Zaufanie i lockdown

Duża część społeczeństwa do niedawna nie akceptowała ograniczeń związanych z pandemią, wprowadzanych przez rząd. Teraz, gdy mamy najwyższą dzienną liczbę zgonów, opinia Polaków byłaby zapewne inna.

Na pierwszej stronie strategii walki z COVID-19 w Korei Południowej widnieje słowo “TRUST”, czyli zaufanie. Jest ono czynnikiem spinającym 5 podstawowych wartości:
T jak Transparency (przejrzystość),
R jak Responsibility(odpowiedzialność),
U jak United action (wspólne działanie),
S jak Science & Speed (nauka i szybkość),
T jak Together in Solidarity (razem w solidarności).
Korea Południowa jest przykładem kraju, który w walce z pandemią radzi sobie bardzo dobrze, w zasadzie w ogóle nie wprowadzając masowych ograniczeń działalności gospodarczej. Oczywiście ważne znaczenie odgrywają tu też wzorce kulturowe, doświadczenie po epidemii SARS i rozwój technologiczny. Wszystkich wzorców nie da się oczywiście przenieść na kraje europejskie. Niemniej jednak sformułowane w strategii zasady są bezdyskusyjnie potrzebne w walce z pandemią i generalnie dla funkcjonowania państwa – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich..
Kryzys COVID-19 pokazuje naocznie, jak ważny jest kapitał społeczny, zaufanie, solidarność, współdziałanie i odpowiedzialność. Pokazują to również ostatnie badania naukowe (m.in. Kris Hartley i Darryl S. L. Jarvis (2020), Paul Cairney i Adam Wellstead (2021)), w których podkreśla się, że „zaufanie” do władz, społeczeństwo obywatelskie, tzw. „community capacity” są istotnym elementem w powodzeniu walki z COVID-19 i w ogóle sprawności państwa.
Niestety w Polsce kapitał społeczny jest na bardzo niskim poziomie, jesteśmy pogrążeni w ogromnym konflikcie społeczno-politycznym. Od kilku lat ten konflikt jest nieustannie rozpalany. A zaufanie na linii obywatel – państwo zbliża się do dna. Potwierdzają to badania Instytutu Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej na reprezentatywnej próbie gospodarstw domowych.
Zgodnie z tymi badaniami, blisko 90 proc. respondentów uważa, że powszechny konflikt polityczny negatywnie wpływa na zaufanie społeczne i przez to jest barierą we współpracy rządu z obywatelami w celu efektywnej walki z pandemią koronawirusa.
Zaufanie jest niezbędne do współpracy, koordynacji, porządku społecznego i zmniejszenia potrzeby narzucania przez państwo restrykcji. Podczas pandemii obywatele powinni ufać rządowi i ekspertom, którzy powinni pomóc im zrozumieć problem i zareagować na niego w odpowiedni sposób. Bez zaufania rządom trudno koordynować działania i dokonywać decyzji dotyczących poziomów przymusu, bez zaufania obywatele nie współpracują, a tylko wtedy można zminimalizować skutki pandemii.
Zgodnie z wynikami badania niemal trzy czwarte społeczeństwa jest przeciwne zamykaniu branż usługowych, wyjątkiem są dyskoteki i kluby nocne. W przypadku pięciu branż zdecydowana większość respondentów (5 razy Nie) nie akceptuje całkowitego zamykania działalności firm świadczących usługi.
75 proc. pytanych nie akceptuje zakazu lub ograniczenia działalności w galeriach handlowych, 73 proc. nie zgadza się z zamykaniem hoteli, 72 proc. nie zgadza się z zamykaniem restauracji, 67 proc. wyraża sprzeciw wobec zamykania siłowni, basenów, klubów fitness, 63 proc. jest przeciwne zamykaniu miejsc kultury, kin.
W wielu krajach widać zniecierpliwienie obywateli kolejnymi lockdownami. Jednak skala przeciwników jest mniejsza. W sąsiednich Niemczech według badania cytowanego przez „Welt am Sonntag” w lutym około 63 proc. Niemców akceptowało wprowadzane przez rząd ograniczenia. Choć trend akceptacji jest zniżkowy, jednak te proporcje w Polsce są zupełnie odwrotne. Niestety rząd nie potrafi przekonać społeczeństwa do słuszności swojej strategii w walce z pandemią. Mamy już trzecią falę pandemii, któryś z kolei „lockdown” a nadal społeczeństwo nie popiera działań rządu.
W badaniu zapytano też o opinię odnoszącą się do postulatu zgłaszanego przez firmy, to jest czy popierają politykę wypracowywania rozwiązań sanitarnych i organizacyjnych w poszczególnych branżach (jak restauracje, puby, siłownie, kluby fitness, kina, hotele itd.), które miałyby zastąpić ich zamknięcia, czyli „działanie w zaostrzonym reżimie zamiast bezwzględnego zamykania”. Takie podejście popiera blisko 80 proc. respondentów Polacy oczekują zmiany strategii walki z COVID-19.
Brak zaufania przyczynia się do braku zrozumienia dla wprowadzanych ograniczeń, co w konsekwencji prowadzi do konieczności wprowadzania bardziej restrykcyjnych działań w przyszłości – wskazuje TEP. Brak zaufania to brak współpracy, solidarności, to państwo, które stoi z boku społeczeństwa i na odwrót. Kiedy jak nie w czasie największej pandemii od stu lat powinniśmy umieć się zintegrować?
Państwo zbudowane na konflikcie i podziale społeczeństwa nie jest silne. Jest słabe. Pokazuje to właśnie COVID-19. Silne państwo wymaga kompromisów, dialogu, łączenia, a nie dzielenia. Państwo zbudowane na konflikcie nie jest w stanie skutecznie i efektywnie walczyć z najważniejszymi, najgroźniejszymi wyzwaniami, przed jakimi może stanąć nasz kraj. A takich wyzwań nie zabraknie. Jakiego państwa chcemy? Podzielonego czy wspólnotowego?.

Jak odpływają cudzoziemcy?

Szacuje się, że w ciągu dwóch pierwszych miesięcy trwania pandemii COVID-19, tj marca i kwietnia 2020 r. liczba cudzoziemców przebywających w Polsce zmniejszyła się o 223 tys., czyli o 10,1 proc. stanu z końca lutego – ocenia Główny Urząd Statystyczny.
W tym szacunku wykorzystano dane o wielkości populacji cudzoziemców przebywających w Polsce, czasowo bądź stale, według stanu w dniu 31.12.2019 r., ustalone na podstawie informacji o obywatelstwie zawartych we wszelkich rejestrach administracyjnych. Ustalona wstępnie liczba cudzoziemców wynosiła 2 106 101, w tym 1 351 418 osób (64,2%) to obywatele Ukrainy. W populacji cudzoziemców 1 208 545 osób (57,4%) posiadało numer PESEL.
Tylu było ich u nas w grudniu – a w pierwszych miesiącach bieżącego roku ta liczba jeszcze wzrosła. Szacuje się że na koniec lutego 2020 r. w Polsce przebywało 2 213 594 cudzoziemców, z czego 1 390 978 to obywatele Ukrainy. Potem nastąpił exodus. Na podstawie informacji ze Straży Granicznej można stwierdzić, że w marcu i kwietniu 2020 r. z Polski wyjechało 938 014 cudzoziemców, a przyjechało 714 834 – co wskazuje na spadek o ponad 223 tys. osób.
Najszybciej opuszczały nas nacje wschodnie. Ukraina: ubyło 160042, Białoruś: ubyło 33987, Rosja – 9517. W sumie oznacza to, że liczba cudzoziemców w Polsce na koniec kwietnia 2020 r. w porównaniu z końcem lutego 2020 r. zmniejszyła się o wspomniane 223 tys. , czyli tj. o 10,1%. Natomiast populacja obywateli Ukrainy zmniejszyła się o 11,5%. Największy spadek odnotowano wśród obywateli Białorusi (32.2%) oraz Rosji (25.7%). Towarzyszył temu oczywiście spadek rzeszy zatrudnionych w Polsce obcokrajowców. Najszybciej zmniejszało się zatrudnienie obywateli Mołdawii, potem Ukrainy, Gruzji oraz Białorusi.
Jeszcze do 13 marca ruch ludności nasilał się i więcej cudzoziemców przyjeżdżało do Polski, niż z niej wyjeżdżała. Natomiast po tej dacie widać wzrost liczby cudzoziemców wyjeżdżających z Polski, szczególnie szybko rosnący od 16 marca. Liczba ta jest większa niż spadek w danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, co może wskazywać na dość oczywisty fakt, że wyjechały także osoby, które były zatrudnione na umowach śmieciowych, w ogóle bez umowy, oraz przebywały u nas bez formalnego pozwolenia na pobyt.
10 najliczniejszych populacji cudzoziemców w Polsce
Ukraina 1 351 418
Białoruś 105 404
Niemcy 77 073
Mołdawia 37 338
Rosja 37 030
Indie 33 107
Gruzja 27 917
Wietnam 27 386
Turcja 25 049
Chiny 23 838

Słuchaj! Władza słucha

Władza słucha. Wedle informacji pana prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry, łączącego prokuratorską posadę z funkcją ministra sprawiedliwości, „sąd zarządził kontrole i utrwalenie rozmów, bądź kontrolkę operacyjna służb specjalnych wobec 6402 osób”.
To znaczy, że służby specjalne tyleż osób legalnie podsłuchiwały. W 2016 roku podsłuchiwano 5881 osób. Co dowodzi, że służby w zeszłym roku nasłuchały się więcej.
Oczywiście nie tylko tajne służby podsłuchiwały obywateli. Policja w 2017 podsłuchiwała 9725 osób. I również podsłuchała więcej niż w 2016 roku.
Służby i policja nie tylko słuchają naszych rozmów. Analizują bilingi, czyli wykazy rozmówców podsłuchanego oraz odtwarzają miejsca w których podsłuchiwany przebywał.
O skali i mozole pracy służb specjalnych świadczą suche dane – w 2017 roku służby specjalne przeanalizowały 1 230 000 danych uzyskanych od podsłuchiwanych.
Warto pamiętać, że pan prokurator Ziobro podał dane o legalnych podsłuchach. Wiewiórki w Polsce od lat ćwierkają, że można podsłuchiwać bez informowania o tym sądów. Na podsłuch krótszy niż jeden dzień służby nie muszą występować o zgodę do sądu. Zatem można nas podsłuchiwać od godziny 5 rano do 24 w nocy. Potem przerwa. I od nowa podsłuchiwać od 4 albo 5 rano, aż do północy.
Warto pamiętać też, że podsłuchując służby słuchają wszystkich rozmów i rozmówców podejrzanego. Nawet tych spoza kręgu podejrzeń.
Zatem każdy z nas może podzielić się z władzą swoimi problemami, przemyśleniami, fantazjami erotycznymi i sekretami.
Dlatego rozmawiając przez telefon czyń tak jakbyś stale miał włączoną funkcję głośnego mówienia. Jakbyś przemawiał, a nie tylko rozmawiał.
Oczywiście opozycja i organizacje broniące praw człowieka krytykują reżim PiS za stały wzrost ilości podsłuchów. Po co aż tak podsłuchiwać skoro przestępczość spada?
Prominenci PiS odpowiadają, że spada dlatego, że służby i policja stale słuchają.
Poza tym, deklarują, że ta władza słucha obywateli, jest służebna wobec nich, za co wdzięczni obywatele odwzajemniają się jej rekordowym poparciem PiS w sondażach przedwyborczych.
Rzeczywiście partia pana Naczelnika Kaczyńskiego ma wysokie sondażowe poparcia, ale to nie oznacza, że obywatele naszego kraju popierają wszystkie działania prominentów PiS.
Wedle sondażu IBRiS tylko 26 procent ankietowanych popiera podporządkowanie władzy sądowniczej panu Naczelnikowi Polski Jarosławowi Kaczyńskiemu, a 44 procent jest przeciwne temu. Reszta nie ma zdania albo ogranicza się do umiarkowanej krytyki.
Prawie siedemdziesiąt procent ankietowanych uważa, że sądy podporządkowane PiS nie będą pracować lepiej i szybciej.
I gdyby elity PiS rzeczywiście słuchały obywateli naszego kraju to zastopowałyby to rozwalanie sądów. Ale w tym przypadku wsłuchały się w głos swego najważniejszego Suwerena, czyli pana Naczelnika. A ten niezależnym od niego sądom nie przepuści.
Większość obywateli RP sądy, podobnie jak muzułmanów, zna ze słyszenia. A sędziowie, podobnie jak muzułmanie, mają w Polsce złą reputację.
Dlatego elity PiS wierzą pewnie, że łatwo będzie spacyfikować polskie sądy w ramach szerokiego programu walki z dekomunizacją i obroną przed islamizacja.
Brak niezawisłych sądów i masowy system podsłuchiwania i kontrolowania nie uwiera większości obywateli naszego kraju. Nie dostrzegają tego.
Zauważą, kiedy przyjdzie im stanąć przed sądem, zwłaszcza przeciwko instytucji lub osobie związanej z elitami PiS. Zauważa, że wyrok w ich sprawie zapadł. Zanim zostali formalnie oskarżeni.

Obywatele zamiast kamer

Europeizujmy się. Pod rozwagę tych, do których należy decydowanie o tym, czy wybory w Polsce staną się uczciwsze.

 

Mimo kilku zmian kodeksu wyborczego w ostatnich latach, nawet sama technika głosowania nie jest w Polsce wzorowana na krajach o utrwalonej demokracji.
We Francji członek komisji stoi przy urnie, sprawdza tożsamość głosującego obywatela i po wrzuceniu kart do przezroczystej urny, głośno wygłasza formułę: „ Pani – nazwisko – zagłosowała”. Dopiero wtedy głosujący podpisuje się na liście.
U nas przeciwnie – głosujący najpierw podpisuje się na liście i odbiera karty do głosowania. W tym momencie komisja przestaje się nim interesować. Głosujący może nawet wyjść z lokalu, wrócić po godzinie i wrzucić karty do urny. Komisja na to nie zwraca uwagi. To niewyobrażalne na Zachodzie. O ile pamiętam – w Ambasadzie Polskiej w Brukseli w wyborach 2011 było więcej kart wyborczych w urnie niż głosujących.

 

Daleko od uczciwości

Nie wierzę, żeby w Polsce wybory były całkiem uczciwe. Członkowie komisji, zwłaszcza o nielicznym składzie, mogli dokonać wyboru kart albo unieważnić niektóre karty według własnych preferencji, dodając drugi krzyżyk.
W czasie przedostatnich wyborów do Sejmu, o czym pisała prasa, zidentyfikowano członka komisji chyba na Śląsku, który unieważnił w ten sposób ponad 50 głosów. A ilu nigdy nie ujawniono?
W 2006 r na własne oczy widziałam na wsi komisję obwodową – dwie dziewczyny – a ilość nieważnych głosów dochodziła tam według Państwowej Komisji Wyborczej do 30 proc.
Znam kandydatów do samorządu, którzy dowiadywali się ze zdumieniem, że nawet sami na siebie nie głosowali! A teraz partia rządząca poszła na całość: można stawiać krzyżyki i mazać w tylu kratkach ile dusza zapragnie. Obserwatorzy zagraniczni – a pewnie do tego dojdzie – będą mdleć na ten widok, a na pewno będą to fotografować.

 

Ważne kto liczy głosy

Parę razy zwracałam uwagę Sejmu – i nie tylko – na konieczność europeizacji niektórych przepisów polskiego kodeksu wyborczego.
Jak mówił Lenin – nieważne kto jak głosuje ale kto liczy. Do pilnowania prawidłowego liczenia głosów we Francji może zgłosić się każdy dorosły obywatel, który w dniu wyborów przyjdzie do lokalu wyborczego przed godziną zamknięcia. Komisja nie wie jaki będzie skład „strażników”. Ludzie ci stoją nad głowami komisji i patrzą jej na ręce „jak sępy” jak to określił mój znajomy Francuz, wielokrotny członek obwodowej komisji wyborczej. „Strażnicy” mogą opuścić lokal wyborczy dopiero po podpisaniu protokołu przez komisję obwodową.
Każdy obywatel może więc osobiście dopilnować prawidłowości wyborów.To dlatego francuska krajowa komisja wyborcza praktycznie nie przyjmuje żadnych reklamacji.
Dlatego też Francuzi są przeciwni głosowaniu przez internet. Na tym polega społeczeństwo obywatelskie. Najwyższa pora, żeby powstało w Polsce. Procedury tak efektywnej nie zastąpią żadne kamery. W dodatku nie pociąga ona za sobą prawie żadnych kosztów w przeciwieństwie do obłędnych kosztów kamer, nie do końca policzonych. A więc zamiast kamer – żywi obywatele – uważa stowarzyszenie Racjonalna Polska.

 

Startować każdy może

Zakładam, że nie dojdzie do liczenia głosów w innym miejscu niż lokal obwodowej komisji wyborczej, co zakrawa na kpiny z obywateli, jeżeli Polska ma zostać w Unii Europejskiej. Takiego scenariusza 80 proc. Polaków nie wybaczyłoby politykom, którzy do tego doprowadzili.
Na koniec muszę dodać, że w porównaniu z innymi państwami europejskimi wybory w Polsce charakteryzują się zawrotną liczbą kandydatów. W samorządzie na zbyt dużą liczbę – stworzoną w epoce TKM (czyli, teraz, k…a, my) – ok. 47 tys. radnych na cały kraj (nie licząc wójtów, burmistrzów itd.), mamy aż dwieście kilkadziesiąt tysięcy kandydatów. Aż się prosi zmniejszenie tej ostatniej liczby nawet do połowy.
Umożliwiłoby to skreślanie nazwisk na karcie z pozostawieniem tylko jednego nazwiska, jak w wielu krajach Europy. „Książeczki” nie będą konieczne. Koszt wyborów spadłby znacznie.
Poza tym w wyborach samorządowych w ogóle nie powinno być progów dla komitetów wyborczych. Do samorządu powinni wejść kandydaci wg ilości uzyskanych głosów bez względu na to z jakiego komitetu wyborczego pochodzą. Europeizujmy się!