
Peruwiański parlament odwołał tymczasowego prezydenta José Jeriego zaledwie dwa miesiące przed zaplanowanymi wyborami powszechnymi, pogłębiając trwający od lat kryzys instytucjonalny, w którym dominujący Kongres regularnie obala głowy państwa, a stabilność władzy stała się wyjątkiem, nie regułą.
W środę 18 lutego deputowani w Limie mają wybrać nowego przewodniczącego parlamentu, który zgodnie z konstytucją obejmie obowiązki głowy państwa do czasu zaprzysiężenia nowego prezydenta 28 lipca. Głosowanie, zaplanowane na godz. 18 czasu lokalnego, zakończy ponad 24-godzinną lukę władzy – sytuację bez precedensu w najnowszej historii kraju.
José Jeri, prawicowy polityk pełniący obowiązki prezydenta od października ubiegłego roku po odwołaniu Diny Boluarte (która sama zastąpiła w 2022 roku zdymisjonowanego Pedro Castillo), został usunięty w trybie nadzwyczajnym. Za jego odwołaniem zagłosowało 75 parlamentarzystów, 24 było przeciw, trzech wstrzymało się od głosu – znacznie powyżej wymaganych 58 głosów. Jeri sprawował urząd niewiele ponad cztery miesiące.
Jego upadek to kolejny epizod chronicznej niestabilności, która od 2016 roku definiuje peruwiańską politykę. Spośród siedmiu ostatnich prezydentów czterech zostało odwołanych przez parlament, dwóch podało się do dymisji w obliczu groźby impeachmentu, a tylko jeden dokończył kadencję tymczasową. System, w którym Kongres systematycznie dominuje nad osłabioną egzekutywą, stał się trwałą cechą peruwiańskiej sceny politycznej.
Wobec 39-letniego Jeriego toczyły się od stycznia dwa postępowania wstępne prowadzone przez prokuraturę, dotyczące podejrzeń o „handel wpływami”. Pierwsze śledztwo dotyczyło tajnego spotkania z chińskim biznesmenem powiązanym z kontraktami państwowymi. Drugie, wszczęte w ubiegły piątek, obejmuje domniemaną ingerencję w proces zatrudnienia dziewięciu kobiet w strukturach jego administracji. Wnioski o jego odwołanie złożyła zarówno mniejszość lewicowa, jak i blok partii prawicowych, zarzucając mu „niewłaściwe wykonywanie funkcji” oraz „brak zdolności” do sprawowania urzędu.
Jeszcze w niedzielę Jeri bronił się w telewizyjnym wystąpieniu, zapewniając, że „nie popełnił żadnego przestępstwa” i posiada „pełną legitymację moralną” do sprawowania funkcji prezydenta. Rafael López Aliaga, kandydat partii Renovación Popular i jeden z liderów sondaży przed wyborami, wzywał jednak do jego rezygnacji, oskarżając go o bycie „operatorem dziesiątek chińskich grup” działających w pałacu prezydenckim.
W wyścigu o funkcję nowego przewodniczącego parlamentu – a tym samym tymczasowego prezydenta – zgłosiły się cztery osoby. Faworytką uchodzi María del Carmen Alva, była przewodnicząca Kongresu z 2021 roku i obecna rzeczniczka parlamentarna, reprezentująca centrową partię Acción Popular. Jej rywalami są deputowany lewicy o kontrowersyjnych poglądach, przedstawiciel socjalistów oraz parlamentarzysta ugrupowania uwikłanego w afery korupcyjne.
Według politologa Fernando Tuesty z Papieskiego Uniwersytetu Katolickiego Peru obecny kryzys nie przynosi bezpośrednich korzyści żadnemu z kandydatów w kampanii, choć partie wspierające Jeriego „mogą za to zapłacić polityczną cenę”. Część społeczeństwa reaguje na kolejne zawirowania z rosnącą obojętnością. Dla 22-letniej sprzedawczyni z Limy, cytowanej przez AFP, kryzys polityczny jest sprawą „drugorzędną” wobec narastającej przestępczości i braku bezpieczeństwa. 29-letni inżynier Edgardo Torres ocenia, że „ciągłe zmiany prezydentów tworzą silną niestabilność” i że kraj potrzebuje „prawdziwego lidera”.
Wybory prezydenckie i parlamentarne zaplanowano na 12 kwietnia. O najwyższy urząd w państwie ubiega się rekordowa liczba ponad 30 kandydatów. Zamiast stabilizacji kampanii, Peru wchodzi w jej decydującą fazę z kolejną odsłoną kryzysu władzy, który coraz bardziej podważa zaufanie obywateli do instytucji państwa.









