Longin Pastusiak – postać niedoceniona

Wśród niewielu narodów świata, poszczególne postacie środowiska naukowego do tego stopnia wysuwają się na czoło, że ich punkt widzenia na dany temat szeroko upowszechnia się i decyduje o powszechnym sposobie patrzenia na daną, ważną kwestię.

W narodzie polskim taką postacią, która wywarła już i wywiera  dalszy, znaczny wpływ na sposób patrzenia szerokich kręgów ludzi na problematykę amerykańską jest prof. dr hab. Longin Pastusiak.

Oczywiście w ciągu wielu lat świadomość w tym zakresie kształtowali też inni naukowcy i specjaliści. Niewątpliwie przemożny wpływ w tym zakresie wywarła książka wybitnego polskiego uczonego prof. dr hab. Józefa Chałasińskiego, poświęcona kulturze amerykańskiej. Było to i jest dzieło monumentalne, które pozwoliło wszystkim zainteresowanym bliżej przyjrzeć się wielu aspektom życia amerykańskiego społeczeństwa, w tym jego kultury, nauki, obyczajów. Była to publikacja o nieprzemijającej wartości i wielkim znaczeniu. Wielu też i wszyscy razem dowiedzieliśmy się o fascynującym narodzie amerykańskim, który znacznie później niż narody Europy Zachodniej wkraczał w świat wielkiego znaczenia, i nabierał w nim na naszych oczach wielkiej rangi i funkcji. Stawał się dominującym ośrodkiem nie tylko rozwiniętych państw świata kapitalistycznego,  ale całego globalnego świata, nie wyłączając z tego krajów o innych ustrojach niż charakterystyczny dla społeczeństwa północnoamerykańskiej ziemi. Były też inne książki, które wstrząsały polską opinią publiczną, jak choćby niewielka książeczka dla mnie bardziej monumentalna niż epokowe dzieło prof. J. Chałasińskiego, autorstwa Jana Strzeleckiego, którą szybko wchłonął polski rynek wydawniczy, na którym zainteresowanie wzrastającym wpływem amerykańskiego kolosa było nie malejące, a wzrastające. Jednakże nawet z tymi wielkimi dziełami, oczywiście wielkimi z punktu widzenia ich walorów naukowo- inspiracyjnych, mogą się mierzyć  publikacje Longina Pastusiaka poświęcone sylwetkom poszczególnych prezydentów zamorskiego mocarstwa. Longin Pastusiak będąc rektorem stworzonej przeze mnie czołowej uczelni, emitującej codziennie w telewizji „ESDUSAT” do 400 tysięcy słuchaczy swoje wykłady i wtedy, gdy zaraz potem stał się marszałkiem Senatu Rzeczpospolitej Polskiej, przez swoją monografię poświęconą czołowych postaciom amerykańskiego życia, wywierał i wywiera szczególnie znaczący wpływ na polskie życie umysłowo- intelektualne i w dużej też mierze na  naukowe. Bo są też te publikacje książkami szczególnego znaczenia. Wynika ono stąd, że w amerykańskim życiu, rola prezydentów jest nieporównywalnie większa nie tylko w stosunku do naszego kraju, ale też w porównaniu do większości krajów Europy i świata, ale też stąd, iż monografie Pastusiaka na te tematy, przynoszą szeroki zakres wiedzy, nie tylko o reprezentowanych prezydentach, ale o całokształcie amerykańskiej rzeczywistości. 

Dla mnie osobiście L. Pastusiak od dziesiątków lat, to nie tylko wybitny uczony i publicysta,  ale zarazem człowiek niezwykle ze mną zaprzyjaźniony i bardzo mi bliski. Gdy więc przed kilkunastoma latami powołałem Wyższą Szkołę Społeczno-  Ekonomiczną, która pierwsza i jedyna jak dotąd w Polsce realizująca kształcenie na odległość w szerokim zakresie tego słowa z wykorzystaniem zarówno telewizji, jak i internetu, powołałem na stanowisko pierwszego rektora tej uczelni wspomnianego mego przyjaciela. Aby nie było jednak żadnej jednostronności w obsadzie kierownictwa WSSE  powołałem jednocześnie na jej prorektorów prof. dr hab. Kazimierza Żygulskiego i prof. dr hab. Andrzeja Tymowskiego, których to trójka mając odmienne doświadczenie życiowe, orientacje naukowe i polityczne, świetnie inspirowała i kierowała uczelnią o ideowej orientacji pluralistycznej i zarazem funkcjonująca  na niezwykle wysokim poziomem naukowym. Jednakże w tym trójkącie rola L. Pastusiaka była szczególna. Był nie tylko rektorem, ale od pierwszych chwil w tym zakresie, był moim przewodnikiem po gościnnej amerykańskiej ziemi. Dzięki niemu nadrabiałem swoją dotychczasową jednostronność, polegającą na tym, iż znałem już wtedy dobrze bezkresne tereny Związku Radzieckiego od Moskwy do Syberii, od Kijowa do Władywostocka, ale byłem prawdziwym ignorantem w zakresie dokładniejszej znajomości amerykańskiego mocarstwa. Szybko mogłem nadrobić jednak i tą słabość albowiem mistrz moich kilku podróży do USA był prawdziwym znawcą tematu i zarazem doskonałym przewodnikiem. Wspólna wyprawa do Północnej Karoliny, której mój przewodnik był profesorem L .Pastusiak , rozpoczęła wspólny objazd wielu amerykańskich stanów, miast i uniwersytetów. Wszystko nie skończyło się na krótkich epizodycznych kontaktach, a przerodziło się w długotrwałą współpracę połączoną z rewizytami amerykańskich przyjaciół ,do naszej ojczyzny  co powodowało, że dzięki tym podróżom nie tylko ja poznałem amerykańską ziemię, jej miasta i uniwersytety, ale studenci kierowanej przeze mnie uczelni, mogli poznać licznych amerykańskich profesorów, którzy rewizytowali moją ówczesną uczelnię i których razem z L. Pastusiakiem wprowadzaliśmy w złożoną ówczesną polską rzeczywistość. Czyniliśmy to przy tym obok wybitnych uczonych z innych krajów takich jak prof. Zoja Aleksiewna Malkowa- dyrektor Instytutu Pedagogiki Ogólnej, a zarazem wiceprezydent Akademii Nauk Pedagogicznych ZSRR,( były pilot myśliwski ZSRR) czy prof. dr hab. Li Jingwen- członek kierownictwa Akademii Nauk Społecznych ChRL, jeden z najbliższych współpracowników i konsultantów Denga Xiaopinga, czy też inni uczeni z licznych  krajów, Europy i świata, w tym prof. Ralph Ganter- dyrektor Instytutu Małego i Średniego Biznesu Uniwersytetu Mannheim. 

Innymi słowy w czasie pracy L. Pastusiaka w mojej uczelni zanim ją w dużej mierze z inicjatywy i pod kierunkiem  Adama Michnika zlikwidowano, staraliśmy się wzbogacić proces edukacyjny, nie tylko wykładami czołowych polskich uczonych tej uczelni, ale też licznymi wykładami uczonych z większości krajów ówczesnego świata, na czele ChRL z szerokim też udziałem ZSRR i USA. Gdy ostatecznie prof. L. Pastusiak przejął funkcję marszałka Senatu, nasze kontakty nie rozluźniły się i gdy na przykład zorganizowałem wielką sesję poświęconą kształceniu na odległość w systemie szkolnictwa wyższego z uwzględnieniem w tej sprawie roli naszej uczelni, L. Pastusiak udostępnił mi do tych obrad  lokal Senatu RP dla zorganizowania i zrealizowania tego wielkiego przedsięwzięcia historycznie w Polsce bezprecedensowego. Ważniejszego tym bardziej, iż na to posiedzenie przybył członek kierownictwa Open University spod Londynu i zastępca ambasadora Wielkiej Brytanii w naszej ojczyźnie. Wspólnie też przezywaliśmy spiski i działanie sił konserwatywnych, które w szerokim sojuszu od „Gazety Wyborczej”, przez „Politykę” i „Gazetę Polską”, odegrały dominującą rolę w likwidacji nowatorskiej uczelni, która była solą w oku wielu ludzi naszej ojczyzny i ważną strukturą w niej funkcjonującą która z punku widzenia ich małostkowych interesów wymagała likwidacji. Jednak warto podkreślić, że przez cały czas walki o wspomnianą uczelnię, L. Pastusiak był po mojej  stronie, aż do udzielenie swego czasu wywiadu w „Trybunie, w której stwierdził, iż było zbrodnią zlikwidowanie tej nowatorskiej placówki, która nie powinna być nikomu solą w oku, zwłaszcza mogącej być ważną w okresie pandemii, która nawiedziła nasz naród w niedługi czas po jej likwidacji. 

Oczywiście nasza braterska i serdeczna przyjaźń nie była wolna od sporów i dyskusji. Nieraz jego lepsza znajomość amerykańskiej rzeczywistości od mojej, nie ułatwiała wspólnej oceny amerykańskich zjawisk, których nie podzielał mój amerykański mistrz. Prof. Longin Pastusiak nie wyobrażał sobie, że człowiek o takiej mentalności, umyśle i nawykach jak Donald Trump może zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. Natomiast ja uważałem, że jest to nie tylko możliwe, ale całkowicie realne. Nasz spór szybko rozstrzygnęła historia i mój nauczyciel oraz przyjaciel pisząc monografię Donalda Trumpa wiele mnie nauczył nas wszystkich przedstawiając go w pełnych barwach począwszy od okładki tej monografii, aż po ostania stronę tej jednej z jego najciekawszych publikacji. Mogłem natomiast stwierdzić, że było dramatem narodu amerykańskiego, że wybrał sobie takiego prezydenta, ale jeszcze większym to, że głosowało za nim w ostatnich wyborach prawie 50% ogółu tutejszych wyborców. Natomiast w ostatniej naszej publicznej dyskusji poświęconej wizji człowieka wyłaniającej się ze współzawodnictwa ChRL i USA, ( 19 luty 2021 r)miałem okazję usłyszeć niezwykle wnikliwą charakterystykę aktualnego prezydenta USA, z której wynikało, że  jego niepełne przezwyciężenie spuścizny po Trumpie, źle rokuje dla wizji narodu amerykańskiego w nadchodzących dziesięcioleciach.

W pełni popieram ten pogląd mojego przyjaciela i uczestnika dyskusji na ten tematy, zachęcając wszystkich czytelników „Trybuny”, do zakupu jego zapewne nowej  książki o aktualnym prezydencie USA i prześledzenie prezentacji wspomnianego współzawodnictwa nie tylko przez L. Pastusiaka i przeze mnie, ale także przez takie postacie jak prof. dr hab. Jerzy Jaskiernia, prof. dr hab. Maria Szyszkowska, prof. dr hab. Władysław Szymański, prof. dr hab. Wojciech Huebner i wielu innych autorów opublikowane w tym nowym dziele. 

Pierwsza setka marszałka

W siedzibie Akademii Vistula odbyła się promocja kolejnej książki byłego marszałka Senatu RP, profesora Longina Pastusiaka zatytułowanej „Świat i Polska”. Setnej książki napisanej przez niego.

Zebrani w auli liczni i zacni czytelnicy przypominali zasługi profesora, czasem też i swoje, żarliwie też dyskutowali o relacjach Polski z USA, USA-Chiny, a także mozolnych trudach autorów książek. Całość sprawnie moderował Wojciech Kostecki, też profesor.

Patrząc z podziwem na wspaniały dorobek marszałka, profesora Longina Pastusiaka apelujemy do obecnych naukowców i polityków. Mniej sporów,mniej brylowania w mediach, do piór!
Niedokończone książki czekają.

 

Kim jest Donald Trump?

Na to pytanie stara się odpowiedzieć wybitny amerykanista prof. Longin Pastusiak w swojej nowej książce.

„Donald Trump. Pierwszy taki prezydent Stanów Zjednoczonych” to książka półmetkowa. Choćby z tego powodu, że napisana i opublikowana przed końcem prezydenckiej kadencji Donalda Trumpa. Pytanie – czy jedynej, czy pierwszej z dwu. Wiadomo, że na nie, podobnie jak i na wiele innych, teraz profesor nie udzieli odpowiedzi, bo to zadanie dla Pytii, nie dla uczonego. Ale dlatego tym bardziej warto tę książkę przeczytać. Może wtedy prezydent Trump będzie rzadziej nas zaskakiwał.
Profesor Pastusiak potraktował swoją interpretację fenomenu Donalda Trumpa bardzo szczegółowo, a równocześnie bardzo krytycznie. Zebrał ogromny materiał, tak na temat tego, kim Donald Trump był, zanim został prezydentem, ba – zanim otrzymał nominację Partii Republikańskiej, co wówczas wcale nie wydawało się tak oczywiste, bo przecież jego notowania w rankingach wcale nie dawały mu wielkich szans. Jego aspiracje prezydenckie były przecież raczej traktowany raczej niezbyt poważnie, a on sam postrzegany jako postać spoza politycznego establishmentu – a w gruncie rzeczy także i finansowego, bo działalność gospodarcza Trumpa też raczej go sytuowała raczej jako biznesowego celebrytę, a nie działającego w ciszy gabinetu finansistę, Co więcej – jak to autor wielokrotnie zauważa – także i majątek Trumpa, z pozoru oczywisty, przy bliższym przyjrzeniu się wcale taki może się nie wydawać i odpowiedź, czy długi prezydenta nie są czasem większe od posiadanych przez niego aktywów, bo firm, które doprowadzał do upadłości, aby potem negocjować ich warunki było bez liku.
Prof. Pastusiak – choć oczywiście nie ucieka od analizowania osobowości Trumpa i od wyciągania wniosków – nie narzuca natarczywie swoich odpowiedzi ani konkluzji, ale również, opowiadając o kolejnych działaniach prezydenta, pozwala czytelnikowi wyrabiać sobie swoje opinie, zaopatrując go przy tym w obfity materiał. Książka liczy sobie bowiem (bez aneksów) ponad 530 stron samego tekstu dosłownie wypakowanego informacjami, a jej poziom uszczegółowienia jest imponujący. Lektura „Pierwszego takiego prezydenta” wymaga więc od czytelnika pewnego wysiłku. Kompensuje to jednak fakt, iż – jak to jest zwykle w pracach prof. Pastusiaka – napisana jest potoczystym językiem, nie stroniącym od bon motów i ironii, co sprawia, że tę pokaźną pozycję czyta się z prawdziwą przyjemnością.
Prowadzeni przez autora przechodzimy zatem poprzez kampanię wyborczą 2016 r., decyzje i zapowiedzi Trumpa z czasów, gdy był prezydentem-elektem i pierwsze dwa lata jego prezydentury – „akcja” książki zatrzymuje się bowiem na styczniu 2019 roku. Ale nie to jest w tej pracy najważniejsze, bo przecież nie jest to powieść, którą autor czułby się zobowiązany doprowadzić do rozwiązania intrygi, ale analityka polityczna. A historia, zwłaszcza bardzo niedawna, przecież rzadko ma momenty, o których możemy powiedzieć, że były wyraźnymi cezurami. A potem tego rodzaju opinie zwykle przychodzi ex-post rewidować. Z tego powodu zatrzymanie narracji na pewnym etapie nie tylko nie stanowi słabości, ale też – jak już powiedziano na wstępie – pozwala nam lepiej rozumieć i Donalda Trumpa, jego ograniczenia i poglądy i patrzeć na jego obecne działania
poprzez tę wiedzę.
Książka prof. Pastusiaka pozwala też w jednym, wszakże bardzo obszernym tomie, śledzić sprawy, które tymczasem, pod naporem nowych wydarzeń, straciliśmy z pola widzenia, a pamiętanie o nich nie jest bynajmniej nieistotne, gdyż idąc poprzez wypowiedzi takich figur jak Donald Trump, ciągle musimy ścierać się z rozmaitymi niekonsekwencjami. Bo o ile Trump jest może przywiązany do pewnych haseł, które wylansował – choćby „America First”, „Make America great again”, czy kilku sztandarowych projektów, przy których trwa z niezwykłym czasem uporem (jak w sprawie antyimigracyjnego muru na granicy z Meksykiem), ale też przy różnych innych okazjach podejmuje decyzje chimeryczne, jakby nie pamiętał zupełnie (albo nie chciał pamiętać) swoich słów sprzed miesiąca czy dwu. Jeśli nie nawet sprzed dwu dni, jak to było w przypadku zapowiedzi wycofania amerykańskich wojsk z Afganistanu, ale przecież nie tylko wtedy. Nawet w polityce handlowej zupełnie inaczej rozgrywa sprawę Chin, a już Europy – nie aż tak bardzo sztywno.
Może najwięcej uwagi autor poświęca analizowaniu przekazu Donalda Trumpa, tego jak przy swoich niekonsekwencjach i zmianach zdania, poprzez podejmowane przez siebie decyzję doprowadza do rezultatów zupełnie odmiennych od zapowiadanych. Widać to szczególnie w odniesieniu do polityki wewnętrznej – zwłaszcza gospodarczej i społecznej, w której ten rozziew jest szczególnie uderzający, a przy tym są to sprawy dla polskiego czytelnika mniej oczywiste, gdyż siłą rzeczy postrzegamy prezydenta Trumpa przede wszystkim przez jego aktywności w obszarze polityki zagranicznej – Amerykanie zaś wręcz przeciwnie. Autor zatem świetnie prowadzi czytelnika przez czasem bardzo specyficzne dla amerykańskiej polityki problemy, demonstrując jak Trump, zjednawszy sobie w kampanii poparcie Amerykanów średnio i mało zamożnych, jako prezydent dość konsekwentnie podejmuje decyzje, które przynoszą korzyść wyłącznie najbogatszym, tych pierwszych – swój elektorat racząc głównie retoryką.
Przy tej okazji nie sposób nie zrobić wszakże dygresji na temat sposobu komunikowania się z Amerykanami. Bo też ten niekonsekwentny, emanujący buńczucznością styl wypowiedzi Trumpa nie jest kierowany do kongresmenów, polityków, analityków czy dziennikarzy (z którymi niejednokrotnie miał na pieńku), ale dla odbiorcy mniej krytycznego, dla którego większą siłę oddziaływania będzie miał klimat wypowiedzi, odwoływanie się do amerykańskich wartości (co – przypomnijmy – robili i inni prezydenci, bo w Stanach Zjednoczonych takie okrągłe frazesy w większym stopniu niż w Europie są obowiązkowym elementem dyskursu polityków ze społeczeństwem), niż subtelności. Czyli – wbrew pozorom może być tak, że w tym szaleństwie jednak jest jakaś metoda, choć byłaby to metoda mająca swoje korzenie w zarządzaniu chaosem. Przekaz siły i pewności siebie także gra tutaj swoją rolę, choć na ile jest skuteczny? Bo powiedzmy sobie, że aprobata dla prezydentury Trumpa nigdy nie była ani bardzo wysoka, ani stabilna.
Drugą sprawę, którą autor szczegółowo analizuje, jest dobór współpracowników i ich częste zmiany. I tu nie sposób nie zgodzić się z tezą, że będąc osobą narcystyczną, Donald Trump ma wyraźną skłonność do eliminowania ze swojego otoczenia ludzi o skłonności do samodzielnego myślenia, bardziej od siebie kompetentnych. W rezultacie zatem albo są po pewnym czasie dymisjonowani, albo sami odchodzą, nie wytrzymując zapewne sytuacji, w których Biały Dom i administracja mówią sprzeczności. I kiedy trzeba za nie świecić oczami. Z ekipy, która zaczynała wraz z nim urzędowanie nie został prawie nikt. Wyjąwszy chyba tylko zięcia Jareda Kushnera.
Trzeba zaznaczyć jednak, że znaczna część opinii publicznej, zwłaszcza tej związanej z waszyngtońskim establishmentem, Trump ma bardzo złą prasę, dlatego też należy sobie stawiać pytania takie, jak to, czy w wszystko, co możemy przeczytać o nim na przykład w książkach byłego szefa FBI Jamesa Comeya lub Michaela Wolffa – czy jeszcze innych opiniach przywoływanych przez autora – jest do końca prawdą, choć faktycznie, nawet jeśli przerysowany przez wrogów lub byłych współpracowników (co, w gruncie rzeczy, na jedno wychodzi) choć w części jest zgodny z prawdą, jest to obraz wysoce niepokojący.
Najtrudniejszy do prześledzenia – i udzielenia odpowiedzi – jest wątek uzależnienia Trumpa od różnych grup lobbystycznych, o tym nawet jego krytycy, mówią stosunkowo niewiele, co najwyżej skupiając się na sprawie domniemanej rosyjskiej ingerencji w wybory. Tu jednak bardziej by było ciekawe, przyjrzeć się, jak to może wyglądać w samych Stanach Zjednoczonych. Ale to sprawy, wokół których mgła może być najgęstsza. Ale może pewne sytuacje, w których prezydent zmienia zdanie, są nie tylko efektem chwiejności jego nastrojów i opinii, ale też i objawem, że czasem kogoś słucha. Choć – co do tego nie ma wątpliwości – nie przyznałby się do tego. Jaki by jednak Donald Trump chimeryczny i nieobliczalny, trzeba sobie bowiem postawić pytanie, czy to, co różni go od innych prezydentów to faktycznie kwestia esencji, czy tylko stylu. By wspomnieć tylko jego poprzednika – Baracka Obamę – w odróżnieniu od Trumpa mającego świetny odbiór tak w Stanach Zjednoczonych, jak i (pewnie nawet jeszcze bardziej) na świecie. Ile z zapowiedzi (poza „Obamacare”) udało mu się zrealizować? Czy w jego czasach Waszyngton nie prowadził mocarstwowej polityki? Czy nie doprowadził do wojny w Libii, po której ten kraj, obdarzony tak wielkim dobrodziejstwem demokracji, do dziś nie może się pozbierać. Czy nie deportował imigrantów? Czy wycofał żołnierzy z Afganistanu? Czy zlikwidował Guantanamo? Nie zrobił przecież żadnej z tych rzeczy. Nawet jeśli chciał – nie pozwolono mu na to. Więc teraz Trump może jest tylko twarzą tej samej imperialnej, nie liczącej się z nikim i niczym, bezkompromisowej, przypisującej sobie rolę światowego hegemona i policjanta Ameryki, tylko pokazaną bez szminki, pudru i dobrych manier?
Książkę zamyka rozdział poświęcony żonie Donalda Trumpa – Melanii. Postaci mniej kontrowersyjnej i chyba zbyt rzadko przez prezydenta wykorzystywanej do ocieplania jego wizerunku.
Poruszanie się po materiale ułatwia szczegółowe kalendarium prezydentury oraz obszerny indeks.

Robiłem wszystko co mogłem

I wojna światowa przyniosła Polsce niepodległość. O to jak przedstawiać się będzie wolne państwo polskie gra toczyła się na wielu kierunkach. Także i w USA, gdzie o poparcie prezydenta Woodrow Wilsona zabiegali Ignacy Jan Paderewski i Roman Dmowski.

Stany Zjednoczone a także sam prezydent Woodrow Wilson, zajęły w okresie I wojny światowej przyjazne stanowisko wobec odzyskania przez Polskę niepodległości po 123 latach niewoli. Profesor Louis L. Gerson w swej książce p.t. „Woodrow Wilson and the Rebirth of Poland 1914-1920” wymienia następujące czynniki, które wpłynęły na przyjazne stanowisko Stanów Zjednoczonych wobec sprawy polskiej:
1. tradycje udziału Polaków w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych (Tadeusz Kościuszko, Kazimierz Pułaski);
2. sympatia społeczeństwa amerykańskiego dla narodów uciskanych;
3. naciski ze strony Polonii na rząd amerykański;
4. działalność na forum Stanów Zjednoczonych organizacji pomocy gospodarczej dla Polski;
5. osobiste poglądy prezydenta Wilsona;
6. wreszcie tzw. czynnik negatywny – ponieważ Polska nie istniała jako niepodległe państwo prawie od powstania Stanów Zjednoczonych, wobec tego nie było tarć, konfliktów i sprzeczności między obu krajami w przeszłości.

Czynnik emocjonalny

Różna jest waga wspomnianych wyżej czynników. Nie można przeceniać zwłaszcza znaczenia czynników emocjonalnych, bowiem w grze interesów jaką jest niewątpliwie polityka nie stoją one na równi z czynnikami materialnymi.

Dwudziesty ósmy prezydent USA, Woodrow Wilson był pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych (1913-1921), który w czasie swego urzędowania przebył Atlantyk i odwiedził Europę. Był też pierwszym prezydentem USA, który zaangażował się w sprawy polskie a nawet prowadził swoją polską politykę. Oczywiście sprawiły to wydarzenia historyczne: I wojna światowa, odrodzenie się niepodległego państwa polskiego i nawiązanie po raz pierwszy w historii stosunków dyplomatycznych między Polską i Stanami Zjednoczonymi. Faktem jest, że Woodrow Wilson wniósł wkład w dzieło niepodległości Polski, choć jako autor książki „Historia narodu amerykańskiego” nie wyrażał się pochlebnie o Polakach.
W historiografii, zarówno polskiej jak i amerykańskiej, dotyczącej stosunków polsko-amerykańskich na ogół przywiązuje się przesadną wagę do wpływu, jaki na prezydenta Wilsona i jego najbliższych doradców miały niektóre osobistości polskie, przebywające wówczas w Stanach Zjednoczonych m.in. Ignacy Paderewski, Roman Dmowski, Jerzy Sosnowski. Ignacy Paderewski przybył do Stanów Zjednoczonych w 1915 r. jako przedstawiciel Polskiego Komitetu Narodowego, na czele którego stał Roman Dmowski. Paderewski miał zadanie zjednać sympatię Amerykanów dla sprawy polskiej. Już wówczas był znanym i lubianym artystą. W Ameryce organizował spotkania i wiece polityczne połączone z koncertami. Zorganizował ponad 300 tego typu imprez. Prasa amerykańska poświęcała dużo uwagi występom Paderewskiego, co ułatwiło propagowanie jego poglądów. Nawet ambasador niemiecki w Waszyngtonie hrabia Bernstorff donosił, że prasa amerykańska jest dobrze poinformowana o sprawach polskich przede wszystkim w wyniku działalności Paderewskiego. A płk Edward M. House pisał, że przyjazd Paderewskiego do Stanów Zjednoczonych ożywił sprawę polską. Nie można oczywiście przeceniać wpływu Paderewskiego na kształtowanie polityki amerykańskiej wobec Polski. Niemniej działalność Paderewskiego zjednywała sprawie polskiej sympatyków wśród wpływowych kół w Stanach Zjednoczonych.

Dzięki płk. House’owi Paderewski nawiązał osobisty kontakt z prezydentem Wilsonem i dzięki rekomendacji pułkownika House’a doszło latem 1916 r. do spotkania Paderewskiego z prezydentem w Białym Domu.

Moralny imperatyw

Po uroczystej kolacji Paderewski zasiadł do fortepianu. Grał utwory Chopina a następnie rozmawiał z prezydentem. Opowiedział mu historię rozbiorów Polski. Zrobiło to na prezydencie ogromne wrażenie. Idea odrodzenia państwa polskiego, jako moralnego obowiązku bardzo trafiła Wilsonowi do przekonania.
Wilson widocznie czuł się dobrze w towarzystwie polskiego artysty i polityka w jednej osobie, ponieważ zaprosił Paderewskiego w ważnym dniu swej politycznej kariery, a mianowicie w dniu wyborów prezydenckich 6 listopada 1916 r. Prezydent oczekując w napięciu w Białym Domu na kolejne meldunki z poszczególnych stanów o wynikach głosownia, postanowił zrelaksować się w towarzystwie Paderewskiego. Wilson był tego dnia wylewny wobec swego gościa. W pewnym momencie powiedział: Drogi panie Paderewski, mogę Panu powiedzieć, że Polska odrodzi się i będzie ponownie istniała. Dla Polski cud niepodległości nadejdzie z Zachodu, tak jak moje własne zwycięstwo nadejdzie poprzez cud z Zachodu.
Paderewski niewątpliwie miał pewien wpływ na Wilsona. Jego zaangażowanie w sprawy polskie musiało robić wrażenie na prezydencie. Świadczy o tym m.in. relacja Josephusa Danielsa, sekretarza sił morskich. W czasie wspólnego obiadu prezydent powiedział: Gdyby Pan słyszał przemówienia Paderewskiego na rzecz jego kraju. Przypominają one dawne przemówienia Patricka Henry: „Daj mi wolność lub śmierć”. Teraz rozumiem dlaczego nawet powściągliwy Jefferson był tak poruszony ogniem wolności w swoim sercu, ogniem, który nigdy nie zgasł. Znałem Paderewskiego jako mistrza harmonii, ale kiedy słuchałem jego wspaniałych apeli o kraj, czułem, że w zwycięstwie wydaje on akordy bardziej wysublimowane aniżeli wówczas, gdy wzrusza on tysiące ludzi harmonią dźwięków, wydobywających się z jego fortepianu.

Ignacy Paderewski przedkładał Wilsonowi różne memoriały dotyczące m.in. niepodległości Polski, konieczności przyznania. W Polsce Prus Wschodnich i Gdańska, konieczności utworzenia Armii Polskiej po stronie aliantów. Wilson z reguły odpowiadał uprzejmie ale krótko.

Jestem pełen podziwu…

Można przypuszczać, że dzięki kontaktom prezydenta Wilsona z Paderewskim i Dmowskim Wilson w kampanii wyborczej zdecydowanie wypowiedział się przeciw obowiązującym egzaminom z języka angielskiego dla imigrantów przybywających do Stanów Zjednoczonych. Zjednało mu to poparcie Polonii. Zgłaszał również wiele deklaracji schlebiających Amerykanom polskiego pochodzenia. W liście do Ignacego Paderewskiego pisał: Jestem pełen podziwu dla polskiego charakteru. Ze studiów nad historią Polski czerpię natchnienie… Dziwne to, bowiem w czasie konferencji pokojowej w Wersalu premier Francji Georges Clemenceau był zaskoczony kompletną ignorancją Wilsona w sprawach polskich. Jednakże w wyborach w 1916 r. Paderewski i inni działacze polscy, przebywający w Stanach Zjednoczonych, agitowali na rzecz Wilsona. Także większość środowisk polonijnych poparła jego kandydaturę.
8 maja 1919 r. Paderewski wysłał do Wilsona list z wyrazami wdzięczności za pomoc i poparcie da Polski na konferencji pokojowej. W liście wyraził przekonanie, że „sprawa polska znajdzie pełną satysfakcję, będąc w pańskich wielkodusznych rękach”. Również 10 lipca 1919r. Paderewski przesłał Wilsonowi telegram z podziękowaniem za stanowisko w sprawie niepodległości Polski.
Latem 1919 r. Ignacy Paderewski zaprosił prezydenta Wilsona do odwiedzenia Polski przed powrotem do Stanów Zjednoczonych z konferencji pokojowej w Paryżu. Ponieważ nie mógł przyjąć sam zaproszenia, zwrócił się do Herberta Hoovera, późniejszego prezydenta USA, by zamiast niego pojechał do Polski. Hoover przyjechał do Warszawy 12 sierpnia 1919 r.

Nie tylko Paderewski

Kontakty osobiste z prezydentem Wilsonem miał również Roman Dmowski, który stał na czele Polskiego Komitetu Narodowego. To Paderewski zachęcił Dmowskiego, aby udał się do Stanów Zjednoczonych. We wrześniu 1918 r. Dmowski wziął udział w kongresie polonijnym w Detroit, gdzie udało mu się zjednać poparcie środowisk Polonii amerykańskiej. Ponieważ zwolenników Piłsudskiego zaczęto traktować jako „socjalistów” o „proniemieckich” sympatiach i „nielojalnych” wobec Stanów Zjednoczonych. Polski Komitet Narodowy uznano za jedynego legalnego przedstawiciela Polski. Rząd Paderewskiego Stany Zjednoczone uznały de jure dopiero 22 stycznia 1919 r.
Po zakończeniu kongresu polonijnego w Detroit 13 września 1918 r. Dmowski złożył półtoragodzinną wizytę Wilsonowi w Białym Domu. W swoich pamiętnikach „Polityka Polski” pisał, iż Wilson wysłuchał go z dużą uwagą, ale niewiele wiedział o sprawach polskich, nie rozumiał skomplikowanej sytuacji w Europie i upraszczał wiele zagadnień. Prezydent opowiadał się neutralizacją dolnego biegu Wisły i przekształceniem Gdańska w wolny port. Dmowski wskazywał na niedogodności ekonomiczne i strategiczne takiego rozwiązania. „Drogi Panie Dmowski – odpowiedział Wilson – kto po tej wojnie będzie mówił o strategicznych względach. Będziemy przecież mieli Ligę Narodów”. Stanęło na tym, że Wilson poprosił Dmowskiego o dostarczenie mu map państwa polskiego wraz z objaśnieniami i szczegółowymi informacjami dotyczącymi różnych regionów Polski.

Wilson źle poinformowany?

Dmowski przedstawia Wilsona jako człowieka kulturalnego o niegnanych manierach ale źle poinformowanego o sprawach polskich i nie rozumiejącego arkanów skomplikowanej sytuacji europejskiej. Jego zdaniem, Wilson przywiązywał nadmierną wagę do możliwości narzucenia sprawiedliwych rozwiązań innym państwom i zbyt optymistycznie oceniał poszanowanie prawa przez inne kraje.

8 października 1918 r. Dmowski przedłożył prezydentowi memorandum o przyszłych granicach Polski proponowanych przez Polski Komitet Narodowy. Wilson jednak nie zajmował się już tak szczegółowymi sprawami. Zawieszenie broni zastało Dmowskiego w Stanach Zjednoczonych. Próbował jeszcze raz uzyskać zobowiązanie poparcia bezpiecznych granic dla Polski, ale Wilson unikał podejmowania jakichkolwiek przyrzeczeń.

Nie będą rozczarowani?

W dniu zakończenia I wojny światowej Dmowski został zaproszony, by wysłuchać przemówienia Wilsona w Senacie. Potem udał się na pożegnalną audiencję do Białego Domu. Chciał uzyskać poparcie postulatów polskich działaczy na zbliżającej się konferencji pokojowej. Powiedział, że Polacy i Amerykanie polskiego pochodzenia oczekują, iż w granicach Polski znajdzie się nie tylko Poznań, ale także Śląsk i ziemie nadbałtyckie z Gdańskiem. Wilson w tym momencie spojrzał Dmowskiemu głęboko w oczy, po czym powiedział: Mam nadzieję, że nie będą oni rozczarowani. Była to obiecująca, ale ogólnikowa odpowiedź amerykańskiego prezydenta, który w tym momencie nie chciał się do niczego konkretnie zobowiązywać.
W czasie pożegnalnego spotkania z Romanem Dmowskim, przed powrotem do Ameryki, Wilson powiedział: Czy pamięta pan, kiedy poprosiłem pana w Waszyngtonie o mapy przyszłej Polski? Nie otrzymaliście wszystkiego, ale musicie przyznać, że to co dostaliście nie odbiega daleko od tego o co prosiliście. Robiłem wszystko co mogłem. „Jestem pewien – konkluduje Dmowski – że chciał on zrobić więcej”.

W niniejszym artykule przytoczyłem niektóre tylko informacje o osobistych kontaktach Ignacego Paderewskiego i Romana Dmowskiego z prezydentem Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilsonem.