Coraz mniej można kupić

Inflacja w Polsce szczególnie uderza w najbiedniejszych. Uboższe gospodarstwa domowe relatywnie więcej wydają na konsumpcję, stąd wzrost cen dóbr i usług jest przez nie dotkliwiej odczuwany.
W kwietniu ubiegłego roku Adam Glapiński i Mateusz Morawiecki ostrzegali, że nad polską gospodarką krąży widmo nie inflacji, lecz deflacji. Ostatnie kilkanaście miesięcy zweryfikowały ich ostrzeżenia: ceny w Polsce rosną niemal najszybciej w Europie. Inflacja w maju według Głównego Urzędu Statystycznego wyniosła 4,8 proc. w skali roku i była najwyższa od 10 lat.
Jeśli taka inflacja utrzyma się w całym 2021 roku, przeciętny Polak, chcąc zachować swój standard życia, wyda o prawie 700 zł więcej niż rok wcześniej. Jeśli zaś ta inflacja utrzyma się w najbliższych 12 miesiącach, a oprocentowanie rachunków bieżących i lokat nie zmieni się, przeciętny dorosły Polak straci w ujęciu realnym prawie 1200 zł – zwraca uwagę Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Inflacja stanowi formę ukrytego podatku. „Ukrytego”, ponieważ nie wprowadza go ustawą parlament, a jego działanie jest słabo rozumiane przez społeczeństwo; nie widzimy go też w rozliczeniu rocznym. „Podatku”, ponieważ największym beneficjentem inflacji jest sektor finansów publicznych (państwo) – twierdzą ekonomiści FOR dr Sławomir Dudek i Marcin Zieliński. Stratę 40 proc. gospodarstw domowych o najniższych dochodach z powodu ujemnych realnych stóp procentowych w ciągu ostatnich 12 miesięcy szacują na 5,4 mld zł
Inflacja szczególnie uderza w najbiedniejszych. Uboższe gospodarstwa domowe relatywnie więcej wydają na konsumpcję, stąd wpływ cen dóbr i usług konsumpcyjnych jest dla nich silniej odczuwalny. Gospodarstwa o niższych dochodach lokują stosunkowo więcej swoich oszczędności w instrumentach nieodpornych na inflację (gotówka i depozyty bankowe). Z powodu inflacji oszczędności te tracą wartość – z miesiąca na miesiąc coraz mniej można za nie kupić. Przy 5-proc. inflacji kwota 10 tys. zł jest po roku warta zaledwie nieco ponad 9,5 tys. zł.
Od kilkunastu miesięcy Polska pod względem inflacji mierzonej przez Eurostat jest w czołówce wszystkich krajów europejskich. W 2020 r., kiedy w wyniku kryzysu w większości krajów Unii Europejskiej poziom cen malał albo pozostawał z grubsza niezmieniony, w Polsce ceny rosły. Polska na zmianę z Węgrami jest unijnym liderem pod względem najszybciej rosnących cen. W kwietniu roczna inflacja w Polsce wyniosła 5,1 proc., na Węgrzech 5,2 proc., podczas gdy w strefie euro 1,6 proc. Od początku 2020 r. ceny w Polsce wzrosły o 6,6 proc, na Węgrzech o 6,1 proc., podczas gdy w strefie euro o 2 proc. Podobny trend inflacyjny w Polsce ukazuje też wskaźnik cen i usług konsumpcyjnych mierzony przez GUS.
Prezes NBP Adam Glapiński w swoich komentarzach tłumaczył, że wysoka inflacja w Polsce jest efektem wzrostu cen żywności, paliw i energii, które są poza kontrolą polityki pieniężnej. Po pierwsze, te czynniki dotyczą wszystkich krajów UE, a jednak w tych krajach inflacja jest dużo niższa niż w Polsce. Po drugie,nawet jak oczyścimy trendy inflacyjne ze zmian cen energii, żywności i używek (taki miernik nazywamy inflacją bazową), to okazuje się, że i tak ceny w Polsce rosną wyraźnie szybciej niż krajach UE i innych krajach naszego regionu – podkreślają Sławomir Dudek i Marcin Zieliński. W kwietniu br. roczna inflacja bazowa w tym ujęciu wyniosła 5,2 proc. utrzymując się na podobnym poziomie od roku. Na Węgrzech roczna inflacja bazowa wyniosła w kwietniu 2,6 proc., a w strefie euro 0,7 proc.
Ekonomiści FOR przypominają, że ogólny wskaźnik inflacji mierzy wzrost cen dla „przeciętnego” konsumenta. Oznacza to, że są konsumenci, dla których koszyk dóbr i usług konsumpcyjnych zdrożał znacznie bardziej niż średnia. Świadczy o tym też percepcja wzrostu cen przez gospodarstwa domowe. Zgodnie z ankietą Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH prawie 60 proc. społeczeństwa ocenia, że obserwowany wzrost kosztów utrzymania jest „znaczący”, podczas gdy w 2016 r. takich respondentów było zaledwie 15 proc. Społeczeństwo nie ufa w zapewnienia prezesa banku centralnego, że inflacja jest przejściowa. Ponad 48 proc. uważa, że inflacja przyspieszy, a prawie 35 proc., że utrzyma się na dotychczasowym, wysokim poziomie. Niska wiarygodność banku centralnego i jego upolitycznienie mogą wywołać spiralę płacowo-cenową – w oczekiwaniu dalszego wzrostu cen, pracownicy będą domagać się coraz wyższych wynagrodzeń, co z kolei będzie przekładać się na wzrost cen wytwarzanych przez nich produktów. Ponadto konsumenci i firmy w trakcie zamknięcia gospodarki zgromadzili duże oszczędności, które mogą wylać się wkrótce na rynek. Do normalnego popytu dołoży się tzw. popyt odroczony.
Dodatkowo rząd prowadzi silnie procykliczną politykę fiskalną, a w „Polskim Ładzie” zapowiedział dalsze rozluźnienie polityki fiskalnej o co najmniej 2 proc. PKB, w tym stymulowanie popytu mieszkaniowego oraz transfer do emerytów i rencistów – zwracają uwagę S. Dudek i M. Zieliński, dodając, iż w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa rząd zakłada, że PKB będzie już w 2022 r. powyżej swojego potencjału o 0,7 proc. (dodatnia luka produktowa), a w 2024 r. o ok. 2 proc., podczas gdy średnio w UE będzie ujemna (- 0,4 proc.), a w niektórych krajach nawet bliska minus 3 proc. Ich zdaniem, zapowiadane w „Polskim Ładzie” rozdawnictwo i stymulacja popytu, szczególnie w obszarach o dużych barierach podażowych oraz nieodpowiedzialna polityka banku centralnego będą skutkowały nakręcaniem inflacyjnej spirali płacowo-cenowej – zwłaszcza, że w zasadzie trudno znaleźć obecnie czynniki osłabiające inflację w Polsce.
Ryzyko inflacyjne jest bardzo duże, co dostrzega wiele instytucji i ekonomistów na całym świecie. NBP, mimo że zgodnie z Konstytucją RP „odpowiada za wartość polskiego pieniądza”, bagatelizuje jednak to ryzyko. Przy relatywnie wysokiej inflacji polski bank centralny utrzymuje stopy procentowe na niemal zerowym poziomie, podobnym jak w innych krajach rozwiniętych. Ekonomiści FOR twierdzą, że są one nieadekwatne do wysokiej inflacji i zagrożeń inflacyjnych w przyszłości. Skutkiem tego są wysoce ujemne realne stopy procentowe, co Polskę wyróżnia negatywnie na tle krajów Europy Zachodniej i członków Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Można więc odnieść wrażenie, że w Polsce realizowana jest strategia monetarna sprzyjająca za wszelką cenę rządowi, nie zważając na koszty ponoszone przez społeczeństwo i ryzyko inflacyjne w przyszłości. Na takiej strategii zyskuje rząd, a traci w sposób niejawny, poprzez tzw. podatek inflacyjny, społeczeństwo.
Podatek ten jest szczególnie dotkliwy, gdy bank centralny utrzymuje stopy procentowe niższe od inflacji – w takiej sytuacji gospodarstwa domowe i firmy nie są w stanie ochronić siły nabywczej swoich pieniędzy. Wiele gospodarstw domowych odkłada z myślą o większych wydatkach (pralka, telewizor czy remont). Przy dużej inflacji może okazać się, że zamierzone cele w najbliższym czasie staną się nieosiągalne, a okres odkładania wydłuży się o kilka lat.
Polskie władze monetarne, tolerując inflację wyższą niż we wszystkich pozostałych krajach UE i utrzymując niemal zerowe stopy procentowe, tworzą sytuację, w której dodatkowe korzyści kosztem społeczeństwa odnosi rząd. Podwyższona inflacja powoduje bowiem wzrost bazy podatkowej – kiedy rosną ceny i dochody, rosną też wpływy z VAT i podatków dochodowych. Jeśli zaś państwo nie waloryzuje progów podatkowych (albo waloryzuje je z opóźnieniem), coraz więcej osób płaci podatki według wyższych stawek, chociaż nie płaciłoby ich przy takich samych dochodach realnych w okresach wcześniejszych – podkreślają ekonomiści FOR. Inflacja obniża też realną wartość państwowego zadłużenia, co oznacza, że państwo po latach realnie oddaje mniej, niż pożyczyło. Minister finansów Tadeusz Kościński wielokrotnie przyznawał, że wyższa inflacja to wyższe dochody budżetowe.
Dochody z VAT czy podatku dochodowego od osób fizycznych są silnie zależne od nominalnego poziomu wydatków gospodarstw domowych i ich wynagrodzeń. W ujęciu statycznym wpływ inflacji na dochody z tych dwóch podatków w 2020 r. można szacować na ok. 6 – 8 mld zł. Wpływy z VAT w ujęciu nominalnym zwiększyły się o ok. 2 proc, ale po uwzględnieniu inflacji realnie spadły o 1,4 proc. Podczas gdy dochody podatkowe zależą bezpośrednio od inflacji, wydatki w budżecie są sztywnym, nominalnym limitem – wskazują S. Dudek i M. Zieliński, dodając, iż kolejną korzyścią dla rządu z wysokiej inflacji jest tzw. efekt wyrastania z długu. W „wyrastaniu” relacji długu publicznego do PKB pomaga zarówno realny wzrost PKB, jak i inflacja – a historia gospodarcza pokazuje, że po wojnach, gdy zadłużenie krajów mocno wzrasta, pomocna w spłacie długów wojennych jest duża inflacja.
Niektórzy ekonomiści w Polsce wprost mówią o tym, że potrzebujemy inflacji, by wyrastać z długu. W 2020 r. dług sektora finansów publicznych w relacji do PKB wyniósł 57,5 proc. Gdyby procesy inflacyjne kształtowały się tak jak w strefie euro (średnioroczna 0,3 proc. zamiast 3,6 proc.), to relacja ta byłaby o 2 pp. wyższa (ok. 40 mld zł). Jeden punkt procentowy nadmiarowej inflacji pomaga redukcji długu o ok. 13 mld zł. Jednak podwyższona inflacja nie jest darmowym obiadem. Uszczupla oszczędności społeczeństwa i powoduje wiele innych kosztów dla gospodarki.
Ujemne realne stopy procentowe zwiększają też zagrożenie, że gospodarstwa domowe chcąc uciec przed inflacją zostaną wepchnięte w ryzykowne, pseudo-lokaty w instytucjach parabankowych.
Inflacja zmniejsza realną wartość zobowiązań. Na wysokiej inflacji i niskich stopach procentowych więcej zyskują oczywiście ci, którzy mają większe zadłużenie, a w tym gospodarstwa domowe o wysokich dochodach. W opinii niektórych ekonomistów i publicystów sposobem na ochronę realnej wartości oszczędności są indeksowane inflacją dziesięcioletnie obligacje skarbowe. W rzeczywistości jednak ze względu na stałe odsetki w pierwszym roku oraz 19-procentowy podatek od dochodów kapitałowych obligacje te chronią obecnie tylko przed średnią inflacja niższą niż 3,6 proc. Jeśli przez najbliższą dekadę średnia roczna inflacja będzie wyższa niż 3,6 proc. to inwestycja w obligacje 10-letnie przyniesie w ujęciu realnym stratę. To w pewnym sensie pułapka na oszczędzających – zauważają S. Dudek i M. Zieliński.
W 2020 r. prezes NBP powiedział: „W oczy zagląda nam groźba deflacji – inflacja jest teraz ostatnim problemem”. Premier przewidywał zaś: „Zjawiska, które będą nam w najbliższym czasie groziły, to są zjawiska deflacyjne”. Od tego czasu inflacja w Polsce jest wyższa niż przed wybuchem pandemii. Rząd i władze monetarne ryzykują trwałym nakręceniem spirali płacowo-cenowej, która może wywołać uporczywą i wysoką inflację. Ryzykują wartością polskiego pieniądza, za którą zgodnie z Konstytucją odpowiadają. Ta strategia nie służy odbudowie i rozwojowi, ale pomaga w utrzymaniu władzy przez obecny obóz rządzący. Rachunek za to płacą zwykli obywatele.

Getin Bank ma coraz trudniej

Kolejne ciosy finansowe spadają na bankowe dziecko Leszka Czarneckiego. Niech światek polskiego biznesu zapamięta, że niedobrze jest zadzierać z prominentami Prawa i Sprawiedliwości.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał trzy decyzje dotyczące Getin Noble Banku. Zakwestionował jednostronną zmianę umów o kredyt hipoteczny, niedozwolone klauzule oraz sposób oferowania obligacji GetBack przez bank.
W pierwszej decyzji prezes UOKiK uznał, że Getin Noble Bank, informując klientów o zamiarze doprecyzowania od 2017 roku sposobu wyliczania kursów kupna i sprzedaży walut obcych w umowach kredytów hipotecznych, w istocie jednostronnie zmieniał postanowienia tych umów.
Poza tym Getin Bank zastąpił postanowienia o bankowym tytule egzekucyjnym zapisami o możliwym obowiązku złożenia oświadczenia o poddaniu się egzekucji w trybie art. 777 kodeksu postępowania cywilnego, co mogłoby ułatwić bankowi w przyszłości dochodzenie roszczeń. Wprawdzie bank musiał zrezygnować z bankowego tytułu egzekucyjnego, gdyż Trybunał Konstytucyjny uznał to rozwiązanie za niekonstytucyjne, jednak zdaniem UOKiK, nie dawało to bankowi prawa do wpisania do umów innych form zabezpieczeń. Urząd zakazał więc takich działań.
Już z tych informacji UOKiK o przewinieniach Getin Banku wynika, że zarzuty są mocno naciągane. Tym niemniej Tomasz Chróstny, prezes UOKiK uważa, że efektem działania Getin Banku było to, że wiele osób musiało zaakceptować nowe warunki, bo w przeciwnym razie bank wypowiedziałby umowę i wymagałby spłaty całości kredytu.
Szef UOKiK stwierdza: – Umowa o kredyt hipoteczny jest umową zawartą na określony, wieloletni czas. Niedozwolone jest dowolne zmienianie jej istotnych warunków, a takimi są postanowienia o zasadach wyliczania kursów czy innych zabezpieczeniach. Każde nowe rozwiązanie powinno być wynikiem obustronnych uzgodnień. Jeżeli klient nie zgodziłby się na nie, to umowa powinna być wykonywana na dotychczasowych zasadach.
Za naruszanie od początku 2017 roku zbiorowych interesów konsumentów, UOKiK nałożył na Getin Noble Bank karę finansową wynoszącą 7 019 640 zł. Ciekawe, czy byłaby niższa, gdyby UOKiK wcześniej zwrócił uwagę na działania tego banku?
W drugiej decyzji szef UOKiK uznał, że niedozwolone są postanowienia, zawarte we wzorcach umów dotyczących wydawania kart płatniczych, udzielania pożyczek i prowadzenia rachunków Getin Banku, na mocy których bank miał przyznawać sobie prawo do ich modyfikacji gdy zmienią się przepisy, zapadną wyroki sądów, czy nastąpi korekta omyłek pisarskich. Tymczasem prezes UOKiK uznał, że takie zdarzenia nie dają bankowi prawa do modyfikacji klauzul umownych. Czyli, mimo wyroków, zmian prawa bądź korekty błędów, wzory umów powinny pozostawać niezmienne.
Getin Bank uważał również, że z tych powodów, oraz ze względu na nowe stawki cen prądu, taryf pocztowych i telekomunikacyjnych, ma on prawo do zmiany taryfy opłat i prowizji. UOKiK uznał te zapisy za nielegalne i zakazał ich stosowania, stwierdzając, że pod tym pretekstem „bank może wprowadzać dowolne zmiany”.
UOKiK zarzucił, że Getin Bank nie precyzuje, co konkretnie będzie miało wpływ na modyfikację regulaminu i w jakim zakresie to nastąpi. „W efekcie konsument nie jest w stanie przewidzieć jakich zmian może się spodziewać w trakcie trwania umowy” – stwierdził Urząd, uważając widocznie, że to Getin Bank musi z całkowitą pewnością przewidywać, jakie zmiany nastąpią w różnych przepisach i taryfach, oraz jakie będą wyroki sądów w rozmaitych sprawach.
Wreszcie, w trzeciej decyzji, prezes UOKiK uznał, że Getin Noble Bank wprowadzał konsumentów w błąd podczas oferowania obligacji korporacyjnych wyemitowanych przez spółkę GetBack. Getin Bank miał informować, że inwestycja jest bezpieczna, a zysk gwarantowany, podczas gdy tak nie było.
Ponadto: „Bank proponował nabycie tych obligacji osobom, które nie były skłonne do ryzyka, bo były zainteresowane zwykłymi lokatami. Przedsiębiorca oferował więc produkty, które nie odpowiadały potrzebom jego klientów” – stwierdził UOKiK, nie wyjaśniając, dlaczego osoby zainteresowane bezpiecznymi lokatami bankowymi wybierały obligacje korporacyjne i uznając, iż Getin Bank powinien najpierw sprawdzić czy ma do czynienia z osobami skłonnymi do ryzyka, czy może ostrożnymi. – Do UOKiK wpłynęło wiele skarg od konsumentów na doradców Getin Noble Banku, które potwierdziły, że podczas sprzedaży dochodziło do nieprawidłowości. Obligacje korporacyjne nie są bezpieczną inwestycją, ponieważ ich bezpieczeństwo zależy wyłącznie od kondycji finansowej emitenta i jego decyzji biznesowych. Nie są one objęte gwarancjami odpowiednich instytucji. Bank jako instytucja zaufania publicznego powinien był zadbać o to, aby jasno i zrozumiale informować o specyfice produktu, w szczególności o ryzyku, uwzględniając jednocześnie realne potrzeby konsumentów – powiedział Tomasz Chróstny, prezes UOKiK. Prezes UOKiK nakazał, aby Getin Noble Bank wypłacił rekompensatę osobom, które nabyły obligacje GetBack za jego pośrednictwem. Wyniesie ona 20 tys. zł. O tym komu należy się rekompensata, bank poinformuje w osobnej korespondencji.
Żadna z wymienionych tu decyzji UOKiK nie jest prawomocna. Jeżeli się uprawomocnią i nie zmieni ich sąd, to staną się wiążącą regulacją, której sądy już nie będą mogły później pomijać. To może ułatwić klientom ewentualne sądowe dochodzenie swych roszczeń.
Z wyjątkiem trzeciej decyzji, dotyczącej obligacji GetBack, te dwie pierwsze wyglądają trochę na włączanie się do państwowej nagonki na właściciela tego banku Leszka Czarneckiego, który od dawna jest na celowniku prominentów PiS.
W sumie UOKiK wydał już siedem decyzji w sprawie oferowania i sprzedaży obligacji GetBack – podkreśla urząd, chcąc zatrzeć wrażenie, iż organy PiS-owskiej władzy patrzyły przez palce na działalność GetBack. W rzeczywistości, nie było żadnego siedmiokrotnego wymierzania kar.
UOKiK zwraca uwagę, że pierwsze kroki, aby chronić osoby poszkodowane wskutek działań spółki GetBack czy podmiotów oferujących jej produkty finansowe, podjął jeszcze zanim wpłynęły skargi od konsumentów. Pod koniec kwietnia 2018 r., po doniesieniach medialnych, Urząd wszczął postępowanie wyjaśniające oraz przeprowadził kontrole, aby ustalić zasady oferowania i sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack. Dodajmy, że nic to nie zmieniło.
Dopiero w lutym ubiegłego roku UOKiK wymierzył około 2 mln zł kary dla Polskiego Domu Maklerskiego za klauzulę niedozwoloną stosowaną przy zapisie na obligacje korporacyjne GetBack, która mogła zniechęcić ich do dochodzenia roszczeń.
Sierpień 2019 r. przyniósł decyzję częściową wobec Idea Banku – stwierdzenie wprowadzania konsumentów w błąd podczas oferowania obligacji GetBack. Nic z tego nie wynikło.
Dopiero w lutym 2020 r. UOKiK uznał, że Idea Bank stosuje niedozwolone praktyki podczas oferowania obligacji GetBack i nakazał wypłacenie po 10 tys. zł rekompensaty dla poszkodowanych nabywców.
Kwiecień 2020 r.: wreszcie zapadła pierwsza konkretna decyzja UOKiK wobec spółki GetBack – stwierdzenie wprowadzania przez nią konsumentów w błąd podczas oferowania obligacji korporacyjnych. Kary jednak nie było.
Lipiec 2020 r.: stwierdzenie nieuczciwych praktyk podczas oferowania przez Idea Bank certyfikatów inwestycyjnych funduszy Lartiq (dawniej Trigon) gwarantowanych przez spółkę GetBack – i nakaz wypłaty po 38 tys. zł rekompensaty dla konsumentów. Ponadto 7,2 mln zł kary dla spółki Lartiq za wprowadzanie konsumentów w błąd przy oferowaniu funduszy inwestycyjne gwarantowanych przez GetBack.
Jak widać, UOKiK zaktywizował się na dobre dopiero w ubiegłym roku. Czyżby na polityczne zamówienie obecnej ekipy?

Polacy wychodzą z banków

Na razie wciąż przeważają bardziej konwencjonalne sposoby oszczędzania, ale jak tak dalej pójdzie, wrócimy do trzymania pieniędzy w pończochach.

Ze względu na decyzje Rady Polityki Pieniężnej o obniżaniu stóp procentowych, od lutego do końca czerwca tego roku z prywatnych lokat bankowych w naszym kraju ubyło około 40 mld zł.
Polscy konsumenci, nie chcąc tracić pieniędzy na praktycznie nieoprocentowanych rachunkach, coraz częściej decydują się na fundusze inwestycyjne – wybierając naturalnie te najbezpieczniejsze, z najmniejszym ryzykiem utraty kapitału.
Tylko w czerwcu, na lokatach bankowych w Polsce było o 12,5 mld zł mniej niż w miesiącu poprzednim. Duży przyrost wpłat można natomiast zaobserwować właśnie w funduszach inwestycyjnych.Z danych największych Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych wynika, że lipiec był rekordowym miesiącem w sprzedaży funduszy. Aktywa funduszy z tego miesiąca przekroczyło 5 mld zł, co stanowi przyrost o 2 proc. Klienci najchętniej sięgają po rozwiązania bezpieczne, które jednak mają szansę przynieść im obecnie wyższe zyski niż lokaty bankowe. A uwzględniając inflacje, mają szansę osiągnąć jakikolwiek zysk, co jest obecnie niemożliwe na lokatach bankowych – mówi Kamil Hajdamowicz, zarządzający w Vienna Life.
Bezpieczeństwo inwestycji pozostaje zdecydowanym priorytetem. Polacy najchętniej wybierają więc fundusze dłużne, czyli inwestujące głównie w różne obligacje Skarbu Państwa o dłuższym terminie wykupu, obligacje komunalne, a częściowo także w instrumenty rynku pieniężnego. Fundusze te nie inwestują w akcje i są przeznaczone dla osób, które chcą gromadzić oszczędności przez dłuższy czas, nie akceptując podwyższonego ryzyka. Często też sami kupujemy obligacje skarbowe. To rozwiązania gwarantujące najwyższy poziom bezpieczeństwa, porównywalny do lokat bankowych.

-Wiemy jak ważne dla klientów jest bezpieczne inwestowanie, zwłaszcza teraz, w czasie kryzysu wywołanego pandemią COVID-19. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, jak istotne jest posiadanie „poduszki finansowej” i oszczędności na czarną godzinę. Dlatego od wybuchu pandemii, ludzie chętniej sięgają po rozwiązania, które pomogą im pomnożyć posiadany kapitał – dodaje Kamil Hajdamowicz. W dobie tak niskich stóp procentowych w Polsce poleca on ubezpieczenia na życie z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym, fundusze obligacji oraz fundusze dochodów z nieruchomości.
Czasy się zmieniły i lokaty bankowe przestają już być pierwszym wyborem konsumentów. Dziś konta w bankach nie gwarantują ochrony wartości zgromadzonych środków przed inflacją.

Czy obywatele sfinansują potrzeby państwa?

Ziarno prawdy, czyli jak Telewizja Trwam doprowadziła do powstania najgłośniejszego fake newsa w Polsce.
W ostatnich miesiącach – po wybuchu pandemii koronawirusa – obserwujemy w Polsce, ale i na świecie, znaczący przyrost fake newsów dotyczących bezpieczeństwa ekonomicznego państwa. Rozpowszechniane są one w portalach społecznościowych i serwisach internetowych. Zdarza się, że są powtarzane przez prasę i telewizję. Fake newsy w świecie „mediatyzacji” życia społecznego wykorzystywane są również przez polityków do bieżącej walki politycznej.
Informacje te dotyczą różnych obszarów funkcjonowania państwa. Co chwilę możemy napotkać fałszywe wiadomości dotyczące choroby COVID-19, sposobu walki z nią, czy też podwyższonego ryzyka wdychania skażonego powietrza w związku z pożarem lasów w okolicy Czarnobyla.
W Ośrodku Analiz Politologicznych UW powstała analiza autorstwa dr. Kamila Mroczki poświęcona fake newsom w czasach pandemii koronawirusa – a dotycząca zwłaszcza wyzwań i problemów sektora bankowego w Polsce.
Fake newsy nie omijają bowiem ekonomii i systemu gospodarczego państwa polskiego. Jak wskazuje dr. Mroczka, coraz częściej spotykamy się z sytuacją, w której nieodpowiedzialni internauci – i co gorsza – niektórzy dziennikarze i tzw. „liderzy opinii” – bez sprawdzenia źródła informacji, jej wiarygodności oraz prawdziwości rozpowszechniają fake newsy m.in. o rzekomej upadłości niektórych banków komercyjnych, domniemanym braku gotówki, czy też planach rządu nakierowanych na pozbawienie obywateli oszczędności zgromadzonych na kontach bankowych. Instytucje tworzące sieć bezpieczeństwa finansowego dementują te informacje, jednak sprawdza się tu sparafrazowane stwierdzenie, że fake news okrąży ziemię, zanim prawda włoży buty.
Zjawisko fake newsów jest jak wirus, który w sposób niekontrolowany rozprzestrzenia się w społeczeństwie. W czasach zagrożenia epidemicznego, w których większość z nas wykonuje pracę z wykorzystaniem narzędzi zdalnej komunikacji, każdego dnia napotykamy na informacje, które nie są wiarygodne.
Jak pokazują badania przeprowadzone przez Naukową i Akademicką Sieć Komputerową, ponad połowa respondentów (56,2 proc.) miała styczność w ciągu ostatnich 6 miesięcy z informacjami, które według nich były sfałszowane lub zmanipulowane. Prawie co czwarty internauta dostrzega manipulacje w sieci codziennie lub kilka razy w tygodniu. Rzadko lub nigdy nie zidentyfikowali manipulacji internauci powyżej 35 roku życia, z wykształceniem podstawowym lub średnim, zamieszkujący najczęściej na wsi oraz w małych (do 20 tys.) i dużych (pow. 500 tys.) miastach.
Przesłanie przez wybrany komunikator jednego linku z popularnego portalu społecznościowego do 20 osób, które następnie podzielą się tym linkiem z kolejnymi 20 osobami, i czynność ta zostanie powtórzona pięciokrotnie, spowoduje, że wiadomość trafi do 3 200 000 osób! Czas na rozpowszechnienie fake newsa może być krótszy niż 24 godziny. W przypadku Polski 3 200 000 stanowi ok. 10 proc. ludności powyżej 14 roku życia.
Liczby te obrazują skalę ryzyka, którą niesie ze sobą wykorzystywanie – w kampaniach dezinformacyjnych – nowoczesnych narzędzi porozumiewania się na odległość. Każdy z nas wysyła dziennie po kilkadziesiąt informacji różnego rodzaju. Rozsyłając niesprawdzone informacje przyczyniamy się zwiększania ich zasięgu, co przekłada się na tworzenie teorii spiskowych lub paniki.
Dr. Mroczka pyta: Czy w okresie kryzysu, z którym niewątpliwie mamy do czynienia, nie jest potrzebna interwencja legislacyjna i przyjęcie ustawy ograniczającej konstytucyjne prawo do wolności wypowiedzi dla osób, które celowo zagrażają bezpieczeństwu państwa i jego obywateli?
I odpowida: trzeba zważyć prawo do wolności słowa – z bezpieczeństwem państwa. Mając na uwadze skutki, które mogą wywołać fake newsy dotyczące zdrowia publicznego lub stabilności finansowej sektora bankowego należy stwierdzić, że dzisiejsze uregulowania prawne są nieskuteczne i nie odstraszają potencjalnych twórców fałszywych informacji.
Fake news podający w wątpliwość sytuację finansową danego podmiotu może skutkować jego upadłością. W historii najnowszej mieliśmy już przykłady, w których plotka wywołała run na bank i skutkowała jego upadłością. Skutki finansowe były liczone w milionach złotych.W takiej sytuacji kara powinna być dotkliwa finansowo. W przestrzeni publicznej pojawiały się już sygnały o podjęciu prac w tym zakresie, jednak nie zyskały szerszej akceptacji. Wielu obserwatorów uznało bowiem, że będzie to jawna ingerencja w prawo do wolności słowa. Dzisiaj należy jednak zważyć, czy rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, które mogą przyczynić się śmierci innych osób (np. fake newsy rozpowszechniane przez ruchy antyszczepionkowe) albo utratę przez nich dorobku życia, zasługuje na szczególną ochronę – podkreśla dr. Kamil Mroczka.
Jak pisze on dalej, najgłośniejszym fake newsem mającym istotny wpływ na bezpieczeństwo ekonomiczne państwa polskiego zidentyfikowanym po wystąpieniu stanu zagrożenia pandemicznego był fake news, powstały na bazie wypowiedzi prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju Pawła Borysa w Telewizji Trwam w dniu 9 kwietnia 2020 r.
Mniej więcej w 16 minucie i 30 sekundzie, trwającego niecałe 22 minuty wywiadu, redaktor sformułował następujące pytanie (niezbyt fortunne niezależnie od udzielonej odpowiedzi): „Panie Prezesie, a czy te obligacje będą mogłyby być adresowane na przykład do obywateli? W bankach na kontach Polacy mają ogromne sumy tj. ponad 900 mld zł. Czy właśnie obywatele by nie mogli sfinansować tych potrzeb państwa, gdyby mieli korzystne oprocentowanie, bo wiadomo, teraz w bankach będzie, to oprocentowanie bardzo niskie, zwłaszcza po tym jak NBP obniżył stopy procentowe?”.
Prezes Borys odpowiedział: „Myślimy również o tym. Oczywiście tutaj pewne wyzwanie jest – jak już mówiłem – jest to potężne…, potężna operacja. To wyzwanie jest czasowe prawda, ponieważ chcemy, żeby te środki bardzo szybko trafiły, więc jest kwestia, czy udałoby nam się w krótkim okresie czasu – rzeczywiście w dużej skali uplasować znaczące kwoty obligacji – ale nie wykluczamy tego rzeczywiście. Myślę, że potencjalnie byłaby to też atrakcyjna forma gromadzenia oszczędności”.
Jak wynika zarówno z pytania, jak i odpowiedzi chodziło o kwestię realizacji planu wyemitowania obligacji przez Polski Fundusz Rozwoju w kwocie 100 mld zł, zapowiedzianego w ramach rządowego programu walki z kryzysem gospodarczym wywołanym pandemią koronawirusa. Redaktor prowadzący wywiad spytał, czy te obligacje mogą być adresowane na przykład do obywateli? Wydawać by się mogło, że audycja nie wywoła większych emocji, przejdzie bez echa, jednak rano 12 kwietnia 2020 r. na bazie wycinka przywołanego wywiadu w portalach społecznościowych powstaje fake news.
Dr. Kamil Mroczka precyzyjnie opisuje, jak rozwijało się zainteresowanie odpowiedzią P. Borysa, przypominające lawinę. Otóż, osoba posiadająca konto „Anty Letkiewicz @ALetkiewicz” publikuje wpis następującej treści (pisownia oryginalna): „Towarzysz Paweł #Borys, prezio @Grupa_PFR…. wyszczekał „myślimy o tym”, a podpowiada redakcja z #SzamboMedia’ów #CzarnaZaraza’y. Czyżby ZŁODZIEJE z #PiSrozważali się zerżnięcie kasy z prywatnych kont Polaków #wieszwięcej#wiemlepiej”.
Tweet uzyskuje 150 „podań dalej” i 236 polubień. Jak wynika z treści tweeta, celem rządu jest „zerżnięcie kasy z prywatnych kont Polaków”. Informację tę można uznać jako wywołującą lawinę kolejnych fałszywych wiadomości, które zostały wykorzystane m.in. przez dziennikarzy, polityków oraz portale informacyjne. Oprócz komentarzy i oburzenia osób niezwiązanych zawodowo z sektorem finansowym pojawiają się komentarze bazujące na fake newsie Andy Letkiewicza. I tak, ekonomista, dziennikarz i publicysta oraz minister przekształceń własnościowych w latach 1990-1991 Waldemar Kuczyński alarmuje: „Uwaga! Po głowie chodzi im sięgnięcie po oszczędności ludzi. Gość nie mówi wyraźnie, że byłyby to normalne obligacje, nie przymusowe, a są przykłady grabieży pieniędzy ludzi, jak na przykład PRL-owska Narodowa Pożyczka Rozwoju Sił Polski. Czuj Duch!”. News cieszy się popularnością. 105 „podań” i blisko 300 „polubień”.
Minutę po opublikowaniu posta przez Waldemara Kuczyńskiego, nawiązując do jego wypowiedzi głos zabiera inny ekonomista. Piotr Kuczyński publikuje posta następującej treści: „No bez przesady… takie straszenie ludzi jest przeciwskuteczne. Naprawdę to jest duża przesada. Jeśli zniszczy się zaufanie do systemu finansowego to zmiana rządu nie pomoże i długo będziemy się leczyć”.
Inny użytkownik Twittera posługujący się Nickiem „TWWOLFGANG” stwierdził: „Panie Waldemarze proszę nie powielać nieprawdy. Chodzi oto, że Polacy mają na kontach 2 bln zł. Rząd potrzebuje pieniędzy i lepiej pożyczyć od Polaków niż za granicą. Wtedy unikniemy ryzyka kursowego. PIS to zło, ale piszmy prawdę”. W tym samym czasie portal „Wsieci24” publikuje anonimową informację na czołówce z dopiskiem: „Jeśli rząd ma plan, by dobrać się do oszczędności swojego narodu, to mamy do czynienia z bardzo poważnym skandalem”. Jak to stwierdził Paweł Borys „wystarczyło około 30 minut w świąteczny wieczór, żeby był już skandal i plan kradzieży oszczędności z kont Polek i Polaków, którym żyją media społecznościowe”.
Fejkniusowa reakcja łańcuchowa trwa w najlepsze – wskazuje dr. Kamil Mroczka. Portal internetowy „Przekaz Dnia” publikuje doniesienia okraszone emocjonalnym tytułem: „Pilne. Prezes Kaczyński planuje zarekwirować oszczędności obywateli w celu ratowania budżetu”. Autorem tekstu jest niejaka Clara Veritas, z dużym prawdopodobieństwem wymyślona przez redakcję na potrzeby rozpowszechniania niesprawdzonych informacji. W dalszej części tekstu możemy przeczytać, że „co prawda w materiale nie pada nic o nacjonalizacji środków, ale wyobraźmy sobie taką sytuację, że rząd wprowadza obowiązkowe wykupowanie obligacji za 6 proc., wiedząc że inflacja na koniec roku wyniesie 20 proc. Wtedy ludzie odzyskają tylko ułamek swoich oszczędności. Inflacją steruje rząd i wszystko da się wytłumaczyć sytuacją związaną z koronawirusem”.
Artykuł Clary Veritas rozpowszechnia dalej główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu Janusz Jankowiak. Korzysta ze specjalistycznego portalu LinkedIn. W poniedziałek poseł Artur Dziambor z partii Korwin publikuje wpis następującej treści: „Jutro banki będą otwarte. Warto zastanowić się nad wypłaceniem swoich oszczędności i ulokowaniem, nie wiem, w ogródku […] W każdym razie gdzieś, gdzie rząd ich nie dorwie”. Po fali krytyki, płynącej również ze strony zwolenników politycznych, poseł Dziambor stwierdził, że „poprzedni wpis był oczywiście sarkastyczną odpowiedzią na durne pytanie redaktora o to, czy może Polacy powinni się jakoś dorzucić do ratowania gospodarki przeznaczając swoje oszczędności na obligacje. Ech…”
Tego samego dnia, Rafał Badowski z portalu „naTemat” stwierdza, że „szef Polskiego Funduszu Rozwoju Paweł Borys dał do zrozumienia, że rząd może sięgnąć po ich pieniądze”. Nie dochodzi do jednoznacznych konkluzji, pozostawiając czytelników z otwartym pytaniem „czyżby wszyscy, którzy mają zgromadzone oszczędności w bankach, powinni się zacząć obawiać?”. Tekst wywołuje negatywne emocje odbiorców. Jeden z komentujących stwierdza (pisownia oryginalna), że „trzeba być ślepym by tego niebezpieczeństwa nie dostrzegać. Nie oglądam TV TRWAM, bo nie lubię mówienia odbytem, ale o tym, że odważą sięgnąć do bankow wiedzialem dosć dawno.
Późnym popołudniem tego samego dnia redaktor Badowski powraca do sensacyjnej wiadomości, pozyskując dodatkowy komentarz. Około godziny 17 publikuje tekst zatytułowany „Skrajna nieodpowiedzialność. Ekonomista ocenia słowa szefa PFR o oszczędnościach Polaków”. Swój tekst okrasza zdjęciem Mateusza Morawieckiego i Pawła Borysa. Na zdjęciu premier dość sugestywnie spogląda na prezesa PFR. Przesłanie zaktualizowanego tekstu jest stosunkowo proste. Red. Badowski pisze „główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu Janusz Jankowiak uważa, że słowa Pawła Borysa z Polskiego Funduszu Rozwoju na temat oszczędności Polaków w bankach są skrajnie nieodpowiedzialne”.
Dla rzetelności wywodu należy oddać głos Januszowi Jankowiakowi. Stwierdził on: „W tych czasach potrzebna jest większa niż zazwyczaj odpowiedzialność za słowo, precyzja w wypowiedziach i to, co zrobił Paweł Borys jest przykładem skrajnej nieodpowiedzialności. Dokonał daleko idącego skrótu myślowego. To się nie powinno zdarzyć i może mieć bardzo daleko idące konsekwencje. Natomiast – co widzimy – może być interpretowane również jako próba jakiegoś innego dobrania się do oszczędności Polaków. Ta wypowiedź powinna być zdementowana i doprecyzowana bardzo szybko, by nie obróciła się w coś bardzo niebezpiecznego”. Dalej podkreślił, że nie podejrzewa aby prezes Borys mówił o„aneksji oszczędności. Chodziło prawdopodobnie o emisję obligacji detalicznych, które są z założenia adresowane do indywidualnych klientów”.
„Klienci nie rzucili się do banków po masową wypłatę środków” – wskazuje dr. Kamil Mroczka opisując skutki jakie wywołał wywiad z P. Borysem. To stanowi dość pozytywną konkluzję – że fake newsy nie mają jednak siły niszczącej, a odpowiedzialność naszych rodaków jest większa, niż by się mogło wydawać.

Wszędzie lepiej, niż w banku?

Obligacje skarbowe biją rekordy popularności. Swoje oszczędności chronią przede wszystkim zamożniejsi Polacy, ale nie tylko. Zmusza do tego polityka banków, drastycznie obniżających oprocentowanie rachunków.

Ministerstwo Finansów pochwaliło się niedawno historycznym wynikiem sprzedaży obligacji oszczędnościowych. W ubiegłym miesiącu nabywcy przeznaczyli na ich zakup aż 5,42 mld zł – ponad dwukrotnie więcej, niż wynosił wcześniejszy rekord (ze stycznia tego roku) i więcej niż w całym 2016 r.
Nadzwyczajna popularność papierów Skarbu Państwa nie była zaskoczeniem. 24 kwietnia resort finansów poinformował, że oprocentowanie obligacji emitowanych w maju będzie wyraźnie niższe. Koniec kwietnia były zatem ostatnim momentem na ich zakup na starych warunkach.
W efekcie, na zakupy ruszyła rekordowa liczba Polaków. Jak dowiedział się Bankier.pl, po detaliczne papiery Skarbu Państwa sięgnęło ponad 44,3 tys. osób, o przeszło połowę więcej niż w dzierżącym dotąd rekord lutym.
Tak więc, w kwietniu obligacje oszczędnościowe kupiła najwyższa w historii liczba nabywców, a Ministerstwo Finansów pozyskało rekordową kwotę. Jednak wielu nowych klientów nie przybyło, a bezprecedensowy wynik był rezultatem wzrostu popularności tej formy inwestycji wśród osób zamożnych – wynika z analizy Bankier.pl.
„Promocyjna” oferta nie przyciągnęła nowych oszczędzających – gros nabywców stanowiły osoby, które już wcześniej miały w portfelu obligacje detaliczne. Po papiery skarbowe chętnie sięgały osoby zamożne. Z wyliczeń Bankier.pl na podstawie danych Ministerstwa Finansów wynika, że w kwietniu kupujący wydawali na ich zakup przeciętnie ponad 120 tys. zł.

– Papiery skarbowe są atrakcyjną formą oszczędzania dla zamożnych z kilku przyczyn. Po pierwsze, gwarantują bezpieczeństwo (nawet powyżej kwoty 100 tys. euro, kwoty objętej ochroną Bankowego Funduszu Gwarancyjnego). Po drugie, umożliwiają dywersyfikację portfela. Po trzecie, nie ma limitu zakupów. Po czwarte, przynoszą relatywnie przyzwoity zwrot i do pewnego stopnia chronią przed inflacją. Ponadto, procedura zakupu jest prosta, a nabywcy mogą odsprzedać obligacje w każdej chwili, tracąc niewielką część zainwestowanego kapitału albo odsetki – wyjaśnia Maciej Kalwasiński, analityk Bankier.pl.
Jeszcze nigdy w historii nabywcy tak masowo nie kupowali detalicznych obligacji Skarbu Państwa przez internet. Za zwiększeniem udziału sieci stoi głównie epidemia koronawirusa, ale również wzrost zainteresowania tą formą oszczędzania wśród młodszych Polaków.
W kwietniu 18 na 1000 nabywców nie miało więcej niż 25 lat – to największy udział tej grupy wiekowej od ponad czterech lat. Na zakup zdecydowało się w ubiegłym miesiącu niemal siedmiokrotnie więcej młodych ludzi, niż średnio w ubiegłym roku.
Tym decyzjom sprzyja to, że w ciągu kilku najbliższych tygodni większość banków obniży oprocentowanie na kontach oszczędnościowych – wynika z analizy Bankier.pl. W części banków obniżki zaczną się już na początku czerwca. Stawki spadną do najniższych poziomów w historii i ciężko będzie znaleźć konta, które oferują powyżej 0,5 proc. zysku.
To pokłosie ostatnich obniżek stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego.
W marcu i w kwietniu Rada Polityki Pieniężnej dwukrotnie obniżyła stopy procentowe NBP. Stopa podstawowa spadła do poziomu 0,5 proc. Wskaźnik ten jest punktem odniesienia dla banków.
Oprocentowanie obniży m.in. największy bank w kraju – PKO BP. Zrobi to w dwóch turach – pierwsza obniżka wejdzie w życie 15 czerwca, druga – 1 lipca 2020 r. Oprocentowanie spadnie do poziomu 0,2-0,5 proc. w czerwcu (zależne od zdeponowanej kwoty), a następnie do 0,01-0,2 proc. w lipcu. Stawki spadną także w banku Pekao – także do 0,3 – 0,5 proc.

-Konta oszczędnościowe są wygodną alternatywą dla lokaty terminowej. Pozwalają deponować oszczędności bez konieczności ich zamrażania na dłuższy termin. Niestety, w najbliższej przyszłości oprocentowanie rachunków spadnie jeszcze bardziej. W większości kont stawki oprocentowania nie będą już chroniły oszczędności przed zębem inflacji – mówi Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Niezbyt czysty zysk zamiast idei

Idea Bank stosował misselling, czyli oferował obligacje GetBack w sposób niedostosowany do potrzeb klientów – stwierdził Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Już w sierpniu ubiegłego roku UOKiK wydał pierwszą decyzję, w której stwierdził, że Idea Bank stosował praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów – wprowadzając ich w błąd przy oferowaniu obligacji spółki GetBack.
Teraz UOKiK potwierdził kolejne zarzuty – wydał kolejną decyzję wobec Idea Banku, stwierdzając stosowanie tzw. missellingu.Idea Bank proponował swoim klientom produkty wysokiego ryzyka, które w żaden sposób nie odpowiadały ich potrzebom. Niedozwoloną praktykę misselingu potwierdził zebrany materiał dowodowy, w tym setki skarg konsumentów. Obligacje korporacyjne były oferowane nawet tym klientom, którzy nigdy nie mieli do czynienia z produktami inwestycyjnymi i nie byli nimi zainteresowani, a swoje oszczędności trzymali na lokatach bankowych. Działanie jest tym bardziej naganne, że poszkodowanymi są również osoby starsze – wyjaśnia Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Urząd nie ma wątpliwości, że konsumentom nie powinny być oferowane obligacje korporacyjne GetBack przez Idea Bank. Świadczą o tym dowody zebrane podczas prowadzonego postępowania, w tym materiały zdobyte w trakcie kontroli.

Ze strony Idea Bank – który jako bank powinien być postrzegany jako instytucja zaufania publicznego – zabrakło rzetelnego dopasowania oferowanego produktu do potrzeb klienta, w tym indywidualnego profilu ryzyka – podkreśla Tomasz Chróstny. Banki będące podmiotami profesjonalnymi ponoszą szczególną odpowiedzialność za konsumentów, których środki finansowe stanowią fundament ich istnienia – działalność ta wymaga zachowania absolutnie najwyższych standardów etycznych – dodaje.
Dla przykładu konsumentka skarżyła się, że doradca zaproponował jej przeniesienie środków finansowych z lokaty, bez utraty odsetek, na inną korzystną formę lokowania kapitału, z wyższym oprocentowaniem. Nie była zainteresowana ryzykownymi ruchami i zaoszczędzone środki miały być wsparciem jej budżetu w czasie emerytury. W momencie zakupu miała 61 lat i nie chciała ryzykować. Podkreślała w rozmowie z doradcą, że nie jest biznesmenem lecz pracownikiem na etacie u kresu kariery zawodowej i nie będzie mogła odrobić tej kwoty, gdyby istniało jakieś niebezpieczeństwo utraty środków. Doradca jednak zapewniał, że takie niebezpieczeństwo nie istnieje.
UOKiK ustalił, że bank powinien znać i brać pod uwagę preferencje inwestycyjne klientów, którym oferował obligacje, np. w oparciu o posiadaną wcześniej historię uruchomionych w banku produktów lub w oparciu o informacje przekazywane przez konsumentów.
Niestety zamiast przedstawiać ofertę odpowiadającą potrzebom tych klientów, wykorzystywał ich niewiedzę do sprzedaży ryzykownego produktu inwestycyjnego, jakim są obligacje korporacyjne.
Wydana decyzja nakłada na Idea Bank obowiązek wypłaty rekompensat tym konsumentom, którzy nabyli obligacje Getback za pośrednictwem banku. Model przyjęty przez UOKiK zakłada, że każdy obligatariusz który złoży stosowny wniosek, otrzyma rekompensatę w wysokości 20 proc. zainwestowanych środków, liczoną dla kwoty do 50 tys. zł. Za tyle – co do zasady – konsumenci musieli nabyć obligacje GetBack w ramach jednej emisji, aby wziąć w niej udział. W sytuacji takiej rekompensata należna konsumentowi wobec zastosowanego przez bank misselingu wyniesie 10 tys. zł.
Decyzja ta zmierza przynajmniej do częściowego wyrównania szkody jaką ponieśli obligatariusze. Jest też ona krokiem ułatwiającym konsumentom dochodzenie roszczeń na drodze cywilnej – i żądania wypłaty wszystkich zainwestowanych środków. O tym rozstrzygnięciu UOKiK bank musi poinformować na swojej stronie internetowej, zaś każdy poszkodowany musi otrzymać informację listownie. Nakazano wypłatę rekompensaty w terminie 1 miesiąca od otrzymania od konsumenta wniosku. Decyzja nie jest prawomocna, Idea Bank może się odwołać do sądu.