Co najchętniej piją młodzi Chińczycy?

Ciągły rozwój chińskiego społeczeństwa, wpływa na poprawę standardów życia Chińczyków, zmieniając również przyzwyczajenie konsumentów. Widać to na szybko rozwijającym się rynku napojów.

Według danych statystycznych w 2018 roku odnotowano na chińskiej internetowej platformie dostarczającej żywność 210 mln transakcji sprzedaży herbaty z mlekiem, znacznie więcej od liczby sprzedanej kawy – jednego z najpopularniejszych napojów na świecie.
Historia herbaty z mlekiem
Herbata z mlekiem w Chinach była już pita ponad tysiąc lat temu. Pierwsze wzmianki o piciu w Chinach tego rodzaju herbaty mówiły o koczownikach z północy pijących „herbatę mleczną z łąk”, którą przyrządzano, mieszając liście herbaty ze świeżym mlekiem i gotując ją z dodatkiem soli. Był to bardzo popularny napój wśród pasterzy żyjących na stepach oraz w wysokich partiach gór.
Herbata została sprowadzona do Europy w XVII wieku. Anglicy lubili dodawać cukier do herbaty i zalewać ją podgrzanym, świeżym mlekiem. Czarna herbata z regionu Assam w Indiach stała się głównym składnikiem tradycyjnej angielskiej herbaty z mlekiem. Zwykle pije się ją do śniadania, podwieczorku lub po kolacji.
Podczas brytyjskiej kolonizacji Hongkongu wraz z Brytyjczykami dotarł do tego miejsca ich sposób przyrządzania i picia herbaty. Herbata pijana z mlekiem w Hongkongu ma ciężki, gorzki smak i jest przygotowywana w skomplikowany sposób, aby zachować mocny esencjonalny smak herbaty.
Również charakterystycznym napojem jest herbata z mlekiem, którą pije się w Azji Południowo-Wschodniej. Popularna w Tajlandii, Malezji, Singapurze i innych krajach regionu herbata z mlekiem za bazę bierze głównie czarną herbatę, do której dodaje się skondensowane mleko, sproszkowany cynamon, gwiazdkowy anyż i inne przyprawy, nadając jej w ten sposób słodki i bogaty smak.
Współczesny rynek herbaty z mlekiem w Chinach
W chińskich miastach wiele osób po raz pierwszy zetknęło się z herbatą mleczną, pijąc w latach 90. XX wieku tzw. „herbatę bąbelkową”. Herbata bąbelkowa, znana była również pod innymi nazwami jako herbata z mlekiem perłowym, herbata z mlekiem bąbelkowym lub herbata boba z bąbelkami. Sposób przyrządzania tej herbaty został wymyślony na Tajwanie, polegał on na dodaniu do herbaty z mlekiem małych kulek zrobionych z mąki z tapioki. Wystarczyło pół roku, aby napój ten stał się bardzo popularny na rynku kontynentalnych Chin. Jednak ówczesny napój nie zawierał ani prawdziwego mleka, ani naturalnej herbaty, zamiast tego składał się z bezmlecznej śmietanki i herbaty w proszku. Na początku XXI wieku, pojawiły się pewne negatywne informacje z rynku producentów herbaty z mlekiem, które doprowadziły do dużych zmian w tej branży.
Po 2010 roku herbata z mlekiem stopniowo wracała do swoich korzeni i istoty, czyli do naturalnego mleka i herbaty. Niektóre sieci sklepów, w których sprzedano napoje herbaciane, do przygotowania tego napoju używają czystego lub świeżego mleka, a do wyboru jest wiele gatunków herbat o różnych smakach. Często używa się specjalnych maszyn parzących herbatę, by stała się ona jeszcze bardziej esencjonalna. Niektóre herbaciarnie stosują nawet technikę spieniania mleka podobną jak przy podawaniu kawy i w ten sposób serwują herbatę z mlekiem. „Ulepszanie” herbaty z mlekiem nie tylko przejawia się w doborze różnych surowców, ale także bezpośrednio przekłada się na wygląd miejsc, gdzie serwowane są napoje herbaciane. Zamiast skromnego okienka serwującego napoje na wynos, zainwestowano miliony juanów i miejsca te stały się bardziej nowoczesne i przyjazne dla konsumenta.
Dlaczego herbata z mlekiem jest tak popularna?
Według danych chińskiej platformy internetowej dostarczającej żywność w latach 2018-2020 zanotowano znaczny wzrost liczby sklepów serwujących kawę i napoje herbaciarne. Liczba sprzedawców kawy wzrosła 3-krotnie, natomiast zanotowano ponad 6-krotny wzrost liczby sprzedawców napojów herbacianych. Herbata z mlekiem, która obecnie w Chinach jest bardzo popularna, to trend, który pojawił się około 2015 roku. Napój przyrządzany jest z naturalnych składników, takich jak wysokiej jakości herbata, świeże mleko i świeże owoce, często serwuje się bardziej zróżnicowane kombinacje baz herbacianych i dodaje różnego rodzaju inne składniki. Można spróbować: zwykłej herbaty z mlekiem, herbaty owocowej, herbaty z mlekiem i owocami itp.
Dlaczego herbata z mlekiem jest tak popularna? Przede wszystkim należy podkreślić długoletnią kulturę herbacianą w Chinach. Herbata zawsze była najpopularniejszym napojem spożywanym przez chińskich konsumentów i pomimo tego, że rynek kawy w Chinach w ostatnich latach gwałtownie się rozwinął, spożycie w Chinach herbaty jest nadal znacznie większe niż kawy. Wielkość rynku nowych napojów herbacianych, które są innowacyjne, ale oparte na tradycyjnej chińskiej kulturze herbacianej, wzrosła o 280 proc. w latach 2015-2019. Dla porównania, w tym samym okresie na rynku tradycyjnej herbaty zanotowano 42 proc. wzrost, a na rynku kawy tylko 26 proc.
Konsumentami napojów herbacianych w nowym stylu są głównie ludzie młodzi. Od końca XX wieku do chwili obecnej Chińczycy urodzeni w latach 90-tych i na początku XXI wieku byli główną grupą konsumencką tego typu napoju. Stanowili oni blisko 70 proc. wszystkich pijących. Rynek konsumentów jednak cały czas się rozrasta.Marki napojów herbacianych stają się modne, dobrze jest pokazać w towarzystwie, że pije się ten rodzaj napoju, często stają się one gorącymi tematami w chińskich mediach społecznościowych, takich jak Weibo i Douyin. Na przykład podczas epidemii Covid-19 hasztag Weibo „Chcę pić herbatę z mlekiem” odznaczono prawie 100 mln razy. Młodzi konsumenci dzielą się na portalach społecznościowych i platformach internetowych krótkimi filmami reklamującymi różnego rodzaju herbaty z mlekiem.
Rozwój w Chinach handlu elektronicznego i rynku zamawiania żywności w internecie wykształcił wśród konsumentów napojów herbacianych nowe nawyki konsumpcyjne. Gdy wybuchła epidemia Covid-19 drastycznie spadła liczba klientów odwiedzających punkty serwujące napoje herbaciane, a wzrosły obroty sprzedaży w sieci. Wiele firm podążając za trendem online, przeniosło się do sieci oferując dostawę napojów na wynos. Wzrosło również wykorzystanie mediów społecznościowych do działań promocyjnych w celu przyciągnięcia większej ilości konsumentów.
Nie porzucono jednak całkowicie stacjonarnych punktów serwujących herbatę, które wśród młodych ludzi pełnią również funkcję społeczną. W centrach handlowych w chińskich miastach wszędzie można znaleźć punkty z herbatą mleczną. Firmy ze średniej i wyższej półki wykorzystują punkty serwujące napoje herbaciane jako ważny nośnik szerzenia popularności i kultury marki. W ostatnich latach obserwowane jest nieustanne przeobrażanie się tych punktów, których nowoczesny styl i wystrój można porównać do punktów sieci Starbucks, czy innych kawiarni sieciowych. Miejsca te często wybierają młodzi ludzie, aby odpocząć podczas zakupów i spotkać się z przyjaciółmi.
Z perspektywy makro, rosnący dochód na głowę chińskiego mieszkańca żyjącego w mieście zwiększył jego siłę nabywczą i pobudził konsumpcję. Wpływa to na przemysł napojów herbacianych. Cena herbaty z mlekiem ze średniej lub wysokiej półki waha się od 16 juanów (9 złotych) do 35 juanów (prawie 20 złotych), to prawie ponad dwukrotny wzrost w porównaniu z początkiem XXI wieku.
Dylemat branży
Chociaż napoje herbaciane są bardzo popularne, zwłaszcza wśród młodych ludzi, a rynek nowych napojów herbacianych przekroczył 100 mld juanów (58 mld złotych) w 2020 roku, branża charakteryzuje się niskimi barierami wejścia, wysoką konkurencyjnością i wyjątkowo niskim wskaźnikiem przetrwania. Według danych statystycznych z końca listopada 2020 r. łączna liczba chińskich firm działających na rynku herbacianym przekroczyła 300 tys., z czego ponad 130 tys. zostało zamkniętych, zlikwidowanych lub zawieszonych, co stanowi aż 43 proc. rynku.
Wpływ na to miał zapewnie wybuch epidemii Covid-19, kiedy zamknięto wiele przedsiębiorstw, ale z drugiej strony główne marki na rynku, takie jak Hey Tea, Nayuki i Modern China Tea Shop, zanotowały gwałtowny rozwój i stały się jeszcze bardziej rozpoznawalne. Od 2018 do 2020 r. wzrosła liczba punktów tych trzech marek odpowiednio o 606, 487 i 256 nowych miejsc. Zaznaczyć trzeba, że Modern China Tea Shop jest jedyną z tych trzech marek, która działa tylko w prowincjach Hunan i Hubei i nie posiada swoich punktów w innych rejonach Chin. Te topowe marki są obecne głównie w największych chińskich metropoliach i miastach oraz rozszerzają swoją ekspansję poprzez tworzenie submarek i wchodzenie do większej ilości miast.
Herbata z mlekiem i kawa w przyszłości staną się dwoma najważniejszymi napojami na rynku spożycia napojów w Państwie Środka. W przeciwieństwie do kawy, krótki czas rozwoju rynku nowych napojów herbacianych oraz brak standardów i norm branżowych to wąskie gardła, które ograniczają dalszy rozwój tej branży. W przyszłości firmy działające na rynku nowych napojów herbacianych muszą wykreować markę, która zagwarantuje jakość oraz stworzy efekt skali i będzie odporna na różnego rodzaju ryzyka.

Kogo skrzepi podatek cukrowy?

Andrzej Duda wygrał wybory, więc PiS już nie musi odkładać ustaw, bijących Polaków po kieszeni.

Z początkiem 2021 r. wchodzi w życie podatek cukrowy. PiS wymyślił go już w 2019 r. ale nowy podatek wywołał sprzeciw w branży rolno-spożywczej, więc ze względu na wybory, wstrzymano prace nad ustawą mającą go wprowadzić. Jarosław Kaczyński nie chciał bowiem tracić głosów pracowników branży (i ich rodzin).
Wybory już za nami, o głosy wyborców nie trzeba się martwić, więc ustawę sfinalizowano (przy sprzeciwie Senatu), a prezydent podpisał ją 27 sierpnia. Podatek cukrowy ma ratować pękający w szwach budżet państwa. Wprowadzony będzie pod pretekstem „promocji prozdrowotnych wyborów konsumentów”, a oficjalna propaganda głosi, że ma on zmienić nawyki żywieniowe Polaków (ponoć żeby pili mniej słodkich napojów).
Ustawa zakłada wprowadzenie opłaty od napojów słodzonych, podzielonej na część stałą i zmienną. Opłata stała to 50 gr za litr napoju z dodatkiem cukru lub substancji słodzącej, oraz dodatkowo 10 gr za litr napoju z dodatkiem substancji aktywnej (kofeina lub tauryna). Opłata zmienna to 5 gr za każdy gram cukru powyżej 5 gram/100 ml. Planowanym pierwotnie terminem wejścia w życie ustawy był 1 lipca 2020 roku, ale PiS zrezygnował z tej daty, żeby nie zmniejszyć szans Andrzeja Dudy w wyborach odbywających się 12 lipca.
Ważnym elementem nowego podatku są wysokie kary. W przypadku niedokonania wspomniaych opłat w terminie, naczelnik urzędu skarbowego będzie zobowiązany ustalić, w drodze decyzji, dodatkową opłatę (tzw. opłatę sankcyjną) na rzecz państwa.
O rezygnację z podatku cukrowego od miesięcy apelowali przedsiębiorcy z branży rolno-spożywczej. Wskazywali między innymi, że jego przyjęcie spowoduje katastrofalne skutki dla przedsiębiorców i branży spożywczej, w niełatwej już rzeczywistości gospodarczej spowodowanej COVID-19. Przekonywali, że na skutek nowej daniny pracę może stracić kilkanaście tysięcy ludzi.
Przekonywali bezskutecznie, a jedynym wynikiem ich protestów była decyzja PiS, że ustawa zostanie sfinalizowana już po wyborach, by nie szkodzić Andrzejowi Dudzie. Jeśli przedstawiciele branży mieli nadzieję, że PiS rzeczywiście ich wysłuchał i zrezygnował z podatku, to wykazali się duża naiwnością.
„Podatek cukrowy uderzy w wyniszczoną kryzysem branżę spożywczą, odchudzi portfele obywateli, a przede wszystkim zostanie uchwalony z naruszeniem elementarnych zasad legislacji. Prace nad podatkiem cukrowym trwały od grudnia ubiegłego roku i ostatecznie wstrzymane zostały na okres kampanii wyborczej. W trakcie kampanii Pana sztab deklarował, że jest Pan jedynym gwarantem powstrzymania wejścia w życie kolejnych podatków. Wielu przedsiębiorców odebrało tę deklarację jako zapowiedź, że pomysł podatku cukrowego już nie wróci” – tak pisali do Andrzeja Dudy przedsiębiorcy zrzeszeni w Polskim Towarzystwie Gospodarczym. Dziś dobrze widać, jak skutecznie zostali nabici w butelkę przez rządzących.
Przedsiębiorcy wskazywali, że dyskryminacja polskich producentów jest wpisana w samą konstrukcję podatku cukrowego. Nie zachęca on do zmian receptur na niskocukrowe, a wysoka opłata stała sprawia, że najsilniej dotknięci zostaną producenci napojów konkurujący ceną z globalnymi koncernami. Ich przewaga zostanie zlikwidowana i stracą klientów na rzecz zagranicznych graczy. Podatek cukrowy uderzy zaś w najuboższą cześć społeczeństwa, która boleśniej niż zamożniejsze grupy obywateli odczuje skutki podwyżek – bo producenci oczywiście będą chcieli przerzucić nowe opłaty na konsumentów.
Wytykano również pozorny tylko efekt prozdrowotny tego rozwiązania, podkreślając, że po jego wprowadzeniu spożycie cukru może wzrosnąć (jak stało się np. w Wielkiej Brytanii). Zwracano uwagę, że jedynym realnym rezultatem podatku będzie oddanie części rynku napojów na rzecz zagranicznych koncernów.
W konsekwencji, przedstawiciele branży prosili, aby prezydent: „z całą mocą wykorzystał swoje prerogatywy” i skierował podatek cukrowy do zbadania przez Trybunał Konstytucyjny, bo „tylko w ten sposób może Pan przerwać chaos związany z wprowadzaniem nowych obciążeń w sposób skrajnie nieprzejrzysty i niezgodny z przepisami”.
Ta niezgodność z przepisami polega na tym, że rząd zmienił datę wejścia w życie podatku zapisaną w poprzednim projekcie. Aby to zrobić, musiał znowelizować ustawę, gdy była ona cały czas na etapie prac sejmowych. Taka nowelizacja ustawy jeszcze nieistniejącej jest łamaniem procedur legislacyjnych, ale PiS nie takie procedury i zasady już łamał.
Do Andrzeja Dudy apelowali też poszczególni, więksi producenci, jak np. Jan Kolański,
prezes krajowej grupy Colian. Pisał on: „Panie Prezydencie, jako reprezentant branży napojowej, mając na uwadze losy polskich przedsiębiorców, ale także zdrowie Polaków, apeluję do Pana o zorganizowanie otwartej debaty w sprawie ustawy cukrowej. Jeszcze nie jest za późno!. Rozpocznijmy dialog! Spotkajmy się, by wspólnie znaleźć odpowiedź na pytanie, jak dobrze skonstruować ustawę cukrową, by realnie realizowała dwa cele: zapewniła wpływ środków do budżetu na walkę z otyłością i cukrzycą, a nam – przedsiębiorcom, dała możliwość ocalenia dorobku wielu lat przed bankructwem. Zasiądźmy do stołu. Powołajmy radę ekspertów. Zaprośmy do niej specjalistów: dietetyków, diabetologów, kardiologów, polityków, ekonomistów, prawników. Oddajmy głos przedsiębiorcom z branży napojowej, sokowej, mlecznej, producentom energetyków, browarom. Określmy wysokość podatku na poziomie akceptowalnym dla wszystkich. Nie róbmy podziałów na lepszych i gorszych. Zadbajmy o edukację prozdrowotną, programy dla dzieci w zakresie zdrowego trybu życia, odżywiania, aktywności fizycznej. Panie Prezydencie, to są argumenty, które przemawiają za tym, by przeprocesować ustawę cukrową ponownie w sposób, który przyniesie zamierzony efekt prozdrowotny, a nie tylko fiskalny, skądinąd wątpliwy, ponieważ firmy, które zbankrutują na skutek podatku, przecież nie będą kontrybuować we wpływach do budżetu. Wierzę, że głos przedsiębiorców w końcu zostanie usłyszany i rozpoczniemy dialog społeczny. Doprowadźmy do wprowadzenia efektywnej ustawy prozdrowotnej, która umożliwi rozwój przedsiębiorcom i da nam wszystkim możliwość realnej walki z otyłością i cukrzycą”.
Jak już wiadomo, wszelkie argumenty i apele branży nie wpłynęły na Andrzeja Dudę. Głos przedsiębiorców nie został wysłuchany, ustawa nie została zmieniona, żadnego dialogu, rady ekspertów czy otwartej debaty nie było. Będzie za to nowy podatek.
Polacy spożywają około 51 kg cukru rocznie. Producenci napojów słodzonych, którzy będą płacić podatek cukrowy, dostarczają im około 10 kg cukru. W ostatnich latach konsumpcja cukru stopniowo spadała mimo braku podatku – w 2019 r. zmniejszyła się o 2,5 kg.
Warto też dodać, że przy okazji uchwalania podatku cukrowego wprowadzono zmiany dotyczące małpek – czyli niewielkich butelek wódki i wina, które w ostatnich latach bardzo zasłużyły się na polu upijania Polaków. Uchwalono, że firmy sprzedające małpki w sklepach (czyli przedsiębiorcy sprzedający napoje alkoholowe przeznaczone do spożycia poza miejscem sprzedaży) muszą wnosić opłatę za butelki o objętości nie przekraczającej 300 ml. Będzie to 25 zł od litra stuprocentowego alkoholu, co przykładowo oznacza 1 zł od 100 ml małpki wódki 40-procentowej, 2 zł od 200 ml małpki wódki 40-procentowej i 88 gr od 250 ml małpki wina 14-procentowego.
Tak więc, Polacy najprawdopodobniej przerzucą się na rozpijanie normalnych, dużych, co najmniej półlitrowych flaszek, jak pan Bóg przykazał.

Nikomu nie będzie słodko

Prezydent Duda na podpisaniu ustawy o opłacie cukrowej może wyjść jak Zabłocki na mydle.

Wybory prezydenta traktowane są przez wszystkie główne siły polityczne jako plebiscyt za lub przeciw obecnemu obozowi władzy. Dlatego tenże obóz, zgodnie z logiką politycznych kampanii, powinien unikać ruchów, które zniechęcą do niego jakąkolwiek grupę społeczną.
W tym kontekście, należy dziwić się uporowi, z jakim wbrew krytyce ekspertów, przedsiębiorców i środowisk rolniczych, rząd i parlamentarna większość forsują ustawę, nakładającą kolejne podatki: tzw. ustawę o opłacie cukrowej – ocenia Instytut Staszica w analizie, poświęconej możliwemu wpływowi „podatku cukrowemu” na preferencje wyborcze Polaków. I wskazuje, że w związku z tym, nie jest wykluczone, że o wyborach prezydenckich w Polsce może rozstrzygnąć „efekt motyla”.
W tej chwili ustawa została przyjęta przez Sejm i zajmuje się nią Senat. W „izbie refleksji” jest szansa na rzeczywistą refleksję nad tą regulacją. Jak dotychczas żaden z istotnych postulatów ekspertów i producentów nie zyskał uznania rządzącej większości. Przesunięcie vacatio legis o trzy miesiące, przedstawiane jako wielkie ustępstwo, to jedynie efekt niepewności, czy proces legislacyjny dobiegnie końca przed 1 kwietnia, kiedy to pierwotnie miała wejść w życie rzeczona ustawa.
Od momentu zaprezentowania projektu wspomnianej ustawy (już kilka razy modyfikowanego) na ten temat wypowiadali się eksperci – w zdecydowanej większości krytycznie.
Wracając do wyborów prezydenckich: kluczowa zatem będzie mobilizacja wyborców, skłonnych do poparcia kandydata obozu władzy bądź kandydata opozycji. Każda decyzja szeroko pojętej władzy, którą określona grupa wyborców odczuje jako naruszającą jej podstawowe interesy, może przyczynić się do obniżenia frekwencji na niekorzyść kandydata popieranego przez obóz rządzący. – zauważa Instytut Staszica.
Wszystko wskazuje na to, że kluczowymi w rozpoczynającej się kampanii tematami będą kwestie związane z portfelami Polaków. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w styczniu 2020 r. odnotowano wzrost cen w rocznym stosunku 4,4 proc. – to najwięcej od grudnia 2011 r. Nie wszyscy Polacy większe wydatki mogą zrekompensować większymi dochodami. Nadchodzące – zdaniem ekonomistów, w drugiej połowie tego roku – wyraźne spowolnienie gospodarcze, spowoduje zmniejszenie optymizmu Polaków. To rozczarowanie w części uderzy w rządzącą większość.
W świetle tych danych logika nakazuje niepodejmowanie działań, które zwiększą odczuwalny wzrost cen – niezależnie, jak szlachetne byłoby uzasadnienie. Opłata cukrowa, wyjaśniana troską o zdrowie Polaków, jest właśnie podatkiem, który obciąży konsumentów. W dodatku, na co zwracają uwagę krytycy ustawy, podatek dotyka tylko wybranych producentów dosładzanej żywności, co trudno logicznie uzasadnić – wskazuje ekspertyza Instytutu Staszica zamieszczona w Kurierze365.pl. Konsumenci, czyli ogół wyborców, to jedna z grup, która odczuje finansowe skutki regulacji. Uderzy ona bowiem w setki polskich firm z branży rolno-spożywczej, w plantatorów buraka cukrowego, w rolników i sadowników.
Uderzy również we właścicieli małych sklepów. Co gorsza, uderzy nagle, bowiem nie dano czasu na przygotowanie się do jej skutków choćby do końca bieżącego roku. Założone (czas pokaże, czy rzeczywiste) wpływy z tytułu nowego podatku mogą okazać się śmiesznie niskim zyskiem w porównaniu z polityczną ceną, jaką może zapłacić obóz rządzący. Pytania, dlaczego do walki z nadmiernym spożyciem cukru przystąpiono bez przygotowań, wycinkowo, preferując w dodatku branżę piwną? – pozostają bez odpowiedzi. Eksperci obozu rządzącego i sztab prezydenta Andrzeja Dudy powinni uważnie przeanalizować argumentację opozycji, podnoszoną podczas prac nad tym projektem. Będzie ona bowiem wykorzystywana w kampanii – i w mediach, i podczas bezpośrednich spotkań z mieszkańcami. Oto najważniejsze z tych argumentów:
Ustawa, prezentowana jako prozdrowotna, jest tak naprawdę ustawą fiskalną, której głównym celem jest pozyskanie dochodów dla budżetu państwa. Przyznano to pośrednio w uzasadnieniu, wskazując, że regulacje – nominalnie mające zmniejszyć spożycie cukru – przyniosą stały dochód. A zatem, sam projektodawca przyznaje, że zakładane , zdrowotne skutki regulacji się nie ziszczą. Opłata cukrowa to – według wyliczeń opozycji – czterdziesty pierwszy podatek od 2015 r; stoi to w sprzeczności z zapewnieniami rządu na temat obniżania obciążeń fiskalnych i upraszczania systemu podatkowego.
Strona rządowa unika ą dyskusji o możliwych skutkach dla przedsiębiorców. Najczęściej pada tyleż niekonkretny, co bezpodstawny argument, że „branża sobie poradzi” – wbrew analizom samej branży. Tryb procedowania ustawy, jej geneza, nagłe i kilkakrotne zmiany w projekcie budzą, zdaniem opozycji, zastrzeżenia co do transparentności procesu legislacyjnego; i parlamentarzyści, i przedsiębiorcy krytykowali tryb pospiesznych konsultacji w Ministerstwie Zdrowia, których nie można było rejestrować.
Wycinkowa regulacja, uderzająca w producentów napojów, jest na rękę branży piwnej. Piwo stanie się jednym z najmniej obciążonych podatkami napojów – co w kontekście zrównywania się sprzedaży piwa ze sprzedażą wody butelkowanej – budzi obawy o sens prowadzonej polityki antyalkoholowej; ta sytuacja zwiększy też preferencje dla piwa wobec innych napojów alkoholowych – chociaż logika przemawiałaby za równie poważnym podejściem do potencjalnych zagrożeń, spowodowanych spożywaniem każdego rodzaju alkoholu. Jak pokazała dyskusja w parlamencie, zwolennicy ustawy nie dysponują rzeczowymi kontrargumentami. Powołują się raczej na pozytywną ocenę regulacji przez polskie i międzynarodowe gremia oraz na społeczne oczekiwania w zakresie polityki prozdrowotnej państwa. W bezpośredniej dyskusji kampanijnej, takie unikanie polemiki może przynieść szkody rządzącym.
W ocenie ekspertów Instytutu Staszica, zamieszczonej w Kurierze365pl, forsowane rozwiązania niosą groźbę demobilizacji dotkniętego ustawą elektoratu z mniejszych miast i wsi. Nierealne jest, by konserwatywni, przywiązani do wartości chrześcijańskich wyborcy w dużej części poparli kandydata liberalnego, ale mogą w ogóle nie wziąć udziału w wyborach – a przyczynić się do tego może opłata cukrowa. Jeśli zestawić to z wielce prawdopodobną wysoką frekwencją w wielkich miastach, tradycyjnie nieprzychylnych PiS-owi, to może to zaważyć na wyniku wyborów. Dodać należy, że umiejętne wykorzystanie słabości ustawy może pomóc kandydatce Koalicji Obywatelskiej zwiększyć poparcie w części mniejszych ośrodków miejskich (gdzie mieszczą się np. małe, polskie zakłady spożywcze, które odczują skutki wprowadzenia opłaty cukrowej). Otoczenie głowy państwa winno analizować potencjalne skutki procedowanego projektu – z przyczyn kampanijnych oraz z tego powodu, że to prezydent zdecyduje, czy złożyć swój podpis pod ustawą. Procedura legislacyjna jest na zaawansowanym etapie, już w Senacie. Czy obóz władzy ma jeszcze szansę naprawić popełnione błędy? Zdaniem Instytutu Staszica, owszem.
Po pierwsze, można postąpić tak, jak w przypadku matrycy VAT, nad którą debatowano rok temu. Z powodu rozwiązań uderzających w rolników, sadowników i polskich producentów napojów z sokiem, wycofano projekt z Sejmu i skierowano go do parlamentu ponownie, po wprowadzeniu istotnych poprawek. Warto zrobić to także teraz. Warto też, w dialogu z przedsiębiorcami i ekspertami od zdrowia, opracować nową, całościową ustawę – faktycznie prozdrowotną, a nie podatkową.
Po drugie, jasne stanowisko powinien zająć prezydent. To szansa, by pokazał, że słucha głosu przedsiębiorców i, wbrew zarzutom opozycji, potrafi zakwestionować decyzje partii rządzącej. Przedsiębiorcy, rolnicy, sadownicy czekają na ustosunkowanie się do ich argumentów i na uspokajający przekaz.
Po trzecie, rząd powinien zainwestować w kampanię społeczną, propagującą wybór zdrowszej żywności. Bez takiej kampanii każde rozwiązanie, nakładające obciążenia na produkty z dodatkiem cukru, zostanie odebrane jako represja wobec konsumentów. W tym samym czasie, kiedy procedowana jest ustawa „karząca” konsumentów za kupno np. nektaru z polskich owoców, politycy PiS wyśmiewają pomysły wprowadzenia podatku od mięsa. A przecież filozofia obu rozwiązań jest identyczna – i „prozdrowotne” uzasadnienie również.
I zdrowie Polaków, i ich pieniądze to zbyt ważne kwestie, by regulować je w sposób chaotyczny, pospieszny, mało przejrzysty.

Podatek nie krzepi

Podatek cukrowy jest szkodliwy dla krajowej gospodarki, polskich sadowników i rolników.
Nałożenie opłaty wyłącznie na napoje promuje pośrednio słodycze i piwa smakowe kosztem branży napojów bezalkoholowych – ocenia Krajowa Unia Producentów Soków. Konstrukcja opłaty, jaka znalazła się w projekcie ustawy cukrowej uderza w branżę nektarów i napojów owocowych. Tym samym wprowadza w błąd opinię publiczną, przekonywaną o prozdrowotnym charakterze ustawy. Stowarzyszenie jest przeciwne opłacie cukrowej na nektary oraz napoje owocowe – i apeluje do parlamentu o „całkowite zaniechanie prac nad tą ustawą”.
„Projekt ustawy cukrowej, której celem jest promocja prozdrowotnych wyborów konsumentów jest szkodliwy dla polskiej gospodarki, a szczególnie dla sadownictwa. Nie zgadzamy się z propozycją Ministerstwa Zdrowia odnośnie zaproponowanej konstrukcji opłaty na nektary oraz napoje owocowe, zawierające minimum 20 proc. składu z naturalnych owoców i warzyw. Zwracamy uwagę, że ustawa nie nakłada opłaty na słodycze czy inne kategorie napojów – jak słodzone piwa smakowe. Branża soków i wiodące organizacje rolnicze, związane z produkcją owoców w Polsce wyrażają swój zdecydowany sprzeciw wobec takiego wyłączenia. To dyskryminacja polskiej branży napojowej i nieuzasadnione promowanie słodyczy i piw smakowych” – wskazuje Julian Pawlak, prezes Krajowej Unii Producentów Soków. Jak dodaje, zaproponowane przez rząd rozwiązania, zwłaszcza dotyczące wysokości i sposobu naliczania opłaty cukrowej, będą mieć nieodwracalne, negatywne skutki ekonomiczne dla polskiej gospodarki. Oznaczają zmianę struktury polskiego sadownictwa i branży sokowniczej. Uderzą w rolników zajmujących się uprawą buraka cukrowego oraz sadowników dostarczających swoje surowce głównie na potrzeby przetwórstwa i produkcji napojów owocowych.
Według wyliczeń KUPS, w wyniku objęcia opłatą nektarów oraz napojów owocowych i warzywnych, zawierających minimum 20 proc. owoców i warzyw, kilkadziesiąt tysięcy ton owoców krajowych nie zostanie zagospodarowanych. Wprowadzenie podatku cukrowego doprowadzi do likwidacji kilku tysięcy miejsc pracy. W trudnej sytuacji znajdą się polskie firmy małe i średnie. Opłata cukrowa będzie szczególnie dotkliwa dla producentów napojów i nektarów oraz sadowników zajmujących się uprawą jabłek i owoców miękkich (jak czarna porzeczka, aronia czy wiśnia). Z uwagi na wysoką kwasowość takich owoców, nie można wyprodukować soku 100 proc. bez dodatku cukru – taki produkt nie nadawałby się do picia. Nektar z czarnej porzeczki, będący tradycyjnym produktem polskiego przemysłu owocowo-warzywnego, w wyniku dodatkowego opodatkowania może stracić swoją pozycję rynkową. Ten sam problem dotyczy większości nektarów z owoców krajowych.

Dolce vita władzy

Rząd PiS nakłada kolejny podatek, tym razem „cukrowy”, wprowadzany pod obłudnym pretekstem „polityki prozdrowotnej” państwa. Tradycyjnie, biedniejsi oberwą bardziej po kieszeni.

Ministerstwo Zdrowia przygotowało projekt ustawy, który – pod obłudnym pretekstem troski o stan zdrowia Polaków – przewiduje wprowadzenie dodatkowych obciążeń podatkowych z tytułu sprzedaży napojów zawierających cukier lub inne substancje słodzące. A także opodatkowanie reklamy suplementów diety oraz sprzedaży napojów alkoholowych w opakowaniach o niewielkiej pojemności („małpkach”).
Te nowe ciężary finansowe nałoży na obywateli „nowelizacji niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów”.
Budżet potrzebuje kasy
Najwięcej kontrowersji budzi pierwsza z propozycji, dotycząca sprzedaży napojów zawierających cukier lub substancje słodzące. Eksperci wskazują, że analogiczne rozwiązania zastosowane w innych państwach nie przyniosły oczekiwanego efektu w postaci poprawy stanu zdrowia społeczeństwa, w tym w szczególności zredukowaniu odsetka osób otyłych.
Podobne podatki wprowadzono na Węgrzech, Mauritiusie, Filipinach, we Francji, w Meksyku, Wielkiej Brytanii, Irlandii, RPA, Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz w niektórych miastach w Stanach Zjednoczonych.
– Istnieją badania wskazujące na minimalne zmniejszenie spożycia opodatkowanych produktów, jednak regulacje okazują się nieskuteczne w sensie ich wpływu na zdrowie publiczne. W Wielkiej Brytanii spożycie cukru nawet wzrosło, mimo wprowadzenia daniny, nie ma też udowodnionego wpływu regulacji na zmniejszenie skali otyłości – mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.
Zgodnie z projektem nowelizacji, do ceny każdego napoju zawierającego cukier czy substancje słodzące, zostanie doliczona opłata stała, wynosząca 50 groszy za litr, bez względu na stopień zasłodzenia.
Jeśli natomiast napój zawiera powyżej 5 gramów cukru czy substancji słodzących na 100 mililitrów, trzeba będzie doliczyć dodatkowo po 5 gr za każdy gram słodyczy.
Jak wskazuje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, nie ma dowodów na skuteczność takich regulacji podatkowych, a ich celem jest wyłącznie uzyskanie dodatkowych środków dla budżetu.
Zabrać jak najwięcej
Nie od 2022 roku, jak pierwotnie zapowiadał rząd PiS, lecz już od kwietnia 2020 r. ma w Polsce obowiązywać ów podatek cukrowy. Jego nałożenie – oraz przyśpieszenie – jest spowodowane potrzebami budżetu, trzeszczącego w szwach.
Problemem nie jest tylko wcześniejszy termin. Zmian w stosunku do pierwotnie zapowiadanej regulacji jest więcej – opodatkowana ma nie być już „nadmierna ilość cukru” w produkcie, lecz jakakolwiek zawartość cukru lub innych substancji słodzących w napoju. Niezmienny pozostaje natomiast cel regulacji, który jest oczywiście fiskalny. Takie są podstawowe elementy stanowiska Związku Przedsiębiorców i Pracodawców w sprawie podatku cukrowego, przedstawione 17 stycznia 2020 r.
– Tytuł projektu nowelizacji jest mylący, bo sugeruje że wspiera on jakkolwiek prozdrowotne wybory konsumentów – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP – Tymczasem oczywiste jest, że chodzi tylko o zebranie kilku dodatkowych miliardów złotych wpływów do budżetu. Używanie w treści projektu słowa „opłata” nie zmienia faktu, że zakłada on wprowadzenie do polskiego systemu trzech nowych podatków, i to trzeba z całą mocą podkreślić. Podatki powinny bowiem wchodzić w życie 1 stycznia, a więc w tym przypadku najwcześniej 1 stycznia 2021 roku – dodaje. Niezależnie od merytorycznej oceny zawartości projektu, wątpliwości budzi również tryb jego procedowania, a zwłaszcza krótki czas konsultacji.
– Tekst projektu został opublikowany zaraz przed Bożym Narodzeniem, mimo że jeszcze kilka tygodni wcześniej zapowiedziano wprowadzenie podatku cukrowego na 2022 rok – podkreśla Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Na konsultacje przeznaczono tylko 21 dni, obejmujących tradycyjnie urlopowy okres świąteczny i noworoczny. Zakres regulacji również różni się znacznie od tego, który był komunikowany jeszcze na początku grudnia. Przedsiębiorcy mają pełne prawo czuć się zaskoczeni tak gwałtownym działaniem ustawodawcy.
Przedstawiciele ZPP i PFPŻ odnosząc się do enuncjacji medialnych Ministerstwa Zdrowia, stwierdzili jednocześnie, że wbrew twierdzeniom władz tego resortu, nie ma zgody co do proponowanych rozwiązań. Utrzymują one bowiem nieproporcjonalnie w stosunku do siły nabywczej polskiego konsumenta wysoki poziom podatku oraz nie wspierają prozdrowotnych innowacji produktowych.
Podatek cukrowy krzepi?
Przedsiębiorcy wskazują, że nie ma żadnych dowodów na prozdrowotne skutki wprowadzenia podatku cukrowego. Zamiast niego potrzebne jest kompleksowe podejście oparte na uzgodnionych zmianach składu szeregu napojów oraz szerokiej edukacji konsumentów. Wtedy będzie można liczyć na właściwe wsparcie dla rzeczywistej, a nie fikcyjnej, polityki prozdrowotne prowadzonej jakoby przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. To jednak tylko nadzieje, wyjątkowo zresztą płonne. Rzecz w tym, że PiS-owscy prominenci doskonale przecież wiedzą, że ta podwyżka cen słodzonych trunków nie jest przecież wyrazem jakiejkolwiek polityki prozdrowotnej. Rząd PiS żadnej takiej polityki nie prowadzi, a nowy podatek ma na celu wyciągnięcie kolejnych miliardów złotych z kieszeni obywateli.
Najbardziej stracą na tym ci mieszkańcy naszego kraju, którzy nie ograniczają spożycia cukru – a tak się składa, że te gorsze nawyki żywieniowe są bardziej utrwalone wśród mniej zamożnych rodaków. Najgorszą wiadomością dla obecnej ekipy byłoby to, gdyby Polacy zaczęli rzeczywiście konsumować mniej napojów słodzonych. Podważyłoby to cały sens nakładania podatku cukrowego.

Co wypije Polak po podwyżce?

Optymiści (czyli resort finansów) uważają, że po wzroście VAT-u na napoje owocowe zwiększy się konsumpcja soków. Pesymiści (producenci napojów owocowych) są zdania , że zaczniemy pić coraz więcej niezbyt zdrowych gazowanych słodkich trunków.

Ponad 22 mld zł wynosi obecnie wartość polskiego rynku soków, nektarów i napojów owocowych, z tendencją wzrostową. W przyszłym roku może on urosnąć do 24 mld złotych.
Najlepiej sprzedającym się produktem z tej grupy jest woda mineralna, drugie miejsce zajmują rozmaite napoje gazowane, zaś trzecie, soki, nektary i napoje owocowo-warzywne. Wartość tej ostatniej części rynku to ok. 5,9 mld zł. Z tej kwoty połowę (czyli niespełna 3 mld zł) stanowią napoje owocowe i owocowo-warzywne. I o ich opodatkowanie toczy się właśnie spór.
Jak planuje Ministerstwo Finansów, jedna stawka dla wszystkich soków i napojów owocowych zostanie – od początku przyszłego roku – zmieniona na trzy stawki, uzależnione od rodzaju napoju. Według najnowszych zamierzeń Ministerstwa Finansów, soki spełniające wymogi dla nich przeznaczone, w dalszym ciągu opodatkowane będą 5-procentowym VAT-em. Wzrośnie VAT na nektary (o 3 p. proc.), do 8 proc., oraz na napoje owocowo-warzywne (aż o 18 p. proc.), do 21 proc.
Można zrozumieć intencje resortu finansów, oprócz tych czysto fiskalnych. Choć sprzedaż soków w Polsce rokrocznie się podnosi, to wciąż ustępują one napojom i stanowią 38 proc. całej sprzedaży tych trzech trunków. Nektary stanowią 12 proc. struktury spożycia, a napoje 50 proc. Resort zakłada, że po takiej zmianie VAT-u napoje owocowo-warzywne staną się znacznie droższe, a wiec ludzie chętniej zaczną kupować, dużo bardziej wartościowe, soki.
Polacy są w czołówce społeczeństw konsumujących soki, nektary i napoje. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju wypija ich 35 litrów w ciągu roku.
Jest to więcej, niż średnia europejska. Z porównywalnych wielkością krajów, więcej tego rodzaju trunków niż piją jedynie Niemcy.
Rzecz jednak w tym, że jak wspomniano, soki stanowią zaledwie 38 proc. konsumpcji całej grupy tych trunków.
Polska jest też ważnym producentem owoców. Pod tym względem w Unii Europejskiej nasz kraj ustępuje jedynie Włochom, Hiszpanom, Grekom i Niemcom. W przypadku wielu rodzajów owoców jesteśmy liderami na rynku. Tak jest w przypadku jabłek, których Polska produkuje najwięcej w Unii Europejskiej, a na świecie ustępuje jedynie Chinom.
Unijnym liderem Polska jest także w produkcji malin, wiśni, porzeczek, aronii, borówki wysokiej. Czołowe miejsca polscy producenci zajmują również w produkcji truskawek (ustępując w UE jedynie Hiszpanii), agrestu i aronii.
Rocznie produkuje się u nas 300 tys. ton zagęszczonego soku jabłkowego oraz 40 tys. ton zagęszczonych soków z tzw. owoców kolorowych. Ponad 100 tysięcy gospodarstw rolnych uprawia drzewa owocowe. To wszystko sprawia, że przetwórstwo owocowo-warzywne jest ważną i eksportową częścią polskiego przemysłu spożywczego. Udział polskiego rynku w sprzedaży wynosi 6 proc. całej sprzedaży UE.
Producenci napojów owocowych alarmują, że żądana przez resort finansów zmiana może spowodować bardzo niebezpieczne skutki dla rynku napojów owocowych i sadowników.
Uważają oni, że konsumenci nie akceptujący podwyższonych cen na napoje owocowo-warzywne, mogą częściej wybierać różne trunki gazowane, które po planowanej podwyżce będą do kupienia dużo taniej od napojów owocowych.
Producenci napojów, dla zminimalizowania kosztów podwyżki podatków, mogą zaś obniżać jakość swoich produktów zmniejszając zawartość soku (z 20 proc. do nawet 10 proc. lub mniej), co wpłynie na ich wartości odżywcze (oraz dodatkowo, na zmniejszenie zapotrzebowania na owoce i warzywa).
Wbrew opinii Ministerstwa Finansów proponowana podwyżka VAT nie wpłynie na poprawę jakości płynów kupowanych przez Polaków, a wręcz przeciwnie – sprawi, że zwiększy się udział w rynku słodzonych napojów gazowanych – ocenia Warsaw Enterprise Institute.
Zarówno producenci napojów jak i WEI, uważają, że klienci, z niewiadomych powodów nie zaczną trochę chętniej konsumować soków, które po zmianie VAT-u staną się przecież relatywnie tańsze w porównaniu z napojami. A soków, które są najcenniejsze dla zdrowia, Polacy wciąż przecież piją za mało. Mogłaby ich do tego zachęcić właśnie podwyżka VAT-u na napoje owocowe.
Sok otrzymuje się z owoców i warzyw. Zakazane jest dodanie do niego cukru, słodzików i innych substancji słodzących, barwników, konserwantów oraz wszelkich aromatów, za wyjątkiem tych powstałych z owoców i warzyw, z których sok jest wyprodukowany. Czyli, czysta natura. Dosłodzenie dozwolone jest jedynie w przypadku soków owocowo-warzywnych. Soki mogą być natomiast wzbogacone w witaminy i sole mineralne – dzięki czemu będą jeszcze zdrowsze.
Sok należy odróżnić od nektaru, który musi zawierać minimum od 25 proc. do 50 proc. soku bądź przecieru z owoców i warzyw. Pozostałą częścią nektaru może być woda, cukier, miód, czasami kwas cytrynowy. Podobnie jak w przypadku soków, do nektarów nie można dodawać barwników i konserwantów oraz aromatów innych, niż uzyskany z owocu bądź warzywa, z którego powstaje produkt. Procentowa obecność soku różni się w zależności od rodzaju nektaru. W przypadku nektaru z jabłek, ananasa czy brzoskwini udział soku musi wynosić co najmniej 50 proc. Mniej soku (min. 25 proc.) mogą zawierać nektary z owoców, z których nie produkuje się soków, bo byłyby za kwaśne lub zbyt intensywne i niesmaczne. To np. czarna porzeczka czy wiśnia.
Najszersza – i z największą gamą dodatków – jest grupa napojów. W Polsce mamy ich dwa rodzaje: napoje owocowo-warzywne z minimum 20-proc. zawartością soku czy przecieru, oraz pozostałe napoje (w tym gazowane) o dowolnym smaku, z zerową lub nieznaczną zawartością soku. Można dodawać do nich substancje, które zakazane są w przypadku soków i nektarów (sztuczne barwniki, aromaty, ulepszacze smaku). Nawet jeśli do 100-proc. soku owocowego doda się np. przyprawy bądź ich ekstrakty, to z prawnego punktu widzenia nie będą to już produkty określane mianem soków.

VAT zadaje cios

Nowe stawki tego podatku mogą zniszczyć produkcję napojów owocowo-warzywnych i nektarów w Polsce.

 

Proponowana przez Ministerstwo Finansów podwyżka stawki VAT na nektary i napoje owocowe oraz warzywne wywołuje niepokój producentów i handlowców. Resort proponuje, by wzrosła ona z 5 do 23 proc.
Jednocześnie, jak wskazuje Krajowa Unii Producentów Soków, resort finansów chce obniżyć do 5 proc. VAT na ciastka czy chipsy – co trzeba już uznać za niebezpieczny nonsens.
To na razie tylko propozycja, która nie wiadomo czy i kiedy zostanie przyjęta. Trwają konsultacje społeczne projektu ustawy, zmieniającej stawki podatku od sprzedaży towarów i usług. Ponieważ jednak takie konsultacje od prawie trzech lat są w Polsce dosyć fikcyjne, bardzo prawdopodobne jest, że te nowe propozycje fiskalne szybko zostaną uchwalone.
Branża owocowo – warzywna alarmuje, że chodzi tu o podniesienie VAT-u na około 580 mln litrów nektarów i napojów rocznie. To sporo, trzeba jednak pamiętać, że podwyżka nie ma objąć soków owocowych i warzywnych, których produkuje się w Polsce ok. 800 mln litrów rocznie – a są one zdrowsze od nektarów i napojów. Gdyby więc Polacy po podwyżce VAT-u zaczęli rezygnować z nektarów i napojów owocowych czy warzywnych na rzecz soków, wyszłoby to im tylko na dobre.

 

Co zdrowiej pić?

Różnice między tymi trzema produktami są dość wyraźnie określone.
Zgodnie z przepisami unijnymi, sok jest wyciśnięty z owoców lub warzyw albo pochodzi z soku zagęszczonego z dodatkiem wody. Nie może zawierać konserwantów, nie wolno do niego dokładać barwników, aromatów oraz żadnych substancji słodzących.
Nektar to sok czy przecier, do którego dodano wodę, cukier czy inne substancje słodzące, lub przeciwnie, kwas cytrynowy. Do nektarów nie można jednak dodawać barwników i konserwantów.
Napój powinien zawierać nie mniej niż 20 proc. soku czy przecieru. Reszta to może być woda, także i z konserwantami, barwnikami, aromatami czy przyprawami.
Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby Polacy pili soki zamiast napojów, z których wypłukano część substancji dobrych dla zdrowia. To raczej nie ucieszyłoby jednak producentów, gdyż z uwagi na mniejszy stopień koncentracji napojów i możliwość wydłużania ich trwałości, są one tańsze w wytwarzaniu od soków.
Poza tym, z niektórych owoców – np. cytryn, limonek czy aronii – nie da się zrobić soku, który by dobrze smakował. Sok z takich owoców trzeba rozcieńczyć czy dosłodzić. Wtedy jednak staje się on napojem – i jako napój ma zostać obciążony 23-procentowym VAT-em, w odróżnieniu od soków, które nadal będą objęte stawką wynoszącą 5 proc.

 

Ponura przyszłość

KUPS podkreśla, że wzrost stawki VAT zmniejszy konkurencyjność napojów owocowych i warzywnych wobec innych trunków.
Producenci przewidują hiobową przyszłość dla całej branży owocowo – warzywnej, jeśli VAT wzrośnie z 5 do 23 proc. O trzy czwarte ma spaść zapotrzebowanie na owoce i warzywa z rodzimych upraw, które są wykorzystywane do produkcji napojów – a to doprowadzi do bankructwa część sadowników (już teraz borykających się z klęską urodzaju) i zakładów owocowo-warzywnych.
Napojów i niektarów będzie się wytwarzać mniej, ponieważ wzrost VAT-u podniesie ich ceny. W związku z tym, jak ostrzega KUPS, znikną tradycyjne polskie nektary i napoje z aronii czy czarnej porzeczki. Polacy przerzucą się zaś na tanie napoje gazowane szprycowane różnymi dodatkami, co odbije się na ich zdrowiu.
Zagrożone zostaną też polskie dzieci, ponieważ wzrost stawek VAT dotyczyć ma również napojów owocowych i warzywnych z wysoką zawartością soku, podawanych dzieciom do 3. roku życia.

 

Trzeba sobie pomagać

Wszystkie te złe skutki nie muszą jednak nastąpić, jeśli producenci z branży owocowo – warzywnej spojrzą na siebie bardziej krytycznym okiem. Uważają oni za coś oczywistego, że cały wzrost stawek VAT wcisną w ceny napojów i nektarów, przerzucając go na klientów. Oczywiście, że wtedy sprzedaż spadnie!.
Producentom przydałoby się zatem nieco więcej empatii i mniej egoizmu. Powinni zrozumieć, że obciążenia należy dźwigać wspólnie, a nie tylko przerzucać je na innych. Niech więc nieco zmniejszą swe zyski – i zrezygnują ze wzrostu cen lub ograniczą go do minimum.
Takie postępowanie byłoby wprawdzie dla nich czymś niepojętym, bo świadome pomniejszanie własnego zysku uważane jest za chorobę psychiczną. Ale gdy z powodu mniejszego wzrostu cen napojów i nektarów, mniejszy będzie także spadek sprzedaży tych trunków, producenci powinni uznać, że jest w tym sens.
Przyszła też pora na zajęcie się obniżeniem kosztów wytwarzania. Polskie przedsiębiorstwa, także i z branży owocowo-warzywnej, nie są liderami efektywności i innowacyjności. Konkurują głównie niskimi zarobkami swych pracowników. Mogłyby więc oczywiście poszukać u siebie oszczedności i produkować taniej – tyle, że dotychczas nie zmuszała ich do tego sytuacja rynkowa. A teraz właśnie zacznie ich zmuszać. Czas więc, by myśleć i działać.