KNF, czyli cha, de i tede

Afera KNF, która wybuchła przed tygodniem („Przyszedł Chrzanowski do Czarneckiego”) pokazała, że pisowskie puszenie się zamianą „państwa teoretycznego” na państwo sprawne, silne i uczciwe można włożyć między bajki, niezależnie od tego, że niech nas ręka boska broni przed „silnym i sprawnym państwem” w kaczystowskim akurat wydaniu.

 

Traf sprawił, że niemal dokładnie w tym samym momencie ukazała się książka Bartłomieja Sienkiewicza, byłego szefa MSWiA w rządzie Donalda Tuska (2013-2014), „Państwo teoretyczne”, która wiele dopisuje do powyższej konstatacji. Gdyby książka ta została zatytułowana sławetną sienkiewiczowską frazą z „Sowy i przyjaciół” („Chuj, dupa i kamieni kupa”), to być może nieco bardziej przysłużyłoby się to podniesieniu jej atrakcyjności „sprzedażnej” niż poważny tytuł „Państwo teoretyczne”. Dobrze jednak, że zdecydowano się na ten właśnie tytuł, bo nie efektowna, szydercza wulgaryzacja jest nade wszystko potrzebna przy mówieniu o państwie polskim, lecz poważna debata. Sienkiewicz, podejmuje bowiem naprawdę dramatyczne kwestie. Warto zauważyć, że nie jest książka jednostronnie antypisowska. To krytyka całej klasy politycznej za zaniedbania w ciągu całego mijającego 30-lecia III TP. Diagnoza państwa, jaką sformułował Sienkiewicz odnosi się do wszystkich, bez wyjątku, polskich rządów po 1989 roku, także do rządu, w którym sam uczestniczył. Sienkiewicz rozpoczyna od wstępu, który brzmi jak początek jego osobistych wspomnień, gdy opowiada o siedzącym w jego gabinecie szefie ABW Pawle Wojtuniku, ze zdenerwowaniem referującym mu 13 czerwca 2014 roku wiadomość o przygotowaniach tygodnika „Wprost” do publikacji treści nagrań z „Sowy i przyjaciół”, co otworzyło osławioną, tzw. „kelnerską aferę podsłuchową”. Od tonu gawędziarskiego szybko jednak przechodzi Sienkiewicz do wszechstronnej i bynajmniej nie lekkiej diagnozy stanu kraju. Ową diagnozę rzuca na szerokie tło sytuacji geopolitycznej Polski, gdy zwraca uwagę, że „polska nie leży na zachód od Irlandii, tylko na uskoku tektonicznym między Wschodem a Zachodem, ma za sąsiada agresywne mocarstwo, a po drugiej stronie popadający w coraz większe kłopoty i rozpadający się świat Zachodu. W tej sytuacji bez troski o państwo nasze szanse będą maleć, a nie rosnąć”. Część wstępną kończy Sienkiewicz następującą konkluzją-przestrogą: „Ta książka jest próbą opowiedzenia państwa teoretycznego w sposób w miarę systematyczny, ale poprzez wybrane przykłady dotykające różnych stron życia. (…) Chcę pokazać problemy Polski z różnych perspektyw: spraw najważniejszych, które kojarzymy z państwem i tych codziennych, wydawałoby się nie mających z nim nic wspólnego: polskiej wsi i ministerstw w Warszawie, rzeczy oczywistych oraz tych, których nie zawsze jesteśmy świadomi. Chcę opowiedzieć Polskę taką, jaka mnie boli, o którą się martwię. Bo idzie zły czas. I pora to zobaczyć”.

W pierwszej części („Buduje się od dołu, nie od góry”) Sienkiewicz koncentruje się na analizie kilku zagadnień, w których upatruje największe niebezpieczeństwa dla Polski, przy czym dokonany przez niego wybór może niektórych zdziwić: na stanie edukacji powszechnej, która mentalnie oddala wschodzące pokolenie polskie od świata („Folwark dziecięcy”), na uprzywilejowanej pozycji Kościoła katolickiego zaburzającej homeostazę państwa i działającej na nie oraz na życie społeczne niczym toksyna („Nieświeckie państwo”) oraz na bezradności państwa wobec permanentnej hekatomby krwi na polskich drogach, której sprawcami są polscy kierowcy, ale która powinna być także wyrzutem sumienia dla państwa („Kodeks nieposłuszeństwa”). Na koniec Sienkiewicz uzasadnia, dlaczego wybrał te akurat trzy zagadnienia: „Szkoła, ruch drogowy i finansowy wymiar Kościoła – są codziennym, powszechnym doświadczeniem naszych rodaków”.

Są jednak i inne plagi, które trawią kraj i im przygląda się Sienkiewicz w części drugiej („Co na nas wyjeżdża zza zakrętu historii”), m.in. w rozdziale zatytułowanym frazą z „Chorału” Kornela Ujejskiego – „Z dymem pożarów”. To najbardziej dojmujący z przywoływanych przez autora przykładów na „imposybilizm” państwa, na sławetne „państwo teoretyczne”. Także państwo kierowane przez PiS. Chodzi tym razem o bezkarność mafii śmieciowych, które przy bezradności państwa zrobiły sobie z Polski horrendum: wielki śmietnik importowanych odpadków i miejsce podpalania piramid śmieci. I państwa, które jedynie pozoruje walkę ze smogiem („Smog krakowski nadal żywy”). A także państwa, które wbrew buńczucznym i jak się okazuje kłamliwym deklaracjom antyimigranckim, jest „największym importerem cudzoziemskiej siły roboczej na świecie”. Dotyka Sienkiewicz także militarnej bezbronności Polski, której zawinił bynajmniej nie tylko Antoni Macierewicz („Wieża Hitfist”). Sienkiewicz krytykuje natomiast rząd PiS za to, że w polityce obronnej stawia na jedną tylko, amerykańską kartę, co oznacza, że bardzo ryzykuje Polską. „Przez trzy bez mała dekady żyliśmy ze wspomnianej pokojowej dywidendy dzięki spójności Zachodu, jego dominacji w świecie i roli USA jako imperium światowego – pisze Sienkiewicz – To się kończy na naszych oczach. Nie wiemy, co nadchodzi ani czy w przyszłości będziemy potrafili uchronić Polskę przed najgorszymi scenariuszami. W tej sytuacji izolacjonizm w Europie a la PiS, oparty tylko na zapewnieniach niestabilnego prezydenta USA, jest wart tyle, ile oświadczenia jego poprzednika Baracka Obamy, że USA zareagują z całą mocą, jeśli w Syrii dojdzie do użycia broni chemicznej. Jak z tą reakcją Obamy było, wiadomo. Morze ruin syryjskich miast i Rosja jako rozgrywający w tym regionie świadczą same za siebie. Z polityką prowadzoną przez rządzących w sposób, jak gdyby Polska była ich folwarkiem wydzierżawionym na wieczność, złe scenariusze zmaterializują się szybciej i bardziej niespodziewanie. Ale i z opozycją, która nie dostrzega, że nie ma już powrotu do tego, co było i żadne zaklęcia o „naturalnym” miejscu Polski w międzynarodowym układzie nie odpowiadają już rzeczywistości, tak nie zajedziemy daleko. Od tego, że PiS straci władzę, wszystkie klocki dawnego świata nie wskoczą automatycznie na swoje miejsce. Nadal będzie pogłębiał się rozdźwięk między USA a UE, nadal Chiny i Rosja będą coraz śmielej kwestionować globalne przywództwo Zachodu (…) Nie udaje się lwa, podczas gdy nie potrafi się być nawet lisem. Nie ucieka się w nacjonalistyczne kostiumy, bo nacjonalizm w tej części Europy to nieskończona lista wzajemnych pretensji, pamięci o przelanej krwi i odwiecznych konfliktów”. W konkluzji rozdziału pisze Sienkiewicz o trzech głównych procesach „odkształcających nasze przyzwyczajenia, poczucie bezpieczeństwa i obliczalność losu” oraz o trzech wyczerpujących się czynnikach polskiej pomyślności ostatnich trzech dekad: energii obywateli, wzrostu gospodarczego i napływu kapitału. Konkluduje Sienkiewicz swoje rozważania w tonie prawie patetycznym, który nie jest mu obcy: „Utrata przez Polskę nagromadzonego przez pokolenie kapitału sukcesu i bezpieczeństwa byłoby dramatyczną powtórką losu sprzed trzech stuleci. Nawet jeśli nad Warszawą nadal będzie powiewać flaga biało-czerwona i żadna obca ręka nie będzie chciała jej zrzucać. Mam wrażenie, że zostało mało czasu, żeby dostosować się do nowej sytuacji. Kiedyś, wieki temu, takich działań zaniechaliśmy. Cena była bardzo wysoka”.

W rozdziale trzecim i ostatnim („Państwo. Powrót”) analizuje Sienkiewicz sytuację i schorzenia państwa już w zakresie politycznych generaliów. Ubolewa, że „mamy totalną władzę i totalną opozycję”, że „silników” rozwoju upatrujemy nie tam, gdzie one realnie są, że władza pojmowana jest jako przewaga, dominacja większości nad mniejszością, że państwo jest zbyt daleko od obywatela, także dlatego, że po 1989 roku zdewastowano transport publiczny w postaci sieci kolejowych i autobusowych połączeń. Wskazując drogi wyjścia z obecnej sytuacji mówi autor o konieczności wyjścia przez opozycję poza język „antypis”. Powołuje się przy tym Sienkiewicz na frapujący przykład sprzed siedmiu lat (2011), gdy w okresie nieprzezwyciężalnej, jak się wtedy zdawało, hegemonii Platformy Obywatelskiej (tuskowe „nie mamy z kim przegrać”) pojawiło się na rynku medialnym, opanowanym przez liberałów, „niezwykłe przedsięwzięcie – tygodnik prawicowy „Uważam rze” Pawła Lisickiego. Stał się on zalążkiem późniejszego „prawicowego marszu przez media” (z ewidentnym wykorzystaniem doktryny „hegemonii kulturowej” stworzonej przez geniusza lewicy Antonio Gramsciego), marszu, który walnie przyczynił się do odzyskania władzy przez PiS i Zjednoczoną Prawicę. Idźcie ich śladem – zdaje się zwracać Sienkiewicz do obecnej opozycji, bo bez tego wasze szanse na odwojowanie Polski z rąk PiS będą nie tylko znacznie mniejsze, ale i wasza władza będzie tylko dla władzy, co nie wróży jej trwałości. Na koniec zaleca Sienkiewicz trzy wektory działania: przejście od polityki dla polityki i władzy dla władzy do praktyki podejmowania konkretnych, ważnych społecznie zadań, stworzenie koalicji konkretnych interesów ponad podziałami politycznymi oraz stworzenia nowego języka mówienia o sprawach publicznych z naciskiem na nowe techniki medialne i komunikacyjne. Mocno też kładzie nacisk na konieczność odwojowania świeckości państwa z rąk Kościoła kat.

Można by odnieść się do przemyśleń, diagnoz i rad Sienkiewicza nawet z nutą kpiny, jako że sam, jako praktyk polityczny nie okazał się dostatecznie skuteczny i sprawny, co przyczyniło się do krótkotrwałego sprawowania przez niego urzędu ministerialnego. Że będąc rządowym szefem policji dał się w „Sowie” nagrać jak dziecko. Ciśnie się więc na usta fraza „lekarzu, ulecz się sam”. Czy ktoś taki „co sam nie potrafił”, może sensownie doradzać innym? A jednak. Bartłomiej Sienkiewicz nie okazał się być może wystarczająco dobrym ministrem i skutecznym politykiem, toteż być może dlatego szybko wyciągnął wnioski ze swoich ograniczeń i postanowił zakończyć krótką przygodę z czynną polityką. Jest za to bardzo dobrym, kompetentnym ekspertem i uważnym analitykiem polityki, procesów społecznych, kulturowych, geopolitycznych. etc. I dlatego warto przeczytać i przemyśleć to, co napisał w „Państwie teoretycznym”. A potem spróbować wyciągnąć z tego praktyczne wnioski.

 

Bartłomiej Sienkiewicz – „Państwo teoretyczne”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2018, str. 167, ISBN 978-83-66095-00-7

Idole opozycji

Kolejnych idoli obozu antypisowskiego wyznacza prezes Kaczyński.

 

Po sukcesie Dudy, nieoczekiwanej porażce Komorowskiego, ogórkowej kompromitacji SLD było jasne, że Polacy są gotowi uwierzyć Beacie Szydło, zwiastującej „dobrą zmianę”. Zwłaszcza że zmiana miała nastąpić także w PiS, które schowało budzących największą nieufność Kaczyńskiego i Macierewicza, i gwarantowało, że nie znajdą się w przyszłym rządzie.

 

Państwo teoretyczne

W Polsce nie było już Tuska, ale wciąż trwała atmosfera wywołana aferą taśmową. Wyborcy pamiętali diagnozę ministra Sienkiewicza, według której flagowy okręt PO, Polskie Inwestycje Rozwojowe, to „chuj, dupa i kamieni kupa”, a „państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie”. Chcieli, żeby zaistniało naprawdę i wreszcie zatroszczyło się nie o beneficjentów transformacji, ale o najbiedniejszych. Skala nędzy, o której wszystkie rządy nie chciały wiedzieć, była ogromna.
W ocenie Banku Światowego, za rządów PO-PSL ok. 3 mln obywateli, w tym prawie 800 tys. dzieci, egzystowało w sferze skrajnego ubóstwa, czyli poniżej granicy biologicznego przetrwania. W 2015 r. wynosiła ona 545 zł dla gospodarstwa jednoosobowego i 1472 zł dla czteroosobowej rodziny. Natomiast poniżej minimum socjalnego (w 2015 r. odpowiednio 1080 zł i 2915 zł) żyło 43 proc. Polaków (16 mln). Dotyczyło to aż 42 proc. pracujących. Nawet jeśli niektórzy z nich dostawali od pracodawcy jakieś dodatkowe, nieopodatkowane i nieozusowane pieniądze, i tak są to dane porażające.

 

Polska w ruinie

Trudno się dziwić, że ludzi szlag trafił, kiedy dowiedzieli się od ministerki Bieńkowskiej, że za 6 tysięcy zł pracuje tylko idiota. I tym bardziej zachwycił ich program 500+. Nie licząc złodziejskiego Programu Powszechnej Prywatyzacji, po raz pierwszy ktoś chciał im dać konkretne, wcale niemałe pieniądze. I to na każde dziecko. Jeśli dodać do tego agresywną, oszczerczą kampanię („Polska w ruinie”), a przede wszystkim zdecydowane poparcie Kościoła i Radia Maryja, wynik wyborów był przesądzony. Oczywiście nie byłby tak fatalny w skutkach, gdyby SLD-Lewica Razem przekroczył 8-procentowy próg wyborczy. Zabrakło kilkudziesięciu tysięcy głosów i PiS zgarnął 30 lewicowych mandatów. Nie wystarczyło do większości konstytucyjnej, ale zapewniło bezwzględną i samodzielne rządy. Pierwsze od 1989 r.
Po złamaniu obietnicy, że Macierewicz nie będzie ministrem obrony, reszta poszła łatwo, bo zwycięzcy pozbyli się wszelkich hamulców. Uznali, że pod osłoną programu 500+ mogą sobie pozwolić na wszystko. Jak bezczelnie powiedział Mateusz Morawiecki, jeszcze jako minister finansów, „oczywiście, że prawo nie jest najważniejsze”. W demokratycznym państwie byłby skończony, w kaczystowskim awansował na premiera.

 

Rzepliński

Wobec ogromu bezczelności, do której z czasem doszło zwyczajne chamstwo, opozycja, zarówno parlamentarna, jak i pozaparlamentarna, okazała się bezradna. Działania, które podejmowała, były jedynie odpowiedzią na to, co robili kaczyści. Nawet kolejni idole opozycji byli wyznaczani przez prezesa Kaczyńskiego. Wyjątek stanowi Mateusz Kijowski, który wraz z zainteresowaniem służb kaczystowskiego państwa stracił społeczne poparcie. Jest to zarazem swoisty fenomen, który sam się wykreował i własnoręcznie zniszczył.
Pierwszym wykreowanym przez PiS idolem opozycji był prof. Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego. Dopóki partia rządząca nie zagięła na profesora parolu, mało kto w Polsce w ogóle wiedział o jego istnieniu, a ceniony był głównie przez Watykan. W 2015 r. za zaangażowanie w pracę na rzecz Kościoła papież Franciszek, na wniosek kard. Nycza, przyznał mu medal Pro Ecclesia et Pontifice. Tym samym profesor znalazł się w gronie stu kilkudziesięciu nagrodzonych Polaków, wśród których są Paweł Adamowicz, Tomasz Arabski, Alicja Grześkowiak, Michał Seweryński, Wojciech Szczurek. Odznaczenie jest w pełni zasłużone, bo prof. Rzepliński zawsze miał na względzie interesy Kościoła. Jak powiedział, odbierając medal: „Jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem”. Dopiero bezpardonowy atak PiS uczynił go obywatelem i obrońcą konstytucji.

 

Gersdorf

Kolejnym idolem opozycji została prof. Małgorzata Gersdorf. Proces przebiegał z oporami, bo na początku I prezes Sądu Najwyższego nie bardzo potrafiła się odnaleźć w roli bojowniczki o niezawisłość polskiego sądownictwa. 18 września 2017 r. uczestniczyła w Pałacu Prezydenckim w zaprzysiężeniu sędziego dublera TK Justyna Piskorskiego, wybranego przez PiS. W związku z głosami oburzenia, że to legitymizuje niekonstytucyjne działania PiS, rzecznik SN wydał następujące oświadczenie: „W imieniu pani profesor Małgorzaty Gersdorf proszę o przyjęcie zapewnienia, że w trudnym okresie stresów i przepracowania, każdemu z nas zdarzają się kroki podjęte bezrefleksyjnie, z przeoczeniem specyficznych uwarunkowań, które powinny być brane pod uwagę w działalności publicznej I prezesa Sądu Najwyższego”.
Do bezrefleksyjnych należy też zaliczyć część wypowiedzi I prezes SN w Federalnym Trybunale Sprawiedliwości w Karlsruhe i na zorganizowanej tam konferencji prasowej. W wykładzie „Państwo prawa w Polsce – stracone szanse?” zawarła taką ocenę polskiej historii: „Mogłabym mówić długo o polskich doświadczeniach historycznych ostatnich dwustu lat, które kładą się długim cieniem na współczesnych sporach narodowych, choć chyba nie ma to sensu, bo takie mroczne zakamarki kryją się w duszy każdego narodu. Nie mam natomiast wątpliwości, że najbardziej rujnujące doświadczenie, okres czterdziestu pięciu lat rządów realnego socjalizmu, nadal ciąży nam jak kamień u szyi”.
To typowa nowomowa III RP. Obraźliwa dla milionów Polaków, którzy odbudowali po wojnie swój kraj, żyli w nim i pracowali. Jest namiętnie stosowana także przez prezesa Kaczyńskiego i ministra Ziobro do uzasadniania m.in. niszczenia wymiaru sprawiedliwości, w tym Sądu Najwyższego.
Prof. Gersdorf została okrzyknięta i przyjęła na siebie rolę drogowskazu, ale sama nie podąża w kierunku, który wskazuje. Obrońcy demokracji oczekiwali, że będzie niezłomnie trwała na stanowisku. Toteż, kiedy dość bezradnie zapytała: „Mam się przykuć do biurka?”, zawsze niezawodny sędzia Igor Tuleya odpowiedział: „Tego się po pani prezes spodziewaliśmy”. Z pewnością zaś nie oświadczenia z Karlsruhe: „Sędziowie nie mają wojska. Sędzia zawsze przegra z władzą. Będzie tak, jak będzie. (…) Mogę tylko trwać, trwać w tym swoim mniemaniu, że jestem I prezesem, natomiast nie ma takiej możliwości, żeby sędzia, i to jednak kobieta, według władzy stara, mogła się przeciwstawić wszystkiemu. (…) Będę I prezesem na uchodźstwie”. To dowcipne, ale nie załatwia sprawy, bo SN potrzebuje prezesa na miejscu.

 

Konstytucja

Niekwestionowanym idolem nieosobowym została Konstytucja. Podobnie jak obydwojga profesorów prawa, w momencie podjęcia obrony prawie nikt nie znał jej treści, a zdecydowana większość nie zna nadal. Oczywiście, pomimo to warta jest obrony, ale nie dlatego, że taka dobra, a dlatego, że pisowska będzie stokroć gorsza. Znowu walczymy o mniejsze zło. Kiedy wreszcie opowiemy się za dobrem? Choćby też tylko mniejszym.
Niewykluczone, że dopiero wtedy, kiedy opozycja samodzielnie wykreuje swojego idola. Niestety, nic nie wskazuje, żeby nastąpiło to przed przyszłorocznymi wyborami.