Kościół w ślepej uliczce

Nie zanosi się na to, by iście popowa kadencja obecnego papieża doprowadziła do jakichkolwiek zmian poza kosmetycznymi. Z mrocznych zakątków Watykanu wciąż dochodzą upiorne komentarze. Katoliccy kapłani po prostu lubią swoją korporację, a ona – jak wszystkie, niezależnie od profilu, komercyjna czy gnostyczna – potrafi wytworzyć perwersyjną antymoralność w każdej niemal sferze.

Świadectwem tego jest choćby niedawna rozprawa emerytowanego papieża Benedykta XVI na temat rozlicznych skandali pefofilskich, w które zamieszani są katoliccy duchowni na całym świecie, opublikowana w niemieckim czasopiśmie chrześcijańskim „Klerusblatt” 11 kwietnia br. Niemal wszędzie poza Polską wywołała ona falę oburzenia.
Były papież proponuje w swoim tekście zupełne odejście od dotychczasowych, i tak niezwykle nieskutecznych i podejmowanych wcale niechętnie, prób konfrontacji naczelnych kadr kościoła z tą systemową patologią wewnątrz własnej struktury. Benedykt XVI otwarcie oświadcza, iż nie ma żadnych „problemów o charakterze systemowym”, a już na pewno nie może być mowy o „zbrodniach”; odrzuca też uwagi o „nadużyciach władzy”. Jeśli chodzi systematyczną przemoc seksualną wobec dzieci stosowaną powszechnie przez katolickich księży papież-emeryt nie jest skłonny obarczyć odpowiedzialnością organizacji, której przez lata szefował.
Wręcz przeciwnie, w swoim tekście wskazuje niemal wyłącznie na czynniki zewnętrzne. Największą uwagę zwraca na ogólną – cokolwiek miałoby to znaczyć – „nieobecność Boga”.
„Dlaczego pedofilia osiągnęła takie rozmiary? W ostatecznym rozrachunku przyczyną jest nieobecność Boga… [ponieważ] świat bez Boga może być jedynie światem bez znaczenia… bez pojęcia dobra i zła” – napisał Benedykt XVI.
Po tym jak obdarzył już czytelnika poważną dozą podobnie miałkich i pustych, acz stylizowanych na filozoficzne tez, autor przechodzi do nieco bardziej precyzyjnych, choć doprawdy groteskowych „wyjaśnień”.
Okazuje się oto, iż przestępstwa seksualne przeciwko dzieciom, które popełniają kościelni hierarchowie mają swoje źródło w „systemowych przekształceniach” związanych ze „zmianami moralności seksualnej”, do której doszło w latach 60-tych minionego wieku. Były papież posuwa się nawet do stwierdzenia, iż rewolucja z 1968 r. uczyniła pedofilię zjawiskiem „dozwolonym i stosownym”.
Jedyne wyrzuty jakie Benedykt XVI formułuje (w cokolwiek zabawnym denuncjatorskim tonie) wobec kapłanów, dotyczą ich domniemanego flirtu z obcymi ideologiami, które przesączyły do zdrowego organizmu kościoła katolickiego „elementy relatywizmu moralnego” i wprowadziły nurt przewidujący, iż „nie może istnieć nic złego lub dobrego w sposób absolutny, a jedynie względne oceny”. Anonimowi (autor nikogo nie wskazuje) teoretycy tego trendu doprowadzić mieli do „radykalnego obniżenia autorytetu kościoła w sferze moralnej” i spowodować “upadek moralnego nauczania”. I znów – na pytanie co to wszystko właściwie znaczy, każdy może odpowiedzieć sobie w sposób niemal dowolny. Co ciekawe jednak, Benedykt XVI chwali Jana Pawła II, który miał stanąć na wysokości zadania na początku lat 90-tych i próbować przeciwdziałać tej niezdefiniowanej nawale amoralności.
Jeżeli komuś nie dość jeszcze tych dziwacznych doprawdy fantasmagorii, Benedykt XVI w dalszej części swojego tekstu brnie w coraz bardziej ponurą groteskę. Twierdzi m.in., iż cały ten konglomerat zła, który wyłonił się z mrocznej jaskini lat 60-tych, a potem z powodu nieokreślonych nieszczelności zaraził niemałą część kapłanów, jest przyczyną powstania “klik homoseksulanych”, co według niego jest jednym z fundamentów problemu. Wynika z tego, iż pomimo zaawansowanego wieku (92 lata) były papież nie odróżnia orientacji seksualnej od przestępstwa polegającego na gwałcie poprzez doprowadzenie do współżycia dziecka, tj. osoby, która nie jest w stanie udzielić świadomej zgody na seks.
Duch Święty wybrał kardynała Josepha Ratzingera go na stanowisko papieża po śmierci Jana Pawła II, a potem ów swą ludzką mocą nadał sobie pseudonim Benedykt XVI. W 2013 r. zrezygnował z pełnienia tej funkcji. Od tego czasu nie afiszował się szczególnie ze swoimi obłędnie konserwatywnymi opiniami, zwłaszcza, iż papież Franciszek, obecny szef kościoła katolickiego, obrał zgoła odmienną strategię PR-ową. Mimo to, funkcjonariuszy takich jak właśnie Benedykt XVI wciąż dopuszcza się do wygłaszania komentarzy dotyczące najbardziej newralgicznych, zdawałoby się, kwestii. Oznacza to, że Watykan, choć publicznie wygłasza czasem umiarkowane krytyki w tej materii, w rzeczywistości akceptuje pedofilię jako jeden z filarów tożsamości kościoła katolickiego.

Uwaga: parazyty są odporne

Młody Morawiecki oświadczył, że „gdyby nie Kościół, Polski by nie było”. Wtóruje mu w tym front medialnych sługusów na prawicy, ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich włącznie. A może byłoby i lepiej?

 

Może lepiej byłoby, gdyby nie było Polski takiej jaką mamy dziś, okupowanej przez kler gwałcący ciała jej dzieci i wspierający autorytarny, faszyzujący reżym, który rozpętał do ostatnich granic paroksyzm nacjonalistyczny?

 

Czy „Kler” zbawi ateistów i antyklerykałów?

Od kilkunastu dni przez Polskę, jak długa i szeroka, pędzi chyr, że Kościół kat. w Polsce jest na kwadrans przed upadkiem, że to końcówka jego potęgi, że już tylko czekać, a niedługo będziemy na Wisłą świadkami powtórki syndromu irlandzkiego, że jutrzenka swobody jest za najbliższym pagórkiem. To gorączkowe podniecenie ma swoje źródło głównie w dwóch faktach: orzeczeniu(nieprawomocnym) przez sąd miliona złotych odszkodowania od katolickiej instytucji kościelnej (Towarzystwo Chrystusowe) na rzecz poszkodowanej, za tolerowanie brutalnej pedofilii praktykowanej przez jednego z jej członków oraz w rozgłosie i powodzeniu frekwencyjnym filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Sam bardzo pragnę w to wierzyć, ale przestrzegałbym przed nadmiernym i pospiesznym optymizmem. Kościół kat. w Polsce odznacza się wyćwiczoną przez stulecia umiejętnością radzenia sobie nie z takimi jak obecne problemami, w tym umiejętnością mimikry i treningiem w obłudzie oraz w grze pozorów. Uprawia przy tym te praktyki z rutynowaną cierpliwością. Jest on, Kościół kat., jak niektóre gatunki parazytów i insektów, o których biolodzy mówią, że są bardziej niż ludzie uodpornione na najcięższe potencjalne katastrofy i kataklizmy, z nuklearną włącznie.

 

Nic nowego pod słońcem

Słabością całej tej dyskusji jaka ostatnio rozpętała się wokół Kościoła kat. w Polsce, afer pedofilskich i filmu „Kler” jest towarzyszący jej ton, z którego można by wywnioskować, że kiedyś Kościół ów był wspaniały, duchowy, szlachetny, rozsiewał dobro i „przez tak liczne wieki” podtrzymywał naród we wszystkich aspektach jego życia, będąc jego ober-dobrodziejem i tylko w ostatnich dziesięcioleciach popsuł się, po części z powodu gorszących wpływów zepsutego świata świeckiego. Tymczasem prawda jest taka, że Kościół kat. był przez stulecia w Polsce, Europie, i w niektórych krajach poza Europą, pasożytniczą naroślą na ciele społeczeństw. Straszliwy wyzysk chłopów odbywał się przez wiele stuleci. Na licznych karykaturach z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej można zobaczyć motyw wymizerowanego chłopa uginającego się pod uczepionym do niego opasłym cielskiem klechy, w sutannie czy w habicie, z mszałem lub pastorałem w dłoni. W Polsce przez stulecia uprawiany był ekonomiczny obyczaj pobierania „dziesięciny”, czyli przymusowego i brutalnie egzekwowanego podatku, który obciążał chłopów na rzecz kleru. Nie ma też powodu sądzić, że pedofilia to zjawisko w Kościele nowe, odprysk zepsutego, współczesnego świata. Nie ma powodów by wątpić w to, że setki tysięcy dzieci chłopskich (zapewne nie tylko chłopskich) było przez stulecia seksualnie wykorzystywanych przez proboszczów i opatów, skoro przez owe stulecia szlachta korzystała z upokarzającego obyczaju zwanego „ius prima noctis” („prawo pierwszej nocy”), pozwalającego „panu” „skorzystać” seksualnie, przed nocą poślubną, z nowo poślubionej przez chłopa żony, w trybie pierwszeństwa przed mężem. Tyle, że „prawo” z którego korzystał pan-szlachcic było przynajmniej jawne i niejako usankcjonowane, a kler zawsze działał poza prawem, w cieniu. Gdyby historycy wydobyli na jaw choćby część świadectw pokazujących to straszliwe spustoszenie w domenie seksualnej, jakiego dokonywali funkcjonariusze Kościoła kat. przez stulecia, głównie na polskiej wsi, choć rzecz jasna nie tylko, ujawniona prawda byłaby straszliwa. Kler pasożytował też przez stulecia na instytucjach państwowych, które we własnym interesie politycznym i klasowym wspierały jego działania. Jednym z licznych spektakularnych tego przykładów była Święta Inkwizycja, która skazywała niewinnych ludzi na tortury i śmierć cedując egzekucję swoich wyroków na instytucje świeckie, co było przebiegłą formą „umycia rąk”. Trwało to przez stulecia, a pierwszego przełomu dokonała dopiero Wielka Rewolucja Francuska. Jednak mimo tego wyłomu musiało upłynąć ponad sto lat do momentu, gdy Republika Francuska, jako pierwsza w świecie, dokonała ustawowego rozdziału Kościoła od Państwa (1905).

 

Polskie „libido ignorandi”

Różnica między Polską a innymi krajami jest jednak taka, że większość z nich już dawno (n.p. wspomniana Francja czy Meksyk), część stosunkowo niedawno (Hiszpania, Włochy), a część zupełnie niedawno (Irlandia) zerwały tę chorą narośl ze swojego ciała, a nad Wisłą dopiero zaczęły się procesy społeczno-psychologiczne, które do pewnego stopnia władzę Kościoła kat. i jego popleczników nadwerężą, choć wcale nie ma gwarancji, że odbędzie się to szybko. Struktura psychiczna i mentalna społeczeństwa polskiego jest tak dziwnie i trochę tajemniczo skonstruowana, że to, co wywołuje szybkie efekty w innych społeczeństwach, nad Wisłą może być nieporównywalnie trudniejsze do osiągnięcia. Być może jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest zakorzeniony w polskiej mentalności zakamieniały konserwatyzm typu chłopskiego, rodzaj opacznego, biologicznego „realizmu”, który zasadza się na faktycznym lekceważeniu, przechodzeniu do porządku dziennego nad światem idei i wartości oraz jednoczesnym, wynikającym z umysłowego lenistwa, trwaniu przy atawistycznych nawykach i w ustalonych przez wieki koleinach. Także „libido ignorandi” czyli pragnienie trwania w niewiedzy jest trwałym, przerażającym atrybutem polskiej psychiki. Przykładem owego „realizmu” jest polska wieś, w której trwaniu przy Kościele kat. i czołobitności wobec jego eksponentów towarzyszył w zgodnej, paradoksalnej symbiozie osławiony chłopski, czasem ostry antyklerykalizm.

 

Historyczny polski pech

Dlatego przestrzegałbym tych, którzy z wypłynięcia ropy pedofilskiej z niektórych klerykalnych czyraków, ze statystycznych danych pokazujących radykalne odchodzenie od Kościoła kat. w młodym pokoleniu czy z ogromnej frekwencji na „Klerze” już po kilku dniach jego wyświetlania w kinach, wyciągają pospieszne wnioski, że ostateczny upadek tej instytucji jest już „ante portas”, że puka do naszych wrót. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności historycznych sprawił bowiem, że u schyłku XVIII wieku ziemie katolickiej Polski znalazły się pod zaborami dwóch mocarstw innowierczych (prawosławna Rosja i protestanckie Prusy). Wskutek tego doszło do nieszczęśliwej interferencji ucisku narodowego i religijnego. Ta zbitka utrwaliła się w zbiorowej świadomości Polaków, przesłaniając nota bene nawet dziedzictwo zdrady narodowej ze strony kleru, do którego przynależy choćby udział biskupów w Konfederacji Targowickiej czy trwająca przez ponad sto lat postawa lojalistyczna większości kleru w stosunku do zaborców, n.p. w Królestwie Polskim. Mit kleru poświęcającego się dla sprawy narodowej w okresie niewoli ufundowany został na postawie takich nielicznych, wyjątkowych postaci jak n.p. księża Stanisław Brzóska czy Piotr Ściegienny. Na nadwerężenie tego mitu nie wpłynęło nawet wielkie artystyczne świadectwo biskupa warmińskiego Ignacego Krasickiego, jakim była jego sławna „Monachomachia”, satyryczny, ale i odstręczający w swej ohydzie obraz trybu życia kleru zakonnego jako warstwy pasożytniczej i próżniaczej. Nie pomogła wielokrotnie przed laty wydawana w setkach tysięcy egzemplarzy znakomita powieść Tadeusza Brezy „Urząd”, ukazująca Kościół kat. jako bezduszną, odhumanizowaną instytucję. Także dziś, mimo gigantycznej ekspansji nowych mediów, mit ten ma się zupełnie dobrze.

 

Nie karnawał, lecz długi marsz

Dlatego choć bardzo bym chciał, nie mogę łatwo poddać się triumfalistycznym nastrojom i nadziejom na rychłą klęskę Kościoła kat. w Polsce. Choć Kościół kat. jest dziś w opałach, to nie wykluczałbym, że potrafi tę burzę przeczekać i nie można być pewnym, że za rok wspomnienie obecnej gorączki nie będzie tylko bladym wspomnieniem, choć bardzo chciałbym się w tym względzie mylić. Przed zwolennikami laickiej, wolnej od władzy Kościoła, politycznego klerykalizmu i bigoterii Polski rysuje się nie szybka perspektywa karnawału i otwierania szampana, lecz długi i żmudny marsz. Nie należy dać się zwieść optymistycznym pozorom. Przed nami jeszcze dużo „potu, krwi i łez”.

Głos lewicy

„Kler” Smarzowskiego okiem lewaczki i lewaka

 

Justyna Samolińska, dawniej działaczka Razem, dziś w komitecie Wygra Warszawa – zrecenzowała film „Kler”:
– najbardziej nierealistyczna w filmie, tak samo zresztą jak w „Drogówce”, jest postać głównego, pozytywnego bohatera i jego perypetii. Scena ucieczki księdza przez krzaki przed rozwścieczonym tłumem, który zakłóca pogrzeb starszej pani, jest kompletnie odrealniona. Z filmu można wynieść wrażenie, że władza KK i bezkarność księży-pedofilów w Polsce wynika li i wyłącznie z powiązań biznesowo-politycznych, a lud jest wściekły i odruchowo staje po stronie gwałconego dziecka. Otóż nie – przykra rzeczywistość jest taka, że po stronie gwałconego dziecka z alkoholowej rodziny żyjącej w slumsie nie staje w tym kraju nikt, na pewno nie masowo i na pewno nie ignorując powagę sutanny, kropidła i otwartej trumny.
– bardzo ładnie pokazana zależność państwo-koscioł, układy i układziki, lekcja religii super (chociaż znowu – za bardzo bezczelne te dzieci w swoich pytaniach, powinny mieć wyjebane i grać na telefonach), doskonały Gajos (chociaż jakby mu zabrać co drugą kurwę i bdsm byłoby trochę lepiej).
– za dużo wątków, przez to film, zachowania bohaterów przestają być czytelne. Zabrałabym księdza alkoholika, ten wątek był męczący, przegadany, nierealistyczny.
– widać jak mało i rzadko Smarzowski chodzi do kościoła i jak mało rozumie parafian, religijność. Ludzie już nie płaczą przy konfesjonałach, do spowiedzi chodzą przed świętami, i odbębniają co mają odbębnić. Ta żywa wiara, ludzie serio szukający u proboszcza rozwiązań, odpowiedzi – to jest jakoś odrealnione. Na lekcji religii jest za cicho, w kościele ludzie mówią za głośno modlitwy.
Podsumowując: wiadomo, jest to film o Klerze, a nie o wspólnocie wiernych, ale trudno jest robić film o kościele pomijając znaczna większość jego członków, a tych, mam wrażenie, Smarzowski nie kuma – traktuje ich tak jakby byli w stanie odrzucić autorytet, nie odrzucając wiary, a dzieje się raczej odwrotnie.

 

***

Garść luźnych refleksji na ten temat podrzucił też publicysta Łukasz Moll:
Teraz spójrzmy na to z drugiej strony. „Kler” pobił rekord kinowej frekwencji w pierwszy weekend wyświetlania. Film Smarzowskiego zobaczyło 935 tysięcy widzów. Poprzedni rekord należał do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” (834 tys.), a z polskich filmów najlepszy był „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” (767 tys.).
Przez cały okres emisji kinowej „Kler” być może przekroczy granicę 3 milionów, którą osiągnęły w zeszłym roku „Listy do M. 3”. Tu rekord należy do „Ogniem i mieczem” (łącznie 7,1 mln. widzów, napompowane przez szkoły).
A teraz pomyślcie sobie, że za tej niedobrej, zacofanej pustyni kulturalnej o nazwie PRL w kinach „Krzyżaków” obejrzały 32 miliony widzów, „W pustyni i w puszczy” 30 mln., „Potop” 27 mln. Powiecie, że to wynik na sterydach – zadziałał przymus szkolny, zakładowy, propagandowy (teraz to się nazywa marketing). Lećmy dalej: na „Zakazanych piosenkach” w 1946 roku (rok po zakończeniu II wojny światowej, w biedzie i zgliszczach) mamy 15 milionów widzów. Na „Seksmisji”, w schyłkowym PRL, za Jaruzela – to na pewno nie szkoły – 11 milionów. A jak z filmami zagranicznymi? 23 miliony na jugosławiańsko-zachodniej produkcji „Winnetou” to częściowo na pewno efekt szkół, ale 17 milionów na „Wejściu smoka” z Bruce’m Lee i blisko 9 milionów na „Poszukiwaczach zaginionej arki” Spielberga robi wrażenie.
Tym się kończy przerabianie kin lokalnych na „Biedronki”, zdanie się na multipleksy i ciągnięcie dla przyzwoitości kin studyjnych dla elitarnego widza. Zapaścią kulturalną. Tak, wiem, macie internet, Netflixa i kina domowe. Co z tego, i tak nie oglądacie filmów.

Wojna w kościele

„To pewne: chodzi o skoordynowany atak na papieża Franciszka” – alarmował w poniedziałek amerykański tygodnik National Catholic Reporter – flagowe medium kościelnych progresistów. „Trwa właśnie pucz i jeśli amerykańscy biskupi nie będą jednym głosem bronić Ojca Świętego, dojdzie do schizmy w Stanach Zjednoczonych” – pisał z trwogą Michael Sean Winters – „Wrogowie Franciszka wydali otwartą wojnę”. W Europie „progresywne” media katolickie, jak francuski La Croix , tak samo analizują sytuację: „Przeszliśmy na wyższe stadium: ludzie, którzy myślą, że Franciszek jest niebezpieczny dla Kościoła, nie mają już hamulców”. A wszystko przez seks.

 

Najogólniej rzecz biorąc, progresiści zarzucają konserwatystom pedofilię, a konserwatyści progresistom homoseksualizm. Oczywiście ostry podział na kościelnych konserwatystów i progresistów jest pewnym uproszczeniem i może być w szczegółach bardzo mylący, ale wojna między kardynałami tak go uwydatniła, że stał się faktem społecznym Kościoła, coraz bardziej podzielonego według tej umownej linii. Tak, czy inaczej, to centralne pęknięcie, jakby stworzone na obraz i podobieństwo zwykłego tyłka, wokół którego wszystko to się obraca, irytuje wielu katolików: ostatnio sam Franciszek był zmuszony mówić niemal wyłącznie o seksie.
W Irlandii musiał ciągle przepraszać za pedofilię swoich podwładnych. Rozmawiał z ofiarami, uderzał się w pierś, prosił o wybaczenie dzieci i piętnował milczenie hierarchów, którzy kryli gwałcicieli. W samolocie powrotnym, gdy leciał nad Francją, pytano go, co myśli o ewentualnym procesie przeciw francuskiemu prymasowi, kardynałowi Barbarin, który miał kryć księży-pedofilów, i co robić, gdy dziecko ujawnia homoseksualizm… A co do podziału na konserwatystów i progresistów, ujawniał się on nawet podczas manifestacji tysięcy ofiar księży i ich sympatyków w Dublinie, gdzie była mowa o pedofilii, ale też rozdawano ulotki „Kościół chroni pederastów”. Jednak prawdziwa bomba wybuchła później – list otwarty włoskiego arcybiskupa Carlo Marii Vigano wzywający papieża do dymisji.

 

Pikantne szczegóły

Kiedy ta bomba eksplodowała, zalewając w wielu językach ekrany nie tylko katolickich redakcji, obie frakcje okopały się na swych z góry upatrzonych pozycjach. Sam Watykan tak zatkało, że ani służby prasowe, ani sam papież nie byli w stanie odpowiedzieć na żadne pytanie odnośnie tego tekstu. 77-letni abp Vigano, choć nie doczekał się funkcji kardynalskiej (czym jego wrogowie tłumaczą po części jego gorzki list), był bardzo wysoko w rzymskiej Kurii. Był przede wszystkim ważnym dyplomatą: przez pięć lat, do 2016 r., pełnił obowiązki nuncjusza papieskiego w Stanach Zjednoczonych (tj. ambasadora Watykanu w Waszyngtonie). Dziś ma za sobą kardynałów, których trzeba zaliczyć do konserwatystów. Sam Franciszek, jezuita, jest tu traktowany oczywiście jako progresista. Vigano nie omieszkał zresztą napisać, że większość Towarzystwa Jezusowego stanowią geje.
Jego tekst jest przede wszystkim oskarżeniem Franciszka. Jeśli Vigano opisuje, jak kardynał Theodor McCarrick, arcybiskup Waszyngtonu, regularnie ściągał do swej willi nad morzem pokolenia seminarzystów i młodych księży, by urządzać tam homoseksualne orgie, to po to, by przypomnieć, że McCarrick miał stać na czele tego skrzydła Kolegium Kardynalskiego, które wybrało Argentyńczyka na papieża. Franciszek miesiąc temu pozbawił 88-letniego McCarricka kardynalskiego biretu, co zdarza się ekstremalnie rzadko, za gwałt na 16-letnim chłopcu, popełniony w ubiegłym wieku.
Kościelne śledztwo wykazało, że w grę wchodziło też 11-letnie dziecko, co upewnia niektórych kardynałów, że w Kościele pedofilia łączy się z homoseksualizmem i wręcz właśnie geje ją uprawiają. Od razu należy wyjaśnić, że według naukowców, specjalistów od seksu, fakt, że 81 proc. ofiar nadużyć księży to osoby płci męskiej, tłumaczy się m.in. raczej większą dostępnością chłopców i młodych mężczyzn w otoczeniu księży. Według różnych studiów, poza Kościołem między 60 a 91 proc. pedofili popełniających przestępstwa seksualne ma orientację hetero.

 

Seksapil kardynała

Abp Vigano, podobnie jak wielu krytyków Kościoła, porównuje go z mafią, jednak nie tyle w związku pedofilią, lecz milczeniem na temat „lobby homoseksualnego”. Skandal jego listu polega m.in. na tym, że padają w nim całe łańcuszki kardynalskich nazwisk, noszonych według niego przez gejów lub ich aktywnych obrońców. Arcybiskup dba o zaznaczenie linii podziału progresiści-konserwatyści. Chroni np. Jana Pawła II, który zrobił McCarricka kardynałem, mimo kościelnych raportów na temat jego zachowania, zwalając winę na kardynała Sodano, wówczas „premiera” Watykanu, który miał wszystko przed dobrym, konserwatywnym papieżem zataić. Chwali też papieża Benedykta XVI, który miał „w 2009 lub 2010 r.” ostatecznie skazać McCarricka na całkowite wycofanie się z życia publicznego. Problem w tym, że to wcale nie nastąpiło, aż do interwencji Franciszka w lipcu tego roku, co stawia pod znakiem zapytania realność sankcji Benedykta.
Dla seminarzystów na progu dorosłości, którzy posłusznie udawali się do willi McCarricka, czy młodych księży, seks z kardynałem mógł być objawem „klasycznej” drogi do kariery, ale część z nich była do tego po prostu przymuszona. Specyficzny seksapil kardynała polegał też jednak na umiejętności przyciągania pieniędzy, co w Watykanie ceniono wysoko. Miał bardzo rozległe stosunki międzynarodowe – nawet z b. ministrem Macierewiczem, za pośrednictwem jednego z jego młodych przybocznych Edmunda Jannigera (tego z fryzurą à la giermek rycerza), którego rodzina przyjaźniła się z kardynałem. Uczestniczył w światowych zjazdach oligarchii ekonomiczno-politycznej w Davos i przede wszystkim był założycielem Fundacji Papieskiej, która do dziś jest jednym z głównych źródeł finansowania Watykanu. McCarrick działał wyłącznie wśród osób lub organizacji, które mogły dawać co najmniej 100 tys. dolarów rocznie i w ten sposób przynosił setki milionów. Nie chodzi tu więc o drobne z tacy.

 

Teczki Watykanu

Vigano o tym nie wspomina, o pieniądzach mówi tylko tyle, że „korupcja sięgnęła szczytów Kościoła”. I zaraz oskarża Franciszka i jego Sekretarza Stanu (tj. „premiera” Watykanu) Pietro Parolina o krycie przestępstw McCarricka. W 2013 r. Vigano miał osobiście poinformować papieża, że na McCarricka jest „gruba teczka” w Watykanie, ale nic się wtedy nie zmieniło, bo według niego zadziałała kościelna „siatka homoseksualna”. Jednocześnie Vigano przytacza skierowane doń słowa Franciszka, które mają dowodzić, że on sam utożsamia progresistów z homoseksualizmem: „(…) Amerykańscy biskupi nie powinni być zideologizowani. Nie powinni być prawicowi, jak arcybiskup Filadelfii, mają być tylko pasterzami. I nie powinni być lewicowi, a kiedy mówię lewicowi, znaczy homoseksualni.”
Vigano domaga się dymisji Franciszka nawet nie tyle z powodu domniemanego krycia McCarricka i innych „homo-kardynałów”, co z przyczyny „aktywnego niszczenia Kościoła”. Część kardynałów już wcześniej sugerowała, że Franciszek źle identyfikuje główny problem Kościoła, a teraz, po liście Vigano, który okrążył całą naszą planetę, rozwiązały im się języki. Papież jest przekonany, że przyczyną krycia przestępstw seksualnych duchowych jest „klerykalizm”, pojmowany jako zachowanie korporacyjne, a konserwatywni kardynałowie, że jest nią „działalność homoseksualna” w łonie Kościoła, jak to ujął południowoafrykański kardynał Wilfrid Napier w swej ostatniej głośnej interwencji, szeroko popartej w Stanach i innych krajach. Widać w tym strategię przerzucenia win Kościoła na konkretną grupę.

 

Bitwa na słowa

We Włoszech wyspecjalizowany w sprawach katolickich, „progresywny” portal Il Sismografo podobnie jak inne media uważa, że Kościół stał się ofiarą „spisku” konserwatystów. Samego Vigano określa jako „ciemną postać, kłamcę i intryganta, zżeranego przez chorą ambicję”, jednak poza tym różańcem nieprzychylnych określeń nie bardzo mógł odpowiedzieć merytorycznie, bo trzeba by wszystko sprawdzić w teczkach Watykanu, a Watykan na razie milczy. Dowiedziano się tyle, że ów list, który ma już rangę bomby atomowej, pomagał Vigano pisać znany dziennikarz La Stampy, krytyk papieża z pozycji konserwatywnych Marco Tosatti. W Stanach szef tamtejszego Kościoła (przewodniczący Konferencji Episkopatu) kardynał Daniel DiNardo z Houston ostrożnie zakomunikował, że oskarżenia Vigano wymagają „szybkiego i kompletnego” wyjaśnienia, szczególnie jeśli chodzi o „poważne błędy moralne brata biskupa (McCarricka), które były tolerowane tak długo i nie przeszkodziły mu w awansach”.
Pierwszą konsekwencją listu Vigano w Ameryce jest dochodzące z obu stron konfliktu żądanie dymisji całego episkopatu, na wzór chilijski. Te petycje i deklaracje nie znajdują odzewu w Rzymie, bo uważa się tam, że taki wstrząs byłby zbyt wielki, kosztowny pod każdym względem. Atak na Franciszka z pewnością go znowu osłabi. Konserwatywna prasa, nie tylko katolicka, wyciąga mu „popieranie homoseksualizmu”, jak te słowa wypowiedziane w kwietniu podczas wizyty w Chile, które skierował do homoseksualisty, jednej z ofiar księżowskiej chuci: „Juan Carlos, to się nie liczy, że jesteś gejem. Bóg cię takiego uczynił i takiego cię kocha. Powinieneś być szczęśliwy taki, jaki jesteś”. Konserwatyści podają ten przykład i inne wypowiedzi papieża, które są według nich „czystą herezją”. A polski Kościół? Marco Politi, słynny włoski znawca Watykanu uważa, że jeśli chodzi o personel kościelny w Rzymie, progresiści stanowią 20 proc., konserwatyści 10 proc., „a reszta czeka na nowego papieża”. Polski episkopat, z gruntu konserwatywny, ale też zachowawczy, po prostu przeczekuje. W końcu wynik wewnątrzkościelnej wojny ideowo-seksualnej nie został jeszcze rozstrzygnięty.