Martwa czuję się świetnie

Głos członkini Razem.

O Partii Razem zrobiło się ostatnio głośniej niż zwykle. To znamienne – zwłaszcza, że dzieje się to w momencie, kiedy ogłasza się jej zgon.
Każdy ma teraz coś do powiedzenia. Mówią więc osoby, które były we władzach, ale już nie są – i teraz wiedzą lepiej. Mówią osoby, które były członkami i członkiniami, ale już nie są – i teraz tłumaczą sobie dlaczego. Mówią lewicowi publicyści, którzy na Razem głosowali a już nie zagłosują – i teraz ciężko im, Boże. Publicystki, które popierały a już nie popierają – i teraz mają okazję uzewnętrznić swoje Schadenfreunde. I w końcu ci, którzy niby Razem lubili, a już nie lubią – i teraz mogą przestać się z tym kryć – oni też mówią.
Chciałoby się powiedzieć, że zleciały się do padliny rozmaite sępy i chcą wydrzeć swój kęs, ale nie można. Bo wbrew nawoływaniom do samorozwiązania, Partia Razem jeszcze nie umarła. I ten cykl tekstów – na Krytyce Politycznej opatrzony ironicznym hasztagiem #CodziennieJedenTekstOPartiiRazem – bardziej niż sekcję zwłok przypomina wiwisekcję na pacjencie, któremu podano dużą dawkę Pavulonu. To, że Razem przechodzi ogromny egzystencjalny kryzys, nie podlega żadnej wątpliwości. Ale to, że bronić nie bardzo ma się jak – też.
A jednak się broni. Do lokalnych struktur wciąż napływają zgłoszenia.
W mediach, nie tylko lewicowych, Partii Razem – i o Partii Razem – jakby nieco więcej niż zwykle. I sondażowe słupki – o dziwo! – wzrosły: z 0,7 proc. do 1,7 proc. To nadal, rzecz jasna, wartość zdecydowanie zbyt niska, by móc się upajać sukcesem, ale przecież to skok o ponad 100 proc.
Ja członkinią Razem nadal jestem i na razie nigdzie się nie wybieram. Również dlatego, że w mojej ocenie zarówno wewnętrzne analizy sytuacji i jej przyczyn, jak i publicystyczne diagnozy – co dziwniejsze, również ta sformułowana przez Samolińską i Trzeciaka – niewłaściwie definiują oś sporu, do którego wewnątrz partii doszło.
Drażni mnie ustawienie tego sporu jako konfliktu między „radykałami” a „prawym skrzydłem partii”, bo jest to jego niesamowite spłaszczenie i osobiście nigdy go tak nie postrzegałam – pewnie również dlatego, że nie tacy radykalni ci razemowi radykałowie i nie tak znów bardzo prawicowe to prawe, fioletowe skrzydło. Ten spór zawsze zdawał mi się przebiegać wokół tego, jak różne grupy w Razem rozumieją swoje zaangażowanie; wokół tego, jak postrzegają rolę i funkcję organizacji, którą jest partia polityczna. I był to „grzech pierworodny”, którym obarczyły Razem zarówno moment jej powstania, doświadczenia – i ich brak – założycieli i rosnącej, członkowskiej bazy, okoliczności społeczne oraz – to chyba przede wszystkim – postawione przed Razem oczekiwania. Tymczasem spór o istotę działania partii politycznej nie musiał, a nawet nie powinien był w niej zaistnieć.
Partii politycznych jest w Polsce 86. O ilu z nich regularnie słyszymy? O pięciu? O sześciu? A ostatnio – o dwóch? No dobra, wraz z pojawieniem się Wiosny – trzech?
Wejście Razem
na polityczną scenę w 2015 roku było spektakularnym sukcesem. Grupa ludzi, która niesamowitym wysiłkiem, bez finansowego i organizacyjnego wsparcia rejestruje w całym kraju własne listy. Zandberg, który wchodzi do studia TVP cały na biało. Alizarynowy sztandar co prawda nie przekracza progu wyborczego, ale zdobywa subwencję i rozpoznawalność, o której 80 pozostałych partii w tym kraju może jedynie pomarzyć. Toż to niesłychane!
W ten sposób grupa świeżych, politycznych twarzy zdobywa w 2015 głos i możliwość dalszego działania. Zdobywa bazę członkowską, która się rozrasta i rekrutuje z osób, które najczęściej z polityką do tej pory nie miały nic wspólnego – nawet jeśli działały politycznie w ruchach miejskich, czy organizacjach pozarządowych (jak ja), to ich aktywizm pozostawał absolutnie bezpartyjny.
I tak oto Razem bierze na siebie ciężar oczekiwań: własnych, bo uwierzyło, że może, że powinno, że teraz właśnie nadszedł jego czas. Cudzych też: tych, które wyraża baza członkowska i tych, które wyrażają media, niebezpodstawnie postrzegane przez partię, w czasach postpolityki, jako swoje być albo nie być. Oczekiwania są nie tylko wysokie – są często sprzeczne. Reaguj na bieżąco, ale jednocześnie prowadź swoją politykę, ciągnij swoją opowieść tworząc stanowiska i programy. Buduj demokratycznie zarządzane struktury, ale nie trać na czasie przy podejmowaniu decyzji, bo sytuacja ciągłego podgryzania systemu na szczeblu krajowym wymaga szybkości reakcji. Pozostań wierny sobie, bądź tą trzecią drogą, nie ubrudź się, nie miziaj z liberałami i jednostkami skompromitowanymi (choć w obecnej rzeczywistości są oni absolutnie wszędzie) a jednocześnie zdobądź mandaty, w końcu po to jesteśmy tu wszyscy, by zdobyć wpływ na rzeczywistość, by zdobyć władzę.
Tak oto ta grupa postanowiła spróbować sprostać temu zadaniu i grać w politykę – jak równy z równym – z organizacjami nie tylko o nieporównywalnie większych zasobach i większym zapleczu.
Z organizacjami, które od trzydziestu lat, konsekwentnie, wychowują sobie kolejne pokolenia wyborców. I robią to bez pardonu: w kościołach, w szkołach, w tylko teoretycznie niezależnych mediach, w internecie i na ulicy. Z organizacjami, które tym wyborcom mają co dać: na przykład te 46 ton żywności, które ostatnio ukradli, jak twierdzi prokuratura, z PCK i rozdali potrzebującym, choć właśnie tam miały trafić i bez dokonanego przez nich czynu; na przykład poczucie wspólnoty, niechby i złudnej, oferowanej przez wspólne pielgrzymki, dożynki i koncerty z udziałem gwiazd śpiewających „Mury” Jacka Kaczmarskiego w zupełnie nieprzystającym do ich przesłania kontekście. I wreszcie z organizacjami, jak medialne imperium Tadeusza Rydzyka, czyli Rodzina Radia Maryja, która redemptoryście z Torunia przyniosła monopol na dostęp do dwóch milionów wyborców i rząd ich dusz – i to pomimo tego, że radio jako medium było technologicznym przeżytkiem już w momencie powstania jego niesławnej rozgłośni.
Można się oczywiście spierać,
czy Razem właściwie określiło swoją grupę docelowych wyborców, czy jest autentyczne w swoim przekazie, które ktoś złośliwy porównał kiedyś do szalejącej wśród elit początku XX wieku chłopomanii. Można. Ale po co, skoro sprawa jest tak naprawdę prosta: Razem nie znalazło środków, w tym przede wszystkim języka, z którym i do swojej lewicowej bańki, i do swojego wyimaginowanego elektoratu mogłoby trafić. Nie znaleźli go również Samolińska i Trzeciak. To, że wiedzą, jak czegoś nie robić nie przybliżyło ich do rozwiązania zagadki, jak coś zrobić należy. Zwłaszcza, że potencjał, nazwijmy go, rewolucyjny, pokłady społecznego gniewu i frustracji nie tkwią dziś przecież tylko i wyłącznie wśród pracowników Amazona, czy traktowanych jak popychadła pielęgniarek i listonoszy. One tkwią też – a może przede wszystkim – wśród wykształconego wielkomiejskiego prekariatu i często również wśród pracowników korporacji. Ich też frustruje bezosobowa orka wśród tabelek w Excelu. Coraz częściej szukają od niej wytchnienia i ucieczki w czymś większym od siebie. To nie w tradycyjnie rozumianych klasach społecznych tkwi więc klucz.
Klucz tkwi w stworzeniu nie tyle struktur, co kanałów komunikacji społecznej; na wypracowaniu sobie elektoratu, który jeszcze nie wie, że nim jest.
I być może w tym celu należy nauczyć się mówić różnymi językami; dać przyzwolenie na istnienie więcej niż jednej opowieści o świecie, nawet jeśli ostatecznie wszystkie one doprowadzą do jednakowych wniosków.
Przychodząc do Razem,
większość z nas – osób z pokoleń poniżej 40 czterdziestki – nie miało doświadczenia w funkcjonowaniu nie tylko w polityce, ale w ogóle w większej grupie i wspólnocie. Dorastaliśmy w czasach, kiedy domy kultury likwidowano; kluby sportowe traciły finansowanie; harcerstwo rozdzieliło się na organizację otwarcie religijną i taką, która tylko udaje, że religijna nie jest. Lata, kiedy żeśmy się kształtowali przypadły na czas, kiedy jedynym, powszechnie dostępnym, doświadczeniem wspólnotowym pozostawał katolicki kościół. Poza grupą najbardziej doświadczonych działaczy, tych, co przyszli z Młodych Socjalistów, czy z Zielonych, w Razem niejednokrotnie zdobywaliśmy nie tylko pierwsze doświadczenia polityczne, ale przede wszystkim – pierwsze szlify jako członkinie i członkowie większej grupy o dość spójnej, ale przecież nie jednakowej tożsamości. I pozostaliśmy często dziećmi swoich czasów – zwłaszcza, że przecież „wychowanie” nas na część czegoś większego od nas samych absolutnie nie jest zadaniem partii politycznej!
Czy subwencja, jaką w 2015 roku otrzymało Razem byłaby lepiej spożytkowana, gdyby posłużyła do założenia internetowej rozgłośni radiowej lub kanałów na YT? Do wydawania gazetek? Publikacji broszur sprzedawanych, czy rozdawanych przy kasach w Biedronce? Nie wiem. Czy nie lepiej byłoby ją wykorzystać do finansowania fundacji, która organizowałaby w szkolnych i gminnych bibliotekach darmowe warsztaty na istotny – doraźnie lub ogólnie – społeczny temat? Zajęcia z informatyki dla seniorów? Półkolonie dla dzieci? Nie wiem. Być może.
Wiem za to, że jeśli nie chce się robić postpolityki śladem Roberta Biedronia, to bez tego, o czym pisał Paweł Jaworski, się nie obejdzie: nie obejdzie się bez stworzenia ruchu społecznego, który posłuży do edukacji zarówno przyszłych członkiń i członków partii, jak i stworzenia dla niej silnej bazy społecznej. Bo partia jest emanacją interesów tej bazy i jako taka ma praktyczny i pragmatyczny cel: iść po władzę. Im szybciej, tym lepiej.
Zwłaszcza, że w przypadku partii lewicowej „iść po władzę” oznacza iść po sprawiedliwość społeczną, po wyższe podatki dla najlepiej zarabiających, po wyższe pensje dla nauczycielek i pielęgniarek, po równe prawa, dostęp do dobrej edukacji i opieki medycznej.
Po transport publiczny i przyjazne państwo służące interesom milionów obywateli, a nie kilku milionerom.
Żeby nie było: propozycję Biedronia dla Razem uważam za absolutnie haniebną. Jeśli jednak wziąć pod uwagę ryzyko utraty przez Razem subwencji, to czy nie warto było odbyć spokojną, szeroką dyskusję o tym wariancie, zamiast ubierać go w osobowy spór, konflikt wizji co do przyszłości partii i interesów? Czy nie warto było porozmawiać o tym, jak zabezpieczyć sobie skromne zasoby – niechby i przytulone do biura jednego europosła – których rękami byłoby można wykonać choć część tej ogromnej, oddolnej pracy, jaka jest do zrobienia? Pewnie było można, ale tak się nie stało. Trudno.
Jest jednak w interesie nas wszystkich, aby lewica w Polsce wyszła z zapaści i zaczęła działać jak najszybciej i jak najszerzej. Za co, skoro nie sfinansuje nas ani Watykan, ani Kreml, a internetowa zrzutka na druk wlepek o bohaterach lewicy udała się ostatnim rzutem na taśmę, tylko dzięki interwencji internetowego celebryty? Nie wiem. Wiem jednak, że jak to mawiają: najlepszy czas, aby posadzić drzewo był dwadzieścia lat temu. Drugi najlepszy moment to dziś. A ja nie widzę żadnej organizacji – żadnej poza Razem – która mógłby takie drzewo zasadzić i podlewać. Dlatego – pomóżcie, zamiast kontynuować wiwisekcję tego nieszczęsnego, wcale nie tak martwego pacjenta.

Zgubiona klasowość

Osierocona lewica albo rzuca się w objęcia liberałów, albo chce leczyć kompleksy własną wersją populizmu, nadal zadręczając się mrzonkami o wyborach. Tymczasem konsekwentna polityka klasowa oznacza jeszcze coś innego.

Gdy Wiosna Roberta Biedronia szturmem bierze sondaże przedwyborcze, sytuacja partii Razem, nigdy niespecjalnie dobra, stała się fatalna jak nigdy wcześniej. Jesienią 2018 r. kompletna klęska w wyborach samorządowych, w lutym 2019 r. konflikt wewnętrzny w partii na tle stosunku do ordynarnego zagrania Wiosny z „milionem za jedynkę”, odejście niedoszłej „jedynki” i tych członków rady krajowej, których utożsamiano raczej z prawym skrzydłem partii. Poparcie, rzecz jasna, w granicach błędu statystycznego. I chociaż ci, którzy zostali, deklarują gotowość mocnego zwrotu w lewo i podejmowane są starania o porozumienie z innymi siłami lewicy społecznej, to położenie karminowej lewicy pozostaje skrajnie trudne, bo rozpoznawalność i poparcie dla potencjalnych sojuszników kształtuje się w podobnych granicach.
Zastanawia furia, z jaką na podupadłe Razem rzucili się lewicujący publicyści. Jak gdyby chcieli chcieli wziąć okrutny odwet na ugrupowaniu, które ostatecznie ich zawiodło i zdradziło, trwoniąc kredyt zaufania, jakim obdarzyli je w chwili narodzin. To dość niesprawiedliwe, do Razem postanowiło być po prostu wierne sobie. Symptomatyczne też, że bodźcem do „dorzynania watahy” okazał się tutaj fakt powstania Wiosny jako kolejnej „fajnej partii” – by posłużyć się przygnębiająco postpolityczną frazeologią Krzysztofa Pacewicza z GW. Ów radzi Partii Razem dokonać samorozwiązania, żeby „nie przeszkadzała” fajnej formacji. Imponujący wynik sondażowy, z którym Wiosna wchodzi do „wielkiej polityki” wydaje się doskonale świadczyć o tym, na co tak naprawdę przez cały czas liczyli lewicujący krytycy Razem. Powaleni 16-procentowym słupkiem, oddali hołd nowemu hegemonowi, przyznając rację własnej intuicji, która zapewne od dawna w nich kiełkowała: że ugrupowanie Zandberga skończyło marnie, bo nie było dość zdecydowane w budowaniu lewicy metodą ciągłego przesuwania jej do centrum.

Lemingi lewicowości

Kiedy nieprawicowy mainstream – sam oczywiście reprezentujący klasę średnią – nieustannie pouczał karminowych, że są za mało „średnioklasowi”, mimo że przekaz razemitów był zdecydowanie przeestetyzowany, w rzeczywistości nie mógł się najwidoczniej doczekać powstania siły politycznej, która eksplodowała tandetnym show podczas konwencji na Torwarze. Nie bez powodu politolog Rafał Chwedoruk porównał ją do kampanii reklamowej kredytów hipotecznych. Nie oszukujmy się: jedynym, co odróżnia Roberta Biedronia od jego konkurencji, są walory estetyczne. To polityk, który marketing wizerunkowy ma w małym palcu i odrobił tę lekcję zdecydowanie lepiej niż Razem – stąd też jego „fajność”. Pod tym kątem jest też skrojony „program” Wiosny. Intelektualiści kibicujący nowej partii zajmują się z kolei translacją tego eklektycznego koncertu życzeń na język ideologii, by oblec średnioklasową „fajność” partii w pozór teorii. Stąd Adam Leszczyński w swym niesławnym tekście, instrumentalizującym myśl Marksa w sposób bez mała stalinowski, agituje za zamykaniem kopalń, posługując się przy tym nie tylko mitologią zielonego kapitalizmu i parodią materializmu historycznego, lecz – a jakże! – figurą „umorusanego węglem górnika”.
Uwiąd Razem i rozkwit Wiosny, która już w ogóle nawet nie próbuje określać się mianem lewicy, znamionuje więc jednocześnie dalszy etap zanikania lewicowej części inteligencji. Zachowa ona prawdopodobnie odrębność publicystyczną, będzie dalej odwoływać się do postmarksistowskich teorii społecznych i postkeynesowskich tradycji ekonomicznych, a jednocześnie coraz bardziej będzie skłonna akceptować wyłącznie projekty polityczne mieszczące się na obrzeżach polskiego liberalizmu – „bo konstytucja”. Kierunek ten został obrany właśnie na skutek rozczarowania narastającą bezradnością Razem w obliczu silnej polaryzacji polskiej sceny politycznej z „obroną demokracji” w tle, a na łamach KP wyznaczył go Michał Sutowski w 2017 r. Nieumiejętność odnalezienia się karminowej partii między młotem a kowadłem, przekonała ostatecznie lewicujących teoretyków o konieczności postawienia na kolejnego konia – jeszcze „fajniejszego”. Znaleźli go: konfetti wypełniło halę Torwaru, padły hasła równości małżeńskiej, podwyżki płacy minimalnej, emerytury obywatelskiej i zamknięcia kopalń – nie pało wstydliwe słowo lewica. Dziwić się nie można, bo to postulaty w pełni mieszczące się ofercie dzisiejszego liberalizmu. Maciej Gdula dołączył do zespołu doradców Biedronia, więc pakt najwyraźniej przypieczętowano. Proces samolikwidacji polskiej lewicowej inteligencji zdaje się potwierdzać fakt, na który zwrócił uwagę Rafał Woś: Gdula przyznaje, że jego nowy projekt polityczny ma „wiele pól wspólnych” z Platformą Obywatelską. Woś pisze o nieusuwalnej „pępowinie” łączącej nową nie-lewicę z liberałami.
Razem zostało więc kompletnie osamotnione i zbiera nieopisane cięgi od tych, którzy jeszcze niedawno pokładali w nich nadzieję, za to że, rzekomo zdradziło ich swoim „radykalizmem”. Jaki to może być „radykalizm”? Nie chodzi przecież o diagnozę Janusza Majcherka czy Wojciecha Maziarskiego, lecz o publicystów, którzy nie wydają się uważać, że biedni zasługują na wszystko co najgorsze. Wyjaśnienia udzielił Adam Leszczyński w kolejnym artykule: radykałowie to ci członkowie, którym nie podobał się pomysł kupienia od Biedronia „jedynki” na liście za milion złotych. Radykałowie, co ci, którzy łudzili się, że dotrą w końcu ze swoim przekazem do ludu. Radykalizm to propozycja zaostrzenia progresji podatkowej.
Wszystko to w krytycznym odniesieniu do tekstu Justyny Samolińskiej i Mateusza Trzeciaka, opublikowanego przez Portal Strajk (ukazał się również na łamach „DT” pod tytułem „Spowiedź fioletowych”). Ich głos, który był w istocie bolesną samokrytyką partii Razem i został ciepło przyjęty przez część jej członków, dał jednoznacznie do zrozumienia, że razemici zgrzeszyli przesadnym ugrzecznieniem i niezdolnością do postępowego populizmu, niemocą dotarcia do biednych i wykluczonych. Stanowisko to – częściowo słuszne – zostało oczywiście wyśmiane przez Leszczyńskiego, bo to antypody Biedronia. Patrząc na porażkę Razem bez wątpienia jednak trzeba mówić o czymś więcej, niż tylko o źle dobranym stylu, z którego „spowiadają się” Samolińska i Trzeciak.

Tylko z ludem

Ich diagnozę można podsumować tak: w Polsce postkomunistycznej, gdzie ideologicznie lewica jest zablokowana ze względu na absolutną hegemonię prawicy, oparcie „innej polityki” na lewicowej tożsamości to niewypał. Krytykowana przez nich taktyka bazuje „na założeniu, że polityka nie powinna być wyrażeniem interesów zbiorowych, wspólnotowych (a te, z założenia, są przeciwstawne innym interesom – biedni mają odwrotne interesy niż bogaci, pracownicy odwrotne niż pracodawcy, obywatele i obywatelki inne niż klasa rządząca), a płaszczyzną realizacji swojej tożsamości i wynikających z niej pragnień, a także reprezentacja danej tożsamości w sferze publicznej” – piszą, odważnie akcentując klasowy punkt widzenia.
Lepiej więc iść w socjalny populizm, stawiać na prosty język, nieobciążony skojarzeniami, przez które w myśl standardów określonych przez antykomunistyczną i narodowo-katolicką prawicę od razu czeka ich dyskwalifikacja. Zrezygnować z dyskursu „eksperckiego”, który ludziom kojarzy się ze skompromitowanymi liberałami, chcącymi zlikwidować 500+. To nawet nienajgorszy pomysł, choćby z tego względu, że jeszcze nikt na polskiej lewicy na poważnie go nie realizował. I dobry pomimo tego, że pozornie nieodległy od obecnego stanowiska KP – oni też chcą projektu bez etykietki „lewica”. Tyle, że w przypadku KP oznacza to dołączenie do liberałów, a Samolińska i Trzeciak proponują kierunek diametralnie odmienny. Faktycznie jest to niezrealizowany projekt dużej części razemitów, który nigdy nie doszedł do głosu w sytuacji, gdy główna linia partii była ciągle nastawiona na poszukiwanie akceptacji u mainstreamowych mediów.
Nic dziwnego, że teraz sentymenty populistyczne w Razem odżywają. Publicysta Krytyki oczywiście chłodno gasi zapał karminowego lewego skrzydła: „Razem bardzo chciało być partią ludową – taką, na którą głosują prekariusze, bezrobotni, pracujący biedni czy robotnicy. Sęk w tym, że ten elektorat albo nie głosuje wcale, albo głosuje na nacjonalistyczną prawicę – prosocjalną i obyczajowo konserwatywną. Zapotrzebowanie ludu na partię radykalną socjalnie (jak na polskie warunki) i liberalną obyczajowo było bliskie zera. Zamiast wyciągnąć wnioski z tego faktu, partia postanowiła z impetem i rytmicznie uderzać głową w ścianę”.
Żeby było jasne: Leszczyński radzi w ogóle zaprzestać szukania poparcia wśród biednych, u ofiar wyzysku i niesprawiedliwości kapitalistycznych stosunków produkcji – dokładnie tak, jak SLD w latach 90. („Biedni nie głosują”). To już zaś nie jest kwestia tożsamości, a określania bazy społecznej dla podstawowych celów politycznych. Pisze to nawet dziwnie nieświadomy faktu, że siły polityczne, które zawładnęły polską sceną polityczną po 1989 r. nie dostosowywały przekazu do oczekiwań wyborców, tylko te oczekiwania sami przez lata kształtowali. Jak tego dokonać – to osobna sprawa. Rzecz w tym, że lewicujący autorzy przestali już w ogóle dostrzegać jakąkolwiek poważną rolę dla siebie w przestrzeni publicznej. Tyle zostało z gadania o hegemonii.
Kiedyś na łamach KP Agata Szczęśniak też proponowała, by odejść od forsowania na siłę lewicowej tożsamości, jednak w innym celu: „Ludzie nie czekają na lewicę. Ludzie nie potrzebują lewicy. (…) Ludzie czekają na mieszkania. Na wypłatę w terminie. Na to, żeby ich dzieci żyły z mniejszym wysiłkiem niż oni. Na to, żeby móc decydować o tym, jak będzie wyglądała ich rodzina”. Teraz Leszczyński musiałby to uznać za populizm, radykalizm i inne zagrożenia dla „obozu postępu”. Można chyba uznać, że KP zwija swój projekt rozpoczęty w 2002 r. Nie wiadomo już, jakiej lewicy chcą, skoro deklaratywnie rezygnują z resztek lewicowości. Marzy im się lewicowa partyzantka na zapleczu liberałów, podczas gdy nigdy nawet nie wyjaśnili, jakim cudem byłaby ona możliwa. Zwłaszcza w sytuacji, jeżeli po odsunięciu – jakimś cudem! – PiSu od władzy Biedroń i tak będzie musiał pokornie układać się z Koalicją Obywatelską… Zresztą nie wiadomo, na czym po eksmisji biednych ze swojej bazy społecznej lewicy miałby polegać projekt lewicowy i kto by za nim stał. Na nowo określi więc go pewnie Grzegorz Schetyna.

Populizm ściętej głowy

Mimo, że Samolińska i Trzeciak zasadniczo mają rację, jest jednak istotny problem z realizacją ich postępowo-populistycznej wizji. Cały czas towarzyszy im podejście czysto elektoralne, skupienie się na kampanii w nadchodzących wyborach, a między kampaniami – na dalszym bieganiu pomiędzy studiami telewizyjnymi. Jest to absolutna alfa i omega polskiej „ideowej lewicy” – z kim, gdzie i jak do wyborów. Kończy się zawsze przewidywalnie. Razem myślało, że zrobią to samo, tylko lepiej i rezultat będzie lepszy. Nie będzie. Bo faktycznie jest tak, jak pisze Leszczyński: biedni nie głosują, a jak już głosują, to na PiS – bo wspólnota narodowo-katolicka wydaje im się jedynym pocieszeniem w ich biedzie i upodleniu wolnym rynkiem. Nikt poza PiSem i Rydzykiem do tej pory nie chciał ich przecież pocieszać. Razemici, owszem, chcieli, lecz dotychczas nie określili sposobu dotarcia do tych ludzi ze swoim socjalnym przekazem. Wspomniani autorzy żywią przekonanie, że oczyszczenie ich narracji z elitarystycznych naleciałości załatwi sprawę. „Przekaz »ZŁODZIEJE WYPIERDALAĆ« jest na początek w zupełności wystarczający” – twierdzą. Tymczasem nie jest.
Jakub Majmurek dokonuje całkiem przekonującej analizy ruchów populistycznych dominujących dziś w Europie i USA. Nie bez powodu nie mają one charakteru lewicowego, a zdecydowanie prawicowy. Elementy programów socjalnych są tam nieznaczącymi dodatkami. Przede wszystkim są nacjonalistyczne, ksenofobiczne. To podstawowa płaszczyzna ich „buntu” wobec elit, choć warunki ekonomiczną są takie, że teoretycznie nie musiałyby takie być – doskonale pokazuje to brexit, czyli przykład społeczeństwa udręczonego neoliberalizmem, w którym odżywają hasła socjalistyczne.
Wielkie zakłady pracy zorganizowane na modłę tayloryzmu wyjechały do Azji, ruch robotniczy poszedł w rozsypkę, więc gniew społeczny jest coraz trudniejszy do artykulacji na sposób ściśle klasowy, a o to chodzi razemitom-populistom. Odwołania do nieokreślonego „ludu”, którego tożsamość przebiega w poprzek podziałów klasowych, skutkują wzmożeniem wyobraźni drobnomieszczańskiej wydającej na świat kolejne quasi-faszyzmy. Dodatkowo ruchy te mają w istocie naturę ściśle elektoralną, istnieją tylko jako siła widząca się w parlamencie, nie stanowią zaś alternatywy systemowej, nie proponują faktycznie żadnej zmiany społecznej – zazwyczaj ograniczają się do obietnicy przegnania „obcych”. Gniew społeczny wyraża się w nich w sposób od razu zapośredniczony politycznie, skanalizowany przez podmioty w pełni zakorzenione w systemie, bo rozgniewani oczekują szybkich rezultatów i potrzebują kogoś o prawdziwej sile sprawczej. Dlatego za brexitem stały de facto amerykańskie think tanki i bogaci biznesmeni, którzy potem zajęli się kampanią Trumpa w USA. W Polsce jest zresztą podobnie. Wzrost i triumf populizmu pisowskiego wymagał lat rozwoju – również, jak się okazało, na obszarze zaplecza finansowego. A jest to i tak tylko wariant systemu. Lewicowy populizm wymaga z kolei jego zakwestionowania. Jednak w XXI w. środki do tego nadal pozostają nieokreślone.
Wracamy więc do punktu wyjścia. Partia Razem nie ma i nie będzie miała środków, które pozwoliłyby jej tworzyć projekt socjalny, mogący pozostawać w jakiejkolwiek symetrii względem populizmu prawicowego na obecnej scenie wyborczej. Do tego też potrzebne są media, które potraktują ich socjalny przekaz poważnie. Ich namiastkę właśnie stracili na rzecz Biedronia. Mimo to, ugrupowanie nadal zamierza koncentrować się na wyborach, listach wyborczych i arytmetyce wyborczej – to akurat rzeczywiście wydaje się biciem głową w mur. Bartosz Migas z Razem odpowiedział na krytykę Leszczyńskiego twierdząc zwyczajnie, że „elektorat lewicowy” (choć nie wiadomo już co to znaczy) odzyska wiarę w Razem, bo rozczarują się Biedroniem. Nie. Prawdopodobnie ten elektorat czekał właśnie na kogoś w typie Biedronia, skoro z analiz powyborczych z 2015 r. wynikało, że dla wyborców partii Razem, ugrupowaniem drugiego wyboru była Nowoczesna.

Żądając niemożliwego

Na polskiej scenie politycznej – w sensie: elektoralnej – nie ma obecnie miejsca na taką partię, jaką chce być Razem. To fakt. Nie dokonają cudu. Jeżeli pójdą w socjal, nie zmieszczą się w tolerowanym przez media spektrum. Swoich mediów nie mają.
Jednak jest na nią miejsce gdzie indziej – w społeczeństwie. Jeżeli ktoś chce rzeczywiście „innej polityki” i gruntownej zmiany społecznej, przełomu na drodze do społeczeństwa równych ludzi, musi myśleć o tworzeniu oddolnego ruchu łączącego aktywność na niwie pracowniczej, związkowej, lokatorskiej, polityki lokalnej zorientowanej na opór wobec procesu utowarowienia i komercjalizacji przestrzeni publicznej. Razem próbowało takiej aktywności, niestety był to tylko dodatek do karminowych memów. A tylko przez bezpośrednią obecność wśród ludzi jest możliwa dziś polityka klasowa. Ponieważ jest to wyzwanie na lata i wymaga skuteczności w bezpośrednim rozwiązywaniu realnych problemów składających się na całość życia społecznego, oznacza to konieczność odejścia od polityki elektoralnej. Pytanie jednak, jaki cel ostatecznie przyświeca polskim lewicowcom. Zmiana świata nie nastąpi w parlamencie, bo parlamenty są zdecydowanie częścią problemu. Obecność w nim może być pomocna, ale stanie się możliwa tylko jeżeli ruch wykiełkuje poza nim.
Jest to wbrew pozorom perspektywa nie tylko romantyczna, ale i pragmatyczna – zależy tylko, w jakim horyzoncie umieszcza się swoją aktywność polityczną. Populizm w znanej postaci jest tylko instrumentalizacją gniewu przez nowe elity zazdroszczące starym. Chodzi zaś o tworzenie, o budowanie pośród ludzi jakiejś społecznie odczuwalnej wartości. Lewica socjalistyczna nie będzie miała innych kanałów dojścia do społeczeństwa – do tych mitycznych „zwykłych Polaków” – poza własną działalnością na ich rzecz. To właśnie musi być nasz przekaz, jeżeli ma być wiarygodny – bo z wiarygodnością w oczach ludzi właśnie najtrudniej. Obawy o to, że skład takiej organizacji politycznej, budującej swoją bazę w długotrwałej pracy u podstaw, będzie początkowo wątpliwy klasowo – w sensie „średnioklasowy” – są bezzasadne. Wszystkie ruchy lewicowe, a na pewno wszystkie zwycięskie, były „rozkręcane” przez wykształciuchów spoza klasy robotniczej. W mniejszej skali, również ruchy lokatorskie w Polsce, działające dość prężnie, zostały zapoczątkowane przez pełnych pasji lewicowych inteligentów. Ich przykład może czegoś uczyć.
Uczyć też może los Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, który systematycznie marnuje swój doskonały potencjał na stworzenie takiego – powiedzmy na wyrost – rewolucyjnego bytu politycznego. Wszystko dlatego, że praca u podstaw jest regularnie składana w ofierze bożkowi elektoralizmu, który Piotra Ikonowicza nijak obłaskawiać nie zamierza. To doskonały przykład dla populistów z partii Razem, co robić i czego nie robić. Po pierwsze, nie przeskakiwać etapu, który jeszcze nie został domknięty. A takim etapem przed próbą sięgnięcia po władzę, jest stworzenie ruchu społecznego, który w sytuacji słabości ośrodków państwowych opartych na kompradorskich elitach, będzie mógł stanowić rozbudowane zaplecze gotowe asystować prospołecznemu rządowi we wdrażaniu postępowej polityki.
Trudne? Bardzo. Dlatego warto o to walczyć. Jeżeli ktoś mówi: inna polityka jest możliwa, niech przyzna też: bądź realistą, żądaj niemożliwego. Innego rozwiązania niż długi marsz nie będzie. Mierzymy się bowiem z samym KAPITALIZMEM – tak się nazywa całość społeczna, którą musimy zakwestionować, by myśleć dziś o jakiejkolwiek trwałej zmianie na lepsze.
Kłania się tu inna słabość Razem: ciągle wierzą, że jest jakiś socjaldemokratyczny model, który można do Polski przenieść z Europy Zachodniej lub Skandynawii na zasadzie kopiuj-wklej. Nie można z dwóch powodów. Po pierwsze, u szczytu powodzenia tych modeli kraje te zajmowały zupełnie inną pozycję w światowym podziale pracy i globalnej strukturze kapitału. Po drugie, od lat podlegają one deterioracji i końca tego procesu nie widać z powodu przywrócenia znanej z XIX w. pełnej dominacji kapitału nad światem pracy. Przykład Francji i „żółtych kamizelek” pokazuje, że kapitał jest nieubłagany. Spadający z dekady na dekadę wzrost i narastające od 50 lat tendencje kryzysowe ustawiły go pod ścianą, tak że opór wobec niego wymaga do społeczeństwa powrotu postaw wprost rewolucyjnych. Nie bez powodu jednak na całym kontynencie polityka wyborcza jest coraz bardziej podzielona między projekt nacjonalistyczny a liberalny – w obliczu kryzysu socjaliści żyją przeszłością i nie mają do zaproponowania niczego przekonującego.
Drogą lewicy musi być dziś budowanie masowego i demokratycznego ruchu, który w przyszłości pomoże ludziom zmienić stosunki produkcji. Czy po drodze uda się wejść do parlamentu, jest kwestią drugorzędną. Partia lewicowa z prawdziwego zdarzenia, której na tym zależy, musi zacząć uprawiać politykę tam gdzie jest ona jeszcze zupełnie nieobecna i w sposób, którego jeszcze nie ma. Nie brzmi to jak program na najbliższe wybory. Jeżeli jednak podejmujemy się reanimacji konającego, trudno oczekiwać że zaraz po dźwignięciu się na nogi będzie gotowy boksować się z innymi. Są rzeczy ważniejsze, a warte dokonania. Cała przyszłość do zdobycia.

Spowiedź fioletowych

Jak nie robić lewicy w kraju postkomunistycznym.

Kiedy w 2015 roku w Polsce powstała Partia Razem, europejska lewica zaczęła patrzeć na Warszawę z zainteresowaniem. Niemożliwe się udało – na wschód od Łaby powstała nowoczesna, lewicowa formacja, niezwiązana z klasą polityczną, nie postkomunistyczna. Stawiała proste pytania, których nikt wcześniej nie zadawał: Dlaczego pielęgniarka zarabia kilkaset razy mniej niż prezes banku? Dlaczego czynsz za mieszkanie zjada nad Wisłą ponad połowę pensji? Dlaczego nie mogę wziąć wolnego, kiedy jestem chory? Dlaczego pracujemy tak dużo a zarabiamy tak mało? Dlaczego biedni płacą wyższe podatki niż bogaci? Adrian Zandberg, jeden z liderów Razem, niespodziewanie wygrał debatę parlamentarną i z dnia na dzień stał się politycznym celebrytą. Partia niemal dostała się do Sejmu i zyskała pewną medialną i społeczną uwagę, kredyt zaufania, pieniądze z budżetu państwa i w miarę dobry start.
W roku 2018 Razem nie zdobyło ani jednego mandatu w wyborach samorządowych, ani w sejmikach wojewódzkich, ani we władzach miejskich. Ogólnopolski wynik nieznacznie przekroczył 1 proc. Partia ma przed sobą smutną alternatywę – albo zostanie ugrupowaniem kanapowym, tracącym znaczenie z roku na rok, albo będzie się starać o niepewny sojusz z postkomunistycznym SLD albo z “polskim Macronem”, Robertem Biedroniem. Pop-politykiem, który jeszcze nie ogłosił swojego programu, a już zdążył opluć związki zawodowe i poszczuć klasę średnią na górników [Obecnie żaden z tych wariantów nie jest już prawdopodobny – tekst powstawał pod koniec 2018 r. – przyp. red.].
Za porażkę Razem odpowiada wiele czynników niezależnych – warunki, w których próbowaliśmy budować lewicę, były potwornie trudne. Być może snu o stworzeniu od zera ludowej partii lewicowej w ogóle nie da się w tym otoczeniu zrealizować. Razem wpadło w wiele pułapek, niektóre zastawione umyślnie, inne z wielkim zaangażowaniem i precyzją samo zbudowało, żeby potem samo się w nie złapać.
Jedną z podstawowych, zewnętrznych trudności, jest dualizm sceny politycznej, czyli “brak alternatywy” pomiędzy dwiema prawicami.
Pierwsza, ta bardziej domyślna, czyli obóz konserwatywno-narodowy, powiązany z partią rządzącą, postanowił Razem zamilczeć na śmierć. A kiedy nie było to możliwe, pokazywał lewicę jako część obozu liberalnego, zajmującą się wyłącznie aborcją, genderem i ekooszołomstwem. To odebrało partii szansę dialog z odbiorcami mediów publicznych oraz ze zwolennikami tego obozu, czyli pracującą większością spoza wielkich miast, dla której największe znaczenie mają pierwsze w III RP realne transfery socjalne, wprowadzone przez Prawo i Sprawiedliwość. Jedną z pierwszych “taktycznych” decyzji Razem było zmierzenie się z tym faktem i – nie bez pewnej ulgi – odpuszczenie sobie wyborców i sympatyków PiS jako potencjalnych sojuszników. Duże znaczenie miały również tożsamościowe różnice pomiędzy doktorantką socjologii z Razem, a przeciętną, regularnie odwiedzającą kościół w byłym mieście wojewódzkim, starszą o 30 lat wyborczynią Kaczyńskiego.
Druga strona, która w Polsce na znaczeniu traci, ale na transformację Razem miała znacznie większy wpływ, to tzw. “obóz liberalny”. Polskie liberalne centrum to środowisko, które na tle Europy jest mocno prawicowe. Posługuje się ideologią narodową, od zawsze w sojuszu z hierarchią kościoła, na poziomie obyczajowym prezentuje obskurancki konserwatyzm, a gospodarczo zachowuje się jakby wciąż trwał rok 1995.
Media, powiązane z tym obozem – przede wszystkim “Gazeta Wyborcza” – potraktowały Razem jako ciekawostkę, którą być może warto pokazać szerszej widowni i dały partii skromną przestrzeń do przedstawiania swoich postulatów i wizji. Oczywiście liberałom ani przez chwilę nie opłacało się wchodzić z lewicą w uczciwy dialog, a najczęstszym przymiotnikiem, jakim opisywano partię było słowo “młody”. “Młoda lewica”, “młodzi aktywiści”, “młoda partia” – Razem z rozmysłem pokazywano jako niepoważne, pełne ideałów dzieci, które nic nie wiedzą o trudnym świecie, skomplikowanych ekonomicznych wykresach i wzroście gospodarczym. No i, rzecz jasna, o walce o demokrację, bo nie żyli w PRL i nie mają kombatanckich blizn. A dzieci, jak to dzieci – bywają uparte i krnąbrne, dlatego właśnie lewica odmawiała tak długo dołączenia do wielkiej rodziny ugrupowań liberalnych, dla których priorytetem powinno być “obalenie rządów PiS”, a nie jakieś tam płace, emerytury czy mieszkania.
Z powodów pokoleniowych i klasowych większość polskiej lewicy wciąż traktuje tych konserwatywnych liberałów jako starszych braci. Jeśli nawet prowadzi z nimi spór, to jest to co najwyżej kłótnia w rodzinie.
Razem jak w masło weszło w tym politycznym krajobrazie w rolę zbuntowanego nastolatka – który, co prawda, wierzga i domaga się samodzielności, ale wciąż oczekuje, że rodzice zapłacą rachunki, wypiorą brudne skarpetki i położą obiad na stole.
Oczekiwanie, że zblatowane z kościołem i wielkim biznesem, współodpowiedzialne za społeczną katastrofę transformacji ustrojowej środowisko “liberałów” ma jakieś zobowiązania wobec raczkującej lewicy, stało się jednym z gwoździ do trumny ugrupowania.
Nie sposób zliczyć sytuacji, kiedy zrozpaczone działaczki i oburzeni aktywiści partii rwali włosy z głowy, bo partie liberalnego centrum i ich medialne organy zachowywały się w zgodzie z własnymi interesami. Rolą, którą w tej sytuacji napisała sobie Razem, było dawanie dobrych rad własnym przeciwnikom i próba rozliczania ich z wierności deklarowanym ideałom. Równocześnie oczekiwała od nich równego dostępu do kanałów medialnych i uczciwego przedstawiania postulatów i działalności partii lewicowej, która teoretycznie miała rozbić ich monopol na reprezentowanie w polskiej polityce sił postępu.
I tak członkowie Razem byli autentycznie zdziwieni, kiedy liberalna komentatorka, córka prawicowego polityka, Dominika Wielowieyska, pisała o rzekomym postulacie kwaterowania dodatkowych lokatorów w mieszkaniach zamożnych ludzi .“To niemożliwe, liberalne media umyślnie kłamią!”. Rwali włosy z głowy, kiedy Razem nazwano partią “antyeuropejską”, bo odmówiła udziału w marszu na cześć Komisji Europejskiej i brukselskich biurokratów. Wciąż od nowa tłumaczyli, jak bardzo nie mają nic wspólnego z myślą Karola Marksa, i jak głęboko brzydzą się słowem “komunizm”. “Liberałowie” byli stojącym nad ugrupowaniem cenzorem, który pilnował, żeby lewica nie była zbyt lewicowa, żeby nie wychylała się za daleko od tego, co w Polsce nazywane jest “centrum”, czyli od konserwatywnego liberalizmu.

W związku z tym partia pozostawała w ciągłej defensywie. Było to zresztą spójne z decyzją z kampanii parlamentarnej 2015, o “taktycznym” skierowaniu przekazu do “postępowego mieszczaństwa” – czyli “lewego skrzydła” elektoratu Platformy Obywatelskiej. PO odchodziła w niełasce po 8 latach konserwatywno-liberalnych rządów, sprywatyzowaniu wszystkiego, co się dało, zderegulowaniu rynku pracy, kryciu mafii reprywatyzacyjnej i ciągłych ustępstw na rzecz twardej prawicy.Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów na to, jak daleko z pozycji lewicowych pozwoliło się zepchnąć Razem, była seria pozwów za nazywanie działaczy “komunistami”. W Polsce, jak zapewne w wielu krajach postsowieckich, “komunista” to słowo wszechstronne – posłowie Platformy Obywatelskiej za “komunistyczne” uznają działania policji na demonstracjach antyrządowych, zaś katolicka prawica nieustannie żongluje tym pojęciem w odniesieniu do Unii Europejskiej. Jedyną formacją, która się realnie obraża się za nazywanie ich w ten sposób, jest partia Razem – do tego stopnia, że kilkoro publicystów i polityków zostało za to przez ugrupowanie pozwanych. Organizacja, składająca się z ludzi o rozmaitych poglądach – od lekko uwrażliwionych społecznie liberałów po twardogłowych komunistów, skutecznie kneblowała lub usuwała ze swoich szeregów tych drugich.
Takich “taktycznych” wyborów było więcej.
Wszystkie one ostatecznie sprowadzały się do rezygnowania z jedynej przewagi, którą Razem miała nad innymi partiami politycznymi – mówienia gniewem, populizmem, atakowania elit polityczno-biznesowych.
Stopniowo traciła swój pazur i wdzięk chama, który beka na proszonej kolacji.
Jedną z pierwszych ofiar, złożonych przez Razem na ołtarzu ekspozycji medialnej, był antysystemowy, buntowniczy charakter ruchu. Kiedy PiS, zaraz po wygranej w wyborach 2015 roku, zaczął demolować polski system sądowy, Razem – słusznie zresztą – ostro się temu sprzeciwiło, występując wspólnie z liberalną opozycją przeciwko zamachowi na Trybunał Konstytucyjny i niezawisłość sądownictwa. Niestety, zarazem wzięło sobie na sztandar wartość nietypową dla lewicy, przez którą stawał się on coraz cięższy do uniesienia – praworządność. Wznoszone wielokrotnie okrzyki “nikt nie stoi ponad prawem”, ciągle odwołania do zapisów ustaw, Konstytucji, rozporządzeń, regulaminów, doprowadziły do sytuacji, w której sami członkowie i członkinie ugrupowania uwierzyli, że żeby w Polsce zaprowadzić socjalizm (czy też chociaż jakąś zgniłą socjaldemokrację) wystarczy zacząć wszystko robić legalnie. Sami zapomnieli o tym, że zasadniczo prawo i aparat jego realizacji stoją zwykle po stronie bogatych przeciw biednym, zaś ambicją lewicy w kraju od 30 lat rządzonym przez prawicę nie powinno być utrzymanie bieżącego stanu rzeczy i “umiarkowany postęp w granicach prawa”.
W tej sytuacji jedynym, co pozostało partii, było apelowanie do liberalnych mediów z pozycji najlepszego ucznia w klasie. A więc wymachiwanie badaniami i statystykami, opowiadanie w kółko o nauce i polityce opartej na dowodach, przedstawianie drobiazgowych wyliczeń budżetowych do każdego postulatu. Poziom odpowiedzialności za propozycje polityczne, którego nie spodziewamy się nawet po partii rządzącej.
To oczywiście uniemożliwiało stawianie jakichkolwiek radykalnych postulatów, wyjście poza neoliberalne ramy myślenia o polityce, państwie i społeczeństwie. Razem stało się Stronnictwem Ludzi Lepiej Poinformowanych, co w połączeniu z bezwarunkowym odruchem obrażania się o wszystko i domyślnym występowaniem z pozycji ofiary, zakorzenionym w niezwykle silnej w partii tendencji polityki tożsamości, dało wynik całkowicie niestrawny. Nikt nie lubi najlepszego ucznia w klasie, szczególnie, jeśli jest to klasa w drogim społecznym liceum dla wielkomiejskiej bananowej młodzieży.
Kolejną konsekwencją tych wyborów było porzucenie jakiejkolwiek emocji w przekazie politycznym.
Serce krwawiło, kiedy oglądało się jak partia potrafi zamordować porządne lewicowe postulaty, opowiadając o nich tonem i językiem profesora uniwersyteckiego, zniesmaczonego poziomem swoich studentów. Naszpikowanie komunikatów Razem czterosylabowymi słowami, specjalistyczną terminologią, cytowanie obszernych fragmentów unijnych procedur, rządowych dokumentów i eksperckich instrukcji sprawiało, że odbiorcy zasypiali, zanim mieli szansę zorientować się w propozycjach programowych. Partia, której celem (przynajmniej w teorii) było trafienie do wyobraźni całego społeczeństwa, ze szczególnym uwzględnieniem jego mniej zamożnej części, na każde pytanie odpowiadała jak prawnik – “to zależy”, po czym zaczynała z przemądrzałą miną opowiadać pytającemu świat.
Rezygnując z opierania swojej siły na tożsamości lewicowej, Razem wpadło równocześnie w dwie tożsamościowe pułapki. Z jednej strony była to pozbawiona treści tożsamość “plemienna” – skutkująca najazdami hord razemów na każdy artykuł i post na Facebooku, w którym ktoś ośmielił się skrytykować partię. Przypięło to nam, nie bez pewnej racji, etykietkę środowiska z kijem w dupie. Z drugiej kompletnie paranoidalny poziom przywiązania do identity politics, którego nie powstydziłyby się najbardziej jajogłowe kampusy uniwersyteckie w USA, w dodatku wyjątkowo nieumiejętnie skopiowane do Polski.
Opiera się ona na założeniu, że polityka nie powinna być wyrażeniem interesów zbiorowych, wspólnotowych (a te, z założenia, są przeciwstawne innym interesom – biedni mają odwrotne interesy niż bogaci, pracownicy odwrotne niż pracodawcy, obywatele i obywatelki inne niż klasa rządząca), a płaszczyzną realizacji swojej tożsamości i wynikających z niej pragnień, a także reprezentacja danej tożsamości w sferze publicznej. Przestaje być zatem istotne to, co ktoś mówi i – przede wszystkim – w czyim interesie, a ważniejsze staje się to, kim jest i jakie ma tożsamości, ze szczególnym uwzględnieniem tych oderwanych od klasy i ekonomii. Nie mówimy więc o tożsamości związkowca, pielęgniarki czy lokatora, liczy się płeć, orientacja seksualna, wiara czy też brak wiary politycznego podmiotu. To dlatego za “lewicowego” uchodzić zaczyna Robert Biedroń, który jest wyoutowanym gejem. Ze słusznego skądinąd postulatu, żeby rozmowę o aborcji w Polsce przestali prowadzić mężczyźni w wieku post-reprodukcyjnym, doszliśmy do sytuacji, w której na dany temat można się wypowiadać wyłącznie wtedy, kiedy opowiada się o swojej osobistej tożsamości i doświadczeniu, zwłaszcza jeśli są to tożsamości i doświadczenia mniejszościowe.
Ambicją staje się zatem nie likwidacja bezdomności, głodu i biedy – wszystko będzie dobrze, jeśli w każdym panelu, radzie nadzorczej i ciele przedstawicielskim będzie jedna osoba bezdomna, głodna i biedna, a bogaci nauczą się tolerować i nie dyskryminować bezdomnych i bezrobotnych.
Może korporacje zaczną organizować na wzór “tęczowego tygodnia” tygodnie bezdomne i dzień coming outu – w którym będziesz mógł bezpiecznie przyznać się do tego, że jesteś “osobą z bezdomnością”, a może nawet zyskać jakichś bogatych sojuszników!
Przykład jest oczywiście pewną hiperbolą, w dodatku jest o tyle mało prawdopodobny, że polityka tożsamości dość szybko staje się całkowicie wyprana z jakichkolwiek kwestii klasowych czy ekonomicznych, a bezdomność nie jest tematem, który dobrze sprzedawałby się w rozmowach z “lewym skrzydłem” Platformy Obywatelskiej.
Rozbuchana polityka tożsamości stała się kolejnym powodem totalnej alienacji partii od społeczeństwa. Zupełnie poważnie działacze lewicowej partii sprzeciwiali się współpracy z organizującymi się środowiskami rolników, pracowników budowlanych i związków zawodowych. Powodem sprzeciwu był niewystarczający poziom przyswojenia postulatów feministycznych, świeckich, antyrasistowskich czy stosunek do środowisk LGBT. Ze względu na obawę przed oskarżeniami o antysemityzm Razem nie przyjęło zdecydowanego stanowiska podczas kolejnej awantury o reprywatyzację, czyli “zwracanie” publicznego mienia potomkom przedwojennych właścicieli.
Na froncie wewnętrznym oznaczało to m.in. rozmienienie feminizmu na drobne. Partyjna kampania “Kobiety do polityki” nie opierała się na koncepcji zyskania siły i podmiotowości w grupie. Komunikat nie brzmiał “przyjdź zmieniać z nami świat”, tylko “przyjdź do nas być kobietą w polityce”. Jako członkini zarządu organizacji przez rok byłam zapraszana na rozmaite panele i wydarzenia, organizowane przez moich kolegów i koleżanki. Nigdy nie proszono mnie o podzielenie się doświadczeniem osoby blokującej eksmisję, nie pytano mnie o prawo pracy, o wydarzenia na świecie czy o środowisko. Tematem wszystkich prawie spotkań było, to jak być kobietą w polityce, jakbym była niesamowitym stworzeniem, człowiekiem z trzema rękami, którego obwozi się i pokazuje jako ciekawostkę.
Najbardziej zaskakujące jest to, że w tej nieustannej refleksji nad tożsamością i tworzeniem miejsca dla wszystkich autoidentyfikacji, jakie przyjdą nam do głowy, Razem nie spostrzegło innego problemu (czy też spostrzegło, ale nie umiało sobie z nim poradzić) – mianowicie własnego składu klasowego. Nie ma drugiego ugrupowania w Polsce, do którego należałoby tak wielu absolwentów i absolwentek elitarnych, prywatnych szkół, dla których punktem odniesienia zawsze będzie “Gazeta Wyborcza” i ojcowie polskiej transformacji, bo na tej wesołej opowieści – o sukcesie, postępie i wzroście, zostali wychowani.
Nawet jeśli je odrzuciliśmy, wciąż jest to ten punkt widzenia, z którym spieramy się jak z ojcem na wigilijnej kolacji, a nie jak z wrogiem politycznym. Ze spotkania koła marksistowskiego na studiach z pewnością dowiedzieliśmy się, że prawo w państwie burżuazyjnym nie jest tworzone w interesie obywateli, ale nigdy na własnej skórze nie poczuliśmy, że ten aparat jest nam wrogi – policja nie zaczepiała nas bez sensu na ulicy za wygląd i ubiór, pisma które przychodziły do domu ze spółdzielni zawsze były przez nasze rodziny czytane spokojnie i ze zrozumieniem i nigdy nie było w nich nic o długu.
Przy takim nagromadzeniu akademików trudno też, żeby język i sposób myślenia partii były inne – w akademii skłonność do dzielenia włosa na czworo i produkowania jak największej liczby znaków na dany temat jest ceniona wysoko. W naturalny sposób z takiego otoczenia znikały powoli te osoby, które takiego kapitału kulturowego nie miały – nie czuły się kompetentne, żeby zabierać głos. Łatwo przychodziło im złamać którąś z panujących reguł, a prosty przekaz “oddawajcie moje pieniądze, złodzieje”, za którym przyszli do Razem, stawał się dla partii coraz bardziej prymitywny i prostacki.
Mimo wszystko z historii fajerwerku o nazwie Razem można wyciągnąć ostrożną dozę optymizmu.
Po pierwsze: możliwe jest zorganizowanie w kraju byłego bloku wschodniego niezależnej i oddolnej lewicowej partii. Po drugie: dopóki ta partia konsekwentnie mówi o realnych interesach pracującej większości i wychodzi poza to, o czym w oficjalnej dyskusji politycznej wypada mówić, to zyskuje. I to zyskuje w tych grupach społecznych, o które powinna walczyć. Po trzecie: obecność takiej siły jest dla dwóch konserwatywno-liberalnych obozów władzy niewygodna do tego stopnia, że aktywnie angażują się w jej zwalczanie.
Wnioski, które trzeba wcielić w życie, próbując powtórzyć taki manewr są dość jasne.
Nie pokładać żadnej nadziei w liberałach. Wszystkimi możliwymi środkami trzymać dystans od uznanych ośrodków i obozów politycznych głównego nurtu. Za wszelką cenę budować partię z ludźmi, którzy lewicy potrzebują i których interesy chcemy reprezentować, o ile to możliwe wciągać członków i członkinie związków zawodowych. Tożsamość budować w oparciu o wspólnotę. Mieć w dupie dobre maniery – bycie akceptowalnym dla mainstreamu jest wyrokiem śmierci dla lewicy. Im prościej tym lepiej – przekaz “ZŁODZIEJE WYPIERDALAĆ” jest na początek w zupełności wystarczający. Emocje są ważniejsze niż statystyki. Zębami i pazurami trzymać się lewej ściany. Liberalno-antykomunistyczna ideologia i potęga głównych graczy jest tak wielka, że nawet z zaciągniętym ręcznym i hamulcem w podłodze będzie ściągać lewicę na prawo. I tak będą was tłuc po głowie sierpem i młotem, więc lepiej uzbroić się w cierpliwość i wyśmiewać te zarzuty, niż próbować przed nimi uciec. Lewica musi być niezależnym, trzecim obozem. Każde zbliżenie się do tzw. liberalnego centrum kompromituje ją w oczach większości społeczeństwa, po którym przejechał się walec zmiany ustrojowej.
Tyle się nauczyliśmy – niestety, też na własnych błędach.