Jednak PI?

Lankijski minister obrony Ruwan Wijewardene oznajmił podczas porannego briefingu prasowego w środę, że za wielkanocnymi zamachami stoi najprawdopodobniej Państwo Islamskie. W sumie zatrzymano 58 osób podejrzanych o udział w organizacji wybuchów, w tym 18 decyzyjnych. Jednak część z nich może nadal przebywać na wolności.

Jak ustalono, zamachowcy samobójcy, którzy odpalili ładunki w świąteczną niedzielę to w większości osoby dobrze sytuowane, z wyższym wykształceniem. Jeden z zamachowców – jak podał szef resortu obrony – ukończył studia wyższe w Wielkiej Brytanii, a później podyplomowe w Australii. Z komunikatu ministerstwa wynikało, że większość samobójców pochodziła z bogatych rodzin z klasy średniej, od których się odcięli, niektórzy mieli nawet stopnie naukowe, uczyli się za granicą.
Mimo że zatrzymano już w sumie 58 osób, prawdopodobnie na wolności pozostaje jeszcze dziewięć, które są zamieszane w organizację wielkanocnych zamachów i nadal posiada materiały wybuchowe.
Jak podał w środę rzecznik lankijskiej policji, liczba ofiar śmiertelnych wzrosła do 359, przy 500 rannych. Prezydent Maithripala Sirisena zapowiedział, że w ciągu 24 godzin nastąpi fala dymisji wśród szefów resortów i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kraju. Wieczorem w parlamencie ma się odbyć rozbudowana poselska debata na ten temat. Lankijskie władze na dwa tygodnie przed Wielkanocą miały otrzymać ostrzeżenia przed szykowanymi zamachami m.in. od indyjskiego wywiadu. Jak donosi Reuters, ostrzeżenia te miały zostać przekazane 4 oraz 9 kwietnia.
Trwają pogrzeby ofiar, tymczasem odpowiedzialność za zamachy wzięło na siebie Państwo Islamskie. W opublikowanym przez bojowników oświadczeniu wideo opublikowanym przez agencję Amaq, padają nazwiska zamachowców.
– Według wstępnych wyników dochodzenia, seria niedzielnych zamachów bombowych na kościoły i hotele na Sri Lance była odwetem za marcowy atak na meczety w nowozelandzkim Christchurch – twierdzi lankijski minister obrony, ale nie potwierdza tego premier Jacinda Ardern.

Islamski fundamentalizm i ślepota Zachodu

Upadek Państwa Islamskiego w marcu wywołuje uczucie ulgi i radości. Oto pokonano groźny twór siejący nie tylko w rejonie Bliskiego Wschodu trwogę, strach i terror. Mało kto jednak zastanawia się nad przyczynami zjawiska trawiącego świat islamu od kilku dekad, rozpoczętego – symbolicznie – dojściem ajatollaha Chomeiniego do władzy w Iranie w lutym 1979 roku. Państwo Islamskie, różne mutacje al-Kaidy, a poprzednio – wojny w Bośni, Czeczenii czy Kosowie są cieniem tzw. islamskiego rewiwalizmu.

Tymczasem, by rzetelnie pojąć powagę sytuacji, wypada sięgnąć do doktryny „Wielkiej szachownicy”, stworzonej przez Zbigniewa Brzezińskiego, ucieleśniającej amerykański punkt widzenia geopolityki i mającej utrzymać jankeską hegemonię na świecie.
W imię fałszywej oceny sytuacji geopolitycznej i konfrontacyjno-ideologicznych uprzedzeń nad Potomakiem zrobiono wszystko, by sprowokować – skutecznie – radziecką interwencję w Afganistanie, a następnie sięgnięto po wspieranie sił ekstremizmu islamskiego w walce przeciwko „imperium zła”. Zlekceważono w imię doktrynerstwa oraz partykularyzmu argumenty zwracające uwagę na wzbierającą falę wspomnianego rewiwalizmu islamskiego.
Fundamentalistyczny, religijnie ukierunkowany ruch protestu był z jednej strony efektem wojny sześciodniowej na Bliskim Wschodzie, przegranej przez państwa świeckie, realizujące arabską odmianę socjalizmu, z drugiej – boomu na ropę, którego głównymi beneficjentami okazały się ultrakonserwatywne, purytańskie reżimy znad Zatoki Perskiej. Na ten ruch antyzachodni, antymodernistyczny nie zwrócono na zachodzie uwagi przez ignorancję, krótkowzroczność i zadufanie. Nie zainteresowano się, co zawierają i dlaczego spotykają się z tak ogromnym odzewem pisma Sajjida Kutba, al-Maududiego, al-Kardawiego, Chomeiniego, Nasrallaha bądź Fadlallaha itd. Nie mówiąc o wcześniejszych fundamentalistach w rodzaju ibn Tajmijji czy al-Wahhaba.
Z ich kart wypływały tymczasem marzenia o zaprowadzeniu sprawiedliwego ustroju muzułmańskiego opartego o tradycję kalifatu i religijnie uzasadnianego prawa (szarij’at). Neokolonializm, bezczelność zachodnich korporacji i korupcja miejscowych elit, powszechna pauperyzacja i brak perspektyw dla młodzieży z krajów muzułmańskich zapewniały tak budowanej ideologii coraz to nowych zwolenników. Podobnie jak wyraźna korelacja pomiędzy szerzeniem się europejsko-amerykańskich wzorców kultury masowej, normami oraz wartościami wiązanymi bezpośrednio z Zachodem, a spuścizną pozostawioną w sferze materialnej przez historię kontaktów Zachodu z islamem.
Jak stwierdza znawca islamu, religioznawca i politolog niemiecki syryjskiego pochodzenia Bassam Tibi, islamizm przejawiający się w ekstremizmie religijnym (warstwa teoretyczna) i terroryzmie (skrajna praktyka tej ideologii) to po prostu doktryna polityczna, nie religijna stanowiąca (jak zawsze przy bliskich związkach religii i polityki) zagrożenie dla samych muzułmanów, wciągając ich w wojnę z innymi cywilizacjami czy kulturami. Fundamentaliści, jak wszyscy fanatycy religijni, odrzucają en bloc nie tylko wartości świeckie, ale także ponadcywilizacyjną moralność, tworząc grupy i wspólnoty mające na celu wywołanie buntu przeciwko uniwersalnemu stosowaniu tego, co nazywamy w Europie wolnościami osobistymi, demokracją i prawami człowieka. Przeciwstawiają im rozumiany na różne sposoby, mniej lub bardziej konserwatywnie, islam: jego ład społeczny, określone koncepcje polityczne, jurydyczne, swoisty stosunek do kultury, do człowieka.
Światowej sławy izraelski historyk i socjolog, znawca problematyki bliskowschodniej i azjatyckiej prof. Shmuel Eisenstadt (1923-2012) uważał, że „Komunizm (….) to silny projekt modernistyczny, wywodzący swe korzenie z Oświecenia i Rewolucji Francuskiej. Podstawowym celem komunizmu była przemiana niemal feudalnych społeczności środkowo – i wschodnioeuropejskich w nowoczesne zbiorowości przemysłowe. Z tym bezpośrednio trzeba wiązać wizję nowej kultury, którą miał wprowadzić ten ustrój”. Dotyczyło to także ówczesnego tzw. III Świata. Stąd, jego zdaniem, konflikt afgański należało rozpatrywać nie jako zderzenie obozu radzieckiego – czyli komunistycznego – z Zachodem, lecz zapowiedź zasadniczej konfrontacji cywilizacji chrześcijańskiej i muzułmańskiej. Podobny sąd wyraził – w kontekście rozumienia istoty modernizmu w zachodnio-europejskim stylu – jeszcze w końcu lat 60. XX wieku Raymond Aron, którego nie można posądzać w żadnym wypadku o sympatie dla ZSRR. Jego zdaniem „…Europa widziana z Azji, nie składa się z dwóch zasadniczo różnych światów, świata radzieckiego i świata zachodniego. Stanowi jedną rzeczywistość: rzeczywistość cywilizacji przemysłowej. Społeczeństwo radzieckie i kapitalistyczne są tylko dwiema odmianami tego samego gatunku – albo dwiema wersjami tego samego typu społecznego – postępowego społeczeństwa przemysłowego”.
Radziecka wersja socjalizmu, która zderzyła się z fundamentalistyczną wersją religii Mahometa, była ciągle jedną z wersji cywilizacji przemysłowej, europejskiej, sięgającej korzeniami do oświecenia. Wspierając w tej konfrontacji religijnych fanatyków, Zachód hodował wrzód, mający zagrozić jemu samemu.
Taki sam krótkowzroczny, neokolonialny scenariusz legł u podstaw interwencji w Iraku i Libii nie przewidując absolutnie, czym jest nabierający rozpędu religijny fundamentalizm w świecie islamu. Afgański flirt z islamskimi mudżahedinami niczego nie nauczył polityków Zachodu. Nowe interwencje, niszczenie całych struktur państwowych i społecznych oraz zawieranie na miejscu co najmniej wątpliwych sojuszy zaowocowały powstaniem al-Kaidy, zamachami na całym świecie (Nowy Jork, Madryt, Londyn, Biesłan, Dubrowka, Bombaj), wyczynami międzynarodówki dżihadystycznej w Bośni i Kosowie, wreszcie przerodzeniem się części al-Kaidy w Państwo Islamskie.
Inny błąd zachodniego mainstreamu politycznego w tej mierze polega na wierze w możliwość organizacji i funkcjonowania tzw. islamskiej demokracji bez zmian w strukturach społeczeństw, bez bardziej sprawiedliwego podziału dóbr w tamtym świecie i bez wycofania się Zachodu z neokolonialnej polityki. Model zachodnio-europejsko–amerykański jest traktowany dogmatycznie jako jedynie dopuszczalne rozwiązanie polityczno-kulturowe, Arabowie, Afgańczycy czy Irańczycy mają uczyć się od zachodnich „mistrzów”. Można podejrzewać, iż u podstaw takiego myślenia leży żądza kontynuowania neokolonialnej polityki wobec innych cywilizacji i kultur. Równocześnie media i zachodnie rządy wiele włożyły wysiłku, aby świat uwierzył, iż za atakami terrorystycznymi czy zjawiskami takimi jak IS, taliban, wojna w Jemenie, rewolta w Mali czy północnej Nigerii odpowiadają wyłącznie fanatycy dżihadu, którzy wzięli się znikąd. Mało kto ma odwagę powiedzieć, że terroryzm, uzasadniany przez ekstremistów potrzebą prowadzenia świętej wojny, nie zaistniałby na obecną skalę, gdyby nie polityka Zachodu, nowy kolonializm i despotyzm transnarodowych (głównie o kapitale zachodnim) korporacji oraz polityka USA i NATO razem z sojusznikami.
Za krótkowzroczność Zachodowi już przychodzi płacić. Wszak najemnicy Proroka udający się na dżihad do Syrii bądź Iraku, jak wskazują badania, są to w sporej części Europejczykami. To konwertyci-neofici lub kolejne pokolenia muzułmańskich migrantów zarobkowych, którzy nagle odkryli w sobie wiarę (wiele jest relacji opisujących, jak dżihadyści zaczęli zajmować się sprawami religii na krótko przed wyjazdem na Bliski Wschód). Często powodowała nimi chęć przeżycia kolejnej przygody, mordercza eskapada była sposobem na pobudzenie w sobie adrenaliny czy źródłem snobistycznej reklamy w mediach społecznościowych. Po powrocie na Stary Kontynent mogą nadal siać terror, przemoc, zniszczenie, bo to stało się ich żywiołem i sensem życia. Eschatologiczno-religijnego uzasadnienia na pewno tu się nie znajdzie, to może być tylko taki „kwiatek do kożucha”, czysta retoryka. To będzie też efekt współczesnej kultury „obrazkowej”, zasięgu i roli owych mediów i mód sprzedawanych przez mainstream. Doprowadzonych do krwawego absurdu.
Analizując upadek projektu pod nazwą Państwo Islamskie (ISIS) nie popadajmy w krótkowzroczny zachwyt. Po pierwsze, zdawajmy sobie sprawę z tego, że o żadnym całkowitym upadku nie ma mowy. Trwają struktury dżihadystów w prowincji Idlib, nie są od nich wolne wioski na kontrolowanych przez Amerykanów terenach wschodniej Syrii, istnieją uśpione komórki w Iraku. Po drugiej, zadajmy sobie pytania i popróbujmy na nie odpowiedzieć: dlaczego ów twór powstał, czego był wynikiem i efektem, kto na tym zyskiwał i kto (wedle kapitalistycznego kanonu) najwięcej zarobił. Bo zysk (we wszystkich formach) jest naczelną zasadą gospodarki rynkowej. W neoliberalizmie przede wszystkim.

Kurdowie zwolnili dżihadystów „w geście dobrej woli”

Walki o ostatnią większą enklawę zajmowaną przez Państwo Islamskie w granicach Syrii nadal trwają. Tymczasem w „geście dobrej woli” Kurdowie wypuścili na wolność 283 wziętych do niewoli Syryjczyków, którzy prawdopodobnie należeli do terrorystów.

Kurdowie zwolnili grupę blisko 300 mężczyzn po negocjacjach z przywódcami lokalnych arabskich plemion, które wspierają Syryjskie Siły Demokratyczne w walce z Państwem Islamskim albo przynajmniej nie utrudniają wspieranej przez USA formacji działań ofensywnych nad Eufratem. Zastrzegają przy tym, że wypuszczeni nie byli bojownikami walczącymi z bronią w ręku, a członkami administracji tworzonej przez Państwo Islamskie na zajmowanych terenach. Taka jest przynajmniej oficjalna, podana w oświadczeniu SDF wersja.
– Ci ludzie się pogubili… pogwałcili tradycje społeczeństwa syryjskiego i złamali prawo, ale pozostają Syryjczykami – czytamy w oświadczeniu. Półautonomiczny rząd kurdyjski w północno-wschodniej Syrii utrzymuje, że zwolnieni dżihadyści osobiście nikogo nie zamordowali. Nie jest to pierwsza sytuacja, w której Kurdowie wypuszczają na wolność pojmanych dżihadystów, tym razem jednak grupa uwolnionych jest wyjątkowo duża.
W sobotę i niedzielę Kurdowie zapowiadali, że upadek Baghuz i sąsiednich wsi nadal kontrolowanych przez IS jest kwestią godzin. W poniedziałek walki jednak nadal trwały. Kolejni bojownicy Państwa Islamskiego rezygnowali przy tym ze stawiania oporu i razem z rodzinami oddawali się do niewoli. SDF informuje o pojmaniu kilkuset obywateli różnych krajów bliskowschodnich, a także Kazachstanu, Turkmenistanu i Uzbekistanu.
Opóźnienie ofensywy SDF tłumaczą obecnością znacznej grupy cywilów w Baghuz i tylko w drugiej kolejności desperackim oporem najbardziej fanatycznych terrorystów, dokonujących samobójczych ataków na kurdyjskie oddziały. W zdobytej w ostatnich dniach części enklawy znaleziono również masowy grób jazydzkich cywilów.

Bezpaństwowcy

Ostrożne szacunki mówią o ponad 12 milionach bezpaństwowców na świecie. Przyczyny utraty obywatelstwa są różne – od prawa małżeńskiego przez zmianę terytorium pobytu aż po odebranie obywatelstwa. Właśnie z tej ostatniej opcji coraz chętniej korzystają rządzący, pozbywając się w ten sposób osób o niepożądanych poglądach politycznych i pochodzeniu etnicznym.

W ubiegłym tygodniu światowe media obiegła informacja o decyzji władz Wielkiej Brytanii, które pozbawiły obywatelstwa Shamimę Begum. Cztery lata temu, w wieku zaledwie piętnastu lat, Begum uległa propagandzie Państwa Islamskiego i po kryjomu wyjechała do Syrii. Tam wyszła za mąż i urodziła trójkę dzieci. Dwójka szybko zmarła, zaś mąż – posiadający holenderski paszport – trafił do więzienia. Podobnie zatem jak wiele z „narzeczonych dżihadu”, Begum postanowiła powrócić do swojej ojczyzny. Okazało się to jednak niemożliwe, gdyż już wcześniej rząd brytyjski pozbawił ją obywatelstwa.
Minister spraw wewnętrznych Sajid Javid argumentował swoją decyzję tym, że „należy ponosić konsekwencje swoich czynów”. Powołał się przy tym na ustawę z 1981 r., która zezwala na taki krok, jeśli tego wymaga „zachowanie dobra publicznego”. Pod warunkiem wszakże, że w wyniku pozbawienia obywatelstwa dana osoba nie stanie się bezpaństwowcem. Jak przekonuje brytyjskie MSW w przypadku Begum warunek ten udało się spełnić, gdyż jej matka posiada obywatelstwo Bangladeszu. Sytuacja nie jest jednak tak oczywista. Sama Begum twierdzi bowiem, że nigdy nie posiadała bangladeskiego paszportu, co zresztą potwierdziły władze tego państwa.
Z podobnym problemem boryka się amerykańska administracja. Prezydent Trump ogłosił ostatnio na Twitterze, że poinstruował swoich podwładnych, aby nie wydawali oni zgody na powrót do USA tym, którzy współpracowali z Państwem Islamskim. Jedną z takich osób jest Hoda Muthana, dwudziestoczterolatka, która w 2014 r. z amerykańskim paszportem wyjechała do Syrii. Muthana urodziła się w Stanach Zjednoczonych, w rodzinie jemeńskiego dyplomaty przy OZN. Zgodnie z amerykańskim prawem, dzieci czynnych dyplomatów, które przyszły na świat w USA, nie otrzymują tamtejszego obywatelstwa. Nie dotyczy to jednak Muthany. Jej ojciec przestał bowiem pełnić swoją funkcję jeszcze przed jej narodzinami.
Wielu amerykańskich prawników stoi na stanowisku, że administracja nie ma władzy pozbawienia obywatelstwa osób, które nabyły je w sposób legalny. „Obywatelstwo to najbardziej podstawowa więź między jednostką a państwem, której to więzi nie może przerwać pojedyncza osoba, chociażby był nią sam sekretarz stanu” – stwierdził na łamach brytyjskiego „The Independent” César García Hernandez, profesor prawa z Uniwersytetu w Denver.
Wraz z Muthaną, w kurdyjskim więzieniu przebywa jeszcze co najmniej kilkanaście kobiet, które wyjechały na Bliski Wschód z amerykańskim paszportem. Przed podobnymi dylematami, co Wielka Brytania i USA, staną niedługo pozostałe zachodnie demokracje, skąd rekrutowało się wielu zwolenników Państwa Islamskiego. Tymczasem korespondenci wojenni przyznają, że to właśnie bojownicy z Europy często dopuszczali się najbardziej brutalnych zbrodni. Jednak przy słabości wymiaru sprawiedliwości oraz braku konkretnych dowodów, część z nich może zostać uniewinnionych i kontynuować terrorystyczną działalność już w swoich ojczyznach. Dlatego też dla wielu polityków pozbawienie obywatelstwa wydaje się najprostszą i najskuteczniejszą formą obrony przed radykałami.
Czy zatem można bronić bezpieczeństwa obywateli nawet za cenę łamania obowiązującego prawa? Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, której 70. rocznicę uchwalenia obchodziliśmy trzy miesiące temu, głosi, że „każdy człowiek ma prawo do posiadania obywatelstwa” i nie wolno mu go samowolnie odmawiać. Podobnie Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych, ratyfikowany przez niemal 170 państw, w tym Polskę, podkreśla, iż „każde dziecko ma prawo do nabycia obywatelstwa”.
Trudno polemizować z argumentem o konieczności ochrony państwa przed potencjalnymi zamachowcami. Nawet jeśli wśród nich znajdują się obywatele tego państwa. Jednak w przeszłości wielokrotnie zdarzało się, że prawo wymierzone w terrorystów wykorzystywano do ograniczania swobód politycznych. Po I wojnie światowej, w obawie przed proletariacką rewolucją, władze Stanów Zjednoczonych pozbawiły obywatelstwa i deportowały z kraju kilkaset osób – „anarchistów” i „socjalistów”, w większości z Europy Południowej i Wschodniej. Bardziej niż konkretne dowody, o ich winie miało przesądzać pochodzenie etniczne. Także Polska ma niechlubną kartę w odbieraniu obywatelstwa. Po 1945 r. pozbawiono go ponad 70 oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, w tym gen. gen. Władysława Andersa, Stanisława Kopańskiego i Stanisława Maczka. Ostatni raz na masową skalę z polskiego obywatelstwa musieli rezygnować ci, którzy na fali antysemickiej nagonki w 1968 r. zdecydowali się na wyjazd z kraju.
Także dzisiaj pojawiają się wątpliwości, co do czystości intencji rządzących. Można bowiem zadać sobie pytanie dlaczego proceder pozbawiania obywatelstwa dotyczy jedynie terrorystów z ISIS, a nie na przykład seryjnych morderców czy gwałcicieli? Według wszelkiego prawdopodobieństwa Shamima Begum i Hoda Muthana same nie popełniły żadnej zbrodni, a co najwyżej dały się wykorzystać bestialskiemu reżimowi. Oczywiście muszą one ponieść odpowiedzialność za swoje czyny, ale czy wykluczenie ze wspólnoty narodowej to kara adekwatna do przestępstwa?
Wielu działaczy społecznych w USA czy Wielkiej Brytanii głośno zastanawia się dlaczego decyzje o pozbawieniu obywatelstwa dotyczą głównie osób o korzeniach imigranckich. Zupełnie inaczej niż w przypadku Begum, rząd w Londynie zareagował na sprawę Jacka Lettsa, białego dwudziestokilkulatka. Znany jako „Jihadi Jack”, Letts spędził pięć lat w Syrii aktywnie walcząc po stronie Państwa Islamskiego. Obecnie przebywa on w kurdyjskim więzieniu i za pośrednictwem mediów wyraża chęć powrotu do ojczyzny. Co prawda w jego sprawie nie zapadła jeszcze żadna decyzja, ale nie można nie zauważyć, że głosy domagające się pozbawienia go brytyjskiego obywatelstwa (Letts posiada także paszport kanadyjski) wybrzmiewają nad Tamizą niezwykle słabo.
Odebranie obywatelstwa to potężne narzędzie nie tylko w zakresie bezpieczeństwa. Tak, jak niegdyś osoby objęte infamią musiały opuścić mury rodzinnego miasta, tak obecnie pozbawienie osoby obywatelstwa ma charakter nie tylko prawny, ale przede wszystkim etyczny. Wskazuje bowiem, kto może przebywać we wspólnocie, a kto powinien ją opuścić. Chociaż więc trudno żałować byłych bojowników Państwa Islamskiego, warto zastanowić się nad dalszymi konsekwencjami decyzji w ich sprawie. Skoro władze nagięły prawo w tym przypadku, nie ma gwarancji, że nie zrobią tego ponownie w innych.
Można wyobrazić sobie zatem sytuację, w której niesiony falą nacjonalistycznego wrzenia rząd brytyjski zechce pozbyć się urodzonych już na Wyspach dzieci polskich imigrantów. Sprawa ta dotyczy całkiem pokaźnej liczby osób – zaledwie w 2017 r. Polki mieszkające w Wielkiej Brytanii urodziły niemal 21 tys. dzieci. Obecnie ich status jest niepewny, a zapewne jeszcze bardziej pogorszy się po Brexicie. Jak już nieraz pokazano, pretekst do deportacji może być całkiem błahy. Wystarczy więc przejście przez jezdnię na czerwonym świetle czy niedopełnienie jakiś formalności. Brzmi jak political fiction? Dzisiaj na pewno, ale jutro już nie musi.

Więcej ofiar

Liczba ofiar Państwa Islamskiego w Iraku może być znacznie większa, niż dotąd zakładano – pokazały najnowsze wstrząsające odkrycia. Według raportu ONZ w odnalezionych w ostatnim czasie masowych grobach spoczywają tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci, w tym starszych i niepełnosprawnych oraz wziętych do niewoli irackich żołnierzy.

 

Ponad 200 miejsc zbiorowego pochówku odnaleziono na niemal całym obszarze Iraku zajmowanym przez trzy lata, od 2014 do 2017 r., przez Państwo Islamskie – w prowincjach Kirkuk, Anbar, Salah ad-Din i Niniwa. Ile osób spoczywa w grobach? Trudno nawet ustalić z uwagi na czas, jaki minął od zbrodni dżihadystów. Niektóre groby mieszczą po kilka lub kilkanaście ciał, ale np. w mogile odnalezionej w Chasifie na południe od Mosulu odkryto kilka tysięcy ludzkich zwłok.

Raport ONZ sugeruje, że nowe wstrząsające znaleziska z pewnością doprowadzą do zweryfikowania dotychczasowych szacunków liczby ofiar IS. Do tej pory szacowano, że terroryści pozbawili życia ok. 33 tys. cywilów, a kolejne 55 tys. odniosło rany w wyniku ich działań.

Wśród zamordowanych są zarówno mężczyźni, jak i kobiety, osoby starsze i dzieci. W wielu przypadkach w grobach odnaleziono szczątki irackich policjantów i żołnierzy, którzy dostali się do niewoli dżihadystów i których los był dotąd nieznany. Terroryści z IS zabijali na masową skalę przedstawicieli niesunnickich mniejszości, osoby związane z iracką czy syryjską administracją państwową, członków świeckich organizacji politycznych, homoseksualistów. Szokowali świat nagraniami z brutalnych egzekucji. Jednak morderstwa, które można było oglądać w internecie, stanowiły zaledwie ułamek wszystkich okrucieństw dżihadystów, którzy spodziewali się długo rządzić północnym Irakiem i Syrią.

Jeszcze nie zginęło

Państwo Islamskie, budząca niegdyś na całym świecie grozę organizacja terrorystyczna, zostało w ubiegłym roku pokonane. Ale nawet do 30 tys. dawnych bojowników Państwa Islamskiego ciągle przebywa w Iraku i Syrii.

 

To szacunki ONZ oparte na informacjach przekazanych przez obydwa bliskowschodnie państwa. Ani rząd syryjski, ani iracki nie mają wątpliwości, że część terrorystów, którzy brali udział w próbie stworzenia ultrakonserwatywnego kalifatu, nie opuściła ich terytoriów. Nic nie wskazuje również na to, by całkowicie wyrzekli się swoich dawnych poglądów i definitywnie przestali stanowić zagrożenie.

Chociaż Państwo Islamskie, które w 2016 i 2017 r. poniosło serię klęsk, przestało przyciągać zagranicznych ochotników, wciąż przynajmniej kilka tysięcy z nich nadal przebywa na Bliskim Wschodzie. Obecnie Państwo Islamskie niepodzielnie kontroluje jedynie skrawki syryjskiego terytorium, jednak są to tereny, na których występuje ropa naftowa, co zapewnia terrorystom pewien dopływ funduszy.

W Iraku zeszło do podziemia, jednak właśnie tam może okazać się szczególnie niebezpieczne. Wobec potężnego niezadowolenia społecznego wywołanego bezrobociem, ubóstwem i brakiem funduszy na odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych nie można wykluczyć, że islamski skrajny fundamentalizm znowu okaże się atrakcyjny. Tak było na początku triumfalnego marszu IS w 2014 r., gdy grupa zyskała szerokie poparcie wśród ubogich i dyskryminowanych irackich sunnitów. Co prawda rządy Państwa Islamskiego okazały się dla nich wielkim rozczarowaniem, jednak nie można kategorycznie stwierdzić, że wnioski z tamtej sytuacji wyciągnięto raz na zawsze.

Państwo Islamskie nadal ma również od 3 do 4 tys. bojowników w Libii i utrzymuje się w Afganistanie, chociaż tam skutecznie tamę jego ekspansji stawiają talibowie, nieznoszący konkurencji o podobnym ideowym profilu.

Porwane druzyjki

Około 14 kobiet zostało w środę porwanych podczas serii zamachów w prowincji as-Suwajda, zamieszkałej głównie przez druzyjską mniejszość. Zginęło około 220 cywilów, a wczoraj opublikowano nagranie, na którym zakładniczki apelują do prezydenta Syrii, aby przerwał ofensywę i wymienił jeńców.

 

Nagranie zostało opublikowane przez Państwo Islamskie w sobotę, wczoraj obiegło światowe media. Wcześniej po social-mediach krążyły zdjęcia zakładniczek w kapturach na głowach, stojących przed czarnym „banerem traceń”.

Kobieta, którą zdołano zidentyfikować na filmie (Swad Adib Abu Ammar) prosi Baszszara al-Asada w imieniu swoim i innych porwanych, aby armia syryjska dokonała wymiany jeńców na ujętych wcześniej dżihadystów, a także przerwała działania zbrojne w dolinie Jarmuk – tam wspierane przez IS Dżaisz Chalid ibn Walid przegrywa właśnie z siłami al-Asada.

Państwo Islamskie domaga się, aby przerwać ogień i pozwolić islamistom okopanym na tych terenach uciec i udać się do innych prowincji kontrolowanych przez IS.

– Jeżeli Damaszek nie zrobi tego, czego chcą, zabiją nas – płakała na nagraniu kobieta.

Zakładniczki zostały porwane „przy okazji” masakry druzyjskich wiosek w ubiegłym tygodniu. Zginęło w nich prawie 250 cywilów. Mniejszość druzyjska postrzegana jest jako naturalne ofiary syryjskiego konfliktu, atakowane za swoją neutralność przez wszystkie strony. Prowokacja islamistów miała wszelkie szanse się powieść.

Wiadomo już, że armia syryjska nie przerwała oblężenia. W sobotę wyzwoliła miasto Nafiaa, a w niedzielę przystąpiła do szturmu miasta Szadżara.

Sponsorzy PI

Czy Francja po cichu, za pośrednictwem koncernu Lafarge, finansowała Państwo Islamskie w Syrii, które dokonało serii zamachów w Europie i samym Paryżu?

 

Doszło właśnie do niezwykłej premiery: Lafarge, który po połączeniu się ze szwajcarskim Holcimem jest największym koncernem budowlanym na świecie, stał się pierwszym zachodnim przedsiębiorstwem oficjalnie oskarżonym o wspólnictwo w zbrodniach przeciw ludzkości. Tym samym, cień padł na rządy byłego „socjalistycznego” prezydenta Hollande’a i jego „tajne operacje”.

Tajemnicza afera Lafarge’a w Syrii jest tak niewygodna dla władz francuskich, jak i wizerunku niektórych państw NATO, które rozpętały wojnę w Syrii popierając aktywnie organizacje dżihadystów, że wielu komentatorów dziwi się, że w ogóle wyszła na wierzch. Doszło do tego dzięki niezwykłemu uporowi organizacji pozarządowej Sherpa, która śledzi zbrodnicze poczynania zachodnich koncernów w krajach pozaeuropejskich, jak i grupy prawników, która oparła się państwowym naciskom.

Z tego, co dziś wiadomo, należący do Lafarge’a kombinat cementowy w Dżabaliji na północy Syrii, finansował nie tylko syryjską Al-Kaidę, co odpowiadało słabo maskowanej polityce USA, Izraela, Francji i Wielkiej Brytanii, ale też Państwo Islamskie (PI). Otrzymało ono od koncernu wpłaty w wysokości co najmniej 12 milionów euro, nie licząc usług budowlanych wykonanych na rzecz tej organizacji i aktywnego udziału w przemycie ropy naftowej dla PI. To nie mogło się dziać bez wiedzy i akceptacji rządu, jak też francuskiego wywiadu zagranicznego (DGSE). Ze zgromadzonych świadectw wynika, że rząd się na to zgadzał. Zgromadzone przez PI sumy pozwalały na zakupy broni i organizację zamachów w Europie.

Prokuratura w Paryżu postawiła Lafarge’owi cztery zarzuty: pogwałcenie embarga międzynarodowego, finansowanie terroryzmu, narażenie na utratę życia pracowników i najcięższy – świadome wspólnictwo w zbrodniach przeciw ludzkości. Proces, jeśli do niego dojdzie, ma wyjaśnić, czy kierownictwo koncernu kierowało się wyłącznie ślepą żądzą zysku, czy też za procederem stały nieujawnione cele polityczne.

Pęka zmowa milczenia

Zaczyna pękać panująca w Niemczech niepisana zmowa milczenia polityków, służb oraz środków masywnego przykazu głównego nurtu na temat przestępstw popełnianych przez tzw. uchodźców. Wobec ujawnienia, że policja w Kolonii nic nie robiła, gdy setki imigrantów muzułmańskich napastowały w noc sylwestrową kobiety bawiące się na placu przed Katerdą Kolońską, biły je okradały, rozbierały, obmacywały, a co najmniej dwie zgwałciły, głos zabrała kanclerka Angela Merkel mówiąc niejasno o potrzenie zmiany prawa, aby móc wydalać takich “uchodźców”.

Obecnie, osoba zabiegająca w Niemczech o azyl może być wydalona, jeśli zostanie skazana na co najmniej 3 lata więzienia – i pod warunkiem, że w kraju, z którego przybyła, jej życie nie będzie zagrożone. W praktyce oznacza to, że wszyscy kieszonkowcy, uliczni handlarze narkotyków, i inni nie tacy znowu drobni przestępcy (3 lata więzienia!), mogą mieć uzasadnione przeświadczenie, że wydaleni nie zostaną.

W minionym roku do Niemiec przybyło na zaproszenie Angeli Merkel ponad milion imigrantów, głównie muzułmanów. Byli wpuszczani bez żadnej kontroli tożsamości, sanitarnej i wszelakiej innej. Obecnie odkryto, że setki tysięcy spośród nich nie ma paszportów, a to oznacza, że nikt ich nie wydali, bowiem nie wiadomo dokąd.

Ta sama policja kolońska, która ani drgnęła, by pomóc poniewieranym Niemkom i cudzoziemkom, okazała się w sobotę bardzo sprawna, gdy przyszło rozpędzić demonstrację przeciwników masowej imigracji muzułmanów do Europy. Nie działała już z polecenia dotychczasowego komendanta, Wolfganga Albersa, którego posłano na “czasowy urlop”, lecz jego zastępców. Albers najbardziej wsławił się tym, że w raporcie o nocy sylwestrowej ogłosił, że przebiegła spokojnie.

W nowym komunikacie policja kolońska podała, że poszkodowanych kobiet jest 379, z tego – 40 proc. doznało napaści seksualnych, czyli blisko 160. Policjanci znaleźli karteczki z tłumaczeniem najpotrzebniejszych zwrotów z arabskiego na niemiecki m. in: zabiję cię, chcę cię pieprzyć, duże cycki,

Wstrząsająca była relacja pewnego Niemca, który z tygodniowym opóźnieniem mógł opowiedzieć w telewizji, zaświadczając to własną twarzą i nazwiskiem, jak napastnicy obeszli się z pewnym mężczyzną, który bronił swoich kobiet. Już leżącego kopali w głowę parę metrów od policjantów, którzy palcem nie ruszyli.

Zmowa milczenia pękła tylko dlatego, że nie wytrzymało najpotężniejsze źródło informacji dla ludu, czyli Bild Zeitung, który w Nowy Rok po południu doniósł – jeszcze oględnie – o tym, co stało się w Kolonii. Wiadomo już, że to samo, na mniejszą skalę, zdarzyło się w Hamburgu, Stuttgarcie, Duesseldorfie. A potem parę zaczęły z ust puszczać tak samo poszkodowane kobiety w austriackim Salzburgu, szwajcarskim Zurychu, w Helsinkach, w Szwecji.

Z kompromitacji państwa niemieckiego z finezyjną złośliwością skorzystał minister spraw zagranicznych, Witold Waszczykowski, który w liście do swojego odpowiednika niemieckiego, Franka-Waltera Steinmeiera zwrócił się z prośbą o ustalenie, czy w noc sylwestrową poszkodowane zostały również Polki. Niemiec, robiąc dobrą minę do złej gry, odpowiedział, śmiertelnie poważnie, że nie. Żaden inny minister spraw zagranicznych do Niemca w tej sprawie nie pisał.

Podobnie zareagowali polscy kibice siatkówki. Podczas meczu kwalifikacyjnego z Niemcami przed Olimpiadą wywiesili na trybunach w Berlinie ogromny transparent z hasłem „Protect your women not our democracy!” („Chrońcie swoje kobiety nie naszą demokrację!”). Być może dlatego niemieccy siatkarze zebrali się w sobie i wygrali 3:2.

Z okoliczności skorzystał premier Słowacji, Robert Fico, głośny przeciwnik zaludniania Europy muzułmanami. Wezwał do zwołania nadzwyczajnego szczytu Unii Europejskiej poświęconego kwestii migracji, a wniosek uzasadnił tym, co spotkało kobiety miastach w niemieckich. Fico wskazał jeszcze, że widzi związek między kryzysem migracyjnym i terroryzmem. UE nie może czekać, aż do Europy dotrą dalsze miliony uchodźców i dlatego konieczne jest przyspieszenie utworzenia europejskiej straży granicznej i przybrzeżnej – ostrzegał.

Sposób na poprawne zachowanie imigrantów muzułmańskich wymyślił belgijski minister ds. polityki azylowej i imigracji, Theo Francken: w ośrodkach przyjęć migrantów będzie się prowadzić kursy „szacunku dla kobiet”.Chodzi o „wyjaśnienie, że u nas mężczyźni i kobiety są równi”, dodał. Będzie to tłumaczył ludziom, którzy mają głębokie przeświadczenie o wyższości swojej religii nad wierzeniami niewiernych. A swoja religia mówi im, że kobiety niewiernych mogą być niewolnicami, zaś taką, która jest niegodnie ubrana można zgwałcić. Mówi im też, że kobieta może pojawić się w przestrzeni publicznej tylko w towarzystwie opiekuna, czyli ojca, męża lub starszego brata, a te – z placu w Kolonii pijące szampana – to gatunek prostytutki, którą można poniewierać.

ROMST

Kolejny męczennik

Po 8 dniach służby izraelskie wytropiły i zastrzeliły Naszata Milhema, który na głównej ulicy Tel Awiwu zastrzelił dwóch przypadkowych mężczyzn i ranił 7 osób, w tym 2 ciężko. Znaleziono go w … starym domu rodzinnym we wsi Arara na północy Izraela, w którym się wychował.

Osaczony, zaczął się ostrzeliwać z tego samego pistoletu maszynowego uzi, który ukradł ojcu i z którego zastrzelił jeszcze taksówkarza Ajmana Szaabana – też Araba izraelskiego, jak on sam – któremu zabrał samochód i uciekł z Tel Awiwu. Nie przeszkodziło to krewnym i mieszkańcom wsi rodzinnej wspomagać mordercę. Policja przesłuchuje kilka osób. Trzy przebywają w areszcie. Istnieje podejrzenie, że Milhem działał w powiązaniu z Państwem Islamskim. Dlatego policja chciała ująć go żywego, ale nie miała wyjścia, gdy zaczął strzelać.

Z kolei w arabskiej części Jerozolimie odbyła się demonstracja setek zamaskowanych i uzbrojonych popleczników Hamasu z okazji pogrzebu innego z terrorystów, zastrzelonego przez zaatakowanych żołnierzy izraelskich. Jej uczestnicy skandowali na cześć Milhema: „O męczenniku, nasze dusze, naszą krew, nasze życie poświęcimy dla ciebie”. Zebrani strzelali w powietrze i demonstrowali posiadanie noży, tasaków i maczet.

Izraelska opinia publiczna została wstrząśnięta: Jerozolima wschodnia to z punktu widzenia prawa izraelskiego część stolicy, zaanektowana przed 35 laty, a nie Zachodni Brzeg, czy Strefa Gazy. Miejsce pogrzebu znajdowało się w pobliżu Uniwersytetu Hebrajskiego i sto metrów od dzielnicy żydowskiej nazywanej Wzgórzem Francuskim.

 

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}