Zjazd nacjonalistów

Wiec europejskich nacjonalistów w Mediolanie. Otwarty atak na papieża Franciszka.

W sobotę 18 maja odbył się w Mediolanie wiec europejskich nacjonalistów – pod hasłem „Najpierw Włochy! Zdrowy rozsądek w Europie”. Na placu w pobliżu mediolańskiej katedry zgromadziło się kilka tysięcy osób, pomimo złej pogody. W wiecu kończącym kampanię partii Salviniego do Parlamentu Europejskiego udział wzięli przedstawiciele partii polityczni z Bułgarii (Wola), Słowacji (Jesteśmy Rodziną), Republiki Czeskiej (Wolność i Demokracja Bezpośrednia), Estonii (Estońska Konserwatywna Partia Ludowa), Belgii (Interes Flamandzki), Holandii (Partia Wolności), Danii (Duńska Partia Ludowa), Finlandii (Prawdziwi Finowie), Niemiec (Alternatywa dla Niemiec), Austrii (Wolnościowa Partia Austrii), Francji (Zjednoczenie Narodowe). Gwiazdami byli oczywiście Matteo Salvini, Marine Le Pen, Jörg Meuthen, Geert Wilders.
Na wiecu w Mediolanie zabrakło Viktora Orbán, który nie chce dołączyć do ugrupowania ENF (Europa Narodów i Wolności) w europejskim parlamencie, ale woli pozostać w EPP (Europejskiej Partii Ludowej). To duże rozczarowanie dla Matteo Salviniego. Nie było też Nigela Farage’u i jego Partii Brexitu, ale jego miejsce przy stole nacjonalistów nie jest przesądzone.
Przede wszystkim jednak na wiecu Salviniego nie było przedstawicieli żadnej polskiej partii. Pomimo wizyty lidera włoskiej Ligi w Polsce i dużego zainteresowania okazanego mu przez Kaczyńskiego, nie wygląda na to, aby PiS chciał się przyłączyć do „pokojowej rewolucji” Marine Le Pen.

Gotowy oddać życie za Włochy

Matteo Salvini w swoim porywającym przemówieniu przyrzekł, że jest gotowy oddać życie za Włochy. Retoryka i hasła, które padły na wiecu w Mediolanie – brzmią dla nas znajomo, gdyż słyszymy je już od kilku lat. „Kto zaprzecza żydowsko-chrześcijańskim korzeniom Europy, jest zdrajcą”, „Tylko Europa oparta na wartościach chrześcijańskich i rodzinnych”. „To jest ważny moment historyczny, aby wyzwolić Europę spod nielegalnej okupacji Brukseli, panującej przez wiele lat. Kto zdradził Europę, marzenie jej ojców założycieli, de Gaulle’a i De Gasperiego? Merkel, Macron, Soros, Junckers zbudowali Europę banków i niekontrolowanej imigracji”.
„Wybory europejskie są referendum między życiem a śmiercią, między przeszłością a przyszłością, wolną Europą a państwem islamskim opartym na strachu” – mówił na wiecu Salvini i obiecywał, że będzie prowadził bezwzględną walkę z imigracją i jego partia zrobi to w Parlamencie Europejskim po wyborach. Obiecał również, że obniży we Włoszech podatki do 15 proc. i podniesie kraj gospodarczo oraz moralnie, tak aby Włosi mogli być znowu dumni.
„My nie jesteśmy ekstremistami, ale prowadzimy politykę zdrowego rozsądku” – mówił sekretarz Ligi – „Ekstremiści to ci, którzy rządzili Europą przez ostatnie dwadzieścia lat”.

Atak na papieża Franciszka

Salvini przeciwstawił się również otwarcie Franciszkowi, podając najpierw jako pozytywne przykłady Jana Pawła II i Benedykta XVI: „Dzięki działaniom rządu odpowiedziałem faktami, a nie słowami. Mówię to również do papieża Franciszka, który powiedział dzisiaj: „musimy zapobiegać śmierci na Morzu Śródziemnym”. Rząd wyeliminował już prawie całkowicie zgony na Morzu Śródziemnym dzięki zamkniętym portom”. Tym słowom towarzyszyły aplauzy dla lidera Ligi i gwizdy pod adresem Bergoglia.
„Powierzamy się opiece świętych tej Europy: św. Benedyktowi z Nursji, św. Brygidzie ze Szwecji, św. Katarzynie ze Sieny, świętym Cyrylowi i Metodemu, św. Teresie Błogosławionej od Krzyża. Polegamy na nich. I powierzamy im przeznaczenie, przyszłość, pokój i dobrobyt naszych narodów.” – tak lider Ligi, wicepremier i szef włoskiego MSW – kończył swoje przemówienie na placu pod katedrą mediolańską, podczas wiecu „Najpierw Włochy! Zdrowy rozsądek w Europie”. Później wyjął różaniec i całując go dodał: „Osobiście zawierzam Włochy, moje i wasze życie niepokalanemu sercu Maryi, które – jak jestem pewny – doprowadzi nas do zwycięstwa, ponieważ to Włochy, ten plac, ta Europa są symbolem matek, ojców, mężczyzn i kobiet, którzy z uśmiechem, z odwagą, z determinacją chcą pokojowego współistnienia, okazują szacunek, ale proszą o szacunek.” – a później dodał – „Najpierw zignorowali nas, potem śmiali się z nas, a potem walczyli z nami i 26 maja wygrywamy”.
Marine Le Pen przemawiając w Mediolanie powiedziała: „Chcemy żyć w naszych krajach takimi, jakimi jesteśmy. We Francji jako Francuzi, we Włoszech jako Włosi… Dzisiaj podpisujemy akt założycielski europejskiej pokojowej rewolucji… 26 maja oddamy władzę ludziom. Nasz projekt to współpraca w Europie między wolnymi suwerennymi narodami, w Europie, która szanuje państwa… Naszym zadaniem jest teraz określić przyszłość Europy razem. Będzie to rewolucja zdrowego rozsądku w Europie”.
Manifestacja zakończyła się wspólnym selfie Salviniego i Le Pen.

Reakcja Watykanu i włoskiego Kościoła

Watykan i oficjalny włoski Kościół zareagował jednogłośnie. Salviniego skrytykowały katolickie media: Civiltà Cattolica, Famiglia Cristiana, Avvenire.
„Nie wzywaj imienia Pana Boga nadaremnie” – ostrzegł Antonio Spadaro, dyrektor Civiltà Cattolica w swoim poście na Facebooku – „Różańce i krucyfiksy są wykorzystywane jako symbole polityczne, ale w odwrotny sposób w porównaniu z przeszłością: dawniej było wskazane oddać Bogu to, co należało do Cezara. Teraz Cezar zabiera i dzierży w rękach to, co należy do Boga”. Famiglia Cristiana nie przebierała w słowach: „Podczas gdy Matteo Salvini pokazywał Ewangelię jak amulet i oddawał się Niepokalanemu Sercu Maryi, kolejny statek z rozbitkami dostał zakaz wpłynięcia do portu w Lampedusie, a ONZ potępiło nas za łamanie praw człowieka. Sekretarz Ligi używa symboli religijnych jak fetyszy. Czego jeszcze trzeba aby wzbudzić oburzenie chrześcijan. Najbardziej twarde stanowisko zabrał Watykan, poprzez usta kardynała sekretarza stanu Pietro Parolina: „Wierzę, że polityka partyjna dzieli, ale Bóg należy do wszystkich” – szef dyplomacji watykańskiej ostrzegł: „Przywłaszczanie sobie Boga jest zawsze bardzo niebezpieczne”. Biskup Mazzara del Vallo „skomunikował” Salviniego: „Kto mówi takie rzeczy, nie może uważać się za chrześcijanina”.
Reakcja Kościoła nie zrobiła na Salvinim żadnego wrażenia – „Piszą do mnie z UE, piszą z ONZ, że łamię prawa człowieka, piszą też jacyś kardynałowie… Ja mówię jedno i grzecznie: bez mojego pozwolenia nikt do Włoch nie wchodzi”.

Salvini nadal ma przewagę

Nie tylko Kościół protestuje przeciwko Salviniemu. Już od pewnego czasu na jego wiecach, oprócz zwolenników zaczęli pojawiać się również kontestatorzy. Najpierw zapanowała moda na fałszywych wielbicieli, którzy udając, że chcą sobie zrobić z nim selfie, żartowali z niego. Później przeciwnicy lidera Ligi zaczęli wywieszać z balkonów prześcieradła z kontestującymi hasłami. Niektóre z nich były tak niewybredne i obraźliwe, że kosztowały autorów oskarżenie o zniesławienie. Podczas manifestacji nacjonalistów w Mediolanie, na jednym z balkonów wychodzących na plac pojawił się nagle człowiek przebrany za Zorro i wywiesił ponad pięciometrowy baner z napisem po włosku i angielsku: „Bądźmy ludzcy”. Akcja trwała kila minut, gdyż interweniowała policja.
Ze względu na wielotygodniowe kłótnie przedwyborcze pomiędzy koalicjantami rządowymi, Ligą i Ruchem Pięciu Gwiazd, obie partie straciły na tym. Liga prawie 6 punktów.
Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że Liga i jej lider nadal cieszą się zaufaniem większości Włochów. Ostatnie przedwyborcze sondaże wyglądały następująco: Liga 32,4 proc., Ruch Pięciu Gwiazd 22,3 proc., Partia Demokratyczna 21,1 proc., Naprzód Włochy – 9,2 proc, Bracia Włoscy – 5 procent..

W prawo i jeszcze bardziej w prawo

Wybory parlamentarne w Estonii wygrała centroprawicowa Partia Reform, ale to nie jej politycy utworzą rząd. Aby zachować władzę, dotychczasowy premier Jüri Ratas z bezideowej w zasadzie Partii Centrum porozumiał się z konserwatystami oraz estońskimi nacjonalistami.

Do koalicji obok Partii Centrum weszła prawicowa, konserwatywna Ojczyzna (Isamaa) oraz Konserwatywna Partia Ludowa (EKRE), eurosceptyczna, antyimigrancka i nacjonalistyczna. To jej młodzieżówka, Błękitne Odrodzenie, organizowała w poprzednich latach w Tallinnie groźnie wyglądające marsze z pochodniami.
Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi dotychczasowy premier Jüri Ratas zarzekał się, że z EKRE współpracował nie będzie. Zapewniał, iż jego partia nie będzie współdziałać z organizacją, która wyklucza określone rasy lub narodowości, a w wypowiedziach polityków EKRE faktycznie takie wykluczenie wybrzmiewało. Po wyborach sytuacja jednak się zmieniła. Partia Centrum nie zgodziła się wejść w koalicję ze zwycięską Partią Reform, a gdy ta z kolei nie porozumiała się z socjaldemokratami Ratas wykorzystał okazję, by pozostać u władzy.
Może się jednak okazać, że prawdziwi rozgrywający znajdą się na prawicy, nawet jeśli w umowie koalicyjnej nie zapisano ostatecznie licznych zbyt skrajnych propozycji nacjonalistów. O ile bowiem w estońskim parlamencie Partia Centrum ma 25 mandatów, to EKRE zdobyło zaledwie o 6 miejsc mniej, zaś Ojczyzna ma ich 12. Nacjonaliści otrzymali w rządzie m.in. kluczowy resort spraw wewnętrznych (obejmie go lider partii Mart Helme), a poza tym także ministerstwa finansów (to z kolei znajdzie się w rękach Martina Helme, syna przewodniczącego partii), środowiska, rolnictwa i handlu międzynarodowego. W rękach centrystów obok fotela premiera pozostają resorty edukacji, gospodarki, spraw regionalnych oraz spraw społecznych. Obronność, resort sprawiedliwości, sprawy zagraniczne, kultura i demografia przypadły Ojczyźnie.
Prezydent Estonii Kersti Kaljulaid wezwała wszystkie siły polityczne w kraju, by dały nowemu gabinetowi 100 dni spokoju i zaufania. Dla wielu komentatorów jednak wejście nacjonalistów do rządu jest powodem raczej do niepokoju. Zwłaszcza, gdy jeden z liderów partii (Martin Helme) mówi, że marzy mu się Estonia tylko biała, a wszelkim ciemnoskórym migrantom – których zresztą w kraju nie jest wielu – od razu pokazywałby drzwi. Inny zaś parlamentarzysta partii, Ruuben Kalep, znany dotąd z twierdzeń, iż tylko czysto estońska krew daje gwarancję lojalności wobec estońskiego państwa, a zasymilowanym obywatelom pochodzenia rosyjskiego i tak nie należy ufać, zaczął swoją pracę w tej kadencji od wykonania przy ślubowaniu gestu kojarzonego z estońskimi neonazistami.

Skandal u bram Auschwitz

Mateusz Morawiecki podczas obchodów 74. rocznicy wyzwolenia Auschwitz-Birkenau zasugerował, że Zagłada Żydów nie była konsekwencją ideologii nazistowskiej, a immanentnych skłonności, które jego zdaniem są charakterystyczne dla narodu niemieckiego. Nieco wcześniej pod bramami obozu zebrała się grupa nacjonalistów pod przywództwem Piotra Rybaka. – Czas walczyć z żydostwem i uwolnić od niego Polskę! – krzyczeli.

Setki dziennikarzy, kamerzyści telewizji z całego świata, ocaleni z Zagłady oraz ich rodziny. Oni wszyscy byli świadkami żenującego przedstawienia w dwóch aktach. W pierwszym w roli głównej wystąpił Piotr Rybak, działacz nacjonalistyczny, antysemita, skazany w 2017 roku na karę bezwzględnego więzienia za spalenie kukły Żyda na wrocławskim rynku.
Ten człowiek przewodził dziś w Oświęcimiu manifestacji, podczas której przekonywał, że Polska nie jest obecnie krajem niepodległym, gdyż rządzą nią Żydzi. – Czas walczyć z żydostwem i uwolnić od niego Polskę! Gdzie są rządzący tym krajem? Przy korycie! I to trzeba zmienić. Niech Bóg błogosławi moją ojczyznę! Czołem, Polacy! – grzmiał Rybak pod bramą obozu koncentracyjnego, w którym podczas II wojny światowej zgładzono około miliona Żydów.
Mimo zgłoszeń ze strony oburzonych uczestników obchodów, policja nie rozwiązała zgromadzenia. Oprócz antyukraińskich, antysemickich i nacjonalistycznych okrzyków, demonstranci zaintonowali również modlitwę „Ojcze Nasz”.
Według dr. Przemysława Witkowskiego, analityka ruchów skrajnej prawicy, Piotr Rybak jest odosobnionym ekstremistą nawet jak na polskie warunki, co nie znaczy jednak, że nie jest niebezpieczny. – Rybak to osoba, która nie jest w stanie przyciągnąć analogicznych agresywnych głupców. Trzeba jednak pamiętać, że krąży po protestach w Polsce i wszędzie snuje swoją antysemicka opowieść o dziejach i polityce, sącząc swój jad do ucha – a to liderowi rolniczych protestów, a to kibicom piłkarskim, a to wodzom mniejszych prawicowych partyjek – zwraca uwagę badacz w rozmowie z Portalem Strajk. – Dopóki jest zgoda władz na łamanie przez niego prawa, na jawne ośmieszanie wydanych mu wyroków sądów, na nawoływanie przez niego do nienawiści etnicznej, narodowej i rasowej, dopóty mamy żywy dowód na to ze mieszkamy w państwie z kartonu – dodaje Witkowski.
Druga odsłona kompromitacji miała miejsce na terenie obozu. Podczas oficjalnych obchodów głos zabrał Mateusz Morawiecki. Premier polskiego rządu zasugerował, że za ideologia skrajnie prawicowa była jedynie fasadą, a Holocaust wynikał ze specyficznych skłonności narodu niemieckiego. – Tej zagłady, która szła wtedy nie zrobili żadni naziści, tylko zrobiły ją Niemcy hitlerowskie. Niemcy hitlerowskie karmiły się ideologią faszystowską, którą potem, też do dzisiaj, wszyscy historycy tak określają, ale całe zło wzięło się z tego państwa. O tym nie można zapominać, bo inaczej następuje relatywizacja zła – powiedział szef rządu. Z wypowiedzi tej można wywnioskować, że według Morawieckiego zbrodnicze inklinacje Niemców są ponadczasowe i ponadideologiczne.
Stosunek Morawieckiego do hitlerowskiego reżimu nie zawsze był tak jednoznaczny. W lutym 2018 roku w Kielcach premier oddał hołd hitlerowskim kolaborantom z tzw. Brygady Świętokrzyskiej, w której szeregach jako oficerowie łącznikowi służyli esesmani. Kolaboranci dostawali żywność i uzbrojenie od Niemców, prowadzili z nimi wspólne, skoordynowane działania wojskowe. W szeregach brygady prominentną rolę odgrywał współpracownik Gestapo, Hubert Jura.

Zhańbiona rocznica

Kiedy premier wreszcie powie, że nazizmu w ogóle nie było?

Ostatnie obchody rocznicy wyzwolenia obozu zagłady Auschwitz-Birkenau upłynęły niestety pod znakiem takiej hańby i żenady, że choćbym chciał, to nie jestem w stanie jej odczuć. Wydaje mi się, że starali się ją nam zgotować osobnicy należący do odrębnego gatunku – nasze tożsamości w żadnym miejscu się nie spotykają. Nie mam wątpliwości, że podobnie to postrzega większość Polaków. Wieść o polakoidach, którzy w Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu i w miejscu Holocaustu głośno nawoływali do przegonienia „żydostwa” won z Polski, obiegła jednak cały świat, stwarzając ryzyko, że za granicą będziemy myleni z zezwierzęconymi kanaliami.
Nie po raz pierwszy polscy narodowcy kształtują klimat mówienia i myślenia o Polsce na świecie. Są to okoliczności, w których nasi oficjele najwyższej rangi powinni szczególnie baczyć na słowa, wiedząc, że trudno rozróżnić dymy z krematoryjnych kominów i z płonących stodół – że są to w istocie znaki tego samego zła. Minęło z górą 70 lat, a one nadal duszą – tym razem ludzkie umysły. W tym trupim smogu trudno również poprawnie odróżnić wymiociny retoryczne Piotra Rybaka od bon motów premiera Morawieckiego – w zamierzeniu wycyzelowanych, w praktyce równie odrażających, co antysemickie ryki pod bramą Auschwitz-Birkenau.
Jak bowiem odczytać precyzyjnie wyrażoną myśl Mateusza Morawieckiego, że „Zagłady nie zrobili żadni naziści, tylko Niemcy hitlerowskie”? Niemcy hitlerowskie to nie nazizm? Idiotyzm. Jeżeli jednak głębiej zastanowić się nad tym krętactwem, to ciarki mogą człowieka obejść. Jeśli bowiem z Zagłady usuwa się udział nazistów, a rzeczywistość hitlerowskich Niemiec oddziela się od nazizmu jako historycznego zjawiska o określonym pochodzeniu i skutkach, można to robić tylko w jednym celu: bagatelizowania nazizmu.
Nacjonalizm Morawieckiego to coś więcej niż prztyczek w nos Angeli Merkel. Każe mu on na siłę stawiać wszelkie zagadnienia historyczne w kategoriach epickiego starcia narodów, dlatego nazizm woli zamieść pod dywan. Jego zdaniem nie chodziło o rasistowską, ludobójczą ideologię, która w latach 30. pod różnymi nazwami, w różnych lokalnych wariantach ogarnęła całą Europę, tak że w szeregach trzeciej rzeszy walczyli „aryjscy” ochotnicy wielu państw. Premier może tym samym dalej składać hołdy Narodowym Siłom Zbrojnym i udawać, że nie wie, o co chodzi. Toż to Polacy, nie Niemcy! Proste? Proste.
Zdecydowanie prostsze niż historyczna rzeczywistość. Tak proste, że pozwala nie myśleć o tym, dlaczego ci „wyklęci”, kierowani bliźniaczą ideologią – przeżarci właśnie lokalną odmianą paneuropejskiego wirusa – poszli jednak na kolaborację z hitlerowskimi Niemcami. Pozwala nie myśleć o tym, czemu „eksperci” IPN, zachłystujący się hasłem: „Bóg, Honor, Ojczyzna”, tacy jak Tomasz Panfil, to w istocie kumple nazioli, potrafiący stanąć na rzęsach, żeby tylko doszukać rzekomo szlachetnych konotacji swastyki, np. antykomunizmu. Gadanie: „to nie byli żadni naziści” stanowi otwarcie safe space’u dla polskich nazistów. I to robi człowiek ostrzegający nas podobno przez „relatywizacją zła”! Nie, panoszenie się Rybaka pod bramą oświęcimską w czasie, gdy za nią przemawiał Morawiecki, nie jest żadnym przypadkiem.
Polski nacjonalizm przyśpiesza na równi pochyłej i dosłownie wszystkiego się można spodziewać. Może premier pójdzie za ciosem i niedługo ogłosi, że żadnego nazizmu nigdy nie było – to wszystko lewacki (czyli niemiecki) wymysł! Czy nie pora w końcu oficjalnie ogłosić, że nazizm to lewactwo, bo tak piszą wszystkie „patriotyczne” media? A może w 75. rocznicę wyzwolenia Auschwitz dowiemy się, że był to obóz komunistyczny – bo lewacki – a wyzwolony został przez żołnierzy wyklętych, bo mordowano tam prawdziwych Polaków? Czy naprawdę kogokolwiek by to zdziwiło?
I nie, obsesja prawicy na punkcie jednej ideologii – komunizmu, którym w ich narracji jest źródłem i wcieleniem wszelkiego zła, a który faktycznie zakończył Holocaust – a jednocześnie udawanie, że z kolei ideologii nazistowskiej nie było, nie jest żadną niekonsekwencją. To jest ich polityczna racjonalność. Natrętny bełkot, że „faszyści to nie my, to ta druga strona”, możliwie najbardziej teatralne odżegnywanie się od faszyzmu, jest wszak najlepszym znakiem rozpoznawczym dzisiejszych faszystów, jest ich powszechnie stosowaną taktyką. Kto ich zna, to wie.
„Małych złodziejaszków wieszacie, wielkim – nisko się kłaniacie”. Prokuratura wzięła się w końcu za „rybakowców”, ale oczywiście wtedy, kiedy już jest po ptakach. Typowy PiS. Premierem uklepującym grunt pod polski nazizm żadna prokuratura się nie zajmie. Bo to przecież tylko „stwierdzenie faktu”: „Niemcy hitlerowskie”. I dalej będzie bicie czołem przed NSZ. Czy naprawdę ryba psuje się od głowy? W bezmiarze zgnilizny to tak samo mało ważne, jak dywagacje o jajku i kurze. Jedno jest pewne: głowa już zupełnie przegniła i kipi kłębiącym się robactwem. Do wyrzucenia.

Kto wygra ten marsz?

Czy pośród doradców Hanny Gronkiewicz-Waltz nie znalazła się żadna osoba na tyle przytomna, żeby powiedzieć jej, że zakazanie Marszu Niepodległości dosłownie w ostatniej chwili tylko dostarczy ekstremistom paliwa? Czy też chodzi o co innego?

 

Hanna Gronkiewicz-Waltz ma rację. Warszawa wystarczająco się już nacierpiała w wyniku działalności nacjobandytów. To wyjątkowo celne spostrzeżenie, choć pewnie miała na myśli ostatnią dekadę, kiedy „prawdziwym Polakom” zdarzyło się kilka razy zdewastować przestrzeń publiczną stolicy swojej ojczyzny. Mieszkańcy Warszawy doświadczyli jednak znacznie poważniejszych konsekwencji nacjonalizmu – podczas II Wojny Światowej, gdy mordowali ich nacjonaliści niemieccy. Hanna Gronkiewicz-Waltz ma również rację w kwestii zastrzeżeń w dziedzinie bezpieczeństwa. Masowa odmowa pracy policjantów tuż przez jednym z największych pochodów skrajnej prawicy na świecie nie buduje atmosfery spokoju i stwarza uzasadnione obawy o zdolność służb do utrzymania porządku.
Hanna Gronkiewicz-Waltz cudownie oprzytomniała. Szkoda, że dopiero u schyłku swojego panowania, naznaczonego konsekwentną biernością wobec zjawisk złych i niepokojących. Nacjonalistom należało sie dobrać do dupy nie w roku 2018, a w 2009, kiedy po raz pierwszy postanowili uprzykrzyć życie mieszkańcom stolicy. Wtedy maszerowały głównie łyse łby z ONRu w towarzystwie nielicznych kiboli. Teraz, zmierzenie się z tym problemem wymaga podjęcia kompleksowych i długofalowych działań. Pozytywnym przykładem może być Wrocław, który idąc za wzorem niemieckich miast, poglądy skrajnie prawicowe zaczął traktować jako pewną społeczną dysfukcję – uciążliwią, ale uleczalną, wymagającą podjęcia terapii. Prezydent Dutkiewicz podczas ostatniej kadencji próbował wbić klin pomiędzy kiboli, a nacjonalistów, na razie bez rezultatów, ale kierunek był dobry. Hanna Gronkiewicz-Waltz nie zrobiła na tym polu nic. Nie reagowała kiedy na Łazienkowskiej rosła w siłę nacjomafia, choć mogła postawić warunek klubowi – albo robicie z tym porządek, albo podwyższamy czynsz do takiego poziomu, że w Szczecinie będzie wam się bardziej opłacało grać. Prezydent Warszawy przez 12 lat nie podjęła jednak żadnych działań przeciwko prawicowemu ekstremizmowi. Aż do dziś. Czy to nie dziwne?
Czy prezydent Warszawy naprawdę chciała zatrzymać Marsz Niepodległości urzędowym zakazem wydanym cztery dni przed 11 listopada? Czy pośród jej doradców, znajomych i kontrahentów nie znalazła się żadna przytomna głowa, choćby prezydenta elekta, która by podpowiedziała rzecz oczywistą – takie działania dostarczą ekstremistom paliwo buntu i przyczynią się do wzmożonej mobilizacji elementu patologicznego? A może Hanna Gronkiewicz-Waltz działając w porozumieniu z resztą liberalnej opozycji, a kto wie – może również i z jej brukselskim papieżem, podjęła próbę destabilizacji pisowskiej władzy, podważenia jej zdolności do zapewnienia bezpieczeństwa w tak ważnym dniu?
Załóżmy, że delegalizacja marszu obliczona była na wywołanie wściekłości nacjokiboli, wybuch zamieszek i kolejną masakrację stolicy, nad którą przetrzebione „chorobami” oddziały policji mogłyby nie zapanować. Wyobraźmy sobie, że 12 listopada internet obiegają zdjęcia rozwalonego centrum Warszawy, statystyki ze szpitali i komisariatów oraz wstępne szacunki strat. Nacjonaliści znajdują się w stanie wojny z kolejnym rządem, dla odmiany tym, który od początku chciał z nimi żyć dobrze, a Grzegorz Schetyna z Rafałem Trzaskowskim, wskazują na Brudzińskiego i Morawieckiego jako winnych gorszących scen, podkopując autorytet PiS w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego. I to na stulecie odzyskania niepodległości. Do tego dopuścić mogły tylko kompletne patałachy. Oczywiście, to tylko hipoteza.
Na reakcje obozu Kaczyńskiego wystarczyło poczekać kilka godzin. Jeśli liberałowie próbowali zastawić pułapkę, to Duda z Morawieckim przeskoczyli nad nią z wyjątkową gracją. Organizacja państwowego marszu na tej samej trasie jest rozwiązaniem, które może przynieść wiele korzyści. Najważniejsza to możliwość przejęcia imprezy. Cały wysiłek organizacyjny i propagandowy nacjonalistów zostanie skonsumowany przez władzę. Premier z prezydentem pójdą na czele kilkudziesięciotysięcznego tłumu. Jest szansa, że pojawi się więcej tych, jakże alegorycznych rodzin z dziećmi. Do zabezpieczenia imprezy zostaną ściągnięte, bo muszą zostać z uwagi na obecność najwyższej rangi oficjeli, oddziały z całego kraju, nawet jeśli będzie to oznaczać wyciąganie funkcjonariuszy z łóżek. Wreszcie, PiS staje przed szansą trwałego przechwycenia obchodów i zmarginalizowania nacjonalistów, co jest istotne nie tyle w kontekście „pożarcia” kolejnego segmentu wyborców, bo przypuszczalnie PiS dla uczestników MN już wcześniej był drugim, po Kukizie wyborem, a raczej zabezpieczenia prawej flanki w obliczu zapowiedzi powołania „polskiego Jobbiku”. To z kolei będzie oznaczać konieczność włączenia bardziej radykalnych pojęć do politycznego wokabularza obozu władzy. Warto zauważyć, że premier Morawiecki ma już na sumieniu pokłony bite przed mogiłami hitlerowskich kolaborantów z Brygady Świętokrzyskiej, o nieustającej apologii NSZ, zaprzeczaniu najbardziej znanym i dogłębnie zbadanym zbrodniom wykletych i przymykaniu oczu na haniebne symbole nie wspominając. Jako przestroga może służyć przykład Ukrainy, gdzie władza państwowa od kilku lat mówi językiem skrajnej prawicy, a ugrupowania ekstremistyczne krytykują rząd jako realna opozycja, zarazem łączy je jednak z władzą (i legitymizuje) wspólnota pewnych wartości.
Oczywiście, takie działanie jest również obarczone sporym ryzykiem. PiS nie ma żadnego narzędzia panowania nad nacjobojówkami poza nadzieją, że te uznają decyzje o organizacji państwowego marszu za pomocną dłoń, a nie to, czym ona jest w istocie, czyli wymuszenie hołdu lennego. Jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, a także, jeśli obiektywy zagranicznych reporterów znów uchwycą rasistowskie transparenty, wówczas odium padnie na organizatorów, a więc tym razem na rząd PiS.
Ludwik Dorn napisał dzisiaj, że ktoś wyjdzie z tego zamieszania poważnie poraniony politycznie. Raczej nie będą to liberałowie, którzy w najgorszym wypadku nie powiedzie się fortel, a aureola antyfaszystki, z którą być może pragnęła zostać zapamiętana HGW nie zaświeci pełnym blaskiem, bo marsz w końcu przejdzie ulicami Warszawy. Jeśli marsz przebiegnie spokojnie, to ran nie odniesie również dobra zmiana, która za to może okazać się, z wymienionych wyżej powodów, największym wygranym tej rozgrywki. Lewica stoi z boku i rzeczy się dzieją niezależnie od niej, jak zwykle zresztą.
Kto zatem może tutaj najwięcej stracić? Nacjonaliści. Bosak, Winnicki i Bąkiewicz mogą zostać cofnięci do stanu posiadania z początku dekady. W ich wątłych i słabo zorganizowanych szeregach dojdzie zapewne do rozłamu – na tych, którzy będą za współpracą i za konfrontacją z PiS. Najgorsze dla nich będzie jednak to, że w kolejnych latach tłumy będą nadal walić na Marsz Niepodległości, który tak znakomicie się udał na 100-lecie niepodległości, a będzie to impreza bazująca na pamięci o ulicznej spontaniczności, lecz w istocie pieczę będzie nad nią sprawować prezes Kaczyński.

Wojna polsko-ukraińska pod banderą pojednania narodowego

Pojednanie polsko-ukraińskie ponad trudną historią to wielkie osiągnięcie wolnej Polski i wolnej Ukrainy. To efekt wysiłków obydwu społeczeństw i zasługa wszystkich ekip rządzących w naszych krajach, także kolejnych prezydentów Polaki i Ukrainy – napisali w Apelu prezydenci Ukrainy Leonid Krawczuk, Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko oraz polscy prezydenci Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski. Wszyscy z nich to byli prezydenci.
„Pojednanie i współpraca pomiędzy Polską i Ukrainą leży w żywotnym interesie obu narodów, ma istotne znaczenie dla przyszłości całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Jest strategicznie ważne dla bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO i UE stojących w obliczu wyzwania, jakim jest agresja na Ukrainę” – argumentowali i dodali:
„Dlatego też z ogromnym niepokojem patrzymy na pojawiające się w ostatnim czasie zjawiska zagrażające pojednaniu i współpracy. Troską napawa nas zwłaszcza narastanie sporów i negatywnych emocji wokół bolesnych doświadczeń w historii wzajemnych stosunków.
Uważamy, ze między innymi ta trudna przeszłość powinna zachęcać współczesnych Polaków i Ukraińców do dalszych wysiłków na rzecz pojednania i współpracy z myślą o lepszej przyszłości naszych narodów i państw. Mnie może my być zakładnikami historii. Musimy uczyć się poszanowani odmiennych wrażliwości historycznych i szukać w przeszłości przede wszystkim tego, co nas łączy. Musimy okazać szacunek mogiłom ofiar dawnych konfliktów polsko-ukraińskich. Niczego z historii nie da się wymazać czy unieważnić, to fakt, lecz nawet najbardziej bolesne doświadczenia można uczynić źródłem wspólnej refleksji z myślą o przyszłych pokoleniach Polaków i Ukraińców”.
I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, piątka prezydentów zaapelowała „o obronę procesów pojednania między naszymi narodami”. Zaapelowali do ”władz państwowych, kościołów, samorządów, organizacji pozarządowych, mediów, środowisk akademickich, do wszystkich zwolenników pojednania, zbliżenia i przyjaźni miedzy naszymi narodami”. Apelowali o „prowadzenie cierpliwego dialogu, przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym i ekstremalnym zachowaniom, o edukacje oparta na prawdzie i rzetelnych źródłach historycznych i na wzajemnym szacunku”.
„Niech pamięć o niewinnych ofiarach dawnych konfliktów polsko-ukraińskich łączy nasze kraje i narody we wspólnej refleksji i wspólnym dążeniu ku przyszłości opartej na współpracy i przyjaźni” – zakończyli . Dla jednych optymistycznie, dla innych prowokacyjnie.
Apel prezydentów zdecydowanie poparł w prorządowym tygodniku „Sieci” profesor Przemysław Żurawski vel Grajewski wpływowy doradca w ministerstwie spraw zagranicznych. Zaapelował o pojednanie z Ukrainą w imię walki ze wspólnym wrogiem, czyli Rosją.
„Każdy rosyjski czołg zniszczony przez Ukraińców w Donbasie nigdy nie pojawi się w Polsce. Gdyby Polska została zaatakowana, dobrze mieć takiego sojusznika u swojego boku”.
Pytany o antypolską działalności Organizacji ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii wyjaśnił, że „Nie ma u nas świadomości, że tradycja OUN-UPA jest tradycją rodzinna w zaledwie 5 z 25 obwodów Ukrainy. Na wschód od dawnej granicy Ii RP jest to świeża publicystycznie powłoczka, rozgrywana dziś politycznie, ale bez głębszego zakorzenienia. Poza tym jest to przede wszystkim tradycja zaciętej partyzantki antysowieckiej. Dla Polaków będzie to zaskoczeniem, ale badania socjologiczne pokazują, że te grupy społeczne, które najmocniej popierają kult OUN-UPA,są zarazem środowiskami żywiącymi najwięcej sympatii do Polski”. I dodaje, że „ w tamtej wyobraźni społecznej UPA to symbol zaciętej walki antysowieckiej. Polska to z kolei symbol odwiecznego oporu przeciw imperializmowi rosyjskiemu. Te dwa elementy nie kłócą się ze sobą, nawet łącza. Nie istnieje natomiast na Ukrainie pamięć o rzezi wołyńskiej, a jeśli gdzieś jest, to nie jest publicznie demonstrowana. To odwrotność tego, z czym mamy do czynienia w Polsce. U nas UPA jest pamiętana wyłącznie w kontekście mordów na Wołyniu i Galicji, ewentualnie walk w Bieszczadach. Nie funkcjonuje natomiast w naszej świadomości jako zaciekła partyzantka antysowiecka”.
Zupełnie inne zdanie wyraził były premier III RP Leszek Miller: „Dwóch byłych polskich prezydentów i trzech ukraińskich wystosowało apel w obronie pojednania Polski i Ukrainy. Autorzy odezwy wnoszą m.in. o prowadzenie stałego, cierpliwego dialogu, o przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym i ekstremalnym zachowaniom, o edukację opartą na prawdzie i rzetelnych źródłach historycznych. Bardzo to piękne tyle tylko, że jednym z sygnatariuszy apelu jest Wiktor Juszczenko, który uczynił kult Stepana Bandery i Romana Szuchewycza oficjalną doktryną państwową. Co więcej były prezydent określił Banderę mianem „świętego” i oświadczył, że nadał mu tytuł Bohatera Ukrainy absolutnie świadomie. Juszczenko, przemawiając niedawno w Warszawie, postawił znak równości między zbrodniczą UPA i Armią Krajową, a były szef ukraińskiego IPN poradził, aby polskie władze, negocjując bolesny problem ekshumacji ofiar ludobójstwa na Wołyniu, czyniły to za pośrednictwem republiki San Escobar.
Do kogo zatem byli prezydenci apelują o przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym, skoro nacjonalizm ukraiński kwitnie u naszych sąsiadów w najlepsze? Kogo mają na myśli, jeśli obecny prezydent Ukrainy w odpowiedzi na nieśmiałe protesty dotyczące rehabilitacji ukraińskich nacjonalistów i faszystów oświadczył: „uznając za bohaterów narodowych UPA i Banderę, Ukraina nie powinna brać pod uwagę krytycznych opinii innych państw, w tym nawet ich oficjalnych protestów i negatywnych reakcji”. Problem z naszymi sąsiadami nie wynika tylko z nierozliczonego i nieosądzonego wojennego ludobójstwa dokonanego na Polakach na Wołyniu, ale przede wszystkim z tego, co czynią dziś. A dziś z ich woli mordercy stają się bohaterami. Byli prezydenci piszą, że nie możemy być zakładnikami historii, ale nie o historię tu chodzi. Idzie o wzorce i wartości, na których wychowywani są młodzi Ukraińcy. O to, że dziedzictwo zbrodniczego nacjonalizmu Bandery, Doncowa i Szuchewycza, tradycje UPA i SS Galizien przy akceptacji ukraińskich przywódców weszło do szkolnych podręczników i staje się wzorcami dla młodego pokolenia. W apelu byłych prezydentów nie ma na ten temat ani słowa. Na szczęście widzą to inni. „Mój przyjaciel Poroszenko powiedział kilka dni temu, że Ukraina to UE i NATO. Na obecną chwilę nie mamy do czynienia ani z jednym, ani z drugim. Wszyscy muszą to wiedzieć” – oświadczył szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
Teraz czekają nas setna rocznica walk polsko-ukraińskich o Lwów i 75 rocznica mordów na Wołyniu. Do pojednania ukraińsko – polskiego wtedy zapewne nie dojdzie. Do tego potrzebne jest też pojednanie polsko – polskie. A tego też nie widać.