Pokażę Wam Dwie Warszawy

Pierwsza z nich to nieremontowane latami, kiedyś piękne, zabytkowe, przedwojenne kamienice będące w zasobie miasta. Niektóre dalej opalane piecami kaflowymi, bez podłączenia do CO. Kamienice, których ścian nikt nie malował od co najmniej 30 lat. Z których odpadł już tynk. W których jest na klatkach ciemno, pachnie moczem i stęchlizną. Na podwórkach których na placach zabaw bawią się w chowanego tylko puste butelki oraz zupełnie się w nic nie bawią góry śmieci.
Pierwsza Warszawa nigdzie się nie spieszy. Tak, jak się umiera na raka w hospicjum: zachowując godność, ale jednak śmierdząc, nie kontrolując wydalania i nie mając siły zrobić wokół siebie samodzielnie już kompletnie nic. Zapach tych kamienic jest jak oddech stulatka – wątła nitka łącząca nas z daleką przeszłością.
Warszawa Druga niecierpliwi się. Jest młoda i głodna. Czeka, aż Pierwsza wreszcie zdechnie. Aż będzie można wyrzucić po niej zasikany tapczan i wstawić świeżutką sofę z IKEI, aż z kamienic grożących zawaleniem wreszcie ujdzie ostatnie tchnienie – aż ich lokatorzy wyjadą do Anglii lub miasto ich wykwateruje. Dlatego Druga od wielu lat nie dawała kasy na Pierwszą. Wiedziała, że tamta, prędzej czy później, umrze.
Pierwsza i Druga mieszkają 20 metrów od siebie – po przeciwnych stronach tej samej ulicy.
Po tej Drugiej powstają piękne, nowoczesne, w ch drogie apartamentowce. Wszystko jak z intro Blue Velvet Lyncha: kliniczne, pachnące cifem floral klatki, odchwaszczone ogródki i obleciane rafią balkony z technorattanowymi fotelami i suszarką na pranie. Wygracowane ścieżki, fontanna, bezpieczny plac zabaw, parking podziemny. Lux torpeda level deweloperka. No oczywiście, wsio OGRODZONE I MONITOROWANE.
A teraz, Moi Drodzy i Drogie, powiedzcie mi, jakie dzieciństwo będą miały dzieci mieszkające w Warszawie numer 1, a jakie w Warszawie nr 2?
Jak dzieci z tej Pierwszej będą się czuły, widząc rówieśników z drugiej strony ulicy bawiących się na zamkniętym dla „obcych” placu zabaw?
Czy myślicie, że spotkają się z nimi kiedykolwiek prywatnie i zamienią choć kilka zdań? Czy też będą chodzić do zupełnie różnych szkół, robić zupełnie gdzie indziej zakupy, spędzać gdzie indziej ferie i wakacje?
Kiedy już wyrosną z zabaw na placu i z rejonowej podstawówki, która tak czy owak musi przyjąć wszystkich, Pierwsi (przynajmniej część z nich) i Drudzy będą się starali o te same miejsca w liceach. Kto się dostanie? Kto będzie musiał, mimo ambicji, pójść do zawodówki, bo za słabo zda egzaminy? A kiedy ukończą te czy inne szkoły, to czy dom Pierwszych będzie jeszcze w ogóle stał?
Na wszystko spogląda z góry Rafał Trzaskowski (bilbord wisi po tej Drugiej stronie ulicy).

 

Autorka jest rzeczniczką prasową SLD. W wyborach samorządowych kandyduje na radną Rady Miasta Warszawy z listy nr 5 SLD Lewica Razem, z okręgu nr 7 obejmującego Targówek, Wawer i Wesołą.

Miasta przyjazne mieszkańcom są możliwe

Z JOLANTĄ BANACH rozmawia Krzysztof Lubczyński

 

Od lat jest Pani nieobecna w polityce krajowej, ale już wiadomo, że będzie Pani kandydowała do Rady Miejskiej w Gdańsku…

Tak, na prośbę grupy młodych ludzi o socjaldemokratycznych poglądach, którzy zwrócili się do mnie, bym ich wsparła i firmowała swoim nazwiskiem komitet obywatelski „Lepszy Gdańsk”, działający już od dwóch lat. To grupa młodych przedstawicieli zawodów medycznych, inżynieryjnych, prawniczych, o dobrym profilu moralnym. I to oni nie pozwolili mi przejść na emeryturę. Ponadto na ulicy czy w tramwaju ludzie mnie rozpoznają i zwracają się do mnie z różnymi problemami, nie zważając, że nie jestem od lat w czynnej polityce. Lepszy Gdańsk jest aktywnym ruchem miejskim. Zebraliśmy m.in. podpisy pod uchwałą o bezpłatnych przejazdach uczniów, choć naszą inicjatywę przejął na swoje konto prezydent z Platformy Obywatelskiej. Nie mamy jednak o to pretensji, przeciwnie, cieszymy się, że od lipca b.r. uczniowie gdańskich szkół jeżdżą gratis komunikacją miejską. Zebraliśmy też około trzech tysięcy podpisów na rzecz zmniejszenia kosztów usług opiekuńczych świadczonych w domach mieszkańców i liczymy, że projekt zostanie uchwalony przed zbliżającymi się wyborami. Co ciekawe, po proteście niepełnosprawnych, problemy społeczne nagle znalazły się w orbicie zainteresowania większości grup samorządowych, włącznie z PO, które z tym wiążą sprawy rozwoju miasta. Do tej pory głównie inwestowano w wylewanie betonu, dzielnie budowano stadiony, hale widowiskowe, galerie, czy nikomu jak widać niepotrzebne, bo niewykorzystywane obiekty kultury, w których nic się nie dzieje. Trzydziestolatkowie i czterdziestolatkowie z komitetu „Lepszy Gdańsk” mają zupełnie inne wyobrażenie o mieście.

 

Polityka społeczna jak zawsze jest w centrum Pani zainteresowania….

Tak, moje założenie podstawowe jest takie, że ład społeczny budują: po pierwsze, godne dochody z pracy, po drugie, dobra, wszechstronna polityka społeczna w przypadku różnego rodzaju ryzyk życiowych i okoliczności utrudniających zarobkowanie. Politycy dzielą się na tych, którzy są specjalistami i ekspertami w jakiejś dziedzinie i tych o „profilu ogólnym”. Tymi ostatnimi ostatnio obrodziło, to specjaliści od bon motów, tweetów, trzydziestosekundówek w telewizji, hasztagów. Nazywam ich trumpowcami i marketingowcami. Ja w tym rodzaju uprawiania polityki się nie odnajduję i trwam przy polityce społecznej. Właśnie dlatego obszar samorządowy jest dla mnie tak fascynujący. Zwrócono się do mnie także z propozycją kandydowania na urząd prezydenta Gdańska, ale nie przyjęłam jej m.in. z powodów osobistych. Poza tym uważam, że trzeba przygotowywać dobrą zmianę pokoleniową, a starsi mają do odegrania rolę w przygotowaniu do niej młodych ludzi i wsparciu ich na tej drodze.

 

Czy „Lepszy Gdańsk” współpracuje z Sojuszem Lewicy Demokratycznej?

Rozmawialiśmy o możliwości wspólnego startu, ale uważam, że sukces programów socjaldemokratycznych, przynajmniej w Gdańsku, jest bardziej realny w formule komitetu obywatelskiego niż partyjnej, bo od wielu lat Sojusz osiąga poparcie wyborcze na poziomie 4-5 procent i trzeba w końcu wyciągnąć z tego wnioski. Zresztą Sojusz wybrał opcję z szyldem partyjnymi wysunął swojego kandydata na prezydenta Gdańska, profesora Ceynowę. Formuła partyjna jest dość oczywista w wyborach do Sejmiku Wojewódzkiego, do parlamentu, ale w mieście, w tym w szczególności tu, w Gdańsku, gdzie idzie walec: z jednej strony PO z drugiej PiS, sukces sił progresywnych mógłby mieć miejsce tylko pod szyldem komitetu obywatelskiego.

 

Mówi się, że dla lewicy szczególnie trudna jest Polska wschodnia, ale jak widać, Gdańsk także jest dla niej bardzo trudny. Dlaczego?

Społeczność gdańska buduje swoją tożsamość na wartościach mieszczańskich, w duchu umiarkowanie liberalno-konserwatywnym. Dla socjaldemokracji nie ma tu więc dużo miejsca, a już na pewno nie pod szyldami stricte partyjnymi. W „Lepszym Gdańsku” są przedstawiciele Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, Zieloni, ludzie z różnych partii i stowarzyszeń. Mamy nadzieję, że Sojusz dojrzeje do ściślejszej współpracy z nami.

 

Nie można wykluczyć, że wieloletnia prezydentura Pawła Adamowicza dobiega końca. Ostatnimi czasy pokazał się jako polityk ostro antypisowski, choć zaczynał jako prezydent o zdecydowanie prawicowym, konserwatywnym profilu. Jak go Pani ocenia jako gospodarza Gdańska i w aspekcie spraw społecznych?

Po pierwsze, ta głośna antypisowskość prezydenta Adamowicza jest uprawiana z rozmysłem, bowiem polaryzacja polityczna bardzo mu służy, tym bardziej, że w Gdańsku PiS, jako klub w Radzie Miasta, jest wyjątkowo liberalny. Tu nie ma drapieżników pisowskich z pierwszych stron gazet. Ta strategia pozwala Adamowiczowi wyjść z roli prezydenta Gdańska i stanąć ponad nią, bo w tej roli ma wiele za uszami i gdyby koncentrował się na kwestiach samorządowych, to natychmiast ostra reakcja opozycji byłaby bardzo słyszalna, m.in. w kwestii niejasnych źródeł jego majątku osobistego, chaosu urbanistycznego w mieście, który powoduje, że Gdańsk jest coraz częściej wystawiany na klęski żywiołowe, na zalania dolnych partii miasta, w kwestii braków w infrastrukturze komunikacyjnej, nadmiernie silnej pozycji deweloperów, itd. Mamy także za sobą zatrucie Motławy ściekami no i niestety, także w kwestiach społecznych prezydent nie wywiązał się z wielu powinności. Politykę społeczną kojarzymy obecnie zazwyczaj z rządem PiS, który przedstawia się jako najbardziej socjalny po 1989 roku, tymczasem prawda jest taka, że miażdżąca większość kompetencji i środków w tej dziedzinie jest w rękach samorządów, np. polityka pielęgnacyjna, na rzecz ludzi starszych, niepełnosprawnych; ich rehabilitacja społeczna i zawodowa to zadanie własne samorządów, od sprzętu rehabilitacyjnego po domy pomocy społecznej. W Gdańsku mamy na przykład problem „uwięzienia” starych ludzi w niskich blokach bez wind. Są pieniądze na stadiony, ale na te windy już nie. Problem polega na tym, że nie ma standardów w tej dziedzinie, np. ile i jakich ośrodków wsparcia potrzeba na grupę osób o znacznym stopniu niepełnosprawności.W związku z tym gmina może, ale nie musi i mamy postępujący proces prywatyzacji odpowiedzialności ludzi, którzy sami sobie nie poradzą. Rozmaite problemy rodzi też prywatyzacja usług społecznych. W Gdańsku aż 40 procent szkół podstawowych nie prowadzi samorząd. To się za kilka, kilkanaście lat odbije negatywnie w przestrzeni społecznej, bo szkoły prywatne biorą dotacje, biorą pieniądze od rodziców i jeszcze tną koszty pracy. To się musi odbić na jakości kształcenia i wychowania z jednej strony i nierówności szans z drugiej. Tak więc gmina nie rozwiązuje, ale tworzy problemy społeczne, na teraz i na przyszłość. Kluczem do serc Polaków jest polityka samorządowa i społeczna. W tej dziedzinie Polacy są socjaldemokratyczni, ale nie populistyczni, mimo że mówi się, iż PiS populizmem pozyskuje masy. Każdy autokrata i dyktator będzie wprost oferował świadczenia pieniężne, przekupywał grupy społeczne, tak było zawsze. Ale już mechanizmu stałej podwyżki płac w sferze usług społecznych PiS nie wprowadziło, co uważam za skandal. Dlaczego pracownicy tej sfery nadal muszą protestami i strajkami wyszarpywać dla siebie podwyżki płac, mimo że mamy wysoki wzrost gospodarczy? Dlaczego jest 23-procentowy podatek VAT na ciepło i energię elektryczną? W Gdańsku i w reszcie kraju emeryt otrzymujący 1200 złotych połowę tego wydaje na 50-metrowe mieszkanie! PiS-owi nie spadł dotąd z tego powodu włos z głowy. Gdzie jest kolejna stawka podatku dochodowego? Przecież także bogaci dostali 500 plus a podatków im nie podniesiono. Gdzie w związku z tym jest oferta lewicy? Przecież trzeba powiedzieć Polakom: my się za to wszystko weźmiemy. Sojusz n.p. ma w tym względzie dobre tradycje, doświadczenie Anny Bańkowskiej, działalność Wita Majewskiego, nawet Leszka Millera przed zmianą poglądów, dorobek profesora Tadeusza Kowalika i Wandy Zagawy z działu społecznego „Trybuny”, która była wybitną specjalistką w zakresie ubezpieczeń społecznych. Był w SLD ośrodek myśli społecznej. To się zagubiło po części z powodów metrykalnych, bo pojawili się działacze, dla których polityka była przepustką do materialnego sukcesu , a poza tym po objęciu przez Sojusz rządów w 2001 roku wygrała tam fascynacja liberalizmem, light, ale jednak, oraz chęć uwiarygodniania się w modnych kręgach biznesowych. Dziś natomiast do polityki przychodzą młodzi ludzie tworzący zjawisko, które nazywam awansem po politologii. Wydaje im się, że po studiach politologicznych jedyna dla nich droga, to bycie politykiem. Kończy się to brakiem zainteresowania dla wszystkiego, co nie jest czystą grą polityczną, marketingiem. Polityka przestała natomiast przyciągać ekspertów z konkretnych dziedzin i zanikła instytucja autonomicznych parlamentarzystów-fachowców. Aleksander Kwaśniewski nie bał się skupiać wokół siebie intelektualistów, lepszych od siebie i to także tworzyło siłę dawnego Sojuszu.

 

A jak w Gdańsku kształtuje się kwestia praw społecznych z zakresu praw kobiet, dostępności do in vitro, itd.?

Tu wracamy do prezydenta Adamowicza. Szybko zorientował się, że w takim mieście jak Gdańsk musi wyjść tym kwestiom naprzeciw. A pamiętam czasy, gdy prezydent Adamowicz nie życzył sobie udziału prezydenta Kwaśniewskiego w różnych eventach gdańskich a jego poglądy były zdecydowanie prawicowe, także światopoglądowo. To nie oznacza, że kwestionuję szczerość jego ewolucji, ale ona musi się przełożyć na konkrety, a z tym jest marnie. Deklaratywne strategie na papierze dalece nie wystarczają. Do diabła z nimi. Dofinansowanie in vitro – znakomicie, ale jeśli prezydent Adamowicz traktuje swoje deklaracje poważnie, to musi się n.p. zmienić choćby sytuacja kobiet, które porzucają pracę, żeby zaopiekować się starymi rodzicami, bo nie ma należycie zorganizowanej opieki dziennej i geriatrycznej, rehabilitacji osób starszych i niepełnosprawnych. In vitro bywa przez PO traktowany jako forma walki politycznej z PiS, a ja się na taką politykę nie godzę.

 

Co jest specyfiką Gdańska i jaka z tego wynika wizja jego przyszłości?

Stary Gdańsk dzielił się na odrębne, niemal samowystarczalne dzielnice: Oliwę, Wrzeszcz, Orunię, Nowy Port. To były właściwie odrębne miasteczka. Miasto skrojone na miarę człowieka, do którego powraca nowoczesna urbanistyka. Tymczasem polski samorząd wielkomiejski podąża za XIX-wieczną wizją rozwoju miasta na modłę Nowego Jorku, czy innej podobnej metropolii. Ze sprzeciwu wobec tej wizji miasta narodziła się idea ruchów miejskich. Idea budowy miasta małych odległości. Spolaryzowane politycznie media, rządowe i antyrządowe o tych problemach nie mówią, ale one są rzeczywistością. Miasta przyjazne mieszkańcom zajmują się najróżniejszymi sprawami, choćby potrzebami w zakresie mieszkalnictwa dla osób niezamożnych, n.p. poprzez umawianie się z deweloperem na regulowane czynsze. W Polsce ta dziedzina drastycznie odstaje od standardów Unii Europejskiej. A jednak wierzę, że także w Polsce inne myślenie o mieście jest możliwe.

 

Dziękuję za rozmowę.

Kilka uwag prosto z Berlina

Gorzki haust ożywczego powietrza.

 

„O, wie gut ist die berliner Luft, Luft,Luft” jak dobre jest berlińskie powietrze, brzmiały słowa piosenki kabaretowej z lat trzydziestych. Powietrze berlińskie, rozumiane dosłownie, nie jest już zapewne tak dobre jak wtedy, ale od warszawskiego na pewno lepsze, i chemicznie i w przenośni. Zyskiem jest już samo to, że oddychając nim można odpocząć od PiS, ONR, biskupów, miesiączek smoleńskich i całego tego koszmarnego pierdolnika polskiego, być kilka chwil z dala od durnego, kołtuńskiego kraju, jak go trafnie określił Antoni Szpak.
Oczywiście, w epoce internetu można niby mieć to wszystko w każdej chwili, na wyciągnięcie ręki, ale mnie chroni od tej łatwości mój technologiczny analfabetyzm, który każdą tego rodzaju czynność czyni trudną i dolegliwą, więc szybko odstępuje od denerwujących prób obserwowania polskiej neurozy codziennej za pomocą Sieci. Znacznie lepiej czuję się w moim starym dobrym żywiole, czyli w wielogodzinnych pieszych wędrówkach, tym razem po Berlinie. A te dostarczają oczywiście, jak wszystkie podróże i wędrówki, wielu nauk i wrażeń.

 

Kraj bez politycznych egzorcyzmów

Ograniczę się tylko, i to w telegraficznym skrócie do dwóch z nich. Pierwsza jakoś przewrotnie, na odwyrtkę, kontrastowo, rymuje się z polskimi perypetiami z dekomunizacją. Prawicowi hunwejbini polscy chcieliby zniszczyć i zatrzeć wszystko, co wiąże się z poprzednim ustrojem, realnym socjalizmem. Miał on bez wątpienia swoje ciemne strony, to nie ulega wątpliwości, ale człowiek, który pamięta tamte czasy, a zanurzony w ciężkich kłopotach i niepokojach współczesności może coraz częściej myśleć o tamtych czasach znacznie cieplej niż myślał wtedy, przed sławetną zmianą i falą głupoty, wniesioną w polskie życie przez Solidarność i kler katolicki. Ale prawicowi hunwejbini polscy podbechtywani przez arcyszkodliwą organizację IPN, którzy dzialają w oszalałym amoku, na wszelkie próby przemówienia im do resztek rozumu odpowiadają, że „komunizm w Polsce był tak straszny”, że trzeba wyniszczyć wszystkie pamiątki po nim. Wikłają się tym jednak w sprzeczność. Skoro komunizm będzie wygumkowany, to gdzie miejsce na legendę walki z nim?
Tymczasem Niemcy, w tym berlińczycy, doświadczyli go przecież w znacznie bardziej hardkorowej postaci, której symbolem jest choćby STASI, a mimo to nie przeszkadza im ani mauzoleum chwały gwałcącej niemieckie kobiety Armii Czerwonej, mauzoleum z czołgami, czerwonymi gwiazdami i lśniącymi od złota godłami przy alei 17 Czerwca, ani aleje, ulice i place Karola Marksa, Fryderyka Engelsa, Włodzimierza Lenina, Róży Luxemburg czy Karola Liebknechta, a w największym parku berlińskim, w Tiergarten, stoi pomnik autora „Kapitału”. Nieopodal ulicy przy której mieszkam, mieści się gimnazjum imienia Fryderyka Engelsa i jakoś nikomu to nie przeszkadza. A przecież nikt tu nie uprawia bałwochwalczego kultu tych wybitnych skądinąd postaci, nikt nie urządza na ich cześć stalinowskich wieców, tyle że tu traktuje się historię jako pewnego rodzaju opowieść, która, aby była jasna i zrozumiała, musi mieć kształt nawarstwiąjącego się tortu, drzewa w przekroju, ze słojami, które mówią o jego metryce i nadają mu specyficzną urodę, o której sensie musi stanowić ciągłość. I nie może być co rusz, jak w Polsce, rozszarpywana na strzępy przez ideologicznych opętańców.

 

Kraj Hegla czyli kapusta kapuście nierówna

Jak w jednej ze swoich pieśni chełpił się Przemysław Gintrowski, nieżyjący już bard polskiego, sentymentalnego patriotyzmu czy, jak kto woli, nacjonalizmu, jednego z najgorszych wytworów, a raczej nowotworów chorej polskiej tzw duchowości, „nie czytaliśmy Hegla jaśnie panie, dla nas psałterz, groch i kapusta, i od czasu do czasu powstanie”. Nie mam nic do kapusty, w tym kiszonej, bo to i w Niemczech dodatek do licznych potraw, w tym klasycznego wursta czyli pieczonej kiełbasy, ale jak się okazuje, kapusta kapuście nierówna.

 

Wilhelm Friedrich Hegel, intelektualny guru i filozoficzny przodek Marksa

uczył, że historia, ujmując rzecz najprościej, formuje się według zasady dialektyki czyli nieustannego ścierania się i walki przeciwieństw, że z konfrontacji tezy i antytezy wyłania się synteza czyli nowa jakość, która staje się podstawą nowej rzeczywistości i nowych szlaków ludzkiej egzystencji. Co prawda późniejsza historia podważyła heglowski optymizm i wiarę w to, że z tego ścierania się przeciwności wyłania się, a przynajmniej prosto się wyłania, lepszy świat i że zmierzamy do mądrego porządku, który ucieleśni się w wyczekiwanym doskonałym duchu (Geist), ale reguła ucierania się przeciwieństw jako drogi, którą podąża świat, pozostaje kanonem logicznej i światłej myśli ludzkiej niemal na równi z tabliczką mnożenia i innymi regułami matematyki. I to pomimo tego, że opętani, fanatyczni komiwojażerowie nowej reakcji religijnej, tym razem nie pozostającej w tyle technologicznie, chcą dziedzictwo Oświecenia zastąpić jakimś nowym średniowieczem i nie ustają w żarliwych wysiłkach na rzecz zbudowania nowego piekła w imię Boże. Ta kleronacjonalistyczna reakcja ma dziś w Polsce jeden z najsilniejszych przyczółków w skali europejskiej a może i światowej. Wstydzę się z tego powodu i dlatego bardzo kameralny, nie związany z licznymi kontaktami charakter mojego berlińskiego pobytu, nie zmuszający mnie do tłumaczenia się za swój kraj, poczytuję sobie za komfort.

 

Berliński spokój i warszawskie parademarsze

Po drugie, propaganda PiS i jego medialnych doboszów usilnie dąży do stworzenia wrażenia, jakoby pod obecnymi rządami Polska była nie tylko krajem cudu gospodarczego i powszechnego dostatku, lecz także spokoju i poczucia bezpieczeństwa jako m.in. rezultatu niewpuszczania tu uchodźców. A jednak, mimo dużej oczywiście w Berlinie liczby uchodźców z Azji, Afryki oraz tureckich imigrantów osadzonych tu od wielu lat i mimo tego, że jest on miastem większym od Warszawy, atmosfera ulicy jest tu znacznie spokojniejsza, cichsza od tej, której doświadczamy w nerwowej, agresywnej, histerycznej, jakby owładniętej ADHD rzeczywistości Warszawy. I bez akompaniamentu wrzasków pisowskich aparatczyków, wydzierających się jak stare przescieradło albo jak Szydło, pachnące raczej szalejem niz rosołem. Ciszej tu i dosłownie i w przenośni. Jak widać, nawet imigranci na spółkę z Marksem, Engelsem i Leninem oraz czerwonoarmiejcami nie przeszkadzają tu żyć w miarę spokojnie, jak na skalę miasta nad Sprewą, i w miarę godziwie. Tu na ludzkich twarzach widać i w powietrzu ulicy czuć te błogosławione cechy starej dobrej, powojennej Europy zachodniej, która wyciągnęła wnioski z krwawej przeszłości i rozrzedziła ciśnienie twardych, w tym nacjonalistycznych i religianckich tożsamości, będące źródłem tylu nieszczęść, a do których wraca teraz pisowska Polska. Ta, tkwiąca w rozwibrowaniu i gorączce rozpętanej nad Wisłą przez kleronacjonalistów, jawi się z berlińskiej perspektywy jeszcze bardziej, prawem kontrastu, nieprzyjemnie niż gdy się tkwi na co dzień w trąbie polskiego cyklonu i wariactwa. Stąd dotkliwiej widać w jakim gównie brodzimy tam, w kraju, oddalonym zaledwie o miedzę. Mimo więc początkowej deklaracji o chwili wytchnienia od polskiego piekła, spędziłem te berlińskie dni z towarzyszącym mi w tyle głowy uczuciem wstydu i zazdrości. A zaskakujący paradoks tej sytuacji polega także na tym, że schronieniem dobrych, także owych miękkich wartości starej, dobrej, powojennej Europy, choćby i nieco idealizowanej, jest wlaśnie Berlin, historyczna kolebka pruskiego, szowinistycznego nacjonalizmu, który przez tyle stuleci, od Wielkiego Fryca do Hitlera, huczał podczas parademarszów od łoskotu podkutych, wojskowych butów. Dziś, o ironio historii, hałaśliwe i butne parademarsze odbywają sie w Warszawie.