To już jest koniec

Gdy Pan Bóg chce kogoś ukarać, to spełnia jego najskrytsze marzenia. Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory parlamentarne i prezydenckie, zmieniło Trybunał Konstytucyjny w przystawkę i pośmiewisko, ma pełnię władzy nad Prokuraturą, Telewizją i służbami specjalnymi.

Prominentni prawicowcy toczą epickie boje o miejsca w radach nadzorczych i zarządach spółek skarbu państwa. A całkowitą bezkarność zapewnia i resort sprawiedliwości, na czele którego stoi właściwy człowiek. A jednak w ostatnich tygodniach wszystko poszło nie tak. I władza się zachwiała.

Na początek pandemia COVID-19 ujawniła wszystkie słabości państwa i rządzących nim ludzi. Skandaliczne niedofinansowanie służby zdrowia, brak programów działania na wypadek pandemii, nieuctwo i niewiedzę decydentów, lekceważenie ustanowionych przez nich samych praw (vide – niechęć do noszenia maseczek czy utrzymywanie dystansu społecznego) a w końcu niewytłumaczalne antagonizowanie rolników i kobiet.

W normalnych warunkach padłoby pytanie – Czy prezes wszystkich prezesów postradał zmysły?

Otóż nie! Prezes uznał, że jest wszechwładny i wszystko mu wolno. Spełnił swoje marzenia o zwalczaniu nieetycznej hodowli norek i uboju rytualnego. I o głęboko chrześcijańskim zakazie aborcji…

Nie przewidział jednego – że ludzie będą mieli tego dosyć. I nie bacząc na szalejącą pandemię wyjdą na ulice, zaczną demonstrować przed kościołami i mocno się zradykalizują.

Bardzo szybko sceny z Warszawy, Poznania, Katowic, Łodzi i innych miast zaczęły przypominać te z Mińska, Brześcia i Witebska. Ubrani na czarno Policjanci, uzbrojeni w pały, tarcze i pojemniki z gazem łzawiącym w sposób wyuczony i zorganizowany obrabiają demonstrujących, w tym kobiety..

Nikt już nie ma wątpliwości, że między Aleksandrem Grigoriewiczem a Jarosławem Rajmundowiczem nie ma żadnej różnicy. Zrobią wszystko, by utrzymać się przy władzy. Tylko patrzeć, jak TVPiS pokaże Jarosława w kamizelce kuloodpornej z automatem Kałasznikowa w ręku, gdy w towarzystwie „Delfina” będzie wyskakiwał z helikoptera…

Jest tylko jedna drobna różnica. Z gościem z Mińska stoi Kreml, z całą potencją, a za mieszkańcem Żoliborza… kot.

Za top demonstrantów na Białorusi i w Polsce łączy jedno – poczucie wściekłości z powodu tego, że rządzący ukradli im ich prawa. I łatwo tego nie zapomną.

Władza jeszcze nie wie co robić. Dokręcić śruby i wyprowadzić przeciw demonstrantom polewaczki czy zaprosić ich do negocjować? Ale kogo zaprosić? Opozycja także jest bezradna. A co ważniejsze – nie reprezentuje demonstrantów. i nie ma pomysłów.

Historia na naszych oczach tak przyspieszyła, że politycy nie nadążają za dynamiką zdarzeń. Demonstranci jeszcze nie zdają sobie sprawy z własnej siły. Policja zaś sądzi, że jest w stanie ich opanować. Ale co będzie, gdy kilkanaście tysięcy demonstrantów przerwie policyjny kordon tarczowników i nie bacząc na ofiary ruszy do przodu? Jeśli rannych zostanie stu, albo dwustu stróżów prawa? Ten kto wyda rozkaz strzelania do ludzi będzie musiał przygotować się na bardzo długą i ciężką odsiadkę. Czy minister Spraw Wewnętrznych Mariusz Kamiński jest na to gotów?
W Internecie aż roi się od wezwań, by w mediach społecznościowych publikować listy policjantów gorliwie wysługujących się PiS-owi, wraz ze zdjęciami i adresami. Tak jak się to robi na Białorusi. Oto kilka przykładów.
– Należy publikować wizerunki oraz adresy tych bandytów w mundurach.
– Robić zdjęcia i wrzucać do sieci z adresami bud tych piesków.
– Zostaną wyjebani ze służby, na kopach!

Jarosław Kaczyński rozkręcając spór wokół aborcji wzmocnił przekonanie, że władza Prawa i Sprawiedliwości jest nieludzka, a więc pozbawiona moralnego mandatu do rządzenia.

Gdy za kilka tygodni będzie już jasne, że pandemii nie udało się opanować, a liczba zmarłych przekroczy 10 tysięcy rządzący za to zapłacą.
Dlatego dziś nie jest to jeszcze koniec. To nawet nie jest początek końca tej ekipy. Ale na pewno jest to koniec początku!

Jutro nie będzie futra

Walka o Polskę wolną od futer trwa od lat, ale jeszcze nigdy dotąd nie byliśmy tak blisko uchwalenia zakazu, jak dzisiaj. To wspaniały moment dla wszystkich, którym los zwierząt leży na sercu, oraz – naturalnie – dla samych zwierząt, które nie będą już w przyciasnych klatkach pędzić smutnego żywota, zakończonego nieuchronnie okrutną śmiercią.

Norki, lisy, jenoty i inne zwierzęta futerkowe, nie będą już w Polsce zabijane przez porażenie prądem i obdzierane ze skóry (często jeszcze żywe). Nie będą spędzać życia w przyciasnych klatkach, nie mogąc realizować swoich potrzeb gatunkowych; nie będą się z nerwów okaleczać siebie oraz innych zwierząt. Czy to nie dobra wiadomość?

Ale po tym, jak o 1:00 w nocy z czwartku na piątek Sejm przyjął z poprawkami nowelizację do ustawy o ochronie praw zwierząt, czyli słynną już Piątkę dla zwierząt, emocje szybko opadły. Przynajmniej te pozytywne – bo negatywne, sądząc po wypowiedziach polityków Konfederacji czy PSL oraz przedstawicieli przemysłu futrzarskiego, nadal buzują.

Dziwi jednak postawa tej empatycznej części społeczeństwa, która – teoretycznie – powinna być zadowolona, że ustawa wnosząca kilka konkretnych, wyczekiwanych zmian dla zwierząt, ma realne szanse wejść już niebawem w życie. Z każdej strony bowiem dobiegają głosy krytyki i okazuje się, że właściwie każdy ma pomysł na to, jak należało te zmiany wprowadzić lepiej.

Część oburza się, że ustawa nie rozwiązuje wszystkich problemów dotyczących dobrostanu zwierząt – i oczywiście, trudno się z tym nie zgodzić. Nowelizacja nie reguluje kompleksowo wszystkich kwestii, które należy uporządkować, żeby móc uznać, że w pełni chronimy w Polsce zwierzęta.

Ustawa wprowadza więc zakaz handlu zwierząt na futra – ale ten zakaz nie obejmie królików. Ubój rytualny nie został całkowicie zakazany – a jedynie ograniczony na potrzeby krajowych związków wyznaniowych. Psy nie będą mogły być trzymane na łańcuchach, ale wciąż będą mogły być tymczasowo uwiązane – przez maksymalnie 12 godzin, na uwięzi o długości co najmniej 6 m. Zakazano za to całkowicie używania metalowych obroży, w tym kolczatek. Skończy się również wykorzystywanie zwierząt w cyrku.
Mamy więc progres, choć nie jest idealnie.

Sporo osób oburza się przyjęciem ustawy „ciemną nocą”, wskazując, że to nie pierwsza sytuacja, gdy PiS forsuje w ten sposób swoje rozwiązania prawne. Tylko, że w tej sytuacji wynikało to raczej z porządku obrad. Niektórzy podważają konstytucyjność ustawy, twierdząc, że narusza konstytucyjną wolność prowadzenia działalności gospodarczej. Czy można jednak uznać za realizację tej wolności sytuację, w której rzeczony biznes opiera się na obdzieraniu zwierząt ze skóry?

Rozsądek podpowiada, że należy się jednak kierować zasadami etyki a nie dzikiego kapitalizmu. Bo tym właśnie jest działalność ferm futrzarskich – uosobieniem kapitalizmu, w którym bzdurna zachcianka uprzywilejowanych, majętnych jednostek jest stawiana wyżej niż potrzeby mniej zamożnych.

Futro w dzisiejszych czasach nie jest już potrzebne w celu innym, niż zaimponowanie otoczeniu stanem portfela i brakiem empatii. Fermy natomiast stanowią miejsce kaźni zwierząt, fatalne miejsce pracy i źródło odorów oraz zanieczyszczeń gleby, powietrza i wód powierzchniowych w okolicy.

Wreszcie, argument koronny – ustawa wprawdzie niezła, ale szkoda że z inicjatywy PiS. Z tym, doprawdy, ciężko dyskutować – i pewnie narażę się na krytykę, ale przyznam, że ważniejsza od autora projektu jest dla mnie realna poprawa losu zwierząt. A ta nowelizacja ma szansę zrobić sporo dobrego.

Obrzydza mnie każda forma eksploatacji zwierząt, zwłaszcza, że w obecnych czasach stanowi z reguły niepotrzebną fanaberię, a nie realną potrzebę. Nie jestem osobą religijną, więc zabijanie ze szczególnym okrucieństwem zwierząt jako realizacja prawa do realizacji wolności wyznania również mnie nie przekonuje. Drażnią mnie ludzie bezmyślnie traktujący zwierzęta domowe jak zabawki, których termin przydatności trwa tak długo, jak są estetyczne, młode, zdrowe i wesołe. Uważam również, że wszystkie hodowle przemysłowe – nie tylko fermy futrzarskie – powinny odejść do lamusa, bo na wszystkich jednakowo źle traktuje się zwierzęta.
Czy nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt w obecnym kształcie mnie całkowicie satysfakcjonuje? Oczywiście, że nie.

Ale byłabym ignorantką, gdybym nie dostrzegła, jak kolosalny krok w historii praw zwierząt w Polsce stanowi ta nowela.

Musimy pamiętać, że prawo stanowi pewne odbicie nastrojów panujących w społeczeństwie. I jeżeli przyjmiemy, że posłowie i posłanki w miarę proporcjonalnie reprezentują swoich wyborców i wyborczynie, to oznacza, że jednak potężna większość społeczeństwa zaczyna rozumieć, że zwierzęta są czującymi istotami, którym należy się nasza opieka i szacunek. I że ich dobro powinno stać wyżej niż nieetyczny biznes futrzarzy, zarabiających na ich cierpieniu.

Jak szacuje organizacja Humane Society International, na świecie co roku zabijanych jest ok. 100 milionów zwierząt futerkowych.

Te kilka milionów, co roku zabijanych dotąd w Polsce (według różnych danych jest to od 4-8 mln), nie zmieni może wiele – ale jest to jednak zmiana na lepsze. A za nią, wierzę, przyjdą kolejne.