Amunicja na wybory jest. A gdzie są armaty?

Żadnych hipotez, żadnych scenariuszy wyborczych, powyborczych. Tylko „tu i teraz”, tylko twarde fakty.

Od czterech lat przedmiotem totalnej krytyki jest reforma szkolnictwa i jej twarz, minister Anna Zalewska. Krytykowali ją wszyscy, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, eksperci i samorządowcy. Minister Zalewska dla wszystkich miała swój telewizyjny uśmiech i żadnych odpowiedzi merytorycznych. Prezentując więcej niż zawodowy optymizm, nie wchodząc w żadne polemiki, minister Zalewska stanowczo i stale twierdziła, że reforma jest słuszna, dobrze przemyślana i policzona – nie generuje żadnych problemów i żadnych kosztów. Tuż przed wejściem reformy w życie Anna Zalewska zdała urząd, wystartowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego, zdobyła ku mojemu zaskoczeniu mandat europosła i nie ma już jej na krajowej scenie.
Reforma Anny Zalewskiej weszła w życie. Jej jedynym głoszonym publicznie uzasadnieniem, było powtarzane jak mantra zdanie : bo tego chcieli obywatele, bo taka była obietnica wyborcza Prawa i Solidarności – a Prawo i Sprawiedliwość dotrzymuje obietnic wyborczych.
Przez cztery lata, przy nieustającym sprzeciwie wszystkich zainteresowanych rząd „robił” reformę. Gdy nastał czas próby i zaczęły się egzaminy do szkół ponadpodstawowych — okazało się, że mamy problem.
Nie będę zajmował się istotą rzeczy, materiałów i informacji dotyczących sprawy jest aż nadto we wszystkich mediach. Chciałbym zająć się sprawą języka ludzi władzy, występujących w mediach i tłumaczących, że żadnego problemu braku miejsc w szkołach dla tegorocznych absolwentów nie ma, a jeżeli gdzieś zdarzają się jakieś trudności, to jest to wynik nieudolności samorządów albo, co jeszcze groźniej wybrzmiało, spisku prezydentów i burmistrzów pochodzących z totalnej opozycji politycznej, która świadomie i celowo stwarza trudne sytuacje naszej młodzieży.
Takie działania to w języku prawa dywersja. Dla ludzi robiących dywersję wobec państwa, wykorzystujących swoje stanowiska służbowe, właściwe miejsce jest w więzieniu. Czekam na odpowiednie ruchy prokuratury i osobiście prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości w jednej osobie Zbigniewa Ziobry albo jego zastępcy, jeszcze groźniejszego z wyglądu — Bogdana Święczkowskiego. Albo — albo: jeżeli publicznie głosi się takie oskarżenia wobec wielu samorządowców, to sprawa nie może rozejść się „po kościach”. Skoro za domalowanie tęczy matce boskiej częstochowskiej policja potrafiła z samego rana odwiedzić autorkę tego artystycznego happeningu, to tym bardziej należy spodziewać się zdecydowanych działań w wypadku czegoś, co naprawdę można nazwać sabotażem.
Następca minister Zalewskiej, też nauczyciel, ze swadą zawodowego propagandysty zakłamuje rzeczywistość. W jego wypowiedziach jest tyle słów, że trudno zrozumieć najprostszą sprawę — są kłopoty z przyjęciem do szkoły z maturalnymi uprawnieniami wszystkich tegorocznych absolwentów, mających takie ambicje — czy nie ma takich kłopotów?
Słuchając ministra, można odnieść wrażenie, że żyje on w alternatywnej rzeczywistości — wszystko jest pod kontrolą, państwo działa, każdy uczeń ma zagwarantowane prawo do kontynuowania nauki do określonego prawem wieku, samorządy, które chciały i starały się, nie mają żadnych problemów, ba mają nawet nadwyżki wolnych miejsc w swoich szkołach — a takie, które nie popierają obecnej władzy, sztucznie mnożą problemy z rekrutacją, licząc na to, że wpłynie to na wynik zbliżających się wyborów.
Odnotować jednak trzeba słuszne działania rządu — zastępca innego ministra, który z rozbrajającą szczerością zaproponował, aby uczniowie, dla których zabrakło miejsca w wybranej szkole, poszukali sobie szkoły za granicą, nie jest już wiceministrem. To dobry sygnał — bez względu na to od kogo wyszedł — ten wniosek o dymisję.
Dymisji minister Zalewskiej nie doczekamy się, jako że za zgodą samego Prezesa wszystkich Prezesów zasiada w Parlamencie Europejskim. Można jedynie zastanawiać się, czy gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się po tym, co dzieje się teraz w polskich miastach, to Anna Zalewska uzyskałaby mandat, czy jednak nie? Ale to już tylko takie puste pytanie.
Skoro nie będzie dymisji minister Zalewskiej, trzeba na wszelkie sposoby doprowadzić do tego, aby dymisję otrzymało całe Prawo i Sprawiedliwość jako formacja rządząca. To w rządzie PiS-u Zalewska była bowiem ministrem, to ten rząd firmował tę reformę.
Jak dotąd w mediach przebija się narracja rządowa, że nie ma żadnych kłopotów z rekrutacją, a jeżeli gdzieś występują jakieś kłopoty. to jest wina samorządów.
Tak nie może zostać. Nie może być tak, że za absurdalną reformę Zalewskiej zapłacą samorządy, a nie rząd, który wprowadził tą reformę. To jest naprawdę dobre narzędzie do politycznej batalii w kampanii wyborczej, to jest doskonały temat na debaty publiczne z udziałem młodzieży. Mamy pierwsze odnotowane działania młodych ludzi, którzy w starciu z urzędnikami państwa, odpowiedzialnymi za reformę oświaty — na spotkaniach z kuratorami jako przedstawicielami państwa polskiego — dali wyraz swoich uczuć, ocen i poglądów na temat reformy Zalewskiej. Na marginesie: eurodeputowanej, która zgłosiła chęć zajmowania się w PE sprawami ochrony środowiska, nie oświaty i szkolnictwa. No comment!
Innym przykładem nieudolności obecnej ekipy rządzącej Polską jest to, co dzieje się z lekami. Problem narastał od dawna, nikt nie może tłumaczyć się, że to stało się nagle, ani tłumaczyć, że to problem wielu krajów. To prawda, kryzys lekowy narastał, jego korzenie są poza krajem, ale tym bardziej jest konieczne, aby rządzący powiedzieli, co robili, aby przygotować się do niego. Nie może być tak, że różnice w ocenie ilości brakujących leków pomiędzy ministrem zdrowia a przedstawicielem nadzoru farmaceutycznego sięgały 100%. Powiedzenie, że to nie apteka — nie ma tu zastosowania.
Zdrowie i życie to poziom potrzeb podstawowych. Zagrożenia w realizacji tych potrzeb wyrzucały zawsze rządzących z siodła. W kampanii wyborczej trzeba zderzać zapewnienia i plany rządu o darmowych lekach dla seniorów z brakiem podstawowych leków na nadciśnienie czy cukrzycę.
To dobry przykład na państwo PiS w działaniu. A nie w gadaniu, które im wychodzi dużo lepiej.
Logika władzy jest taka, że szans na szybką dymisję ministra zdrowia tuż przed wyborami nie ma. Jego zdymisjonowanie byłoby przyznaniem się do winy, a tego żadna władza nie robi. Ale opozycja ma amunicję.
Pytanie — czy ma działa? I czy umie strzelać?

NIE dla Rafalskiej

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa popiera krytyczne stanowisko Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych wobec kandydatury Elżbiety Rafalskiej na przewodniczącą Komisji ds. Zatrudnienia i Spraw Socjalnych PE. Związki zawodowe powinny być postępowymi siłami, które walczą z wszelkimi formami dyskryminacji. Elżbieta Rafalska reprezentuje partię ksenofobiczną, która utwierdza negatywne stereotypy wobec kobiet, migrantów czy LGBT. Ponadto Prawo i Sprawiedliwość na szczeblu unijnym nie walczy o wdrożenie rozwiązań, które uczyniłyby Unię Europejską bardziej solidarną, sprawiedliwą i demokratyczną. Wręcz przeciwnie, PiS umacnia model Europy dwóch prędkości, sytuując Polskę na marginesie Wspólnoty Europejskiej. Między innymi obecny rząd sprzeciwia się zasadzie równej płacy za tę samą pracę, przyzwalając w ten sposób na dyskryminację pracowników z biedniejszych krajów, pracujących w bogatych krajach zachodnich. Minister Rafalska jako minister rodziny, pracy i polityki społecznej nie podjęła też działań na rzecz ograniczenia umów niestandardowych, a jej dialog z partnerami społecznymi był pozorowany. Partia Elżbiety Rafalskiej podjęła też szereg antypracowniczych działań w spółkach skarbu państwa, jak też w sektorze państwowym i samorządowym, z pogardą odnosząc się do nauczycieli, pracowników socjalnych, pracowników służby zdrowia czy pracowników wymiaru sprawiedliwości.
Jednocześnie jesteśmy zażenowani postawą Solidarności, która odcina się od międzynarodówki związkowej i staje u boku rządu. Centrala Piotra Dudy po raz kolejny okazuje się przystawką Prawa i Sprawiedliwości i interes partii rządzącej stawia ponad interesami świata pracy. Solidarność daje kolejne dowody, że jej aktywność nie ma wiele wspólnego z działalnością związkową – jest to po prostu jeden z wielu sojuszników prawicowego rządu. W ostatnich miesiącach Solidarność wielokrotnie kompromitowała ruch związkowy, wspierając ruchy ksenofobiczne i nacjonalistyczne, jak też wspierając niszczenie praworządności przez rząd. Niedawno Piotr Duda przyłączył się do nagonki na LGBT, chociaż zakaz dyskryminacji jest wpisany tak w Konstytucję RP, jak i Kodeks Pracy.
Związkowa Alternatywa broni praw pracowniczych w każdym wymiarze i dlatego zdecydowanie odcina się od Solidarności, a jednocześnie popiera stanowisko Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. Podobnie jak nasi koledzy i koleżanki z EKZZ, uważamy, że Elżbieta Rafalska nie nadaje się na stanowisko przewodniczącej Komisji ds. Zatrudnienia i Spraw Socjalnych PE i jesteśmy przeciwko jej kandydaturze.

Quo vadis, Europo?

Przyznaję, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nie jestem w tej niewiedzy osamotniony, gdyż nad przyszłością Europy zastanawiają się najpotężniejsze umysły świata nauki i polityki, nie znajdując jednoznacznych odpowiedzi.

Europa stoi przed czterema wielkimi wyzwaniami, na które można też spojrzeć jako na rozstajne drogi – niejednoznaczne możliwości dalszych wyborów. Świadomość tej niejednoznaczności powoduje, że – inaczej niż ćwierć wieku temu – patrzymy w przyszłość bez taniego optymizmu, bez wiary, że możliwy jest jedynie dalszy harmonijny marsz ku europejskiej Arkadii. Nie znaczy to jednak, by wczorajszy optymizm miał zostać zastąpiony czarnym pesymizmem. To, ze dalszy bieg historii pozostaje otwartą kwestia naszych wyborów, powinno być zachętą do działania na rzecz tego, co uważamy za najbardziej korzystny kierunek rozwoju. W tym sensie próba przewidywania staje się, jak pisał wielki włoski marksista Antonio Gramsci, próbą tworzenia woli zbiorowej.

Cztery wyzwania, o których chcę mówić, można ująć w formę pytań:

Po pierwsze: jaka ma być geografia polityczna Europy? Czy Unia Europejska będzie się kurczyła? Czy wrócą czasy, gdy szybko rozszerzały się jej granice?
Po drugie: czym będzie integracja europejska? Czy ulegnie dalszemu pogłębieniu, kosztem przenoszenia coraz większych uprawnień państw narodowych do sfery wspólnej władzy organów unijnych? A może nastąpi odwrót od pogłębionej integracji opartej na traktacie z Maastricht ku idei „Europy ojczyzn”?
Po trzecie: jaka będzie przyszłość stosunków między jednoczącą się Europą zachodnią i środkową a wschodem naszego subkontynentu, zwłaszcza Federacją Rosyjską? Czy przyszłość niesie w sobie zapowiedź kontynuowania konfrontacji politycznej, czy też możliwy jest powrót do idei europejskiego „wspólnego domu”, który marzył się Gorbaczewowi?
Po czwarte wreszcie: jak układać się będą nasze relacje z wielkim sojusznikiem demokratycznej Europy – Stanami Zjednoczonymi? Jaki będzie kształt wspólnoty transatlantyckiej?
W pierwszej z tych spraw kluczowa okaże się sprawa „brexitu”. Nieprzemyślana decyzja poprzedniego premiera Zjednoczonego Królestwa Dawida Camerona, by o przyszłym udziale tego państwa w Unii Europejskiej zdecydowali obywatele w referendum, pokazała, jak naiwne są oczekiwania – żywione zwłaszcza przez populistów różnych barw – że referendum stanowi panaceum na wady demokracji parlamentarnej. Brytyjczycy w referendum z 2016 roku odpowiadali na pytanie, w którym tylko jedna odpowiedź miała jednoznaczny sens: ta, która oznaczała pozostanie w Unii. Natomiast opowiedzenie się za jej opuszczeniem było skokiem w nieznane, gdyż nigdy nie określono jednoznacznie, na jakich warunkach Zjednoczone Królestwo miałoby wyjść z Unii. Chaos związany z „brexitem”, będzie zapewne zniechęcał następne państwa od naśladowania Londynu. Myślę więc , że „brexit”nie będzie miał następców, ale wątpliwe jest, by Unia w najbliższych latach decydowała się na przyjmowanie nowych członków. Dotyczy to zwłaszcza państw bałkańskich a także Ukrainy. Czeka je prawdopodobnie los podobny do Turcji, od dwudziestu lat tkwiącej w przedpokoju jako „kandydat” do członkostwa w UE.
Sama zaś Unia stoi przed wyborem dotyczącym jej tożsamości. Z jednej strony słychać postulaty dalszego pogłębienia integracji, w czym przoduje zwłaszcza prezydent Francji Emmanuel Macron. Z drugiej jednak coraz mocniej słychać głos „eurorealistów”, jak lubią się nazywać politycy pragnący osłabienia Unii przez restytucję jak najszerszych uprawnień państw członkowskich, Takie stanowisko współbrzmi z tendencjami autorytarnymi i nieprzypadkowo najsilniej akcentowane jest przez polityków rządzących obecnie na Węgrzech i w Polsce. Mają oni jednak życzliwych sprzymierzeńców w kilku innych państwach europejskich, w tym we Włoszech. Czy ten kierunek będzie rósł w siłę, czy okaże się efemerydą? Wiele będzie zależało od tegorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego, które pokażą, w jakim kierunku ewoluują nastroje Europejczyków.

Trzeci obszar niepewności

dotyczy stosunków z Rosją. Pamiętam, jak wielkie nadzieje trzydzieści lat temu towarzyszyły zwrotowi ówczesnego Związku Radzieckiego od zimnowojennej konfrontacji ku idei partnerskiej współpracy w ramach „wspólnego europejskiego domu”. Nic z tego nie zostało. Mamy dziś klimat konfrontacji, powodujący, że coraz więcej komentatorów mówi o „drugiej zimnej wojnie”. Myślę, ze jest to mylna analogia. Zimna wojna była globalnym starciem ideologicznym, „walką o duszę ludzkości”, jak to ujął prezydent Bush senior. Dziś mamy do czynienia z rywalizacją mocarstw, w ramach której Federacja Rosyjska – po fatalnym dla niej dziesięcioleciu rządów Jelcyna – próbuje odbudować swą pozycję jako liczącego się mocarstwa regionalnego. Jej działania budzą zrozumiały sprzeciw tam, gdzie postrzega się je jako zagrożenie dla narodowej suwerenności: a więc przede wszystkim w niektórych państwach-sukcesorach po ZSRR, zwłaszcza Ukrainie. Daleki jestem od afirmowania polityki rosyjskiej wobec słabszych sąsiadów, chociaż nie podzielam rozpowszechnionej opinii, że stanowi ona bezpośrednie zagrożenie dla Polski. Nasze bezpieczeństwo gwarantuje członkostwo w NATO i jest to tak silna gwarancja, jakiej Polska nigdy w swej historii nie miała.

Pozostaje jednak otwarty problem przyszłych relacji

między demokratyczną Europą zachodnią i środkową a autorytarną Rosją. Przewlekły konflikt ciąży nam jak kula u nogi. Nie możemy jednak – bo byłoby to sprzeczne tak z naszymi wartościami, jak i z naszymi interesami – po prostu się z niego wycofać. Droga do zakończenia konfliktu z Rosją prowadzi przez wypracowanie kompromisowych rozwiązań, także w najtrudniejszej sprawie stosunków ukraińsko-rosyjskich. Pierwsza tura wyborów prezydenta Ukrainy wskazuje na bardzo wysokie prawdopodobieństwo zmiany władzy w tym państwie. Czy nowy prezydent będzie chciał i – co ważniejsze- będzie w stanie odmrozić relacje z Rosją, wypracować akceptowalny kompromis? Nikt tego dziś nie wie, ale sądzę, że takiego scenariusza nie wolno wykluczać. Sądzę też, że dla Europy, dla jej bezpieczeństwa i rozwoju, byłoby dobrze, gdyby poprawiły się stosunki z Rosją.
Wiąże się to z czwartym polem niepewności – ze stosunkami z USA. Po raz pierwszy od drugiej wojny światowej Stany Zjednoczone rządzone są przez ekipę politycznie nieprzewidywalną. Nie idzie tu nawet o to, że Donald Trump jest populistą, którego chaotyczne posunięcia i deklaracje polityczne rodzą – także w jego własnym kraju – obawy co do kierunku polityki amerykańskiej. Idzie bardziej no to, że sukces polityczny uzyskany przez Trumpa w 2016 roku jest objawem głębszego zjawiska. Określiłby je jako kryzys amerykańskiej tożsamości. Reakcją na głębokie modernizujące zmiany, których symbolem była ośmioletnia prezydentura Obamy, jest agresywny fundamentalizm i nacjonalizm. Ten trend stanowi odejście od amerykańskiego konsensusu, który cechował politykę USA pod rządami wszystkich poprzednich prezydentów i którego sensem było dążenie do wspólnego z partnerami budowania przyszłości świata w oparciu o wartości liberalnej demokracji. Po przeszło dwóch latach urzędowania Trump nie może pochwalić się istotnymi osiągnięciami, Stany Zjednoczone są nadal najsilniejszym mocarstwem świata i trzonem sojuszu atlantyckiego, ale nie są przywódcą demokratycznego świata w takim sensie, jak to postulował Zbigniew Brzeziński. Nie są inspiratorem wspólnego marszu ku lepszej przyszłości.
Dla Europejczyków oznacza to konieczność brania w większym niż dawniej stopniu odpowiedzialności za swoją wspólną przyszłość. Na dłuższą metę jest to dla nas korzystne, ale wymaga wzmożonego wysiłku.

Wymaga także przywództwa.

Wielkim problemem Europy w drugim dziesięcioleciu XXI wieku jest to, że dziś potrzebuje ona wielkich przywódców na miarę tych, którzy w pierwszych latach powojennych wykuwali przyszłość naszego kontynentu: Churchilla i De Gaulle’a, Adenauera i Brandta, Schumanna i Monneta. Uważa się często, że wielcy przywódcy pojawiają się zawsze wtedy, gdy istnieje wyzwanie o historycznym znaczeniu. Dzieje świata tego nie potwierdzają. Niemniej powinniśmy pamiętać, że to, jak odpowiemy na tytułowe pytanie tego wystąpienia będzie w wielkiej mierze zależało od tego, jaki przywódcom powierzymy swój los w obecnej fazie drogi Europy ku nieznanej –ale mam nadzieję lepszej – przyszłości.

Jest to odczyt wygłoszony na spotkaniu Law Club Center w Warszawie 4 kwietnia 2019 r.