Holendrzy grali w piłkę, Polacy tylko biegali

Przegrany w Amsterdamie 0:1 mecz z Holandią w Lidze Narodów pokazał dobitnie, że w trakcie dziesięciomiesięcznej przerwy spowodowanej pandemią koronawirusa nasza reprezentacja nic na lepsze w swojej grze nie zmieniła. „Polacy ciągle kopali nas po kostkach, zamiast grać w piłkę. To było strasznie irytujące” – surowo ocenił biało-czerwonych najlepszy w holenderskiej drużynie Memphis Depay. Trudno nie przyznać mu racji.

Biało-czerwoni przegrali z Holendrami w pierwszym meczu drugiej edycji Ligi Narodów tylko 0:1, ale ten wynik nie odzwierciedla w najmniejszym stopniu przewagi ekipy „Oranje” w tym spotkaniu. Dość powiedzieć, że rywale oddali na bramkę strzeżoną przez Wojciecha Szczęsnego aż 16 strzałów, na co nasi piłkarze odpowiedzieli tylko dwoma. Poza tym holenderski zespół ponad 70 procent czasu gry był w posiadaniu piłki. Dlaczego taką przytłaczająca dominację przekuł zaledwie na jedną bramkę, która zdobył Steven Bergwijn? Tak siebie i kolegów tłumaczył najlepszy gracz na boisku, gwiazdor tegorocznego półfinalisty Ligi Mistrzów Olympique Lyon Memphis Depay. „Pod koniec meczu łapały mnie już skurcze ze zmęczenia, ale w sumie jestem zadowolony, że wróciły rozgrywki reprezentacyjne. Szkoda tylko, że nasi rywale ciągle kopali nas po kostkach, przydeptywali, popychali, zamiast grać w piłkę. To było strasznie irytujące i nie rozumiem, dlaczego sędzia na to pozwolił. Na pewno wygraliśmy z nimi zasłużenie, mieliśmy dużą przewagę, ale po wielu miesiącach przerwy nie wszystko jeszcze w naszej grze funkcjonowało jak należy. Sądzę, że w kolejnych spotkaniach znacznie poprawimy jakość i wtedy wróci też skuteczność” – powiedział po meczu Depay.
W ubiegłym roku ostatni mecz zespół Jerzego Brzęczka rozegrał 19 listopada wygrywając w Warszawie na Stadionie Narodowym ze Słowenią 3:2 po golach Sebastiana Szymańskiego, Roberta Lewandowskiego i Jacka Góralskiego. W bramce także stał Szczęsny, w obronie zagrali Tomasz Kędziora, Jan Bednarek, Kamil Glik i Arkadiusz Reca, w pomocy Grzegorz Krychowiak, wspomniany Szymański, Piotr Zieliński i Kamil Grosicki, a ataku Lewandowski. Po 10 miesiącach przymusowej przerwy selekcjoner biało-czerwonych posłał przeciwko ekipie Holandii prawie taki sam skład. Z graczy, którzy wystąpili w spotkaniu ze Słowenią zabrakło jedynie odpoczywającego po zwycięstwie w Lidze Mistrzów „Lewego” (lukę po nim nieudolnie próbowali załatać najpierw Krzysztof Piątek, a potem Arkadiusz Milik) oraz kontuzjowanego Recy (na lewej obronie zastąpił go Bartosz Bereszyński), Góralski był rezerwowym (zamiast niego zagrał Mateusz Klich), a Kamil Jóźwiak, który 10 miesięcy temu wszedł na kilka ostatnich minut, w Amsterdamie wyszedł w podstawowym składzie i grał do 71. minuty, kiedy to zmienił go Grosicki.
Na poziomie reprezentacyjnym wymiana kilku graczy to nic szczególnego i dobrze ułożonych zespołach raczej nie wpływa znacząco na jakość gry. Dowodzi tego znakomity występ reprezentacji Holandii. Znakomity rzecz jasna na tle reprezentantów Polski, którzy rzeczywiście, jak zauważył Depay, zamiast grać w piłkę całą swoją energię pożytkowali na przeszkadzaniu rywalom. Ten mało wyszukany plan jednak po godzinie runął, a wszyscy nasi zawodnicy, poza Szczęsnym rzecz jasna, od ciągłego ganiania za krążącą między holenderskimi graczami piłką łapali już powietrze „rękawami”. Po stracie gola nie oddali ani jednego groźnego strzału na bramkę rywali. Nic dziwnego, że kpiono z nich po meczu na wszelkie sposoby, ale chyba najtrafniejsze było stwierdzenie, że Holendrzy urządzili im na stadionie Ajaksu Amsterdam trening biegowy.
Wnioski po porażce w Amsterdamie są niewesołe. Biało-czerwoni we wrześniu 2020 roku nie grają choćby odrobinę lepiej niż grali w listopadzie 2019 roku czy we wrześniu 2018, w meczu z Włochami w pierwszej edycji Ligi Narodów, który był debiutem Brzęczka w roli selekcjonera. A skoro przez dwa lata nic w tej materii nie drgnęło do przodu, to oznacza, że nasz zespół narodowy pod wodzą tego trenera przestał nie tylko się rozwijać, ale wręcz zaczął cofać się w rozwoju. Wiceprezes PZPN Marek Koźmiński przekonywał, że występu naszej drużyny nie należy uznawać za blamaż. Niepotrzebnie. Nikt rozsądny nie uznaje porażki 0:1 z Holandią za blamaż. Blamażem była natomiast demonstrowana przez cały mecz przez naszych piłkarzy irytująca nieumiejętność zespołowej gry w piłkę nożną, chociaż przecież ten sport na tym właśnie polega. Wsadzić gdzieś nogę, zrobić wślizg, nawet trochę pobiegać za rywalami – jak najbardziej. Ale kopnąć trzy podania bez przyjęcia, minąć nimi przeciwnika, wypracować okazję nie czekając na jego błąd, to już okazywało się za trudne. I nad tym powinni się w PZPN wszyscy zastanowić – dlaczego ci zawodowi gracze, którzy na co dzień zarabiają w swoich klubach miliony za sprawne i zespołowe kopanie piłki, nie potrafią tego samego robić w biało-czerwonych barwach. Efekt? Na 11 meczów rozegranych za selekcjonerskiej kadencji Brzęczka z przeciwnikami występującymi obecnie w Dywizji A i B Ligi Narodów, wygraliśmy tylko trzy, w tym dwa razy z Izraelem, który jest beniaminkiem Dywizji B (w pierwszej edycji grał piętro niżej).
W poniedziałek ekipę Brzęczka, która w Lidze Narodów nie wygrała jeszcze ani jednego meczu, czeka wcale nie łatwiejsza próba od tej w Amsterdamie, bo chociaż zespół Bośni i Hercegowiny awansował z Dywizji B do A, to w swoim pierwszym występie w europejskiej elicie zremisował na wyjeździe z Włochami 1:1, więc pewnie na swoim boisku przeciwko naszej drużynie zagra jeśli nie lepiej, to na pewno nie gorzej.
„Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie stworzymy sobie za dużo sytuacji. Patrząc na naszą organizację gry, mieliśmy za mało do tego możliwości. Ale patrząc na przeciwnika, na czas w jakim przyszło nam grać, jestem zadowolony z gry i z naszego poruszania się na boisku” – skomentował występ swoich podopiecznych Brzęczek.
Po takiej ocenie trudno nie rzucać w niego kamieniami, bo przecież jedna składna akcja w pierwszej połowie zakończona strzałem Krzysztofa Piątka i cała druga połowa bez jednego, choćby niecelnego uderzenia na bramkę rywali, to chyba nie daje powodu do skromnej nawet pochwały. A selekcjoner mówi, że ogólnie jest zadowolony z gry. I takie też farmazony prawi nam już od dwóch lat. Warto pamiętać, że w turnieju Euro 2021 biało-czerwoni w grupie zagrają z Hiszpanią i Szwecją, czyli zespołami klasy Holandii. Nawet z takimi rywalami nasz zespół powinien grać jak równy z równym, bo składa się z piłkarzy przecież nie gorszych. Cała nadzieja w tym, że sprawy w swoje ręce wezmą w końcu piłkarze, co w przeszłości zdarzało się nie raz i czasem przynosiło wspaniałe rezultaty.

Wyniki grupy 1 Dywizji A:
Holandia – Polska 1:0
Gol: Steven Bergwijn (61).
Holandia: Jasper Cillessen – Hans Hateboer, Joel Veltman, Virgil van Dijk, Nathan Ake – Marten de Roon, Georginio Wijnaldum, Frenkie de Jong – Steven Bergwijn (74. Donny van de Beek), Memphis Depay, Quincy Promes (90. Luuk de Jong).
Polska: Wojciech Szczęsny – Tomasz Kędziora, Kamil Glik, Jan Bednarek, Bartosz Bereszyński – Sebastian Szymański, Grzegorz Krychowiak, Mateusz Klich, Piotr Zieliński (77. Jakub Moder), Kamil Jóźwiak (71. Kamil Grosicki) – Krzysztof Piątek (63. Arkadiusz Milik).
Żółte kartki: de Roon, Depay, F.de Jong – Piątek, Klich, Jóźwiak, Glik, Bednarek.
Sędziował: Georgi Kabakow (Bułgaria).
Mecz bez udziału publiczności.

Włochy – Bosnia i Hercegowina 1:1
Gole: Stefano Sensi (67) – Edin Dzeko (57).
Włochy: Gianluigi Donnarumma – Alessandro Florenzi, Leonardo Bonucci, Francesco Acerbi, Cristiano Biraghi – Federico Chiesa (71. Nicolo Zaniolo), Stefano Sensi, Nicolo Barella, Lorenzo Pellegrini (86. Moise Kean), Lorenzo Insigne – 9. Andrea Belotti (73. Ciro Immobile).
Bośnia i Hercegowina: Ibrahim Sehić – Branimir Cipetić, Toni Sunjić, Sinisa Sanicanin, Sead Kolasinac (84. Eldar Civić) – Edin Visca (86. Deni Milosević), Gojko Cimirot, Amir Hadziahmetović, Amer Gojak, Armin Hodzić (77. Muhamed Besić) – 11. Edin Dzeko. Żółte kartki: Belotti, Zaniolo, Bonucci – Cimirot. Sędziował: Anastassios Sidiropoulos (Grecja).
Mecz bez udziału publiczności.

Tabela grupy 1 Dywizji A:

  1. Holandia 1 3 1:0
  2. BiH 1 1 1:1
  3. Włochy 1 1 1:1
  4. Polska 1 0 0:1

Biało-czerwoni na pomarańczowych

W czwartek rozpoczęły się rozgrywki drugiej edycji Ligi Narodów UEFA. W rywalizacji uczestniczy 55 reprezentacji podzielonych na cztery tzw. dywizje i 14 grup. Biało-czerwoni w piątek 4 września zainaugurują swój udział w tych rozgrywkach wyjazdowym meczem z Holandią. Dla obu zespołów będzie to pierwszy występ od listopada ubiegłego roku.

Dla przypomnienia – pierwsza edycja Ligi Narodów, która od 2018 roku zastępuje w kalendarzu UEFA mecze towarzyskie, wygrała reprezentacja Portugalii, która w rozegrany w czerwcu 2019 roku „Final Four” w finale pokonała Holandię 1:0. Oprócz tych dwóch ekip w najlepszej czwórce znalazły się jeszcze zespoły Anglii i Szwajcarii. Nasz zespół zajął w swojej grupie ostatnie miejsce i powinien zostać zdegradowanym, ale UEFA poszerzyła skład Dywizji A z 12 do 16 drużyn i dzięki temu ekipa Jerzego Brzęczka uniknęła degradacji, podobnie jak zespoły Chorwacji, Niemiec i Islandii. Skład powiększonej Dywizji A uzupełniły reprezentacje, które wywalczyły awans z Dywizji B – Ukraina, Szwecja, Dania oraz Bośnia i Hercegowina. W losowaniu biało-czerwoni trafili do grupy 1 wraz z zespołami Włoch, Bośni i Hercegowiny oraz finalisty poprzedniej edycji LN, czyli Holandii, z którą w piątek zagrają pierwszy mecz w nowej odsłonie tej europejskiej rywalizacji, która przez cała jesień toczyć się będzie w czterech dywizjach. Mecz Holandia – Polska w Amsterdamie rozpocznie się o 20:45. Będzie transmitowany przez TVP1.
W grupie 1 dywizji A każda drużyna rozegra tej jesieni sześć meczów. Najsłabsza w stawce tym razem nieodwołalnie zostanie zdegradowana do dywizji B, zaś najlepsza awansuje do turnieju finałowego, którego oficjalnego terminu wciąż nie wyznaczono, ale najpewniej zostanie rozegrany jesienią przyszłego roku po mistrzostwach Europy. PZPN stara się o organizację turnieju finałowego, bo UEFA postanowiła, że jego gospodarzem będzie zwycięzca grupy 1 dywizji A, o ile nie będzie to Bośnia i Hercegowina.
UEFA jako pierwsza z kontynentalnych federacji piłkarskich „odmroziła” futbol reprezentacyjny. Za Ligą Narodów, tak jak za europejskimi pucharami, stoją duże pieniądze wynikające z umów sponsorskich i telewizyjnych. Europejska centrala zamierza się nimi dzielić z federacjami krajowymi. Nagroda dla triumfatora Ligi Narodów wynosi sześć milionów euro, za drugie miejsce 4,5 mln, za trzecie 3,5 mln, a za czwarte 2,5 miliona euro. Za sam udział w rozgrywkach każda federacja otrzyma 2,25 mln euro.
W Lidze Narodów obowiązuje, podobnie jak w europejskich pucharach, surowy protokół epidemiczny, który UEFA opracowała w obliczu kryzysu spowodowanego pandemia koronawirusa. We wrześniu wszystkie mecze zostaną rozegrane bez udziału publiczności. Badania zawodników są robione przed każdym meczem, a reprezentacja musi przystąpić do niego jeżeli posiada 13 zdrowych zawodników, w tym jednego bramkarza. O ile oczywiście nie zostanie w całości poddana kwarantannie.