
W ciągu najbliższego roku niemal 90 milionów mieszkańców Ameryki Południowej weźmie udział w wyborach prezydenckich. Głosowanie odbędzie się m.in. w Boliwii, Chile i Peru – krajach, w których od lat rządzi lewica lub centrolewica. Stawką tych wyborów nie będzie jednak tylko zmiana władzy. To moment rozliczenia – z niespełnionych obietnic, z pogłębiających się nierówności, z kryzysu bezpieczeństwa i rozpadu usług publicznych.
Sondaże pokazują trend niepokojący – w każdym z tych krajów wyraźnie rośnie poparcie dla prawicy, a nierzadko – dla jej najbardziej autorytarnych i populistycznych odłamów. Lewica, zepchnięta w defensywę, płaci dziś cenę za własne błędy, ale także za systemowe ograniczenia, które nie pozwoliły jej w pełni zrealizować społecznych postulatów.
Symboliczny początek tej zmiany nastąpił w kwietniu 2024 roku w Ekwadorze, gdzie prezydentem został ponownie Daniel Noboa. Kampanię oparł na obsesji bezpieczeństwa i obietnicy „zero tolerancji” wobec przestępczości. W kraju rozbitym przez gangi narkotykowe jego narracja trafiła na podatny grunt. Noboa nie ukrywał inspiracji autorytarnymi metodami prezydenta Salwadoru Nayiba Bukele – którego odwiedził oficjalnie w maju tego samego roku.
Problem w tym, że model bukelizmu oznacza masowe łamanie praw człowieka, brutalne pacyfikacje i tworzenie systemu policyjnej kontroli nad życiem obywateli. A mimo to ten wzór zaczyna się rozlewać po kontynencie jak wzorzec sukcesu. W tle milczy jedno pytanie: czy społeczne bezpieczeństwo musi oznaczać zbiorową zgodę na represję?
Boliwia. Prawica wykorzystuje okazję
Już 17 sierpnia Boliwijczycy wybiorą nowego prezydenta. Po dwóch dekadach rządów lewicy sytuacja jest dramatyczna: inflacja, spadek wartości waluty, braki leków i paliw, państwo niemal bez rezerw. To nie efekt „ideologii socjalistycznej”, jak chce prawica, lecz splot kryzysów globalnych, nieudolności rządowej i brutalnej presji rynków finansowych.
Prawica ma teraz okazję – i chętnie ją wykorzysta. Na czele sondaży są multimilioner Samuel Doria Medina oraz były prezydent Jorge Quiroga. Obaj obiecują powrót do „realizmu gospodarczego”, co w praktyce może oznaczać cięcia społeczne, reprywatyzację i wzrost nierówności.
Tymczasem lewica jest podzielona. Brak wspólnego kandydata, wykluczenie Evo Moralesa, chaos w szeregach MAS – wszystko to zwiększa ryzyko powrotu konserwatywnej oligarchii do władzy. A to oznacza krok wstecz dla klasy pracującej, rdzennych społeczności i ruchów emancypacyjnych.
Chile. Zatrzymana rewolucja
W Chile prezydent Gabriel Boric miał być twarzą pokolenia zmian. Młody, progresywny, antysystemowy. Niestety – jego prezydentura zderzyła się z murami instytucjonalnego oporu. Kluczowa reforma – nowa konstytucja, która miała znieść dziedzictwo dyktatury Pinocheta – została odrzucona w referendum. Rząd Borica utknął w martwym punkcie. Lewica, zamiast iść naprzód, zaczęła administrować stagnacją.
Efekt? Na czoło sondaży wysuwa się José Antonio Kast – polityk skrajnej prawicy, jawnie wrogi wobec migrantów, kobiet, osób LGBTQ+. Głosi kult „silnego państwa”, a jego gospodarcze postulaty to ultraliberalny demontaż resztek państwa opiekuńczego.
Jeśli w drugiej turze dostanie poparcie centroprawicy, może wygrać. A Chile stanie się kolejnym krajem, gdzie „porządek” stanie się pretekstem do ograniczenia praw obywatelskich i politycznej zemsty na wszystkich, którzy walczyli o zmianę.
Peru. Państwo w rozsypce
Peru to dziś przykład, jak państwo może się rozpaść – bez puczu, bez rewolucji, za to przez zwykłą obojętność wobec problemów zwykłych ludzi. Od początku 2025 roku trwa tam fala przemocy – wymuszenia, porwania, zabójstwa. Policja nie nadąża, służby nie funkcjonują, a rząd tylko reaguje, nigdy nie uprzedza.
W tym klimacie wraca Keiko Fujimori – córka byłego dyktatora, trzykrotna przegrana w wyborach prezydenckich. Dziś przedstawia się jako jedyna, która „zawsze mówiła o bezpieczeństwie”. I wielu jej wierzy – bo system przez lata ignorował ich lęki.
Coraz częściej słychać głosy, że Peru powinno „zrobić to, co Salwador” – czyli brutalnie oczyścić ulice z przestępczości, bez oglądania się na prawa człowieka. Ale to niebezpieczna iluzja. Salwador to niewielkie państwo o powierzchni 25 tysięcy kilometrów kwadratowych, gdzie Bukele uwięził 2% dorosłej populacji – około 70 tysięcy ludzi. Peru jest sześćdziesięciokrotnie większe i ma wielokrotnie bardziej złożoną strukturę społeczną oraz geograficzną. Aby powielić ten model, trzeba by osadzić ponad pół miliona obywateli – fizycznie, logistycznie i moralnie niewykonalne. Taki „plan” oznaczałby całkowitą rezygnację z państwa prawa, instytucji demokratycznych i podstawowych wolności. Ale skoro debata publiczna toczy się dziś w języku lęku i odwetu – kto jeszcze ma odwagę mówić o prawie i godności?
W Ameryce Południowej nie obserwujemy nagłego zwrotu ideologicznego, lecz desperacki bunt tych, których państwo porzuciło. To reakcja na rozpad usług publicznych, rosnące nierówności i politykę, która od lat ignorowała głos zwykłych ludzi. Jeśli na te potrzeby znów odpowie się pałką policyjną, kaznodziejstwem i neoliberalnym „porządkiem”, kontynent pogrąży się w nowej fali represji, prywatyzacji i społecznej atomizacji. Skrajna prawica nie przychodzi z programem – przychodzi z ukrytym batem.









