Złodziej krzyczy: łapać złodzieja! Wywiad

„Na razie „bohaterowie” tego dramatu idą w zaparte”. Kamila Terpiał (wiadomo.co) rozmawia z Jarosławem Urbaniakiem, posłem PO i członkiem komisji finansów publicznych o reakcji PiS na aferę KNF.

 

„KAMILA TERPIAŁ: „Będzie też was boleć prawda i nasza konsekwencja w działaniach w sprawie KNF-u. Prokuratura będzie do bólu, niczym gorącym żelazem, wypalać patologie. Taka dziś jest prokuratura dobrej zmiany, także służby specjalne” – mówił ostatnio z mównicy sejmowej Zbigniew Ziobro. Boi się pan tej prawdy i prokuratury „dobrej zmiany”?

JAROSŁAW URBANIAK: Nic mnie już nie zdziwi… Znowu złodziej krzyczy: łapać złodzieja! Prokuratura jest na liście tych, którzy mają w tej sprawie ubrudzone ręce. Chodzi o brak przepływu informacji, nie zawiadomiono przecież o wpłynięciu zawiadomienia od razu premiera, i o bezczynność. W ramach interwencji poselskiej odwiedziliśmy już kilka ministerstw i przed nami nie było tam żadnej służby. W Ministerstwie Finansów na przykład, jak już było wiadomo, że jesteśmy i przybyły tam wszystkie media, to jakbym był w jakiejkolwiek służbie, wszedłbym tam demonstracyjnie od razu. A tu cisza.
Do KNF w ogóle nas nie wpuszczono, ale było to jedyne miejsce, gdzie CBA było przed nami.

 

Ale w gabinecie szefa KNF było dopiero po nim. To nie przypadek?

Jeżeli ktoś jest w stanie szybciej przylecieć z Singapuru, niż przejść 2 kilometry, to trudno uznać to za przypadek. Poza tym dowiedzieliśmy się później, że syn pana Mariusza Kamińskiego, czyli koordynatora służb specjalnych, pracuje w Banku Światowym z rekomendacji szefa Narodowego Banku Polskiego. Przypadek?
Zaczyna być wysoce prawdopodobne, że opieszałość CBA nie była przypadkowa.

 

Będziecie jeszcze próbować dostać się do Komisji Nadzoru Finansowego? Czy teraz to już nie ma sensu?

W naszym kraju jest problem z egzekutywą. W normalnym państwie poprosilibyśmy policję o wyegzekwowanie prawa, które jest oczywiste. Ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora jednoznacznie mówi o tym, że mamy prawo kontrolować i wchodzić do wszystkich organów administracji rządowej. A nie ma przecież wątpliwości, że KNF, który podlega premierowi, takim organem jest. Nie jest to przecież organ samorządowy.
Będziemy podejmować jeszcze pewnie kilka prób w kilku miejscach, ale nie chcę wyprzedzać faktów. Efekty są bowiem takie, że jak dostajemy dokumenty od ręki, to są istotne, a jak po jakimś czasie, to jednak dużo mniej. Zdradzanie szczegółów, jak widać, nie służy sprawie.

 

Jak jesteście przyjmowani w ministerstwach? Jak intruzi?

Przyznam, że są różne reakcje. Najbardziej niegrzecznie zostaliśmy potraktowani w KNF-ie. Ale w innych miejscach urzędnicy niższego szczebla naprawdę starają się być mili, chociaż są czasami przerażeni.

 

Dostaliście już trochę dokumentów. Jaki był najważniejszy?

Były to dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów dotyczące poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Wygląda na to, że już w kwietniu 2018 roku, dwa tygodnie po słynnej rozmowie, szef KNF sugerował potrzebę takich zmian, rozsyłając pisma do wszystkich członków Komitetu Stabilności Finansowej.
Tyle że na początku wygląda to dość niewinnie. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów.

 

Dlaczego na początku wyglądało niewinnie?

Podobnie jak w innych aferach, dopiero jak spojrzy się na pewne rzeczy z dystansu, to nabierają większego znaczenia. To jest też problem ciągłych zmian w prawodawstwie, zwłaszcza dotyczącym finansów. Z perspektywy zastanawiająca jest także wcześniejsza decyzja z 2017 roku, dotycząca zmiany wymogów makroekonomicznych, czyli tego momentu, w którym KNF zaczyna się niepokoić finansami banku.
Wskaźniki podniesiono o 50 proc. do stawek maksymalnych w UE, nikt do tej pory nie potrafi powiedzieć dlaczego, skoro nic złego się nie działo. Byliśmy przecież „zieloną wyspą”. Ministrem finansów był wówczas Mateusz Morawiecki.
Teraz zaczynam się poważnie zastanawiać, po co podniesiono te wskaźniki, skoro głównym problemem polskiego sektora finansowego nie były banki, tylko SKOK-i, czyli parabanki. To one upadały i kosztowały Bankowy Fundusz Gwarancyjny ponad 4 mld zł.

 

To mogła być realizacja słynnego „planu Zdzisława”?

Mogę tylko sugerować, że wiele rzeczy do siebie pasuje. Z jednej strony ta dziwna zmiana, później „wpychanie” radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka do rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych głosami Skarbu Państwa, który reprezentował minister rozwoju, czyli Mateusz Morawiecki.
Dostaliśmy z ministerstwa dokumenty, w których są notatki służbowe z posiedzenia walnego zgromadzenia GPW i nie wynika z nich jasno, kto podjął taką decyzję.
Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia…

 

Jaki będzie los ustawy z zapisem o możliwości przejmowania banków przez państwo za zgodą KNF? Stanie się prawem obowiązującym?

Na razie nikt się z tej poprawki, wrzuconej nagle po złożeniu zawiadomienia przez mecenasa Romana Giertycha, nie wycofuje.

 

Po co rządzącym teraz takie rozwiązanie?

To jest dla mnie najbardziej przerażające. Wszystkie afery, jakie wybuchły po 1989 roku powodowały, że decyzyjne osoby podejmowały decyzje o włączeniu natychmiast hamulca ręcznego. A w tym wypadku jest wręcz przeciwnie.
Politycy partii rządzącej przekonują, że to są oczywiste i niegroźne zapisy, które obowiązywały już przed 2016 rokiem, że są implementacją prawa UE – to nie jest prawda!

 

Mogą się jeszcze przydać?

Jest takie stare, teatralne, ale bardzo mądre powiedzenie, że jak w pierwszym akcie strzelba wisi na ścianie, to w ostatnim akcie wystrzeli… Nie sądzę, żeby ktoś wprowadzał przepisy dotyczące przejęcia banków za złotówkę, i to z błahych powodów, po to, aby nigdy z tego nie skorzystać.
Wydaje mi się, że zapadła decyzja, że banki będą przejmowane i nie chodzi na pewno o banki spółdzielcze.

 

Jaka jest w aferze KNF rola szefa NBP Adama Glapińskiego?

Wiele wątków prowadzi do niego – „pierwszego ekonomisty PiS”. To od polityków PiS można było usłyszeć jeszcze przed słynną naradą na Nowogrodzkiej, że prezes Glapiński lada dzień poczuje się tak źle, że nie będzie mógł dalej kierować NBP.
Na razie wiemy na pewno, że jego rola sprowadza się do tego, że jest wielowymiarowym promotorem Marka Chrzanowskiego, którego zresztą broni za wszelką cenę.
Wygląda na to, że szef KNF jest jedyną i to niepotrzebną ofiarą, bo przecież według szefa NBP jest „człowiekiem o nieskazitelnej uczciwości” i „wielkim patriotą”.

 

PiS chce, aby dymisja szefa KNF zakończyła sprawę?

Na razie „bohaterowie” tego dramatu idą w zaparte. Dopóki PiS ma władzę, istnieje niebezpieczeństwo, że na tym się skończy. Przecież prokuratura niczego nie wyjaśni.

 

A komisja śledcza nie powstanie. Nikt rządzących do niczego nie zmusi.

Teraz nie, ale wygląda na to, że sytuacja jest rozwojowa. Wiele osób sugeruje, że to nie koniec taśm… Poza tym przypomnę, że zaraz po wybuchu afery panGrzegorz Kowalczyk, który miał być prawnikiem-słupem w banku pana Leszka Czarneckiego, przekonywał, że w ogóle nie wie, o co chodzi. Później wymsknęło mu się, że szef KNF załatwiał mu pracę 3 razy. Rozumiem, że Plus Bank, gdzie został jednak przyjęty, to jeden raz, rada nadzorcza GPW drugi, a gdzie w takim razie jest trzeci… Myślę, że jeszcze nie wiemy wszystkiego.

 

Co dalej z szefem NBP?

„Kuluary pisowskie” już jakiś czas temu mówiły, że poda się do dymisji z przyczyn zdrowotnych. Ale Adam Glapiński informuje, że bardzo dobrze się czuje i nie zamierza rezygnować z pracy. Wykonuje za to jakieś dziwne ruchy.
Gdy oczywiście w nocy zbiera się Komitet Stabilności Finansowej, to prezes NBP wychodzi do mediów, aby poinformować, że właśnie trwa posiedzenie. Czy to miało uspokoić nastroje? Chyba nikt rozsądny tak tego nie odebrał.

 

Nie wierzy pan w zapewnienia, że system bankowy jest stabilny?

Wierzę, że jest stabilny, ale nie przez słowa minister finansów czy prezesa NBP, tylko przez zmiany, które uratowały system bankowy w 2008 roku. Chodziło o podniesienie kwoty gwarantowanej depozytu przez BFG do wartości 100 tys. euro. To był jeden z elementów pakietu ratunkowego.

 

Myśli pan, że ludzie rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi? Afera KNF będzie miała taką siłę rażenia jak afera Rywina?

Wydaje mi się, że większość ludzi do tej pory nie wie, o co chodziło w aferze Rywina.
Wiele osób zapewne pamięta słynne „lub czasopisma”, ale czy wie dokładnie, co się za tym kryło? W tym przypadku sytuacja też nie jest łatwa. Ale kiedy dochodzimy do tak oczywistych rzeczy, jak plan doprowadzenia do upadku banku, a później przejęcia go przez kogoś za złotówkę, to jest prosty obrazek.

 

PiS poniesie jakąkolwiek polityczną odpowiedzialność?

Parta rządząca przez 3 lata była teflonowa. Ludzie przez ten czas powtarzali, że „przez ostatnich 8 lat…”, a PiS przekrzykiwał wszystkich. Ale teraz okropieństwa, które rządzący robią od początku kadencji, zaczęły trafiać do realnego, codziennego życia Polaków i myślę, że wielu otwierają się oczy. Coś zaczyna się zmieniać i widać to chociażby po wyniku wyborów samorządowych.

Oczekiwana zmiana miejsc

Osoby i firmy planujące przeniesienie się z Polski do innego kraju, powinny decydować się jak najszybciej, bo w już w przyszłym roku może je to drogo kosztować.

 

Coraz bardziej realny kształt, przybiera przygotowywany przez Ministerstwo Finansów, nowy podatek, tzw. „podatek od wyjścia” (ang. exit tax.).
Ministerstwo Finansów zapowiada, iż nowe przepisy wejdą w życie z dniem 1 stycznia 2019 r. Nowy podatek to implementacja na nasz grunt przepisów unijnych. Warto więc, zanim zostanie przyjęta polska ustawa o podatku od wyjścia, zorientować się, jak tę kwestię reguluje prawo Unii Europejskiej.

 

Pożegnanie będzie kosztowne

Obowiązek wprowadzenia do krajowego porządku prawnego przepisów wprowadzających „podatek od wyjścia” nakłada dyrektywa Rady UE nr 2016/1164 z dnia 12 lipca 2016 r. ustanawiająca przepisy mające na celu przeciwdziałanie praktykom unikania opodatkowania.
Zgodnie z art. 11 ust. 5 dyrektywy państwa członkowskie powinny przyjąć i opublikować regulacje dotyczące podatku od wyjścia do dnia 31 grudnia 2019 r. Przepisy te powinny wejść w życie od 1 stycznia 2020 r.
Mamy więc jeszcze trochę czasu. Nie można jednak wykluczyć, iż polski ustawodawca będzie dążył do przyspieszenia wdrożenia – i przepisy te faktycznie wejdą w życie z początkiem 2019 r.
Wprowadzenie podatku od wyjścia ma na celu zapewnienie państwom członkowskim prawa do opodatkowania zysków kapitałowych w przypadku przeniesienia przez podatnika aktywów lub swojej siedziby poza jurysdykcję podatkową danego państwa.
Przyjmuje się tu swoistą fikcję, iż dochodzi do zbycia składników majątku przez podatnika – i w związku z tym powstaje obowiązek zapłaty podatku w kraju opuszczanym.
Tę dyrektywę stosuje się do wszystkich, którzy podlegają opodatkowaniu podatkiem od osób prawnych (czyli do przedsiębiorstw), także i do tych, którzy dla celów podatkowych są rezydentami w państwie trzecim.

 

Wszyscy muszą płacić

Ciekawe, że z art. 1 dyrektywy nie wynika, by miała ona zastosowanie do osób fizycznych. Jest jednak niemal pewne, że chcąc ratować trzeszczący budżet, polski ustawodawca spróbuje rozszerzyć stosowanie „podatku od wyjścia” również na osoby fizyczne.
Ministerstwo Finansów wskazało już bowiem, iż projektowane przepisy muszą objąć swym zakresem podatników podatku dochodowego od osób prawnych (CIT) – tym niemniej, jak stwierdza resort „ dyrektywa ta nie stanowi przeszkody do ukształtowania zakresu omawianej instytucji w sposób szerszy”.
Tak więc, ministerstwo planuje objęcie tym podatkiem osób fizycznych, w przypadku zmiany miejsca ich zamieszkania.
Jeszcze nie wiadomo dokładnie, jakie składniki majątku osób fizycznych zostaną objęte nowym podatkiem. Na razie mówi się o posiadanych przez nie udziałach lub akcji spółek. Oczywiście ten podatek będzie obejmować tylko tych płatników podatku dochodowego, którzy zdecydują się przenieść za granicę.

 

Przyjmiemy, że jesteście bogaci

Dyrektywa unijna wskazuje, że obowiązek zapłaty podatku od wyjścia będzie dotyczył podatników, którzy przeniosą aktywa, działalność gospodarczą lub siedzibę podatkową do państwa trzeciego. W dyrektywie wielkość podatku została określona jako cena rynkowa przenoszonych aktywów w momencie ich przeniesienia, pomniejszona o ich wartość dla celów podatkowych.
Dziś trudno powiedzieć jaką stawkę podatku od wyjścia zaproponuje ostatecznie ministerstwo, jednakże z praktyki unijnej wynika, iż stawka podatku od wyjścia przeważnie odpowiada podatkowi z tytułu zysków ze zbycia składników majątku.
Ministerstwo Finansów sugeruje, iż w przypadku osób fizycznych przewiduje wprowadzenie wysokiego progu kwotowego dla wartości aktywów objętych podatkiem. Na razie jednak nie precyzuje o jaką kwotę chodzi.
Może więc być to zarówno kilkadziesiąt tysięcy złotych jak i kilkaset tysięcy.

 

Uciec przed naszym państwem

Pojawiają się obawy, że planowane regulacje mogą w znacznym stopniu ograniczyć jedno z fundamentalnych praw człowieka wynikających z przepisów prawa międzynarodowego, jakim jest prawo do opuszczenia jakiegokolwiek kraju (w tym własnego).
Zwiększenie obciążeń ekonomicznych związanych z koniecznością zapłaty podatku od wyjścia w wyniku ewentualnej przeprowadzki za granicę, godzić może również w zasadę swobodnego przepływ osób zagwarantowaną w Traktacie o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej z 26 października 2012 r.
Dla wielu osób konieczność zapłaty dodatkowego podatku stanowić może barierę nie do przejścia i być główną przyczyną rezygnacji z planów emigracyjnych. Być może więc w ten sposób polskie władze chcą zatrzymać falę wyjazdów zarobkowych z naszego kraju.
Dlatego warto przypomnieć, że ludzie i ich rodziny mają przecież święte prawo wybrać inny kraj jako miejsce swojej rzeczywistej siedziby podatkowej. Pieniądze nie muszą być jedyną przyczyną takich zmian.
Wpływ na podjęcie decyzji o wyjeździe mogą mieć mniejsza niż w Polsce opresyjność innego państwa, przyjemniejszy klimat (np. czystsze powietrze), lepsza ochrona majątku przed nieuzasadnionym zajęciem przez służby rządowe, czy też większe poczucie bezpieczeństwa osobistego.
We wszystkich tych aspektach nasz kraj ustępuje rozwiniętym państwom Europy Zachodniej.
Przykładowo, w Szwajcarii decyduje się osiąść wielu bogatych właścicieli aby zginąć w tłumie majętnych mieszkańców, a przez to nie zwracać na siebie uwagi. Kwestie podatkowe nie muszą być tutaj decydujące. Bezpieczeństwo i poziom życia są równie ważne, a coraz częściej nawet stają się priorytetem w wyborze miejsca zamieszkania.

 

Pora na podjęcie decyzji

Nie można zatem pozbawić ludzi prawa do zmiany miejsca zamieszkania – także i wtedy gdy jedną z przyczyn są kwestie podatkowe. Jednak podatek od wyjścia, który w tak szerokich granicach chce wprowadzić obecna polska władza, utrudnia takie zmiany. Oznacza on powstanie zobowiązania podatkowego od hipotetycznych zysków, czyli wartości aktywów, które osoba zmieniająca siedzibę posiadała na dzień tej zmiany.
Zmiana siedziby i wyniesienie się do innego państwa jest zatem łatwiejsza wtedy gdy ten podatek jeszcze nie obowiązuje. W Polsce ten czas powoli dobiega końca, albowiem jak już wspomniano, exit tax ma zostać wprowadzony w 2019 r. W takiej sytuacji zmiana siedziby może być bardzo kosztowna.
Wszyscy ci, którzy rozważają przeniesienie się z Polski, powinni więc podejmować decyzję jak najszybciej. Tu jest kwestia zero jedynkowa: osoba zamożna ma tylko dwa wyjścia: akceptuje regulacje podatkowe swojego kraju – albo zmienia siedzibę.

 

 

Nie tylko Szydło pokazała pazurki

Zachęceni inicjatywą Krzysztofa Brejzy, kolejni posłowie piszą interpelacje i uzyskują informacje o kolejnych nagrodach. Nie tylko Beata Szydło się ceniła.

 

Bo okazuje się, że 2 miliony przeznaczono w 2017 roku na nagrody w Kancelarii Prezydenta. Ale co ciekawe, ani grosza nie zobaczył z tego Andrzej Duda. Za to szefostwo jego biura – a i owszem.
270 tysięcy – tyle dostała wierchuszka. Praktycznie wszyscy dostali nagrody wyższe niż w 2016 (poza Maciejem Łopińskim i Małgorzatą Sadurską, który już w Kancelarii nie pracują). Cała reszta rozeszła się po urzędniczej drobnicy. Rekordzistą okazał się Krzysztof Szczerski – otrzymał w ubiegłym roku 41407,75 zł. 38 tys. zgarnął minister Paweł Mucha – prawa ręka Dudy jeśli chodzi o referendum konstytucyjne.
Halina Szymańska, Adam Kwiatkowski, Andrzej Dera i Wojciech Kolarski – to ta część szefostwa, której dostało się po 30 tys. Nawet Krzysztof Łapiński, który sekretarzem stanu został w 2017 roku, załapał się na 23 tysiące.
Kancelaria stanowczo podkreśliła, że nagrody od Szydło mogły być bulwersujące, ale nagrody od Dudy bynajmniej nie są.
„Nagrody nie były stałym dodatkiem do pensji, jak miało to miejsce w rządzie Beaty Szydło, tylko przyznano jest uznaniowo za wyniki w pracy”. Jakie to były wyniki, opinia publiczna się nie dowie. Dowiedziała się za to, że w żadnym wypadku ministrowie prezydenccy nie muszą nic oddawać na Caritas.
Tymczasem w Ministerstwie Finansów, kierowanym przez Mateusza Morawieckiego, też żyło się całkiem tłuściutko. Sam szef resortu zanim poszedł w premiery, zgarnął 75 tys. za 2017 rok. W sumie do listopada 2015 do kwietnia 2018 nagrodami „zmotywowano do lepszej pracy” ponad 3 tysiące urzędników wyższego i niższego szczebla. Przeznaczono na to 80 milionów przez 3 lata. Z tym, że oczywiście – te nagrody również były ok, nie to co złe pazurki Szydłowej.
„Nagrody pochodzą z utworzonego, w ramach środków na wynagrodzenia funduszu nagród. Nie stanowią zatem dodatkowego obciążenia dla budżetu państwa” – podało Ministerstwo, któremu najwyraźniej fundusz ten wyrósł na drzewku pod oknem.
To jeszcze tak dla formalności. W resorcie kierowanym obecnie przez Teresę Czerwińską nagrody otrzymali za ubiegły rok również: Marian Banaś (67,4 tys. zł), Piotr Nowak (66,4 tys. zł), Leszek Skiba (66,4 tys. zł), Wiesław Janczyk (62,4 tys. zł).
Marszałek Karczewski właśnie złożył u prezydenta prośbę o przyklepanie obniżek wynagrodzenia prezydium Sejmu. Ponoć na głosowaniu sejmowym dotyczącym obniżki uposażeń dyscypliny partyjnej nie było…