Czy nastąpi wygnanie z raju?

130 państw świata planuje wprowadzenie zasady, że wielkie korporacje płacą podatki w miejscu, gdzie rzeczywiście funkcjonują. Zapewne jednak skończy się tylko na planach.
Pierwszego lipca bieżącego roku, po blisko dwu i półletnich negocjacjach, Polska wraz z 129 innymi państwami świata, wytwarzającymi łącznie ponad 90 proc. światowego produktu krajowego brutto, zdecydowała o wdrożeniu reformy międzynarodowych przepisów podatkowych. Jej celem jest likwidacja rajów podatkowych i doprowadzenie do płacenia podatków przez międzynarodowe korporacje w miejscu sprzedaży swoich produktów i usług. Od podjęcia decyzji, że trzeba reformować, do rzeczywistego wprowadzenia zmian, droga jest jednak jeszcze bardzo daleka.
Wśród sygnatariuszy porozumienia jest między innymi 10 największych światowych gospodarek: USA, Chiny, Japonia, Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Indie, Włochy, Brazylia i Korea Południowa. Według przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny raportu „Global taxes in the post – COVID-19 era”, reforma CIT (czyli podatku dochodowego od osób prawnych) przyniesie budżetom publicznym w sumie 115 miliardów dolarów.
Uzgodnione rozwiązania składają się z dwóch filarów. W ramach pierwszego, ma dojść do opodatkowania największych międzynarodowych korporacji, których skonsolidowane globalne roczne przychody przekraczają 20 mld euro. Wśród nich te mające marże zysku powyżej 10 proc. (to około 100 firm na całym świecie), będą musiały podzielić 20 – 30 proc. swoich globalnych dochodów pomiędzy kraje, w których sprzedają swoje usługi i produkty (tzw. market jurisdictions).
Drugi filar zakłada przyjęcie minimalnego globalnego podatku CIT w wysokości przynajmniej 15 proc. efektywnej stawki. Daniną tą, wdrażaną na poziomie poszczególnych państw, zostaną objęte międzynarodowe korporacje o rocznych przychodach w wysokości co najmniej 750 mln euro. Po wejściu tego rozwiązania w życie, międzynarodowe przedsiębiorstwa opodatkowane w danym państwie poniżej minimalnej stawki, zostaną w macierzystym kraju objęte dodatkowym podatkiem, do wysokości 15 proc.
Zostało zarazem przyjęte rozwiązanie, wspierane między innymi przez Polskę, na mocy którego z podatku wyłączono firmy prowadzące rzeczywistą działalność gospodarczą na terenie danego państwa (tzw. substance curve-out). Polski Instytut Ekonomiczny w raporcie „Niesprawiedliwość podatkowa w Unii Europejskiej. W kierunku większej solidarności w walce z unikaniem opodatkowania” policzył, że straty wynikające z wykorzystywania międzynarodowych transakcji do oszustw podatkowych oraz unikania płacenia podatków zmniejszają budżety państw UE o około 170 mld euro rocznie. – To początek światowej rewolucji podatkowej. Tak liczne poparcie dla projektu przygotowanego przez OECD (Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) pokazuje, jak palącym problemem jest nieuczciwy transfer zysków, niesprawiedliwa dystrybucja wpływów podatkowych czy funkcjonowanie rajów podatkowych. Polska od wielu lat jest orędownikiem reform w zakresie opodatkowania międzynarodowych korporacji i walki z rajami podatkowymi. PIE wielokrotnie wskazywał na konieczność załatania luki w europejskich systemach podatkowych. Dzięki minimalnej stawce CIT, budżety wszystkich krajów na świecie mogą być zasobniejsze o 115 mld dolarów – stwierdził, bardzo optymistycznie, Piotr Arak, dyrektor Polskiego InstytutuEkonomicznego.
Wprowadzanie minimalnego CIT-u wymaga zmian legislacji wyłącznie na krajowym poziomie, ale do wejścia w życie rozwiązań podatkowych opisanych w ramach pierwszego filara, niezbędna jest zmiana międzynarodowych traktatów. Wydaje się to mrzonką, gdyż w tym celu konieczne jest poparcie praktycznie wszystkich państw na świecie.
Dziewięć państw (Barbados, Estonia, Węgry, Irlandia, Kenia, Nigeria, Peru, Sri Lanka i St. Vincent) już nie zgodziło się na przyjęcie zaproponowanych rozwiązań, co oznacza konieczność dalszych międzynarodowych negocjacji w tym zakresie. Będzie to trudne, bo w tej dziewiątce są przecież właśnie kraje, prosperujące dzięki byciu rajami podatkowymi. Wspomniany wcześniej początek światowej rewolucji podatkowej może więc rzeczywiście okazać się tylko początkiem, za którym nigdy nie pójdzie żaden realny dalszy ciąg. – Beneficjentami pierwszego filara staną się kraje o największej bazie konsumentów (przede wszystkim największe kraje Unii Europejskiej oraz Wielka Brytania). Dzięki podatkowej realokacji, w znacznym stopniu zwiększą się ich wpływy podatkowe. Na wejściu w życiu drugiego filara najbardziej skorzystają natomiast państwa, w których swoje siedziby mają międzynarodowe korporacje kwalifikujące się do obłożenia minimalnym CIT-em. Wraz ze zniknięciem rajów podatkowych, zyski tych firm zostaną opodatkowane w ich macierzystych jurysdykcjach – przewiduje Łukasz Błoński, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
OECD zakłada, że w lipcu bieżącego roku wypracowane rozwiązania powinny zostać zaakceptowane przez grupę G 20 (czyli państw, uważających się za szczególnie ważne), a do jesieni tego roku mają zostać wypracowane wszystkie dodatkowe szczegóły, pozwalające na przyjęcie globalnych rozwiązań już w 2023 r.
Nie da się jednak ukryć, że to mało realny i niezmiernie optymistyczny scenariusz – bo po pierwsze, przypuszczenia wyrażane przez OECD nie mają mocy sprawczej, a po drugie, grupa G 20 to nie jest żaden światowy rząd o jakichkolwiek formalnych kompetencjach, zaś naciski wywierane przez jej członków mogą wywołać opór ze strony szeregu innych państw. Po trzecie zaś, trudno sobie wyobrazić, ogólnoświatową zgodę na likwidację rajów podatkowych.
Wreszcie, trudno powiedzieć, jaki w istocie kształt przyjmą „antyrajowe” rozwiązania po ostatecznych poprawkach – i co naprawdę z nich zostanie. Jeżeli oczywiście w ogóle cokolwiek zostanie.

Arbitrzy karania za nic

Wbrew temu co gadali Balcerowicz i spółka, 30 lat temu podpisywaliśmy międzynarodowe cyrografy.

Polska ma 9 spraw w trybunałach arbitrażowych. Pozwały ją firmy, które winszują sobie z polskiego budżetu 12 mld zł. Ponad jedna trzecia z tego, to roszczenia australijskiej spółki Prairie Mining. Na 4,2 mld zł Australijczycy wycenili wartości szkód i utraconych przez spółkę zysków. Problem jednak w tym, że inwestorzy z Antypodów poprzegrywali w polskich sądach wszystkie sprawy związane z koncesjami na wydobycie węgla. A ponieważ nie zdążyli jeszcze nic zainwestować w budowę nowej kopalni, to wszczęcie postępowania w Trybunale Arbitrażowym jest dla Australijczyków jedyną szansą na wyciągnięcie wielkiej kasy za nic.
Trybunały Arbitrażowe są bowiem od tego, by rżnąć rządy biednych krajów. W unijnym raporcie przeanalizowano 127 spraw toczących się przed arbitrażami między 1994 a 2014 rokiem przeciwko krajom UE. Wniosek był jeden – najczęściej pozywane były kraje postkomunistyczne. Autorzy raportu jako ilustrację działań arbitrażu podali przypadek Rumunii, która cofnęła firmie budującej fabrykę zwolnienie z niektórych ceł i podatków, ponieważ ich udzielenie byłoby niezgodne z prawem unijnym. Arbitraż zasądził na rzecz dewelopera 280 mln euro odszkodowania, i to mimo interwencji Komisji Europejskiej, która wstawiła się za rumuńskim rządem.
Takie skurwysyństwo było możliwe z powodu biedy wchodzących do UE krajów. Żeby zdobyć zagranicznych inwestorów wschodnioeuropejskie kraje musiały podpisywać z innymi państwami dwustronne umowy o ochronie inwestycji zagranicznych. Dzięki nim, każda zmiana prawa w danym kraju rzutująca na kondycję biznesową jakiejś firmy mogła być oddana do arbitrażu z roszczeniami wziętymi z sufitu.
Amerykański właściciel niegdysiejszego polskiego producenta margaryny Kama, chce w arbitrażu od Polski 500 mln zł. Za to, że polska skarbówka zakwestionowała nabijanie kosztów, przez amerykański konsulting, przekręty finansowe i w cholerę różnych rzeczy, za które zarząd spółki kiblował. Dla Amerykanów działalność niezgodna z prawem się nie liczy. Najważniejsze, że ich zdaniem doszło do „naruszenia postanowień Traktatu o stosunkach handlowych i gospodarczych między Rzeczpospolitą Polską a Stanami Zjednoczonymi Ameryki”. A to dlatego, że skarbówka i sądy robiły swoje, czyli przeszkadzały w normalnej działalności firmy, zaś polskie przepisy były niezgodne ze standardami międzynarodowymi. Sprawa w Arbitrażu trwa od lat.
Skończyło się przed nim jednak postępowanie, przeciwko Polsce złożone przez luksemburskiego dewelopera, który zburzył zabytkowe koszary przy warszawskich Łazienkach. Zgodnie z umową użytkowania wieczystego, spółka miała wyremontować obiekt, a nie rozwalić go. Dla normalnego człowieka rozwiązanie umowy z nieprzestrzegającymi prawa Luksemburczykami było normalne. Dla dewelopera stanowiło jednak „naruszenia zasad uczciwego i równego traktowania, oraz dyskryminację inwestora zagranicznego”, za co Polska powinna zapłacić karę w wysokości niemal 105 mln zł. Arbitraż pozew tym razem wyśmiał.
Ale gdy lata temu Eureko chciało od Polski 38,5 mld złotych za niesprzedanie im 21 proc. akcji, po tym jak sprzedano ich Holendrom za 3 mld zł za 30 proc wartego prawie 28 mld zł PZU, to arbitraże roszczenie bezczelnych Holendrów łyknęły. Po tamtej akcji, na której Eureko inwestując 3 mld zł wyjęło z PZU (wraz z wartym 3,5 mld zł odszkodowaniem) ponad 15 mld zł, Polacy nauczyli się jak grać w arbitrażach. Od tej pory państwowi prawnicy znają wszystkie myki i w najgorszym wypadku przeciągają sprawy ile się da. I mimo, że przeciętny arbitraż inwestycyjny zajmuje nieco ponad trzy lata, to nasi potrafią go wydłużyć nawet do dekady.
Dlatego, choć w ilości arbitraży międzynarodowych zajmujemy zaszczytne 7 miejsce na świecie, to zagraniczni korporacyjni kombinatorzy zaczynają się nas bać. Dla Polski średni koszt procesu płacony przez pozwanego wynosi bowiem ponad 4,5 mln dol. Koszty pozywającego są ledwie 100 tys niższe. To dużo nawet jak na możliwości sporej firmy, której szanse na zwycięstwo są szacowane raptem na 41 proc.
Na dodatek, coraz częściej do ewentualnych skarżących Polskę dociera to, że jesteśmy jedynym krajem w Unii, który nie podpisał międzynarodowej konwencji mówiącej o tym, że werdykt arbitrażu jest wykonywany bez mrugnięcia okiem. Dlatego Polska jak dostanie takie orzeczenie, to musi je najpierw uprawomocnić w postępowaniu przed polskim sądem. Ten zaś może wyrok arbitrażu wysłać na drzewo.
Oczywiście firma z korzystnym orzeczeniem arbitrażu się na to wścieknie. Ale może Polsce nagwizdać. Powstanie tylko strata wizerunkowa, przed którą przestrzegają jedynie naiwni.
Po tym jak 2,3 mld dol. z odsetkami arbitraż wymierzył rządowi Ekwadoru na korzyść amerykańskiego koncernu wydobywczego Oxy za anulowanie umowy, która zagrażała interesom rdzennej ludności, o tym, że arbitraż jest niefajny zaczęła przebąkiwać nawet Bruksela. Od 6 lat w Unii toczą się rozmowy nad wypracowaniem czegoś, co będzie spełniało standardy prawa, nie zaś interesów cwanych prawników i korporacji. Na początek Unia wymyśliła, żeby na wszelki wypadek wszystkie kraje unijne rozwiązały pozawierane między sobą umowy o wzajemnym wspieraniu inwestycji. Po to, żeby żadna korporacyjna unijna łajza nie powędrowała z pozwem gdzie indziej, niż do TSUE. Jak Czesi z Turowem.
Polskie sprawy w arbitrażach, wbrew temu co opowiadają piewcy wolnego rynku, nie są zatem niczym innym jak walką z cwaniakami. O 12 mld zł też nie musimy się martwić. Statystyki arbitrażowe mówią przecież, że na każdy miliard roszczeń, przypada firmom od pozwanych rządów średnio 150 milionów. Których – jakby co – to Polska i tak nie zapłaci.
O opinie zagranicznych inwestorów też nie mamy się co martwić. Jak tylko poczują zysk, to przyjdą bez względu na wszystko.

Marks miał rację! I co dalej?

Koszmarne deja vu – z takim uczuciem coraz częściej oddaję do publikacji wiadomości ze świata. Proces 108 działaczy Ludowej Partii Demokratycznej w Turcji przypomina niegdysiejsze zbiorowe procesy socjalistów, a jeszcze wcześniej – bojowników z caratem (i z kapitalizmem równocześnie).

Porównywanie wyzysku w Amazonie do pracy w XIX-wiecznej fabryce narzuca się nie tylko mnie, ale nawet niektórym dziennikarzom dalekim od lewicy. Historia ruchu robotniczego materializuje się także gdzie indziej: siłowe rozpędzanie demonstrantów i strzelanie do nich tak, by zrobić krzywdę, widzieliśmy w ostatnich latach nawet na ulicach „wzorowo demokratycznej” Francji.
Strzela się zresztą już wszędzie: ostatnio w Kolumbii, wcześniej w Chile czy na Bliskim Wschodzie. A gdy demonstranci zostaną rozproszeni, elity rządzą, tak, jak rządziły do tej pory. Znowu deja vu: są ci, którzy mają rządzić, ci, którzy mają wieść wygodne życie i ci, którzy mają na to pracować.
Wypadła parę dni temu rocznica urodzin człowieka, który ten mechanizm opisał. Lewicowcy wszystkich krajów wspominają dziś Karola Marksa, z satysfakcją dodając: miał rację.
Wyłożył, czym jest wartość dodatkowa i wyzysk, otworzył nam oczy na podział klasowy i jego konsekwencje. Wyjaśnił, dlaczego kapitalizm, póki istnieje, będzie przechodził cyklicznie kryzysy, których ciężar rządzący będą za każdym razem spychać na ludzi pracy.
Zasugerował nam – co prawda oględnie – wizję innego społeczeństwa. Zasugerował, nie obiecał: wbrew temu, co implikują mu liberalni krytycy, nie przesądził, że socjalizm powstać musi.
Powinien, jeśli nie chcemy wyniszczyć siebie i planety, ale przecież nikt nam nie zabroni dokonać samozagłady. (Pesymista dodałby: mamy ku temu wręcz inklinacje).
Najwięcej wniosków z Marksa wyciągają dziś jego wrogowie. Rządzący – nie tylko polscy – wyspecjalizowali się wręcz w przekierowywaniu społecznych debat i napięć z dala od kwestii klasowych. Kapitalizm naszych czasów, ten z Amazonem i monopolem Facebooka (o monopolach Marks też pisał!), jak nigdy maskuje swoją obrzydliwą twarz. Woli sprzedawać opowieść o wytrwałości i wczesnym wstawaniu, zamiast, jak 150 lat temu, walić prosto z mostu: życie robotnika jest nic nie warte.
Umie być tęczowy, otwarty, mówić o wolności i wyrażaniu samego siebie, sprzedając przy okazje rozmaite gadżety. Umie transferować najbardziej odrażający wyzysk, najbardziej prymitywną akumulację do krajów trzeciego (czwartego, piątego…) świata, żeby na bogatej Północy zachować przez większość czasu trochę ładniejszą twarz.
Żeby łudzić ludzi: nie jest tak źle, jeśli tylko będę ciężej pracował, może nawet być dobrze. (Oczywiście kiedy zaczyna być źle i ludzie się buntują, ładniejsza twarz znika – znowu patrz Francja i żółte kamizelki).
Pisanie, że Marks miał rację, nic nam nie da. Osiągnięcia socjalne ludzi, którzy jako pierwsze pokolenia inspirowali się jego myślą, właśnie są demontowane. W różnym tempie, ale jednak. Lepiej nie będzie, żaden kryzys nie sprawi, że rządzący przejrzą na oczy i zrewidują działanie systemu.
Ten, który przeżywamy obecnie, też nie: Europejski Fundusz Odbudowy i jego polska wersja są pakietami rozwiązań liberalnych, kapitalistycznych, a nie propozycjami, jak budować lepszy świat dla wszystkich. Poza Europą w czasie kryzysu również wygrywa filozofia: niech biedni zapłacą! (Albo umrą z głodu).
Stawiajmy pytania Marksowi, o Marksa. Jak możemy przemówić antykapitalistycznym językiem do rozproszonych pracowników, którzy od niczego nie są dalsi, niż od świadomości klasowej w dawnym rozumieniu?
Którzy, wyalienowani i wyizolowani, nie mają wręcz obiektywnych warunków, by tę świadomość zdobyć?
Jak pomagać zrozumieć – sobie i innym – gdzie leży najgłębsze źródło nierówności, dyskryminacji, nakręcania nagonek na tle narodowym czy tożsamościowym?
Jak pójść krok dalej, poza masowe, ale niezorganizowane demonstracje, które wykrzykują swoje najsłuszniejsze postulaty i bolączki, po tym, rozpędzane lub ignorowane, rozchodzą się, zostawiając ludzi z bólem, frustracją i nierozwiązanymi, ale przecież prawdziwymi problemami?
Czy wielkie partie, które niegdyś wygrywały rewolucje i przełomowe reformy, mogą jeszcze zaistnieć?
Czy mamy w ogóle szanse – jako pracująca większość – wygrać, skoro tyle już przegraliśmy?
Poszukujmy odpowiedzi, spierajmy się, dyskutujmy i walczmy, jeśli Marks i jego obietnica coś dla nas znaczą. Bez tego wstawianie zdjęć brodatego filozofa na Instagrama czy na koszulkę nie ma większego sensu.
Chyba że dla kapitalistów – bo ruch wygenerowany przez nasze posty i te koszulki to też towar, na którym można zarobić.

Czy grozi nam faszyzm XXI wieku?

W 1599 roku powołano do życia zupełnie nowego rodzaju przedsiębiorstwo, które zmieniło wymiar rodzącego się kapitalizmu i funkcjonowanie tego, co zwie się „wolnym rynkiem”. Nadano mu nazwę Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska.

Twórcy tego przedsięwzięcia zapewne nawet nie przewidywali, jaki mechanizm uruchamiają: to właśnie swobodny obrót udziałami w firmach (wtedy zastosowany po raz pierwszy) pozwolił prywatnym korporacjom urosnąć tak, że stały się kilka wieków później potężniejsze od państw. Korporacje nie wiedzą, co to jest społeczność, za nic mają poczucie moralności, dyktując ceny, pożerając konkurentów, przekupując polityków. Z wolności i praw człowieka czynią pośmiewisko, z ich humanistycznych wartości – karykaturę. A przy tym nieustannie znajdują obrońców, liberałów, którzy mogą mieć usta pełne słów uznania dla pracujących obywateli, wychwalać uczciwie prowadzone lokalne drobne biznesy, by w ostatecznym rozrachunku i tak bronić największych szkodników, czyli korporacyjnych molochów.
Cyklicznie powtarzające się gigantyczne kryzysy finansowe i gospodarcze krachy stały się istotą systemu światowego rynku. Przez stulecia kapitalizmu tylko nabierają niszczącej siły. Wszystkie apele, nieważne kto i dlaczego je formułował, o stworzenie łagodniejszej i bardziej ludzkiej postaci systemu były tylko chwilowymi, wymuszonymi siłą i realnym zagrożeniem, odstępstwami od normy. Dopóki ZSRR był globalnym mocarstwem autentycznie zagrażającym kapitalizmowi tak siłą oręża, jak ideologicznie i doktrynalnie, istniał straszak motywujący do budowania rozmaitych „państw dobrobytu”. Byle nie posypał się cały kapitalizm. Ale te czasy się skończyły.
Po kryzysie z 2008 r. już wiemy, że mega-banki, mega-korporacje i giganci sektora finansowego sprawują pełną kontrolę nad społeczeństwami we wszystkich częściach świata. Systematycznie sprowadzają je do zatomizowanych zbiorowisk konsumentów, wegetujących według schematu praca-rozrywka-sen, zajętych zapewnieniem sobie i swoim najbliższym podstawowych, egzystencjalnych potrzeb, a gdy zasobów jest nieco więcej – realizacją systematycznie podsycanych konsumpcyjnych dążeń.
Tylko diametralna zmiana modelu własności przedsiębiorstw, podejścia do samej esencji „prywatnej własności” i istoty rynku jako regulatora życia może oznaczać wyjście poza kapitalistyczne stosunki produkcji, przekształcenie stosunków społecznych. Wydawało się – tak w dobie kryzysu sprzed dekady, jak i teraz, że lewica, nie mając wiele do stracenia, głośno to wykrzyknie. Nie wykrzyknęła.
Nawet w obliczu pandemii koronawirusa i całkowitej – co widać – abdykacji systemu we wszystkich możliwych przestrzeniach, popiskuje o wspomożeniu biznesu, korporacji, tych „co dają pracę”.
Fatalnie widzę naszą przyszłość – nas, większości społeczeństwa, pracowników najemnych, bezrobotnych, emerytów – gdy brak nam reprezentacji. W dobrą wolę liberałów, którzy rządzą naszą doczesnością i świadomością nie wierzę w stopniu najmniejszym. Niby dlaczego rządzący nie mieliby, jako odpowiedź na gniew pozostawionego sam na sam z nędzą „ludu”, zabrać ludziom jeszcze praw obywatelskich? Niby co powstrzyma ich przed tym, by utrzymać na stałe te wszystkie obostrzenia i stany wyjątkowe-niewyjątkowe, zanim zaczną się masowe protesty, dzikie strajki i marsze głodowe? Faszyzm niegdyś doskonale współpracował z wielkim kapitałem i z Kościołem katolickim…
Powie ktoś, że to wykluczone z racji rudymentarnych kanonów liberalizmu. Wolność, sprawiedliwość, równy dostęp do edukacji, wolne sądy… Wszystko jest kwestią uzasadnień! W obrazkowo-medialnej demokracji wystarczy trochę się postarać, by przekonać zdezorientowanych ludzi, że muszą zrezygnować z tego, tego i tego, by zachować chociaż resztki dotychczasowego poziomu życia. Na osłodę można ich poszczuć na mniejszości czy uchodźców. Zasada kozła ofiarnego jest obecna we wszystkich ideologiach, doktrynach i religiach. Słynna dysputa w Valladolid między Sepulvedą i de las Casasem nad posiadaniem (lub nie) przez Indian duszy winna uświadomić, że w sferze kazuistyki prawnej i ideologicznego patosu nie ma rzeczy niemożliwych.
Przy upadającym poziomie życia, kurczeniu się klasy średniej będącej oparciem i podstawą liberalnej demokracji na Zachodzie hasła o białych Europejczykach, Aryjczykach, fortecy Europa z mizerną, ale jednak jakąś tam jakością życia, będą nabierać znaczenia. Im będzie on głębszy i bardziej wielowymiarowy, tym te slogany staną się bardziej chwytliwe. NSDAP w Niemczech poparli przede wszystkim nie robotnicy, co drobni posiadacze, rzemieślnicy, spauperyzowani inteligenci, nauczyciele.
Nacjo-liberalizm, ów nowy kostium znanego brunatnego zagrożenia (o czym pisze doskonale Umberto Eco w eseju „Wieczny faszyzm”), może realizować nadal liberalną koncepcję jednoczenia Europy. Bojaźń liberalnych elit Europy przed nadchodzącym nieubłaganie kryzysem może przerzucić ich myślenie w kierunku ostatniej idei, mogącej stanowić zaporę przed recydywą socjalizmu. Austerity zbankrutowało, ale czy to znaczy, że należy przestać traktować ludzi pracy w sposób bezwzględny? Nie. Oni, władcy świata, by na tym stracili.
Ale może odkurzony flirt elit liberalnych z nową wersją faszyzmu pozwoli im władać dalej?

Korporacje pochylają się nad dobrostanem zwierząt

Firmy Nestlé, Sodexo, Unilever, Ikea Food Services, Aramark, Compass Group oraz Elior Group stworzyły Globalną Koalicję na Rzecz Dobrostanu Zwierząt (Global Coalition for Animal Welfare), w ramach której dążyły będą do poprawy warunków życia zwierząt hodowlanych. Wśród priorytetów koalicji znalazły się dobrostan kur niosek oraz kurczaków hodowanych na mięso, czyli brojlerów.

 

Global Coalition for Animal Welfare (GCAW) została powołana do życia przez siedem największych międzynarodowych firm spożywczych – Nestlé, Sodexo, Unilever, Ikea Food Services, Aramark, Compass Group oraz Elior Group. Jest to pierwsza tego typu globalna współpraca w branży spożywczej, mająca na celu poprawę standardów dobrostanu zwierząt hodowlanych.
Szczegółowy program działania koalicji ma zostać opublikowany dopiero w pierwszej połowie 2019 roku, jednak już teraz firmy zapowiedziały, że swoje działania będą koncentrować na 5 priorytetach, czyli:
• wycofaniu jaj z chowu klatkowego,
• wprowadzeniu wyższych norm dobrostanowych dla hodowli kurczaków,
• dobrostanie ryb hodowlanych,
• oporności na antybiotyki,
• globalnych standardach dotyczących transportu i uboju zwierząt.

– Trudno jest powiedzieć coś więcej bez zapoznania się ze szczegółowym planem działania GCAW, który ma ujrzeć światło dzienne dopiero w 2019, ale jesteśmy dobrej myśli. Podjęcie problemu dobrostanu zwierząt hodowlanych przez globalnych graczy branży spożywczej to bez wątpienia dobry znak – komentuje Marta Cendrowicz, dyrektorka kampanii korporacyjnych Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Warunki życia zwierząt nie są już sprawą wyłącznie aktywistów. Działania na rzecz poprawy dobrostanu to kwestia odpowiedzialności społecznej firm, której konsumenci coraz głośniej się domagają – dodaje.

Jak informuje firma Nestlé, współzałożyciel GCAW, decyzja o powołaniu do życia koalicji jest odpowiedzią na potrzeby rosnącej grupy konsumentów, którzy oczekują wprowadzenia i przestrzegania wyższych standardów hodowli zwierząt, uwzględniających ich naturalne potrzeby. Kwestia pochodzenia produktu jest coraz ważniejsza także dla polskich konsumentów. Potwierdzają to ostatnie badania CBOS, z których wynika, że najważniejszy przy zakupie jajek jest dla Polaków sposób chowu kur – 35% przyznaje, że zwraca na to największą uwagę. Najmniej istotna jest cena jaj – jedynie 11% badanych określiło ją za kluczową przy dokonywaniu codziennych wyborów konsumenckich.

Apel Polskich Twórców

…w sprawie wprowadzenia do dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym prawa twórców do wynagrodzenia za eksploatację utworów w internecie.

 

Szanowny Panie Premierze,
Szanowne Panie, Szanowni Panowie – Ministrowie kultury, spraw zagranicznych, nauki, edukacji, cyfryzacji, rozwoju i przedsiębiorczości!
Szanowne Panie Europosłanki! Szanowni Panowie Europosłowie!
My, polscy twórcy oraz organizacje zrzeszające środowiska twórcze, tworzący kulturę polską i europejską, budujący tożsamość narodową i więzi społeczne, zwracamy się do Państwa, mających wpływ na stanowienie prawa, z prośbą o wsparcie projektu „Dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym” i poparcie rozwiązań, które pomogą przetrwać polskiemu sektorowi kreatywnemu, oraz o zaangażowanie w jak najszybsze jej uchwalenie i implementowanie do polskich przepisów.
To my jesteśmy autorami utworów szeroko udostępnianych i wykorzystywanych w Internecie. Nie jest prawdą, że chcemy ograniczyć ludziom dostęp do naszej twórczości. Wręcz przeciwnie, chcemy by odbiorcy szeroko się nią interesowali. Nie chcemy również kontrolować komunikacji prywatnych użytkowników. Chcemy jedynie, żeby nasz trud i wysiłki w tworzenie wartościowych treści były właściwie opłacane przez tych przedsiębiorców, którzy bezprawnie korzystają z naszej twórczości. Bez wynagrodzenia nie będziemy w stanie dalej tworzyć i żyć.
Trwa cyniczna kampania przeciwko wprowadzeniu dyrektywy prowadzona przez duże koncerny technologiczne. Firmy te kierują ją do użytkowników nieświadomych kosztów jakie ponoszą twórcy i producenci treści. Kampania dezinformuje i opóźnia wprowadzenie potrzebnych i etycznych zasad obiegu treści chronionych prawem autorskim w sieci. Korporacje technologiczne nie chcą zmian bo zarabiają na niedostosowaniu przepisów do ich działalności. Co roku z powodu nieszczelnego systemu ochrony praw autorskich w Internecie polska gospodarka traci około trzech miliardów złotych.
Na początku września na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego odbędzie się głosowanie, którego przedmiotem będą uwagi szczegółowe do zapisów dyrektywy. Projekt ten normalizuje przyszłość funkcjonowania kultury, związanych z nią branż kreatywnych i obiegu treści kreatywnych w wymagającym środowisku cyfrowym. Reforma prawa autorskiego jest gwarantem wolności słowa i niezależności twórców, bo nie ma skuteczniejszej cenzury od cenzury ekonomicznej.
Nowe możliwości cyfrowego kopiowania i powszechnego udostępniania wymagają rozszerzenia praw pokrewnych. Autorzy projektu dyrektywy jasno wskazują, że większość aktywności konsumentów treści ma formę cyfrową. Dlatego prawo autorskie musi działać także w Internecie.
Zwracamy się do Państwa, jako naszych reprezentantów, o ochronę praw autorów w Internecie poprzez poparcie Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.
Reforma prawa autorskiego nie ograniczy wolności w Internecie, ale uczyni go etycznym!
#internetfairplay

 

Apel powstał z inicjatywy

Stowarzyszenia Kreatywna Polska

Organizacje twórców, które przyłączają się do apelu:

Stowarzyszenie Autorów i Wydawców „Copyright Polska”;
Stowarzyszenie Autorów Polskich – ZAIKS;
Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców REPROPOL;
Stowarzyszenie Filmowców Polskich SFP – ZAPA;
Stowarzyszenie Fotoreporterów;
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich;
Stowarzyszenie Unia Literacka
Związek Kompozytorów Polskich

 

PS. W lipcu Parlament Europejski odmówił przyjęcia stanowiska do dyrektywy zaproponowanego przez Komisję Prawną. Polscy europosłowie w ogromnym stopniu przyczynili się do takiego wyniku głosowania, ponieważ prawie wszyscy zagłosowali przeciwko przyjęciu stanowiska i udzieleniu mandatu negocjacyjnego. Za kilka dni, 12 września, Parlament Europejski będzie głosował nad przyjęciem stanowiska do dyrektywy na sesji plenarnej. Jest to ostatnia szansa na zapewnienie sukcesu tego projektu.

Zyski idą do raju

Najnowsze badanie pokazuje, że międzynarodowy podatkowy „wyścig na dno” nic nie daje lokalnym gospodarkom. Służy tylko globalnym koncernom do wyprowadzania miejscowego bogactwa i gromadzenia do na egzotycznych kontach. Trafia tam 40 proc. zysków korporacji.

 

Trzej ekonomiści, Thomas Tørsløv i Ludvig Wier z Uniwersytetu w Kopenhadze oraz Gabriel Zucman z UC Berkeley, przeprowadzili analizę statystyczną na podstawie danych o przychodach, płacach i podatkach międzynarodowych koncernów działających w wielu krajach świata, również w tzw. rajach podatkowych. m.in. Irlandii, Puerto Rico, Szwajcarii, Luksemburgu, Singapurze i Hongkongu. Wniosek, jakim zwieńczyli swoje badanie jest jeden: mimo wielkich ulg podatkowych, przyznanych ponadnarodowym firmom przez prawie wszystkie państwa, dokonywane przez nie inwestycje są pozorne, a ich zyski wędrują do kilku wybranych krajów, gdzie nie płacą prawie one nic w ramach obciążeń podatkowych.

Naukowcy porównali zyski otrzymane przez filie międzynarodowych koncernów przed opodatkowaniem w rajach podatkowych i w pozostałych krajach. Różnice są ogromne. Ekonomiści ustalili, że w „rajach” stosunek zyski-płace w filiach zagranicznych korporacji wynosi 800 proc. dla Irlandii i aż 1675 proc. dla Puerto Rico! Tymczasem średnia dla lokalnych firm zarejestrowanych w tych krajach to 30 – 40 proc. Dla większości krajów OECD, w tym wielkich gospodarek świata jak Wielka Brytania, Niemcy, Japonia, różnice w zyskach firm rodzimych i zagranicznych są minimalne.
Analiza Tørsløva, Wiera i Zuckmana pozwoliła im stwierdzić, że zyski ponadnarodowych koncernów w rajach podatkowych pochodzą w ogromnej większości nie z produktywnej działalności, lecz z transferów kapitałowych. Według ich szacunków aż 40 proc. zysków globalnych korporacji wędruje do “rajów”, by uniknąć fiskusa.

Autorzy raportu zwracają uwagę, że jest to paradoksalny rezultat neoliberalnej polityki obniżania podatków w pozostałych krajach świata. W latach 1985-2018 średnia światowa stawka podatkowa spadła z 49 proc. do 24 proc. Sam prezydent Donald Trump zdecydował się ostatnio na obniżenie opodatkowania firm w USA z 32 proc. do 21 proc. Neoliberalna doktryna, która przez dziesięciolecia służyła uzasadnianiu takie probiznesowej polityki, mówiła wyraźnie, że ma ona służyć przyciągnięciu inwestycji zagranicznych. To z kolei miało podnosić konkurencyjność wewnątrz kraju, korzystnie wpływać na produktywność, płace i poziom zatrudnienia. Nic takiego nie ma miejsca w skali globalnej. Podatkowy wyścig na dno doprawidził przede wszystkim do tego, że międzynarodowe koncerny, lokując się w licznych krajach koncentrują się na wyprowadzaniu ich bogactw i efektów pracy miejscowej ludności na konta w egzotycznych miejscach.

Autorzy wyżej opisywanego badania podkreślają związek tego zjawiska z postępującą deterioracją globalnego kapitalizmu w zakresie podstawowych wskaźników makroekonomicznych. Wzrost PKB, udział płac w PKB, bilanse handlowe, wskaźniki zatrudnienia, wydajność pracy – ich poziom systematycznie spada z dekady na dekadę, podczas gdy zyski gromadzone przez korporacje w “rajach” nieustannie rosną.

Tørsløv, Wier i Zuckman krytykują też rządy większości krajów za to, że kierując się politycznym wygodnictwem, koncentrują się bardziej na ściąganiu zysków wyprowadzanych z do pozostałych państw nie będących rajami podatkowymi, niż odzyskiwaniem ich z samych “rajów”. Faktycznie jest to nieporównanie trudniejsze prawnie i organizacyjnie. Zakładałoby poza tym skoroordynowana międzynarodową akcję polityczną.