Marek Sekielski: Przeorał mnie ten film

Z Markiem Sekielskim – o dokumencie, o zjawisku pedofilii wśród duchowieństwa, sytuacji polskiego Kościoła, reakcji hierarchów oraz dalszych planach braci Sekielskich, czyli filmie o SKOK-ach – rozmawiał Michał Ruszczyk (wiadomo.co).

MICHAŁ RUSZCZYK: W „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy pada słynna kwestia „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic, to razem mamy właśnie tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę”. Jak to się stało, że pewnego dnia bracia Sekielscy doszli do wniosku, że skoro nie mają nic, to razem mają w sam raz tyle, żeby zrobić dokument o pedofilii w polskim Kościele?
MAREK SEKIELSKI: Jak to się stało? To się stało tak, że Tomasz po iluś tam próbach zainteresowania tym tematem różnych możnych świata tego w 2017 rzucił pomysł, żeby zrobić taki film za pomocą crowdfundingu. Sprawdziłem organizacje zajmujące się zbieraniem pieniędzy w Polsce. Z racji tego, że Kościół jest specyficzną i mocno zamkniętą instytucją, nie wiedzieliśmy wówczas, jak szybko pozyskamy osoby, które zechcą z nami rozmawiać, i ile czasu potrzebujemy na weryfikację pewnych spraw. Założyliśmy wówczas, że potrzebujemy roku, żeby zrobić taki film. W czasie budżetowania produkcji zastanawiałem się, ile przez rok będzie kosztowało utrzymanie tego przedsięwzięcia. Pojawiła się wtedy kwota oscylująca w okolicach pół miliona. Wówczas zaniepokoiłem się o zbiórkę, gdyż zwątpiłem, czy darczyńcy w momencie zobaczenia takiej kwoty będą mieli wiarę w pozytywne zakończenie zbiórki. I czy ludzie nadal będą nas wspierać finansowo.

Co pana i pańskiego brata zainspirowało do nakręcenia filmu o pedofilii w polskim Kościele? Kto był muzą braci Sekielskich?
Muzą braci Sekielskich, a przede wszystkim inspiracją Tomasza był pierwszy kontakt z tym tematem w 2013 roku, kiedy robił materiał dla TVP i poznał wtedy poszkodowanych. W jednym z programów Tomek opowiedział historię jednego z bohaterów naszego filmu – Marka Mielewczyka.
Mój brat jest bardzo niepokornym człowiekiem, trudno jest nad nim zapanować w warunkach korporacyjnych. Mam wrażenie, że ten film w pewnym sensie w nim dojrzewał… W pewnym momencie zrozumiał, że jest bardzo realny problem pedofilii, o którym wszyscy naokoło milczą i to według mnie było jego inspiracją. I to w nim kiełkowało.
Mnie nie trzeba było długo przekonywać do podjęcia próby nakręcenia takiego filmu, gdyż od dawna widzę, jak bardzo są zaburzone stosunki na linii Kościół-państwo. Oprócz tego warto, żeby Kościół jako instytucja sam zobaczył, że sytuacja, w której jest, działa długofalowo na jego niekorzyść.

Czy spodziewali się panowie tak pozytywnej reakcji społeczeństwa na hasło zbiórki?
Tomek był optymistą w tym temacie, a ja nie. Po przebiegu zbiórki widać było, że jest zapotrzebowanie na taki film. Od pierwszego dnia licznik zbiórki szedł bardzo szybko w górę. Tomek w ogóle się tym nie zajmował, to ja jako kierownik produkcji i dyrektor finansowy śledziłem cały czas zbiórkę i zajmowałem się social mediami. Po pierwszych miesiącach pojawiły się problemy. Wszyscy myśleli, że chcemy ten film zrobić i sprzedać go. Zarobić na nim. A my chcieliśmy oddać go za darmo ludziom.
Dopiero po premierze filmu „Kler” Wojtka Smarzowskiego pojawiło się większe zainteresowanie naszym projektem. Momentem kluczowym dla pomyślnego zakończenia zbiórki był artykuł Gazety.pl o projekcie, gdzie pojawiła się informacja, że film o pedofilii w polskim Kościele będzie dostępny za darmo na YouTube. Dzięki temu zbiórka zakończyła się dwa-trzy miesiące przed terminem.

Czy utrudniano panom pracę przy filmie? Jakieś szykanowanie ze strony policji, brak reakcji ze strony episkopatu?
Uważam, że nie było utrudnień. Mieliśmy dużo życzliwych sygnałów od różnych ludzi znanych i nieznanych, którzy życzyli nam powodzenia, ale też ostrzegali.
Pojawiały się czasem obawy o nas, ale szczerze – nie czułem, że coś się dzieje wokół nas.
Mieliśmy raz dziwne zatrzymanie w trakcie zdjęć, ale według mnie nie była to ogólnopolska akcja ze strony kogoś, tylko lokalne zatrzymanie, które pokazało, jak władze funkcjonują w lokalnych miastach. W czasie zatrzymania legitymowano nas nie wiadomo, za co, i to była taka jedna dziwna sytuacja, ale ponieważ nie chcieliśmy eskalować, to nie drążyliśmy tematu.
Natomiast decyzja kościelnej wierchuszki, która odmówiła nam komentarza, nie była utrudnieniem, gdyż w międzyczasie szczęśliwie dla nas odbyła się konferencja episkopatu, w wyniku czego usłyszeliśmy dużo ciekawych rzeczy, które mogliśmy wykorzystać w filmie. Lepiej byłoby się z nimi spotkać i porozmawiać twarzą w twarz, gdyż film nabrałby trochę głębszego wymiaru i byłby pełniejszy.
Mam takie informacje od moich znajomych, którzy są świadomie i głęboko wierzącymi katolikami i dla niektórych z nich, po obejrzeniu filmu, najmocniejszą sceną były tablice z nazwiskami pięciu biskupów, którzy odmówili nam komentarza.
Mój znajomy napisał coś takiego, że „to jest najmocniejsze, bo ci biskupi w ten sposób świadomie podali się do dymisji”.

Co dla pana było najtrudniejsze w trakcie realizacji tego filmu?
Najtrudniejszy tak naprawdę był ten tydzień ostatni. Od samego początku udało mi się robić zdjęcia pod kątem tych wywiadów. Udało mi się też założyć blokadę na swoje emocję, nie wchodziłem w te historie ofiar księży emocjonalnie, słuchałem ich tylko z ciekawością bez uniesień wewnętrznych.
Był jednak pewien moment kryzysowy, gdy przesłuchiwałem dwie czy trzy historie i wycinałem materiał do filmu. Nagle dotarło do mnie, czego właściwie słucham i wtedy zdałem sobie sprawę, jaka tragedia spotkała bohaterów naszego filmu i poczułem taki smutek, taki żal… Pamiętam, że wtedy popłynęły mi pierwszy raz łzy. Musiałem na pewien czas wyłączyć się z pracy.
Natomiast ostatni tydzień – to były nerwy, gdyż zbliżał się termin premiery i niepokoiłem się tym, co powiedzą ludzie po obejrzeniu filmu. Ci, którzy cały czas nas wspierali. Mam takie podejście, że najważniejsze jest to, co powiedzą ludzie, którzy wpłacili na ten film, gdyż są to nasi szefowie. Zdawałem sobie sprawę, że jest to film mocny, ale temat jest powszechnie znany, więc nikogo nie będzie szokował.
Momentem, w którym nie wytrzymałem, był tydzień przed premierą, gdy nagrywaliśmy w Polsacie, w programie „Skandaliści”, materiał na dzień premiery i wtedy puściliśmy redaktorce nasz film. Ja widziałem ten film wielokrotnie, przy montażu i kolaudacji, ale w tym programie oglądałem go z innej perspektywy i widziałem reakcje publiczności. Wtedy zdałem sobie sprawę, co my zrobiliśmy i ile jest tam materiału.
Do samej premiery oglądałem nasz film i wyłapywałem sceny, które można by było poprawić. I nie wstydzę się tego powiedzieć, że cały czas płakałem przy tym filmie, tak samo jak i na premierze. Najgorszym momentem była właśnie ta presja w stosunku do ludzi, do tych naszych patronów… I emocje związane z treścią filmu, ciągle płakałem, do samej premiery. Na premierze też… Po pokazie dla dziennikarzy wiedziałem już, że jest dobrze. Natomiast sam film bolał mnie cały czas, może za tydzień albo dwa obejrzę go na spokojnie. No, przeorał mnie ten film, przeorał… Dobrze, że miałem przy sobie żonę, która mnie wspierała.

Czy liczył pan na taki sukces filmu i „pozytywne zakończenie” kilku spraw w pierwszych dniach po premierze – wydalenia księży pedofilów ze stanu kapłańskiego i reakcję prymasa Polaka?
Jestem pozytywnie zaskoczony reakcją społeczeństwa, gdyż nie dostaję żadnych negatywnych opinii. Świetna reakcja społeczeństwa, co pokazuje, że jest to ważny temat i ludzie tego potrzebowali.
Natomiast w kwestii hierarchów nie jestem do końca zadowolony. Co do podania się do dymisji księdza Olejniczaka – mogę powiedzieć, że zachował się honorowo. Ale mogę zadać też pytanie – dlaczego czekał tak długo? Wiedział, że go nagrywaliśmy. Orientował się, co to za film. Wiedział, kim jest Tomasz Sekielski i wiedział, że ten film będzie. Jeżeli chodzi o Makulskiego i Anioła, to mogę powiedzieć, że są to właściwe decyzje. Ale co z odpowiedzialnością?
W filmie wyraźnie pokazaliśmy, że jednym z biskupów odpowiedzialnych za przerzucanie skazanego prawomocnym wyrokiem był biskupa Jan Tyrawa. I nie ma reakcji zainteresowanego, jak i również innych hierarchów Kościoła, którzy by apelowali do biskupa Tyrawy o to, żeby zawiesił się w czynnościach lub podał do dymisji. Natomiast co z arcybiskupem Głódziem, który jest bardzo negatywną postacią tego filmu? Wiedział doskonale, że jest nagranie z księdzem Cybulą i są bardzo mocne dowody – nagranie, na którym Cybula przyznaje się, a mimo to w rozmowie z Renatą Kijowską odpowiedział, że „nie ogląda byle czego”. A przecież według mnie są to osoby do dymisji. Przylatuje niebawem arcybiskup Malty, wysłannik papieża Franciszka. Zobaczymy, może on coś z tym zrobi.
W końcu to ci u góry decydują o przenoszeniu księży z parafii do parafii i to też jest ich wina, ich jest odpowiedzialność moralna, a przecież ktoś, kto jest biskupem, powinien być krystalicznie czysty w kwestiach etycznych. Tak mi się wydaje…

Jaka jest pańska reakcja na próby relatywizowania problemu pedofilii w polskim Kościele przez prawicowych polityków i część duchowieństwa?
Nie chcę komentować polityki. A to, co opowiada Legutko, woła o pomstę do nieba. Mam córkę. Ona ma 11 lat. Jeśli miałbym słuchać słów profesora Legutki, to za rok w jego kategoriach, jak rozumiem, moja córka byłaby zdolna do legalnego pożycia seksualnego.
Nie chcę w to wchodzić, nie chcę mieszać naszego filmu z polityką. Według mnie politycy po obu stronach wykorzystują ten film do swoich celów. Jest to niesmaczne. Nie do końca wierzę w ich intencje.

Czy według pana nie należałoby nakręcić podobnych filmów o żeńskich klasztorach i sytuacji zakonnic w Kościele katolickim? O coraz bardziej nagłaśnianych sprawach molestowania i wykorzystywania seksualnego zakonnic (jeśli problem ten występuje w Europie Zachodniej i Ameryce, to zapewne Polska nie jest „zieloną wyspą” wolną od takich występków)? A także wrócić do tematu sierocińców prowadzonych przez zakonnice?
Nie będę nikomu mówił, jaki film ma kręcić, gdyż najlepiej, żeby każdy twórca miał jak największą wolność i mógł robić to, co go naprawdę interesuje.
Najważniejsze dla mnie jest to, żeby dziennikarze, a mówię to jako członek tego środowiska, pamiętali o dwóch podstawowych zasadach naszego zawodu. Pierwsza zasada to jest to, że naszą rolą jest zawsze stawanie w obronie najsłabszych, a drugą najważniejszą rolą jest patrzenie najsilniejszym na ręce.
To jest to, co powiedział pan w pytaniu, w tych obu przypadkach, które osobiście są dla mnie interesujące, gdyż z jednej strony są dzieci w sierocińcach oraz problem zakonnic, które są wykorzystywane, a z drugiej strony jest Kościół, czyli najsilniejsza organizacja w Polsce, taka poza strukturami rządowymi, poza administracją państwową. Polska jest taką ostatnią ostoją katolicyzmu w Europie.
Nie lubię mówić, co dziennikarze powinni robić. Natomiast te tematy, które pan przywołał, według mnie wyczerpują zasady, którymi dziennikarze powinni się kierować, czyli z jednej strony chronić słabszych, a drugiej kontrolować silnych. Tego zabrakło przy okazji pedofilii, co pokazuje nasz film. Nie przez przypadek na YouTube mamy tyle wyświetleń, gdyż nikt nie pokazał tego w ten sposób. Systemy kamer ukrytych w telewizjach funkcjonują już od dawna. Dziennikarze z ukrytymi kamerami wchodzili do polityków, sędziów, prokuratorów, policjantów, gangsterów itd. Czemu więc nie wzięli takiej kamery i nie poszli do biskupa wcześniej? Wystarczyło zrobić to samo, co my, tylko parę lat temu.

Pański brat zapowiedział film o SKOK-ach. Nie obawia się pan w trakcie realizacji takiego filmu konfliktu z dzisiejszą władzą? Nie boi się pan aktów przemocy podobnych do tych, które dotknęły np. Wojciecha Kwaśniaka?
Ten film będzie się stykał z polityką, ale ostrzegano nas również, gdy kręciliśmy nasz film o pedofilii. I nic się nie sprawdziło. W ramach nowego projektu ludzie też nas ostrzegają, ale ja się nie boję.
Nie umiem pracować w strachu, więc gdybym się bał, to nie angażowałbym się w nowy projekt.
Wydaje mi się też, że ta sytuacja, w której teraz jesteśmy z Tomaszem, pewna sława i ogromne zaufanie społeczne, powoduje, że trudno mi sobie wyobrazić, żeby znalazła się jakaś osoba z powiązaniami, jakiś gangster, który by sobie wymyślił taką historię jak z Kwaśniakiem… Nie, nie wydaje mi się, żeby spotkała nas podobna historia jak Wojciecha Kwaśniaka. Mówiąc wprost – gdyby nam się teraz coś stało, to chyba nikt nie miałby wątpliwości, że to dlatego, że robimy ten film. To by chyba skierowało uwagę wszystkich mediów na ten problem.
Jeszcze wracając do samych SKOK-ów – to nie jest tak, że ten problem dotyczy tylko obecnej władzy. Owszem, senator PiS-u i twórca SKOK-ów, Bierecki, jest również właścicielem gazety, która w każdej sytuacji stoi murem za obecną władzą, jest wręcz biuletynem partyjnym. Ten związek jest bliski. Zdaję sobie sprawę, że SKOK-i są bardzo powiązane z PiS-em, ale odpowiedzialność rozchodzi się bardzo szeroko, w wielu kierunkach. Ale nikt nie wie, co i jak my chcemy robić, więc na pewno zaskoczymy wszystkich tym filmem.

Życzę zatem powodzenia przy nowym projekcie i bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Kościoły będą pustoszeć

„Teraz Kościół będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, co zrobić dalej z twarzami Rydzyka, Jędraszewskiego, Gądeckiego, Głódzia”. Z mecenasem Arturem Nowakiem, adwokatem i współautorem książki „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos” rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Ponad 20 mln wyświetleń „Tylko nie mów nikomu” w kilkanaście dni od emisji filmu. Co się zmieniło z pana perspektywy?
MEC. ARTUR NOWAK: Biskupi się pokajali, kolejny raz przeprosili, ale to przeprosiny wyrwane im z gardła. Myślę, że ten film skanalizował bardziej niż „Kler” Smarzowskiego pewne nastroje, które są w społeczeństwie, związane z oceną Kościoła rzymskokatolickiego. Ten film „zrzucił aureole” Kościołowi i coraz więcej księży zaczyna się wypowiadać językiem Franciszka. To nie tylko ksiądz Prusak, dominikanin ojciec Gużyński czy ojciec Kłoczowski. Papież Franciszek twierdzi, że przyczyną wszelkich nadużyć w przestrzeni Kościoła, nie tylko w kwestii pedofilii, ale i w kwestii finansowej, jest kultura klerykalna. Jan Paweł II i Benedykt XVI uważali, że to wina społeczeństwa i rewolucji seksualnej. To Wojtyła do spółki z Ratzingerem i Pawłem VI ukuli hasło „cywilizacji śmierci”, która miała straszyć, co w Polsce zresztą świetnie się przyjęło. Doskonale to widać w kościele „rydzykowym”; pogardę dla kultury zachodniej, bo tam jest straszny gender, LGBT i homoseksualizm. Teraz Franciszek wyraźnie to odrzuca.
Myślę, że korzeniem zła w Kościele, tej buty, chamstwa, pogardy dla innych ludzi, których Kościół nie rozumie, jest także słaba kondycja intelektualna duchowieństwa i dziesiątki lat socjalizacji tego myślenia, że my, Polacy, jesteśmy pępkiem świata.
Teraz Kościół będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, co zrobić dalej z twarzami Rydzyka, Jędraszewskiego, Gądeckiego, Głódzia, słowem – z przedstawicielami tego przedsoborowego betonu, bo myślę, że nawet dla polityków PiS-u już niedługo będzie wstydem pokazywanie się w ich towarzystwie.

Tych zmian nie da się już zatrzymać?
Film braci Sekielskich zrobił i zrobi olbrzymie wrażenie na każdym, kto ten obraz zobaczy. Pokazuje najohydniejszą zbrodnię, jaką jest wykorzystywanie nieletnich przez drapieżców przebranych w sutanny. Mnie poraża ta infantylność księży, jeśli chodzi o seksualność. Mam na myśli te słowa: że „nie doszło do wytrysku” albo że diabeł opętał księdza. To przerażające, że tacy ludzie z ambony moralnie edukowali przez dziesiątki lat wiernych.
Pyta pani, co się zmieniło. Myślę, że dobrym przykładem jest sprawa kardynała Gulbinowicza, która wszystko wskazuje na to, że wreszcie zostanie poważnie potraktowana. Zresztą sądzę, że ta sprawa znajdzie swój finał poza Polską, bo nie wyobrażam sobie, żeby sprawę Gulbinowicza poddać jurysdykcji arcybiskupa czy metropolity w kraju. Nic nie przesądzam. Wiele nominacji biskupich związanych jest z tym kluczem homoseksualnym, kulturą tajemnicy, wysyłaniem swoich wybranków na studia w Rzymie, dawaniem im lepszych parafii.
Kultura tajemnicy tworzy takie podziemie homoseksualne. Nie demonizowałbym tego, ale ono jest i trzeba o tym mówić.

To, co my zobaczyliśmy w tym filmie, pan zna od lat jako prawnik zajmujący się takimi sprawami. Przygotowując się do rozmowy, znalazłam informacje o jednej z pana książek, gdzie podaje pan przykład umorzenia przez prokuraturę sprawy księdza oskarżonego o pedofilię, bo „poszkodowany był homoseksualistą”. Tak wygląda polska rzeczywistość spraw związanych z pedofilią?
Niestety, tak to wygląda. W tym przypadku, który pani przytoczyła, widzimy jak na dłoni „efekt aureoli”, który dotknął nie tylko prokuratorów, ale i sędziów, którzy weszli w tę perspektywę klerykalną, tak naprawdę wzmacniając ją jeszcze. Były też przypadki, gdzie sędzia przepraszał stronę pozwaną, że termin rozprawy został wyznaczony na święto Matki Boskiej Gromnicznej. Często też dochodziło do wzmacniania poczucia winy u poszkodowanego, np. pytaniami w stylu „po co tam chodziłeś, miałeś 15 lat, powinieneś rozumieć, wiedzieć”, zamiast go wysłuchać. W przypadku pedofilii w Kościele ważnym czynnikiem jest relacja, którą duchowni budują z pokrzywdzonym, który często potrzebuje zainteresowania, uwagi i tu to dostaje, czasem nawet pieniądze.
Wracając do moich doświadczeń, to na szczęście wydaje mi się, że o takich praktykach sądu czy prokuratury możemy mówić w kontekście czasu przeszłego. Czekamy teraz na to, co SN zrobi z kasacją w sprawie chrystusowców, mam wątpliwości, czy w ogóle przyjmie ją do rozpoznania. Cały cywilizowany świat honoruje odpowiedzialność osoby prawnej Kościoła, pisała o tym prof. Łętowska, pisał o tym ostatnio prof. Maciej Gutowski z Uniwersytetu Adama Mickiewicza czy prof. Piotr Kardas z UJ. Nie jesteśmy samotną wyspą, tylko żyjemy w rzymskiej kulturze prawnej i ta sprawa jest oczywista.
Myślę też, że nastąpi duża zmiana w podejściu polityków do Kościoła, bo już widzimy, że część z nich się dystansuje. Zmienia się też pojęcie naszej politycznej poprawności i mam nadzieję, że za tym pójdzie także docenienie niektórych katolickich publicystów, którzy pisali o temacie pedofilii. Środowisko „Więzi” bardzo przytomnie mówiło o temacie zagrożenia klerykalizacją już 10 czy 15 lat temu.

Jak dużym problemem w Kościele jest pedofilia?
To tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwe korzenie patologii w Kościele wyrastają ze specjalnej jego pozycji. Sporo winy całej klasy politycznej, która Kościół nobilitowała.

Na czym polega specyfika pedofilii w tym środowisku?
To bardzo skomplikowany problem. Wiem, że „Wiadomości” TVP podały statystyki związane z murarzami. Po pierwsze, należy tu przywołać badania kliniczne, które pokazują, że im wyższe zasoby finansowe i wykształcenia, tym trudniej ujawnić nadużycie. Mówię o tym w mojej książce „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos”. Murarze zazwyczaj nie wchodzą w relacje zależności jak księża, tylko dopuszczają się napadów na dzieci, ordynarnych gwałtów, bo kompletnie nie radzą sobie ze swoją seksualnością. Natomiast w przypadku czynów pedofilskich w przestrzeni Kościoła to sprawcy budują relację. Są przyjaciółmi rodziny, coś do niej wnoszą, rodzice zazwyczaj cieszą się, że ich dziecko zostało dostrzeżone przez księdza, dziecko również czuje się wyróżnione, bo ktoś, kto jest blisko Chrystusa, jest blisko niego, dziecko wielu rzeczy nie rozumie, ale wie jedno, że ksiądz zna jego grzechy ze spowiedzi. Dlatego takiemu pokrzywdzonemu jest o wiele trudniej, bo musi się przeciwstawić środowisku swoich rówieśników, którzy księdza uwielbiają, parafii, czasem nawet rodzinie. Często księża są lokalnymi autorytetami. Ksiądz, który mnie molestował, był uważany za wybitnego duszpasterza.
Proszę zobaczyć, jakim autorytetem cieszył się Degollado, Jankowski czy ksiądz Karadima w Chile. Ciężko się takim osobom przeciwstawić, podczas gdy zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja z murarzami. To też pokazuje, jak bardzo media publiczne są prymitywne.

Czy widzi pan jakieś zmiany w samym Kościele?
Z tego, co rozmawiam z samymi księżmi, to na górze, w episkopacie, jest kompletna panika. Myślę, że kilku biskupów zostanie wystawionych na pożarcie, ale problem jest głębszy, bo wielu biskupów i księży ma na siebie haki, być może stąd też wynika ta solidarność. W episkopacie nie ma dialogu, dyskusji, które mają miejsce w innych Kościołach, gdzie rozmawia się chociażby o celibacie. Moim zdaniem istotą tego problemu jest fakt, że większość polskich biskupów otrzymała nominacje jeszcze od Jana Pawła II i Benedykta XVI, a pontyfikat Jana Pawła II był czasem karnawału dla pedofilów w Kościele. Trudno, żeby ci ludzie teraz sami z siebie mierzyli się ze swoim kapłaństwem i duszpasterstwem.

Czy zatem mit Jana Pawła II zostanie nadkruszony pana zdaniem?
Czytałem ostatnio książkę Frédérica Martela „Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie”. Kardynał Dziwisz jest w niej przedstawiony jako osoba jednoznacznie negatywna, która bardzo skutecznie blokowała pewne procesy oczyszczenia Kościoła. Proszę też zwrócić uwagę na cały system awansów Jana Pawła II, który promował zbrodniarzy albo zapewniał im przynajmniej miękkie lądowanie, jak chociażby kardynałowi z Bostonu.
Wymienię tu też kardynała Trujillo z Kolumbii, który był straszliwym zbrodniarzem, który wystawiał mordercom z junty księży. To przerażające i myślę, że jeszcze nie jesteśmy gotowi, aby to pojąć i poukładać sobie jakoś w głowie. Przyjdzie jednak i na to czas.

Długo mówiło się, że prawo kanoniczne jest odrębne od prawa państwowego. Tu upatrywano przyczyn zatajania pedofilii w Kościele. Jak to jest naprawdę?
Kościół jest jedyną instytucją we współczesnej Europie, która jest wciąż feudalna. Proszę zauważyć, że w spółkach są rady nadzorcze, które kontrolują zarząd, w aparacie państwa mamy trójpodział władz, które się kontrolują. W Kościele mamy biskupa, na którego nie ma wpływu żaden prymas, bo jaki ma wpływ prymas Polak na abp. Głódzia? Napisałem niedawno książkę „Duchowni o duchownych”, która traktuje m.in. właśnie o tym. Na diecezji rządzi biskup, który sprawuje władzę ustawodawczą, sądowniczą i zarządczą. Z dnia na dzień może zrzucić niepokornego księdza na biedną parafię, może zrobić z niego kapelana u sióstr zakonnych, po prostu rządzi jak mu się podoba. Wielu rozsądnych duchownych nie może nic zrobić, bo mają tego pecha, że ich biskupem jest Jędraszewski albo Głódź, z którymi nie można rozmawiać na poziomie argumentów i zdrowego rozsądku. Zmierzam do tego, że podobnie jest z prawem kościelnym, które jest pewnym reliktem, które rządzi się kulturą tajemnicy, sakralizacją procedur, co sprzyja również zastraszaniu ofiar. To prawo nie spełnia absolutnie swojej funkcji. Dodatkowo przypomnę, że wymiar sprawiedliwości w przestrzeni Kościoła sprawują duchowni w tej samej diecezji, w której doszło do nadużycia. W 2001 roku pod wpływem Ratzingera wyszedł nakaz, aby informować Watykan o wszystkich formach nadużyć w Kościele. Każdy przełożony zakonny czy biskup, który miał taką wiedzę, miał obowiązek zawiadomić Watykan. Nie wiem, czy i ile zawiadomień wysłano z Polski, ale nie sądzę, aby to były znaczące liczby. W 2016 roku wprowadzono regulacje, które każą usuwać biskupów, którzy lekceważyli nadużycia. Z tego powodu ponad 100 biskupów zdymisjonowano, najczęściej wysyłając ich po cichu na emeryturę. W episkopacie irlandzkim nie ma chyba żadnego biskupa sprzed afery pedofilskiej, podobnie w Stanach Zjednoczonych. W Polsce żadna głowa póki co nie poleciała.

Czyli jakaś zmiana idzie z góry?
Na pewno Franciszek wprowadził tu nową jakość, ale obawiam się, że struktura Watykanu jest tak przesiąknięta korupcją, deprawacją, kulturą homoseksualną, że papież nie ma za bardzo kim dokonać tych zmian. Obawiam się, że należałoby wymienić wszystkich kardynałów i poczekać 10-15 lat na nowych, którzy nie będą już tak przesiąknięci tym DNA kultury tajemnicy, wyższości, ślepej lojalności kosztem ofiar. Moim zdaniem głównym sprawcą zmian będzie opinia publiczna. Im bardziej będziemy świadomi, wrażliwi, tym mniej będziemy chcieli uczestniczyć w takim Kościele.
Mam wrażenie, że daleko nam jeszcze mimo wszystko do tej zmiany. Wystarczy przypomnieć akcję Baby Shoes Remember sprzed kilku miesięcy, która wywołała oburzenie sporej części społeczeństwa.
Mam wrażenie, że Kościół w Polsce postawił w tej chwili na pewną konkretną grupę wiernych, która zawsze przyniesie mu pieniądze w związku z sakramentami. To jest elektorat PiS-u. Kościół nie będzie im mieszał w głowie, pokazując, że sam popełnia błędy. Oczywiście nie cały, ale generalnie tak to wygląda. Sam przestałem chodzić do kościoła, gdy przestałem słyszeć tam Ewangelię, a jedynie obsesje odnośnie do VI przykazania.

Co dalej?
Kościół jest już na drodze irlandzkiej i jeżeli jego los jest bliski biskupom, to powinni podać się do dymisji, chociaż jestem pewien, że tak się nie stanie. Episkopat jest pełen ludzi, którzy kochają swoich kamerdynerów, kierowców, samochody i władzę Kościół powinien poprosić o pomoc seksuologów, psychologów, socjologów, bo co teolog może wiedzieć o problemie pedofilii. To się dzieje na świecie, w Irlandii czy Stanach Zjednoczonych Kościół poprosił o pomoc specjalistów. W Polsce nie ma nawet wolności badań, jeżeli chodzi o przestrzeń Kościoła. Gdy prof. Baniak próbował coś robić w tym temacie, został usunięty z wydziału teologicznego. Dodatkowo pamiętajmy o archiwach, których też Kościół boi się otworzyć.

Jak ocenia pan jako prawnik współpracę z Kościołem?
Fatalnie, chociaż dostrzegam tu zmianę. Ludzie w kuriach nie chcą już umierać za biskupów. Widzę w postępowaniach, że już ich tak nie bronią, a coraz więcej zwykłych księży ma odwagę mówić o tuszowaniu spraw. Tutaj coś ewidentnie pękło. My widzimy to tylko naskórkowo, że jeden ksiądz skrytykuje drugiego, natomiast widać już na dole zielone światło, aby wyciągać pewne sprawy obnażające hierarchów, często ordynarne, nie do obrony.
Co do samej współpracy, to jej nie ma, bo Kościół powołuje się na konkordat, gdy prokuratura prosi o akta, ale myślę, że skończył się czas, gdy prokurator jeździł do biskupa, żeby go przesłuchać, skończył się czas proszenia o akta. Myślę też, że po emisji filmu zmiana zaszła w samych sędziach i prokuratorach, którzy nie będą już legitymizować tego procederu.

Pan jako mecenas ofiar ma problem z dostępem do akt, ale przyjeżdżający w czerwcu abp Charles Scicluna chyba będzie miał pełny wgląd. Będą dymisje?
Ja tak naprawdę nie wiem, co abp Scicluna wie na temat Polski. Podczas słynnej wypowiedzi Głódzia, że „byle czego nie ogląda”, widziałem przebitkę z mszy. Głódź stał obok Dziwisza i abp. Salvatore Pennacchio, nuncjusza apostolskiego, który jest kanałem informacyjnym Watykanu. Odnoszę wrażenie, że to koteria przyjaciół, która żyje w komitywie. Nie wiem, co abp Grocholewski, który jest w Watykanie, a reprezentuje typowy polski konserwatywny Kościół, mówi papieżowi. Zmiany zależą od nas, od opinii publicznej. Gdy będą pustoszeć kościoły, a do biskupów i Watykanu zacznie spływać coraz mniej pieniędzy, przyjdzie czas na refleksję.

Polska przed filmem i po filmie Ważny tunajt

Niedawno wróciłem z Madrytu, gdzie odwiedziłem m.in. miejscowe muzeum sztuki współczesnej. Jedna z ekspozycji tamże poświęcona była propagandzie okresu wojny domowej 1933-36 oraz latom poprzedzającym jej wybuch. W jednej z gazet republikańskich/socjalistycznych z tamtego okresu, natrafiłem na ciekawy fragment. Brzmiał on mniej więcej tak: „W Sewilli grupa robotników wychodzących z fabryki, napotkała na swojej drodze przechadzającego się księdza. Wobec tak oczywistej prowokacji…”
Parę dni temu w metrze, napotkałem na swojej drodze księdza, który podobnie jak ja, czekał na skład w stronę Młocin. Przypomniał mi się wtedy ten fragment, bo byłem świeżo po seansie filmu braci Sekielskich na wiadomy temat. Rozłożyłem go sobie na trzy razy. Nie dlatego, że nie mogłem przetrawić na raz tych wszystkich okropieństw. Ot, raz za późno zacząłem oglądać i usnąłem. Drugi raz przerwałem, bo ktoś zadzwonił domofonem do drzwi i dopiero za trzecim podejściem ukończyłem całość. Minęło już wówczas trochę czasu od premiery i mogłem jako tako prześledzić ton komentarzy, które wezbrały zaraz po opublikowaniu dokumentu w internetach.
Naturalnie, zgadzam się co do wymowy, że Sekielscy obnażają grzechy Kościoła mocno i bez pardonu, a Kościół polski i jego hierarchowie, miotają się jak zwierzyna w potrzasku, bo nie może im przejść przez usta słowo przepraszam, przynajmniej nie wszystkim. Jednakowoż, bardzo mocno mnie dziwi narracja powtarzana przez media elektroniczne i prasę na lewo od mediów rządowo-toruńskich, że oto mamy za przyczyną filmu braci S. zebrane dowody na kościelną pedofilię, o której wcześniej nikt nie słyszał ani nikt nie mówił. Komu jak komu, ale czytelnikom tej gazety, jak również gazety Urbana i periodyku byłego księdza Romana, chyba nie specjalnie trzeba przypominać, ileż to przypadków kościelnej pedofilii ujawniali na swoich łamach, jeden i drugi, na długo przed tym, kiedy Sekielski Tomasz począł zbierać w sieci pieniądze na realizację swojego projektu. Wszak to, z czym nas film Sekielskich zaznajamia, to dla nas, tej całej hałastry lewackiej, progresywnej, laickiej czy nawet liberalnej pokroju Liberté, sprawy doskonale znane i Ameryki nieodkrywające, a mimo wszystko lud lewicowy dziwi się, jakże to możliwe, że księża w Polsce molestują dzieci i gdyby nie film Sekielskich, nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli. Bardziej jednak niż to udawane zdziwienie na pokaz, zirytowało mnie to, z czym chwilę po premierze filmu mieliśmy do czynienia w Sejmie.
Oto w trybie ekspresowym, do tego co prawda już zdążyliśmy za tej kadencji przywyknąć, ale jednak mimo wszystko – ekspresowym – nowelizuje się ustawę o karaniu za przestępstwa seksualne wobec nieletnich. Wygląda to trochę tak, jakby do momentu opublikowania filmu Sekielskich w sieci, nikt z rządzących w Polsce nie wiedział, że coś takiego jak molestowanie występuje, a przynajmniej nie na taką skalę, co z kolei uzasadniać by miało zaostrzenie przepisów. Innymi słowy, było molestowanie małoletnich do filmu Sekielskiego, i to molestowanie zdecydowanie łagodniej należało karać, a po filmie rządzący uznali w jedną noc, że sposób molestowania drastycznie się zaostrzył, takoż trzeba równie drastycznie zaostrzyć za owo molestowanie kary. No i jak pomyśleli, tak zrobili, a efekty oczywiście przyjdą same, bo po zaostrzeniu kar, żaden pedofil, zwłaszcza w sutannie, nie zmolestuje już więcej żadnego pacholęcia, albo przynajmniej poważnie się nad tym zastanowi.
Pomijam przez grzeczność, że takie ekstraordynaryjne poprawianie ustaw nic dobrego polskiej legislaturze nie przyniesie, żeby nie napisać, że najzwyczajniej mocno ją popsuje. Nie uważam też, że cokolwiek zmieni tu komisja śledcza, bo, jak pokazały wszystkie dotychczasowe, jest to dla polskich posłów, darmowa winda autopromocji i darmowego czasu antenowego i tak samo byłoby i z tą. Niemniej, w ferworze ognistej dyskusji podczas debaty sejmowej na wiadomy temat, ciskania przez jednego z posłów bucikami w prezesa, co swoją drogą, było słabe jak barszcz, bo o nic innego tu nie chodziło, jak tylko o tani poklask, zadziwił mnie głos ministra sprawiedliwości, który komentując to, co się w Sejmie w ostatnich dniach wydarzyło… miał rację. Dyskusja na tak poważny temat, powinna być, nawet jeśli emocje nie pozwalają na chłodny osąd, prowadzona z taktem i wyczuciem, a nie jak kolejna karczemna jatka czarnych z białymi i niebieskimi. Naturalnie, powiedział tak pan minister, bo gdyby to on był w opozycji, pewnie robiłby tak samo jak ten od niemowlęcych bucików, a jego alter ego z rządu wytknąłby mu to samo, co jedynie pokazuje jak na dłoni, z towarzystwem jakiego autoramentu mamy dziś w polityce do czynienia.
Kiedy tak sobie stałem na stacji i przyglądałem się księdzu który czekał na metro, pomyślałem sobie, czy niedługo chodzenie przez duchownych po ulicy w stroju służbowym nie zacznie być powodem do wstydu, albo przynajmniej do obciachu. Mnie akurat nie trzeba przekonywać do tego, że tak jak w każdym zawodzie, tak i w tym są prymitywy, karierowicze i wyzyskiwacze, ale są również i ludzie przyzwoici i porządni, bo sam nawet kilku takich znam. Cóż jednak z tego, kiedy kierownictwo zakładu idzie w zaparte i nawet nie chce słyszeć o planie naprawczym. Chciałbym zobaczyć PR-ową strategię polskiego Kościoła na bieżący czas kryzysu. To musiałaby być bardzo krótka lektura. Ale jeszcze bardziej chciałbym zobaczyć agencję PR-ową, która podjęłaby się Kościoła owego reprezentowania…

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Bigos tygodniowy

Jeśli wziąć pod uwagę kolosalny wysiłek, którego PiS dokonało przez ponad trzy lata swoich rządów – transfery socjalne, 500 plus i rozmaite inne „piątki”, prognoza wyborcza dla władzy jest, najdelikatniej mówić, dalece niezadowalająca. W finale całej tej zakrojonej na szeroką skalę akcji kaptowania sobie poparcia wyborców, efektem w rywalizacji PiS z opozycją jest – z grubsza biorąc – wynik remisowy, obie siły idą niemal łeb w łeb, a momentami pojawia się nawet sondażowa przewaga opozycji. Oznacza to bardzo niską stopę zwrotu kosztów dokonanych inwestycji politycznych. Po tym co się zrobiło, by zjednać sobie wyborców – walczyć o zwycięstwo zaledwie o włos, przy sporym prawdopodobieństwie przegranej, to właściwie co najmniej upokorzenie. Inna sprawa, że powyższe uwagi mają sens, jeśli ufać w trafność sondaży, a z tym jest poważny problem.

„Niech zstąpi Duch Twój, niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi” – wołał Papież Polak 40 lat temu. I Pan go wreszcie wysłuchał, zsyłając na ziemskie niwy braci Sekielskich, którzy w swoim filmie pokazali – naocznie, niemal, nomen omen, namacalnie – fragment oblicza tej cuchnącej Sodomy, tego zboczonego burdelu, jakim jest Kościół kat., także w ojczyźnie Papieża Polaka. A zatem: „Gaude Mater Polonia, prole fecunda nobili”, „Alleluja, Alleluja, Alleluja” – tymi kanonicznymi słowy raduje się serce moje. Przeszło dwieście lat temu Wolter powiedział o Kościele kat.: „Zgnieść tę ohydę”.

Miała Polska, zgodnie z marzeniem kościoła kat, prawicy i wszelkiego dewoctwa wnieść Europie wiano w postaci wiary katolickiej, wartości chrześcijańskich i tym podobnych aktywów, a eksportuje dodatkową porcję pedofilii kleru katolickiego. Na tydzień przed wyborami do PE film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” narzucił agendę tematyczną wszystkim siłom politycznym. Zamiast o Polsce i Europie – wszyscy o pedofilii.

Jeden z nielicznych sprawiedliwych w tej kościelnej Sodomie, jezuita Jacek Prusak nazwał kościelnych pedofili „wilkami w koloratkach”. Więcej szacunku dla szlachetnego zwierzęcia. To bestie w koloratkach.

Toteż instrukcja biskupa Rysia z Łodzi, co wolno a czego nie wolno księżom w kontaktach z dziećmi i małoletnimi brzmi jak instrukcja obsługi drapieżnych bestii. Przy czym owymi bestiami nie są dzieci i małoletni, ale księża. Powinna też powstać instrukcja dla wiernych mających dzieci: „Jak obchodzić się z księdzem”.

Adam Jarubas z Koalicji Europejskiej (PSL) sparafrazował słowa Jarosława Kaczyńskiego sprzed prawie trzech dekad: „Droga do dechrystianizacji Polski prowadzi przez PiS”. Celne.

Profesor Ryszard Legutko, filozof klasyczny, posiadacz greki, znawca Platona powiedział, że współżycie z 12-latkiem to nie pedofilia, ale pederastia. Platon, który w Syrakuzach na Sycylii być może obcował z 12-latkami w przerwach między pisaniem „Dialogów”, dziś byłby uznany za pedofila. Zazwyczaj znawcy jakichś dawnych epok, krajów czy kultur marzą by przenieść się do nich wehikułem czasu. Może marzy także Ryszard Legutko.

Próba wręczenia na sali sejmowej przez posła Nitrasa z PO dziecięcych bucików Kaczyńskiemu skończyła się fiaskiem. Nitras podchodził dwa razy. Za każdym razem Wodza bronił mur z męskich ciał poselskich. Za pierwszym razem buciki przechwycił Ryszard „Pies” Terlecki. I z furią je odrzucił precz. I to daleko.

Kaczyński powiedział, że zgodzi się na komisję w sprawie pedofilii pod warunkiem, że spenetruje ona nie tylko kler, ale też murarzy, piekarzy i reżyserów. Problem z tym jest dwojaki. Po pierwsze, w takim razie należałoby zbadać wszystkie grupy zawodowe, organizacje, czyli kilka, a nawet kilkanaście milionów ludzi, a tego zrobić się nie da. Po drugie, tylko kościół ma organizacyjne możliwości chronienia pedofilów. Murarze i reżyserzy – nie. Przede wszystkim jednak pamiętać należy, że w tle tego wszystkiego jest perspektywa bajońskich odszkodowań dla ofiar. I tego się kościół kat. najbardziej boli.

Jako były mieszkaniec Lublina i województwa lubelskiego przepraszam za wojewodę lubelskiego Przemysława Czarnka wszystkich, którzy czują się urażeni jego słowami i czynami, jego agresywną homofobią i klerykalizmem. To jedyny z obecnych pisowskich wojewodów, który w tym stopniu zajmuje się publicznie ideologią zamiast administrowaniem. Panie Czarnek – do inwestycji, do budowy dróg, do układania rur. Kończ waść, wstydu oszczędź!

Ojciec-założyciel sanktuarium Licheniu ksiądz Eugeniusz Makulski sfinansował swojemu kochankowi-szoferowi budowę domu i kupował mu w prezencie kosztowne auta, m.in. chevroleta. To zapewne z jakichś drobnych zaskórniaków zaoszczędzonych z datków wiernych na budowę tego giganta. Była taka przedwojenna komedia „Jaśnie pan szofer”.

Znów, po 80 latach, trzeba będzie bronić Westerplatte. Tym razem będą go bronić władze Gdańska przed PiS, które chce ten teren zdobyć na swoje cele. Niestety, wszystko na to wskazuje, że i tym razem, tak jak przed laty, Westerplatte padnie, bo PiS chce ten teren ustawowo zagarnąć. Warto odnotować, że PiS chce przywrócić temu zaniedbanemu miejscu blask. Powstałoby dzięki temu kolejne szykowne, na glanc, upamiętnienie jednej z licznych klęsk polskiego oręża. Podobnie jak Muzeum Powstania Warszawskiego. Gdy się wchodzi do tego muzeum, można odnieść wrażenie, że wchodzi się do mauzoleum triumfów jakiegoś militarnego imperium, a nie skromnego narodku, który ledwo uniósł z tej wojny głowę. Zdrowy rozsądek podpowiada zatem, że miejsca klęsk powinny być upamiętniane w sposób skromny, szary, nawet nieco zapyziały czyli realistyczny, prawdziwy, szczery. Inaczej takie upamiętnienie, to bujda na resorach i narażanie się na śmieszność. Jak wiadomo główne źródło komizmu polega na kontraście między wielkimi zamiarami a nikłymi możliwościami.

O młodym Morawieckim można różnie, dobrze czy źle, ale odmówić mu głowy do interesów nie sposób.

Biskupi działają zgodnie z instrukcjami Watykanu

Podstawową cechą działania kościoła katolickiego jest zakłamanie. Dotyczy to oczywiście także pedofilii.

Opinia publiczna jest oburzona tuszowaniem pedofilii księży. Tymczasem obowiązkowe UTAJNIANIE tych przestępstw w kościele katolickim usankcjonowała instrukcja watykańska z 1922 r. pt „Crimen sollicitationis”. W roku 1962 powstała wprawdzie druga wersja instrukcji ale ciągle z zasadą pełnej tajności, pod groźbą ekskomuniki, obowiązującej wszystkie osoby biorące udział w postępowaniu zawsze w ramach struktur kościelnych, bez ingerencji świeckiego wymiaru sprawiedliwości.
Datę 30 kwietnia 2001 nosi list apostolski Jana Pawła II oddający sprawy pedofilii do załatwiania wyłącznie przez Kongregację Nauki Wiary, której szefem był wówczas

Kardynał Ratzinger.

Znali się bliżej z czasów Soboru Watykańskiego II (1962-1965), kiedy to obaj robili wszystko żeby kościół katolicki zbytnio sie nie unowocześnił. List nie zmienił zasady zachowania milczenia. Pamiętam protesty organizacji katolickich z różnych krajów kierowane do komisji watykańskiej d/s wyświęcenia papieża Polaka, m.in. dotyczące ukrywania pedofilii. Na początku filmu Sekielskich słyszymy przysięgę – zobowiązanie do milczenia – powtarzaną przez kobietę – ofiarę księdza pedofila. Tytuł filmu też do tego słusznie nawiązuje.
To właśnie katolicki obowiązek utajniania tych przestępstw spowodował, że komisje, które powstały w kilku krajach były i są wyłącznie świeckie, BEZ przedstawicieli Kościoła.
Te komisje powstały m.in. także dlatego, że często te przestępstwa się przedawniły mimo, że w wielu państwach europejskich przestępstwo to przedawnia się po 20 latach od uzyskania pełnoletności przez ofiarę. Powstały głównie dla ofiar i często doprowadzaly do kar więzienia oraz do istotnego zadośćuczynienia finansowego zwykle na koszt kościoła.
Ponieważ w Polsce kościół katolicki ma ogromny wpływ na tworzenie prawa, pedofilia przedawnia się u nas błyskawicznie. Dopiero od 2014 roku jest to 30 rok życia ofiary. Przedtem było 5 lat od uzyskania pełnoletności ofiary i to pod wpływem nacisków Unii Europejskiej, bo jeszcze przedtem było to 10 lat od przestępstwa, co było skandaliczne. Jest oczywiste, że człowiek 30 letni – o zrujnowanej psychice – rzadko jest wystarczająco silny na stawienie czoła machinie sądowej. W Szwajcarii pedofilia w ogóle się nie przedawnia (było referendum). I to rozwiązanie chyba jest najsłuszniejsze.
KSIĘŻA BARDZO RZADKO SĄ ARESZTOWANI W MOMENCIE DONIESIENIA. Często mają całe tygodnie na mataczenie i urabianie świadków. Nawet wtedy gdy zostali prawomocnie skazani na więzienie, zwykle wyrok nie przekracza 2 lat dlatego, że taka kara umożliwia zwolnienie z odbywania kary z powodu złego stanu zdrowia. Skazany natychmiast ciężko choruje. Podejrzewam, że niektóre zabójstwa księży dokonane przez młodych ludzi były spowodowane właśnie bezkarnością księży-przestępców, co musiało budzić dodatkowo ogromną frustrację ofiar. Te przypadki powinny być starannie zrewidowane np. sprawa Dawida z Blachowni pod Częstochową.

Zgodnie z polskim prawem 

ofierze można zasądzić ZADOŚĆUCZYNIENIE FINANSOWE, ale polski kościół katolicki – bezwstydnie bogaty – twierdzi, że ksiądz jest prywatną osobą fizyczną a nie funkcjonariuszem kościoła. A przecież jest nim i to w dodatku umundurowanym. To zadośćuczynienie jest tym bardziej ważne, że często ofiarami pedofilow kościelnych padają dzieci zaniedbane z rodzin dysfunkcyjnych, nie mające oparcia w rodzicach. Niedawny wyrok z zadośćuczynieniem 1 mln zł jest wreszcie jakimś zwrotem ku normalności choć renta powinna być określona w sposób uwzględniający długi czas wypłacania np w wysokości dwóch rent minimalnych. Trudno sobie wyobrazić żeby osoba o tak zrujnowanej psychice domagała się co jakis czas przed sądem należnej podwyżki.

A we Francji

kościół katolicki ogłosił, że bedzie wypłacał zadośćuczynienia ofiarom księży pedofilów mimo kodeksowego przedawnienia. Trzeba podkreślić, że francuski kościół katolicki jest biedny jak mysz kościelna w porównaniu z kościołem polskim. Ustawa o rozdziale kościoła od państwa z 1905 r. upaństwowiła nawet budynki kościelne. Trzeba przyznać, że we Francji problem jest marginalny, bo czynnych katolików jest tylko ok. 7 proc. populacji.
Nie sposób nie poruszyć przy tej okazji sprawy nadużyć coraz częściej odprawianych praktyk nazywanych EGZORCYZMAMI. Nie wierzę, żeby nie dochodziło do ohydnych gwałtów gdy egzorcysta zamyka się w oddzielnym pomieszczeniu z młodą dziewczyną. W niektórych państwach egzorcyzmy są prawnie zakazane.

W Polsce należałoby wprowadzić wysokie kary

grzywny dla osób, które wiedzą o przestępstwach wobec dzieci a nie informują o tym prokuratury. Byłoby to skuteczniejsze niż obowiązujące teraz kary więzienia chyba nigdy nie zastosowane.
Histeryczne okrzyki prezesa o 30 latach więzienia dla sprawców to przesada.
Ważne, żeby kara była rzeczywiście egzekwowana. W państwach funkcjonujących prawidłowo od dawna odchodzi się od długich kar więzienia. Pomysłodawca zapomina o tym, że zresocjalizowany więzień ma wrócić do społeczeństwa a nie zdemoralizować się do końca. Jeszcze miałoby to od biedy sens gdyby odbywało się na koszt kościoła.
Zasady papieża Franciszka wyrażone w niedawnym liście pasterskim niestety nie przynoszą przełomu. Trudno było spodziewać się rewolucji. Franciszek nie działa w próżni a większość hierachów nie chce istotnych zmian. Uważają, że milczenie pomaga Kościołowi zachować nieskazitelny wizerunek. A bez OBOWIĄZKU oddawania sprawców pod świecki wymiar sprawiedliwości nie będzie żadnej ochrony dzieci.
Reasumując prawidłowe byłoby wzorowanie się na działalności wyłącznie ŚWIECKICH specjalnych komisji w państwach zachodnich co niestety nie jest możliwe pod rządami PiSu. Wyszłaby z tego karykatura, co widać po urzędowym spisie pedofilów stworzonym z inicjatywy Ziobry – nie ma w nim ani jednego przedstawiciela kleru. Było oczywiste, że tak będzie, bo kościół katolicki stoi w Polsce ponad prawem.
Po filmie KLER i po dokumencie Sekielskich być może znajdą się w nim nazwiska byłych księży. Trzeba dodać, że pedofile świeccy bywali skazywani – ostatnio rzadziej – na kary bardzo surowe, nieraz wieloletniego więzienia i przeżywają prawdziwą gehennę w więzieniu. Zdarzały się samobójstwa.

Uważam, że taką komisję

ze specjalnymi ustawowymi uprawnieniami zniesienia przedawnienia i ustaleniami solidnego zadośćuczynienia finansowego na koszt Kościoła mógłby powołać Rzecznik Praw Obywatelskich. Koszt funkcjonowania komisji powinien ponosić oczywiście Kościól.
Na koniec dodam, że głoszona przez kościół opinia jakoby pedofilia występowała w kościele w takiej samej proporcji jak i w społeczeństwie świeckim jest zupełnie nieuprawniona, bo w zasadzie tylko księży i zakonników katolickich obowiązuje celibat. A celibat powoduje, jak twierdził mój zmarły mąż, że „sperma uderza im do głowy”.

Bezkarni do końca świata

i jeden dzień dłużej

„Mówił, że jestem wyjątkowa. Dotykał, całował. Bałam się, że ktoś zauważy, że coś jest między nami”. „Żona mi powiedziała: po co tam łaziłeś? To twoja wina!”. „Codziennie mam koszmary”. Film Tomasza Sekielskiego to „Kler” odfabularyzowany. Pokazuje, że nie ma już dla nas nadziei, że festiwal zaprzeczania będzie grał niczym orkiestra Jurka Owsiaka – do końca świata i o jeden dzień dłużej.

O 14.30 w sobotę cała Polska siedziała przy YouTubie, czekając, aż będzie można wyświetlić „Tylko nie mów nikomu” – film Tomasza i Marka Sekielskich. Miał to być film, który przeora polską świadomość w zakresie pedofilii w kościele. Miał być polskim „Spotlightem”. Miał być bombą, która zostanie odpalona. Tak się nie stanie. Dlaczego? Nie dlatego, że film ma jakiekolwiek uchybienia. Po prostu jesteśmy już jako ludzkość na tak dalekim etapie obudowywania się w oblężonych twierdzach własnych uprzedzeń, że wysiłek Sekielskiego i tak zrozumieją tylko i wyłącznie ci, którzy empatię i otwartość mieli w sobie już wcześniej.
Internet, a zwłaszcza rozwój mediów społecznościowych, sprawił, że przestaliśmy konfrontować swoje przekonania z rzeczywistością. Na tym polu rozwój technologiczny wyświadczył nam niedźwiedzią przysługę. Nie konfrontujemy, szukamy sojuszników i zamykamy się w bańkach.
Jeszcze na dobre nie nabrzmiały bańki „urażonych” przeróbką Matki Boskiej z tęczą Elżbiety Podleśnej. Po 14.30 zaczęły nabrzmiewać kolejne. Episkopat już wie, że film Sekielskiego jest „nierzetelny”, zresztą abp Gądecki powiedział już wcześniej na pamiętnej konferencji, że atak na pedofilię w kościele jest atakiem na istotę kościoła. Więc naprawdę stawiamy poprzeczkę bardzo, bardzo wysoko, każąc duchownym i wyznawcom zmierzyć się z dysonansem poznawczym, który wyhodowali sobie na wysokość muru berlińskiego.
Film Sekielskiego nie jest nawet w ułamku procenta atakiem na kościół. Są konkretne ofiary konkretnych księży, które konkretnie opisują konkretne czynności, jakich się wobec nich dopuszczano. Ale głos dostaje też druga strona. Nie zawsze korzysta. Często ucieka.
Jak tłumaczą się księża nagrani z ukrycia podczas konfrontacji z ofiarami? „Szatan zebrał swoje żniwo, byłem słaby, uległem żądzy” – to i tak najmniej bulwersujące, co można usłyszeć, choć poraża poziom wyparcia, wyrażający się w budowaniu zgrabnych metafor, zakładających, że w istocie ofiary były dwie.
„Przecież ty też chciałeś, uśmiechałeś się” – to kolejna strategia wyparcia. Dziecko często nie wie, w czym uczestniczy. Jest przez świadomego przecież swoich czynów omotane, ma w głowie mętlik. Nie wie, czy ma być swojemu oprawcy wdzięczne, czy iść na skargę do mamy. Na filmie Sekielskiego widzimy ludzi, którzy trudnej prawdy o sobie nie przyjęli – bo mogli. Bo mieli możliwość schować się za plecami biskupa, wiernych parafian, mogli się wykpić. Są wściekli, że odpowiedzialność dopada ich po latach.
To doskonały dokument, tragicznie spóźniony.

Kościół w ślepej uliczce

Nie zanosi się na to, by iście popowa kadencja obecnego papieża doprowadziła do jakichkolwiek zmian poza kosmetycznymi. Z mrocznych zakątków Watykanu wciąż dochodzą upiorne komentarze. Katoliccy kapłani po prostu lubią swoją korporację, a ona – jak wszystkie, niezależnie od profilu, komercyjna czy gnostyczna – potrafi wytworzyć perwersyjną antymoralność w każdej niemal sferze.

Świadectwem tego jest choćby niedawna rozprawa emerytowanego papieża Benedykta XVI na temat rozlicznych skandali pefofilskich, w które zamieszani są katoliccy duchowni na całym świecie, opublikowana w niemieckim czasopiśmie chrześcijańskim „Klerusblatt” 11 kwietnia br. Niemal wszędzie poza Polską wywołała ona falę oburzenia.
Były papież proponuje w swoim tekście zupełne odejście od dotychczasowych, i tak niezwykle nieskutecznych i podejmowanych wcale niechętnie, prób konfrontacji naczelnych kadr kościoła z tą systemową patologią wewnątrz własnej struktury. Benedykt XVI otwarcie oświadcza, iż nie ma żadnych „problemów o charakterze systemowym”, a już na pewno nie może być mowy o „zbrodniach”; odrzuca też uwagi o „nadużyciach władzy”. Jeśli chodzi systematyczną przemoc seksualną wobec dzieci stosowaną powszechnie przez katolickich księży papież-emeryt nie jest skłonny obarczyć odpowiedzialnością organizacji, której przez lata szefował.
Wręcz przeciwnie, w swoim tekście wskazuje niemal wyłącznie na czynniki zewnętrzne. Największą uwagę zwraca na ogólną – cokolwiek miałoby to znaczyć – „nieobecność Boga”.
„Dlaczego pedofilia osiągnęła takie rozmiary? W ostatecznym rozrachunku przyczyną jest nieobecność Boga… [ponieważ] świat bez Boga może być jedynie światem bez znaczenia… bez pojęcia dobra i zła” – napisał Benedykt XVI.
Po tym jak obdarzył już czytelnika poważną dozą podobnie miałkich i pustych, acz stylizowanych na filozoficzne tez, autor przechodzi do nieco bardziej precyzyjnych, choć doprawdy groteskowych „wyjaśnień”.
Okazuje się oto, iż przestępstwa seksualne przeciwko dzieciom, które popełniają kościelni hierarchowie mają swoje źródło w „systemowych przekształceniach” związanych ze „zmianami moralności seksualnej”, do której doszło w latach 60-tych minionego wieku. Były papież posuwa się nawet do stwierdzenia, iż rewolucja z 1968 r. uczyniła pedofilię zjawiskiem „dozwolonym i stosownym”.
Jedyne wyrzuty jakie Benedykt XVI formułuje (w cokolwiek zabawnym denuncjatorskim tonie) wobec kapłanów, dotyczą ich domniemanego flirtu z obcymi ideologiami, które przesączyły do zdrowego organizmu kościoła katolickiego „elementy relatywizmu moralnego” i wprowadziły nurt przewidujący, iż „nie może istnieć nic złego lub dobrego w sposób absolutny, a jedynie względne oceny”. Anonimowi (autor nikogo nie wskazuje) teoretycy tego trendu doprowadzić mieli do „radykalnego obniżenia autorytetu kościoła w sferze moralnej” i spowodować “upadek moralnego nauczania”. I znów – na pytanie co to wszystko właściwie znaczy, każdy może odpowiedzieć sobie w sposób niemal dowolny. Co ciekawe jednak, Benedykt XVI chwali Jana Pawła II, który miał stanąć na wysokości zadania na początku lat 90-tych i próbować przeciwdziałać tej niezdefiniowanej nawale amoralności.
Jeżeli komuś nie dość jeszcze tych dziwacznych doprawdy fantasmagorii, Benedykt XVI w dalszej części swojego tekstu brnie w coraz bardziej ponurą groteskę. Twierdzi m.in., iż cały ten konglomerat zła, który wyłonił się z mrocznej jaskini lat 60-tych, a potem z powodu nieokreślonych nieszczelności zaraził niemałą część kapłanów, jest przyczyną powstania “klik homoseksulanych”, co według niego jest jednym z fundamentów problemu. Wynika z tego, iż pomimo zaawansowanego wieku (92 lata) były papież nie odróżnia orientacji seksualnej od przestępstwa polegającego na gwałcie poprzez doprowadzenie do współżycia dziecka, tj. osoby, która nie jest w stanie udzielić świadomej zgody na seks.
Duch Święty wybrał kardynała Josepha Ratzingera go na stanowisko papieża po śmierci Jana Pawła II, a potem ów swą ludzką mocą nadał sobie pseudonim Benedykt XVI. W 2013 r. zrezygnował z pełnienia tej funkcji. Od tego czasu nie afiszował się szczególnie ze swoimi obłędnie konserwatywnymi opiniami, zwłaszcza, iż papież Franciszek, obecny szef kościoła katolickiego, obrał zgoła odmienną strategię PR-ową. Mimo to, funkcjonariuszy takich jak właśnie Benedykt XVI wciąż dopuszcza się do wygłaszania komentarzy dotyczące najbardziej newralgicznych, zdawałoby się, kwestii. Oznacza to, że Watykan, choć publicznie wygłasza czasem umiarkowane krytyki w tej materii, w rzeczywistości akceptuje pedofilię jako jeden z filarów tożsamości kościoła katolickiego.

Uwaga: parazyty są odporne

Młody Morawiecki oświadczył, że „gdyby nie Kościół, Polski by nie było”. Wtóruje mu w tym front medialnych sługusów na prawicy, ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich włącznie. A może byłoby i lepiej?

 

Może lepiej byłoby, gdyby nie było Polski takiej jaką mamy dziś, okupowanej przez kler gwałcący ciała jej dzieci i wspierający autorytarny, faszyzujący reżym, który rozpętał do ostatnich granic paroksyzm nacjonalistyczny?

 

Czy „Kler” zbawi ateistów i antyklerykałów?

Od kilkunastu dni przez Polskę, jak długa i szeroka, pędzi chyr, że Kościół kat. w Polsce jest na kwadrans przed upadkiem, że to końcówka jego potęgi, że już tylko czekać, a niedługo będziemy na Wisłą świadkami powtórki syndromu irlandzkiego, że jutrzenka swobody jest za najbliższym pagórkiem. To gorączkowe podniecenie ma swoje źródło głównie w dwóch faktach: orzeczeniu(nieprawomocnym) przez sąd miliona złotych odszkodowania od katolickiej instytucji kościelnej (Towarzystwo Chrystusowe) na rzecz poszkodowanej, za tolerowanie brutalnej pedofilii praktykowanej przez jednego z jej członków oraz w rozgłosie i powodzeniu frekwencyjnym filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Sam bardzo pragnę w to wierzyć, ale przestrzegałbym przed nadmiernym i pospiesznym optymizmem. Kościół kat. w Polsce odznacza się wyćwiczoną przez stulecia umiejętnością radzenia sobie nie z takimi jak obecne problemami, w tym umiejętnością mimikry i treningiem w obłudzie oraz w grze pozorów. Uprawia przy tym te praktyki z rutynowaną cierpliwością. Jest on, Kościół kat., jak niektóre gatunki parazytów i insektów, o których biolodzy mówią, że są bardziej niż ludzie uodpornione na najcięższe potencjalne katastrofy i kataklizmy, z nuklearną włącznie.

 

Nic nowego pod słońcem

Słabością całej tej dyskusji jaka ostatnio rozpętała się wokół Kościoła kat. w Polsce, afer pedofilskich i filmu „Kler” jest towarzyszący jej ton, z którego można by wywnioskować, że kiedyś Kościół ów był wspaniały, duchowy, szlachetny, rozsiewał dobro i „przez tak liczne wieki” podtrzymywał naród we wszystkich aspektach jego życia, będąc jego ober-dobrodziejem i tylko w ostatnich dziesięcioleciach popsuł się, po części z powodu gorszących wpływów zepsutego świata świeckiego. Tymczasem prawda jest taka, że Kościół kat. był przez stulecia w Polsce, Europie, i w niektórych krajach poza Europą, pasożytniczą naroślą na ciele społeczeństw. Straszliwy wyzysk chłopów odbywał się przez wiele stuleci. Na licznych karykaturach z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej można zobaczyć motyw wymizerowanego chłopa uginającego się pod uczepionym do niego opasłym cielskiem klechy, w sutannie czy w habicie, z mszałem lub pastorałem w dłoni. W Polsce przez stulecia uprawiany był ekonomiczny obyczaj pobierania „dziesięciny”, czyli przymusowego i brutalnie egzekwowanego podatku, który obciążał chłopów na rzecz kleru. Nie ma też powodu sądzić, że pedofilia to zjawisko w Kościele nowe, odprysk zepsutego, współczesnego świata. Nie ma powodów by wątpić w to, że setki tysięcy dzieci chłopskich (zapewne nie tylko chłopskich) było przez stulecia seksualnie wykorzystywanych przez proboszczów i opatów, skoro przez owe stulecia szlachta korzystała z upokarzającego obyczaju zwanego „ius prima noctis” („prawo pierwszej nocy”), pozwalającego „panu” „skorzystać” seksualnie, przed nocą poślubną, z nowo poślubionej przez chłopa żony, w trybie pierwszeństwa przed mężem. Tyle, że „prawo” z którego korzystał pan-szlachcic było przynajmniej jawne i niejako usankcjonowane, a kler zawsze działał poza prawem, w cieniu. Gdyby historycy wydobyli na jaw choćby część świadectw pokazujących to straszliwe spustoszenie w domenie seksualnej, jakiego dokonywali funkcjonariusze Kościoła kat. przez stulecia, głównie na polskiej wsi, choć rzecz jasna nie tylko, ujawniona prawda byłaby straszliwa. Kler pasożytował też przez stulecia na instytucjach państwowych, które we własnym interesie politycznym i klasowym wspierały jego działania. Jednym z licznych spektakularnych tego przykładów była Święta Inkwizycja, która skazywała niewinnych ludzi na tortury i śmierć cedując egzekucję swoich wyroków na instytucje świeckie, co było przebiegłą formą „umycia rąk”. Trwało to przez stulecia, a pierwszego przełomu dokonała dopiero Wielka Rewolucja Francuska. Jednak mimo tego wyłomu musiało upłynąć ponad sto lat do momentu, gdy Republika Francuska, jako pierwsza w świecie, dokonała ustawowego rozdziału Kościoła od Państwa (1905).

 

Polskie „libido ignorandi”

Różnica między Polską a innymi krajami jest jednak taka, że większość z nich już dawno (n.p. wspomniana Francja czy Meksyk), część stosunkowo niedawno (Hiszpania, Włochy), a część zupełnie niedawno (Irlandia) zerwały tę chorą narośl ze swojego ciała, a nad Wisłą dopiero zaczęły się procesy społeczno-psychologiczne, które do pewnego stopnia władzę Kościoła kat. i jego popleczników nadwerężą, choć wcale nie ma gwarancji, że odbędzie się to szybko. Struktura psychiczna i mentalna społeczeństwa polskiego jest tak dziwnie i trochę tajemniczo skonstruowana, że to, co wywołuje szybkie efekty w innych społeczeństwach, nad Wisłą może być nieporównywalnie trudniejsze do osiągnięcia. Być może jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest zakorzeniony w polskiej mentalności zakamieniały konserwatyzm typu chłopskiego, rodzaj opacznego, biologicznego „realizmu”, który zasadza się na faktycznym lekceważeniu, przechodzeniu do porządku dziennego nad światem idei i wartości oraz jednoczesnym, wynikającym z umysłowego lenistwa, trwaniu przy atawistycznych nawykach i w ustalonych przez wieki koleinach. Także „libido ignorandi” czyli pragnienie trwania w niewiedzy jest trwałym, przerażającym atrybutem polskiej psychiki. Przykładem owego „realizmu” jest polska wieś, w której trwaniu przy Kościele kat. i czołobitności wobec jego eksponentów towarzyszył w zgodnej, paradoksalnej symbiozie osławiony chłopski, czasem ostry antyklerykalizm.

 

Historyczny polski pech

Dlatego przestrzegałbym tych, którzy z wypłynięcia ropy pedofilskiej z niektórych klerykalnych czyraków, ze statystycznych danych pokazujących radykalne odchodzenie od Kościoła kat. w młodym pokoleniu czy z ogromnej frekwencji na „Klerze” już po kilku dniach jego wyświetlania w kinach, wyciągają pospieszne wnioski, że ostateczny upadek tej instytucji jest już „ante portas”, że puka do naszych wrót. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności historycznych sprawił bowiem, że u schyłku XVIII wieku ziemie katolickiej Polski znalazły się pod zaborami dwóch mocarstw innowierczych (prawosławna Rosja i protestanckie Prusy). Wskutek tego doszło do nieszczęśliwej interferencji ucisku narodowego i religijnego. Ta zbitka utrwaliła się w zbiorowej świadomości Polaków, przesłaniając nota bene nawet dziedzictwo zdrady narodowej ze strony kleru, do którego przynależy choćby udział biskupów w Konfederacji Targowickiej czy trwająca przez ponad sto lat postawa lojalistyczna większości kleru w stosunku do zaborców, n.p. w Królestwie Polskim. Mit kleru poświęcającego się dla sprawy narodowej w okresie niewoli ufundowany został na postawie takich nielicznych, wyjątkowych postaci jak n.p. księża Stanisław Brzóska czy Piotr Ściegienny. Na nadwerężenie tego mitu nie wpłynęło nawet wielkie artystyczne świadectwo biskupa warmińskiego Ignacego Krasickiego, jakim była jego sławna „Monachomachia”, satyryczny, ale i odstręczający w swej ohydzie obraz trybu życia kleru zakonnego jako warstwy pasożytniczej i próżniaczej. Nie pomogła wielokrotnie przed laty wydawana w setkach tysięcy egzemplarzy znakomita powieść Tadeusza Brezy „Urząd”, ukazująca Kościół kat. jako bezduszną, odhumanizowaną instytucję. Także dziś, mimo gigantycznej ekspansji nowych mediów, mit ten ma się zupełnie dobrze.

 

Nie karnawał, lecz długi marsz

Dlatego choć bardzo bym chciał, nie mogę łatwo poddać się triumfalistycznym nastrojom i nadziejom na rychłą klęskę Kościoła kat. w Polsce. Choć Kościół kat. jest dziś w opałach, to nie wykluczałbym, że potrafi tę burzę przeczekać i nie można być pewnym, że za rok wspomnienie obecnej gorączki nie będzie tylko bladym wspomnieniem, choć bardzo chciałbym się w tym względzie mylić. Przed zwolennikami laickiej, wolnej od władzy Kościoła, politycznego klerykalizmu i bigoterii Polski rysuje się nie szybka perspektywa karnawału i otwierania szampana, lecz długi i żmudny marsz. Nie należy dać się zwieść optymistycznym pozorom. Przed nami jeszcze dużo „potu, krwi i łez”.

Głos lewicy

„Kler” Smarzowskiego okiem lewaczki i lewaka

 

Justyna Samolińska, dawniej działaczka Razem, dziś w komitecie Wygra Warszawa – zrecenzowała film „Kler”:
– najbardziej nierealistyczna w filmie, tak samo zresztą jak w „Drogówce”, jest postać głównego, pozytywnego bohatera i jego perypetii. Scena ucieczki księdza przez krzaki przed rozwścieczonym tłumem, który zakłóca pogrzeb starszej pani, jest kompletnie odrealniona. Z filmu można wynieść wrażenie, że władza KK i bezkarność księży-pedofilów w Polsce wynika li i wyłącznie z powiązań biznesowo-politycznych, a lud jest wściekły i odruchowo staje po stronie gwałconego dziecka. Otóż nie – przykra rzeczywistość jest taka, że po stronie gwałconego dziecka z alkoholowej rodziny żyjącej w slumsie nie staje w tym kraju nikt, na pewno nie masowo i na pewno nie ignorując powagę sutanny, kropidła i otwartej trumny.
– bardzo ładnie pokazana zależność państwo-koscioł, układy i układziki, lekcja religii super (chociaż znowu – za bardzo bezczelne te dzieci w swoich pytaniach, powinny mieć wyjebane i grać na telefonach), doskonały Gajos (chociaż jakby mu zabrać co drugą kurwę i bdsm byłoby trochę lepiej).
– za dużo wątków, przez to film, zachowania bohaterów przestają być czytelne. Zabrałabym księdza alkoholika, ten wątek był męczący, przegadany, nierealistyczny.
– widać jak mało i rzadko Smarzowski chodzi do kościoła i jak mało rozumie parafian, religijność. Ludzie już nie płaczą przy konfesjonałach, do spowiedzi chodzą przed świętami, i odbębniają co mają odbębnić. Ta żywa wiara, ludzie serio szukający u proboszcza rozwiązań, odpowiedzi – to jest jakoś odrealnione. Na lekcji religii jest za cicho, w kościele ludzie mówią za głośno modlitwy.
Podsumowując: wiadomo, jest to film o Klerze, a nie o wspólnocie wiernych, ale trudno jest robić film o kościele pomijając znaczna większość jego członków, a tych, mam wrażenie, Smarzowski nie kuma – traktuje ich tak jakby byli w stanie odrzucić autorytet, nie odrzucając wiary, a dzieje się raczej odwrotnie.

 

***

Garść luźnych refleksji na ten temat podrzucił też publicysta Łukasz Moll:
Teraz spójrzmy na to z drugiej strony. „Kler” pobił rekord kinowej frekwencji w pierwszy weekend wyświetlania. Film Smarzowskiego zobaczyło 935 tysięcy widzów. Poprzedni rekord należał do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” (834 tys.), a z polskich filmów najlepszy był „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” (767 tys.).
Przez cały okres emisji kinowej „Kler” być może przekroczy granicę 3 milionów, którą osiągnęły w zeszłym roku „Listy do M. 3”. Tu rekord należy do „Ogniem i mieczem” (łącznie 7,1 mln. widzów, napompowane przez szkoły).
A teraz pomyślcie sobie, że za tej niedobrej, zacofanej pustyni kulturalnej o nazwie PRL w kinach „Krzyżaków” obejrzały 32 miliony widzów, „W pustyni i w puszczy” 30 mln., „Potop” 27 mln. Powiecie, że to wynik na sterydach – zadziałał przymus szkolny, zakładowy, propagandowy (teraz to się nazywa marketing). Lećmy dalej: na „Zakazanych piosenkach” w 1946 roku (rok po zakończeniu II wojny światowej, w biedzie i zgliszczach) mamy 15 milionów widzów. Na „Seksmisji”, w schyłkowym PRL, za Jaruzela – to na pewno nie szkoły – 11 milionów. A jak z filmami zagranicznymi? 23 miliony na jugosławiańsko-zachodniej produkcji „Winnetou” to częściowo na pewno efekt szkół, ale 17 milionów na „Wejściu smoka” z Bruce’m Lee i blisko 9 milionów na „Poszukiwaczach zaginionej arki” Spielberga robi wrażenie.
Tym się kończy przerabianie kin lokalnych na „Biedronki”, zdanie się na multipleksy i ciągnięcie dla przyzwoitości kin studyjnych dla elitarnego widza. Zapaścią kulturalną. Tak, wiem, macie internet, Netflixa i kina domowe. Co z tego, i tak nie oglądacie filmów.

Wojna w kościele

„To pewne: chodzi o skoordynowany atak na papieża Franciszka” – alarmował w poniedziałek amerykański tygodnik National Catholic Reporter – flagowe medium kościelnych progresistów. „Trwa właśnie pucz i jeśli amerykańscy biskupi nie będą jednym głosem bronić Ojca Świętego, dojdzie do schizmy w Stanach Zjednoczonych” – pisał z trwogą Michael Sean Winters – „Wrogowie Franciszka wydali otwartą wojnę”. W Europie „progresywne” media katolickie, jak francuski La Croix , tak samo analizują sytuację: „Przeszliśmy na wyższe stadium: ludzie, którzy myślą, że Franciszek jest niebezpieczny dla Kościoła, nie mają już hamulców”. A wszystko przez seks.

 

Najogólniej rzecz biorąc, progresiści zarzucają konserwatystom pedofilię, a konserwatyści progresistom homoseksualizm. Oczywiście ostry podział na kościelnych konserwatystów i progresistów jest pewnym uproszczeniem i może być w szczegółach bardzo mylący, ale wojna między kardynałami tak go uwydatniła, że stał się faktem społecznym Kościoła, coraz bardziej podzielonego według tej umownej linii. Tak, czy inaczej, to centralne pęknięcie, jakby stworzone na obraz i podobieństwo zwykłego tyłka, wokół którego wszystko to się obraca, irytuje wielu katolików: ostatnio sam Franciszek był zmuszony mówić niemal wyłącznie o seksie.
W Irlandii musiał ciągle przepraszać za pedofilię swoich podwładnych. Rozmawiał z ofiarami, uderzał się w pierś, prosił o wybaczenie dzieci i piętnował milczenie hierarchów, którzy kryli gwałcicieli. W samolocie powrotnym, gdy leciał nad Francją, pytano go, co myśli o ewentualnym procesie przeciw francuskiemu prymasowi, kardynałowi Barbarin, który miał kryć księży-pedofilów, i co robić, gdy dziecko ujawnia homoseksualizm… A co do podziału na konserwatystów i progresistów, ujawniał się on nawet podczas manifestacji tysięcy ofiar księży i ich sympatyków w Dublinie, gdzie była mowa o pedofilii, ale też rozdawano ulotki „Kościół chroni pederastów”. Jednak prawdziwa bomba wybuchła później – list otwarty włoskiego arcybiskupa Carlo Marii Vigano wzywający papieża do dymisji.

 

Pikantne szczegóły

Kiedy ta bomba eksplodowała, zalewając w wielu językach ekrany nie tylko katolickich redakcji, obie frakcje okopały się na swych z góry upatrzonych pozycjach. Sam Watykan tak zatkało, że ani służby prasowe, ani sam papież nie byli w stanie odpowiedzieć na żadne pytanie odnośnie tego tekstu. 77-letni abp Vigano, choć nie doczekał się funkcji kardynalskiej (czym jego wrogowie tłumaczą po części jego gorzki list), był bardzo wysoko w rzymskiej Kurii. Był przede wszystkim ważnym dyplomatą: przez pięć lat, do 2016 r., pełnił obowiązki nuncjusza papieskiego w Stanach Zjednoczonych (tj. ambasadora Watykanu w Waszyngtonie). Dziś ma za sobą kardynałów, których trzeba zaliczyć do konserwatystów. Sam Franciszek, jezuita, jest tu traktowany oczywiście jako progresista. Vigano nie omieszkał zresztą napisać, że większość Towarzystwa Jezusowego stanowią geje.
Jego tekst jest przede wszystkim oskarżeniem Franciszka. Jeśli Vigano opisuje, jak kardynał Theodor McCarrick, arcybiskup Waszyngtonu, regularnie ściągał do swej willi nad morzem pokolenia seminarzystów i młodych księży, by urządzać tam homoseksualne orgie, to po to, by przypomnieć, że McCarrick miał stać na czele tego skrzydła Kolegium Kardynalskiego, które wybrało Argentyńczyka na papieża. Franciszek miesiąc temu pozbawił 88-letniego McCarricka kardynalskiego biretu, co zdarza się ekstremalnie rzadko, za gwałt na 16-letnim chłopcu, popełniony w ubiegłym wieku.
Kościelne śledztwo wykazało, że w grę wchodziło też 11-letnie dziecko, co upewnia niektórych kardynałów, że w Kościele pedofilia łączy się z homoseksualizmem i wręcz właśnie geje ją uprawiają. Od razu należy wyjaśnić, że według naukowców, specjalistów od seksu, fakt, że 81 proc. ofiar nadużyć księży to osoby płci męskiej, tłumaczy się m.in. raczej większą dostępnością chłopców i młodych mężczyzn w otoczeniu księży. Według różnych studiów, poza Kościołem między 60 a 91 proc. pedofili popełniających przestępstwa seksualne ma orientację hetero.

 

Seksapil kardynała

Abp Vigano, podobnie jak wielu krytyków Kościoła, porównuje go z mafią, jednak nie tyle w związku pedofilią, lecz milczeniem na temat „lobby homoseksualnego”. Skandal jego listu polega m.in. na tym, że padają w nim całe łańcuszki kardynalskich nazwisk, noszonych według niego przez gejów lub ich aktywnych obrońców. Arcybiskup dba o zaznaczenie linii podziału progresiści-konserwatyści. Chroni np. Jana Pawła II, który zrobił McCarricka kardynałem, mimo kościelnych raportów na temat jego zachowania, zwalając winę na kardynała Sodano, wówczas „premiera” Watykanu, który miał wszystko przed dobrym, konserwatywnym papieżem zataić. Chwali też papieża Benedykta XVI, który miał „w 2009 lub 2010 r.” ostatecznie skazać McCarricka na całkowite wycofanie się z życia publicznego. Problem w tym, że to wcale nie nastąpiło, aż do interwencji Franciszka w lipcu tego roku, co stawia pod znakiem zapytania realność sankcji Benedykta.
Dla seminarzystów na progu dorosłości, którzy posłusznie udawali się do willi McCarricka, czy młodych księży, seks z kardynałem mógł być objawem „klasycznej” drogi do kariery, ale część z nich była do tego po prostu przymuszona. Specyficzny seksapil kardynała polegał też jednak na umiejętności przyciągania pieniędzy, co w Watykanie ceniono wysoko. Miał bardzo rozległe stosunki międzynarodowe – nawet z b. ministrem Macierewiczem, za pośrednictwem jednego z jego młodych przybocznych Edmunda Jannigera (tego z fryzurą à la giermek rycerza), którego rodzina przyjaźniła się z kardynałem. Uczestniczył w światowych zjazdach oligarchii ekonomiczno-politycznej w Davos i przede wszystkim był założycielem Fundacji Papieskiej, która do dziś jest jednym z głównych źródeł finansowania Watykanu. McCarrick działał wyłącznie wśród osób lub organizacji, które mogły dawać co najmniej 100 tys. dolarów rocznie i w ten sposób przynosił setki milionów. Nie chodzi tu więc o drobne z tacy.

 

Teczki Watykanu

Vigano o tym nie wspomina, o pieniądzach mówi tylko tyle, że „korupcja sięgnęła szczytów Kościoła”. I zaraz oskarża Franciszka i jego Sekretarza Stanu (tj. „premiera” Watykanu) Pietro Parolina o krycie przestępstw McCarricka. W 2013 r. Vigano miał osobiście poinformować papieża, że na McCarricka jest „gruba teczka” w Watykanie, ale nic się wtedy nie zmieniło, bo według niego zadziałała kościelna „siatka homoseksualna”. Jednocześnie Vigano przytacza skierowane doń słowa Franciszka, które mają dowodzić, że on sam utożsamia progresistów z homoseksualizmem: „(…) Amerykańscy biskupi nie powinni być zideologizowani. Nie powinni być prawicowi, jak arcybiskup Filadelfii, mają być tylko pasterzami. I nie powinni być lewicowi, a kiedy mówię lewicowi, znaczy homoseksualni.”
Vigano domaga się dymisji Franciszka nawet nie tyle z powodu domniemanego krycia McCarricka i innych „homo-kardynałów”, co z przyczyny „aktywnego niszczenia Kościoła”. Część kardynałów już wcześniej sugerowała, że Franciszek źle identyfikuje główny problem Kościoła, a teraz, po liście Vigano, który okrążył całą naszą planetę, rozwiązały im się języki. Papież jest przekonany, że przyczyną krycia przestępstw seksualnych duchowych jest „klerykalizm”, pojmowany jako zachowanie korporacyjne, a konserwatywni kardynałowie, że jest nią „działalność homoseksualna” w łonie Kościoła, jak to ujął południowoafrykański kardynał Wilfrid Napier w swej ostatniej głośnej interwencji, szeroko popartej w Stanach i innych krajach. Widać w tym strategię przerzucenia win Kościoła na konkretną grupę.

 

Bitwa na słowa

We Włoszech wyspecjalizowany w sprawach katolickich, „progresywny” portal Il Sismografo podobnie jak inne media uważa, że Kościół stał się ofiarą „spisku” konserwatystów. Samego Vigano określa jako „ciemną postać, kłamcę i intryganta, zżeranego przez chorą ambicję”, jednak poza tym różańcem nieprzychylnych określeń nie bardzo mógł odpowiedzieć merytorycznie, bo trzeba by wszystko sprawdzić w teczkach Watykanu, a Watykan na razie milczy. Dowiedziano się tyle, że ów list, który ma już rangę bomby atomowej, pomagał Vigano pisać znany dziennikarz La Stampy, krytyk papieża z pozycji konserwatywnych Marco Tosatti. W Stanach szef tamtejszego Kościoła (przewodniczący Konferencji Episkopatu) kardynał Daniel DiNardo z Houston ostrożnie zakomunikował, że oskarżenia Vigano wymagają „szybkiego i kompletnego” wyjaśnienia, szczególnie jeśli chodzi o „poważne błędy moralne brata biskupa (McCarricka), które były tolerowane tak długo i nie przeszkodziły mu w awansach”.
Pierwszą konsekwencją listu Vigano w Ameryce jest dochodzące z obu stron konfliktu żądanie dymisji całego episkopatu, na wzór chilijski. Te petycje i deklaracje nie znajdują odzewu w Rzymie, bo uważa się tam, że taki wstrząs byłby zbyt wielki, kosztowny pod każdym względem. Atak na Franciszka z pewnością go znowu osłabi. Konserwatywna prasa, nie tylko katolicka, wyciąga mu „popieranie homoseksualizmu”, jak te słowa wypowiedziane w kwietniu podczas wizyty w Chile, które skierował do homoseksualisty, jednej z ofiar księżowskiej chuci: „Juan Carlos, to się nie liczy, że jesteś gejem. Bóg cię takiego uczynił i takiego cię kocha. Powinieneś być szczęśliwy taki, jaki jesteś”. Konserwatyści podają ten przykład i inne wypowiedzi papieża, które są według nich „czystą herezją”. A polski Kościół? Marco Politi, słynny włoski znawca Watykanu uważa, że jeśli chodzi o personel kościelny w Rzymie, progresiści stanowią 20 proc., konserwatyści 10 proc., „a reszta czeka na nowego papieża”. Polski episkopat, z gruntu konserwatywny, ale też zachowawczy, po prostu przeczekuje. W końcu wynik wewnątrzkościelnej wojny ideowo-seksualnej nie został jeszcze rozstrzygnięty.