Jak Pedro Castillo wygrał w Peru

Na nic się zdała medialna kampania nienawiści, wielkie bilbordy straszące ,,drugą Kubą i Wenezuelą” oraz płaczliwe apele ,,autorytetów” ostrzegające przed ,,komunistą”. Peruwiańczycy zdecydowali, a Krajowy Trybunał Wyborczy oficjalnie ogłosił, że prezydentem kraju zostanie Pedro Castillo, wiejski nauczyciel i związkowiec. To jasny sygnał wysłany całej skompromitowanej klasie politycznej i pierwsza od dekad szansa na realną prospołeczną zmianę w tym kraju.

Powiedzieć o sytuacji w Peru, że panuje tam wszechogarniający kryzys, to jak nic nie powiedzieć. Najpierw w początkach ubiegłego roku pandemia COVID-19 brutalnie obnażyła dekady zaniedbań w zakresie ochrony zdrowia, pochłaniając dotychczas 190 tys. ofiar (najwyższy współczynnik śmiertelności na świecie). W ślad za nią przyszła zapaść gospodarcza, w wyniku której cztery miliony Peruwiańczyków straciły pracę, pięć milionów popadło w ubóstwo, a dziesiątki tysięcy straciły dach nad głową. Jakby tego było mało, jesienią nałożył się na to kryzys polityczny. Parlamentarne intrygi prawicy doprowadziły do tego, że Peru miało trzech prezydentów w ciągu tygodnia, a dziesiątki tysięcy ludzi wyszły na ulice, by domagać się zmian. Było wielu zabitych i rannych.
Powszechnie zdawano sobie zatem sprawę, że nadchodzące wybory prezydenckie i parlamentarne będą zdecydowanie inne niż poprzednie. I rzeczywiście takie były – I turę niespodziewanie wygrał kandydat, którego media głównego nurtu ignorowały, nie zaliczając nawet do szerokiego grona faworytów i któremu sondaże dawały poparcie na granicy błędu statystycznego. Na przekór temu Pedro Castillo zdobył 19 proc. głosów, a jego partia Perú Libre wygrała wybory parlamentarne, uzyskując 37 mandatów w 130-osobowym Kongresie Republiki.
Warto tu na chwilę zatrzymać się przy samej postaci Castillo oraz jego programie. Jest on nauczycielem w wiejskiej szkole podstawowej w Puña w górskiej prowincji Chota, gdzie mieszka wraz z żoną (również nauczycielką) i trójką dzieci. Ogólnokrajowy rozgłos zdobył w 2017 roku, kiedy dał się poznać jako bezkompromisowy lider ogólnokrajowego strajku nauczycieli. W wyborach startował z ramienia partii Perú Libre (choć sam nie jest jej członkiem), określającej się jako marksistowska i socjalistyczna.
W swoim programie Pedro Castillo postuluje przede wszystkim zdecydowaną podwyżkę podatków dla zagranicznych koncernów wydobywczych. Peru posiada bowiem ogromne złoża surowców naturalnych – jest największym na świecie producentem srebra, drugim na świecie producentem miedzi i cynku, znajduje się również w czołówce światowych rankingów wydobycia cyny, ołowiu, złota, rtęci i molibdenu.
Jednak zdecydowana większość zysków z tych bogactw trafia obecnie do rąk zagranicznych koncernów górniczych i lokalnych oligarchów biznesowych, w żaden sposób nie przyczyniając się do poprawy sytuacji zwykłych Peruwiańczyków.
Dzieje się to głównie za sprawą tzw. umów o stabilności podatkowej, których wiele władze Peru od lat dziewięćdziesiątych podpisały z wielkimi firmami wydobywczymi. Gwarantują im one na wiele lat zamrożenie bardzo niskich taryf podatkowych. Dla przykładu, firma MMG, zarządzająca kopalnią miedzi Las Bambas w Peru, w 2011 roku podpisała umowę, która gwarantuje jej brak zmian w kilkuprocentowych stawkach podatkowych do końca 2030 roku, zaś gigant wydobywczy Anglo American wraz z Mitsubishi dla swojej kopalni miedzi Quellaveco mają taką umowę do 2037 roku.
W trakcie kampanii Castillo deklarował, że jeśli zostanie prezydentem, to ,,dokona gruntownego przeglądu kontraktów” i podejmie działania, by 70 proc. zysków z surowców naturalnych pozostawało w Peru. Niejednokrotnie podkreślał też, że państwo powinno przejawiać większą aktywność w większości kluczowych sektorów gospodarki, takich jak górnictwo, ropa naftowa, hydroenergetyka, gaz i transport oraz że w tym celu gotów jest przeprowadzić nacjonalizację części przedsiębiorstw. Z uzyskanych w ten sposób środków zamierza zreformować i dofinansować edukację, publiczną służbę zdrowia oraz zabezpieczenia socjalne (przede wszystkim system emerytalny).
,,Aby wypowiadać się w sprawie edukacji, trzeba mieć do tego moralną legitymację. Moje dzieci chodzą do szkoły publicznej. Mi nikt nie płacił za studia” – powiedział w czasie kampanii, zapowiadając dążenie do zwiększenia nakładów na szkolnictwo i naukę do 10 proc. PKB.
Lider Perú Libre głośno mówi także o drugiej reformie rolnej i potrzebie zmiany neoliberalnej konstytucji z 1993 roku, będącej reliktem dyktatury Alberto Fujimoriego i filarem władzy elit biznesowo-politycznych. Obiecuje zwołanie w tym celu zgromadzenia ustawodawczego, mającego przygotować projekt nowej ustawy zasadniczej, która „będzie miała kolor, woń i smak ludu”. Planuje również obciąć o połowę pensje ministrów i deputowanych oraz wydać wojnę korupcji, szczególnie na najwyższych szczeblach władzy. W polityce międzynarodowej opowiada się za współpracą z innymi lewicowymi rządami w regionie i wspólnym przeciwstawianiem się imperialistycznym działaniom USA. Wszystko to w celu realnej demokratyzacji kraju, poprawy warunków życia większości obywateli i ograniczenia wszechwładzy polityczno-biznesowej oligarchii.
Castillo ma zatem program zbliżony do Evo Moralesa, byłego prezydenta sąsiedniej Boliwii i ojca jej sukcesu gospodarczego. Sam Morales z uznaniem wypowiadał się o liderze Perú Libre. ,,Pozdrawiamy i wyrażamy nasz szacunek dla Pedro Castillo, który ma program podobny do naszego: demokratyczną, kulturalną i pokojową rewolucję, aby zapanowała sprawiedliwość społeczna. Życzymy sukcesów Pedro, który proponuje zmianę dla Peru” – napisał niedawno na Twitterze.
Wyborcze hasło Pedro Castillo, „koniec z biedą w bogatym kraju!”, stało się promykiem nadziei dla najbiedniejszych warstw społeczeństwa, robotników, chłopów, ogromnej szerzy pracowników sektora nieformalnego oraz ubogich mieszkańców miast i wsi.
Bastionem poparcia dla Perú Libre jest tzw. ,,Perú profundo” (głębokie Peru) – biedne, prowincjalne regiony, których mieszkańcy czują, że od dziesięcioleci są ignorowani przez elity Limy i Arequipy, traktujące sferę publiczną jak swoją własność.
Tym razem jednak to ich reprezentant będzie prezydentem Republiki Peru. „Castillo jest biedny jak my. Mieszka na wsi. Cierpiał i osobiście doświadczył tego, co my przeżywamy, pracując w pocie czoła” – powiedziała dziennikarzom EFE Marcelina Condor, sprzedawczyni owoców z rodzinnej wsi nowego prezydenta. „Kiedy wygra, na pewno nam pomoże” – dodała młoda kobieta, handlująca na targu miejskim w stolicy prowincji, Chocie.
Przed pierwszą turą Pedro Castillo, tak jak większość peruwiańskiej lewicy, był przez należące do biznesowych oligarchów media głównego nurtu po prostu ignorowany. Kiedy jednak po jego zdecydowanym zwycięstwie w I turze dalsze ignorowanie stało się niemożliwe, media te wykorzystano do zmasowanej kampanii nienawiści przeciwko liderowi Perú Libre. Stołeczne elity polityczne, przyzwyczajone do ostrych sporów, ale pozostających w ich prawicowej rodzinie, udzieliły en masse poparcia Keiko Fujimori i aktywnie pomagały w kampanii, widząc w niej ostatnią deskę ratunku dla utrzymania (tak korzystnego dla siebie) status quo. Sama Fujimori, córka i polityczna spadkobierczyni dyktatora Alberto Fujimoriego, odpowiedzialnego m. in.: za organizowanie zbrodniczych szwadronów śmierci i przymusową sterylizację setek tysięcy ubogich Peruwiańczyków, nie miała w kampanii żadnych hamulców. Ewentualne zwycięstwo wyborcze stanowiło bowiem dla niej prawdopodobnie jedyną szansą na uniknięcie wieloletniego więzienia, które grozi jej za korupcję. „Kampania wyborcza Fujimori jest najbrudniejszą, jaką w życiu widziałem” – mówił analityk ds. międzynarodowych Isaac Bigio, poproszony o komentarz przez dziennikarzy HispanTV. Lokalni dziennikarze skarżyli się na silną presję ze strony właścicieli mediów, by demonizowali Castillo i głosili, iż reprezentuje on ,,marksistowskie zagrożenie”.
Prym w tych atakach wiodła Grupa El Comercio – największy koncern medialny w kraju, zarządzany przez rodzinę biznesowych oligarchów Miró Quesada. Grupa ta posiada dwa kanały telewizyjne (w tym jeden z największą oglądalnością w kraju), dwie stacje radiowe oraz kilka tytułów prasowych, na czele z najstarszą (założoną w 1839 roku) i jedną z najbardziej opiniotwórczych peruwiańskich gazet – dziennikiem El Comercio. Szefostwo koncernu otwarcie poparło Fujimori i wykorzystywało wszystkie swoje media, by bić na alarm przed „niebezpiecznym komunistą”, który „zmieni Peru w nową Wenezuelę”, a jego kontrkandydatkę kreować na ,,obrończynię demokracji i praworządności”.
Na przemian straszono ,,widmem komunizmu” uosabianym przez Castillo i wyśmiewano jego wiejskie pochodzenie.
Na ulicach dużych miast pojawiły się także wielkie bilbordy z hasłami: „Komunizm to ubóstwo”, „Socjalizm prowadzi do komunizmu” etc. Zmasowana kampania propagandowa zdała się przynosić efekty – o ile pierwsze sondaże po I turze dawały zdecydowaną przewagę Castillo, to na chwilę przed wyborami badania wskazywały praktyczne równe poparcie obojga kandydatów.
W takiej atmosferze Peruwiańczycy poszli w niedzielę 6 czerwca do urn. Spodziewano się, że o zwycięstwie w II turze mogą rozstrzygnąć dziesiątki tysięcy, albo nawet tysiące głosów. Frekwencja wyborcza była niższa niż 5 lat temu i wyniosła niecałe 75 proc. Wyniki sondażu exit poll dawały minimalne zwycięstwo Keiko Fujimori (50,2 do 49,8 proc.), jednak samo przeprowadzającego go Ipsos Peru zaznaczyło, iż jest to przewaga w granicach błędu statystycznego. Stało się jasne, że pewne rozstrzygnięcie przyniosą dopiero oficjalne wyniki. W początkowej fazie liczenia głosów przewaga była po stronie liderki Fuerza Popular (pierwsze spłynęły wyniki z obszarów wielkomiejskich, gdzie cieszyła się ona większym poparciem), jednak w poniedziałek wieczorem czasu polskiego Castillo wyszedł na prowadzenie, którego już nie oddał. Liczenie zakończyło się 15 czerwca – wybory, z przewagą nieco ponad 44 tys. głosów, wygrał lider Perú Libre.
Na ogłoszenie oficjalnych wyników przyszło jednak czekać jeszcze ponad miesiąc – Keiko Fujimori, widząc na horyzoncie nadciągającą porażkę, rozpaczliwie próbowała na różne sposoby wpłynąć na zmianę werdyktu.
Głośno podnosiła zarzuty rzekomych ,,fałszerstw”, żądając unieważnienia ok. 200 tys. głosów oraz ponownego przeliczenia kolejnych 300 tys. W ślad za oskarżeniami nie poszło jednak przedstawienie dowodów, które by je potwierdziły. Zarówno krajowe komisje, jak i zagraniczni obserwatorzy wyborczy z OAS, Unii Europejskiej i Wlk. Brytanii zgodnie stwierdzili, iż głosowanie przebiegło prawidłowo, w zgodzie z międzynarodowymi standardami. Mobilizując swoich zwolenników córka dyktatora pomstowała również na ,,spisek międzynarodowej lewicy”, który miał stać za zwycięstwem Castillo. ,,Peru jest kluczowym strategicznie oraz geopolitycznie krajem w Ameryce Łacińskiej i właśnie dlatego międzynarodowa lewica to robi” – mówiła. W tym samym czasie lider Perú Libre wzywał do cierpliwego czekania na oficjalne wyniki.
Emocje w kraju sięgnęły jednak zenitu, gdy 18 czerwca światło dzienne ujrzał list wysłany do dowództwa sił zbrojnych i podpisany przez 80 emerytowanych oficerów. Wzywali oni, by wojsko odmówiło uznania Pedro Castillo, gdyby został on ogłoszony prezydentem i by wystąpiło zbrojnie celem uniemożliwienia mu objęcia urzędu. Tysiące Peruwiańczyków, mające w pamięci prawicowo-wojskowy pucz w sąsiedniej Boliwii z 2019 roku oraz rolę armii w zdobyciu dyktatorskiej władzy przez Alberto Fujimoriego, wyszło na ulice by bronić demokratycznego werdyktu. Największe protesty miały miejsce na Plaza San Martín w Limie, w pobliżu którego doszło do przepychanek z kontrdemonstracją zwolenników Fujimori.
Jakby tego było mało, kilka dni później poseł do Kongresu Fernando Olivera ujawnił nagrania rozmów, które były szef wywiadu z czasów dyktatury Fujimoriego i szara eminencja jego reżimu Vladimiro Montesinos (odsiadujący obecnie wieloletni wyrok w więzieniu o zaostrzonym rygorze) prowadził z emerytowanym pułkownikiem – stronnikiem Fujimorich. Montesinos instruował go, jak powinien przekupić członków komisji wyborczej, aby zwyciężczynią wyborów ogłosili Keiko Fujimori. Podkreślał, że należy „znaleźć dojście” do trzech członków komisji i wręczyć im po milionie dolarów. Telefoniczne rozmowy odbywały się za wiedzą dyrektora więzienia i (prawdopodobnie) dowództwa marynarki wojennej, której podlega zakład karny w twierdzy morskiej Callao. Po wykryciu afery dyrektor został szybko zwolniony, a sztab marynarki nabrał wody w usta. Przedłużające się zwlekanie z oficjalnym ogłoszeniem zwycięscy i kolejne wychodzące na jaw prawicowe próby oszustw wyborczych jeszcze bardziej rozogniły sytuację. Ulicami całego kraju przeszły wielotysięczne demonstracje z żądaniem ,,uszanowania woli ludu” i potwierdzenia triumfu Castillo.
W końcu, po 44 dniach oczekiwania, w poniedziałek 20 lipca Krajowy Trybunał Wyborczy oficjalnie ogłosił, że wybory prezydenckie wygrał Pedro Castillo. Uzyskał 8 836 380 głosów – o 44 263 więcej od swojej skrajnie prawicowej rywalki. Zaprzysiężony na urząd zostanie 28 lipca – w dwusetną rocznicę uzyskania przez Peru niepodległości. Keiko Fujimori zadeklarowała już, że uznaje wynik wyborów, na odchodne dodając, że ,,prawda i tak wyjdzie na jaw”.
Zwycięstwo Castillo powszechnie okrzyknięto już mianem ,,historycznego” i nie ma w tym ani cienia przesady.
Peru nigdy nie miało takiego prezydenta – jednoznacznie lewicowego, związkowego, tubylczego.
Od dekad prawica niepodzielnie rządziła krajem i strasząc ludzi widmem terrorystycznego Świetlistego Szlaku przez lata torpedowała wszystkie poważniejsze lewicowe inicjatywy. Także Castillo media głównego nurtu próbowały przypiąć łatkę „terrorysty”, on jednak nie dał się sprowokować, opowiadając, że w Peru „prawdziwymi terrorystami są głód, nędza, zaniedbanie, nierówności, niesprawiedliwość”. I większość Peruwiańczyków przyznała mu rację. Stało się to, czego zawsze obawiały się stołeczne elity władzy – ,,burza w Andach” (jak to określił w tytule swojej książki peruwiański pisarz Luis Valcárcel), skuteczna mobilizacja mieszkańców biednych górskich prowincji przeciwko dyktatowi oligarchów z Limy. Dzięki niej Peru zyskało w końcu prezydenta, którego myślenie o kraju potrafi przekroczyć rogatki biznesowych dzielnic stolicy. Prezydenta, który rozumie potrzeby ludu i ma zamiar wyjść im naprzeciw. Zwycięstwo Castillo, razem z wygraną Luisa Arce i MAS w Boliwii oraz optymistycznymi sondażami dla lewicowych kandydatów w zbliżających się wyborach w Brazylii, Chile i Kolumbii niesie dla całego regionu nadzieję na prospołeczne zmiany.
Wyborczy triumf to Castillo jednak nie koniec, a dopiero początek drogi. Mimo rozdrobnienia partie prawicowe wciąż mają większość w Kongresie Republiki i bez wątpienia będą (w interesie swoich oligarchicznych mocodawców) próbować sabotować reformy prezydenta. Istnieje przynajmniej szansa, że nie pomoże im w tym Keiko Fujimori – prokurator Jose Domingo Perez zażądał odwołania jej warunkowego zwolnienia i powrotu do więzienia w oczekiwaniu na proces, argumentując, że złamała zasady kontaktując się z jednym ze świadków w jej sprawie. Sam Castillo będzie musiał pogodzić również skrajności we własnym obozie, szczególnie między radykalnym Vladimirem Cerrónem, sekretarzem generalnym Perú Libre, a umiarkowanym Pedro Francke, ekonomistą, który w toku kampanii wyrósł na głównego doradcę nowego prezydenta.
To wszystko jeszcze pieśń przyszłości – dziś pozostaje cieszyć się, że mimo wymierzonej w niego kampanii nienawiści i kłód rzucanych pod nogi przez polityczno-biznesowe elity głową Republiki Peru zostanie rzecznik ubogich i wykluczonych, Pedro Castillo. Oby całej jego prezydenturze przyświecały słowa, którymi wobec zgromadzonych zwolenników przywitał wieść o wyborczym zwycięstwie: Niech żyje demokracja! Niech żyje lud Peru!

Inkowie na wojennej ścieżce z neoliberalizmem

Dziesiątki tysięcy ludzi demonstrujących na ulicach, wielu zabitych i rannych. Trzech prezydentów w ciągu tygodnia, pogłębiający się polityczny chaos i coraz głośniej brzmiące hasło ,,zmiana Konstytucji!” – to obraz Peru w ostatnich tygodniach. Jak doszło do tego, że kolejny naród Ameryki Łacińskiej wypowiedział wojnę neoliberalizmowi i niepodzielnie rządzącej krajem oligarchii?

Aby dobrze zrozumieć obecne wydarzenia w tym andyjskim kraju, konieczne jest cofnięcie się do roku 2016. Odbyły się wtedy w Peru wybory, jak co 5 lat wyłaniające jednocześnie zarówno prezydenta, jak i parlament. Do drugiej tury wyborów prezydenckich przeszli ekonomista MFW i Banku Światowego Pedro Pablo Kuczynski oraz Keiko Fujimori, córka Alberto Fujimoriego, prezydenta z lat 1990 – 2000, jednego z pionierów dzikiego neoliberalizmu w Ameryce łacińskiej, skazanego później na 25 lat więzienia za mordy na opozycjonistach, korupcję i bezprawne rządy autorytarne. Bardzo małą różnicą (ok. 30 tys. głosów) wygrał wybory Kuczynski, z wynikiem 50,12 proc. Jego ugrupowanie przegrało jednak z kretesem równorzędne wybory parlamentarne, uzyskując jedynie 18 mandatów w 130 – osobowym Kongresie Republiki Peru. Samodzielną większość w izbie (73 mandaty) zdobyła za to partia Fuerza Popular jego oponentki Keiko Fujimori. Temperatura sporu już wtedy była bardzo wysoka i z góry było wiadome, że deputowani tej i innych wrogich prezydentowi partii będą rzucać Kuczynskiemu kłody pod nogi i zrobią wszystko, by pozbyć się go z urzędu.
Pierwszą próbę usunięcia podjęto w grudniu 2017 roku, kiedy zaczęły wychodzić na jaw pierwsze kulisy tzw. afery Odebrecht (od nazwy brazylijskiego konglomeratu budowlanego, który przez wiele lat korumpował wielu przywódców i czołowych polityków z Ameryki Łacińskiej). Wtedy Kuczynskiemu udało się jeszcze uciec spod topora (co ciekawe, dzięki głosom deputowanych od Keiko Fujimori, których ceną było wątpliwe legalnie ułaskawienie jej ojca). Mniej szczęścia miał w marcu kolejnego roku, kiedy na zarzucaną mu korupcję pojawiły się twarde dowody – w obliczu utraty poparcia nawet części posłów z własnej partii, złożył rezygnację.
Zgodnie z konstytucją, urząd objął (i miał pełnić do czasu kolejnych wyborów) dotychczasowy wiceprezydent Martín Vizcarra, współpracownik Kuczynskiego. Jak nietrudno się domyślić, jemu też parlament przy każdej możliwej okazji utrudniał pracę. Peruwiańczycy mieli z czasem coraz bardziej dość paraliżujących państwo ciągłych napięć na linii pałac prezydencki – Kongres, dlatego decyzja Vizcarry z listopada 2019 roku o rozwiązaniu parlamentu i ogłoszeniu na styczeń nowych wyborów spotkała się z powszechną aprobatą. Masowe demonstracje, wyrażające poparcie dla prezydenta i dezaprobatę dla parlamentu, wymusiły na tym drugim jeszcze jedno, kluczowe dla dalszego rozwoju spraw ustępstwo. Kongres uchwalił, że odtąd nie można będzie sprawować mandatu parlamentarzysty dwie kadencje z rzędu. Co warte zaznaczenia, mający być wybrany w styczniu nowy parlament uznano za uzupełniający jeszcze tej kadencji (miał obradować do czasu właściwych generalnych wyborów w 2021 roku), jednak ustępującym deputowanym zakazano ubiegania się o miejsce także w nim. Natomiast zakaz udziału w wyborach w 2021 roku z góry obejmował rzecz jasna także parlamentarzystów, którzy mieli być wyłonieni w styczniu (jako obradujących w obecnej kadencji).
Przy okazji tematu wyborów warto przyjrzeć się bliżej scenie politycznej andyjskiej republiki. Należy ona do najbardziej niestabilnych w regionie. Przy okazji każdych wyborów pojawia się wiele ugrupowań – efemeryd, potrafiących zdobyć dużą ilość mandatów, ale niezdolnych, by przetrwać dłużej niż jedną – dwie kadencje. Względnie stałą (co nie znaczy dominującą) pozycję mają trzy partie: wspomniana już silnie prawicowa i skrajnie wolnorynkowa Fuerza Popular Keiko Fujimori, Acción Popular, konserwatywno–liberalne ugrupowanie centroprawicowe oraz APRA (Amerykański Rewolucyjny Sojusz Ludowy), jedna z najstarszych partii w kraju, kiedyś lewicowa i będąca częścią międzynarodowego ruchu, dziś jednak zdecydowanie centrowa. Peruwiańska lewica, dzisiaj reprezentowana głównie przez koalicję małych partii socjalistycznych i komunistycznych Frente Amplio oraz (częściowo) przez centrolewicową partię miejskiej inteligencji Partido Morado, od lat miała problem ze zdobyciem szerokiego poparcia społecznego. Składały się na to dwa czynniki. Wśród części Peruwiańczyków wszelkie lewicowe hasła wywoływały negatywne skojarzenia z terrorem Świetlistego Szlaku – skrajnie lewicową organizacją, która przez ponad 20 lat (1980 – 2002) toczyła krwawą wojnę domową z rządem Peru.
Drugim, ważniejszym powodem, jest koncentracja zdecydowanej większości mediów w rękach przedstawicieli wielkiego biznesu. Gospodarka Peru charakteryzuje się dominacją bardzo dużych prywatnych koncernów, produkujących głównie na eksport. Ich właścicielom (związanym z amerykańską oligarchią) oczywiście nie po drodze ze wszelkimi prospołecznymi reformami. Dlatego właśnie, za pomocą mediów do nich należących, szczególnie od czasu latynoamerykańskiego ,,różowego przypływu” starali się oni za wszelką cenę torpedować wszystkie lewicowe inicjatywy. Robili wszystko, by nie dopuścić do tego, by Peru poszło choćby śladem sąsiedniej Boliwii, rządzonej przez Ruch na rzecz Socjalizmu Evo Moralesa. W tym celu prywatne media jak mantrę powtarzają np. klasyczny już straszak w postaci ,,losu Wenezueli” czy propagandowe kalki w stylu ,,lewicowiec=terrorysta”.
Wybory w styczniu tego roku znacząco zmieniły skład partyjny parlamentu, nie zmieniając jednak jego profilu ideowego (pozostał zdominowany przez ugrupowania prawicowe). Wielką klęskę w wyborach poniosła mająca dotychczas większość Fuerza Popular Fujimori (zdobyła jedynie 7 proc. głosów i straciła 58 mandatów) której Peruwiańczycy mieli za złe, że przez cztery lata zajmowała się jedynie walką z prezydentami i paraliżowaniem władz centralnych. O skali rozdrobnienia politycznego niech świadczy to, że do Kongresu weszło dziewięć partii, a zwycięska Acción Popular zdobyła tylko niewiele ponad… 10 proc. głosów i wprowadziła 25 deputowanych. Początki obrad nowego parlamentu zbiegły się w czasie z wybuchem pandemii koronawirusa, która zebrała w Peru przerażające żniwo. Zmarło już prawie 40 tys. osób, a bezrobocie sięgnęło 50 proc. Obraz rozpaczy pogłębia to, że w Peru ponad 60 proc. pracowników było zatrudnionych na czarno, co czyni jakiekolwiek system praw pracowniczych czy ubezpieczeń społecznych najwyżej pobożnym życzeniem.
Szacuje się, że na skutek pandemii już aż dwa i pół miliona Peruwiańczyków ponownie spadło poniżej progu ubóstwa (który i tak przed epidemią sięgał w tym kraju ok. 20 proc.). Ciężko nawet mówić o niewydolności służby zdrowia, bo w wielu miejscach jej po prostu nie ma. Ogromna część społeczeństwa została więc porzucona przez władze na pastwę losu i pozostawiona bez opieki medycznej oraz środków do życia. Na skutek tego pokłady społecznego gniewu zaczęły szybko rosnąć.
Winą za tę ogromną narodową tragedię nowy parlament zaczął coraz głośniej obarczać prezydenta. Nie można powiedzieć, że niesłusznie – Vizcarra wzorem poprzedników w czasie urzędowania nie zrobił praktycznie nic, by jakkolwiek rozbudować system ochrony zdrowia, ucywilizować rynek pracy czy poprawić sytuację biedniejszej części społeczeństwa. Dodatkowo podjęte przez niego działania przeciwko pandemii koronawirusa były bardzo chaotyczne i niekonsekwentne, często zamiast pomagać jedynie pogarszały sytuację. W parlamencie jednak nikt jeszcze wtedy głośno nie podnosił postulatu impeachmentu prezydenta.
Tu dochodzimy do sedna sprawy i prawdziwych kulis kryzysu na szczytach władzy. Wraz z nadchodzącą jesienią zbliżał się czas, kiedy prezydent miał ogłosić dokładną datę przyszłorocznych wyborów generalnych (wstępnie planowanych na kwiecień 2021). Jednak większości parlamentarzystów, którym przez niecały rok spodobało się bycie u władzy, średnio widziało się jej oddawanie już w tym terminie, szczególnie ze świadomością, że zgodnie ze wspomnianą przeze mnie wyżej uchwałą poprzedniego parlamentu, nie będą mogli wziąć udziału w kolejnych wyborach. Zaczęli więc oni namawiać prezydenta, by pod pretekstem zagrożenia pandemicznego przedłużył o rok kadencje swoją i Kongresu. Vizcarra nie chciał się na to zgodzić i w październiku zapowiedział wybory na 11 kwietnia. Decyzja ta połączyła rozdrobnioną parlamentarną prawicę przeciwko głowie państwa. Swoją zawziętością i zajadłością ataków na czoło tej nieformalnej koalicji antyprezydenckiej wysunęła się zdecydowanie jedna partia – Unión Por el Perú, której od początku najbardziej zależało na przedłużeniu obecnej kadencji, miała bowiem w tym swój szczególny interes. UPP to ugrupowanie skrajnie prawicowe (w praktyce faszystowskie) odwołujące się do ideologii indiańskiego etnicznego nacjonalizmu, rasizmu i militaryzmu, od kilku lat zdobywające sobie coraz szersze poparcie wśród rdzennych mieszkańców Peru. W obecnym parlamencie jest już czwartą siłą, a pogardzająca stale się sytuacja społeczno–gospodarcza jest dla niej doskonałym paliwem. Partia ta ma jednak jeden problem – jej rzeczywisty lider i główny ideolog Antauro Humala od 2005 roku odsiaduje wyrok 19 lat pozbawienia wolności za zbrojny atak na komisariat w andyjskim miasteczku Apurimac, podczas którego zginęło czterech policjantów. Humala, były wojskowy, od dawna deklaruje chęć zawalczenia o prezydenturę, jednak najszybciej o warunkowe zwolnienie może starać się dopiero w 2022 roku. Dlatego (jak się okazało) to właśnie deputowani z UPP byli pomysłodawcami planu przesunięcia o rok terminu wyborów i najbardziej go forsowali, innych prawicowych parlamentarzystów z łatwością przekonując wizją przedłużenia ich obecności ,,przy władzy”.
Kiedy jednak ten pomysł nie wypalił ze względu na opór prezydenta, postanowili oni sięgnąć po ,,plan B” – pozbyć się Vizcarry i zastąpić go kimś, kto w podzięce za ich poparcie w wyborze ułaskawi ich lidera. To właśnie na wniosek parlamentarzystów z Unión Por el Perú została rozpoczęta procedura impeachmentu i oni organizacyjnie przewodzili całej akcji. W tym celu posłużono się oskarżeniami o korupcję, jakie pojawiły się wobec prezydenta. Dotyczyły one czasu, kiedy był gubernatorem regionu Moquegua.
Zarzuty wydają się co prawda wiarygodne, jednak parlamentarzystów, chcących po prostu pozbyć się Vizcarry, niespecjalnie interesowały nie tylko wyniki jakiegokolwiek śledztwa, ale nawet jego wszczęcie. Zgodnie z konstytucją, prezydenta można zaś odwołać za „moralną niezdolność do pełnienia urzędu”. Vizcarra, widząc zbliżający się atak parlamentu, spróbował ratować się zapytaniem skierowanym do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten doprecyzował, co to dokładnie znaczy. Na niewiele się to zdało – TK zgodził się odpowiedzieć ,,po kilku tygodniach”, a impeachment przeprowadzono po kilku dniach, 9 listopada. Za złożeniem z urzędu głosowało 105 deputowanych, w tym prawie wszyscy prawicowi. Szybkość obalenia prezydenta, bardzo swobodna w tym celu interpretacja konstytucji oraz aktywny udział w tym dowódców wojskowych wyraźnie miały znamiona zamachu stanu.
Oliwy do ognia dolał też wybór przez parlament jego następcy, dotychczasowego przewodniczącego Kongresu Manuela Merino. Ten mierny i bezbarwny polityk z Acción Popular znany był m. in. z nieludzkiego wyzysku pracowników, jaki praktykował w swoich przedsiębiorstwach w północnym Peru. W oczach polityków z Unión Por el Perú był jednak idealnym kandydatem na okresowego figuranta, którego głównym zadaniem (w ich planach) miało być uwolnienie Antauro Humali przed kwietniowymi wyborami.
Przebiegli stratedzy z UPP nie przewidzieli tylko jednego – gniewu ludu. Niedługo po tym, jak 10 listopada Merino został zaprzysiężony na prezydenta, tysiące Peruwiańczyków wyszło na ulice. Nie tyle z poparcia dla Vizcarry, ale by zaprotestować przeciwko bezprawnym zakulisowym intrygom skrajnej prawicy. Szczególnie licznie uczestniczyła w demonstracjach młodzież, mająca dość niepodzielnych rządów prawicowej gerontokracji i ich układów na szczytach władzy. Merino miał nadzieję, że za pomocą bezwzględnych działań policji stłumi protesty w zarodku, ale bardzo się przeliczył. Brutalne pacyfikacje służb z rozkazu prezydenta, w których zginęły co najmniej trzy osoby, a setki zostały ranne, tylko rozogniły sytuację. Wielka fala protestów i zamieszek przetoczyła się przez cały kraj. Demonstrowały setki tysięcy ludzi. Lud Peru otwarcie wyraził swój sprzeciw wobec sytuacji, w której garstka oligarchów uzurpuje władzę i pławi się w luksusach, gdy w tym samym czasie miliony zwykłych ludzie są pozbawione dostępu do podstawowej opieki medycznej, a nawet głodują. Po 5 dniach urzędowania, od Merino odwrócili się nawet popierający go deputowani Kongresu i ministrowie jego gabinetu. To zmusiło go do rezygnacji i ustąpienia z urzędu. Przerażeni zasięgiem protestów i skalą społecznego gniewu prawicowi deputowani zwrócili się z prośbą o wskazanie kandydata na tymczasowego prezydenta do tej mniejszości w Kongresie, która głosowała przeciwko obaleniu Vizcarry.
Początkowo wysunięto kandydaturę Rocío Silvy, deputowanej z lewicowej koalicji Frente Amplio, prawica nie zgodziła się jednak na jej wybór. Poparcie większości uzyskał dopiero centrysta Francisco Sagasti, lider ugrupowania Partido Morado i 17 listopada objął urząd prezydenta. Obejmując urząd przeprosił w imieniu władz za brutalność policji podczas demonstracji oraz obiecał jak podjęcie szybkich i zdecydowanych kroków w walce z pandemią, bezrobociem i głodem. Kredyt zaufania od dużej części społeczeństwa Sagasti zdobył doborem ministrów do swojego gabinetu. Zasiądzie w nim m. in.: Violeta Bermúdez, prawniczka i znana na całym kontynencie działaczka na rzecz praw kobiet, ciesząca się popularnością wśród młodych czy Nuria Esparch, która jako pierwsza kobieta w historii Peru będzie ministrem obrony. Niestety sprawy gospodarcze pozostaną w rękach liberałów – ministrem finansów został mianowany znany z wolnorynkowych poglądów profesor Waldo Mendoza. Czas pokaże, czy nowy gabinet poradzi sobie z bardzo napiętą sytuacją w kraju.
Podczas protestów, obok zwykłych haseł antyrządowych, coraz głośniej wybrzmiewało wezwanie do zmiany konstytucji. Obecna, uchwalona w 1993 roku (za autorytarnych rządów Alberto Fujimoriego) jest jednym z filarów władzy politycznej i biznesowej oligarchii oraz służy głównie ochronie ich interesów. Neoliberalna do szpiku kości, nie gwarantuje zwykłym Peruwiańczykom prawie żadnych praw socjalnych i pracowniczych, zaś ogólnikowość jej przepisów w części dotyczącej władzy w państwie pozwala każdorazowo rządzącej ekipie interpretować ją w sposób praktycznie dowolny. Różne partie lewicowe od wielu lat głosiły konieczność zmiany konstytucji, jednak dopiero przy okazji tych protestów postulat ten zdobył szeroki rozgłos społeczny.
Czy Peru ma szansę pójść śladem sąsiedniego Chile i obrać kurs na pozbycie się skansenu biznesowo–wojskowej dyktatury, jakim jest obecna konstytucja? Droga do tego jeszcze daleka, jednak widać nadzieję na zmiany. Według obecnych sondaży, partie lewicowe i centrowe (najgłośniej mówiące o nowej ustawie zasadniczej) mogą w nadchodzących wyborach zdobyć nawet ponad 1/3 głosów, co byłoby najlepszym wynikiem od wielu lat i dało im silny mandat do działania na rzecz zmian. Zmian, które może w końcu ulżyłyby tak ciężko doświadczonemu przez neoliberalizm ludowi peruwiańskiemu.

Płonie Ameryka Łacińska

Najpierw peruwiańska oligarchia pozbyła się prezydenta Martina Vizcarry, potem lud, wychodząc masowo na ulice, zmusił do rezygnacji desygnowanego przez parlament następcę. Ale w społecznej rewolcie chodzi o coś więcej, niż sprawy personalne.

10 listopada Manuel Merino został zaprzysiężony na prezydenta po tym, gdy parlament przegłosował impeachment Martina Vizcarry. 15 listopada został zmuszony do rezygnacji. Skrajnie prawicowy polityk nie nacieszył się władzą, bo przesadził z pacyfikowaniem społecznych nastrojów już na samym początku. Gdy ludzie wyszli na ulicę protestować przeciwko parlamentarnemu zamachowi stanu, zostali potraktowani brutalnie: w trakcie rozpędzania tłumu demonstrującego w Limie w ubiegłą sobotę zginęły dwie osoby, a rannych zostało około 100. Ponadto zgłoszono zaginięcie ponad 40 młodych ludzi. Śmiertelnymi ofiarami policyjnej przemocy padli dwaj studenci: dwudziestodwuletni Jack Brian Pintado Sánchez i dwudziestoczteroletni Jordan Inti Sotelo Carnago.
Nie tylko w sobotę doszło do brutalnych aktów represji: demonstrowano w całym Peru, a policja wielokrotnie atakowała pokojowe protesty gazem łzawiącym i pieprzowym oraz gumowymi pociskami. Powszechnie podaje się, że stosowała również ostrą amunicję.
Presja na Merino spotęgowała się w momencie rezygnacji zdecydowanej większości jego skrajnie prawicowego gabinetu. 13 członków jego rządu zrezygnowało zaledwie kilka dni po nominacji. Wśród tych, którzy podali się do dymisji, byli minister spraw wewnętrznych i były generał policji, Gastón Rodriguez, który miał czelność bronić agresywnych policjantów, twierdząc, że ich metody były uzasadnione. Inny z podających się do dymisji ministrów zasugerował, że masowe demonstracje nie były spontaniczne, lecz zostały zorganizowane przez pozostałości maoistowskiej partyzantki, Świetlistego Szlaku. Merino za skompromitowanego uznały największe autorytety peruwiańskiej prawicowej oligarchii: powieściopisarz i były kandydat na prezydenta Mario Vargas Llosa oraz Keiko Fujimori, liderka Fuerza Popular i córka byłego dyktatora Alberto Fujimoriego, uwięzionego za tworzenie szwadronów śmierci i korupcję. Żeby nie było już żadnych wątpliwości, dymisji Merino zażądało także stowarzyszenie pracodawców CONFIEP. Na koniec sam Kongres postawił mu ultimatum, że jeśli nie odejdzie, w ciągu kilku godzin zbierze się w celu głosowania nad usunięciem go ze stanowiska.
Obalony prezydent Martin Vizcarra liczył na decyzję Trybunału Konstytucyjnego o przywróceniu go na stanowisko. Trybunał miał orzec, czy Kongres miał prawo powołać się w jego przypadku na niejasną część konstytucji z 1993 roku, która zezwala na impeachment prezydenta na podstawie „trwałej niezdolności moralnej”. Klauzula ta jest szeroko interpretowana jako odnosząca się do psychicznej lub fizycznej niezdolności do pełnienia funkcji prezydenta. W przypadku Vizcarry powołano się jednak na nią, przekonując, że człowiek skorumpowany nie może być prezydentem, a Vizcarra za udzielenie zezwoleń na budowę miał wziąć setki tysięcy dolarów łapówek. Było to wiele lat temu, gdy był gubernatorem południowego regionu górniczego Moquegua.
Doniesienia o korupcji są całkowicie wiarygodne. Praktycznie każdy żyjący były prezydent Peru jest zamieszany w masowy skandal związany z przekupstwem i odbiorem zamówień publicznych na roboty budowlane, udzielonych brazylijskiemu gigantowi budowlanemu Odebrecht i jego peruwiańskim partnerom. Ponad połowa ze 105 członków Kongresu głosujących za impeachmentem Vizcarry stoi w obliczu podobnych zarzutów. Problem polega jednak na tym, że oświadczenia złożone przez oskarżonych w tej gigantycznej aferze, którzy obciążyli zeznaniami Vizcarrę, nie zostały nawet zbadane. Co dopiero mówić o ustaleniu, na ile są wiarygodne, czy też o wyroku sądowym w sprawie. W głosowaniu nad impeachmentem członkowie Kongresu wygłosili również demagogiczne przemówienia potępiające Vizcarrę za katastrofalną politykę wewnętrzną w trakcie pandemii COVID-19, mówiąc, że oddają swoje głosy w imieniu zmarłych. Przy 934 899 przypadkach i 35 177 zabitych, Peru ma najwyższy na świecie wskaźnik śmiertelności per capita, dwukrotnie wyższy niż USA i Brazylia. To oczywiście statystyka dramatyczna i nieprzynosząca rządowi chwały, ale neoliberalni peruwiańscy prawicowcy są doprawdy ostatnimi osobami, które mogą załamywać ręce nad służbą zdrowia w swoim kraju.
Jednak to nie z powodu Vizcarry Peruwiańczycy masowo wyszli na ulice. Napędza ich nienawiść do skorumpowanego Kongresu i całego systemu politycznego w Peru. Impeachment, a właściwie zamach stanu przeprowadzony zaledwie pięć miesięcy przed planowanymi wyborami prezydenckimi, to tylko jeden z przejawów tego, jak bardzo ten system jest chory. I nic dziwnego, że Merino, który został tymczasowym prezydentem, gdyż był wcześniej przewodniczącym Kongresu, nigdy nie był postrzegany przez społeczeństwo jako realna szansa na zmianę.
Większość centrolewicowego Frente Amplio głosowała w Kongresie za impeachmentem, a jeden z jego liderów Rocío Silva Santisteban został nominowany w niedzielę na nowego szefa Kongresu. To próba nadania „lewego” oblicza politycznym manewrom peruwiańskiej burżuazji i zdobycia głosów lewicy, która nic na tym nie skorzysta. Niestety socjaldemokraci idealnie dali się zapędzić w pułapkę: Verónika Mendoza, pseudolewicowa polityk, która ubiega się o nominację na prezydenta, potępiła Vizcarrę za dążenie do powrotu na urząd. Mendoza została wypędzona z masowej demonstracji w mieście Cusco, gdzie słusznie postrzegano ją jako kolejnego członka znienawidzonego establishmentu politycznego.
W ostatnim tygodniu w Peru wydarzyły się jedne z największych demonstracji w swojej historii. Setki tysięcy młodych ludzi krzyczących „Merino wynoś się” i „Zadzieracie z niewłaściwym pokoleniem” wylało się na ulice całego kraju. W
Główna demonstracja w czwartek 12 listopada odbyła się w Limie. Młodzież dosłownie zalała stołeczny centralny plac San Martin, maszerując milami od dzielnic średniej klasy wyższej, takich jak Miraflores, a także od północnych i południowych zubożałych dzielnic, w których żyją miliony rodzin robotniczych. Do protestu przyłączyły się grupy studentów z Universidad Nacional Mayor de San Marcos (UNMSM). – Manifestujemy nasze uczucia – powiedział jeden z demonstrantów, Marcelo, portalowi World Socialist Web. -Nasi politycy są skorumpowani i niewykwalifikowani. To niewyobrażalne, że Kongres zagłosowałby za impeachmentem, kiedy znajdujemy się w samym środku wielkiego kryzysu zdrowotnego. Oni o tym wiedzą, ale bardziej zależy im na tym, co mają w kieszeni. Chcemy pieniędzy na zdrowie i edukację.
Starszy pracownik, który przyłączył się do protestu, powiedział: – Pracowałem w hotelu Crillon aż do jego zamknięcia w 1999 roku. Teraz żyję z emerytury, która wynosi 1000 soles (300 dolarów). Poza tym mam chorą córkę. Nie wiem, co robić. Sądownictwo nie działa. Co do socjalizmu, myślę, że słuszne byłoby zapewnienie opieki zdrowotnej i edukacji dla wszystkich. Poza tym potrzebna jest pensja, która pozwala na godne życie.
– Jestem przeciwny stanowi wyjątkowemu. Vizcarra powinien był skończyć swoją kadencję. A potem można go osądzić, czy przyjmował łapówki od Brazylijczyków. Dobrze jest wyjść na ulice, żeby nas posłuchali, ale co wtedy? Nie mogę znaleźć na to odpowiedzi. Wiem tylko, że kapitalizm nas niszczy – podsumował Paul, student prywatnego uniwersytetu.
Demonstracje odbyły się w miastach w całym kraju od Tacna przy południowej granicy z Chile, po Chiclayo i Trujillo na północy.
W ociekającym hipokryzją oświadczeniu Departament Stanu USA zdążył pogratulować Merino. Zanim neoliberał podał się do dymisji, miał okazję przeczytać, że jego wybór pozwoli on na przeprowadzenie w kwietniu peruwiańskich wyborów wraz z „udanym demokratycznym przejściem do nowej administracji”. Waszyngton wytłumaczył ponadto, że Peruwiańczycy powinni korzystać z „prawa do demokracji”, w tym „prawa do pokojowego protestu”. To mówi rząd USA, który zmobilizował zmilitaryzowaną policję przeciwko protestującym i dąży do unieważnienia wyników wyborów prezydenckich!
Bojowość młodzieży, która wyszła na ulice, ma swoje korzenie w nierozwiązywalnym kryzysie peruwiańskiego kapitalizmu, który został gwałtownie przyspieszony przez pandemię COVID-19. Oprócz najgorszego wskaźnika umieralności, Peru stoi w obliczu największego spadku produktu krajowego brutto spośród wszystkich dużych gospodarek, z 30-procentowym spadkiem w stosunku do roku poprzedniego i prawie 50 procentowym bezrobociem na obszarach miejskich. Są to warunki leżące u podstaw przedłużającego się kryzysu rządów w peruwiańskiej kapitalistycznej oligarchii. Przybrał on formę wewnętrznego konfliktu między władzą wykonawczą i ustawodawczą, a wojsko odgrywa w nim rolę ostatecznego arbitra. Pod koniec września 2019 roku Vizcarra, przy wyraźnym poparciu sił zbrojnych, zamknął Kongres i rządził przez wiele miesięcy dekretami. W zeszłym tygodniu wojsko zmieniło swoją lojalność po spotkaniu z Merino, popierając zamach parlamentarny.
Jeśli wojsko i cała klasa rządząca wycofują się z zamachu stanu, a kolejny tymczasowy prezydent Francisco Sagastin nie będzie już strzelał do ludzi to tylko ze strachu, że masowe protesty staną się nie do opanowania, wywołując szeroką walkę społeczną ze strony klasy pracującej i najbardziej uciskanych warstw społeczeństwa. W warunkach, w których pracodawcy forsują politykę powrotu do pracy bez żadnych zabezpieczeń w obliczu ciągłych masowych zgonów na COVID-19, zarówno peruwiańska klasa rządząca, jak i ponadnarodowe korporacje górnicze pragną zahamować kryzys polityczny przy pomocy sił pseudolewicowych. Dobrze wiedzą, że ich polityka będzie wymagała zastosowania środków represyjnych wobec peruwiańskich pracowników. I można tylko żałować, że peruwiańskiej klasie pracującej brakuje rewolucyjnego przywództwa opartego na międzynarodowym i socjalistycznym programie.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu World Socialist Web Site. Tłumaczenie i adaptacja: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)