Abba ojcze!

„Piątka” Morawieckiego, „Piątka Kaczyńskiego” – cuda na kiju: elektryki, mieszkania za pół darmo, PKS-y jak nowe, elektronika, innowacyjność, 100 mostów na stulecie, promy, jak domy, śmigłowce jak torpedowce, 500 na drugie dziecko, 500 na pierwsze…

Do jesiennych wyborów na pewno jeszcze czymś nas obdarują – na przykład po pięćset dla każdego ojca, który utrzymywał matkę swoich dzieci nie mniej niż 30 lat. Jest jednak taka dziedzina naszego życia, o której władza milczy we wszystkich znanych sobie językach. Zdrowie, mianowicie. A jest się czym pochwalić – w konkurencji „Wydatki na ochronę zdrowia” zajmujemy w krajach Unii drugie miejsce. Drugie! Co prawda od końca, ale zawsze. Za nami jest tylko Łotwa, ale co to za konkurencja – im nawet do dwóch milionów brakuje 100 tys. obywateli. Naprawdę mamy z czego być dumni! Pan premier zaś, który przy byle okazji pod adresem Prezesa, PiS-u i swoim własnym wystrzeliwuje milion pochwał na minutę, o tym akurat milczy. Tymczasem w raportach Najwyższej Izby Kontroli ten sukces PiS-u zapisany jest złotymi głoskami.
– Czas oczekiwania pacjentów na udzielenie świadczenia wydłużył się w przypadku większości analizowanych oddziałów, pracowni, zakładów i poradni.
– Nadal występują znaczące dysproporcje w dostępie do świadczeń pomiędzy poszczególnymi oddziałami wojewódzkimi NFZ, w konsekwencji pacjenci w poszukiwaniu lekarzy specjalistów muszą jeździć do sąsiednich województw.
– Udział wydatków bezpośrednich, ponoszonych przez pacjentów, w wydatkach na ochronę zdrowia ogółem był wysoki, i w Polsce w 2015 r. wynosił 23,2 proc., podczas gdy przykładowo we Francji – 6,8 proc., Niemczech – 12,5 proc., w Czechach – 13,7 proc., a w Słowacji – 18,4 proc.
– W 2016 r. polscy pacjenci musieli płacić z własnej kieszeni na ochronę zdrowia jeszcze więcej – wydatki te wzrosły do 23,4 proc. wydatków ogółem, podczas gdy np. wydatki Szwedów spadły z 15,2 proc. w 2015 r. do 14,9 proc. w 2016 r. W ten sposób pogłębiają się nierówności społeczne w dostępie do świadczeń zdrowotnych… Czyż to nie sukces? Płacić coraz więcej za coraz mniej! Toż panu Morawieckiemu już tylko z tego tytułu Nobel z ekonomii się należy. Taki skromnych człowiek – ciągle nam powtarza, jak skutecznie zaciska pętlę na szyjach VAT-owskich oszustów, a o naszych szyjach milczy. One od macochy, czy co? Przecież płacimy uczciwie. Nasze składki na ubezpieczenia zdrowotne to już prawie 95 procent wszystkich dochodów NFZ… Na szczęście nad wszystkim pieczę trzyma pan Prezes. Nawet jak pan Morawiecki o czymś zapomni, nawet, jak się panu Szumowskiemu coś nie uda, to pan Prezes, to dostrzeże i krzywdę naszą naprawi. Tak się zresztą stało dopiero co. Radosną nowinę ogłosiła pani Szydło: 13 emerytura, która będzie wypłacona w maju, to „prezent od Prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego!” Emeryci są zachwyceni. Będą mogli wyleczyć jeden ząb. A jak dobrze pójdzie, to i półtora! Albo na dwa miesiące zaopatrzyć się w pielucho majtki. No, chyba, że ktoś ma kanalizację bardziej zdefektowaną, to na miesiąc. Przez miesiąc będą mogli pożyć, jak za króla Sasa: jeść, pić i popuszczać. Abba ojcze!

Nasze miliardy

To będą najdroższe wybory w historii. Obawiając się porażki, Jarosław Kaczyński położył na stole 40 miliardów.

„Piątka Kaczyńskiego” skutecznie wyeliminowała z debaty publicznej temat dwóch wieżowców, które zamierzał zbudować w Warszawie prezes PiS-u. I o to chodziło. Zostawmy na chwilę sprawę zapowiedzianych transferów społecznych. I ich bardziej lub mniej entuzjastyczne przyjęcie przez środowiska lewicy. Skupmy się wyłącznie na pieniądzach. I jak twierdzi prawica: „prezencie Kaczyńskiego”. Czy taka hojność rządzących może mieć wpływ na miliardy naszych oszczędności? Tych osobistych. I tych będących naszym wspólnym dorobkiem.

Pół biliona

Zacznijmy od naszych prywatnych kont. Dwa tygodnie temu portal analizy.pl opublikował dane dotyczące struktury oszczędności gospodarstw domowych. Na koniec 2018 roku Polacy zgromadzili 1 448 mld złotych. Tak – półtora biliona złotych. To równowartość czteroletnich wpływów do budżetu państwa.

Te ogromne liczby mogą wprowadzać w błąd. Jedna trzecia wszystkich oszczędności to stan rachunków bieżących. Tam trafiają wypłaty wynagrodzeń, emerytur i innych świadczeń. Znaczna część środków znajdujących się na takich rachunkach przeznaczana jest na bieżące wydatki i faktycznie nie stanowi oszczędności. Druga wątpliwa pozycja, to gotówka w obiegu. Wartość banknotów i monet będących w obiegu przekracza 203 miliardy złotych. Trudno ocenić jaka część tych pieniędzy znajduje się w portmonetkach, a jaka jest oszczędnościami trzymanymi „w skarpecie”. No i na koniec oszczędności w OFE. W końcówce ubiegłego roku było tego 157 mld zł. Ale wystarczy jedno nocne posiedzenie Sejmu i podpis prezydenta by te miliardy zmieniły właściciela. Jak to się robi, pokazał już kilka lat temu rząd Donalda Tuska.

Podsumujmy pozostałe pozycje, będące z pewnością oszczędnościami Polek i Polaków. Na lokatach bankowych znajduje się około 300 miliardów złotych. Wartość środków ulokowanych w funduszach inwestycyjnych (poza OFE) wyniosła na koniec 2018 roku 134 mld zł. W akcjach spółek publicznych – 55 mld zł. W ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych – 50 mld zł. I najmniej w obligacjach – zaledwie 20 mld zł. W sumie daje to grubo ponad pół bilona złotych, dokładnie 559 miliardów.

Ważne to je

„Ważne to je, co je moje” – śpiewał przed laty Kazimierz Grześkowiak. Te ponad pół biliona złotych (plus ewentualne oszczędności na rachunkach bieżących i „w skarpetach”) są poza zasięgiem polityków. To obywatele i obywatelki decydują, gdzie je ulokować. Kiedy i na co wydać. I na dzień dzisiejszy nasze osobiste oszczędności wydają się być bezpieczne. Chociaż…

Gospodarka, ekonomia, finanse – to system naczyń połączonych. Gdyby rządzący zaczęli mnożyć różne przedwyborcze „piątki”, może to doprowadzić do wzrostu inflacji. I w konsekwencji do spadku wartości oszczędności przez lata gromadzonych na lokatach. Gdyby na potrzeby bieżących wydatków chciano pilnie spieniężyć ponad 150 mld zł ulokowane w akcjach będących w posiadaniu Otwartych Funduszy Emerytalnych – zapaść na giełdzie byłaby nie do uniknięcia. A spadek wartości akcji na GPW i wartości jednostek funduszy inwestycyjnych – trudny do wyobrażenia.

Wenezuela. Nie – nie ma najmniejszych podobieństw z sytuacją w naszym kraju. Jeśli przywołałem ten kraj, to tylko po to, by ostrzec, że nic nie jest dane raz na zawsze. Jeszcze kilka lat temu – do roku 2013 – Wenezuela była najszybciej rozwijającym się krajem Ameryki Łacińskiej. A prezydenta Hugo Cháveza stać było na „piątki”, o których Kaczyński może tylko pomarzyć. Ostatnio media podały, że inflacja w Wenezueli zbliżyła się do dwóch milionów procent w skali roku.

Publiczne miliardy

To że politycy decydują o wydatkach budżetowych – wiemy. I potrafią robić w tym budżecie dziury – też wiemy. Ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że mają również bezpośredni lub pośredni wpływ na setki miliardów znajdujące się poza budżetem. To przede wszystkim rezerwy walutowe – nad którymi kontrolę sprawuje Narodowy Bank Polski. A ponadto: Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, Fundusz Rezerwy Demograficznej, Otwarte Fundusze Emerytalne. I najmłodsze dziecko Morawieckiego: Pracownicze Plany Kapitałowe. Suma pieniędzy jakimi obracają te instytucje to kwota rzędu 800 miliardów złotych.

Na początek najbogatszy. I zarazem najbiedniejszy. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

FUS

Po budżecie państwa to największy beneficjent naszych podatków i składek. Na konta Funduszu Ubezpieczeń Społecznych rocznie wpływa niemal 200 miliardów złotych. Ale to, co otrzymujemy z ZUS jako stan naszych składek emerytalnych, to wyłącznie zapis księgowy. Bo każdego roku wydatki Funduszu są o kilkadziesiąt miliardów wyższe niż wpływy. Dziura zwykle jest łatana dotacją z budżetu państwa.

Rządzący chwalą się rewelacyjnymi wynikami FUS za ubiegły rok. To prawda, dobra koniunktura spowodowała, że wpływy z tytułu składek były wyższe od zaplanowanych. Ale „sukces” przypomina nieco anegdotę o rabinie i kozie. W ustawie budżetowej na rok 2018 zaplanowano kwotę 46,6 mld zł jako dotację dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Fundusz wykorzystał jedynie 35,8 mld zł z pieniędzy otrzymanych z budżetu. I właśnie dzięki tym „znalezionym” 10 miliardom uda się sfinansować tegoroczną „trzynastkę” dla emerytów i rencistów.

Ale „trzynastka” ma cieszyć emerytów tylko w roku wyborczym. W kolejnych latach dziura w budżecie FUS będzie rosła. Według średnich prognoz ZUS, w 2023 roku wyniesie 58,1 mld zł. W wariancie pesymistycznym, nawet 77,3 mld zł. Dwa razy więcej niż obecnie. I to bez wypłacania „trzynastek”.

FRD

Fundusz Rezerwy Demograficznej powstał w 2002 roku, aby gromadzić środki na dopłaty do emerytur i przyszłą pomoc ZUS-owi. Pieniądze miały być uruchomione dopiero po 2025 roku. Na rachunku powinna znajdować się kwota rzędu stu miliardów złotych. Jest: 27 mld zł.

Absolutny „dołek” Fundusz zaliczył w 2014 roku, gdy na rachunku FRD znalazło się zaledwie 14,7 mld zł. Był to skutek nieodpowiedzialności ministra Jacka Rostowskiego, który z pieniędzy przeznaczonych dla przyszłych pokoleń uczynił sobie wygodne źródełko służące zasypywaniu dziury budżetowej. W sumie w latach 2010-14 „podebrano” z FUS 16,9 mld zł.

Fakt, obecny rząd zadbał o odbudowanie zasobów Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednak trzeba rządzącym patrzeć na ręce. By obecna lub kolejna „piątka” Kaczyńskiego nie doprowadziła do ponownego „podkradania” pieniędzy z FRD.

OFE

Pomijam fakt ewidentnych skandali związanych z funkcjonowaniem Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jak choćby pobieranie gigantycznych prowizji przez zarządzających funduszami. Skupmy się na pieniądzach. Połowę składek emerytów (twierdzę, że to były nasze pieniądze, nie publiczne) znacjonalizował rząd Donalda Tuska. Zamiast oszczędności, otrzymaliśmy świstek papieru z ZUS-u z zapisaną kwotą wirtualnych składek.

Drugi etap „reformy OFE” zapowiedział ponad dwa lata temu premier Mateusz Morawiecki. Wedle ówczesnych założeń, 75 proc. aktywów OFE miało trafić na prywatne konta emerytalne. Reszta byłaby de facto znacjonalizowana i przekazana do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale w sprawie dalszych losów OFE rządzący nabrali wody w usta.

Jedną z przyczyn odstąpienia od planów dotyczących OFE może być obawa o konsekwencje na rynku kapitałowym. Po przekazaniu 153 miliardów z OFE do ZUS w 2014 roku, w funduszu pozostały już tylko akcje – o wartości ponad 150 mld zł. Próba spieniężenia znacznej liczby tych akcji, by gotówkę przekazać na konta przyszłych emerytów, skończyłaby się totalną zapaścią giełdy.

Druga przyczyna zatrzymania reformy OFE może być bardziej prozaiczna. Rządzący doszli do wniosku, że nie warto ot tak sobie oddawać pieniędzy ubezpieczonym. Znacznie lepiej zostawić rezerwę na kolejne „piątki” Kaczyńskiego. Lub jego następcy. I kiedyś przerobić te miliardy na kiełbasę wyborczą. Niezależnie od krytycznego stosunku lewicy do OFE, pieniądze które wpłacili ubezpieczeni, są ich pieniędzmi. I żaden rząd nie musi dawać ich im w prezencie.

PPK

Zaaferowani wynagrodzeniami pań dyrektorek w NBP i niezbudowanymi przez Kaczyńskiego wieżowcami, mało interesujemy się nowym wcieleniem OFE. Pracownicze Plany Kapitałowe. Nowe OFE rozpoczęło swój żywot 1 stycznia. Warto kiedyś dokładniej przyjrzeć się pomysłowi Morawieckiego. Dzisiaj krótko. To zupełnie nowy podatek, obciążający zarówno pracownika (składka 2 proc.), jak i pracodawcę (1,5 proc.). Ma być dobrowolny. Ale jednocześnie jest tak skonstruowany, by wypisanie się z PPK jak najbardziej skomplikować.

Cel nowego podatku jest taki sam jak w przypadku OFE. By stać nas było na emeryturę spędzaną pod palmami. Lub przynajmniej pod palmą. W doniczce. Poważnie? Prawdziwy cel wprowadzenia PPK wyjawił przypadkiem były szef KNF Marek Chrzanowski w nagranej rozmowie z Leszkiem Czarneckim. Jeśli budżet będzie miał kłopoty, zawsze „dziurę” będzie można zasypać pieniędzmi z Pracowniczych Planów Kapitałowych. Nic nowego pod słońcem.

W bieżącym roku wpływy z PPK mogą sięgnąć 5 mld zł, w kolejnym – 10 mld zł. Wypada więc zgodzić się z Kaczyńskim – są pieniądze na „prezenty”. Hipokryzję rządzących ilustruje następujące wyliczenie. Zapowiedziana obniżka PIT z 18 do 17 proc. oznacza zmniejszenie podatku dochodowego o około 194 złote w skali roku dla pracownika otrzymującego płacę minimalną. W tym samym czasie składki odprowadzone przez pracownika i pracodawcę na konto PPK wyniosą netto 695 złotych.

Rezerwy walutowe

Na koniec waga ciężka. Niemal pół biliona złotych. Stan aktywów rezerwowych Polski na koniec stycznia wyniósł 98,987 mld euro. Po przeliczeniu na złotówki daje to astronomiczną kwotę 422 miliardów złotych. Odpowiadającą rocznemu budżetowi Polski. Rezerwy walutowe są ważnym elementem stabilizacji sytuacji gospodarczo-finansowej kraju. Ale czy tak wysokie rezerwy walutowe są konieczne? Zwłaszcza że poziom polskich rezerw walutowych przekracza wskaźniki uznawane przez ekonomistów jako bezpieczne. Niech o tym decydują fachowcy.

Mnie ciarki przechodzą po plecach, gdy pomyślę, że o miliardach polskich oszczędności ulokowanych w dolarach, euro i złocie może decydować najbliższy kumpel Kaczyńskiego. Pokazujący jednocześnie, jak lekką ręką jest w stanie wydawać wielkie pieniądze dla swoich zaufanych koleżanek zatrudnionych w NBP. Kierowany przez Glapińskiego bank zapewne będzie w tym roku jednym z istotnych ogniw finansujących „piątkę” Kaczyńskiego.

Pieniądze z zysku NBP nie zostały zapisane w budżecie na rok 2019. Niemniej ekonomiści spodziewają się, że w sprawozdaniu finansowym za rok 2018 Narodowy Bank Polski pokaże zysk. I zgodnie z przepisami prawa, 95 proc. tego zysku przeleje do budżetu. Będzie to prawdopodobnie kwota rzędu 4-5 mld zł. Tak potrzebna rządzącym w roku wyborczym.

Zasilanie budżetu zyskiem NBP od lat budzi kontrowersje. Bowiem lwia część zysku wynika z różnic kursowych, a nie z realnie zarobionych pieniędzy. Nominalnie bank centralny ma pełną niezależność. Ale nigdy nie możemy być w 100 procentach pewni, że na takie czy inne decyzje dotyczące inwestycji związanych z rezerwami walutowymi nie ma wpływu polityka. I przemożna chęć, aby zyski pojawiały się wtedy, gdy są rządzącym politykom najbardziej potrzebne.

Bezpieczniejszą sytuacją, moim zdaniem, byłaby pełna autonomia banku centralnego w zakresie obrotu powierzonymi aktywami – bez konieczności dzielenia się zyskiem z budżetem. Tymczasem od roku 2001 Narodowy Bank Polski przelał do budżetu w sumie 45 mld zł.

Nasze miliardy

Uff! Nie zmieściłem się na jednej stronie w wyliczance naszych – prywatnych i publicznych – miliardowych oszczędności. Ale zależało mi, abyśmy w roku wyborczym spojrzeli na politykę trochę szerzej. Gra nie toczy się o to, czy dyrektorki Glapińskiego będą zarabiały mniej? Czy Kaczyński postawi dwa wieżowce? Czy Bartłomiej M. zostanie skazany, czy wyratuje go z opresji Rydzyk?

Dobre rządy to takie, które potrafią zapewnić bezpieczeństwo tego, co udało nam się zgromadzić przez dziesięciolecia wytężonej pracy. I ten dorobek pomnażać. Cieszy mnie większa ilość pieniędzy, którą rodzice dostaną na wychowanie dzieci. Ale nie mam zaufania do Kaczyńskiego. I do jego „piątki”. Przekonania, że to część spójnego i długofalowego programu socjalnego państwa. A nie jedynie miliardy naszych pieniędzy, które mają ułatwić zwycięstwo wyborcze ich partii.

Szantaż będzie główną narracją WYWIAD

„Prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycję, że PiS szykuje nam Polexit”. Z doktorem Markiem Migalskim, politologiem, rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Za nami konwencja PiS-u, gdzie przemawiał od dawna niewidziany prezes, jednak widać było, że to Mateusz Morawiecki grał pierwsze skrzypce.

MAREK MIGALSKI: Przemówienie Kaczyńskiego, wbrew zapowiedziom, zwłaszcza szefa sztabu PiS-u, było banalne, a przynajmniej rozczarowujące. Nie było strategiczne, nie wyznaczyło nowych kierunków, ono było interesujące z jednego chyba tylko powodu; prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycje, że PiS szykuje nam Polexit. Ten sam element znalazł się zresztą w wypowiedzi premiera Morawieckiego. Wnoszę stąd, że ten argument opozycji wydaje się skuteczny. Skoro premier i prezes muszą dementować te informacje, to znaczy, że musiało im wyjść w sondażach wewnętrznych, że jest to poważny problem czy wręcz zagrożenie dla PiS-u. Całkowicie zgadzam się też z pani opinią, że głównym aktorem tej konwencji był premier Morawiecki, zatem to jest pomysł PiS-u na kampanię.
Nawet w spocie zaprezentowanym podczas konwencji bardzo charakterystyczne jest to, że nie pojawia się inny polityk niż premier Morawiecki i to kilkanaście razy. Wnioskuję z tego, że kampania samorządowa będzie oparta na premierze, a nie prezesie Kaczyńskim czy innych kandydatach. Oczywiście lokalnie kampanie będą oparte na swoich kandydatach, jednak ta ogólnopolska będzie oparta na premierze.
Z tym wiąże się kolejna sprawa. Proszę zauważyć, że i z ust premiera, i prezesa pojawiło się powtórzenie tego szantażu, który wcześniej został sformułowany m.in. przez Tomasza Porębę czy innych polityków, choć wtedy wydawał się dość przypadkowy. Dziś wiemy, że nie, że te samorządy, w których zwyciężą kandydaci PiS-u, będą dofinansowane z budżetu państwa. Te, które okażą się opozycyjne, mogą zostać za to ukarane. Oczywiście obaj – premier i prezes – mówili to dość zawoalowanie, ale widać, że to będzie główna narracja tej kampanii.

 

To chwyt poniżej pasa?

Gdyby pani zapytała etyka, pewnie on znalazłby na to tylko najostrzejsze słowa. Politolog, oprócz tego, że może wyrazić swoje oburzenie, to musi przyznać, że to może być skuteczne. Czy ten „chwyt poniżej pasa” skłoni wyborców do postąpienia tak, jak ten komunikat i szantaż brzmi, tego nie wiem. Opozycja znalazła się w bardzo ciężkiej sytuacji, bo ten chwyt jest tyleż podły, co może okazać się skuteczny.
Opozycja powinna próbować uświadomić wyborcom, że ten szantaż może być skuteczny tylko wtedy, kiedy PiS zwycięży w wyborach parlamentarnych, a tak przecież nie musi się stać.
Wtedy efekt może być odwrotny, bo ta broń jest obosieczna; może się okazać, że nowa władza, która odsunie PiS od rządzenia, może zachować się równie brutalnie jak dziś partia Jarosława Kaczyńskiego.

 

Wróćmy do wątku europejskiego. Czy to znaczy, że słowa Jarosława Gowina o możliwym nieuznaniu wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, które zapoczątkowały dyskusję o Polexicie, mogły nie być uzgodnione z Nowogrodzką?

Jestem przekonany, że ta wypowiedź Gowina była charakterystycznym dla niego „strzelaniem z automatu” po wszystkich, bez uzgodnienia z Kaczyńskim. Jarosław Gowin ma taką tendencję do mówienia rzeczy, które ściągają nie tylko na niego, ale i cały obóz polityczny kłopoty. To zresztą bardzo szybko wyczuła opozycja, bo gdyby tak nie było, to byśmy dziś jeszcze o tym nie rozmawiali. Przecież Grzegorz Schetyna i Katarzyna Lubnauer zapowiedzieli, że będą składać wniosek o dymisję Gowina właśnie w kontekście jego wypowiedzi o TSUE, a to znaczy, że „poczuli krew”.
To też oznacza, że opozycja także dysponuje badaniami, które pokazują, że możliwy Polexit jest dziś kłopotliwy dla PiS-u. Elektorat PiS-u jest w materii europejskiej skomplikowany. W większości jest jednak proeuropejski. Jeżeli opozycji uda się przykleić PiS-owi łatkę partii eurosceptycznej, będzie to duży problem dla Kaczyńskiego i jego partii.

 

Premier Morawiecki, główna gwiazda konwencji, złożył kolejne obietnice. Ukierunkowane na samorząd, ale każdy coś dostał – seniorzy, samorządy, gospodarstwa domowe. Pytanie, czy ktoś w to wierzy.

Zacznę od wyrażenia żalu, że nie mamy 200-letniej rocznicy, bo w zapowiedziach premiera okazało się, że na 100-lecie odzyskania niepodległości będzie 100-bajtowy internet. Rozumiem, że gdybyśmy niepodległość uzyskali 200 lat temu, bo byłby 200-bajtowy internet. A mówiąc poważnie, to premier sformułował nową „piątkę Morawieckiego” i będzie z nią tak jak z pierwszą piątką.
Możemy przeprowadzić taki test: kto z czytelników pamięta cokolwiek z pierwszej „piątki”? Ja już nawet nie pytam, czy to zostało przeprowadzone, zrealizowane, czy nie, oprócz 300 Plus. Odpowiadając na pytanie, czy ktoś to kupi, to będą to ci sami, którzy kupili pierwszą opowieść Morawieckiego.

 

Sondaże pokazują, że PiS nie wygra wyborów samorządowych, nie przejmie dużych miast. PiS przestał być teflonowy?

Z wyborami samorządowymi to jest tak, że każdy będzie przekonywał, że te wybory wygrał, bo te wybory mają to siebie, że nie ma jasnych wygranych i przegranych. Natomiast rzeczywiście wiele wskazuje na to, że ten walec PiS-owski nie rozjedzie już opozycji. Gdyby się okazało, że PiS nie tylko nie przejmie dużych miast, ale też nie będzie w stanie stworzyć większości koalicyjnych w sejmikach w większej ilości niż w 8, to można będzie powiedzieć, że PiS jest do pokonania. To będzie znak, że PiS to nie są Niemcy w piłce nożnej. To drużyna, która zaliczyła sukces w 2015, ale po 3 latach rządów nie powtórzyła już tego sukcesu. Przypomnę tylko, że to będą pierwsze wybory od 3 lat, więc będzie chęć wyrażenia niechęci wobec PiS-u. Podejrzewam, że elektorat anty-PiS się zmobilizuje, bo będzie mógł pokazać sprzeciw, a nie tylko złościć się przed telewizorem. Z drugiej strony będzie też mobilizacja elektoratu PiS-owskiego, bo te wybory będą pewnego rodzaju plebiscytem.

 

Wysuwanie na czoło kampanii premiera Morawieckiego to powtórzenie manewru z poprzednich wyborów, gdzie też nie prezes, a Beata Szydło i Andrzej Duda wiedli prym w kampanii?

To prawda, że tu mamy do czynienia z tą samą sytuacją co 2015 roku. Kaczyński, Macierewicz schodzą na dalszy plan, a na czoło wypuszcza się kogoś popularnego. Ciekawe jest jeszcze co innego, w przemówieniu Kaczyński zawarł jeszcze jeden komunikat, bardzo ważny, który był powtórką z ostatniej kampanii – że nie będzie rozliczeń, represji itd. Dokładnie to samo zrobił na dwa miesiące przed wyborami 2015 roku, ukazując łagodną twarz.

 

Robert Biedroń już oficjalnie potwierdził, że nie będzie startował w wyborach na prezydenta Słupska. – Czas zacząć nowy rozdział – powiedział.

Ja też nie będę kandydował na prezydenta Słupska, ale mówiąc poważnie – jasne jest, że on ma plany ogólnopolskie. Jasne jest też, że nie mógł startować w wyborach samorządowych. Gdyby je wygrał, to musiałby zrezygnować za pół roku, gdyby przegrał, to byłoby jeszcze gorzej, zważywszy że chciał budować coś ogólnopolskiego.
Biedroń wie, że jemu lepiej będzie w Brukseli niż w Słupsku.

 

A w Warszawie, w polskim parlamencie?

Jeśli ma plany na Sejm i Senat, to tym bardziej musi wystawić listę w wyborach europejskich, zwłaszcza że te wybory będą dla niego najłatwiejsze. W nich jest relatywnie niski próg wyborczy, jest niska frekwencja – około 25 proc. – głosować chodzą raczej duże miasta i elektorat wykształcony. Jeśli taka socjalliberalna czy lewicowa inicjatywa ma powstać, to największe szanse ma właśnie w wyborach europejskich. Biedroń musi też przetestować siebie i wyborców i pokazać, że są w stanie zrobić przynajmniej 10-proc. wynik.