Hiszpania po wyborach

Hiszpańskie wybory parlamentarne zapiszą się jako jedna ciekawszych rozgrywek politycznych w 2019 roku. Ta batalia nie znalazła swojego finału w niedzielę, kiedy najwięcej głosów zdobyła Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE), czyli dawna lewica, a obecnie zaledwie socjalliberalna partia elit. Mimo znakomitego wyniku i totalnej klęski głównego rywala – Partii Ludowej, przed premierem Pedro Sánchezem najtrudniejsze zadanie wciąż do wykonania. Nie wiadomo z kim PSOE zbuduje koalicję. Kluczowy etap gry dopiero się rozpoczyna.

Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza wygrała ze sporą przewagą nad przeciwnikami. Na stronie dziennika „El Pais” można znaleźć mapkę ukazującą zwycięzców w poszczególnych okręgach wyborczych. Niemal cały kraj, łącznie z Wyspami Kanaryjskimi i archipelagiem Balearów został pokolorowany na czerwono. Na PSOE zagłosowało 28,70 proc. obywateli, którzy poszli do urn. To prawie 7,5 miliona głosów. Trzy miliony więcej niż Partia Ludowa. Dwa miliony więcej niż w sama otrzymała w roku 2016.
Pedro Sánchez w czerwcu ubiegłego roku wykorzystał słabość przeciwnika. A właściwie – moment, w którym proces wewnętrznego rozkładu Partii Ludowej osiągnął poziom krytyczny. Sąd Najwyższy uznał wtedy, że formacja premiera Mariano Rajoya korzystała z łapówek otrzymywanych za zdobywanie publicznych kontraktów dla kilku przedsiębiorców. Tzw. „afera Gurtela” stała się symbolem korupcyjnej zgnilizny państwa hiszpańskiego i drastycznie obniżyła poziom zaufania do rządu. To nie było jednak tak, że Sánchez dopadł i wypunktował w narożniku odwiecznego rywala. Pomogła mu w tym Partia Podemos, zgłaszając wotum nieufności, które zostało przyjęte przez parlament głosami lewicy i regionalistów. Dysponując zaledwie 85 fotelami przez niemal rok PSOE rządziła krajem w ramach gabinetu mniejszościowego. Na tyle sprawnie, że obywatele postanowili dać mu mandat na kolejne cztery lata. Ale pamiętać trzeba, że drogę do władzy utorowała mu odważna inicjatywa Podemos.
W niedzielę lewicowa Hiszpanią zagłosowała, aby zatrzymać prawicę. Zarówno tą, z którą walczy od lat 80 – Partią Ludową, jaki i nową: agresywną i ksenofobiczną. Po raz pierwszy od czasów upadku dyktatury Franco, w kraju pojawiła się siła skrajnie prawicowa – VOX. Podczas kampanii szczuła na imigrantów, atakowała feministki i Unię Europejską. Największe poparcie zdobyła wśród elektoratu zamożnego, oraz w rejonie Almerii, gdzie pracuje mnóstwo słabo opłacanych robotników napływowych. Propaganda Abascala szczuje na nich miejscowych. Poza tym regionem skrajna prawica nie zdobyła jednak zaufania robotników. Lewica natomiast ostrzegała swoich wyborców przed VOX, co okazało się mocnym impulsem mobilizacyjnym.
– Sánchez dostał w tych wyborach głosy, które nie należą do niego – tłumaczy Angelina Kussy antropolożka, badaczka i doktorantka na Uniwersytecie Autonomicznym w Barcelonie. Angelina jest aktywistką komisji międzynarodowej Barcelona en Comú, czyli ugrupowania, które sprawuje władzę w stolicy Katalonii. Barcelona en Comu to platforma municypalistyczna, należąca do oddolnego, progresywnego ruchu globalnego, który dąży do oddania większej władzy miastom w odpowiedzi na fiasko polityk państw narodowych i w odpowiedzi na neoliberalizm, i skrajną prawicę.
Kussy podkreśla, że Sánchez wygrał, bo udało mu się przekonać społeczeństwo, że warto poprzeć silniejszego.
– Część wyborców Podemos zagłosowało na PSOE w obliczu zagrożenia ze strony partii VOX. Ciekawą sprawą jest to, że rodziny przy urnach wyborczych dogadywały się, kto zagłosuje na PSOE, a kto na Podemos, żeby „rozłożyć trochę głosy w obrębie rodziny” – wyjaśnia Kussy.
Po otrząśnięciu się z szoku po ogłoszeniu wyników wyborów, prawicowe media przystąpiły do realizacji programu redukcji szkód. Mizerny wynik reakcyjnych ugrupowań oznaczał koniec marzeń o zakończeniu rządów lewicy. Pojawił się jednak pomysł na umniejszenie skali jej zwycięstwa. W poniedziałek rano związany z prawicą dziennik „La Vanguardia” ogłosił, że Pedro Sánchez rozważa zawarcie koalicji z centroprawicową partią Ciudadanos (Obywatele), która zajęła trzecie miejsce w niedzielnej elekcji z wynikiem 15,84 proc. głosów, co przełoży się na 57 miejsc w Kortezach.
Obywatele pojawili się na hiszpańskiej scenie politycznej w 2014 roku. Wystartowali, z sowitym zastrzykiem kasy od bankowego kapitału, jako typowa partia liberalna, wskazująca na konieczność moralnej sanacji systemu partyjnego, co miało przekonać do niej zmęczonych korupcyjnymi skandalami wyborców Partii Ludowej oraz poszukującego nowej namiętności centrowego segmentu elektoratu PSOE. Plan się powiódł, bo Ciudadanos zyskali pozycję poważnej siły, cieszącej się poparciem kilkunastu, w porywach nawet 20 proc. głosujących. W ostatnich kilkunastu miesiącach partia skręciła w prawo ufając, że wyborcy nie będą mieć problemu z tym, że ich ugrupowanie jest jednocześnie liberalne, ale też ma cechy skrajnej prawicy. Przeliczyli się. W niedzielę część zgorszonych mieszczan przerzuciła swoją sympatie na PSOE.
Wizję koalicji PSOE-Ciudadanos można być uznać za bolesne majaki madryckiej oligarchii, gdyby nie postawa lidera PSOE, premiera Pedro Sáncheza. Zdaniem Macieja Szlindera, aktywisty Red Renta Basica i członka zarządu Partii Razem, przywódca hiszpańskich socjaliberałów rozważa nawiązanie współpracy z Obywatelami jako jedną z opcji. – To jest najgorszy wariant z możliwych, ale daje Sánchezowi większość. I on mógłby to chcieć zrobić. Ale byłoby to trudne do zaakceptowania nie tylko dla wyborców PSOE, ale także dla wyborców Ciudadanos. Dla nich PSOE jest partią, która rozmawia z komunistami i separatystami – wskazuje.
Nieco bardziej sceptyczna jest Angelina Kussy. Aktywistka zwraca uwagę na wartości, które pomogły Sánchezowi zwyciężyć wewnątrzpartyjną konkurencję. Obecny premier pokonał w walce o przywództwo Susanne Diaz,
– Ta polityczka reprezentowała typowo establishmentową, kacykistyczną, neoliberalną linię. Sánchez wygrał, bo był nową twarzą, kojarzoną z inaczej pojmowaną lewicowością – świeżą, bardziej socjalną. To jest właśnie oparcie Sáncheza w jego własnej partii – tłumaczy działaczka, sugerując, że premier ma zbyt dużo do stracenia.
Zdaniem Kussy o koalicji z Ciudadanos nie chcą słyszeć członkowie PSOE. Na wiecach wyborczych jasno dawali do zrozumienia, kogo widzą jako swoich sojuszników. Skandowali „Sí se puede” (tak, możesz), zachęcając swojego lidera do zbliżenia z Unidos Podemos. Jeśli chodzi o alians z centroprawicą, ich zdanie było równie jednoznaczne: „Con Riviera no” (Z Rivierą nie) Dla Sáncheza koalicja z Ciudandanos oznaczałaby frontalne wystąpienie przeciwko woli większości swoich wyborców, a także partyjnych towarzyszy. Według naszej komentatorki, takie rozwiązanie, choć dawałoby mu stabilną większość w Kortezach (180 foteli), a zatem umożliwiałoby prowadzenie polityki bez każdorazowego pytania o zgodę regionalistów czy socjaldemokratów z Podemos, byłoby jednak podeptaniem ideałów, a tego elektorat by mu nie wybaczył. – Jeśli Sanchez podejmie takie ryzyko, to jego wyborcy mogą w kolejnych wyborach zagłosować na Podemos – zauważa Angelina Kussy.
Albert Riviera, przewodniczący Obywateli podczas kampanii wyborczej wielokrotnie oskarżał PSOE o uległość względem ugrupowań separatystycznych. W jego ustach przedłużenie panowania Sáncheza miało oznaczać zagrożenie dla jedności Hiszpanii. Deklarował, że nie ma ochoty na romans z lewicą.
Angelina Kussy nie wierzy jednak w takie zapewnienia. – Wcześniej ślubował przed swoimi wyborcami, że nie będzie paktował z Partią Ludową. I bardzo szybko zmienił zdanie – wskazuje. W objęcia Sáncheza można go popchnąć trudna sytuacja, w jakiej znalazła się hiszpańska prawica. Perspektywa utworzenia koalicyjnego rządu jest niemożliwa. Trzy partie prawicy (PP, Vox i Ciudadanos wspólnie mogą liczyć jedynie na 148 mandatów, dlatego też perspektywa powstania koalicji prawicowo-lewicowej, z perspektywy Obywateli jest jedyną możliwością na utrzymanie się przy władzy.
Dr Judyta Wachowska z Zakładu Literatury Hiszpańskiej i Iberoamerykańskiej UAM wskazuje na inny, bardzo silny czynnik mogący przybliżyć połączenie umiarkowanych sił lewicy i prawicy. – Jest ogromna presja wielkiego kapitału na rozpoczęcie rozmów koalicyjnych pomiędzy PSOE a Ciudadanos – zauważa. Jej zdaniem, większość wyborców partii Sancheza to nie lewica prosocjalna i propracownicza. – Postępowe hasła, głoszone wcześniej przez socjalistów zostały przejęte i mocno rozwinięte przez Podemos. Zmiana przywódcy partii na Sáncheza była bardziej zmianą wizerunkową, możliwe, że teraz zobaczymy stare PSOE – mówi Wachowska, której zdaniem sojusz PSOE z Obywatelami jest dla partyjnego establishmentu oraz dla hiszpańskiej klasy średniej reprezentującej interesy ekonomiczne bardzo wygodny. To byłby kurs idący na hasła „stabilizacji i umiarkowania”, które pojawiły się już w powyborczy poniedziałek rano – tłumaczy Wachowska.
A może premier Sánchez spełni życzenie członków Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej i zawiąże historyczną koalicje z młodszą siostrą z lewicy – formacją Unidas Podemos (do której należy także Zjednoczona Lewica – Izquierda Unida – Alberta Garzóna)?
Dr Jacek Drozda, specjalista od polityki iberyjskiej wskazuje, że taki wariant mógłby na dłuższy czas zatrzymać pochód radykalizującej się hiszpańskiej prawicy, ale niewiele zmieni jeśli chodzi o politykę państwa hiszpańskiego. Drozda nie ma dobrego zdania o kondycji tamtejszej lewicy – i starej i nowej. – Wzmocniona PSOE, której rychły upadek wieszczyli do niedawna apologeci „fioletowej lewicy” spod znaku Podemos, to wzmocnione elity hiszpańskiej burżuazji – wskazuje.
Drozda powątpiewa również w możliwość wpływu partii Pablo Iglesiasa na politykę koalicyjnego rządu. – Nie wydaje mi się, aby w jej obecnym kształcie Podemos była w stanie skierować ewentualny przyszły rząd bardziej na lewo. Jedynymi realnymi siłami postępu w sferze socjalnej i na płaszczyźnie demokratyzacji życia publicznego w państwie hiszpańskim są dziś siły regionalne, dla których Sánchez i Iglesias mają jedną propozycję: podporządkowanie się madryckiemu autorytarnemu centralizmowi – stwierdza, zaznaczając, że Iglesias i spółka nie mają pomysłu ani chęci stawienia czoła głównym patologiom systemu. – Radykalne podniesienie pensji minimalnej nie rozwiązuje problemu wciąż wysokiego bezrobocia, mafijnych układów na rynku nieruchomości, baniek spekulacyjnych,korupcji politycznej oraz przemocy policyjnej. A z tymi problemami będzie musiał zmierzyć się nowy rząd – zaznacza.
W normalnych warunkach najsensowniejszym oczywistym byłoby zawiązanie koalicji partii lewicowych – PSOE, Unidos Podemos i Republikańskiej Lewicy Katalonii (ERC). Podziały polityczne w Hiszpanii nie przebiegają jednak wyłącznie na linii lewica-prawica, ale również według kryterium podejścia do formy państwa. ERC jest formacją opowiadającą się za niepodległością swojego regionu. Jej politycy niesieni mocą społecznego poparcia, nie kwapią się do wstępowania w sojusz z twardą broniącą unitarnego modelu PSOE, czy nawet UP, której liderzy deklarują co prawda poparcie dla referendum niepodległościowego w Katalonii, jednak dla mieszkańców tego regionu nie są wiarygodną siłą polityczną, na co wskazuje Alfons Gregori i Gomis, Katalończyk mieszkający w Polsce oraz pracownik UAM. – Mając do wyboru poparcie dla lewicy, która może objąć władzę na poziomie krajowym, a poparciem dla lewicy katalońskiej, dążącej do stworzenia własnego państwa, Katalończycy wybrali to drugie – tłumaczy. Gomis jest zdania, że nie ma praktycznie żadnych szans na wejście ERC do rządu.
Inne rozwiązanie – koalicja PSOE, Unidos Podemos i tych ugrupowań regionalnych, które nie chcą rozbijać państwa. Szanse na to, że Sánchez zawrze sztamę z umiarkowanymi politykami z Katalonii, Kraju Basków, Nawarry, Walencji, Kantabrii oraz Wysp Kanaryjskich są jednak bardzo niewielkie. – To jest zlepek bardzo różnych formacji, trudno byłoby utrzymać nad nimi kontrolę. Sánchezowi opłacałoby się już bardziej zawiązać koalicję tylko z Podemos, a potem szukać poparcia wśród regionalistów przy poszczególnych głosowaniach – mówi Maciej Szlinder.
Co zatem jest obecnie najbardziej prawdopodobną możliwością? Utworzenie rządu mniejszościowego. Pedro Sánchez dzień po ogłoszeniu wyników wyborów oświadczył zresztą, że jego formacja jest gotowa do sformowania gabinetu złożonego wyłącznie z własnych polityków. Zostało to odebrane jako pokaz siły i gra na osłabienie pozycji negocjacyjnej potencjalnych koalicjantów, jednak w ostatecznym rozrachunku może okazać się najwygodniejszym rozwiązaniem dla PSOE. Największą zaletą takiego posunięcia byłoby utrzymanie wizerunkowej spójności, dla której największym zagrożeniem jest alians z katalońskimi separatystami, ale także, ze wspomnianych wyżej powodów – z Obywatelami. Rząd mniejszościowy, paradoksalnie, stawia PSOE na najbardziej podmiotowej pozycji z możliwych. Nie muszą dzielić się władzą.
– To będzie straszne świństwo – mówi Kussy. – Sanchez zyska możliwość zmuszania Podemos i ugrupowań regionalnych do popierania konkretnych ustaw pod szantażem powrotu prawicy lub nadejścia skrajnej prawicy w przypadku niewyrażenia poparcia dla jego pomysłów – wskazuje.
Lider PSOE jest doskonałym lawirantem. Mając w Kortezach jedynie 85 deputowanych rządził Hiszpanią przez ostatnich 10 miesięcy. W tym czasie jego formacja stała się liderem sondaży, a niektóre posunięcia władzy wzbudziły powszechne uznanie społeczne. – PSOE za Sáncheza jest kameleonem. Kiedy trzeba uchwalić budżet to partia zgadza się na postulat Podemos i podwyższa płacę minimalną. W momencie, gdy takiej presji nie ma, to PSOE spełnia życzenia Banku Santander – opowiada Angelina Kussy.
Decyzja o składzie nowego rządu nie zapadnie w najbliższych dniach. Sánchez poczeka do 25 maja, kiedy w Hiszpanii odbędą się wybory do europarlamentu, połączone z wyborami władz miejskich. Liderowi PSOE marzy się kolejne wielkie zwycięstwo, psychologiczne stłamszenie rywali, kolejna klęska Partii Ludowej i zwiększenie legitymizacji społecznej. Na wybory czeka również bardziej radykalna lewica, która liczy na potwierdzenie supremacji w dużych miastach: Madrycie, a także w stolicy Katalonii gdzie szykuje się przedłużenie panowania platformy Barcelona en Comú.
Jakże to wszystko byłoby prostsze, a rządy lewicy – niezagrożone, gdyby nie napięcie w jednym regionie. – Problem Katalonii jest do rozwiązania – zapewnia Szlinder. – Pogłębienie autonomii, stworzenie niezależności regionu bez formalnej niepodległości, na wzór tego jak funkcjonuje Kraj Basków, który dysponuje m.in. niezależnym budżetem poskutkowałby spokojem społecznym i uspokojeniem atmosfery na kilka lat – wskazuje polityk Razem, dodając, że takie posunięcie wywołało by jednak jazgot prawicowych ugrupowań i mediów, a także sprzeciw ze strony tej części wyborców PSOE, dla których szczególnie ważna jest obrona jedności państwa.
Podobnego zdania jest Angelina Kussy. – Gdyby Sánchez podczas nadchodzącej kadencji zarządził referendum, to większość Katalończyków zagłosowałaby przeciw niepodległości – tłumaczy. Dlaczego? Jej zdaniem akceleratorem nastrojów separatystycznych są rządy prawicy – to wtedy obywatele Katalonii tracą chęć do bycia częścią Hiszpanii.
Główną przeszkodą do neutralizacji napięcia jest proces liderów i liderek katalońskich organizacji niepodległościowych, którym stawia się poważne zarzuty i grozi nawet 27-letnimi wyrokami. Dla wyborców z regionu sprawa ta jest rzeczą najważniejszą. To coś więcej niż polityka. – W Katalonii pamiętamy, że w Madrycie w więzieniu siedzą więźniowie polityczni. Słyszymy co hiszpańskie stacje mówią o tym procesie. Stykamy się z kłamstwem. Oni próbują nas upokorzyć, my walczymy o honor jako wspólnota, która została zaatakowana – tłumaczy Alfons Gregori i Gomis, dodając, że PSOE poparła represje nałożone przez Madryt na katalońską autonomię. – Niewiele się różni podejście Sáncheza do oskarżonych Katalończyków od podejścia Partii Ludowej. Gomis nie stawia jednak znaku równości pomiędzy PSOE, a UP. – Unidos Podemos to pierwsza ogólnokrajowa siła polityczna, która powiedziała jasno, że Katalończykom trzeba dać prawo do wyrażenia woli w referendum niepodległościowym. Pierwsza, która nie odmówiła nam tego demokratycznego prawa. Dla nas jest to bardzo ważne i Podemos zachowała tutaj sporo sympatii. A dlaczego nie zagłosowaliśmy na nią? Bo mamy swoje partie lewicowe – śmieje się Alfons.
Pedro Sánchez nie może tej szansy zmarnować. Jeśli jego rząd nie wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom regionalistów i nie zbuduje stabilnego koalicyjnego gabinetu, wówczas w kolejnych wyborach możemy spodziewać się umocnienia pozycji VOX, która w regionalnym rządzie Andaluzji ma już 12 posłów. Dynamika przepływu elektoratu z Partii Ludowej i innych formacji do skrajnej prawicy jest bowiem niepokojąca. Jeśli jednak Sánchez zdecyduje się na alians z prawicą, wówczas, działając za pomocą odpowiednich instrumentów będzie mógł ją ostawić, odsuwając na wiele lat od władzy.
– To jest populistyczna polityka skierowana przeciwko równości społecznej i rasowej, to jest polityka wrogości wobec separatyzmu katalońskiego, wobec Europy, imigrantów, kobiet, LGBT+, NGO-sów, prawa o pamięci historycznej – ostrzega dr Judyta Wachowska, charakteryzując hiszpańską skrajną prawicę. Partia Abascala, który przez wiele długich lat był politykiem Partii Ludowej, promuje zamknięcie granic, łatwy dostęp do broni, polowania, walki byków i zakaz aborcji. Cały zestaw znany skądinąd z tutejszego podwórka. A on sam liczy na to, że wkrótce przejmie cały elektorat swojej byłej partii. – ostrzega dr Judyta Wachowska, charakteryzując hiszpańską skrajną prawicę.
Skąd się wzięła prawicowa ekstrema, w kraju, który ledwie 40 lat temu wyzwolił się z dyktatury prawicowego caudillo? Jacek Drozda uważa, że demony były obecne i oswajane. – Twierdzenie „w Hiszpanii po upadku Franco nie ma skrajnej prawicy” nigdy nie było prawdziwe, ponieważ przytulnym domem dla dziedziców hiszpańskiego faszyzmu były zarówno Partia Ludowa, jak i policja oraz wiele instytucji publicznych – zauważa analityk. – Wielki wzrost popularności powstałej w 2013 roku VOX jest owocem celowych ruchów obozu post-frankistowskiego, który musiał zreformować się po kompromitacji Mariano Rajoya i jego ekipy – wskazuje Drozda.

Etyka zamiast religii

Socjalistyczny rząd postanowił cofnąć reformę edukacji przeprowadzoną przez ekipę Mariano Rajoya i usunąć ze szkół religię jako przedmiot obowiązkowy i oceniany na świadectwie. Zamiast tego będzie obowiązkowa etyka i wychowanie obywatelskie, zaś uczestnictwo w lekcjach religii będzie dobrowolne.

 

Do tej pory w szkole średniej ocena z religii wliczała się „do średniej” i mogła mieć wpływ na przyjecie bądź nieprzyjęcie na studia. Poprzedni rząd pomimo sprzeciwu partii lewicowych i regionalnych (m.in. tych z Katalonii i Kraju Basków) przeprowadził reformę, mającą pogłaskać ego kościoła katolickiego. Obecna ekipa chce ją cofnąć: religia ma być nieobowiązkowa i bez oceny na świadectwie, za to już do pierwszych klas szkoły podstawowej wkroczy „wychowanie do wartości obywatelskich i etycznych”.

Rząd zamierza również określić kompetencje pomiędzy Madryt a władze regionów autonomicznych. Chce, aby 55-65 proc. programów nauczania było ustalane centralnie, reszta może pozostawać w gestii władz regionalnych. Madryt nie zamierza się również wtrącać w to, w jakim stopniu w szkołach używa się języka regionalnego. W szkołach w Kraju Basków, na Balearach, w Galicji i Walencji rozkłada się to różnie: zwykle część zajęć odbywa się w języku hiszpańskim (kastylijskim), a część w regionalnym, Walencja dodatkowo wprowadziła jako trzeci język angielski.
Obecny rząd nie chce narzucać, jak poprzedni, wymogu godzin, które mają być wykładane po hiszpańsku. Pięć lat temu w ten sposób usiłowano zobowiązać władze Katalonii do finansowania zajęć z hiszpańskiego w określonym wymiarze, jednak tamtejszy Trybunał Konstytucyjny uchylił ten wymóg.

Reforma edukacji rządu Pedro Sancheza, cofająca szkodliwe zmiany, właśnie trafiła do konsultacji społecznych i prawdopodobnie zostanie wdrożona przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego.

Polskie wtręty w hiszpańskie sprawy

Prawicowy historyk, zasiadający w Kolegium IPN, na Twiterze zachwyca się dokonaniami generała Franco i wyraża „wielką wdzięczność”. Czy nie powinien przypadkiem odpowiedzieć za publiczne propagowanie zakazanego ustroju?

 

„Generale Franco wielka wdzięczność za zatrzymanie tych barbarzyńców! Pamięć na zawsze!” – napisał 22 lipca na Twitterze „wybitny” historyk, funkcjonariusz IPN oraz członek Rady Muzeum II Wojny Światowej.

A internauci, szerując tweeta, doprecyzowali: „za 140 000 ‘zaginionych’? W ostatnich latach w Hiszpanii trwają ich ekshumacje”; „za wydanie 6 tysięcy Żydów nazistom i przymiarki do dołączenia do Państw Osi – pamięć po wieki!”; „za prześladowanie Basków oraz Katalończyków, jakiejkolwiek opozycji, za to, że bycie katolikiem było wymagane do tego by dostać dobrą pracę, analogicznie do naszego PZPRu, za brutalnie pacyfikowanych studentów, za odebranie kobietom ich praw do uczestniczenia w życiu publicznym”; „za faszyzm i kilkadziesiąt lat dyktatury..?! Wie Pan jak wyglądała Hiszpania za jego rządów i tuż po ich zakończeniu?”.

Ten nagły wybuch internetowego uwielbienia dla generała Franco miał zapewne podłoże w demonstracjach, które zwarły się na terenie bazyliki pod Madrytem, gdzie generał został pochowany. Nowo wybrany rząd Hiszpanii planuje bowiem usunięcie szczątków Francisco Franco z państwowego mauzoleum – Doliny Poległych.

– Hiszpania nie może zezwalać na symbole, które dzielą Hiszpanów. Coś, co jest niewyobrażalne w Niemczech lub we Włoszech, a więc w krajach, które również zostały dotknięte przez faszystowskie dyktatury, powinno być także wyobrażalne w naszym kraju – oznajmił w swoim pierwszym wywiadzie szef rządu Hiszpanii Pedro Sanchez. Nie podał wprawdzie konkretnego terminu ewentualnej ekshumacji, ale w całym kraju zawrzało.

W ubiegłą środę siedmiu wnuków generała wystosowało list do opactwa benedyktyńskiego zarządzającego bazyliką. Oświadczyli, że miejsce pochówku dziadka jest „nienaruszalne”. W sobotę i niedzielę zarówno zwolennicy ekshumacji generała, jak i antyfrankiści protestowali w Valle de los Caidos. Kilkaset osób starło się ze sobą, interweniowała policja.

Rzecznik partii socjalistycznej Oscar Puente powiedział, że „mauzoleum powinno zostać przekształcone w miejsce pojednania, pamięci, dla wszystkich Hiszpanów, a nie przeprosin za dyktaturę”.

Koniec epoki Rajoya

Jego odejścia domagało się 55 proc. obywateli i obywatelek, zmęczonych i zdegustowanych aferami korupcyjnymi – niekończącym się serialem, który trwa od momentu objęcia władzy w Hiszpanii przez Partię Ludową. Tym razem miarka się przebrała. Mariano Rajoy przegrał głosowanie w Kortezach i został zdymisjonowany ze stanowiska premiera.

 

Kroplą, która przelała czarę goryczy był werdykt sądu z 24 maja. 29 prominentnych polityków i przedsiębiorców związanych z Partido Popular (Partią Ludową) zostało skazanych za płatną protekcje, fałszerstwa i pranie brudnych pieniędzy. Ludowcy muszą też zapłacić karę w wysokości 245 tysięcy euro za czerpanie korzyści z korupcji. W odpowiedzi na wyrok socjaldemokraci złożyli wniosek o konstruktywne wotum nieufności, zgłaszając swojego kandydata na premiera – przywódcę PSOE Pedro Sancheza. Największej opozycyjnej partii udało się zmontować większość potrzebą do przeprowadzenia zmiany. W piątkowym głosowaniu za wnioskiem zagłosowało 180 deputowanych, a przeciwko – 169. Od głosu wstrzymała się deputowana z Wysp Kanaryjskich, do tej pory wspierająca mniejszościowy rząd PP. Przeciwko dymisji głosowali natomiast Ciudadanos – partia banksterów, pozujących na twardych przeciwników walki z korupcją,

„Perfekcjonista, introwertyk, bardzo ostrożny” – takimi słowami Rajoy opisywał siebie w autobiografii. Jest absolwentem jezuickiej szkoły średniej, która, jak podkreśla nauczyła go cierpliwości – cechy, którą, co potwierdzają nawet jego polityczni oponenci, zamienił w swój najgroźniejszy polityczny oręż. W rządzie José Marii Aznara (1996–2004) był kolejno ministrem administracji, edukacji i spraw wewnętrznych, wicepremierem oraz rzecznikiem rządu. Znalazł się w gronie kandydatów na nowego szefa partii, ale kiedy Aznar postawił na innego polityka, Rajoy nie podjął walki, lecz spokojnie poczekał aż rywal sam się pogrąży skandalem obyczajowym. Potem wyczekał borykających się z kryzysem socjaldemokratów. Nie ustąpił ani na krok we wdrażaniu reform podczas kryzysu, czekając, aż zryw społeczny przeciwko cięciom straci impet. Tak samo zachował się podczas kryzysu katalońskiego. Widząc, że premier regionu Carles Puigdemont nie zdołał przygotować Katalonii do ogłoszenia niepodległości, poczekał aż padnie jednostronna deklaracja secesji, a następnie ogłosił zawieszenie autonomii regionu oraz złożył wniosek o aresztowanie członków katalońskiego rządu. Taktyka przeczekania była jego znakiem firmowym.

63-letni polityk znalazł się już kiedyś na politycznym dnie. Kiedy w 2004 roku atak terrorystyczny Al-Ka’idy zabił na dworcu Atocha 192 osoby, na ulice wyszły miliony Hiszpanów w proteście przeciwko obecności wojsk hiszpańskich w Iraku. Rajoy, wówczas szef hiszpańskiego MSW, oświadczył, że za zamachem stoi baskijska ETA, Trzy dni później odbyły się wybory, które Partia Ludowa przegrała z kretesem, oddając władze socjaldemokratom z PSOE. Oczywistym było, że to Rajoy jest głównym winowajcą porażki. PL przegrała również kolejne wybory, a PSOE przeprowadziła w Hiszpanii prawdziwą rewolucje w sprawach społecznych. Zalegalizowane zostały związki jednopłciowe, zliberalizowano dostęp do aborcji na żądanie, wprowadzono prawo antydyskryminacyjne i usunięto pozostałości frankizmu z życia publicznego.

Na ratunek ludowcom przyszedł jednak kryzys ekonomiczny, z którym premier Jose Maria Zapatero kompletnie nie potrafił sobie poradzić. W 2011 roku klęskę poniosła PSOE, a premierem nowego rządu został Rajoy. Jego receptą na gospodarczą zapaść były brutalne neoliberalne cięcia i prywatyzacja. Rząd wprowadził drastyczne ograniczenie funduszy na opiekę zdrowotną i edukację, zamroził pensje w budżetówce, podniósł podatki, oczywiście nie dla najbogatszych. U szczytu recesji bez pracy był co czwarty obywatel, a wśród młodzieży nawet co drugi. Za zarobkiem wyemigrowało 800 tys. Hiszpanów. Według danych Rady Najwyższej Sądownictwa eksmisją objęto 600 tys. mieszkań.

Kolejne posunięcia Rajoya przywoływały w Hiszpanach czarne czasy frankizmu. Ustawa o pamięci historycznej została zablokowana, mimo, ze wcześniej została przegłosowana w Kortezach. Na jej podstawie miano wreszcie zidentyfikować szczątki ofiar dyktatury, do dziś spoczywające w masowych grobach w całym kraju. Rząd uderzył również w masowy ruch protestu – Indignados, wprowadzając tzw. prawo knebla, przewidujące ogromne kary finansowe m.in. za „szkodliwe dla bezpieczeństwa kraju wypowiedzi publiczne” lub fotografowanie policjantów podczas pracy.
Jeszcze przed przegranym głosowaniem Rajoy powiedział, że „służenie krajowi w roli premiera” było dla niego honorem”, a Hiszpanie zostawia w lepszym stanie niż w momencie objęcia rządów. Życzył też powodzenia „dla dobra kraju” nowemu szefowi rządu.

W sobotę jako nowy szef hiszpańskiego rządu został zaprzysiężony lider PSOE Pedro Sanchez – głosowała na niego ta sama kolicja, która doprowadziła do obalenia Rajoya, co pokazuje, okazała się zdolna nie tylko do działania „przeciw”, ale także i „za” (wniosek o wotum nieufności dla Rajoya miał charakter konstruktywny, to znaczy zawierał równoczesną propozycję alternatywy dla rządu PP). Pytanie jednak – jak daleko koalicjanci ad hoc będą w stanie podążać razem. Sanchez, który po wyborze złożył przed królem Filipem VI przysięgę, będzie musiał teraz sformować gabinet, a to może okazać się niełatwe, gdyż wizje polityczne hiszpańskich socjaldemokratów i Ciudadanos są od siebie dość odległe. Za sformowanie gabinetu Sanchez będzie musiał zapewne poczynić znaczące koncesje rezygnując z tego, co w programie jego partii lewicowe na rzecz elementów liberalnych. Epoka Mariano Rajoya, który przez lata usiłował prowadzić politykę opartą na zasadzie „dla nas nie ma alternatywy” i skutecznie mu się to udawało, dobiegła więc końca, ale czy należy oczekiwać przełomu? Z nominalnie lewicową PSOE i jej koalicyjnymi partnerami może być oto oczekiwaniem bardzo na wyrost – Rajoy już nie będzie szefem rządu, ale neoliberalny paradygmat którego się trzymał ma duże szanse go przetrwać.