Odłamek

świecie miłosierny świecie łatwowierny
skalany wszelkimi grzechami
bądź miłościw mnie grzesznej
bądź miłościw mnie śmiesznej
obdarzonej ludzkimi cechami
wyspowiadać się mogę i pokutę wypełnić
na manowce wychodząc wciąż twoje
daj mi tylko w swej łasce dusze tobą napełnić
daj zapłakać i oddaj co moje
pozwól sobą oddychać
daj mi instynkt zwierzęcia
a rośliny daj kruchość i siłę
deszczem ochrzcij mnie słabą
ogniem piętnuj mnie silną
tylko prowadź bo często się mylę
świecie rozedrgany świecie potargany
ty mnie oczyść z wyrzutów sumienia
naucz szeptać jak drzewa
naucz milczeć jak kwiaty
daj wytrwałość i serce z kamienia

Barwy jesieni

Jaki piękny dzisiaj dzień!
Wszystkie smutki poszły w cień.
Jak nie kochać jesieni,
gdy świat kolorami się mieni?

W blasku słońca babiego lata,
wierzba nowe warkocze zaplata.
Jak nie kochać jesieni,
gdy wokół tyle nadziei?

Płaszczem liści tęsknoty okryte,
w kroplach deszczu to co złe zmyte,
w kasztanowej skorupie serca gorące
– niczym słońce.
Jak nie kochać jesieni…

Poparzone wrzątkiem

„Dziennik Trybuna” objął patronatem wydanie drugiego tomiku poezji Bianki Kunickiej-Chudzikowskiej. Oto kilka z jej wierszy, które w nim się znalazły.

– quo vadis –
czasem w gąszczu myśli łatwo zgubić drogę
pobłądzić w meandrach poplątanych znaczeń
wśród lęków żałośnie kłapiących ozorem
wpadając w pułapkę celnych przeinaczeń
pośród słów i mroku codziennej rutyny
robiąc przejście prawdzie ukrytej w źrenicy
bojąc się powiewu z nieznanej krainy
a wierząc w spełnienie zrodzone z dziewicy
kłamstwa brać za prawdę kiedy głośniej krzyczą
co jeszcze mnie w świecie bezmyślności czeka
gdzie gdy idę nocą odludną ulicą
wolę spotkać wilka niżeli człowieka
– jesień plecień –
tak naprawdę nikt nie znał miasteczka
gdzie poznali się ona i on
ale był w nim kościółek i rzeczka
tak bliziutko jak daleko stąd
pili kawę w kafejce której także nie było
park nie istniał lecz stała w nim ławka
którą mi się dla hecy w tym momencie zmyśliło
a kochali i to jest zagadka
no i miłość ich kwitła jak wiosenne jabłonie
nic że jabłek się z drzew tych nie rwało
pisał listy i czule chował słowa jej w dłonie
choć to przecież się także nie działo
pewnej nocy on umarł potem ona zniknęła
bo bez niego swój bezsens odkryła
nieprawdziwa historia serca jednak drasnęła
bez znaczenia że się nie wydarzyła

***
siku
woda
tabletka
pasta
szampon
krem
makijaż
wyprasować dobrze kołnierzyk
teraz coś zjem
rajstopy
kurwa znowu oko
a teraz mocno jak co dzień
swój bajkowy ogon
pod spódnicę
wcisnę głęboko

***
odszedł
po cichutku
nie płakał
nie poczekał
nie udzielał rad
jego numer
wyryty w tabliczce pamięci
dzwoni w skroniach czasem
odbierasz drżącą duszą
setki zawieszonych połączeń
niemych rozmów
niezadanych pytań
ten przyjaciel niezawodny
powiernik nieoceniony
tak samo martwy
jak żywy w pamięci

***
puk puk zapukam kiedyś
niezapowiedziana
wejdę pewnym krokiem
szeleszcząc sukienką
potem cię uścisnę
niby zawstydzona
dotknę lekko policzka
wytęsknioną ręką
a ty nic nie powiesz
po co ranić ciszę
pochwycisz mnie tylko
namiętnie w ramiona
podniesiesz do góry
bym tam już została
i mogła wśród chmur miękkich
na dnie serca skonać

***
nie ma młodości
bez zasypiania
przy otwartej książce
bez dymnej kafejki
marzeń o nocy
bez krzywego beretu
jazdy tramwajem
parzących pocałunków
nie ma młodości
bez czerwonej podszewki
wrzącej wyobraźni
wyuzdanych westchnień

***
w winie najbardziej lubię kolor
w jabłkach piękno ich kształtu
w chlebie uwielbiam zapach
w słowach milczenie pomiędzy
w milczeniu słowa wymyślane
od przeszłości wolę opowieści o niej
od teraźniejszości wolę to co się wydarzy
tylko miłość lubię za miłość
pocałunki za pocałunki
dotyk za dotyk

– śmierć i miłość –
usiadły razem śmierć i miłość
zerkając na siebie ukradkiem
wypatrując u drugiej tego co odmienne
bezgłośnie krzyczały zaklinając ciszę
w obu z nich zazdrość kipiała niezmiennie
nagle w ich cieniu stanęła dziewczyna
z bladością na twarzy i błyszczącym wzrokiem
każda się o nią w myślach dopomina
jedna chce duszę druga ciało płoche
miłość podeszła lekko się kołysząc
gorącym pocałunkiem musnęła jej usta
śmierć dała znać dziewczynie za plecami dysząc
pani z wrzącą duszą i dama bezduszna
każda chciała o młódkę zajadły bój stoczyć
której to dziewka musi być posłuszna
niech panna zdecyduje i spór ten rozstrzygnie
lecz ona nie umie zasłaniając usta
bo kocha tak że cierpi i umrze niechybnie
dwie harpie remisując poczuły się dumne
podały ręce w zgodzie wzrokiem ją zmierzyły
jedna wzięła miarę na suknie a druga na trumnę
i tak to śmierć i miłość spółkę założyły

***
połknęłam dzisiaj wszechświat
niedobry był jak cholera
składał się z samych mieszanek
wyszyty w jedynki i zera
niestrawność smołą paląca
wyżarta ideologią
zbitką teorii i doktryn
biblią i mitologią
teraz rozrywa mi trzewia
rozdyma nie ego niestety
mam w sobie wrzeszczącą otchłań
jak po zderzeniu komety
chaos rozpycha się w głowie
omamia gdyż tylko to umie
i nie wiem o świecie nic więcej
bo połknąć nie znaczy rozumieć

***
napisana miłość jest taka wygodna dla poetów
nie wymaga kupna chleba czy zrobienia prania
łatwo oddać prym myślom które wartko płyną
kreśląc arabeski na płótnie kochania
rozdawać hojnie nadzieję zapewnienia śluby
zgrabne esy floresy zakorzeniać w jaźni
wzburzać krew i kunsztownie przyozdabiać słowa
światy równoległe z precyzją budować
zamieszać patykiem w kipiących uczuciach
zmysłowo panierować nagą psychę w chuciach
poeci są jak huby żerując na duszach
ich skuteczna strategia setki łez wydusza
i bez precedensu artystów paradoks
choć sami często ślepi to innych prowadzą

Baba z krwi i kości

czyli zapiski Nimfy Polskiej

„Jeszcze kocham”, to miłosne, intymne zapiski Anny Świrszczyńskiej (1909-1984), wybitnej poetki. Autorki m.in. słynnego zbioru poetyckiego „Jestem baba” (1972) są swoistym psychologicznym rarytasem. 61-letnia kobieta, rozwódka, prowadzi niezwykle intensywne życie miłosne i seksualne, także z dużo młodszymi mężczyznami, i to bynajmniej nie w ramach związku małżeńskiego. Nawet dziś, pół wieku później może to budzić u niektórych opór czy kontrowersje, co pokazuje, że nie przeszliśmy od tamtego czasu zbyt długiej drogi w naszym myśleniu o obyczajach. Mnie uderza przede wszystkim intensywność oraz wysoki diapazon miłosnych przeżyć samej Świrszczyńskiej i jej męskich przyjaciół i kochanków (jednym z nich był Tadeusz Różewicz – zapiski zaczynają się od deklaracji, że odwiedził ją i „został jej kochankiem”). Zapewne się mylę, a rzecz to trudna do zbadania, bardzo niepochwytna dla kogoś postronnego, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dziś ani mężczyźni ani kobiety już tak raczej nie kochają. „Tak”, to znaczy w takim romantycznym jeszcze, grandilokwentnym stylu, tak intensywnie, tak desperacko, tak frenetycznie, tak całą swoją istnością, niemal mistycznie. W pewnym momencie zapisków pada zdanie: „Mieć mężczyznę w sobie, to co bardzo ważnego, coś świętego”. Mam wrażenie, że ludzie generalnie ochłodli w sferze uczuć, że w uczuciach jest dziś moda na letniość a nie na frenezję i że pospolity seks wypiera klasyczne „kochanie”. A może się mylę? Może w kręgach artystycznych diapazon emocjonalny jest wyższy niż w sferze społecznej przeciętności? W końcu nie siedzę w cudzych głowach, sercach i łóżkach. Zapiski Świrszczyńskiej pełne są uwag o zachwytach kierowanych do niej przez mężczyzn, zachwytach nad jej kobiecością, urodą, czarem oraz zachwytów poetki nad zachwytami mężczyzn nad nią. Ktoś mógłby w takiej postawie dopatrzeć się i kobiecego narcyzmu i (co prawda w szlachetnej, wyrafinowanej odmianie) promiskuityzmu, ale te zapiski są bardzo dyskretne, bez grama nawet obsceniczności czy naturalizmu. Nietrudno zauważyć, że w tomie poetyckim „Jestem baba” granice otwartości na mówienie o sprawach intymnych były usytuowane przez poetkę dużo niżej. Piękny to zapis fragmentów życia kobiety, dla której Amor i Eros byli najważniejszymi bożkami, może bardziej od muzy poezji. Najważniejsze jest to, że czytałem te zapiski z prawdziwym zaintrygowaniem. Czego i innym życzę.

Anna Świrszczyńska – „Jeszcze kocham. Zapiski intymne”, spisane z rękopisu i opracowanie tekstu, wstęp, zakończenie i przypisy Wioletta Bojda, Wydawnictwo WAB (GWFoksal), Warszawa 2019, str. 156, ISBN 978-83-280-6635-9

Poparzone wrzątkiem

„Dziennik Trybuna” objął patronatem wydanie tomiku poezji Bianki Kunickiej-Chudzikowskiej „Poparzone wrzątkiem”. Dziś publikujemy kilka kolejnych jej wierszy.

– dojrzeć –
kiedy zemdleją wszystkie słowa
zazdrostka wstydu spadnie z oczu
mądrość się stanie muślinowa
w panierce uczuć nas otoczy
peniuar zdejmie senny księżyc
atłasem nieba nas okryje
czas jak szalony się rozpędzi
siateczki zmarszczek nam wyszyje

dojrzałość nadal jest młodością
ubraną w zgrzebne doświadczenie
tak często droczy się z miłością
zamiast pokochać samą siebie

zmysłowo dziergać czułość w słowach
zluzować gorset który dusi
jest wyjątkowa gdy świadoma
że może wszystko nic nie musi

– kot schrödingera –
my jesteśmy przecież z całkiem różnych bajek
pan poważny z zasadami pragmatyczny
ja pędziwiatr w głowie ciągle pachnie majem
by mnie kochać pan jest na to zbyt logiczny

po co czekać kiedy ja się zawsze spóźniam
róż nie lubię są wyniosłe i kłujące
cotangensów od tangensów nie odróżniam
za to marzeń i pomysłów mam tysiące

ten garnitur tak na panu dobrze leży
spodnie w kancik buty błyszczą wyczyszczone
nam od życia coś innego się należy
pan powinien wielką damę mieć za żonę

ja mam suknię w tym sezonie z polnych kwiatów
na jesieni ją zamienię na liściastą
diamentowym deszczem błyśnie sto karatów
w zimie włożę śnieżnobiałą i bufiastą

a buciki proszę pana mam trawiaste
kiedy boso biegnę żeby pana spotkać
tylko serce muszę chyba mieć przyciasne
bo mi pęka gdy się bronię pana kochać

– zaczarowanka –
a wiesz że jeszcze można wciąż
zakręcić wszystko wokół osi
zawołać głośno teraz krąż
do tańca cały świat zaprosić
jeszcze jest czas i starczy sił
by nurty losu poprzestawiać
rozpalić gwiazdy strzepnąć mgły
co złe z pamięci powywabiać
choć przeszłość czasem smutno gra
smyczkiem pocina aż do kości
czasowi dać należy czas
przyszłości bukiet możliwości
kwitną konwalie fiołki bez
stokrotki bratki i forsycje
miłość zachłannie płatki rwie
tworząc zmysłowe kompozycje
wietrzyk jazzikiem w piersiach dmie
w żołądku fika już nadzieja
uwodzi zmysły by móc je
do nagiej duszy porozbierać

– wietrzny atrament –
Wołam cię w jesiennej mgle
powracasz do mnie echem
i nawet nie wiesz jak ja chcę
na pół się dzielić grzechem
wsłuchany w wiatr pajączek drga
na srebrnej pajęczynie
cichutko świerszcz melodię gra
na swojej mandolinie
konary drzew wsłuchują się
w stęsknione me wołanie
a niebo mi łzy z deszczu śle
by mogły płakać za mnie
być może noc przyniesie ci
wyznanie w wietrznych skargach
odpowiedź wprost z kochanych ust
wiatr złoży na mych wargach

– sekrecik –
miłość na chwileczkę miłość na momencik
ulotna malutka bez celu i skutku
zwyczajny kamyczek nie żaden diamencik
więc gdy już przeminie nie będzie w nas smutku
taka leciutka bezbronnie beztroska
nawet bez pieszczot zwyczajna miłostka
przejście gdzieś obok i wzrok zahaczony
zupełnie nie wadząc ni męża ni żony
ot takie muśnięcie spojrzeniem gorącym
bez żadnych bukietów marzeniem kwitnącym
co serca przyśpieszy i krew nieco wzburzy
ot taki sekrecik niegroźnie nieduży
tylko gdzieś w duszy zostanie wspomnienie
być może ty chciałbyś je objąć ramieniem
lecz nie zapomnijmy że to jest miłostka
ulotna chwileczka bezbronnie beztroska

– jeśli –
Jeśli się stanie że odejdę pierwsza
to wyrzuć proszę wszystkie rzeczy po mnie
ja ci zostanę przecież w moich wierszach
tęsknij w milczeniu pożegnaj mnie skromnie

lubiłam morze srebrzysty chłód fali
gdy spojrzysz na nie to jakbym tam stała
tchnę w ciebie siłę jakbyś był ze stali
więc nie płacz po mnie jak ja bym płakała

polecę w gwiazdy gdzie zawsze znikałam
zbierając z nieba niebieskie migdały
dawniej w marzeniach je pielęgnowałam
kiedy tam wrócę sprawdzę czy dojrzały

gdy zjesz czereśnie powąchasz konwalie
od których zawsze mi szumiało w głowie
cudne piwonie śnieżnobiałe dalie
poczujesz wtedy że myślę o tobie

w szumie drzew które burza rozhulała
w śniegu w zamieci w wiosennym powiewie
w każdym z miejsc będę bezgłośnie wołała
wszędzie tam będę czekała na ciebie

– jeśli –
ileż osób nie poznałam
ile spraw nie doświadczyłam
nie dlatego że się bałam
tylko na nie nie trafiłam
może czekał na mnie moment
który dać mi mógł natchnienie
może byłabym kimś innym
lecz kim mogłabym być nie wiem
czy żałować czy naprawiać
skąd mam wiedzieć jak próbować
czy odszukać czy się łudzić
jak zaczynać coś od nowa
i czy warto jest coś zmieniać
burzyć teraz czy budować
jaka pewność że pod koniec
szlak torując tak zawzięcie
nie zapłaczę bo zrozumiem
że co miałam było szczęściem

– niezapominajka –
nie pamiętaj o mnie i nie myśl co robię
żyj sobie szczęśliwie tak jak było dotąd
może ci na jesień ciepły sweter zrobię
będzie pachniał łzami i moją tęsknotą

ściegiem czułych wspomnień go nieco ozdobię
wydziergam starannie swoje ciche myśli
spłowiałe marzenia ścieg po ściegu dodam
wzór wyszyję ze snu który mi się przyśnił

czas zamienił miłość na cichą nienawiść
wymiana okrutna i zaskakująca
jednak los ją zabrał spalany przez zawiść
może nasza miłość była zbyt gorąca

wyrzuć wszystkie listy wykasuj wspomnienia
one już nie nasze oddajmy im wolność
widać że przestała działać zmysłów chemia
bo serca odzyskały pierwotną wydolność

– miłość placebo –
psychopata z psychopatką się poznali
lodowata połączyła ich wrażliwość
może nawet się pozornie pokochali
gdyby u nich też możliwa była miłość

czarowali się nawzajem z zawziętością
że zalążek uczuć szczerych wykiełkował
każde chciało drugie zgrabnie wykorzystać
udawali że relacja jest duchowa

byli piękni i zadbani jak z okładki
gdyby jeszcze w piersiach czułość mogli mieć
on ideał na ofiarę psychopatki
psychopata tylko taką mógłby chcieć

jednak życie to nie mniejszy psychopata
bo zadrwiło z ich obojga zakłamane
nie umieli sobie szczęścia powywracać
w sercach nadal mają pustkę choć złamane

– i tylko koni żal –
gdybyś tak dzisiaj przyjechał
mój książę na białym koniu
obiad by wcale nie czekał
bałagan by cię przegonił
ty kiedyś tak wytęskniony
dziś jak bibelot zbyt drogi
o lata świetlne spóźniony
zdążyłam przyprawić ci rogi
gdzie byłeś książę marzeń
przez lata ciągłych porażek
gdy twoich oczu szukałam
w większości męskich twarzy
zabieraj konia i serce
do innej śpiącej królewny
ja już uśpiona na zawsze
mnie już nie jesteś potrzebny
w moim królestwie ciasno
garnki żelazko odkurzacz
nie przyjeżdżałeś więc własną
baśń wydziergałam na drutach

– sen –
wielkim wozem przypłynę do ciebie
mapą zmysłów dryfując po niebie
złotopiórą szalupą łabędzią
będę z tobą naprawdę nie będąc

mleczną drogą się w ustach rozpłynę
księżyc rzuci chrupiącym rogalem
otulając się sennym muślinem
warkocz splotę komecie niedbale

niedźwiedzica zaryczy w błękicie
całym gardłem oznajmi o świcie
mlaśnie brzaskiem jak wata cukrowa
gdy jutrzenką już będzie gotowa

gwiezdnym pyłem oświetlam ci drogę
morfeusza orszakiem przybędziesz
w snach możemy szybować ku sobie
spełniać to czego nigdy nie będzie

– a verbis ad verbera –
szminka pończochy obcas koronki
a wszystko to na pokuszenie
czarny eyeliner róż na policzkach
niby niechcący a z namaszczeniem
tak rozszyfrowalne kobiece gierki
jak oczywisty gestów symbolizm
a jednocześnie niezwykle celny
i niezawodny by myśl zniewolić
czerwień i gorset i wilgoć w słowach
już nam się motyw nie wykolei
zapach i dotyk smak ust
gotowe
sam nam się z tego erotyk skleił

– to nic –
na mnie pora miły nie chcę więcej czekać
wszak czas cenne chwile wydaje niechętnie
nie potrafię przed nim już dłużej uciekać
nie chce wciąż cię szukać ani siebie we mnie
odchodzę by spotkać cię kiedyś przypadkiem
może się poznamy na pewno miniemy
gdy kwiaty przeszłości od dawna bez płatków
nawet obok siebie już nie przystaniemy
tętna nam przyśpieszą kalecząc wspomnienia
niby obojętni przy sobie przejdziemy
ciągnąc na wstążeczkach przygasłe marzenia
tak niby niechcący na nie nadepniemy
może wstrzymasz oddech może dusza piśnie
na skutek wnętrzności przykrego duszenia
nie będziemy wiedzieć dlaczego coś ciśnie
ani skąd się wzięły nagłe powiek drżenia
tęsknoty niespełnionej przytłoczeni siłą
spojrzysz w me oczy i usta jak wiśnie
ujrzysz w nich moją przedawnioną miłość
los pętlę czasu na sercach dociśnie

Giewont – 22 sierpnia 2019 r.

Giewont – 22 sierpnia 2019 r.
Gdy jesteś tam serce mocniej bije,
do tych gór i tego zachwytu.
Na szlaku człowiek czuje – że żyje,
choć może nie zobaczyć już świtu.

I nie zrozumie tego nikt,
kogo nie cieszy zdobywanie,
że będąc tam – chociaż chcesz żyć,
nie straszne jest umieranie.

Ci, którzy na Giewoncie zostali,
są teraz wiatrem i burzy grzechem.
Za swoją pasję życie oddali,
lecz w Tatrach zawsze będą echem.