Boniek powoli oddaje stery

W miniony wtorek przedstawiciele 16 klubów piłkarskiej ekstraklasy spotkali się w stołecznym hotelu „Sofitel”, żeby wybrać nową radę nadzorczą zarządzającej rozgrywkami spółki. PZPN reprezentował Marek Koźmiński.

Przed tym spotkaniem było wiadomo, że do rady nadzorczej Ekstraklasy SA wejdą przedstawiciele czterech najlepszych klubów w poprzednim sezonie, czyli Legii Warszawa (Dariusz Mioduski), Lecha Poznań (Karol Klimczak), Piasta Gliwice (Grzegorz Jaworski) oraz Lechii Gdańsk (Adam Mandziara). Do obsadzenia dwóch pozostałych miejsc było trzech chętnych – prezes Jagiellonii Białystok Cezary Kulesza, prezes Rakowa Częstochowa Wojciech Cygan i prezes Zagłębia Lubin Artur Jankowski. W szranki nie stanęli natomiast zasiadający w radzie w poprzedniej kadencji Jakub Tabisz z Cracovii oraz Jarosław Mroczek z Pogoni Szczecin. W wyniku głosowania nominacje uzyskali Kulesza oraz Cygan, dla którego jest to debiut we władzach Ekstraklasy SA. Ale faktycznym zwycięzcą został Kulesza, który po raz kolejny został wybrany głosami większości z 12 klubów PKO Ekstraklasy. Z nieoficjalnych informacji wynika, że dostał poparcie 10 z nich, co jest poważnym kapitałem w kontekście przyszłorocznych wyborów na prezesa PZPN. Nie jest żadną tajemnicą, że Kulesza zamierza ubiegać się o fotel, który od 2012 roku okupuje Zbigniew Boniek, lecz o który zgodnie z polskim prawem nie będzie mógł się po dwóch kadencjach w przesuniętych na przyszły rok z powodu pandemii wyborach ubiegać.
Wedle opinii dobiegających ze środowiska piłkarskich działaczy, Kulesza jest w tej chwili faworytem w wyścigu o posadę prezesa PZPN, ale Boniek i jego ekipa nie zamierzają oddać władzy bez walki. Wiadomo, że wystawią w wyborcze szranki obecnego wiceprezesa PZPN Marka Koźmińskiego. Dlatego to właśnie on został desygnowany z ramienia PZPN do rady nadzorczej Ekstraklasy SA, w miejsce Agnieszki Olesińskiej, sekretarz Fundacji Piłkarstwa Polskiego. Czy pomoże to Koźmińskiemu w poprawieniu nie najwyższych notowań w ligowym środowisku, trudno przewidzieć.

PZPN przerwał wojnę Hutnika z Motorem

Prowadzący rozgrywki w grupie 4. III ligi Lubelski Związek Piłki Nożnej arbitralnie postanowił przyznać awans do wyższej ligi zajmującemu drugą lokatę Motorowi Lublin. Operację przeprowadzono kosztem lidera grupy, Hutnika Kraków, co wywołało histeryczną reakcję w krakowskim klubie oraz Małopolskim ZPN. Zanim jednak zrobiła się z tego większa afera, awanturę zdusił w zarodku prezes PZPN Zbigniew Boniek. Na jego polecenie Komisja ds. nagłych PZPN postanowiła przyznać też awans Hutnikowi. To oznacza, że w nowym sezonie w II lidze zagra 19 zespołów.

Sprawa krzywdzącego dla Hutnika werdyktu zbulwersowała futbolowe środowisko, chociaż już na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest jednoznacznie krzywdząca dla krakowskiego klubu. Przypomnijmy: w monecie zawieszenia rozgrywek w 4. grupie III ligi, co nastąpiło w marcu po rozegranej 7 i 8 marca 19. kolejce, liderem był Hutnik Kraków, a Motor zajmował drugą lokatę. Oba zespoły miały tyle samo punktów (po 36), ale wedle zapisów regulaminu rozgrywek, w takiej sytuacji o kolejności przesądzał bilans bezpośrednich spotkań, a w drugiej kolejności bilans bramkowy. W pierwszym przypadku górą był Hutnik, bowiem w jedynym spotkaniu rozegranym z Motorem wygrał na swoim boisku 1:0. Rewanżu na terenie lubelskiego zespołu już nie zdążono rozegrać, zatem ten przepis regulaminu był z kolei krzywdzący dla drużyny Motoru.

Liga czterech województw

W grupie 4. III ligi rywalizują zespoły z czterech województw, więc rozgrywki prowadzone są rotacyjnie przez działające na ich terenie Małopolski ZPN, Świętokrzyski ZPN, Podkarpacki ZPN oraz Lubelski ZPN, któremu właśnie w tym sezonie przypadła rola administratora. Po ogłoszeniu decyzji o niewznawianiu przerwanych z powodu pandemii koronawirusa zmagań w niższych ligach, władze PZPN pozostawiły lubelskim działaczom decyzję o wytypowaniu zespołu, któremu przypadnie awans do II ligi (to trzeci poziom rozgrywek w naszym kraju).
Zanim nad sprawą pochylili się działacze Lubelskiego ZPN, swoje racje wygłosili prezesi obu zainteresowanych klubów. Paweł Majka (Motor): „Owszem, Hutnik jest liderem po 18 kolejkach, ale to nie jest ostateczna tabela. Przecież drugi mecz miał być grany u nas, a my mamy mocniejszy zespół. Ale to sprawa drugorzędna, bo skoro nie ma rozegranych dwóch spotkań, to nie mogą decydować mecze bezpośrednie, tylko bilans bramkowy. A my mamy lepszy”.
Prezes Hutnika, Artur Trębacz, miał rzecz jasna zdanie odmienne: „Dla nas sytuacja jest jasna. W tabeli, którą opublikował Lubelski Związek Piłki Nożnej, to my jesteśmy liderem. Mamy opinię czterech niezależnych kancelarii prawnych i one nie zostawiają pola do interpretacji. Liderem jesteśmy my i to my powinniśmy awansować”.
Nie ulega wątpliwości, że rację miały obie strony, ale pewnie gdyby administratorem rozgrywek w tym sezonie były Podkarpacki ZPN lub Świętokrzyski ZPN, w tej sytuacji prawdopodobnie ich działacze trzymaliby się litery prawa i decyzję podjęli w duchu ustalonego regulaminu.


W Lublinie potrzebowali awansu

Arena Lublin to nowoczesny stadion na 15 tysięcy widzów, zbudowany w latach 2012-2014 od podstaw za pieniądze z budżetu miasta, z którego wysupłano na ten cel 160 mln złotych. To jest obiekt na poziomie ekstraklasy, z której Motor po raz ostatni i jak na razie bezpowrotnie spadł w 1992 roku. Jego powstanie było wyrazem aspiracji lubinian do odzyskania miejsca w najwyższej klasie rozgrywkowej. Z planów budowy silnej drużyny sześć lat temu nic jednak nie wyszło, bo deklarujący wstępnie chęć zainwestowania w klub biznesmeni, wśród których był nawet jeden z naszych największych rekinów giełdowych Zbigniew Jakubas, ostatecznie zrejterowali. Teraz jednak znowu pojawiły się plotki, że Jakubas rozważa samodzielne przejęcie Motoru. Jeśli jest w nich coś na rzeczy, to decyzja działaczy Lubelskiego ZPN nabiera innego sensu.
Pomagając w awansie najpopularniejszemu klubowi w regionie być może chcieli w ten sposób zachęcić potężnego inwestora do podjęcia ostatecznej decyzji. Ale to z pewnością nie jedyny powód. Mówi sie, że prezes Lubelskiego ZPN Zbigniew Bartnik, który ponownie kandyduje na to stanowisko, jest byłym trenerem i działaczem Motoru, więc miał podwójny interes w przeforsowaniu korzystnej dla tego klubu uchwały. Gdyby zadziałał na niekorzyść Motoru, na reelekcję nie miałby większych szans.
Decyzja o przyznaniu awansu Motorowi wywołała rzecz jasna gigantyczne niezadowolenie w Małopolskim ZPN, którego prezes, Ryszard Niemiec, sam kiedyś w niewiele mniej kontrowersyjny sposób wspierający w walce o awans Cracovię, z miejsca zagroził konsekwencjami prawnymi. Pozwami sądowymi postraszył też oczywiście prezes Hutnika, zapowiadało się zatem na karczemną awanturę, jakiej już dawno w polskim futbolu nie było.

Boniek wkracza do akcji

Dla najważniejszego obecnie człowieka w PZPN, czyli prezesa Bońka, takie trudne sprawy to kaszka z mleczkiem. Na jego wniosek Komisja d. Spraw Nagłych błyskawicznie zawyrokowała, że awans należy przyznać też Hutnikowi, nie bacząc na fakt, że ta decyzja spowoduje potężny bałagan w nowym sezonie, bo w II lidze będzie musiało grać 19 zespołów. Ale za rok spadnie pięć drużyn i sytuacja wróci do normy, czyli liga ponownie będzie 18-zespołowa.
Prezes krakowskiego klubu w jednej z publicznych wypowiedzi przyznał, że tę dobrą wiadomość jako pierwszy obwieścił mu Marek Koźmiński, obecnie wiceprezes PZPN ds. szkolenia oraz prawa ręka Bońka, ale także jak na razie jedyny kandydat w wyborach na nowego prezesa związku, który oficjalnie chęć kandydowania ogłosił. Być może niepotrzebnie, bo wybory decyzją ministerstwa sportu można legalnie przesunąć o rok, a być może przez ten czas dojdzie do zmiany przepisu o dwukadencyjności i Boniek nie będzie musiał oddawać tej posady, do której już mocno się przywiązał.
Tak czy owak ten duet gra teraz w PZPN pierwsze skrzypce i może załatwić praktycznie każdą sprawę, a co dopiero jakiś nieistotny spór na czwartym poziomie ligowych rozgrywek, bo tak sytuuje się obecnie III liga. I pewnie na tę równie arbitralną jak Lubelskiego ZPN decyzję nie miał wpływu fakt, iż Koźmiński jest wychowankiem Hutnika. W nim zaczynał w 1980 roku jako trampkarz, w jego barwach grał w ekstraklasie w latach 1989-1992 i stąd wyruszył do włoskiej Serie A, gdzie zrobił przyzwoitą karierę jako piłkarza Udinese, Bresci i Ancony.

Dlaczego Dudę chce zastąpić 40 Polaków, a Bońka tylko jeden?

Polska to dziwny kraj i dziwi w nim wiele rzeczy. Na przykład to, że o posadę prezydenta, wartą obecnie 20 138 złotych brutto miesięcznie, ubiega się aż 40 kandydatów, bo tyle komitetów wyborczych do 16 marca zarejestrowało się w Państwowej Komisji Wyborczej, natomiast do zdobycia co najmniej czterokrotnie lepiej płatnej posady prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jak na razie jest tylko jeden chętny.

W hierarchii społecznej urząd prezydenta rzecz jasna stoi wiele szczebli wyżej od posady prezesa związku sportowego, nieporównana jest też skala ich realnej władzy. Ale w najmniejszym stopniu nie przekłada się to na oficjalne zarobki. Pod tym względem głowa naszego państwa jest mocno ograniczona ustawowymi regulacjami.
Ile zarabia prezydent RP?
Pensję prezydenta Polski można wyliczyć na podstawie ustawy z dnia 31 lipca 1981 roku o wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe (Dz.U. 1981 nr 20 poz. 101). W art. 2a. pkt 1. tego dokumentu czytamy, że „wynagrodzenie Prezydenta Polski składa się z wynagrodzenia zasadniczego odpowiadającego siedmiokrotności kwoty bazowej oraz dodatku funkcyjnego odpowiadającego trzykrotności kwoty bazowej, której wysokość ustaloną według odrębnych zasad określa ustawa budżetowa”. Co prawda wysokość pensji prezydenta RP zmienia się co roku, ale nie są to duże wahania – zależą one m.in. od wskaźnika inflacji. Poza tym wysokość zarobków prezydenta ustala Sejm w trakcie głosowania nad ustawą budżetową. Obecny lokator Pałacu Prezydenckiego, Andrzej Duda, oficjalnie zarabia miesięcznie 20 138 złotych brutto, czyli niewiele ponad 14 tys. złotych netto.
Rzecz jasna trzeba do tego doliczyć jeszcze kilka „drobiazgów” finansowanych z budżetu państwa: prezydent RP ma do dyspozycji w Warszawie Pałac Prezydencki na Krakowskim Przedmieściu i apartamenty w Belwederze oraz prezydenckie wille w Wiśle, na Helu i w Ciechocinku. Nie musi się również martwić o bieżące życiowe sprawy, bo spora grupa dobrze opłacanych osób dba o jego wyżywienie, garderobę, także dla żony. Nie płaci też za transport, ma bowiem do dyspozycji limuzyny, samolot i helikopter. W sumie ubogo nie jest, ale po zakończeniu kadencji w portfelu zostaje mu tylko pensja. Rocznie jest tego mniej więcej 170 tysięcy złotych na rękę, jedna pięcioletnia kadencja to niewiele ponad 850 tysięcy złotych, a dwie pełne dają zarobek na poziomie 1,7 mln złotych, plus trzymiesięczna odprawa oraz dożywotnia „renta prezydencka” wynosząca obecnie ok. 6 tys. zł brutto, a do tego 12 tys. złotych miesięcznie na utrzymanie biura i do dyspozycji limuzyna SOP z ochroną. A zatem jest się o co bić, co tłumaczy tak liczną grupę chętnych do wyborczej rywalizacji.
Ile zarabia prezes PZPN?
Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej aż tak dobrze nie ma, co nie znaczy, że ma gorzej. W porównaniu z prezydentem RP nie dysponuje na wyłączność samolotem i helikopterem, nie ma wystawnej siedziby ani kilku willi do dyspozycji, nie chronią go też zastępy uzbrojonych ochroniarzy. Ale poza tym niczego mu nie brakuje.
Co ciekawe, chociaż PZPN jest stowarzyszeniem, w kwestiach finansowych jest transparentne jedynie w ogólnym wymiarze, gdy publikuje w materiałach na zjazdy sprawozdawcze i wyborcze składowe swojego oficjalnego budżetu. W kwestiach płacowych wszystko w tej organizacji jest tajne łamane przez poufne, co wprowadził i żelazną ręką od ośmiu lat egzekwuje jej wszechwładny szef, Zbigniew Boniek. Dlatego oprócz niego oraz być może głównej księgowej, nikt więcej nie wie, ile obecny prezes naszego piłkarskiego związku zarabia.
Możemy więc w tej kwestii jedynie spekulować na bazie trzech punktów odniesienia. Pierwszy, to pensja sekretarza generalnego PZPN Macieja Sawickiego, której wysokość osiem lat temu jakimś cudem wyciekła do mediów. Dzisiaj pewnie jest wyższa, ale wtedy bylo to 30 tysięcy złotych brutto. Poprzednik Bońka na fotelu prezesa, Grzegorz Lato, nie potrafił ukryć swoich zarobków, więc wiemy, że pod koniec swojej kadencji zarabiał brutto 50 tys. złotych miesięcznie.
Boniek przejmując jego stołek pół żartem, pół serio stwierdził, że jest trzy razy lepszym prezesem niż Lato, zatem powinien też zarabiać trzy razy więcej. Dla jasności, dla PZPN posiadającego na koncie regularnie grubo ponad 220 mln złotych, te 150 tys. złotych dla szefa nie byłoby problemem. Sęk w tym, że mniej więcej tyle to zarabiają selekcjonerzy reprezentacji (mówimy tu o czystej gaży, bez premii za sukcesy), a jak świat światem, nigdy prezes zarządu związku nie kasował więcej od trenera kadry.
Dlatego stawiamy, że oficjalnie szef naszej futbolowej centrali pobiera wynagrodzenie na poziomie mniej więcej 80 tys. złotych miesięcznie, a do tego związek pokrywa mu koszty wynajmu apartamentu w Warszawie, utrzymania, transportu, także lotów do Rzymu, gdzie na co dzień mieszka, służbowych kart kredytowych, telefonu i co tam jeszcze można. Takie koszty można wyśrubować na dowolną wysokość, ale zakładamy, że sternicy polskiego futbolu przestrzegają nie tylko przepisy, ale też zachowują jakiś umiar.
Zarobki na poziomie piłkarzy
Nie jest jednak łatwo samemu się ograniczać, jeśli wysokość pensji uchwala jedynie zarząd związku. A wiadomo, że od ośmiu lat PZPN ma kolektywny zarząd jedynie w statutowym zapisie, bo de facto związkiem jednoosobowo rządzi prezes, który jak wieść niesie, skupił w swoim ręku wszystkie najważniejsze narzędzia sprawowania władzy i z dużą sprawnością się nimi posługuje. Nie musi, jak prezydent RP, liczyć się ze zdaniem prezesa, bo przecież sam jest prezesem. A skoro tak, to byłby frajerem, gdyby nie podyktował kilkunastu całkowicie zależnym od jego woli członkom zarządu, jakich potrzebuje środków finansowych do godnego sprawowania swojej władzy. Zważywszy na jakiej stopie żyje zakładamy, że generowane przez niego koszty to kwota co najmniej tej samej wielkości co wynagrodzenie, a zatem per saldo pan prezes jakoś do tych 150 tysięcy złotych mógł dobić. I to jak najbardziej legalnie oraz bez działania na szkodę spółki. Wszystkie finansowe sprawozdania publikowane przez PZPN jasno przecież pokazuj, że pod rządami byłego piłkarza Widzewa, Juvetusu i AS Roma nasz piłkarski związek wręcz rzyga forsą i stać go na płacenie swojemu szefowi ile tylko zechce.
Można nawet zaoszczędzić
Zbigniew Boniek w tym roku zakończy drugą czteroletnią kadencję. Przez osiem lat lekko licząc był w stanie legalnie zarobić (co nie znaczy, że zarobił, bo przecież tylko spekulujemy z braku oficjalnych danych) mniej więcej 8,5 mln złotych, czyli ponad pięciokrotnie więcej niż prezydent RP. Dlatego aż dziw bierze, że chęć przejęcia sterów w PZPN jak na razie zgłosił jedynie Marek Koźmiński, aktualnie wiceprezes ds. szkoleniowych, ponoć biznesmen w branży nieruchomości, ale zapewne także nie harujący w piłkarskim związku społecznie, jak to drzewiej bywało (zgodnie z korporacyjną logiką, jego zarobki muszą być wyższe niż sekretarza generalnego, ale niższe niż szefa, szacujemy zatem je na mniej więcej 50-60 tys. złotych brutto miesięcznie plus bonusy typu komórka, karta kredytowa, darmowe podróże itp. Koźmiński już zapowiedział, że będzie kontynuował dzieło Bońka, którego rzecz jasna widzi we władzach nowego zarządu, na stanowisku… wiceprezesa. Jeśli swój plan zrealizują, Koźmiński i Boniek zamienią się tylko miejscami, a w kwestiach finansów zrobią, co zechcą, bo przecież nikt w związku nie odważy się zaoponować.
Naprawdę, aż trudno pojąć, jakim cudem takie możliwości, taka absolutna władza, nie przyciągnęły jeszcze tłumu chętnych. Zwłaszcza, że aby zdobyć posadę prezesa PZPN, nie trzeba miesiącami jeździć po Polsce na spotkania z wyborcami i mamić ich obietnicami. Szefa piłkarskiego związku wybiera walne zgromadzenie delegatów składające się ze 118 osób. Prezesem może zostać każdy z obecnych na zjeździe delegatów, musi jednak przedstawić na piśmie zgłoszenie potwierdzone deklaracjami poparcia co najmniej 15 członków PZPN. Do zdobycia tej intratnej posady wystarczy uzyskanie poparcia 60 elektorów. Patrząc z boku wydaje się, że to łatwizna, ale ten jeden kandydat na scenie daje wiele do myślenia. I wiele wyjaśnia…

W Lidze Narodów znów z Włochami

Reprezentacja Polski nie miała szczęścia w losowaniu grup drugiej edycji Ligi Narodów. Biało-czerwoni trafili na zespoły Włoch, Holandii oraz Bośni i Hercegowiny. Na awans do finału szans nie mają, ale powinni uniknąć spadku.

W losowaniu wzięło udział 55 reprezentacji zrzeszonych w UEFA, które zostały podzielone na cztery dywizje: A, B, C, D. Reprezentacja Polski pozostała w dywizji A, choć w poprzedniej edycji zajęła ostatnie miejsce w grupie z Portugalią i Włochami. UEFA zdecydowała się jednak zmienić format rozgrywek. Najwyższą dywizję poszerzono z 12 do 16 reprezentacji, dzięki czemu polski zespół pozostał wśród najlepszych. Przed losowaniem w Amsterdamie przypomniano regulamin drugiej edycji Ligi Narodów. I tak w dywizjach A, B i C zagra po 16 drużyn (cztery grupy czterozespołowe), a pozostałe siedem w dywizji D (jedna grupa czterozespołowa i jedna trzyzespołowa). Zwycięzcy grup w dywizji A zakwalifikują się do turnieju finałowego, którego zwycięzca zostanie zwycięzcą całej Ligi Narodów. Zwycięzcy grup w dywizjach B, C i D awansują do wyższej dywizji, a czwarte zespoły grup w dywizjach A, B spadną do niższej dywizji. Z dywizji C do D spadną tylko dwie drużyny po barażach.
Mecze grupowe Ligi Narodów odbywać się będą jesienią 2020 r. (3-5 września, 6-8 września, 8-10 października, 11-13 października, 12-14 listopada, 15-17 listopada), a turniej finałowy (półfinały i finał) – w dniach 2-6 czerwca 2021 r. na terenie jednego z finalistów. Mecze barażowe o utrzymanie w dywizji C zostaną rozegrane 24, 25, 28 oraz 29 marca 2021 r. Spotkania grupowe będą rozgrywane w dni powszednie o godz. 20:45, a w soboty i niedziele także o 18:00 i opcjonalnie o 15:00.
Polski Związek Piłki Nożnej w Amsterdamie reprezentowali m.in. selekcjoner reprezentacji Jerzy Brzęczek oraz Marek Koźmiński, aktualnie wiceprezes związku ds. szkoleniowych oraz jedyny jak na razie kandydat w wyborach na nowego prezesa PZPN.
Na razie nasza futbolowa centrala nie ujawnia, gdzie reprezentacja Polski w Lidze Narodów rozegra mecze u siebie. Raczej nie zdecyduje się na PGE Narodowy w Warszawie i wybierze prawdopodobnie Stadion Śląski w Chorzowie, a ma też oferty od operatorów stadionów w Gdańsku i Wrocławiu.
Co do Brzęczka, to w tej chwili o rywalizacji w Lidze Narodów może on rozprawiać jedynie jako aktualny selekcjoner reprezentacji, bo przecież nie jest powiedziane, że utrzyma się na tej posadzie po Euro 2020. W przypadku niepowodzenia może podzielić los Adama Nawałki, chociaż na zdrowy rozum PZPN powinien podpisać z nim kontrakt nie do końca mistrzostw Europy, tylko do końca roku. Właśnie po to, żeby jego kadra płynnie przeszła od jednej imprezy do drugiej. Ewentualna zmiana trenera kadry powinna następować w przerwie zimowej.
Liga Narodów 2020/2021
Dywizja A
Grupa 1
Holandia, Włochy, Polska, Bośnia i Hercegowina;
Grupa 2
Anglia, Belgia, Dania, Islandia;
Grupa 3:
Portugalia, Francja, Szwecja, Chorwacja
Grupa 4:
Szwajcaria, Hiszpania, Ukraina, Niemcy
Dywizja B
Grupa 1:
Austria, Norwegia, Irlandia Płn., Rumunia;
Grupa 2:
Czechy, Szkocja, Słowacja, Izrael;
Grupa 3:
Rosja, Serbia, Turcja, Węgry;
Grupa 4:
Walia, Finlandia, Irlandia, Bułgaria;
Dywizja C
Grupa 1:
Czarnogóra, Cypr, Luksemburg, Azerbejdżan;
Grupa 2:
Gruzja, Macedonia Płn., Estonia, Armenia;
Grupa 3:
Grecja, Kosowo, Słowenia, Mołdawia;
Grupa 4:
Albania, Białoruś, Litwa, Kazachstan;
Dywizja D
Grupa 1:
Wyspy Owcze, Łotwa, Andora, Malta
Grupa 2:
Gibraltar, Liechtenstein, San Marino.
Terminarz gier w polskiej grupie:
Kolejka 1 (3-5 września)
Holandia – Polska (4 września, 20:45); Włochy – Bośnia i Hercegowina (4 września, 20:45);
Kolejka 2 (6-8 września)
Bośnia i Hercegowina – Polska (7 września, 20:45); Holandia – Włochy (7 września, 20:45);
Kolejka 3 (8-10 października)
Polska – Włochy (8 października, 20:45)
Bośnia i Hercegowina – Holandia (8 października, 20:45);
Kolejka 4 (11-13 października)
Polska – Bośnia i Hercegowina (11 października, 20:45); Włochy – Holandia (11 października, 20:45);
Kolejka 5 (12-14 listopada)
Włochy – Polska (14 listopada, 20:45);
Holandia – Bośnia i Hercegowina (14 listopada, 20:45);
Kolejka 6 (15-17 listopada)
Polska – Holandia (17 listopada, 20:45);
Bośnia i Hercegowina – Włochy (17 listopada, 20:45).

Oczekiwana zmiana miejsc

Ogłoszenie przez Marka Koźmińskiego, że wystartuje w jesiennych wyborach na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, wielkim zaskoczeniem nie jest. Jeśli coś może zastanawiać, to pośpiech. Termin składania zgłoszeń do walki o posadę prezesa związku upływa dopiero 26 września tego roku, a wybory odbędą się 26 października. Można się tylko domyślać, że powodem była chęć skłonienia potencjalnych konkurentów
aby też ujawnili swoje zamiary.

Koźmiński funkcjonuje we władzach PZPN od 2012 roku i zawsze był lojalny wobec wszechwładnego prezesa Zbigniewa Bońka. Za jego pierwszej kadencji (2012-2016) pełnił funkcję wiceprezesa ds. zagranicznych, a w drugiej jest wiceprezesem ds. szkoleniowych. Przez te osiem lat Koźmiński ani razu nie wygłosił publicznie opinii, która byłaby niezgodna z poglądami Bońka, a zatem można śmiało stawiać tezę, że staje w wyborcze szranki nie po to, żeby sięgnąć po rzeczywistą władzę w PZPN, tylko już się zgodził na rolę figuranta w rozgrywce, której celem jest utrzymanie przy władzy obecnej ekipy. Potwierdził to mimo woli podczas zorganizowanej w miniona środę konferencji prasowej, na której poinformował o swoich wyborczych zamiarach. „Polska piłka wciąż potrzebuje Zbigniewa Bońka. Ma ogromną wiedzę i charyzmę, od lat skutecznie zarządza związkiem. Pytanie, czy będzie chciał dalej tu pracować i kontynuować swoją wizję? Mam nadzieję, że tak” – powiedział Koźmiński, czym wzbudził u słuchaczy lekkie rozbawienie. Wiadomo przecież, że Boniek nie chce rezygnować z wygodnego i dostatniego życia na koszt PZPN oraz medialnej pozycji, jaką daje mu funkcja szefa polskiej federacji i zarazem członka komitetu wykonawczego UEFA. Niestety dla niego, przeforsowana na początku tej dekady przez ówczesną koalicję rządzącą PO-PSL ustawa o sporcie wprowadziła ograniczenie okresu sprawowania władzy przez prezesów związków sportowych do dwóch czteroletnich kadencji. Jej twórcy chcieli nią udupić rządzącego wówczas w PZPN Grzegorza Latę, ale jak się ostatecznie okazało, narychtowali wielką armatę na wróbla. W wyborach w 2012 roku, na fali powszechnego niezadowolenia po blamażu reprezentacji na Euro 2012 nawet przychylni Lacie szefowie wojewódzkich związków, zwani powszechnie, choć mocno na wyrost, baronami, nie udzielili mu poparcia i oddali związkowe stery w ręce Bońka – człowieka, którego wcześniej panicznie się bali i któremu wcześniej trzykrotnie zagrodzili drogę do przejęcia rządów. W 2012 roku nie mieli jednak wielkiego wyboru, bo PZPN, chociaż finansowo trzymał się znakomicie, miał jednak fatalną prasę i praktycznie zerową sympatię w społeczeństwie.
Niesposób zaprzeczyć, że pod rządami Bońka ta niekorzystna sytuacja uległa radykalnej poprawie. Wprawdzie większość problemów trapiących polski futbol nie została rozwiązana do dzisiaj, ale zorganizowanej przez nowego prezesa ekipie rządzącej związkiem udało się skutecznie spacyfikować (czytaj: przekupić lub zastraszyć) media. Powiodło się to także dlatego, że akurat zaczęła się era sukcesów reprezentacji pod wodzą trenera Adama Nawałki, co w narodzie rozbudziło falę takiego entuzjazmu, że nikt rozsądny nie próbował nawet płynąć pod jej prąd. Po klęsce zespołu Nawałki na mundialu w Rosji sytuacja znowu uległa zmianie na gorsze, ale nie aż tak, w jakiej znalazł się Grzegorz Lato i jego ludzie po klęsce ekipy Franciszka Smudy na Euro 2012.
Szkoda więc byłoby odchodzić z firmy, w której na kontach drzemie non-stop ponad dwieście milionów złotych, a już wiadomo, że w kolejnych latach zarobi następne dziesiątki milionów i będzie można nimi szastać wedle własnego uznania. Nie dziwi zatem, że Boniek chce zostać w roli wiceprezesa, bo takie stanowisko w PZPN daje mu też legitymację do zasiadania w komitecie wykonawczym UEFA, a na tym, odkąd stało się jasne, że nie zdoła przekonać polityków rządzącej obecnie koalicji do wycofania z ustawy o sporcie zapisu o dwóch kadencjach, zależy mu teraz najbardziej.
Zależy mu też na tym, by jego następca nie bawił się w jakiej audyty, sprawdzania kwitów, zdradzania tajemnic firmy – na przykład komu, ile i za co płaciła w ostatnich ośmiu latach. Ewentualne wyborcze zwycięstwo Koźmińskiego takie gwarancje daje, bo można w ciemno założyć, że nie zmieni on nikogo z obecnej ekipy, może tylko wprowadzi do niej parę osób, a na pewno na wiceprezesa powoła Bońka. A to oznacza status quo przez następne cztery lata, a może nawet osiem.

PZPN jak pączek w maśle

Polski Związek Piłki Nożnej jest najbogatszym polskim związkiem sportowym. Tak jest od zawsze i wynika to po prostu z największej popularności piłki nożnej, która utrzymuje się bez względu na sportowe wyniki reprezentacji i zapewnia PZPN-owi rosnące z roku na rok zyski bez względu na to, kto w danym momencie nim rządzi.

Ministerstwo sporu i turystyki właśnie opublikowało sprawozdanie finansowe PZPN za 2018 rok. Przypomnijmy, że pod względem sportowym nie był to rok udany, bo reprezentacja w mistrzostwach świata w Rosji odpadła już po fazie grupowej, a potem równie słabo wypadał w Lidze Narodów, przegrywając w grupie rywalizację z Portugalią i Włochami. Mimo to PZPN chwali się w swoim sprawozdaniu rekordowymi wpływami i zyskiem. W ubiegłym roku zyskał wzrost przychodów o 15,3 proc. do kwoty 240,62 mln złotych, a zysku netto z 15,3 do 26 mln złotych. Skąd ta góra pieniędzy? Głownie od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych. Wpływy z tytułu wpłat od sponsorów zwiększyły się o 31 procent i urosły do kwoty 65,2 mln złotych, natomiast ze sprzedaży praw telewizyjnych zwiększyły się o 39,1 procent do 44,4 mln złotych.

Wciąż rosnąca hojność sponsorzy

Przychody od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych stanowią rosnącą sukcesywnie część budżetu PZPN-u. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły w sumie 81,83 mln złotych i stanowiły blisko 40 procent przychodów organizacji, zaś w ubiegłym roku powiększyły się do kwoty 109,64 mln złotych i stanowiły już prawie 46 procent budżetu. Naszej piłkarskiej federacji finansową pomyślność zapewniają lukratywne kontrakty sponsorskie z Grupą Lotos oraz kilkoma innymi sponsorami, m.in. 99rent, Ustronianką, Oshee i Fakro, Coca-Colą, Totolotkiem, Nike, Allior Bank czy Blachotrapez.

Przychody PZPN-u ze sprzedaży praw telewizyjnych wyniosły w poprzednim roku 44,42 mln zł. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły 31,93 mln złotych, co oznacza, że urosły o 39,1 procent. To jednak nie jest zasługa naszej federacji, tylko scentralizowania praw telewizyjnych sprzedawanych przez UEFA, a także praw do meczów towarzyskich naszych reprezentacji. PZPN sprzedaje też prawa do pokazywania Pucharu Polski i I Ligi, jesienią 2017 roku Polsat kupił je na wyłączność od połowy 2021 roku.
Wyśrubowane do granic kibicowskiej wytrzymałości ceny biletów na mecze reprezentacji nie pozwalają na wzrost dochodów z tego tytułu i utrzymują się na poziomie mniej więcej 36 mln złotych. W ubiegłym roku reprezentacja rozegrała w kraju osiem meczów – wiosną trzy sparingi przed mistrzostwami świata, a jesienią dwa mecze w Lidze Narodów (z Włochami i Hiszpanią) oraz dwa towarzyskie.

PZPN obłowił się za to na mundialu w Rosji, chociaż reprezentacja nie wyszła tam nawet z grupy. Do kasy związku 39,3 mln złotych, głównie ze sprzedaży przyznanej związkowi puli biletów dla polskich kibiców i części wpływów z praw telewizyjnych i marketingowych. Wpływy z dotacji od UEFA wyniosły 14,5 mln złotych. Budżet naszej futbolowej federacji zasiliły też opłaty transferowe (2,4 mln zł) oraz przychody określone jako pozostałe (wzrosły z 15,9 do 18,9 mln zł).

Dużo chętnych do pilnowania kasy

Rządząca obecnie piłkarską organizacją ekipa Zbigniewa Bońka, licząca wraz z nim 81 zatrudnionych etatowo osób, wydała w 2018 roku 202,6 mln złotych, znacznie więcej niż rok wcześniej, kiedy to na cele statutowe i inne poświęciła z budżetu 179,9 mln zł. Związek wykorzystał w całości 8,42 mln zł dotacji z ministerstwa sportu i turystyki. Koszty występu reprezentacji na mistrzostwach świata wyliczono na 15,5 mln złotych. Były takie stosunkowo niskie, bo związek nie musiał wypłacić piłkarzom żadnych premii. Drużyna miała je dostać dopiero po wyjściu z grupy, a ich wysokość miała rosnąć w zależności od zajętego w turnieju miejsca.

Za rok dojdzie do ostrej walki o władzę nad tym zamożnym związkiem sportowym. Obecny prezes Zbigniew Boniek nie będzie mógł już kandydować, bo właśnie kończy drugą kadencję, a prawo zabrania ubiegania się w związkach sportowych o więcej niż dwie. Wśród potencjalnych następców wymienia się Marka Koźmińskiego, obecnie wiceprezesa ds. szkoleniowych, uważanego za prawą rękę Bońka i gwaranta utrzymania wpływów przez obecną ekipę, ale też Radosława Michalskiego, obecnego szefa Pomorskiego Związku Piłki Nożnej, prezesa Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszę, uwolnionego przez wyborców z sejmowych obowiązków Romana Koseckiego, a także byłego prezesa Legii Bogusława Leśnodorskiego oraz byłego arbitra i prezesa PZPN Michała Listkiewicza.

 

Jubileusz stulecia PKOl

W minioną sobotę w krakowskim Hotelu Francuskim odbyła się uroczystość odnowieniem aktu założycielskiego Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Sto lat temu (12 października 1919 roku) właśnie w tym hotelu powołano do życia PKOl. Ceremonii asystował liczna grupa wybitnych sportowców i działaczy ruchu olimpijskiego.

Prezes PKOl Andrzej Kraśnicki podkreślił znaczenie Krakowa dla polskiego ruchu olimpijskiego, jako jego kolebki. „Idea olimpijska jest niezmienna, choć teraz funkcjonuje w innych realiach niż sto lat temu. Dla nas najważniejsze jest pielęgnowanie tych wartości, które dla ruchu olimpijskiego są najistotniejsze, czyli: doskonałość, przyjaźń, szacunek, fair play i tolerancja. Na tym się skupiamy i chcemy, żeby sport był czysty, a wszystko, co zakłóca tę wspaniałą ideę, będziemy się starali eliminować” – zapewnił sternik PKOl. Krakowskie uroczystości zgromadziły wielu znakomitych sportowców i medalistów igrzysk. Pojawili się na nich m.in. wybitny chodziarz, czterokrotny mistrz olimpijski Robert Korzeniowski, panczeniści Luiza Złotkowska i Zbigniew Bródka, piłkarze Henryk Kasperczak i Kazimierz Kmiecik, dwukrotna złota medalistka olimpijska w rzucie młotem Anita Włodarczyk.

Uroczystości związane z obchodami 100-lecia PKOl trwają w Krakowie od piątku i mają też naukowy charakter. Zorganizowano pięć sesji: „Olimpizm w świetle polskiej nauki”, „Olimpijska wspólnota i wartości edukacyjne”, „Sztuka i sport”, „Historia i idee polskiego olimpizmu” oraz „Olimpijskie słowo”. Punktem kulminacyjnym obchodów jubileuszu będzie jednak zaplanowana na 26 października Gala Olimpijska 100-lecia PKOl w Teatrze Wielkim w Warszawie.

Po raz 11. wręczono też medale Kalos Kagathos. Są one przyznawane wybitnym sportowcom, którzy osiągnęli sukcesy również poza sportem. Z języka greckiego „kalos kagathos” znaczy dosłownie piękny i dobry. Wyróżnienie ustanowiono w 1985 pod patronatem Rektora UJ, prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz redakcji Tempa. Laureatów Medalu wybiera kapituła, której przewodniczy Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym roku medale przyznano siedmiu laureatom, a wręczono je w auli Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym roku w gronie nagrodzonych osób znaleźli się: Anna Czerwińska, Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, Bohdan Gonsior, Marek Jóźwik, Marek Koźmiński, Maciej Pietrzyk i Bogdan Wenta.

Czerwińska to pierwsza Polka, która skompletowała Koronę Ziemi. W sumie sześciokrotnie stawała na szczytach ośmiotysięczników. Z wykształcenia jest doktorem nauk farmaceutycznych. Chojnowska-Liskiewicz jest pierwszą kobietą, która samotnie opłynęła Ziemię (w latach 1976 roku – 1978 na jachcie „Mazurek”). Skończyła Politechnikę Gdańską na Wydziale Budowy Okrętów, zdobyła też patent kapitana żeglugi wielkiej. Parała się też piórem uwieczniając swoje morskie przygody. Gonsior był znakomitym szpadzistą, czterokrotnie startował w igrzyskach olimpijskich. W 1968 roku w Meksyku zdobył brązowy medal w turnieju drużynowym szpadzistów. Był lekarzem-chirurgiem, który stosował innowacyjne metody leczenia laserem. Jóżwik, znakomity przed laty płotkarz, po zakończeniu kariery sportowej został cenionym dziennikarzem.

Koźmiński to wicemistrz olimpijski z 1992 roku z Barcelony w piłce nożnej. Od siedmiu lat pełni funkcję wiceprezesa PZPN, ale notuje też osiągnięcia w działalności biznesowej. Pietrzyk, były koszykarz Wisły Kraków, obecnie jest emerytowanym profesorem na Wydziale Inżynierii Metali i Informatyki Przemysłowej Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, autorem ponad pięciuset prac naukowych, zaś Wenta to jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy ręcznych, także wybitny trener, potem był europosłem, a obecnie jest prezydentem Kielc.

 

Arka wydarła Legii Superpuchar

Piłkarze Legii Warszawa chyba nie uważają Superpucharu Polski za cenną zdobycz, bo w sobotę po raz szósty przegrali mecz o to trofeum, ulegając Arce Gdynia na własnym stadionie 2:3. Po raz ostatni legioniści zdobyli Superpuchar w 2008 roku.

 

Broniąca trofeum Arka Gdynia po raz drugi z rzędu w meczu o Superpuchar pokonała Legię. Porażkę mistrzów Polski i zdobywców krajowego pucharu w poprzednim sezonie oglądał Jerzy Brzęczek, niedoszły trener warszawskiego zespołu, a obecnie selekcjoner reprezentacji Polski. W loży honorowej stadionu przy Łazienkowskiej towarzyszyli mu jego nowi koledzy z pracy – Stefan Majewski, Marek Koźmiński, Paweł Wojtala i Tomasz Iwan oraz Zbigniew Boniek, który oglądał jednak mecz w towarzystwie prezesów obu walczących klubów – Dariusza Mioduskiego z Legii i Wojciecha Pertkiewicza z Arki.

Ponieważ do czasu oficjalnej prezentacji połączonej z konferencja prasową nowy trener kadry ma założony knebel, nie wiadomo których piłkarzy z biegających w sobotni wieczór po boisku obserwował pod kątem reprezentacji. Z wybrańców jego poprzednika, Adama Nawałki,  o Superpuchar zagrali Sebastian Szymański i Krzysztof Mączyński, żaden z nich jednak niczym nie zachwycił. Potencjalny kadrowicz, Michał Kucharczyk, wypadł jeszcze gorzej. W gdyńskiej drużynie, chociaż wygrała, także ani jeden z polskich graczy nie dał swoją grą żadnego powodu, żeby wysłać mu powołanie na czekający naszą reprezentację wrześniowy mecz z Włochami.

Arka w finale Pucharu Polski przegrała z Legią, zaś w lidze zajęła dopiero 12. miejsce, zatem w tym sezonie nie zagra w europejskich pucharach i jej forma nie jest taka ważna. Co innego dyspozycja graczy Legii, bo oni przecież walczą w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Nie ma się jednak co łudzić, z taką grą, jaką zaprezentowali w spotkaniu z Arką to legioniści może przejdą irlandzki Cork City (na wyjeździe wygrali 1:0, rewanż we wtorek 17 lipca o 21:00), ale na mocniejszego przeciwnika z pewnością to nie wystarczy.

Nie pomógł im nawet król strzelców ekstraklasy z poprzedniego sezonu Carlitos, dla którego występ przeciwko Arce był debiutem w barwach warszawskiego klubu. Owszem, strzelił gola, ale ze spalonego i sędzia go nie uznał, a potem hiszpański snajper tylko miotał się bezradnie po murawie w oczekiwaniu na jakieś sensowne zagrania swoich nowych kolegów. Nie doczekał się jednak, a lepsze recenzje od niego zebrał inny z nowych nabytków Legii Jose Kante.

Wygrana Arki to pierwszy poważny sukces nowego trenera gdyńskiego klubu Zbigniewa Smółki, który wcześniej pracował w I-ligowej Stali Mielec. Warto śledzić pracę tego szkoleniowca, bo zdaje się że ma on nie tylko wyszukane jak na trenerski fach maniery, ale przede wszystkim talent. Kibice warszawskiej drużyny, których stawiło się ponad siedemnaście tysięcy, tuż po ostatnim gwizdku sędziego gremialnie opuścili stadion, przez co ceremonia nagradzania zwycięskiej drużyny odbyła się w scenerii pustych trybun.

 

Reprezentacja Polski: W nerwach na Senegal

Nawaf Shukralla z Bahrajnu będzie sędzią głównym wtorkowego meczu Polska – Senegal. Przed pierwszym występem na rosyjskim mundialu w obozie biało-czerwonych wszyscy mają nerwy napięte jak postronki.

 

We wtorek o 17:00 na stadionie Spartaka w Moskwie nasza wymuskana i perfekcyjnie przygotowana do mistrzostw świata reprezentacja pokaże światu na co ją stać w meczu z Senegalem. Biało-czerwoni zagrają na mundialu po dwunastoletniej przerwie, ale po raz ósmy w historii. FIFA do sędziowania tego spotkania wyznaczyła 41-letniego arbitra z Bahrajnu Nawafa Shukralla, mającego już w dorobku mundialowe występy cztery lata temu w Brazylii. Sędziował w tym turnieju mecze Australii z Hiszpanią oraz Portugalii z Ghaną. Pokazał w nich siedem żółtych kartek. W 2012 i 2016 sędziował trzy mecze w klubowych mistrzostwach świata, ma też na koncie 44 spotkania eliminacji MŚ i azjatyckiej Ligi Mistrzów. Jego asystentami będą Yaser Tulefat (Bahrajn) oraz Taleb Al-Marri (Katar), zaś sędzią technicznym Abdulrahman Al-Jassim (Katar). Shukrall siedem lat temu sędziował Polakom mecz towarzyski z Koreą Południową w Seulu, zakończony remisem 2:2.Im dłużej nasza kadra przebywa w Soczi, tym większe gromadzi się w niej napięcie.

Podejrzliwy przesądny czasem aż do granicy śmieszności trener Adam Nawałka tak odciął kadrowiczów od świata zewnętrznego, że nawet w spolegliwych wobec niego dziennikarzach wywołało pierwsze oznaki buntu. Tu i ówdzie w mediach pojawiły się więc niezbyt pochlebne teksty o kadrze i jej sztabie trenerskim, które wyćwiczona w pacyfikowaniu takich wybryków machina propagandowa PZPN na razie zbagatelizowała. Podobnie jak zaczepki celebrytów, choćby Kingi Rusin, której nie spodobała się wycieczka kadry do delfinarium. Dla kibiców ważniejszy jednak od losu delfinów, nad którym użaliła się gwiazda TVN, była stan zdrowia Arkadiusza Milika, który podczas tej eskapady niemal wywinął orła na śliskiej posadzce.

Nie ulega jednak wątpliwości, że oczekiwanie na pierwszy mecz doprowadził atmosferę w kadrze do nieznośnego stanu permanentnego napięcia. Przyczyna tej rosnącej nerwowości jest oczywista i dość precyzyjnie zdefiniował ją w jednej z ostatnich wypowiedzi medialnych wiceprezes PZPN Marek Koźmiński. „Senegal to trudny przeciwnik, bo prezentuje całkowicie inny futbol niż ten, z którym na co dzień się spotykamy. W tej reprezentacji jest kilku wybitnych piłkarzy, dlatego nasz zespół czeka trudne spotkanie. I ważne, bo jego wynik prawdopodobnie ustawi sytuację w grupie H. Nie mamy dużego marginesy błędu. Doświadczenia z poprzednich mundiali czy turniejów Euro wskazują jasno – jak nam nie poszło na początku, to później było źle” – nie owija w bawełnę Koźmiński. No więc, oby biało-czerwonym poszło dobrze!