Za 13 lat, jak dobrze pójdzie?

Elektrowni jądrowej u nas nie ma i nie wiadomo czy kiedykolwiek powstanie, ale dzięki niej od lat rzesza urzędników żyje bardzo dobrze.
Już dosyć dawno, bo na początku 2009 r. polski rząd podjął decyzję o budowie elektrowni atomowej. Dziś do zbudowania tej elektrowni jest równie daleko co w 2009 r. – i znacznie dalej niż w zamierzchłych czasach PRL-owskiego Żarnowca. Przypomnijmy, że ówczesna decyzja rządu o budowie elektrowni atomowej zapadła w sierpniu 1971 r.
Przez kolejne lata koncepcja rozwoju energetyki jądrowej w Polsce przewijała się – mniej lub bardziej enigmatycznie – w enuncjacjach kolejnych rządów. Przywykliśmy już do tych rytualnych, wspaniale niekonkretnych zapowiedzi, z których nigdy nic nie wynikało.
W ów nurt wpisały się także baśnie premiera Mateusza Morawieckiego, opublikowane pod tytułem „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, w których premier zapowiada zbudowanie nawet dwóch elektrowni atomowych („Kiedyś tam, kiedyś tam”).
Wreszcie jednak w jądrowych opowieściach PiS-owskich notabli pojawił się pewien konkret. Oto minister klimatu Michał Kurtyka podczas ważnego spotkania zorganizowanego przez Bloomberg New Energy Finance, w którym uczestniczył również wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans, oświadczył oficjalnie, że energetyka jądrowa jest zaplanowana w Polsce do wdrożenia od 2033 r. Czyli za 13 lat!
Warto poważnie zastanowić się nad tym oświadczeniem polskiego ministra. Czy oznacza ono, że w naszym kraju już za trzynaście lat ma zacząć działać pierwsza elektrownia atomowa? Oczywiście nie. Jest to całkowicie niemożliwe, skoro nie wiadomo nawet, gdzie miałaby ona zostać zbudowana.
Wprawdzie nad rozwojem energetyki jądrowej od lat pracują u nas rzesze mniej lub bardziej ważnych urzędników, którzy zarabiają dzięki temu bardzo przyzwoite pieniądze i żyją dostatnio – ale przecież trudno od nich oczekiwać, by swoje prace zintensyfikowali do tego stopnia, by po zaledwie jedenastu latach (licząc od 2009 r.) od rozpoczęcia ich prac można już było mówić o wybraniu lokalizacji dla pierwszej polskiej elektrowni atomowej.
Zrozumiałe też, że wspomniani urzędnicy, zatrudnieni głównie w Departamencie Energii Jądrowej Ministerstwa Klimatu (jak wiadomo, choćby z przykładu Czarnobyla, energetyka jądrowa może mieć bardzo znaczący wpływ na klimat) oraz w państwowej Polskiej Grupie Energetycznej, nie będą się przesadnie śpieszyć z wykonywaniem swych atomowych obowiązków – żeby nie podcinać gałęzi na której od dawna siedzą wygodnie.
Nie można jednak zarzucić ministrowi Michałowi Kurtyce, że minął się z prawdą w swojej zapowiedzi, uznającej 2033 r. za początek energetyki jądrowej w Polsce. Przecież wdrożenie energetyki jądrowej, o czym mówił Minister Klimatu, to bynajmniej nie o samo co rozpoczęcie pracy elektrowni jądrowej.
Z powodzeniem możemy bowiem wdrożyć energetykę jądrową – i stosować prąd wyprodukowany w elektrowniach jądrowych – bez posiadania własnej elektrowni jądrowej. Będzie to tym prostsze, że wszyscy nasi sąsiedzi mają już elektrownie atomowe. Wystarczy po prostu importować od nich prąd – i można przypuścić, że właśnie taki import energii mógł mieć na myśli Minister Klimatu, mówiąc o wdrożeniu energetyki jądrowej od 2033 r.
Najważniejsze zaś, że minister Michał Kurtyka nigdy nie obiecywał, że w 2033 r. w Polsce zacznie płynąć prąd wytworzony przez elektrownię atomową. On powiedział jedynie, że to jest zaplanowane – ale przecież tylko ktoś naiwny może uznać, że w Polsce zaplanowanie jest równoznaczne z realizacją.
Jak oświadczył Michał Kurtyka, w ciągu pięciu ostatnich lat moc zainstalowana instalacji fotowoltaicznych wzrosła w Polsce 16-krotnie. Natomiast całkowita moc odnawialnych źródeł energii w polskim systemie elektroenergetycznym przekroczyła 10 Gigawatów, czyli ponad 20 proc. krajowych zdolności wytwórczych.
Polskie plany zakładają, że kierunek ten zostanie utrzymany i w 2030 r. OZE będą stanowiły już ponad 40 proc. zainstalowanych krajowych mocy. Minister bardziej niż na atom, stawia na wiatr. W jego opinii szansą na przełomową systemową zmianę może być wprowadzenie morskiej energetyki wiatrowej, stanowiącej stosunkowo stabilne źródło energii odnawialnej. Jest to ponadto innowacyjna branża, umożliwiwiająca zaangażowanie lokalnego przemysłu i szeroką współpracę międzynarodową.
Zdaniem Michała Kurtyki, państwa Europy Środkowo-Wschodniej mogą w najbliższym czasie stać się „motorem zielonej odbudowy”. Oznacza to jednak rosnącą odpowiedzialność za przeprowadzenie transformacji energetycznej w sprawiedliwy oraz solidarny sposób – i wymusza bezprecedensowe zmiany w dotychczasowym sposobie życia.
„Musimy nie tylko zmienić sposób produkowania energii, lecz również przemieszczania się, mieszkania, a nawet żywienia” – oświadczył Minister Klimatu. I zapowiedział konieczność wprowadzenia „zielonego ożywienia” po pandemii COVID-19. Ciekawe, czy kiedykolwiek doczekamy się konkretów?