PZPN jak pączek w maśle

Polski Związek Piłki Nożnej jest najbogatszym polskim związkiem sportowym. Tak jest od zawsze i wynika to po prostu z największej popularności piłki nożnej, która utrzymuje się bez względu na sportowe wyniki reprezentacji i zapewnia PZPN-owi rosnące z roku na rok zyski bez względu na to, kto w danym momencie nim rządzi.

Ministerstwo sporu i turystyki właśnie opublikowało sprawozdanie finansowe PZPN za 2018 rok. Przypomnijmy, że pod względem sportowym nie był to rok udany, bo reprezentacja w mistrzostwach świata w Rosji odpadła już po fazie grupowej, a potem równie słabo wypadał w Lidze Narodów, przegrywając w grupie rywalizację z Portugalią i Włochami. Mimo to PZPN chwali się w swoim sprawozdaniu rekordowymi wpływami i zyskiem. W ubiegłym roku zyskał wzrost przychodów o 15,3 proc. do kwoty 240,62 mln złotych, a zysku netto z 15,3 do 26 mln złotych. Skąd ta góra pieniędzy? Głownie od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych. Wpływy z tytułu wpłat od sponsorów zwiększyły się o 31 procent i urosły do kwoty 65,2 mln złotych, natomiast ze sprzedaży praw telewizyjnych zwiększyły się o 39,1 procent do 44,4 mln złotych.

Wciąż rosnąca hojność sponsorzy

Przychody od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych stanowią rosnącą sukcesywnie część budżetu PZPN-u. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły w sumie 81,83 mln złotych i stanowiły blisko 40 procent przychodów organizacji, zaś w ubiegłym roku powiększyły się do kwoty 109,64 mln złotych i stanowiły już prawie 46 procent budżetu. Naszej piłkarskiej federacji finansową pomyślność zapewniają lukratywne kontrakty sponsorskie z Grupą Lotos oraz kilkoma innymi sponsorami, m.in. 99rent, Ustronianką, Oshee i Fakro, Coca-Colą, Totolotkiem, Nike, Allior Bank czy Blachotrapez.

Przychody PZPN-u ze sprzedaży praw telewizyjnych wyniosły w poprzednim roku 44,42 mln zł. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły 31,93 mln złotych, co oznacza, że urosły o 39,1 procent. To jednak nie jest zasługa naszej federacji, tylko scentralizowania praw telewizyjnych sprzedawanych przez UEFA, a także praw do meczów towarzyskich naszych reprezentacji. PZPN sprzedaje też prawa do pokazywania Pucharu Polski i I Ligi, jesienią 2017 roku Polsat kupił je na wyłączność od połowy 2021 roku.
Wyśrubowane do granic kibicowskiej wytrzymałości ceny biletów na mecze reprezentacji nie pozwalają na wzrost dochodów z tego tytułu i utrzymują się na poziomie mniej więcej 36 mln złotych. W ubiegłym roku reprezentacja rozegrała w kraju osiem meczów – wiosną trzy sparingi przed mistrzostwami świata, a jesienią dwa mecze w Lidze Narodów (z Włochami i Hiszpanią) oraz dwa towarzyskie.

PZPN obłowił się za to na mundialu w Rosji, chociaż reprezentacja nie wyszła tam nawet z grupy. Do kasy związku 39,3 mln złotych, głównie ze sprzedaży przyznanej związkowi puli biletów dla polskich kibiców i części wpływów z praw telewizyjnych i marketingowych. Wpływy z dotacji od UEFA wyniosły 14,5 mln złotych. Budżet naszej futbolowej federacji zasiliły też opłaty transferowe (2,4 mln zł) oraz przychody określone jako pozostałe (wzrosły z 15,9 do 18,9 mln zł).

Dużo chętnych do pilnowania kasy

Rządząca obecnie piłkarską organizacją ekipa Zbigniewa Bońka, licząca wraz z nim 81 zatrudnionych etatowo osób, wydała w 2018 roku 202,6 mln złotych, znacznie więcej niż rok wcześniej, kiedy to na cele statutowe i inne poświęciła z budżetu 179,9 mln zł. Związek wykorzystał w całości 8,42 mln zł dotacji z ministerstwa sportu i turystyki. Koszty występu reprezentacji na mistrzostwach świata wyliczono na 15,5 mln złotych. Były takie stosunkowo niskie, bo związek nie musiał wypłacić piłkarzom żadnych premii. Drużyna miała je dostać dopiero po wyjściu z grupy, a ich wysokość miała rosnąć w zależności od zajętego w turnieju miejsca.

Za rok dojdzie do ostrej walki o władzę nad tym zamożnym związkiem sportowym. Obecny prezes Zbigniew Boniek nie będzie mógł już kandydować, bo właśnie kończy drugą kadencję, a prawo zabrania ubiegania się w związkach sportowych o więcej niż dwie. Wśród potencjalnych następców wymienia się Marka Koźmińskiego, obecnie wiceprezesa ds. szkoleniowych, uważanego za prawą rękę Bońka i gwaranta utrzymania wpływów przez obecną ekipę, ale też Radosława Michalskiego, obecnego szefa Pomorskiego Związku Piłki Nożnej, prezesa Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszę, uwolnionego przez wyborców z sejmowych obowiązków Romana Koseckiego, a także byłego prezesa Legii Bogusława Leśnodorskiego oraz byłego arbitra i prezesa PZPN Michała Listkiewicza.

 

Jubileusz stulecia PKOl

W minioną sobotę w krakowskim Hotelu Francuskim odbyła się uroczystość odnowieniem aktu założycielskiego Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Sto lat temu (12 października 1919 roku) właśnie w tym hotelu powołano do życia PKOl. Ceremonii asystował liczna grupa wybitnych sportowców i działaczy ruchu olimpijskiego.

Prezes PKOl Andrzej Kraśnicki podkreślił znaczenie Krakowa dla polskiego ruchu olimpijskiego, jako jego kolebki. „Idea olimpijska jest niezmienna, choć teraz funkcjonuje w innych realiach niż sto lat temu. Dla nas najważniejsze jest pielęgnowanie tych wartości, które dla ruchu olimpijskiego są najistotniejsze, czyli: doskonałość, przyjaźń, szacunek, fair play i tolerancja. Na tym się skupiamy i chcemy, żeby sport był czysty, a wszystko, co zakłóca tę wspaniałą ideę, będziemy się starali eliminować” – zapewnił sternik PKOl. Krakowskie uroczystości zgromadziły wielu znakomitych sportowców i medalistów igrzysk. Pojawili się na nich m.in. wybitny chodziarz, czterokrotny mistrz olimpijski Robert Korzeniowski, panczeniści Luiza Złotkowska i Zbigniew Bródka, piłkarze Henryk Kasperczak i Kazimierz Kmiecik, dwukrotna złota medalistka olimpijska w rzucie młotem Anita Włodarczyk.

Uroczystości związane z obchodami 100-lecia PKOl trwają w Krakowie od piątku i mają też naukowy charakter. Zorganizowano pięć sesji: „Olimpizm w świetle polskiej nauki”, „Olimpijska wspólnota i wartości edukacyjne”, „Sztuka i sport”, „Historia i idee polskiego olimpizmu” oraz „Olimpijskie słowo”. Punktem kulminacyjnym obchodów jubileuszu będzie jednak zaplanowana na 26 października Gala Olimpijska 100-lecia PKOl w Teatrze Wielkim w Warszawie.

Po raz 11. wręczono też medale Kalos Kagathos. Są one przyznawane wybitnym sportowcom, którzy osiągnęli sukcesy również poza sportem. Z języka greckiego „kalos kagathos” znaczy dosłownie piękny i dobry. Wyróżnienie ustanowiono w 1985 pod patronatem Rektora UJ, prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz redakcji Tempa. Laureatów Medalu wybiera kapituła, której przewodniczy Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym roku medale przyznano siedmiu laureatom, a wręczono je w auli Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym roku w gronie nagrodzonych osób znaleźli się: Anna Czerwińska, Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, Bohdan Gonsior, Marek Jóźwik, Marek Koźmiński, Maciej Pietrzyk i Bogdan Wenta.

Czerwińska to pierwsza Polka, która skompletowała Koronę Ziemi. W sumie sześciokrotnie stawała na szczytach ośmiotysięczników. Z wykształcenia jest doktorem nauk farmaceutycznych. Chojnowska-Liskiewicz jest pierwszą kobietą, która samotnie opłynęła Ziemię (w latach 1976 roku – 1978 na jachcie „Mazurek”). Skończyła Politechnikę Gdańską na Wydziale Budowy Okrętów, zdobyła też patent kapitana żeglugi wielkiej. Parała się też piórem uwieczniając swoje morskie przygody. Gonsior był znakomitym szpadzistą, czterokrotnie startował w igrzyskach olimpijskich. W 1968 roku w Meksyku zdobył brązowy medal w turnieju drużynowym szpadzistów. Był lekarzem-chirurgiem, który stosował innowacyjne metody leczenia laserem. Jóżwik, znakomity przed laty płotkarz, po zakończeniu kariery sportowej został cenionym dziennikarzem.

Koźmiński to wicemistrz olimpijski z 1992 roku z Barcelony w piłce nożnej. Od siedmiu lat pełni funkcję wiceprezesa PZPN, ale notuje też osiągnięcia w działalności biznesowej. Pietrzyk, były koszykarz Wisły Kraków, obecnie jest emerytowanym profesorem na Wydziale Inżynierii Metali i Informatyki Przemysłowej Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, autorem ponad pięciuset prac naukowych, zaś Wenta to jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy ręcznych, także wybitny trener, potem był europosłem, a obecnie jest prezydentem Kielc.

 

Arka wydarła Legii Superpuchar

Piłkarze Legii Warszawa chyba nie uważają Superpucharu Polski za cenną zdobycz, bo w sobotę po raz szósty przegrali mecz o to trofeum, ulegając Arce Gdynia na własnym stadionie 2:3. Po raz ostatni legioniści zdobyli Superpuchar w 2008 roku.

 

Broniąca trofeum Arka Gdynia po raz drugi z rzędu w meczu o Superpuchar pokonała Legię. Porażkę mistrzów Polski i zdobywców krajowego pucharu w poprzednim sezonie oglądał Jerzy Brzęczek, niedoszły trener warszawskiego zespołu, a obecnie selekcjoner reprezentacji Polski. W loży honorowej stadionu przy Łazienkowskiej towarzyszyli mu jego nowi koledzy z pracy – Stefan Majewski, Marek Koźmiński, Paweł Wojtala i Tomasz Iwan oraz Zbigniew Boniek, który oglądał jednak mecz w towarzystwie prezesów obu walczących klubów – Dariusza Mioduskiego z Legii i Wojciecha Pertkiewicza z Arki.

Ponieważ do czasu oficjalnej prezentacji połączonej z konferencja prasową nowy trener kadry ma założony knebel, nie wiadomo których piłkarzy z biegających w sobotni wieczór po boisku obserwował pod kątem reprezentacji. Z wybrańców jego poprzednika, Adama Nawałki,  o Superpuchar zagrali Sebastian Szymański i Krzysztof Mączyński, żaden z nich jednak niczym nie zachwycił. Potencjalny kadrowicz, Michał Kucharczyk, wypadł jeszcze gorzej. W gdyńskiej drużynie, chociaż wygrała, także ani jeden z polskich graczy nie dał swoją grą żadnego powodu, żeby wysłać mu powołanie na czekający naszą reprezentację wrześniowy mecz z Włochami.

Arka w finale Pucharu Polski przegrała z Legią, zaś w lidze zajęła dopiero 12. miejsce, zatem w tym sezonie nie zagra w europejskich pucharach i jej forma nie jest taka ważna. Co innego dyspozycja graczy Legii, bo oni przecież walczą w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Nie ma się jednak co łudzić, z taką grą, jaką zaprezentowali w spotkaniu z Arką to legioniści może przejdą irlandzki Cork City (na wyjeździe wygrali 1:0, rewanż we wtorek 17 lipca o 21:00), ale na mocniejszego przeciwnika z pewnością to nie wystarczy.

Nie pomógł im nawet król strzelców ekstraklasy z poprzedniego sezonu Carlitos, dla którego występ przeciwko Arce był debiutem w barwach warszawskiego klubu. Owszem, strzelił gola, ale ze spalonego i sędzia go nie uznał, a potem hiszpański snajper tylko miotał się bezradnie po murawie w oczekiwaniu na jakieś sensowne zagrania swoich nowych kolegów. Nie doczekał się jednak, a lepsze recenzje od niego zebrał inny z nowych nabytków Legii Jose Kante.

Wygrana Arki to pierwszy poważny sukces nowego trenera gdyńskiego klubu Zbigniewa Smółki, który wcześniej pracował w I-ligowej Stali Mielec. Warto śledzić pracę tego szkoleniowca, bo zdaje się że ma on nie tylko wyszukane jak na trenerski fach maniery, ale przede wszystkim talent. Kibice warszawskiej drużyny, których stawiło się ponad siedemnaście tysięcy, tuż po ostatnim gwizdku sędziego gremialnie opuścili stadion, przez co ceremonia nagradzania zwycięskiej drużyny odbyła się w scenerii pustych trybun.

 

Reprezentacja Polski: W nerwach na Senegal

Nawaf Shukralla z Bahrajnu będzie sędzią głównym wtorkowego meczu Polska – Senegal. Przed pierwszym występem na rosyjskim mundialu w obozie biało-czerwonych wszyscy mają nerwy napięte jak postronki.

 

We wtorek o 17:00 na stadionie Spartaka w Moskwie nasza wymuskana i perfekcyjnie przygotowana do mistrzostw świata reprezentacja pokaże światu na co ją stać w meczu z Senegalem. Biało-czerwoni zagrają na mundialu po dwunastoletniej przerwie, ale po raz ósmy w historii. FIFA do sędziowania tego spotkania wyznaczyła 41-letniego arbitra z Bahrajnu Nawafa Shukralla, mającego już w dorobku mundialowe występy cztery lata temu w Brazylii. Sędziował w tym turnieju mecze Australii z Hiszpanią oraz Portugalii z Ghaną. Pokazał w nich siedem żółtych kartek. W 2012 i 2016 sędziował trzy mecze w klubowych mistrzostwach świata, ma też na koncie 44 spotkania eliminacji MŚ i azjatyckiej Ligi Mistrzów. Jego asystentami będą Yaser Tulefat (Bahrajn) oraz Taleb Al-Marri (Katar), zaś sędzią technicznym Abdulrahman Al-Jassim (Katar). Shukrall siedem lat temu sędziował Polakom mecz towarzyski z Koreą Południową w Seulu, zakończony remisem 2:2.Im dłużej nasza kadra przebywa w Soczi, tym większe gromadzi się w niej napięcie.

Podejrzliwy przesądny czasem aż do granicy śmieszności trener Adam Nawałka tak odciął kadrowiczów od świata zewnętrznego, że nawet w spolegliwych wobec niego dziennikarzach wywołało pierwsze oznaki buntu. Tu i ówdzie w mediach pojawiły się więc niezbyt pochlebne teksty o kadrze i jej sztabie trenerskim, które wyćwiczona w pacyfikowaniu takich wybryków machina propagandowa PZPN na razie zbagatelizowała. Podobnie jak zaczepki celebrytów, choćby Kingi Rusin, której nie spodobała się wycieczka kadry do delfinarium. Dla kibiców ważniejszy jednak od losu delfinów, nad którym użaliła się gwiazda TVN, była stan zdrowia Arkadiusza Milika, który podczas tej eskapady niemal wywinął orła na śliskiej posadzce.

Nie ulega jednak wątpliwości, że oczekiwanie na pierwszy mecz doprowadził atmosferę w kadrze do nieznośnego stanu permanentnego napięcia. Przyczyna tej rosnącej nerwowości jest oczywista i dość precyzyjnie zdefiniował ją w jednej z ostatnich wypowiedzi medialnych wiceprezes PZPN Marek Koźmiński. „Senegal to trudny przeciwnik, bo prezentuje całkowicie inny futbol niż ten, z którym na co dzień się spotykamy. W tej reprezentacji jest kilku wybitnych piłkarzy, dlatego nasz zespół czeka trudne spotkanie. I ważne, bo jego wynik prawdopodobnie ustawi sytuację w grupie H. Nie mamy dużego marginesy błędu. Doświadczenia z poprzednich mundiali czy turniejów Euro wskazują jasno – jak nam nie poszło na początku, to później było źle” – nie owija w bawełnę Koźmiński. No więc, oby biało-czerwonym poszło dobrze!