nie, chodzi o stwierdzenie faktu, że prezydent USA porusza się z takim orszakiem i jest to tak skomplikowane przedsięwzięcie, że uwierzyć w to, że w ciągu dwu dni możliwa była zmiana jego marszruty jest po prostu naiwnością. Nawet jeśli była to nie aż niezaplanowana podróż, ale włączenie dodatkowej wizyty i spotkania do programu podróży właśnie realizowanej. Tym bardziej, że do państwa uznawanego za wrogie. Nie wspominając choćby o takich detalach jak uzgodnienie agendy spotkania na najwyższym szczeblu. Takich rzeczy po prostu nie ma.
Twierdzenie, że spotkanie Trump-Kim w Panmundżomie zainicjował jeden tweet i jest to oznaka zmierzchu tradycyjnej dyplomacji, bo teraz wszystko dzieje się inaczej można włożyć między bajki. Kto chce wierzyć, niech w nie wierzy. Bo sposób „odmrożenia” relacji Waszyngton-Pjongjang i tym samym udrożnienia komunikacji między nimi z całą pewnością był przygotowywany długo, długo przedtem, tylko odbywało się to z wielką dyskrecją. Czemu – to zupełnie zrozumiałe. Po fiasku szczytu w Hanoi jakakolwiek wpadka w sprawach związanych z Koreą Północną byłaby po prostu bardzo kosztowna. Nie tylko wizerunkowo. Zamiast zatem bajać o tym, że teraz dyplomacja przenosi się z niedostępnych gabinetów i strefy szyfrowanej łączności do mediów społecznościowych, należy więc uznać całą tę operację za coś wręcz przeciwnego – za przykład dobrej pracy dyplomacji w jak najbardziej klasycznym rozumieniu: bez niepotrzebnego rozgłosu i przedwcześnie odtrąbianych fanfar. Takiej, która służy swojej istocie – mianowicie temu, żeby ci, którzy mają się spotkać, się spotkali.
Grzegorz Waliński

Trump przekracza 38 równoleżnik

Prezydent USA i przywódca KRLD spotkali się we wsi Panmundżom w strefie zdemilitaryzowanej na granicy pomiędzy Koreami. Po wzajemnym uścisku dłoni Kim Dzong Un zaprosił Donalda Trumpa na północnokoreańską stronę granicy. Trump odpowiedział na gest.

Przywódcy spotkali wczoraj wczesnym rankiem polskiego czasu, na początku kamery pokazały jedynie wstępną, kurtuazyjną wymianę zdań i podanie rąk. Zaraz potem północnokoreański przywódca zapraszającym gestem wprowadził Trumpa na swoją stronę strefy zdemilitaryzowanej. Nigdy wcześniej żaden amerykański prezydent nie przekroczył tej granicy.
– Dobrze pana znowu widzieć. Nie spodziewałem się, że spotkamy się w tym miejscu – miał powiedzieć Kim Dzong Un, gdy obaj przywódcy uścisnęli sobie dłoń na granicy.
Z kolei po przejściu na północnokoreańską stronę Trump miał ocenić to doświadczenie jako „wspaniałe uczucie” i „bardzo historyczny moment”. Jak donoszą anglojęzyczne media Trump mówił także, iż przekroczenie granicy jest dla niego „wielkim zaszczytem” („stepping across that line was a great honor”, z jakichś powodów w polskich mediach zostało to przetłumaczone jako „jestem dumny z tego, że przekroczyłem tę linię”). Kim Dzong Un z kolei podkreślił, że Trump jest „pierwszym prezydentem USA, który odwiedził nasz kraj” i ocenił to jako przykład „odwagi i determinacji”. Po wypowiedziach dla mediów obaj przywódcy rozpoczęli rozmowy za zamkniętymi drzwiami.
Spotkanie trwało blisko godzinę. Po jego zakończeniu Trump ogłosił wznowienie rozmów między Pjongjangiem i Waszyngtonem o denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. USA i Korea Północna powołają w tym celu specjalne robocze zespoły, które rozpoczną wkrótce (w ciągu dwóch do czterech tygodni) negocjacje ws. konkretnych działań. Trump zastrzegł jednocześnie, że amerykańskie sankcje przeciwko Korei Północnej pozostaną w mocy; w rozmowie z dziennikarzami kilka razy zaznaczył, że tempo negocjacji nie jest dla niego najważniejsze, lecz zależy mu na „wszechstronnej, dobrej umowie” z Koreą Północną.
– Mam nadzieję, że prezydent Trump przejdzie do historii jako prezydent, który doprowadził do pokoju na Półwyspie Koreańskim – skomentował spotkanie Trumpa i Kima prezydent Korei Południowej Mun Dze In.
Warto dodać, że spotkanie to było cokolwiek przełomowe również ze względu na sposób w jaki ta inicjatywa się wyłoniła. Trump zasugerował w minioną sobotę na Twitterze, że mógłby spotkać się z Kimem „po prostu by uścisnąć mu dłoń i powiedzieć hello”. Pjongjang uznał to za „bardzo interesującą propozycję”, ale zaznaczył, że nie otrzymał oficjalnego zaproszenia. Nie było jasne, jaka będzie formuła spotkania, ani o czym Trump będzie rozmawiał z Kimem. Rozpoczęły się gorączkowe przygotowania, zakończone względnym sukcesem. Jest to przykład nowej formy dyplomacji, uprawianej niemal pozainstytucjonalnie, poprzez konto prezydenta USA na popularnej platformie społecznościowej.
W Panmundżom Trump i Kim spotkali się po raz trzeci. Wcześniej rozmawiali twarzą w twarz w Singapurze i Hanoi.

Pytania po szczycie

Zakończyło się spotkanie przywódcy Korei Płn. i Władimira Putina we Władywostoku. Była to pierwsza wizyta Kim Dzong Una w Rosji. Czy ta wizyta i ewentualne perspektywy porozumienia i współpracy pomiędzy tymi dwoma krajami stwarza szanse na pogłębienie procesu pokojowego w regionie?

Zważywszy na niepowodzenie minionego szczytu Trump-Kim w Hanoi i ambiwalentnym stosunku Chin do gry postanowiła włączyć się Federacja Rosyjska. Spotkanie, do którego doszło we Władywostoku może być zwiastunem włączenia się nowego silnego podmiotu geopolitycznego do procesu łagodzenia napięcia na Płw. Koreańskim.
Po pierwszym spotkaniu trudno wciąż spekulować o ewentualnym dalszym przebiegu tego procesu, jednak fakt, iż zarówno Putin jak i Kim Dzong Un wyrażali się pozytywnie o jego wynikach świadczy o początkowym sukcesie. Nie podpisano żadnych dwustronnych dokumentów, choćby intencyjnych. Niemniej, obaj rozmówcy uznali spotkanie za „wysoce rzeczowe”, a wzajemne stosunki, pomimo ich realnie bardzo zawężonego dotychczas zakresu, określili jako „tradycyjnie przyjazne”.
Padły też konkretne wzajemne oczekiwania, raczej realistyczne. Strona koreańska wyraźnie zaznaczyła, że liczy na wsparcie Rosji w staraniach o zniesienie wobec KRLD zabójczych sankcji ekonomicznych, zaś Władimir Putin określił działania denuklearyzacyjne jako priorytetowe i konieczne. Wiadomo także, że w Seulu planowane jest spotkanie szefa południowkoreańskiego Biura Bezpieczeństwa Państwowego z Sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, co w kontekście szczytu Putin-Kim nabiera nowego kontekstu.
Podczas rozmowy z dziennikarzami Putin zapewniał, że Rosja zainteresowana jest stabilizacją stosunków KRLD nie tylko z Moskwą, ale także z Seulem i Waszyngtonem.
– Przyjmujemy z zadowoleniem pańskie wysiłki na rzecz rozwoju dialogu pomiędzy dwiema Koreami i na rzecz normalizacji stosunków między Koreą Północną i Stanami Zjednoczonymi – powiedział prezydent Rosji.
Rosyjscy komentatorzy zauważają, iż spotkanie było najważniejsze dla Kim Dzong Una i nieco ryzykowne dla Putina. Ten pierwszy odniósł ich zdaniem sukces zwiększając presję wobec USA i demonstrując początek dobrej współpracy z państwem, które Stany Zjednoczone obrały sobie na wroga numer jeden. Wielu podkreśla również, że Rosja jest o wiele bardziej stabilnym sojusznikiem niż państwa Zachodu, a poza tym graniczy z Koreą Płn. i może starać się uzyskać bezpośredni wpływ na swojego sąsiada, co też będzie dla niej pewną dźwignią w dalszej stabilizacji stosunków z Chinami. ChRLD bowiem jest w tej chwili przejęta normalizacją stosunków ekonomicznych z USA i w tym momencie bardzo niechętnie spogląda na kwestię wspierania, choćby pośredniego, Pjongjagu w konfrontacji z Waszyngtonem.
Moskwa może niejako „pomóc” swoją obecnością w charakterze wiodącego podmiotu w rozwiązywaniu kryzysu na Płw. Koreańskim. Dla Kim Dzong Una sukcesem wydaje się też nawiązanie rozmów z Władimirem Putinem po tym jak postawił stronie amerykańskiej warunek usunięcia z delegacji prowadzącej rokowania z KRLD dwóch największych „jastrzębi” – Johna Boltona i Mike’a Pompeo. Być może USA pójdą po rozum do głowy. Pewnym sygnałem tego może być to, iż na kilka dni przed szczytem amerykańska doradczyni Donalda Trumpa ds. stosunków z Rosją odwiedziła Moskwę i przeprowadziła długie spotkanie z tamtejszymi ekspertami specjalizującymi się w kwestiach koreańskich.

Kim w Pekinie

Do stolicy Chin przybył przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong-Un. Jego wizyta wpisuje się w ciąg działań mających doprowadzić do trwałego odprężenia na Dalekim Wschodzie, zainicjowanych przed rokiem jego noworocznym orędziem. Wskazuje też wyraźnie, że wbrew temu, co może myśleć sobie prezydent USA Donald Trump, nie jest to tylko rozgrywka między Waszyngtonem a Pjongjangiem, ale znaczący – jeśli nie zasadniczy – głos ma jeszcze jeden partner.

Wizyta Kim Dzong Una zaplanowana została na trzy dni – potrwa do 10 stycznia. Do ostatniej chwili była utrzymywana w tajemnicy – oficjalne media poinformowały o niej dopiero gdy południowokoreańska agencja Yonhap zauważyła, że specjalny pociąg przewodniczącego Kima przekroczył granicę w Dandong. Zauważono to dzięki wielkiej koncentracji sił bezpieczeństwa wokół stacji. Kim Dzong Un nie lubi bowiem latać samolotem – preferuje poruszać się swoim specjalnym, zielono-żółtym pociągiem. W ten sam sposób udał się do Pekinu w ubiegłym roku.

Przez pierwsze sześć lat, odkąd przejął władzę w Pjongjangu po swoim ojcu, Kim nie podróżował za granicę w ogóle. W ciągu ubiegłego roku był jednak w Pekinie i spotykał się z prezydentem Xi Jinpingiem trzy razy. Pokazuje to wyraźnie, jak ważnym partnerem są dla niego Chiny. Znamienne też jest, że do kolejnej wizyty dochodzi w czasie, gdy planowane jest drugie spotkanie między przywódcą KRLD i prezydentem USA Donaldem Trumpem. Domyślać się należy, że ma ona być przede wszystkim sygnałem, że Kim nie jest osamotniony, że Stany Zjednoczone nie mogą starać się go wyizolować i rozgrywać w pojedynkę, lecz cały proces wpisuje się bardzo szeroki kontekst regionalny, gdzie nie tylko Waszyngton ma swoich zależnych od siebie sojuszników. Warto zwrócić zresztą uwagę, że w podobną stronę zmierzają też enuncjacje prezydenta Korei Południowej Mun Dze Ina, który w ubiegłym roku kilkakrotnie roztaczał wizje planu pokojowego i przyszłego rozwoju regionalnego, także w wymiarze budowy rodzaju wspólnoty ekonomicznej, właśnie wymiarze regionalnym.

Noworoczne orędzie przewodniczącego Kim Dzong Una na rok 2018 okazało się sygnałem przełomu. Tegoroczne wpisywało się w proces odprężenia na Półwyspie Koreańskim, ale także zawierało istotne elementy. Przede wszystkim było sygnałem, że Pjongjang nie ma zamiaru podporządkować się amerykańskiemu dyktatowi, powtarzające argumentację, jak pojawiła się po północnokoreańskiej stronie po wypowiedzi doradcy prezydenta USA Johna Boltona, który pozwolił sobie na stawianie ultymatywnych warunków. Również więc i teraz przewodniczący Kim zaznaczył, że gotów jest na denuklearyzację, ale nie może to być rozbrojenie jednostronne, lecz muszą mu towarzyszyć gwarancje ze strony USA i konkretne kroki ze strony Waszyngtonu eliminujące zagrożenie wobec państwa północnokoreańskiego. Oprócz tego Korea Północna oczekuje, że jej zaangażowanie w proces rozbrojenia spowoduje zniesienie sankcji ekonomicznych, te jednak są w dalszym ciągu utrzymywane i strona amerykańska nie sprecyzowała, w którym momencie je zniesie.

Przełom pod ostrzałem

Czarne chmury zbierają się nad porozumieniem Trump-Kim. Podkopują je sami Amerykanie – zgodnie z własną wieloletnią tradycją. Politycy i największe media bez skrupułów wciskają nam kit na temat na temat programu jądrowego Korei Północnej.

 

Czerwcowy szczyt, na którym Donald Trump i Kim Dzong Un uścisnęli sobie dłonie był wydarzeniem po pierwsze epokowym, po drugie – od początku do końca skrojonym pod media. Dziwnym może się zatem wydawać, że dzisiaj, miesiąc po tych wydarzeniach, temat prawie całkowicie spadł z agendy zarówno publicystycznej, jak i politycznej – przynajmniej po stronie amerykańskiej. Powody są zasadniczo dwa. Trump to przede wszystkim polityczny enfant terrible. Jego prezydentura ma to do siebie, że postać ta – generalnie nieprzygotowana do pełnienia tej roli – sama, zupełnie spontanicznie, tworzy co chwila sytuacje o randze epokowych wydarzeń, pakując przy tym siebie, swój kraj i resztę świata w epickie kłopoty. Złaknione emocji media podążają więc za Trumpem jak za Godzillą dewastującą na swej drodze coraz to nowe przyczółki ludzkości, nawet jeśli niechcący zostawił on po sobie coś tchnącego nadzieją.

Powód drugi jest taki, że przyjacielski gest otwarcie się USA na Koreę Północną był dyplomatyczną improwizacją, działaniem pozbawionym szerszego planu, nastawionym głównie na wypromowanie prezydenta w wątpliwej roli „zbawcy świata”. Po pierwsze, otoczenie prezydenta w ogóle nie utożsamia się z tą misją – realne dogadanie się z KRLD nigdy nie interesowało ich środowiska politycznego. Wywodzą się oni na ogół z republikańskich „jastrzębi”, dla których państwo Kimów zawsze pozostanie śmiertelnym wrogiem i celem zniszczenia. Dotyczy to zwłaszcza Johna Boltona, który znany jest ze swojego entuzjazmu wobec idei zbrojnego najazdu na Koreę Północną. Za pierwszej kadencji George’a W. Busha był osobiście odpowiedzialny za rozbicie wstępnego układu denuklearyzacyjnego, którą ówczesna administracja odziedziczyła po Clintonie. Szczyt singapurski był więc kaprysem Donalda Trumpa, ewentualnie zagrywką PR, nie zaś efektem trwałych dążeń politycznych stronnictwa, jakie prezydent reprezentuje – stronnictwo takie prawdopodobnie w ogóle nie istnieje.

Po drugie, kroki dyplomatyczne podjęte przez dyplomację USA wobec KRLD po Singapurze natychmiast napotkały strukturalną barierę i grożą zatrzymaniem procesu, co – tak jak w przeszłości – oznacza jego odwrócenie. Kroki te oficjalnie miały na celu doprecyzowanie postanowień obustronnej deklaracji z 12 czerwca i podjęcie konkretnych działań zmierzających do denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Wbrew temu, co można było usłyszeć w amerykańskich mediach, misja ta, podjęta przez Mike’a Pompeo, zakończyła się chwilowym fiaskiem, ponieważ polegała na kontynuacji podejścia stosowanego za Busha. I tak jak wówczas, nie była obliczona na realny efekt, a bardziej na spektakl polityczny, po którym rządzący spodziewają się zebrać oklaski.

Wreszcie po trzecie, cała dotychczasowa prezydentura Trumpa jest przedstawieniem, nie posiada głębszego politycznego dna. Owszem, z grubsza odpowiada poglądom prawicy „jaskiniowej”, ale nie stoi za nią żadna wpływowa grupa interesu. Wall Street wolałoby zapewne tradycyjnego republikanina, a lobby wojskowo-zbrojeniowe – Hillary Clinton.

 

Dwa kroki w przód, jeden do tyłu

Sekretarz stanu Mike Pompeo spotkał się na początku lipca z Kim Jung Czolem, jednym z najważniejszych oficjeli w KRLD i szefem tamtejszego wywiadu. Mieli rozmawiać o perspektywach wyłączenia części północnokoreańskiej infrastruktury nuklearnej, oficjalnego zakończenia wojny 1950-1953 r. między dwiema Koreami (pokoju nigdy nie podpisano) i przekazania USA szczątków amerykańskich żołnierzy z czasów tego konfliktu 1950-1953 r. Odlatując z Pjongjangu do Tokio Pompeo chwalił się dziennikarzom, że wszystko jest na dobrej drodze do pełnego sukcesu: rozmowy odbyły się „w dobrej wierze”, były „produktywne”, na ważnych obszarach dokonano „poważnego postępu”, niemniej jednak „nadal jest nad czym pracować”. W takim też duchu relację z tej wizyty zdały media.

Niestety diametralnie inaczej oceniła ją strona koreańska. Ministerstwo spraw zagranicznych uznało rozmowy z Pompeo za „godne ubolewania”, a ich wynik za „bardzo niepokojący”. Dyplomacja KRLD oświadczyła: może on doprowadzić do „niebezpiecznej sytuacji, w której osłabnie nasza wola do denuklearyzacji, która wcześniej była zdecydowana”.

Oficjalne oświadczenie mówi: „Oczekiwaliśmy od strony amerykańskiej konstruktywnych kroków służących budowie zaufania utrzymanego w duchu, w jakim upłynął szczyt naszych przywódców (..) Myśleliśmy również o zastosowaniu zasady wzajemności”. Najwidoczniej stało się inaczej. Przedstawiciel ministerstwa pisze dalej: „Postawa USA na pierwszym spotkaniu najwyższego szczebla (między naszymi krajami) okazała się jednak godna ubolewania”. Dodaje nawet: „Nasze nadzieje i oczekiwania były tak naiwne, że można je nawet zwyczajnie głupimi”.

Z relacji ministerstwa wywnioskować można, że podczas rozmów rozegrał się stary scenariusz, który już przynajmniej dwukrotnie wcześniej doprowadził do zerwania porozumienia USA z KRLD. Pompeo zaczął mianowicie stawiać Koreańczykom jednostronne wymagania, które naruszały zasadę partnerstwa. Strona północnokoreańska wyszła z propozycją zamknięcia jednej z baz do testowania rakiet dalekiego zasięgu i rozpoczęcie działań zmierzających do zwrócenia szczątków amerykańskich żołnierzy. Za najważniejsze jednak uznano prace nad przypieczętowaniem pokoju z Koreą Południową, co zakładało aktywny udział strony amerykańskiej. W tej właśnie kwestii Pompeo zaczął się wykręcać, znajdując ku temu – jak określono to w oświadczeniu – szereg „warunków i wymówek”, by oddalić sprawę porozumienia pokojowego. Asymetria ta wyjątkowo uraziła Koreańczyków, bo wykonali poważny krok naprzód, zamykając już część swoich tuneli wykorzystywanych do prac nad technologią balistyczną. Uznali to za tak istotny wkład ze swojej strony, że nie zrównoważyła tego zapowiedź odwołania wspólnych sierpniowych manewrów US Army i armii południowokoreańskiej. W geście zaufania Korea odwołała coroczne obchody rocznicy wojny koreańskiej, która zawsze przepojona była antyamerykańską symboliką i retoryką.

Bezprecedensowo złagodzono sposób mówienia o USA w północnokoreańskiej telewizji.

Jeżeli faktycznie tak przebiegły rozmowy, należy przyjąć, że Stany Zjednoczone niecały miesiąc po podpisaniu deklaracji singapurskiej zaczęły lekceważyć jej warunki. Owszem, jej postanowienia były ogólnikowe, lecz jednocześnie jasne, zrozumiałe dla każdego myślącego człowieka, poważnie traktującego możliwość porozumienia. Punkt trzeci deklaracji mówi o „pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego”, poprzedzony jest jednak oświadczeniem, że obie strony będą budować „nowe relacje oparte na dążeniu do pokoju i dobrobytu” oraz „warunki trwałego pokoju na Półwyspie”. Tymczasem po raz kolejny strona amerykańska uznała, że oni są od brania, a druga strona od dawania.

Nabrali najwyraźniej przeświadczenia, że powodzenie szczytu w Singapurze dało już Korei Płn. tak dużo, że zechce ona ten sukces zachować za wszelką ceną, godząc się nawet na nierówne traktowanie przez USA. Była to płocha nadzieja, bo z przeszłych rokowań wiadomo, że by tak nie było. KRLD od zawsze brała pod uwagę tylko porozumienie rozbrojeniowe dokonujące się na warunkach partnerskich – dlatego właśnie wszystkie przeszłe jego projekty upadły. Dzisiaj to Korea Płn., powszechnie uznana przez „wolny świat” za nieludzki reżim zagrażający światowemu bezpieczeństwu, trzyma się zasady wzajemności i dąży do budowy obopólnego zaufania, podkreślając we wspomnianym oświadczeniu, że mimo nieprzejednanej postawy amerykańskiego sekretarza stanu, nadal pokłada „pełną wiarę w prezydencie Trumpie”. Wyraża też nadzieję, że Waszyngton nie ulegnie „wiatrom wiejącym przeciwnie do woli przywódców”.

 

Negocjacje dla naiwnych

Wersję KRLD należy uznać za wiarygodną z jednego kluczowego powodu: wpisuje się ona w schemat działania powtarzany przez Amerykanów od 25 lat: stawiania dodatkowych warunków nieprzewidzianych wcześniejszymi umowami i tendencyjnej, politycznie motywowanej interpretacji faktów, przy jednoczesnym podporządkowaniu sobie społeczności międzynarodowej. Tym sposobem USA już trzykrotnie niweczyły wysiłki Korei Płn. zmierzające do wywiązania się ze wstępnych porozumień denuklearyzacyjnych. Za każdym razem wiązało się to z obsesją przyłapania KRLD na „niecnych praktykach”, które można by ukazać jako niebezpieczne lub wbrew zasadom układów międzynarodowych.

Jeden z takich przypadków „wrobienia” Korei Płn. miał autora w osobie samego Johna Boltona, obecnie doradcy Donalda Trumpa. W 2002 r. Bolton, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji George’a W. Busha, dotarł do odtajnionej i niekonkluzywnej notatki CIA sugerującej, że KRLD pozyskuje wzbogacony uran metodą odwirowania i dzięki temu mniej więcej do 2005 r. może uzyskać zdolność wytwarzania dwóch głowic nuklearnych rocznie. Środowisko wywiadu było bardzo podzielone w kwestii ostatecznych wniosków płynących z tego krótkiego, ogólnikowego dokumentu. Niemniej jednak Bolton uznał, że nareszcie otrzymał – jak sam się potem wyraził – „młot, którym mógł roztrzaskać wstępne porozumienie” denuklearyzacyjne z Kim Dzong Ilem, do jakiego wcześniej udało się doprowadzić Billowi Clintonowi. Stricte polityczną motywację Boltona potwierdziła w swoich pamiętnikach była sekretarz stanu Condoleeza Rice. I tak, aby wypromować bushowską doktrynę „walki z terroryzmem” i z „osią zła”, Bolton, nadużywszy informacji uzyskanej od wywiadu, doprowadził do celowego zerwania układu z KRLD. Nastąpiło to jesienią 2002 r. podczas wizyty asystenta sekretarza stanu Jamesa Kelly’ego w Pjongjangu, podczas której Koreańczycy mieli przedstawić plan dalszego samorozbrojenia. Kelly otrzymał wyraźne instrukcje, by porozumienie odrzucić.

Historia torpedowania przez Stany Zjednoczone porozumień denuklearyzacyjnych z Koreą Płn. sięga początków lat 90. XX wieku. Istniejący wtedy traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej wymagał od KRLD raportowania działań podejmowanych w ramach programu nuklearnego do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej – IAEA. Sprawozdanie dostarczone przez Koreę Płn. w 1992 r. stało się przedmiotem trwającej kilka lat kontrowersji. W oparciu o rozbieżnie interpretowane dane amerykański wywiad, w warunkach mocno podzielonych głosów w swoim gronie, uznał ostatecznie, że Korea wcześniej podała fałszywie niską ilość plutonu uzyskanego przez swych naukowców przed 1991 r. IAIE zażądała dodatkowych inspekcji, których KRLD odmówiła, zatem Agencja postraszyła Koreę Radą Bezpieczeństwa ONZ. W 1993 r. Pjongjang oświadczył, że padł ofiarą politycznego ataku i wycofał się z układu o nierozprzestrzenianiu. Doprowadziło to do utrwalenia mitu złowrogich intencji KRLD na arenie międzynarodowej. Przetrwał on, mimo, że dalsza analiza amerykańskich laboratoriów wykazała, że Korea Płn. faktycznie nie posiadała ilości plutonu umożliwiającej produkcję choćby jednej bomby. Pjongjang nie złamał zasad.

Klęską zakończyło się również Porozumienie Sześciostronne, które zawiązało się w 2005 r. Był to układ zawarty między Koreą Płn a Koreą Płd., Japonią, USA, Chinami i Rosją zmierzający do nuklearnego rozbrojenia KRLD i normalizacji stosunków z państwem Kim Dzong Ila. W 2007 r., na drugim etapie wdrażania porozumienia, wszystko zdawało się być na dobrej drodze. KRLD doprowadziła nawet do uzgodnionego zamknięcia ośrodka pozyskiwania plutonu w Jongbjon. Jednak w 2008 r. USA rządzone jeszcze przez Busha, wspierane przez prawicowe rządy Korei Płd. i Japonii, zaczęły wyrażać obawy, że Pjongjang znów niewiarygodnie raportuje swoją aktywność nuklearną. Zażądano kontroli. Problem w tym, że zgodnie z podpisaną umową procedury weryfikacyjne przewidziano na trzecim, a nie drugim etapie wdrażania układu. Stany próbowały więc jednostronnie zmienić warunki porozumienia i wymóc uległość na Korei Płn. Pjongjang, uczulony na nierówne traktowanie, zdecydowanie odmówił, odczytując tę sytuację jako atak polityczny i próbę podporządkowania. Porozumienie zaczęło się rozpadać. USA chciały skusić KRLD ofertą wykreślenia jej z listy „państw wspierających terroryzm”. Kim Dzong Il zgodził się w końcu na kontrolę, lecz w ostatnim momencie Stany podniosły poprzeczkę, starając się narzucić własne, rozszerzone warunki, wykraczające poza proponowane przez Koreę Płn. To był gwóźdź do trumny całego układu. Upadł on w grudniu 2008 r., już po wyborze Obamy na następcę Busha. USA doprowadziły tym samym do odwrócenia postępów na drodze do denuklearyzacji KRLD. Pjongjang ponownie uruchomił zakład w Jongbjon, a prace nad bombą przyspieszyły. Waszyngton udowodnił swą wrogą postawę, a Korea nie miała powodu rezygnować ze swojego głównego środka odstraszania.

 

Z igły widły (i fake newsy)

Niezbywalnie wrogi stosunek establishmentu republikańskiego do Korei Płn. to jedno. Czasy Billa Clintona dawno już jednak minęły i Demokraci, orbitujący dziś głównie wokół jego żony, próbują wyprzedzić swych politycznych rywali w podżeganiu do wojny z KRLD. W sytuacji niedawnego napięcia między Trumpem a Kim Dzong Unem, ocierającego się o groźby konfliktu nuklearnego, senatorowie Demokratów próbowali nie dopuścić do porozumienia w Singapurze. Wyrażali się zdecydowanie krytycznie o jego wyniku, oskarżając Trumpa o działanie na szkodę bezpieczeństwa narodowego. Działania te są oczywiście motywowane walką polityczną z prezydentem. W kwestii koreańskiej Demokraci wyraźnie zaczynają zachodzić go z prawej strony. Wtórują im w tym przychylne im media, które w połowie lipca zaczęły rozsiewać pogłoski, jakoby strona północnokoreańska łamała warunki układu z Trumpem. Warto wyjaśnić tę sprawę również dlatego, że wspomniane fake news powtarzane były bezkrytycznie przez czołowe polskie ośrodki prasowe.

CNN, NBC News i Wall Street Journal w sensacyjnym tonie donosiły, że Pjonjang zdradza Amerykę. W przedstawionej przez nie wersji sprawa była prosta: najnowsze zdjęcia satelitarne dowodzą, że Korea Płn. zamiast likwidować swój program nuklearny, rozbudowuje go. Ergo: Kim zdradził, Trump dał się nabić w butelkę. Powołując się na zdjęcia opublikowane 26 czerwca NBC pytało retorycznie: „Jeżeli Korea Północna rzeczywiście się denuklearyzuje, to czemu rozbudowuje centrum badań nuklearnych?” WSJ orzekł: „Korea Północna rozbudowuje główny ośrodek produkcji rakiet. Nowe zdjęcia satelitarne pokazują, że Pjonjang kontynuuje program budowy broni jądrowej, jednocześnie prowadząc rozmowy z Waszyngtonem”.

Manipulacje te są o tyle bezczelne, że powołują się na zdjęcia opublikowane w serwisie 38north.org, poświęconym sprawom Korei Północnej, gdzie towarzyszy im opis autorstwa trzech analityków. Wyraźnie piszą oni, że uwidocznionych na fotografiach nowych budynków w kompleksie Jongbjon „nie powinno się interpretować w jakimkolwiek związku z deklaracjami o denuklearyzacji ze strony Korei Północnej”. Są to bowiem części infrastruktury, które dobudowano wiosną 2018 r., zgodnie z projektem zatwierdzonym w roku poprzednim. Przeciwko naciąganym wnioskom mediów protestował też sam Joel Wit, założyciel 38north.org, współautor projektu porozumienia z KRLD za Clintona. Mówił: „Stanowczo nie zgadzam się z narracją mediów”. Trudno mu się dziwić. Jego serwis publikuje wyłącznie sprawdzone, rzetelne materiały autorstwa poważanych ekspertów, stawiając problematykę Korei Północnej w racjonalnym świetle. Tymczasem ekspertyzy te stają się przedmiotem politycznej manipulacji – niegodnej, lecz skutecznej, opartej bowiem na skądinąd słusznym założeniu, że odbiorca sensacyjnej informacji nie sprawdzi jej u źródła. Tak kłamią naczelne tuby „wolnego świata”.

 

Denuklearyzacja na serio

Deklaracja podpisana przez Donalda Trumpa i Kim Dzong Una jest wielkim krokiem naprzód ku normalizacji stosunków Pjongjangu z resztą świata. Przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy strona amerykańska potraktowała Koreę Płn. serio i na partnerskich zasadach. W ciągu całych dekad nieudanych pertraktacji na tym Pjonjangowi zależało najbardziej. Było w tym sukcesie sporo przypadkowości i charakterystycznej dla Trumpa przekory. Nie zmienia to jednak faktu, że przekroczono granicę, za którą cały świat zobaczył, że otwierają się nowe możliwości w stosunkach międzynarodowych. Dlatego też społeczność międzynarodowa oraz publiczność obserwująca ten spektakl w Korei Południowej i USA z pełną satysfakcją przyjęła czerwcowy przełom.

Należy jednocześnie pamiętać, to o czym wspomina Joel Wit: w Singapurze KRLD nie zobowiązała się do bezwarunkowego demontażu programu jądrowego, z którego to założenia zdają sie wychodzić największe media. „Pełna denuklearyzacja Półwyspu Koreańskiego” zajdzie tylko, jeżeli USA dołożą starań do stworzenia „nowych obopólnych relacji opartych na dążeniu do pokoju”, co oznacza szereg ustępstw ze strony Amerykanów. Jeżeli rzeczywiście zależy im na światowym bezpieczeństwie, zrobią to.

Program broni nuklearnej był oczkiem w głowie Kim Ir Sena i jego następców. Nie bez powodu. Ich kraj, zrujnowany upadkiem ZSRR, opuszczony przez Chiny, otoczony przez wrogie środowisko polityczne w regionie, nieustannie mierzący się z groźbami USA, widzący kolejne wojenne eskapady Wuja Sama obracające w perzynę całe kraje na Bliskim Wschodzie, wiedział, że może mieć tylko jeden atut, jeżeli w pertraktacjach międzynarodowych ma rozmawiać ze światem zewnętrznym jak równy z równym. Ta nieprzejednana postawa doprowadziła ich do upragnionego historycznego sukcesu w Singapurze. Trzeba jednocześnie przyznać, że Koreańczycy zagrają va banque i podejmą wielkie ryzyko, jeżeli odważą się zupełnie pozbyć arsenału nuklearnego – zdają sobie bowiem sprawę, jak USA potraktowały Libię pułkownika Kaddafiego.

Do pełnej normalizacji stosunków droga nadal daleka i nic nie jest przesądzone. Porażka ostatniej misji Pompeo nie nastraja optymistycznie. Wrogi stosunek do pomysłu godzenia się z KRLD ma cała klasa rządząca w USA, łącznie z ludźmi Trumpa. Podobnie do tematu podchodzą – jak widzieliśmy – czołowe liberalne media, które obecnie chętnie traktują porozumienie singapurskie jako „dogadywanie się Trumpa z krwawym dyktatorem”. Ten niekorzystny układ równoważony jest przez przychylność światowej opinii publicznej, z którą ośrodki te się liczą. Niestety obecny prezydent USA jest nieprzewidywalny. Czy odważy się zakwestionować własne osiągnięcie o epokowej randze?

Nastał moment, w którym wielkie znaczenie będzie miała współpraca międzynarodowych społeczności działających na rzecz rozbrojenia i bezpieczeństwa nuklearnego, również występujących pod egidą ONZ. Korea Płn. od dawna próbuje nawiązać wspólne działania z IAIE w zakresie przeciwdziałania katastrofom jądrowym. To najlepsza chwila na podjęcie działań posuwających naprzód sprawę normalizacji stosunków przez światowe środowiska pozapolityczne, eksperckie, również z innych dziedzin, np. gospodarki, dialogu międzykulturowego. Ludziom myślącym zazwyczaj zależy na powodzeniu globalnego procesu pokojowego.

Wojna ponad wszystko

Gwałtowne zetknięcie związków zakłamania i hipokryzji z cząstkami obrzydliwości powoduje wytrącanie się gigantycznych ilości dwuszambianu liberalizmu. Zwłaszcza w amerykańskich mediach.

 

Powoli opada dym po szczególnej sławy spotkaniu pomiędzy przewodniczącym Kim Dzong-unem i prezydentem Donaldem Trumpem. Fakt faktem – nic wielkiego w sensie politycznych transgresji się nie stało, ale symbolicznie był to akt niezwykle cenny.

Czteropunktowy dokument, coś na kształt listu intencyjnego, który sygnowali obaj pierwszoplanowi bohaterowie szczytu pozostaje raczej mało znaczącym, niezwykle ogólnym komunikatem woli, co do której chciałoby się wierzyć, iż jest szczera. Jednak sama ta scenka rodzajowa i towarzyszące jej wyjaśnienia, które Trump składał potem dziennikarzom są gigantycznym krokiem w kierunku zmiany, niezwykle napiętej wszak do niedawna, atmosfery. Pierwszy raz od pół wieku pojawiła się szansa na podpisanie traktatu pokojowego miedzy KRLD a Republiką Korei oraz USA. Formalnie biorąc bowiem państwa te wciąż znajdują się w stanie wojny pomiędzy sobą.

Myśląca i przejęta część ludzkości mogła zatem, choćby na chwilę, odetchnąć z ulgą.

O ból głowy zadbali jednak szybko inni, a mianowicie amerykańscy dziennikarze, a zaraz za nimi cały globalny zaciąg głupków, którzy jeśli choć raz dziennie nie przeklną przeciwko Trumpowi, nie spluną przez lewe ramię na Putina i rzucą lotką w portret Kaczyńskiego popadają w polityczno-bytowe delirium tremens. Wymienione powyżej nazwiska tym się między innymi wyróżniają, że wokół siebie wytworzyły dwa kościoły – jedne adorujące ich bez opamiętania, a drugie – obłędnie opozycyjne; oba składające się z wyznawców odrzucających krytyczne myślenie jako grzech przeciw dobru i pięknu.

Kościół antytrumpowskiej opozycji zwący się #resistance musiał więc i tę okazję wykorzystać do tego, by agresywnie nawracać przeciw obecnemu głównemu najemcy lokalu przy Pennsylvania Avenue 1600 w Waszyngtonie. Wydawać by się mogło, że jest to wyzwanie wcale poważne, istna ewangelizacyjna próba sił. Nieprawda! Kto śmiał snuć takie przypuszczenia, ten zdradza brak wiary, a więc pierwszy stopień do ateuszostwa i zła, kto wie, może nawet gorszego niż zajęcie Krymu.

Do boju ruszyli wszyscy amerykańscy kaznodzieje tego nurtu. W oczach ludzi przytomnych ośmieszając się, w oczach swych wyznawców ubogacając ich dzień powszedni takim samym że intelektualnym chlebem.

Np. Rachel Maddow (bezpodstawnie oskarżana o lewicowość), znana prezenterka sympatyzującej z partią Demokratyczną (bezpodstawnie oskarżaną o lewicowość) telewizji MSNBC (bezpodstawnie oskarżanej o lewicowość) wygłosiła kazanie w tej materii fundamentalne; to ona wyznaczyła wektor lamentu, który pomniejsi księża i ministranci mieli powielać.
A było to tak. Trump wrócił z Singapuru, ćwierknął na Twitterze, że super się udało wszystko, a wtedy nasza gwiazda objawiła w swoim cyklicznym show, iż amerykański prezydent dokonał poważnych zbrodni przeciw interesom narodu i państwa, którym jakoby przewodzi. Powiedziała m. in., że jego działania „były podważeniem jednego z najważniejszych filarów międzynarodowej polityki bezpieczeństwa USA” oraz, że podporządkował się woli północnokoreańskiego dyktatora i niemal został przez niego wykorzystany, a Stany Zjednoczone ośmieszone.
Mówiła przez 17 minut, ciągle budując napięcie epitetami i sugestiami jakości wyżej przywołanych. W końcu, po kolejnym głębokim wdechu, ujawniła, iż wszystkiemu winna jest kilkukilometrowa granica, którą KRLD dzieli z Federacją Rosyjską. I z tego właśnie skrawka ziemi Maddow wywiodła i dała do zrozumienia, iż działaniami Donalda Trumpa kieruje nie kto inny jak Władimir Władimirowicz Putin.

„Rosja ma taką malutką granicę z Koreą Północną, długości 11-tu mil. Znajduje się na niej jedno kolejowe przejście graniczne. Historia ostatnich dziesięcioleci obu tych krajów jest trudna i złożona. Ale Rosja przecież wyraźnie nadwyręża swoje granice, wypycha USA i wpływy Zachodu. Zwłaszcza amerykańska i obecność militarna w pobliżu tego, co Rosja uważa za obszar własnej strefy wpływów jest dla niej groźna. I jedną ze spraw, na które Rosja bardzo nalegała, było zarzucenie przez Stany Zjednoczone wspólnych ćwiczeń wojskowych z Koreą Południową. Stany Zjednoczone już od 70 lat utrzymują te działania jako filar strategii bezpieczeństwa narodowego USA. Aż do ostatniej nocy, kiedy to Trump, niejako od niechcenia oznajmił, że to już koniec! Odwołał je. Dał tym Korei Północnej coś, czego desperacko pragnęła i dlaczego jej przywódcy zrobiliby prawie wszystko. Tylko że dał im to za darmo. Dlaczego?” – zapytywała ze spektakularnym przejęciem Maddow.
No, to już chyba wiecie dlaczego i przez kogo? A jeśli się nie domyślacie, to znaczy, że hodują Was pod Petersburgiem.

Wielu liberalnych komentatorów amerykańskich postanowiło ostentacyjnie powtórzyć to oburzenie, choć bez wspominek o długości granicy, które widać nawet kaznodzieje w terenie uznali za nazbyt trudne dla mniej wartościowego elementu tubylczego. Zajęli się więc twittem Trumpa, w którym obwieścił, iż odwołuje „gry wojenne” (war games) w Korei Płd. Polegały one m.in. na tym, że cykliczne prowadzono manewry, w których symulowano totalne zniszczenie KRLD i zagładę jej ludności. Ryk spowodowany był użyciem sformułowania „gry wojenne” zamiast zakłamanego „typowe manewry wojskowe”. Ale to nie wszystko, niektóre media zaczęły nawet snuć wnioski, iż spotkanie Trumpa z Kimem może mieć bardzo negatywne skutki dla środowiska naturalnego i przyspieszyć – nomen omen – ocieplenie klimatu.

Wszystko to warto odnotować oczywiście choćby dla porządku, lub też dlatego, że masowa percepcja czegoś co można nazwać procesem wewnątrzpolitycznym w Polsce jest taka sama jak w USA; opiera się na wyznawcach Kaczyńskiego lub obrońcach demokracji i praworządności sprawiających wrażenie ustawicznie znarkotywzowanych. Nawet jeżeli Kaczyński powie, że dwa razy dwa równa się cztery, to nikt nie przejdzie nad tym do porządku dziennego: Karnowscy uznają to za wiekopomne odkrycie godne Nobla, a drudzy, a Piątek napisze kolejną książkę o straszliwej rosyjskiej prowokacji zakonspirowanej w tabliczce mnożenia.

Przede wszystkim jednak należy na to zwrócić uwagę, bo trudno o bardziej dowodny przykład na to, iż kto nie myśli samodzielnie, ten zawsze przegrywa.

Nadzwyczajne zagrożenie

Trudno się połapać, czy prezydent USA w końcu uważa państwo Kim Dzong-una za zagrażające nuklearnemu porządkowi na świecie, czy nie.

 

Wizje prezentowane w tweetach Trumpa zmieniają się jak w kalejdoskopie. Według ostatnich doniesień jednak obowiązuje ta, jakoby Korea zagrożenie stanowiła – i to „nadzwyczajne”. W związku z tym Trump W przedłużył sankcje na kolejny rok.

Oficjalnie dokonało się to w piątek, 22 czerwca – czyli dziesięć dni po przełomowym, jak go określono, szczycie w Singapurze. Trump przedłużył sankcje wprowadzone pierwotnie dekretem wykonawczym jeszcze przez swojego poprzednika już w 2008 roku. Komentatorzy światowych mediów nie kryją zaskoczenia. Po spotkaniu w Singapurze wydawało się, że dyplomatyczne relacje Kima z Trumpem uległy poprawie i powoli zmierzają ku stabilizacji. Prezydent USA nie obiecywał wprawdzie, że sankcje wobec Pjongjangu zniesie zupełnie, dawał jednak taką nadzieję. Tymczasem jednak oświadczył w oficjalnym stanowisku, że niestety Korea nadal stanowi „nadzwyczajne zagrożenie dla bezpieczeństwa, gospodarki oraz polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Nadal istnieje ryzyko redystrybucji i groźba użycia broni jądrowej na Półwyspie Koreańskim”.

Ten rok powinien więc być dla Korei kluczowy – ma zastanowić się nad denuklearyzacją, wówczas będzie to ostatnie przedłużenie dekretu. Tymczasem „drugą ręką” napisał na Twitterze, że „świat może czuć się bezpiecznie” – dużo bezpieczniej niż w dniu wygranych przez niego wyborów. Ponieważ… „Korea dla nikogo już nie stanowi zagrożenia nuklearnego”.

Wygląda na to, że Kim Dzong-un nie daje się wyprowadzić z równowagi chaotycznymi działaniami i enuncjacjami amerykańskiego prezydenta. Jeśli wnioskować z wypowiedzi północnokoreańskich mediów, Pjongjang nie zamierza zmieniać swojego stanowiska i odstępować od zainicjowanej właśnie polityki „nowej ery” w relacjach ze swoim południowym sąsiadem i Stanami Zjednoczonymi.

W Pjongjangu poznikały wszechobecne dotąd bilboardy i murale z antyamerykańskimi sloganami. Ich miejsce zastępują teraz materiały propagandowe odnoszące się do reunifikacji Korei. Znikł także z oficjalnych mediów obowiązkowo hiperkrytyczny wobec Ameryki ton.

Charakterystycznym sygnałem, że Kim Dzong-un uważa, że oto nastał początek „nowej ery” w dziejach rządzonego przezeń państwa jest też zmiana słów roty przysięgi narodowej, którą od 70-tych lat ubiegłego wieku w Koreńskiej Republice Ludowo-Demokratycznej muszą składać wszyscy obywatele. W jej nowej wersji zasługi poprzedników obecnego przywódcy – Kim Il-sunga (nazywanego w Polsce Kim Ir-senem „Wielkiego Wodza”) oraz jego wnuka Kim Dzong-ila („Ukochanego Przywódcy) zostały zdecydowanie usunięte i zastąpione ogólnikowym sformułowaniem – pięć z dziesięciu artykułów przysięgi po prostu skreślono. Zapewnienia o wierności ideom dawnych przwódców zastąpiła deklaracja lojalności dla obecnie rządzącego „Najwyższego Wodza” – Kim Dzong-una – oraz reprezentowanej przez niego linii politycznej.

Brak ostrej reakcji na przedłużenie obowiązywania sankcji to także czytelny sygnał. Z drugiej wszakże strony, Korea Północna nie przedstawiła też „rozkładu jazdy” denuklearyzacji. O tym, co rzeczywiście uzgodnili między sobą Kim Dzong-un i Donald Trump wiadomo jednak bardzo niewiele i na tej wątłej podstawie nie da się oceniać, czy i który z nich te ustalenia łamie, czy też wszystko idzie zgodnie z planem.