Tęsknota za CIA

Gdy Churchill mówiąc o lotnictwie twierdził, że jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele, tak niewielu, wcale nie miał na myśli lotniska w Szymanach.

Port lotniczy Olsztyn – Mazury odnotował w ostatnich miesiącach kilka spektakularnych sukcesów. Zdecydowanie największym było ujęcie w styczniu 62-letniego pana, który kilka lat temu wyciągnął od rodziny 6 tys zł, na leczenie raka, a nawet na swój pogrzeb i kremację. I nie umarł.
Gdyby mieszkający na co dzień w Niemczech pan przyjechał do ojczyzny samochodem, to nikt by mu nie zaglądał w papiery. Ale panu chciało się skorzystać z samolotu, więc niemający zbyt wiele roboty podszczytnieńscy strażnicy graniczni, mogli się wykazać. I roztrąbić swój sukces wszem i wobec.

Tak samo zresztą jak w październiku, kiedy zatrzymali 27-latka, który przylatując do Szyman z Niemiec, nie miał pojęcia, że polski wymiar sprawiedliwości szuka go za dilowanie dragami.

W lipcu, w świat poszła wiadomość, że pogranicznicy z Szyman ujęli 48 letniego osobnika, który przyleciał właśnie z Londynu. Zły ten człowiek uchylał się od płacenia alimentów, ale dzięki sprawnej akcji Straży Granicznej, już jest w rękach poszukujących go policjantów z Ełku.
Prawdziwy horror przeżyli jednak pracownicy lotniska i podróżni 1 kwietnia tamtego roku. Pogranicznicy i tym razem stanęli na wysokości zadania. Odlatujący do Dortmundu Niemiec, zapytany co wiezie w bagażu podręcznym odpowiedział, że ma w nim dynamit. Najpierw zaliczył glebę, potem zgodnie z procedurami został skuty i poddany kontroli osobistej, a jego walizki zostały przetrzepane przy wykorzystaniu najnowocześniejszych środków do wykrywania śmiertelnych zagrożeń.

Gdy potwierdziło się, że 24-latek żartował, pogranicznicy nie wykazali stosownego do daty poczucia humoru i obciążyli młodziana mandatem w wysokości dla Niemca śmiesznej – 500 zł. Co było sankcją i tak mniej dla niego bolesną, niż konieczność kupienia sobie biletu na inny lot.

Szczytno czyli Olsztyn

Tych parę przypadków na przestrzeni niemal roku szczerze ubawiło strażników granicznych z Okęcia. Przede wszystkim dlatego, że u nich takie akcje są codziennie, a czasem nawet częściej. Nikt na lotnisku Chopina nie miałby nawet czasu, żeby każde zatrzymanie opatrywać komunikatem do prasy. Tak można robić tylko wtedy, gdy nie ma nic lepszego do roboty. Czyli w Szymanach właśnie.

Bo lotnisko Olsztyn – Mazury obsługuje rocznie tylu pasażerów, ile Okęcie w ciągu 2 dni.

Lotnisko w Szymanach, wbrew swojej nazwie, jest pod Szczytnem. Od Olsztyna dzieli je 55 kilometrów. Przejechanie tej trasy to godzina z kwadransem. Dotarcie do lotniska z innych miejscowości mazurskich to czasem nawet 2,5 godziny. A to dlatego, że tamtejsze drogi jakoś nie doczekały się miana ekspresówek. Dzięki głównie ekologom, którzy chcieliby, żeby do krainy tysiąca jezior można było dojechać rowerem albo furmanką.

I dlatego miejscowe samorządy wymyśliły samolotowe okno na świat.
W 2011 r. na Warmii i Mazurach wymyślono interesujący myk. Wśród mieszkańców regionu opublikowano ankietę z jednym pytaniem: – Czy będzie Pan/Pani korzystał z Lotniska Szymany, jeśli ono powstanie? Ponad 70 proc. uczestników odpowiedziało, że na pewno. Te nader wiarygodne badania przełożyły się na decyzje.

W ponad 300 hektarów wpompowano grubo ponad 200 mln zł. Liczono, że inwestycja zwróci się już w roku 2029.

Te kalkulacje musiały być ciekawe, bo nie miały nic wspólnego z realiami, ani tym bardziej rynkiem lotniczym. Skoro bowiem Modlin obsługujący ponad 3 mln pasażerów rocznie, jest na skraju opłacalności, to jakim cudem planowane na kilka razy mniej Szymany miały się bilansować?

Szczególnie, gdy wszyscy we władzach województwa wiedzieli, że lotniska w mniejszych miejscowościach to skarbonki bez dna. Na istniejące o wielu lat lotnisko w Lublinie wciąż płyną pieniądze publiczne. W tamtym roku miasto Lublin dołożyło do funkcjonowania lotniska 24 mln zł. A niewiele mniejszą kwotę wyłożył na ten cel samorząd województwa lubelskiego.

Równia pochyła

Właścicielem lotniska w Szymanach jest województwo warmińsko- mazurskie. Od uruchomienia portu lotniczego co roku wysupływana jest więc na nie z tamtejszego budżetu dotacja w wysokości ok. 15 mln zł. Oprócz tego sejmik cały czas spłaca zaciągnięte na budowę lotniska kredyty. A to kolejne miliony.

Oczywiście lotnisko przynosi też jakieś przychody. W 2017 roku było to prawie 6,5 mln zł, w roku 2018 nieco ponad 8 mln, a szacunki za tamten rok wykazują zbliżanie się do 10 mln zł przychodu.

Tyle tylko, że do granicy zbliża się również liczba pasażerów. I jeśli jeszcze w 2017 nieznacznie przekraczała ona 100 tys, to w tamtym roku przebiła już 150 tys. odprawionych. I według specjalistów od lotniczego transportu osobowego może wzrosnąć do góra 180 – 200 tys rocznie.

Widać to po ilości odprawionych podróżnych w sierpniu tamtego roku. A sierpień to miesiąc, kiedy lotniska bija rekordy odpraw. I tak Okęcie przerobiło w sierpniu 1950 tys podróżnych. Położony od Szyman w podobnej odległości co Warszawa Gdańsk odnotował 561 tys odpraw. Modlin w tym czasie odprawił 303 tys osób. Nawet Łódź, o której nikt nie wie, że ma lotnisko, wykazała przerób 28 tys podróżnych.

A Szymany? One cieszyły się sierpniowym rekordem na poziomie 18,5 tys. odprawionych pasażerów. Czyli mniej, niż jednym procentem tego, co Lotnisko Chopina. A dla tych, którzy na Szymany krzywo patrzą podano informację, że w sierpniu tamtego roku lotnisko Olsztyn-Mazury miało przerób czterokrotnie większy niż aeroport w Zielonej Górze, z 4,5 tys odprawionych podróżnych.

Spółka zarządzająca portem lotniczym Olsztyn-Mazury w Szymanach policzyła, że w całym 2019 roku odprawiono 154 319 pasażerów.
– Plan na 2019, to odprawa 140 tys. pasażerów. Zrealizowano więc go w 110 procentach – chełpił się w mediach Dariusz Naworski, rzecznik prasowy spółki.

Ale nie wspomniał, że najnowsze wyliczenia branży lotniczej mówią, że do osiągnięcia zysków każde lotnisko potrzebuje ruchu na poziomie 1,5 lub nawet 2 mln pasażerów rocznie. Czyli dziesięć razy tyle, ile mają w Szymanach teraz.

Nie ma więc siły, żeby kiedykolwiek ktoś do Szyman przestał dokładać, nie wspominając już o tym, że o zainwestowanych w budowę pieniądzach, trzeba zapomnieć. Mało tego. Za chwilę zacznie się to, co jest zmorą Modlina – konieczność remontowania i kasa na coraz to nowe wyposażenie lotniska w sprzęt nawigacyjny oraz w to, co stanowi o bezpieczeństwie.
Właśnie zarząd województwa wyciągnął od Unii Europejskiej 3,2 mln euro. Te prawie 13 mln zł pójdą „na podniesienie bezpieczeństwa na lotnisku Olsztyn Mazury w Szymanach poprzez rozbudowę systemu precyzyjnego podejścia do lądowania (ILS)”. I – jak zachwalają wyrzucenie tych pieniędzy w mazurskie błoto samorządowcy – „inwestycja udostępni lotnisko samolotom przy niekorzystnych warunkach pogodowych, wpływając tym samym na poprawę bezpieczeństwa uczestników lotów”. Czyli, że mimo wydania setek milionów, do tej pory Szymany nie mają tego co każde szanujące się lotnisko mieć powinno?

Latający beneficjenci

Ale w aeroporcie Olsztyn-Mazury mogą się pochwalić rekordem Polski – w obdarowywaniu pasażerów lotniczych w roku 2018 publicznymi pieniędzmi. Okęcie wtedy zarobiło. Każdy pasażer wygenerował Chopinowi 22 zł zysku. Modlin, mimo mnóstwa pasażerów, musiał już do każdego z nich dopłacić 3 zł. Ale to nic przy Szymanach. Tamtejsze województwo zasponsorowało każdego, kto przylatywał lub odlatywał spod Szczytna, kwotą 262 zł. Półtora miliona Warmiaków i Mazurów zrzuciło się na to, żeby co dziesiąty z nich mógł sobie polecieć z Szyman.

Oczywiście kasy tej nikt z podróżujących do i z Szyman, nie powinien sobie doliczać do PIT. Szmal poszedł głównie do kieszeni linii lotniczych, które dostają pieniądze od właścicieli lotnisk, żeby chciało im się na nich lądować. Dlatego złośliwi eksperci od rynku lotniczego uważają, że jedynym okresem, kiedy lotnisko w Szymanach było na plusie, to ten czas, gdy w Kiejkutach urzędowało CIA, a opłaty lotniskowe regulowane były przywożonymi przez agentów milionami dolarów w workach.

Ale zdaniem specjalistów, nad Olsztynem-Mazurami zbierają się kolejne chmury. Tak zresztą jak i nad innymi lotniskami. Większość rządów, chcąc być proekologiczna nakłada na samoloty, które strasznie niszczą klimat, kolejne haracze. Za kilka lat może zdaniem fachowców dojść do tego, że latanie samolotami stanie się z racji ceny, równie ekskluzywne jak pół wieku temu. I wtedy Szymany i kilka innych lotnisk w Polsce będą wymagały plajty lub idących w dziesiątki milionów dotacji. A reszta zacznie mieć problemy. Największe oczywiści dotkną piramidę, na którą PiS chce wydać kilkadziesiąt miliardów złotych. Czyli nikomu w tej części Europy niepotrzebny hub o nazwie Centralny Port Komunikacyjny.

Nawacki to nie Pelosi

Na dorocznym zebraniu sędziów Sądu Rejonowego w Olsztynie jego prezes Maciej Nawacki, mianowany na tę funkcję przez ministra mgr. Zbigniewa Ziobro w ramach masowych czystek personalnych w skali całego kraju (akurat ustawy na to zezwalającej PAD nie zawetował), oraz członek (neo)- Krajowej Rady Sądownictwa wybranej z naruszeniem Konstytucji RP, przeszedł z powodu swego zachowania do historii polskiego sądownictwa jako enfant terrible – w najgorszym tego pojęcia znaczeniu.

Gdy grupa sędziów przedstawiła projekt uchwały krytykującej prezesa tego SR za represjonowanie jednego z sędziów Pawła Juszczyszyna (m.in. odebrano mu prowadzenie spraw oraz obniżono uposażenie o 40%). Nawacki nie tylko nie poddał jej pod głosowanie,lecz ostentacyjnie porwał dokument na kawałki.Była to chamska demonstracja siły,ale nade wszystko buty. Zachował się-jak mawia ulica-jak zwykły BUC.

Zapewne obejrzał niedawno w TV scenę z debaty w amerykańskim Kongresie, gdy- po debacie nad impeachmentem wobec Donalda Trumpa- triumfujący prezydent USA postanowił przekazać swe wystąpienie przewodniczącej Izby Reprezentantów,ale nie uścisnął wyciągniętej doń dłoni przez szefową Izby Nancy Pelosi. Elegancka starsza Pani (80 l.), potraktowana brutalnie przez Trumpa, spokojnie podarła kartki z tym tekstem.

Prezes Nawacki- z pewnością nie znający klasycznego niemieckiego powiedzenia „Alle Gleichnisse hinken” („wszelkie analogie zawodzą”)- być może zamarzył o swoistym powtórzeniu tej sceny.Ale stać się może co najwyżej olsztyńskim Herostratesem – szewcem,który dla rozgłosu podpalił słynną świątynię Artemidy w Efezie i do dziś pozostaje w niesławie.

Olsztyn nie dla Małkowskiego

Niektórzy złapani za rękę w sytuacji naruszania norm społecznych krzyczą „to nie moja ręka”. Krzyknąć „to nie mój penis” Czesław Małkowski za bardzo nie może – bo jeszcze do niedawna akurat jego penisa mógł oglądać sobie cały internet na zdjęciu krążącym po sieci jako symbol rozpasania i nadużywania władzy w samorządzie.
Dziś tego słynnego zdjęcia z byłym prezydentem Olsztyna przywiązanym do biurowego krzesła i z przysłowiowym „fiutem na wierzchu” w Google nie zobaczymy. Ale media opisujące tamtejszą seksaferę o nim pamiętają. I chociaż do Małkowskiego nie chce już przyznawać się ani lewica, ani prawica, ani centrum, on nie ustaje w wysiłkach, żeby przedstawić się wyborcom jako ofiara sytuacji oraz byłej kochanki. Przysięga na Pismo Święte i kaja się jako mąż marnotrawny, cały na biało – ten, który „tylko” romansował, ale nie żeby „aż” wykorzystywać. Dowodzi, że skoro sprawa ciągnie się w sądach od 11 lat, to świadczy o jego niewinności – a ponadto o harcie ducha. I absolutnie nie stanowi przeszkody, aby nadal aspirować do politykowania.
Seksafera w Olsztynie wybuchła w 2008. Od tego czasu Małkowski zdążył zaliczyć już areszt, odwołanie z prezydenckiego fotela w referendum, wyrok, który później został unieważniony, a o przestępstwa seksualne zdążyła oskarżyć go już nie jedna kobieta, ale cztery. Najważniejszą z nich jest Anna, która zarzuciła mu gwałt oraz nadużywanie wobec niej pozycji zawodowej – i w pewnym momencie, wiedząc, że bez dowodów jej słowa nie będą wiele znaczyły – zaczęła polityka nagrywać oraz fotografować. Dzisiaj Małkowski nadal tłumaczy jej zarzuty jako nieuzasadnione żale byłej miłostki, a jego komitet wyborczy oraz rodzina wydają oświadczenia o tym, że „jego niewierność małżeńska” jest prywatną sprawą niemającą związku z pełnieniem funkcji publicznych.
Tylko, że to nieprawda. Fakt romansowania z podwładną kompromituje samorządowca dostatecznie, nawet jeżeli zarzuty o zgwałcenie Anny zostaną oddalone. Pomijając już fakt, że w swojej kampanii kandydat na prezydenta nie zająknął się słówkiem o tym, że zdążyły się już przedawnić zarzuty innych kobiet, które utrzymywały, że Małkowski klepał je po pośladkach i zamykał się z nimi w pokoju jeszcze jako radny na początku lat dwutysięcznych.
I doprawdy, prawdziwym fenomenem jest fakt, że w mieście wojewódzkim 40-milionowego kraju polityk z tak wielkim smrodem wokół własnej osoby robi sobie na seksaferze promocję. Jasne, że prezydent-podrywacz sekretarek jest lepszy niż prezydent-gwałciciel. Sęk w tym, że ani dla jednego ani drugiego nie powinno być w żadnym ratuszu miejsca.

Płoną góry, płoną śmieci

W przedwieczornej mgle. A dyrektor sortowni śmieci w Olsztynie oświadcza, że płoną „bo 500 plus”.

 

Jak szła ta piosenka Młynarskiego? „Bo kto na co dzień żyje w cyrku, temu cyrkiem zdaje się normalne życie”?
Od miesiąca media donoszą o coraz to nowych pożarach wysypisk – legalnych i nielegalnych. W 2017 roku spłonęło ich 37, w 2018 – prawie 70. Tak mówią statystyki z Ministerstwa Środowiska. Dwa najbardziej spektakularne pożary to Zgierz pod Łodzią (tzw. wulkan „Zgiezuwiusz”) i właśnie Olsztyn. Dyrektor Zakładu Gospodarowania Odpadami Komunalnymi w Olsztynie Marek Bryszewski, oświadczył natomiast podczas sesji rady miasta, omawiając przyczyny wybuchu ognia 24 maja w nocy: winne jest 500 plus! Jego beneficjenci masowo wymieniają meble. A stare palą. To oni rujnują polski recycling i zatruwają atmosferę!
– Meble zalegają plac, gdyż non stop są dowożone; jest to efekt programu Rodzina 500+. Póki nie będzie zorganizowanej selektywnej zbiórki odpadów, z takimi sytuacjami musimy się liczyć – stwierdził, zaznaczając, że samozapłon mógł zostać spowodowany przez reakcję baterii z laptopa bądź butli z gazem, którą ponoć znaleziono na pogorzelisku.
Akcja gaśnicza na terenie ZGOK w Olsztynie trwała 16 godzin. Spłoną miało 900 ton mebli składowanych na placu należącym do zakładu, ale radni miejscy pozostali sceptyczni wobec teorii lansowanej przez Bryszewskiego. Przypomnieli argument dziennikarzy portalu debata.olsztyn.pl: na placu znajdowało się również 1,5 tys. ton odpadów wielkogabarytowych, które zalegały tam na stałe.
Teoria spiskowa lansowana przez szefa ZGOK obiegła internet i stała się żartem sezonu. Ale tak najzupełniej szczerze, jest dość ordynarnym szukaniem kozła ofiarnego i manipulacyjnym przekierowywaniem gniewu społecznego na rodziny, korzystające z pomocy rządu. Nie znaczy to oczywiście, że problemu nie ma – Polacy palą śmieciami, nierzadko toksycznymi.
W Polsce rocznie średnio produkuje się 58 mln m3 odpadów komunalnych. I służą one jako materiał opałowy, nie ma co się oszukiwać. Szczególnie niebezpieczne dla zdrowia jest wdychanie tego, co wytwarza się ze spalania plastikowych butelek, folii i otoczek kabli. Raport Komisji Europejskiej nie pozostawia złudzeń: co roku na choroby wywołane złym stanem powietrza umiera 28 tys. Polaków.
– Generalnie ta wypowiedź miała odwrócić uwagę od problemu i przekierować dyskusję na nieco inne tory – stwierdził Andrzej Gąsiorowski, adwokat i autor bloga poświęconego przyrodzie – Jakaś część prawdy w tym jest. Rzeczywiście słyszy się, że rodziny, które otrzymują świadczenie wymieniają sobie w domach meble, ale nawet gdybyśmy mówili o „paleniu nimi” na ogromną skalę, to nadal nie jest trujące w tym stopniu, co spalanie plastików, kabli, czy innych opon. Dwa takie pożary wysypisk z odpadami z tworzyw sztucznych przynosi tak szkodliwe skutki jak kilka ładnych lat ekspozycji na smog – bez porównania…
Mój rozmówca był oburzony bezczynnością polskich służb w ostatnich miesiącach, kiedy płonęły składowiska śmieci.
– To jest państwowa afera, w moim przekonaniu dużo większa niż rozdmuchana awantura o Amber Gold. Dlaczego nasze państwo nic z tym nie robi? Dlaczego rząd nadal jest zainteresowany tylko tym, żeby spływały pieniądze na polityków, ich wyborców i beneficjentów ich programów, a problemy, które dotyczą wszystkich Polaków bez wyjątku, ma w nosie?
Mateusz Morawiecki dwa tygodnie temu zapowiedział, że wprowadzi odpowiednie „rozwiązania legislacyjne”… w ciągu dwóch tygodni. Niecierpliwie czekają na nie Polacy, nie tylko ci pobierający 500 plus.