Lewica potrzebuje ruchów miejskich

Poniedziałkowe ogłoszenie sztabu wyborczego lewicy wywołało dość emocjonalną reakcję ze strony szeroko pojętych ruchów miejskich. Wszystko za sprawą widocznego w tle liderów lewicy Jacka Wojciechowicza, wieloletniego zastępcy Hanny Gronkiewicz-Waltz, człowieka Platformy Obywatelskiej, usuniętego z ratusza ze względu na wizerunkowe związanie z tzw. aferą reprywatyzacyjną. Aferą na której zjedli zęby aktywiści ze stolicy, z Jankiem Śpiewakiem na czele. Dyskusja o Wojciechowiczu pobuzuje i zniknie, jak wszystkie podobne newsy. Kwestia wykorzystania know-how ruchów miejskich pozostaje otwarta. Aktywiści miejscy niewątpliwe są poobijani po kolejnych zawodzie wyborczym, ale ich analizy, programy i konkretne osobowości mogą stanowić solidne wzmocnienie lewicowych list. W sytuacji walki o każdy procent poparcia, nie należy odrzucać szansy na współpracę.
Jesienne wybory samorządowe w dużych miastach pokazały, że twarda prawica spod znaku PiS nie ma czego szukać wśród wielkomiejskiego elektoratu, a dominacja Koalicji Obywatelskiej pozostaje niezagrożona. Jednocześnie walec polaryzacji rozjechał mniejsze ugrupowania, naturalnych pretendentów to tytułu trzeciej siły. Przekaz miejski nie przebił się do świadomości i nawet ruchy prezydencko-(niby)społeczne musiały wpisywać swe przekazy w opowieść ogólnopolską. Przykładem Wszystko dla Gdańska prezydenta Adamowicza, które oparło całość swej kampanii na centralnym temacie zatrzymania PiS. Inni również musieli wybierać – z PiS-em lub przeciwko. Tam, gdzie nie dało się zmarginalizować strony aktywistycznej za pomocą powyższego przekazu, Koalicja Obywatelska wykorzystała atuty ruchów do końca. Przede wszystkim za sprawą kradzieży elementów programowych, niekiedy również na poziomie personalnym. Teraz nie będzie inaczej inaczej, widzimy to w transferach z lewicy. Mimo wszystko, pomimo jesiennego walca, to właśnie ruchy miejskie (sensu stricto, oznacza to organizacje współpracujące z Kongresem Ruchów Miejskich), a nie lewica, wchodziły w rolę tych trzecich. Zerknijmy na liczby:
W Warszawie Miasto jest Nasze (5.72 proc.) zrównało się z osadzonym w samorządzie Sojuszem Lewicy Demokratycznej (5.73 proc.). Jeżeli dodamy do tego poparcie 3.92 proc. dla skleconego na szybko przez Janka Śpiewaka komitetu Wygra Warszawa, okazuje się że nawet na głęboko upolitycznonej scenie politycznej stolicy, to właśnie aktywiści miejscy stanowią jako-taką alternatywę – nie zaś tradycyjna partia lewicy. Gdyby połączyć potencjał trzech powyższych ugrupowań, pakiet mandatów w radzie miasta Warszawy, stałby się faktem.
W Gdańsku ruch społeczny Lepszy Gdańsk (5.18 proc.) swobodnie przeskoczył komitet SLD-Lewica Razem (3.06 proc.). Na kilka miesięcy przed wyborami, miejski Sojusz postanowił uczestniczyć w wyborach samodzielnie. Żaden z komitetów nie otrzymał mandatów, wspólnie miałyby szansę na co najmniej jedno miejsce w gdańskiej radzie.
W sąsiedniej Gdyni przepaść wyglądała/rysowała się jeszcze bardziej dojmująco. Wspólna Gdynia (9.06 proc.) całkowicie zdystansowała SLD (3.46 proc.), pomimo aktywnej i ciekawej kampanii kandydata na prezydenta Marcina Strzelczyka.
W Krakowie i Wrocławiu wyborcy nie mieli możliwości oddania głosów na komitet lewicowy. Za to w mieście prezydenta Jacka Majchrowskiego (dawno temu w SLD), socjal-liberalny komitet Łukasza Gibały zdobył aż 12.73 proc..
W Toruniu, w dawnych czasach mieście przychylnym partiom lewicy, komitet wyborców My Toruń zdystansował lokalne SLD 9.80 proc. do 4.23 proc..
Z kolei w niezbyt progresywnym Białymstoku kandydat na prezydenta z ramienia SLD zrezygnował zanim jego kampania nabrała rozpędu. Chwilę potem Wojciech Koronkiewicz poparł kandydatkę lewicowego ruchu Inicjatywa dla Białegostoku. W wyniku tego zamieszania Inicjatywa uzyskała 8.14 proc. (SLD zaledwie 3.83 proc.). W efekcie żadne ugrupowanie nie uzyskało mandatów.
Nieco inaczej potoczyła się sytuacja w Poznaniu, gdzie ugrupowania lewicowe doszły do porozumienia, wystawiając jeden komitet o nazwie Lewica. Stary i szanowany ruch miejski Prawo do Miasta poszedł własną drogą. Tym razem to koalicja lewicowa była górą (10.05 proc. do 8.86 proc.), ale w efekcie podziału komitety zyskały zaledwie po dwa mandaty.
Te i inne wyniki prowadzą do kilku prostych wniosków:
Po pierwsze i dość banalne, podziały zbliżonych do siebie elektoratów powodują, że żadne z ugrupowań nie jest w stanie stworzyć realnej alternatywy dla dominujących partii prawicowych i lokalnych obozów prezydenckich. W wyniku tego stanu rzeczy, w 2018 roku ruchy progresywne musiały zadowalać się pojedynczymi mandatami radnych albo, co częstsze, nie uzyskiwały ich wcale.
Po drugie, tradycyjne ugrupowanie lewicy jakim jest SLD, przeżywa poważny kryzys na poziomie struktur miejskich. Specyfika wyborów w miastach, z systemem D’Hondta premiującym duże ugrupowania (jeszcze bardziej podkręconym przez małe okręgi), niesie za sobą wysokie prawdopodobieństwo przegranej. Każde kolejne wybory dobijają morale w niegdyś potężnych strukturach Sojuszu. W rezultacie, robi się coraz trudniej i nie widać żadnej szansy na zmianę sytuacji. Z drugiej strony, ruchy miejskie nie posiadają logistyczno-organizacyjnych zdolności do podniesienia się na poziom wybieralności. Nie wystarczy mieć rację, potrzebne są również środki finansowe, dostęp do mediów i – to najważniejsze – minimum wiary w możliwość przekroczenia niemożliwie/ absurdalnie wysokich progów. Razem można więcej.
Po trzecie, połączenie potencjału sił progresywnych dałoby szansę na stworzenie poważnej alternatywy wobec dwóch głównych graczy. Fakt ten wynika wprost z sumowania wyników maluchów, nawet z zaznaczeniem że każda taka koalicja spowodowałaby pewien odpływ wyborców.
Tylko najwięksi optymiści nie kwalifikują jesiennych wyborów parlamentarnych jako poważnego wyzwania dla raczkującej koalicji SLD-Wiosna-Razem. Dotychczasowe sondaże są przychylne, ale chyba każdy aktywista miejski pamięta sytuację sprzed roku. Im bliżej wrzucenia kartki do urny, tym silniejszy efekt polaryzacji. Pomimo zaistnienia dobrych warunków do sukcesu, lewica musi walczyć o każdy kawałek elektoratu. Konieczność skorzystania z dorobku programowego, osobowego i strategicznego ruchów miejskich wydaje się oczywistością. Współpraca, jeżeli tylko będzie oparta na uczciwej partycypacji, może przynieść efekt w postaci przechylenia szali w okręgach trudnych (Gdańsk) lub doprowadzenia do większego uzysku, tam gdzie już teraz potencjał jest spory (Warszawa).
Jeżeli lewica ma przetrwać, nie może sobie pozwolić na słabych kandydatów, przypadkowe programy i chaotyczną strategię w miastach. W wielu z nich to właśnie lokalni aktywiści dzierżą atuty, których poobijana lewica nie posiada – dobrych kandydatów, gotowe programy i doświadczenie małych sukcesów w walce z dwoma partyjnymi gigantami.
Czas, aby potraktować te atuty poważnie.

Walczyć z bezdomnością, nie z bezdomnymi!

Pan z Krakowa wyszedł z więzienia, gdzie spędził 40 miesięcy za prowadzenie samochodu bez uprawnień. W tym czasie odebrano mu mieszkanie. Wyszedł z mamra wprost na krakowską ulicę i zwrócił się do miejscowego ratusza, w którym niezmiennie króluje pan prezydent Jacek Majchrowski, o pomoc w zdobyciu jakiegoś kawałka podłogi. W urzędzie mu powiedziano, ze jeżeli ktoś użyczył mu kąta do spania to powinien o tym napisać w podaniu. Powiedziano mu też, że skoro jest bezdomny powinien zamieszkać w którymś z krakowskich przytułków. Jednak w warunkach zwolnienia jest zastrzeżenie, że nie powinien przebywać w miejscach gdzie można spotkać recydywistów. Uznał więc, że lepsze jest przygarnięcie przez dobrą duszę niż spanie na jednej sali z kilku dziesiątkami osób, z których niejedna mogła mieć zatargi z prawem.
Po licznych naradach odmówiono mu jednak zgody na wpisanie do kolejki osób czekających na mieszkanie socjalne, bo przecież ktoś już użyczył mu kąta do spania, co oznacza, ze nie jest bezdomny i pomocy mieszkaniowej miasta już nie potrzebuje. Tak oto idąc za radą urzędników krakowskiego magistratu i słuchając się zaleceń sądu penitencjarnego pozostanie bezdomny i dlatego zwrócił się do nas prośbą o pomoc. Każde miasto posiada swój zestaw tricków pozwalających nie wpisywać potrzebujących, bezdomnych, tułających się ludzi do kolejki mieszkaniowej.
Tak robią przynajmniej miasta, które chcą mieć ładne statystyki. Mało ludzi w kolejce, znaczy dużego problemu mieszkaniowego nie ma. Za to w Zabrzu urząd nie przejmuje się długością kolejki, która wynosi powyżej 20 000 osób, a czas oczekiwania na mieszkanie komunalne lub socjalne sięga 20 lat.
W Warszawie odmawiają wpisania do kolejki gdy wymierzą, że pokój, w którym pozwolono bezdomnemu spać ma więcej niż 6 metrów kwadratowych na osobę. Różne są sposoby, żeby bezdomnemu nie pomóc. Do przytułków nie przyjmuje się ludzi bez dochodu, a tym, którzy mają jakieś socjalne świadczenie zwykle zabiera się większość dochodu. Człowiek bez pieniędzy skazany na darmową pracę na rzecz ośrodka, z którego już raczej wyjdzie pozostaje do śmierci bezdomny.
Dlatego powołaliśmy do życia Fundacje Sprawiedliwości Społecznej. Jej celem jest stworzenie nowoczesnego ośrodka wychodzenia z bezdomności. I to wychodzenia ekspresowego. Z pełnym dostępem do pomocy psychiatry, psychologa i prawnika. Bez krepowania prywatności i wolności osobistej. Chcemy udowodnić, że szanując wolność i podmiotowość łatwiej pomóc w wyjściu z sytuacji chwilowego braku dachu nad głową.

Mieszkania, których nie ma

Budowanie przez rząd PiS tanich lokali przypomina stawianie „wsi potiomkinowskich” w carskiej Rosji.

Jednym z haseł Prawa i Sprawiedliwości było zapewnienie tanich mieszkań komunalnych dla mnie zamożnych Polaków. Hasło zostało na papierze. Program Mieszkanie Plus nie wypalił, a mieszkań jak nie było, tak nie ma.
„Gminy mają za mało lokali komunalnych, a te istniejące są nierzadko wyeksploatowane i utrzymywane w nienależytym stanie technicznym” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie z czerwca bieżącego roku.

Za dwadzieścia parę lat

Skoro mieszkań brakuje, więc i czeka się na nie coraz dłużej. Rekordowy czas oczekiwania na lokal z zasobu komunalnego wynosił 20 lat. Czeka się już więc dłużej niż „za komuny”, a zasoby mieszkaniowe gmin się kurczą (łącznie o ok. 6,7 proc, w latach 2015 – 2018 – stwierdza NIK). Dotyczy to głównie mieszkań komunalnych, które są sprzedawane.
Przybyło natomiast lokali socjalnych i pomieszczeń tymczasowych, ale pożytek z tego na razie niewielki, bo ciągle przybywa też osób ubiegających się o takie mieszkania – i wzrost ten jest znacznie większy niż wzrost liczby lokali mieszkalnych. Paradoksalnie jednak, część takich mieszkań stoi pusta. Te pustostany występują głównie w większych miastach – są to w dużej mierze budynki czekające na rozbiórkę z uwagi na stan techniczny lub lokale, które z różnych względów nie spełniają oczekiwań osób oczekujących na mieszkania. A nie są to oczekiwania wygórowane, bo w lokalach socjalnych i pomieszczeniach tymczasowych nikt przecież nie oczekuje komfortu. Niekiedy są to także budynki wpisane na listę zabytków, co może wpływać na koszty ich remontu i dostosowania do minimalnych choćby standardów.
Zgodnie z polskim prawem, to właśnie na gminy został nałożony obowiązek samodzielnego tworzenia warunków do zaspokajania potrzeb mieszkaniowych obywateli. Zasobem mieszkaniowym zarządza niekiedy sama, niekiedy poprzez jednostki tworzone w tym celu. W skład zasobów mieszkaniowych gmin mogą wchodzić lokale komunalne – czyli mieszkania należące do gminy, przydzielane osobom spełniającym określone kryteria ustalane przez gminę – a także lokale socjalne oraz pomieszczenia tymczasowe.
Lokale socjalne to mieszkania (często o tzw. obniżonym standardzie ale nadające się do zamieszkania ze względu na obecność podstawowego wyposażenia oraz zadowalający stan techniczny), które przydzielane są osobom spełniającym określone kryteria biedy, złych warunków oraz trudnej sytuacji społecznej.
Natomiast pomieszczenia tymczasowe to, zgodnie z definicją, po prostu miejsca nadające się do zamieszkania, czyli o jeszcze niższym standardzie niż mieszkania komunalne. Głównie do tych pomieszczeń dokonywane są eksmisje.

Rząd nie pomaga

Nową kategorią są mieszkania chronione. Do pobytu w takim mieszkaniu kwalifikuje się najczęściej osoby, które ze względu na trudną sytuację życiową, wiek, niepełnosprawność lub chorobę potrzebują wsparcia w funkcjonowaniu w codziennym życiu. Dotyczy to szczególnie ludzi z zaburzeniami psychicznymi, próbujących wyjść z bezdomności, opuszczających młodzieżowy ośrodek wychowawczy lub zakład dla nieletnich. Niekiedy do mieszkań chronionych trafiają tylko młodzi ludzie z zakładów dla nieletnich czy ośrodków opiekuńczo-wychowawczych. Obecność pozostałych grup jest wtedy wykluczona, bo powstają rozliczne problemy (np. bezdomni oraz cierpiący na zaburzenia psychiczne mogą być dręczeni). W efekcie dochodzi do niepełnego wykorzystania mieszkań chronionych, tym bardziej, że brakuje powszechnej informacji o istnieniu tego typu mieszkań oraz o możliwościach zamieszkania w nich.
Przede wszystkim zaś, zgodnie z polskimi przepisami przyznaje się jedynie miejsce w mieszkaniu, a nie całe mieszkanie chronione – co zniechęca potencjalnych zainteresowanych z obawy, że musieliby dzielić mieszkanie z obcymi osobami, mogącymi stanowić dla nich zagrożenie.
Trudności z zaspokojeniem potrzeb mieszkaniowych lokalnej ludności potęguje obowiązek zapewnienia lokali dla osób eksmitowanych. Gdy ich brakuje, ludziom wobec których orzeczono eksmisję przysługują roszczenia odszkodowawcze. Nie jest to dużym problemem w gminach wiejskich i małych miejskich – ale w przypadku większych miast to już poważny kłopot, bo nasze państwo systemowo nie troszczy się o eksmitowanych, którzy często przecież wpadli w kłopoty nie ze swojej winy.
Stałym problemem jest także to, że lokatorzy dość często wnoszą opłaty czynszowe nieregularnie, gminy podejmują działania windykacyjne, ale zadłużenie i tak rośnie. Na szczęście zaczynają się pojawiać dobre praktyki, polegające na udzielaniu pomocy w spłacie zadłużenia poprzez odpracowanie.
NIK doszła do wniosku, że możliwość uzyskania dofinansowania (niewielkiego) do inwestycji mieszkaniowych, nie rozwiązuje problemów finansowych związanych z tworzeniem nowej substancji mieszkaniowej oraz remontowaniem już istniejącej. Dofinansowanie to, pochodzące ze środków budżetu państwa w ramach Funduszu Dopłat, jest skąpe i trudno je zdobyć.
„NIK wnioskuje do organów administracji rządowej o podejmowanie dalszych systemowych działań wspomagających gminy w rozwiązywaniu problemów związanych z wykonywaniem przez nie zadania zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych, w tym dotyczących obowiązku zapewnienia lokali socjalnych osobom eksmitowanym oraz utrzymywania w odpowiednim stanie technicznym i racjonalnego zagospodarowania substancji mieszkaniowej stanowiącej budowle zabytkowe” – stwierdza Izba.
Te wnioski – trzeba przyznać, że dość ogólnikowe – kierowane pod adresem rządu Prawa i Sprawiedliwości, mają minimalne szanse realizacji.
PiS nie umie i nie chce zająć się rozwiązywaniem problemów mieszkaniowych Polaków. Dowodem tego jest choćby klapa rządowego programu Mieszkanie Plus, który stał się już nieobecny w propagandzie sukcesu, uprawianej przez rządowe media „publiczne”. Mieszkanie Plus było zresztą od początku inicjatywą głównie medialną, nakierowaną na poprawę notowań PiS w sondażach.

Reanimacja Plus

W związku z tym, że zbliżają się jesienne wybory parlamentarne, PiS-owscy specjaliści od propagandy uznali, że trzeba coś zrobić z programem Mieszkanie Plus – po to by nie prowokował on do stawiania pytań niewygodnych dla władzy, lecz jeszcze mógł jakoś zostać wykorzystany propagandowo. Podjęto więc próbę pokazania, że władza coś jednak robi dla poprawy stanu mieszkalnictwa w Polsce. Dlatego właśnie PiS-owska większość parlamentarna przegłosowała 13 czerwca poprawki do nowelizacji ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości. Główną ideą nowelizacji jest wprowadzenie możliwości wydania polecenia firmom państwowym, by przekazywały do KZN swoje tereny pod ewentualną budowę osiedli stawianych w ramach programu Mieszkanie Plus.
Ponadto nowelizacja zawiera przepisy, w myśl których firmy państwowe będą zakładać spółki celowe do budowy osiedli, zawiązywane z innymi firmami i instytucjami państwowymi. Wreszcie, zniesiony zostanie czynsz normowany (rząd tłumaczy, że: „brak ustawowych limitów czynszowych oznacza realizację inwestycji mieszkaniowych na większą skalę”).
Likwidacja czynszu normowanego oznacza ostateczne zerwanie przez PiS z głoszonymi do tej pory sloganami, iż program Mieszkanie Plus przychodzi z pomocą mniej zarabiającym Polakom. Nie ma to jednak większego znaczenia praktycznego, bo czynsze, limitowane czy nie, mają wtedy znaczenie, gdy ludzie rzeczywiście wprowadzają się do zbudowanych osiedli. Tymczasem program Mieszkanie Plus został wymyślony dla celów propagandowych, żeby pokazywać jak dobra władza PiS-owska troszczy się o zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych Polaków. Rząd więc chwali się: „Dzięki nowelizacji zwiększy się liczba gruntów, które będą mogły zostać wykorzystane na potrzeby programu Mieszkanie Plus”.
Planowane jest też przed wyborami otwarcie z pompą jakiegoś nowo zbudowanego osiedla mieszkaniowego i ogłoszenie w rządowych mediach, że to kolejny przejaw troski władzy o zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych Polaków.
Nie będzie to łatwe, bo w tym celu rząd PiS musi najpierw wyszukać osiedle na tyle zaawansowane, żeby na krótko przed wyborami nadawało się do propagandowego oddania do użytku w świetle kamer. Trzeba też będzie sformułować przekaz, wmawiający, iż jest to osiedle zbudowane w ramach programu Mieszkanie Plus. Wreszcie, wszystko to powinno zostać odegrane na terenie jakiegoś samorządu lokalnego opanowanego przez PiS – po to, by burmistrz czy prezydent miasta mógł z należytym entuzjazmem ogłosić, jakiej to wielkiej pomocy udzielił im rząd PiS w realizacji tej inwestycji mieszkaniowej.
Nie z takimi problemami dawała sobie jednak radę PiS-owska propaganda sukcesu. Były wsie potiomkinowskie, mogą więc być na takiej samej zasadzie i osiedla PiS-owskie.

Reklamoza Ważny tunajt

Z racji swojej głównej profesji, dużo jeżdżę po kraju. Wiem, Ameryki nie odkryłem. Polski za to niemały kawałek. I to tej widzianej przez szyby busa, od kilkunastu już lat. Zmienia się Polska, zwykle na plus. I to jest dobre. Ludzie mają więcej pieniędzy. Pięknieją rynki i ryneczki. To widać. Jest jednak jedna rzecz, która od lat się nie zmienia. I wszystko na to wskazuje, prędko się nie zmieni. W moim osobistym rankingu prowadzi niezmiennie ubojnia drobiu „Exodus” (gdzieś koło Wieliczki chyba) i sklep ogrodniczy „Sekatorium” (Podlasie). Exodus miał ongiś ogromny bilbord przy samej drodze, bo w końcu robi na większą skalę, to i go stać. Sekatorium powala już samą nazwą, a że mieści się w małym miasteczku, wystarczy mu pstrokaty szyld na elewacji budynku. Parę dni temu przeczytałem w internetach, że rząd zamierza wyrzucić do kosza tzw. ustawę krajobrazową i napisać swoją od nowa. Nie ma co prawda jeszcze projektu rządowego w sieci, ale zainteresowani – konserwatorzy miejscy, planiści, urbaniści etc. mają swoje źródła i podnoszą alarm, że nowa rządowa ustawa krajobrazowa, mająca co do zasady porządkować nieład w przestrzeni publicznej, m.in. walcząc z pstrokacizną reklam i samowolką w ich umieszczaniu, wywraca do góry nogami założenia swojej poprzedniczki z 2015 r. na długie lata. Innymi słowy, mozolny proces odzyskiwania polskich miast i miasteczek z rąk reklamozy zostanie zastopowany i powróci stara, sprawdzona zasada, że jak masz kawałek parceli albo ścianę domu, to możesz na niej wywiesić co chcesz, bez respektowania jakichkolwiek zasad współżycia społecznego, o estetyce nie wspominając, bo to zdecydowanie najrzadziej występujące w nowej ustawie słowo.
Byłem wówczas w Krakowie. To był 2012 albo 2013 r. Skwarne lato. Siedziałem sobie gdzieś blisko rynku, piłem coś dobrego i czytałem gazetę. To właśnie wtedy natknąłem się na informację, że prezydent Komorowski zamierza przeprowadzić przez Sejm ustawę porządkująca bajzel reklamowo-bilbordowy, w Krakowie nadto dostrzegalny. Przyglądałem się tym pracom z uwagą, bo i problem niezwykle mnie zajmował. Im bardziej się przyglądałem, tym bardziej nic nie mogłem dostrzec, bo na obietnicach się kończyło. Aż w końcu się Polska i Polacy doczekali. Oczywiście, naiwnością byłoby sądzić, że po wejściu w życie ustawy, opadną bilbordy i pstrokacizna, jak opadają łuski z oczu politykom, bo gdzie przepisy wykonawcze. Ale przynajmniej szło to wszystko w dobrym kierunku. Miastowi włodarze i radni dostali jasny sygnał: nie możecie traktować publicznej przestrzeni jak towaru na sprzedaż, a wy prywaciarze, którym wszystko jedno na co patrzą ich oczy, nie możecie zalepiać miast czym wam się rzewnie podoba. Teraz, jeśli plany rządowe się zmaterializują, wrócimy do punktu wyjścia, czyli mniej więcej do stanu z lat 90. Cieszy się Korwin, cieszy się Braun, bo wszak to leseferyzm w czystej postaci. Czy tak się faktycznie stanie? Wszystko na to wskazuje, a wiecie Państwo co mnie, niestety, w tym utwierdza? Jakiś czas temu oglądałem film dokumentalny o Lechu Kaczyńskim, zrobiony z pozycji kolan, czyli jak większość. Jedna z urzędniczek, które pracowały z Lechem Kaczyńskim w warszawskim ratuszu wspominała, jak były prezydent, wówczas Warszawy, zadekretował, że kupcy ze stadionowego Jarmarku Europa, który właśnie się zwijał, mają dostać godne miejsce w mieście, gdzie na powrót otworzą swój biznes. Wybór padł na plac przed Pałacem Kultury, przed którym na długie lata stanął gigantyczny blaszak, pod którym schronili się kupcy ze Stadionu. Myślenie byłego prezydenta, podług słów urzędniczki, było takie: kupcy ze Stadionu muszą dostać od miasta bonus w postaci atrakcyjnego handlowo punktu, bo to właśnie oni, na szczękach i kocach, wykuwali pierwszy polski small-biznes, i za to choćby należy im się pomoc, bo teraz, w starciu z międzynarodowym kapitałem z Domów Centrum naprzeciwko, stoją na straconej pozycji. Co do jednego racja-należało kupcom pomóc i nie zostawiać ich samych sobie. Tu zgoda. Ale potraktowanie najbardziej reprezentacyjnej parceli w mieście jako placu, na którym można postawić wszystko i zamienić go choćby w kurnik, jeśli się ma takie polityczne widzimisię, to gwałt na oczach i zmysłach tych wszystkich, którym miasto służy nie tylko do pracy i snu. To jest właśnie myślenie, którego gorącymi wyznawcami są panowie Jaki czy Waszczykowski; jeden i drugi postulowali swego czasu zmniejszenie ilości ścieżek rowerowych czy słupków przy chodnikach, żeby móc gdzie zostawiać w centrum samochody, bo kto to widział, żeby urzędnik jeździł do roboty rowerem, do tego jeszcze w garniturze. I to jest, jak tak patrzę i słucham tego rządowego towarzystwa, ta sama wrażliwość i pomysł na przestrzeń publiczną, którą prezentują ich kumple po fachu. Ja tymczasem zostawiam to za sobą. Ładna pogodna. Idę do parku, napawać się widokiem, ale co chwila i tak będę obracał łeb do słońca, bo niedaleko mojej ulubionej ławki przebija zza listowia zachęcający skąd inąd szyld – Alkohole 24.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Na szerokiej stopie

Życie w dużych miastach wielu osobom kojarzy się z wygodą, większymi szansami na rozwój, uzyskaniem lepiej płatnej pracy. Czy zawsze te pozytywy przeważają nad niedogodnościami?

Rzadziej zwraca się uwagę na minusy mieszkania w „city”, a tych nie brakuje.
Codzienne stanie w korkach, smog, mniejszy dostęp do zielonych terenów, to tylko początek listy wad metropolii.
Jak pokazują najnowsze dane zebrane przez BIG InfoMonitor pod koniec ubiegłęgo roku, wprost proporcjonalnie do zarobków mieszkańców polskich aglomeracji, rośnie poziom ich zadłużenia.
Co więcej, aż 1 milion osób nie daje rady opłacać w terminie rachunków i rat kredytów, których łączna suma wynosi prawie 34 mld zł. W tym zestawieniu prowadzi 56-letni mieszkaniec z okolic Rzeszowa, który do zapłaty ma aż 46,8 mln zł przeterminowanego długu.

Miasta wysysają kasę

Niesolidni dłużnicy zamieszkujący największe miasta w Polsce i okolice, stanowią blisko 40 proc. wszystkich Polaków z problemami finansowymi – i to do nich należy prawie połowa wszystkich zaległości w bieżącym regulowaniu należności uzbieranych przez naszych rodaków.
Wśród 13 największych ośrodków aglomeracyjnych, na pierwszym miejscu jest tradycyjnie Warszawa z miejscowościami ościennym – z 9,2 mld zł zaległych płatności. Czyli, suma ta jest większa niż łącznie w aglomeracji wrocławskiej, trójmiejskiej i poznańskiej, gdzie naliczono 207 965 osób niepłacących na czas.
Drugie miejsce należy do aglomeracji górnośląskiej: 4,7 mld zł przeterminowanych płatności z 191 443 niesolidnymi dłużnikami. Na przeciwnym końcu skali ze zdecydowanie mniejszymi kwotami uplasował się region rzeszowski (466 mln zł) i opolski (445 mln zł). Czyli, jest to logiczne – im mniej ludzi, tym mniejsza suma zadłużenia.
Dlaczego mieszkańcy dużych miast są bardziej zadłużeni? To także dzieje się z prostej przyczyny – wyższy standard życia, do którego dąży się w aglomeracjach, oznacza wyższe koszty utrzymania. Te z kolei niestety rosną szybciej niż pensje, nawet osiągane w stolicy, Krakowie czy Katowicach i nie rekompensują wszystkich wydatków. To zresztą bolączka całego kraju – że pod rządami obecnej ekipy koszty życia rosną generalnie szybciej od dochodów. Najdotkliwiej odczuwa się to jednak właśnie w wielkich miastach.
Ciągle rozwijające się miasta przyciągają młodych ludzi, wierzących, że szybko znajdą w nich dobrze płatną pracę, obiecują życie na pewnym poziomie. Ale w zamian trzeba liczyć się z wyższymi niż w innych rejonach Polski cenami mieszkań i domów, cenami najmu, a także pozostałymi kosztami życia, np. stawkami za media i innym podstawowymi opłatami.

Żyje się na kredyt

Już około 20 mln Polaków mieszka w miastach, (czyli ponad 60 proc. naszego społeczeństwa), z czego połowa w największych aglomeracjach – i wszystko wskazuje na to, że ta liczba będzie w przyszłych latach tylko rosnąć. Coraz więcej osób pochodzących z mniejszych miejscowości decyduje się na przeprowadzkę i szukanie pracy w większych ośrodkach.
Metropolie przyciągają pracowników z innych regionów, a ci często decydują się na osiedlenie na przedmieściach dużych miast (co zwiększa ich koszty życia bo muszą dłużej dojeżdżać. W związku z tym, przybywa także osób z długami. Wśród nich znajdują się również i tacy, którzy niestety nie są w stanie wywiązywać się z terminowego regulowania zaciągniętych zobowiązań (czyli mają opóźnienia w bieżącym regulowaniu należności wynoszące minimum 30 dni i na kwotę, która przekracza 200 zł).
Zaległości mieszkańców miast dzielą się na dwie grupy – wynikające z zaciągniętych kredytów i będące efektem innych zobowiązań finansowych.
W obu kategoriach liczby rozkładają się podobnie, ale w przypadku osób mieszkających poza największymi miastami, które mają generalnie mniejszą zdolność kredytową, zdecydowanie przeważają te drugie, pozakredytowe zobowiązania , wynikające np. z nieopłaconych na czas rachunków, pożyczek czy nawet i alimentów.
Z 34 mld zł zaległego długu, jaki posiadają mieszkańcy dużych miast, 49 proc. przypada na problemy ze spłatą kredytów. W mniejszych miejscowościach ten odsetek zmniejsza się do 41 proc. To efekt zaciągania kredytów mieszkaniowych przez mieszkańców miast, zwłaszcza przez przybyszy z mniejszych ośrodków, którzy muszą gdzieś mieszkać, skoro opuścili rodzinne strony.
– Średnia zaległość z powodu braku regularnej spłaty kredytów hipotecznych w miastach dochodzi do 220 tys. zł, a poza nimi przekracza nieco 120 tys. zł. Szczególnie młodzi, żyjący w dużych ośrodkach, mają ambicję „być na swoim” i w stosunkowo niedługim czasie po rozpoczęciu kariery zawodowej decydują się na zakup pierwszego lokum w życiu, oczywiście na kredyt – wskazuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.
I oczywiście pożyczane są większe kwoty niż w przypadku osób chętnych na zakup mieszkania w mniejszych miejscowościach, bo ceny nieruchomości w Warszawie czy innych aglomeracjach są zdecydowanie wyższe. Trzeba także ponosić większe wydatki na utrzymanie własnego M., mieszkając w metropolii.

Młodzi idą (się zadłużać)

Pieniądze są duże, bo średnia cena transakcyjna mieszkania o powierzchni 55 m2 w Warszawie wynosi 454,7 tys. zł. To ponad dwukrotnie więcej niż w Łodzi (212,4 tys. zł). Wysokie ceny mieszkań w stolicy dyktuje wciąż rosnący popyt – ale to nie mieszkańcy Warszawy mają największe zaległości w regularnej spłacie zaciąganych kredytów hipotecznych. Tutaj przoduje Szczecin, gdzie łączne zaległości wynoszą 320 tys. złotych.
Gdy się zaś zaciąga kredyty na zdecydowanie wyższe kwoty, mogą być także i większe zaległości Dane mówią same za siebie: w wielkich miastach średnio na osobę przypada 31,8 tys. zł przeterminowanych zobowiązań, a na mieszkańców mniejszych miejscowości „tylko” 22,3 tys. zł. Tę różnicę także w przypadku kredytów konsumpcyjnych: w dużych miastach i okolicach jest to blisko 27 tys. zł, a poza nimi 17,7 tys. zł.
Kim jest typowy dłużnik z dużego miasta? Największą grupę wśród osób, które mają przeterminowane zadłużenia, stanowią ludzie w grupie wiekowej 35-44 lata – blisko 270 tys. osób.
Co ciekawe, w bazach zadłużonych znajduje się 31 dłużników poniżej 18 roku życia, których łączna kwota zaległości wynosi 365,4 tys. zł. Ponadto, w dużych miastach jest dość duży udział osób starszych w ogólnej liczbie wszystkich zadłużonych, które mają problem ze spłatą swoich zobowiązań. Tam grupa wiekowa 55 plus stanowi ponad 30 proc. dłużników, którzy nie płacą na czas. Natomiast poza największymi miastami, większy jest odsetek osób poniżej 35. roku życia.
Wśród pierwszej dziesiątki najbardziej zadłużonych mieszkańców wielkich miast, pięcioro jest z Warszawy i okolic.

Nie wyjedziecie i już!

Problemy finansowe mogą nasilać się teraz, w okresie ferii, na które najczęściej wyjeżdżają właśnie dzieci miejskie, z dużych ośrodków.
Dwutygodniowa przerwa od zajęć szkolnych wiąże się z dużymi wydatkami, niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na wypoczynek w kraju, czy za granicą. Z danych serwisu Nocowanie.pl wynika, że ceny za noclegi w sezonie, w górach wynoszą średnio od 40 do 80 zł za osobę, co w przypadku 4-osobowej rodziny oznacza wydatek na poziomie nawet 2240 zł za tygodniowy pobyt.
To dopiero początek listy wydatków, do których doliczyć trzeba np. dojazd i koszt zakupu lub wynajmu sprzętu narciarskiego, jeżeli chcemy spędzić urlop aktywnie.
Znacznie więcej zapłacimy za zagraniczny wyjazd w ciepłe miejsce, na co decyduje się coraz więcej Polaków, chcących uciec od zimowych temperatur. Według portalu Travelplanet.pl, to koszt nawet od 3 tys. w górę za osobę. W porównaniu do średnich zarobków Polaków, które wynoszą około 4500 zł brutto miesięcznie, ferie mogą być sporym wydatkiem.
Z raportu Mfind z 2018 r. wynika, że weekendowe noclegi w górskich miejscowościach w Polsce dla czterech osób, razem z dojazdem i zakupem karnetów narciarskich to minimum 1500-2000 zł. Za tygodniowy pobyt, rodzina musi zapłacić już od 3000 zł wzwyż. To nie koniec wydatków, szczególnie gdy doliczymy do nich zakup lub wypożyczenie sprzętu sportowego czy lekcje z instruktorem. Koszty można nieco zmniejszyć i obniżyć do ok. 1000 zł, wysyłając dziecko na tygodniowy, zimowy obóz, organizowany np. przez szkołę, do której uczęszcza.
Nie każda rodzina będzie mogła pozwolić sobie na obciążenie finansowe związane z feriami, gdy domowe budżety często są nadszarpnięte po świątecznych wydatkach. Co więc możemy zrobić, gdy zbliżają się ferie, a w domowej kasie brakuje funduszy? Pozostaje nam spędzić zimowy urlop w domu lub poszukać zewnętrznego źródła finansowania.

Miasta silniejsze i słabsze

„Mimo podejmowanych przez samorządy inicjatyw, miasta nie mogą być pewne swojej przyszłości” – napisali kontrolerzy NIK w raporcie na temat tych miejskich ośrodków, które przed zmianą ustroju były przemysłowymi tuzami bądź miastami wojewódzkimi, a po 1989 roku straciły na znaczeniu. Dziś nadal prognozy dla nich nie przedstawiają się korzystnie. Chodzi o Białystok, Białą Podlaską, Chełm, Łódź, Łomżę, Siemianowice Śląskie, Tarnobrzeg, Wałbrzych, Zgierz i Żory.

 

Reforma administracyjna, restrukturyzacja przemysłu, kryzys gospodarczy lat 2008-2009 – to wszystko dotknęło wymienione w raporcie miasta i spowodowało utratę znaczenia w regionie, wyludnienie, regres przemysłu. W Wałbrzychu w latach 90. zamknięto ostatnią kopalnię, do 1993 roku zwolniono około 20 tys. górników. W Łodzi przemysł włókienniczy przestał się rozwijać – zatrudnienie spadło ze 171 tys. osób w 1990 r., do 50 tys. w 2007 r. Tylko w trzech przypadkach (to Białystok, Łomża oraz Żory) nastąpił nieznaczny przyrost liczby mieszkańców.

Kontrola NIK objęła lata 2013-2016. Prowadzona była pod czterema kątami: pomocy na rynku pracy, pomocy społecznej, zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych i zapewnienia opieki dzieciom w wieku do lat 3. i w wieku przedszkolnym.

Wnioski nie zaskakują: wymienionym miastom bardzo pomogło świadczenie Rodzina 500 plus. Do miast objętych kontrolą trafiło 530 mln zł w samym 2016 roku. Natomiast główne problemy, które zidentyfikowali kontrolerzy, dotyczą wszystkich dawnych metropolii: trawią je bezrobocie, starzenie się populacji mieszkańców, zły stan zasobu komunalnego, ubóstwo, dysfunkcyjność rodzin, brak wystarczających usług opiekuńczych i miejsc w domach pomocy społecznej, zapotrzebowanie na miejsca w żłobkach i przedszkolach. Urzędy pracy nie radzą sobie z ofiarami przełomu 1989. Według NIK „podejmowane przez urzędy pracy działania aktywizujące były rutynowe i nieskuteczne wobec średnio 14,5 proc. bezrobotnych (od 5,7 proc. w Siemianowicach Śląskich do 19,1 proc. w Białej Podlaskiej), którzy byli na listach bezrobotnych przez wiele lat”.

A co robiły samorządy, aby poprawić sytuację? „Narzędzia wykorzystane w tych miastach do rozwiązania istniejących problemów społecznych nie były jednak oryginalne, lecz stanowiły odzwierciedlenie mechanizmów stosowanych w tym celu w całej Polsce” – czytamy w raporcie NIK. – „W sytuacji, w której wymiar negatywnych skutków przemian gospodarczych w poszczególnych skontrolowanych miastach i obszarach był bardzo zróżnicowany (i zdecydowanie większy niż przeciętnie w kraju) niezbędne było wypracowanie indywidualnych, adekwatnych i adresowanych do poszczególnych społeczności rozwiązań systemowych oraz ich skuteczne wdrożenie. Zaniechanie takich działań rodzi zagrożenie, że w przypadku odwrócenia koniunktury gospodarczej i ponownego wystąpienia negatywnych zjawisk na rynku pracy i wzrostu zapotrzebowania na pomoc społeczną, w miastach tych problemy społeczno-ekonomiczne pojawią się na nowo, tym razem ze zwiększoną intensywnością”.

Nadal dramatycznie brakuje placówek do opieki nad dziećmi, a zasoby komunalne minimalnie zwiększyły się w okresie od 2013 do 2016 roku jedynie w Zgierzu i Siemianowicach Śląskich.
„NIK zwróciła uwagę na konieczność podjęcia kompleksowych działań, zmierzających do zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych rodzin niezamożnych, które bez pomocy państwa nie będą w stanie zapewnić sobie samodzielnego mieszkania. Do poprawy sytuacji mieszkaniowej ma przyczynić się przyjęty przez Radę Ministrów w dniu 27 września 2016 r. Narodowy Program Mieszkaniowy” – podsumowują kontrolerzy.

Najważniejsze zalecenia płynące z raportu to zaktywizowanie długotrwałych bezrobotnych, zapewnienie opieki małym dzieciom, poszerzenie bazy mieszkaniowej dla najuboższych mieszkańców, a także takie dysponowanie środkami publicznymi, aby pomagać w usamodzielnianiu dysfunkcyjnych rodzin.