Stracił stanowisko

Piotr Szumlewicz, wieloletni działacz związkowy, stracił stanowisko przewodniczącego Rady OPZZ województwa mazowieckiego.

Działacz pozostaje w konflikcie z kierownictwem konfederacji.
– Powyższa decyzja nie była poddana głosowaniu, nie było też żadnych podstaw merytorycznych do jej podjęcia. Dzieje się tak w sytuacji, gdy kierowana przeze mnie Rada intensywnie walczy o ludzi pracy w wielu branżach i przyjmuje w swoje szeregi nowe organizacje. Jednocześnie jako nowego przewodniczącego wskazano przewodniczącego Konfederacji Pracy, Michała Lewandowskiego – twierdzi Szumlewicz z żalem. Uważa, że jego zwolnienie nastąpiło nie z powodów proceduralnych, jak podało OPZZ, ale jako represja w odpowiedzi na aktywne wsparcie dla pracowników PLL LOT.
Redakcja „Trybuny” z żalem przyjmuje decyzję kierownictwa OPZZ – z Piotrem Szumlewiczem jako publicystą łączy nas długoletnia współpraca, jego publikacje nierzadko pomagały nagłośnić problemy ludzi pracy.
– Celem kierowanej przeze mnie Rady były i są działania na rzecz ludzi pracy i wzmocnienie OPZZ – zapewnia Szumlewicz w notce rozesłanej do mediów. – Teraz bez głosowania, bez możliwości odwołania się od decyzji ogłoszono, że utraciłem funkcję i zarazem pracę zarobkową. Gdy pracownik jest zwalniany dyscyplinarnie, jego związek ma 3 dni na odwołanie się od decyzji. Ja nie dostałem żadnej możliwości odwołania.

Kto chce zniszczyć Piotra Szumlewicza?

W 2018 roku był jednym z najaktywniejszych działaczy związkowych w Polsce. Walczył o interesy pracowników LOT, rzucił wyzwanie pisowskim prezesom spółek lotniczych. Na skrzynki mailowe lokalnych i ogólnopolskich dziennikarzy kilka razy w tygodniu spływały jego demaskatorskie komunikaty. – Ten facet rozruszał skostniałą strukturę – mówi o nim działacz innego związku zawodowego. Ubiegły rok należał do Piotra Szumlewicza. Rok 2019 rozpoczął się dla niego od wstrząsu. Ktoś chce, aby przestał być związkowcem.

5 lutego na spotkaniu prezydium Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych będą ważyć się losy Piotra Szumlewicza. Członkowie tego organu mogą pozbawić go funkcji przewodniczącego Rady OPZZ Województwa Mazowieckiego. Dzieje się tak, ponieważ przewodniczący związku zawodowego Konfederacja Pracy, Michał Lewandowski postanowił usunąć Szumlewicza z swojej organizacji. Konfederacja Pracy jest związkiem zawodowym wchodzącym w skład OPZZ. Szumlewicz był dotąd członkiem jej komisji międzyzakładowej nr 01–007. Z jej ramienia był delegatem do rady powiatowej OPZZ, a potem wojewódzkiej.
20 grudnia ówczesny przewodniczący Konfederacji Pracy, Michał Lewandowski w imieniu zarządu związku dostarczył szefowi OPZZ Janowi Guzowi dokument, w którym informował, że Szumlewicz został pozbawiony członkostwa w związku. Dlaczego? Zarząd Konfederacji Pracy uznał, że zmiana miejsca pracy Szumlewicza, który do 30 czerwca był doradcą prezesa Guza, a od 1 lipca objął stanowisko szefa Rady województwa mazowieckiego OPZZ spowodowała, że automatycznie przestał on być członkiem komisji międzyzakładowej 01-007. Co za tym idzie – nie jest członkiem Konfederacji Pracy. Jeśli 5 lutego fakt ten zostanie potwierdzony przez prezydium OPZZ, Szumlewicz zostanie pozbawiony stanowiska szefa mazowieckich struktur związku. To będzie dla niego koniec działalności w centrali.
Ani przewodniczący, ani żadne z członków zarządu Konfederacji Pracy poinformował Szumlewicza o tym, że nie jest już członkiem KP. Działacz nie otrzymał żadnego pisma w tej sprawie.

Luźna rozmowa

Dopiero 22 stycznia do Szumlewicza zadzwonił Jarosław Czarnowski, członek komisji rewizyjnej Konfederacji Pracy. – Zapytał, czy moglibyśmy się spotkać 24 stycznia. Tak, żeby pogadać – wspomina Szumlewicz. – Spytałem, czy mam coś przygotować, jakieś papiery. Powiedział, że nie, bo to ma być taka luźna rozmowa – dodaje.
Spotkanie nie okazało się jednak ani luzackie, ani przyjemne. W sali z ponurymi minami siedziało dwóch innych członków komisji rewizyjnej. Czarnowski podstawił Szumlewiczowi pod nos jakiś dokument. Okazało się, że jest to pismo podpisane przez przewodniczącego Lewandowskiego, z którego wynika, że członkostwo Szumlewicza w KP w Konfederacji Pracy wygasło 30 czerwca. Działacz spojrzał na dokument i szybko wyłapał kilka nieprawidłowości. – Zwróciłem uwagę, że w piśmie są błędy, a on odpowiedział, że „to nic nie wnosi” – wspomina Szumlewicz. Chciał wezwać na salę któregoś ze swoich ludzi, jednak Czarnowski kategorycznie się temu sprzeciwił, oświadczając, że to on prowadzi spotkanie. – Niby pytał, co sądzę, ale właściwie to miało charakter przesłuchania, z którego nic nie miało wynikać – dodaje Szumlewicz.
Próbowałem skontaktować się z decyzyjnymi działaczami OPZZ i Konfederacji Pracy. Okazało się, że przewodniczący Jan Guz udał się na urlop. Telefonu nie odbierali również: przewodniczący Rady Branży Transport Leszek Miętek, przewodniczący organizacji międzyzakładowej 01-007 Marcin Wiśniewski, wiceszefowa OPZZ, która podpisała wniosek o rozpatrzenie sprawy Szumlewicza przez komisję rewizyjną Barbara Popielarz oraz Michał Lewandowski, przewodniczący Konfederacji Pracy, który podpisał decyzję o usunięciu działacza z KP. Jedyną osobą, która w ostatnich dniach stycznia była dostępna, okazał się Piotr Ostrowski, wiceprzewodniczący OPZZ i członek zarządu Konfederacji Pracy.
Najpierw porozmawiałem z nim przez telefon, a potem udałem się do siedziby OPZZ, składając mu wizytę z zaskoczenia. Wcześniej pukałem do gabinetów członków zarządu OPZZ. Nie zastałem nikogo. – Tu jest dzisiaj sarkofag, proszę pana – powiedziała mi jedna z pracownic budynku. – No zniknęli, wszyscy zniknęli – dodała.

Sprawy proceduralne

Ostrowski był jednak na miejscu i przyjął mnie bardzo miło. Kiedy zapytałem o przyczynę wygaszenia członkostwa Szumlewicza, zapewnił mnie, że chodzi wyłącznie o sprawy proceduralne. Z przejęciem i zaangażowaniem rozrysował mi zasady funkcjonowania organizacji międzyzakładowej w kontekście działania całego związku i centrali. Ze schematu wynikało, że Piotr Szumlewicz przestał być członkiem Konfederacji Pracy, bo przestał być pracownikiem OPZZ. A do organizacji międzyzakładowej nr 07-001, według Ostrowskiego mogą należeć jedynie pracownicy trzech podmiotów: OPZZ i Konfederacji Pracy rozumianych jako pracodawców oraz związanej z centralą Fundacji Wsparcie. Szumlewicz został w marcu 2018 roku przewodniczącym Rady OPZZ Województwa Mazowieckiego. Czy zatem przestał być pracownikiem OPZZ? Zdaniem Ostrowskiego – tak.
– W momencie, kiedy 30 czerwca 2018 roku skończyła mu się umowa o pracę w OPZZ, przestał być pracownikiem OPZZ, bo został pracownikiem rady wojewódzkiej, której organizacja międzyzakładowa nie obejmuje swoim zasięgiem. Przestał mieć prawo do posiadania mandatu – przekonywał Piotr Ostrowski.
Czy Szumlewicz, jako przewodniczący Rady nie jest jednak pracownikiem OPZZ? Wtedy ma prawo być nadal członkiem komisji międzyzakładowej 07-001, a więc i członkiem OPZZ.
Ostrowski wydaje się poirytowany kiedy o to pytam. Wyjaśnia mi podniesionym głosem, że to osobne podmioty. – Patrzmy na stosunek pracy. Jego pracodawcą jest prezydium rady wojewódzkiej, to osobny byt prawny, ma osoby NIP i REGON. Z punktu widzenia stosunku pracy nie pozostaje w żadnym stosunku prawnym z OPZZ – wskazuje.
Tymczasem art. 19. 1. statusu OPZZ mówi, że centrala „ma wojewódzkie i powiatowe lub międzypowiatowe struktury terytorialne”. Szumlewicz jest przewodniczącym jednej z nich. Zdaniem Ostrowskiego to za mało, by zachować mandat.
– Warto pamiętać o tym, że Piotr Ostrowski, wiceprzewodniczący OPZZ nie jest pracownikiem centrali, lecz jej organem statutowym, a więc on również powinien wylecieć, jeśli mnie się pozbywają w takim trybie. Jeśli byłoby tak jak mówi pan Ostrowski, to doszłoby do kuriozalnej sytuacji, w której żaden członek rady wojewódzkiej nie mógłby być członkiem Konfederacji Pracy, bo z automatu byłby wyrzucany – komentuje Piotr Szumlewicz. Co na to wiceprzewodniczący? Tłumaczy, że jego pracodawcą jest OPZZ. – Jestem pracownikiem OPZZ od 2006 roku. Wcześniej pełniłem funkcję dyrektora Wydziału Międzynarodowego OPZZ. Nieustannie zatem zachowuję ciągłość w ramach OM 01-007 – wyjaśnia Ostrowski. A pracodawcą Szumlewicza nie jest OPZZ? Nie, bo jego zatrudnia rada, która tym działaniem nie jest objęta.
– Całą drogę przez szczeble awansu Piotr Ostrowski przeszedł z mojej organizacji. A nikt go po drodze nie wyrzucił – ripostuje Szumlewicz.
Członkami organizacji 01-007 są również pracownik naukowy z UKSW oraz pracownica Fundacji Friedricha Eberta. Czy ich mandaty również zostaną wygaszone na posiedzeniu prezydium? – To bardzo ciekawa sprawa, Prezydium Zarządu Krajowego Konfederacji Pracy powinno się jej przyjrzeć – mówi zaskoczony Ostrowski. Czy w przypadku Szumlewicza gorliwość wynikała z tego, że piastuje on funkcję przewodniczącego rady wojewódzkiej? – Tak, w takich przypadkach musimy szczególnie uważać na zgodność statutową, to nie tylko kwestia zgodności ze statutem Konfederacji Pracy, także regulaminów OPZZ. Musimy przestrzegać prawa – przyznaje członek zarządu KP. A dlaczego Szumlewicz nie został poinformowany o wygaszeniu członkostwa? – To jest kwestia organizacji – Konfederacji Pracy. Piotr Szumlewicz powinien zastanowić się nad tym, dlaczego sam nie dostrzegł faktu, że jego mandat wygasł – mówi Ostrowski.
Dlaczego zaś Konfederacja Pracy przyjmowała składki od Szumlewicza, kiedy jego mandat podobno już wygasł? – Każdy może wpłacać składki na Konfederację Pracy. Może to zrobić sympatyk związku, czy każda osoba, która ma na to ochotę. Pan może to zrobić, może to zrobić premier Morawiecki – wyjaśnia wiceprzewodniczący OPZZ.

Piotr po prostu coś znalazł

Skontaktowałem się z Moniką Żelazik, przewodniczącą Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, bohaterką i symbolem walki o godne warunki pracy w polskich liniach lotniczych. Ona, jej koleżanki i koledzy oraz Piotr Szumlewicz walczyli ramię w ramię z wyjątkowo pewnym siebie, mającym poczucie bezkarności prezesem podczas strajku w LOT.
– Piotr to najbardziej zaangażowany działacz związkowy w Polsce – nie ma wątpliwości pracownicza liderka. – Bardzo dobrze przygotowany merytorycznie, pod względem wiedzy lotniczej zawsze kompetentny. Nie mogę o nim powiedzieć niczego złego – dodaje Żelazik.
Przewodnicząca nie wyobraża sobie OPZZ bez Szumlewicza. – Czułam, że można mieć do niego zaufanie podczas strajku w LOT. Nie tylko ja, wszyscy ci, którzy brali udział w strajku, ale również ci, którzy go nieformalne wspierali. Każda osoba, nawet te zatrudniona na śmieciówkach mogła od Piotra otrzymać pomoc, a także informacje na temat tego, na czym polega działalność w związku zawodowym, jak to jest być związkowcem, co daje umowa o pracę, jakie są atuty takiej formy zatrudnienia w odniesieniu prawnym i kodeksu pracy. Piotr jest w tej dziedzinie autorytetem wśród pracowników, ogromnym autorytetem. Nie ma drugiej osoby w OPZZ, która cieszy się takim zaufaniem z naszej strony!
Żelazik podkreśliła również, że w żadnym wypadku nie przeszkadza jej fakt, że Szumlewicz jest również dziennikarzem, co zdaniem Piotra Ostrowskiego miało być problemem dla niektórych pracowników. Jej zdaniem to jedynie podnosi jego kwalifikacje.

Dlaczego więc Szumlewicza nie chcą w OPZZ?

– Jest to jakaś koszmarna nieuczciwość. Wydaje mi się, że trafił w jakiś układ. Przypuszczam, że Piotr po prostu coś znalazł. Nie wiem, czy sam zdaje sobie sprawę, na jaki trop wpadł. Bardzo nie podoba mi się układ pana Szpikowskiego z panem Męciną [prawnikiem, doradcą Konfederacji Pracodawców Lewiatan – przyp. Portal Strajk]. Od momentu podpisania porozumienia przez pracowników LOT jesienią 2018, kiedy niebawem zaczęły się problemy w PPL, byliśmy cały czas pytani przez dziennikarzy, czy mamy coś wspólnego z przedsiębiorstwem Państwowe Porty Lotnicze. Miałam takie dziwne przeczucie, że ktoś chce wyczuć, na ile my w tym mocno siedzimy jako związek pracowników LOT – wspomina Żelazik.
– Jest to skandal na poziomie OPZZ i sprawa przegrana w sądzie przez centralę. Typowe działanie pozastatutowe, wolna amerykanka. Bardzo źle to zostało przygotowane, zrobił to wyjątkowo niezgrabnie – tak przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego ocenia sam fakt i styl wyrzucenia Szumlewicza z OPZZ. – Ostrowski sam mógłby być na wylocie, gdyż ma funkcję wiceprzewodniczącego w centrali – dodaje Żelazik. – Pozbawili go członkostwa, ale nie pozbawili go pozycji wiceprzewodniczącego, to jest blaga – śmieje się.
Bojowa działaczka nie ma dobrego zdania o ostatnich posunięciach kierownictwa OPZZ. – Warto pamiętać jak statutem OPZZ manipulują Guz, Miętek i Radzikowski. Stają się nieusuwalnym ciałem. Na 4 lutego pan Miętek zapowiedział omówienie na Rady Transportu OPZZ omówienie oceny pracy Piotra Szumlewicza jako przewodniczącego Rady OPZZ województwa mazowieckiego. W mailach rozesłanych do związkowców pan Miętek twierdzi, że mają wypracowane stanowisko w tej sprawie – opowiada działaczka. – Ja się pytam – na jakiej podstawie? Przecież nie mają żadnych danych, a te, chociażby te z negocjacji, są poufne. Jeśli ktoś może oceniać jego pracę, to raczej my, związkowcy z LOT, a my wystawiamy mu najwyższą ocenę. Do wystawiania takiej oceny nie są natomiast uprawnieni Guz, Miętek i Radzikowski.

Działacz z wizją

O opinię w sprawie Szumlewicza zapytaliśmy również działacza najbardziej bojowego związku zawodowego w Polsce. Jakub Grzegorczyk z Inicjatywy Pracowniczej przyznaje, że gdy zaczynał działalność w ruchu lewicowym i anarchistycznym, ok. 2000-2001 r., OPZZ był synonimem zachowawczej centrali, która skupiona była wyłącznie na obronie interesów osób w niej zrzeszonych. Nie przejawiała aktywności na polu walki o poprawę warunków pracy, nie przeciwstawiała się presji kapitału i elit politycznych. Co dopiero mówić o wizji czy spójnej krytyce rzeczywistości polskiej transformacji, stosunków pracy ukształtowanych po 1989 r. czy krytyce neoliberalnego, zglobalizowanego kapitalizmu. Zaangażowanie Piotra Szumlewicza w dużej mierze zmieniło OPZZ.
– To jego aktywność, wiedza i wypowiedzi publiczne w dużej mierze sprawiły, że OPZZ „ruszył się wreszcie” i zaczął przejawiać większą aktywność na polu konfliktu klasowego. Oczywiście w wielu kwestiach się z Piotrem fundamentalnie nie zgadzam, uważam, że zbytnią wagę przywiązuje on do wypranej z treści idei „dialogu społecznego”, czy zbyt mocno wierzy w rolę państwa jako mediatora w konflikcie klasowym. Niemniej jest to działacz, któremu nie sposób mu odmówić zaangażowania i wizji, której w OPZZ przez lata nie było, poza kolejnymi aktami kapitulacji przed żądaniami biznesu i nieśmiałymi prośbami o nieznaczne podwyżki w tej czy innej branży – podkreśla Grzegorczyk. – Największy szacunek mam do niego za zaangażowanie we wsparcie strajku w LOT – formalnie to nie jego organizacja związkowa go prowadziła, nie był to strajk „w jego branży”, a mimo to był na każdym proteście, każdego dnia i dwoił się i troił, żeby pomóc strajkującym. Takie zaangażowanie rzadko się w polskim ruchu związkowym zdarza i jest to jedna z przyczyn, dla których jest on tak słaby – podsumowuje Grzegorczyk.
W samych superlatywach o Szumlewiczu mówi również Jakub Pietrzak z Sojuszu Lewicy Demokratycznej. – Stanowił on i stanowi nadal wzór demokratycznego, ideowego związkowca – przyznaje działacz warszawskiej lewicy. Jest przekonany, że Szumlewicz jest po prostu dla pewnych grup groźny. – Jest, był i będzie nienawistnie odbierany przez korwinistów, neoliberałów, a też narodowców. Szczególny wymiar tego hejtu zapoczątkowały, raczkujące wtedy jeszcze, prawicowe profile społecznościowe. Dzisiejsze pełnoprawne fabryki hejtu i fake newsów – dodaje Pietrzak.

Niewygodny konkurent?

Przewodniczący mazowieckiego OPZZ podkreśla, że jego relacje z Janem Guzem zaczęły się psuć już wtedy, gdy rozpoczął działalność na poziomie zakładowym. Tak, jakby szef wielkiego związku czuł poważną konkurencję. – Innym czynnikiem, który pogorszył moje relacje z Janem Guzem i władzami centralnymi były wybory w 2015 roku. Wydaje mi się, że mój konsekwentny sprzeciw wobec rządów Prawa i Sprawiedliwości budził niechęć Guza, a tym bardziej Leszka Miętka, który bywał w Telewizji Trwam – akcentuje Szumlewicz – Moja praca w centrali i zarazem umowa na czas określony skończyła się tuż po objęciu przeze mnie funkcji przewodniczącego struktur mazowieckich. Decyzja o zakończeniu współpracy została podjęta przez Guza – dodaje.
Decyzji o wygaszeniu mandatu Szumlewicza do wiadomości nie przyjmuje również Prezydium Rady OPZZ województwa mazowieckiego, a więc organ, który jako jedyny ma prawo oceniać pracę przewodniczącego. „W kontekście wszystkich powyższych faktów okazuje się, że decyzja o usunięciu Piotra Szumlewicza z Konfederacji Pracy poważnie narusza standardy proceduralne i jest w niej mnóstwo nieprawidłowości. Jest ona też sprzeczna z art. 13, pkt 5 statutu Konfederacji Pracy, zgodnie z którym każdy członek Konfederacji Pracy ma obowiązek „przestrzegać zasad związkowej solidarności, wzajemnego poszanowania i koleżeńskiej pomocy” – czytamy w piśmie Prezydium do przewodniczącego OPZZ.
– Uzasadnienie usunięcia mnie z Konfederacji Pracy zawiera tak wiele błędów, że chyba dla nikogo nie ulega wątpliwości, że nie chodziło o kwestie statutowe – mówi stanowczo Szumlewicz. – Tu nie chodzi o statut, na jego podstawie nie da się mnie wyrzucić ze związku. Najwyraźniej stałem się dla kogoś niewygodny. Moim zdaniem chodzi przede wszystkim o moje działania w transporcie lotniczym, które od wielu tygodni są nieakceptowane przez część władz OPZZ, oraz o dążenie do transparentności finansowej, co szczególnie przeszkadzało przewodniczącemu Konfederacji Pracy. Być może chodziło też o moje pytania na temat finansów OPZZ zadawane na radzie całej centrali.
Związkowiec nie kryje goryczy, wręcz złości z powodu postawy ludzi, którzy powinni wspólnie z nim bronić praw pracowników.
– Postawę władz Konfederacji Pracy i szefostwa OPZZ oceniam nagannie. Decyzja o usunięciu mnie z KP została podjęta w sposób skandaliczny, nawet bez poinformowania mnie o tym. Tak postępują najbardziej nieuczciwi pracodawcy – mówi stanowczo. – To działanie bezprawne, niekoleżeńskie i antyzwiązkowe. Kierownictwo OPZZ powinno natychmiast reagować w takiej sytuacji, stając po stronie związkowca i zarazem lidera regionalnego. Tymczasem przedstawiciel władz centralnych był jedną z osób, która poparła pozbawienie mnie członkostwa w związku. Myślę, że ta sytuacja to bardzo ważny test dla OPZZ. Osoby odpowiedzialne za tę hucpę powinny ponieść konsekwencje swoich czynów – kwituje Szumlewicz.
Co zamierza dalej robić przewodniczący mazowieckiego OPZZ? – Będę walczyć ze względu na moje wspólne działanie z ludźmi pracy zrzeszonymi w OPZZ, ze względu na to, że wspólnie robimy kawał dobrej, związkowej roboty i że złożyłem pewne deklaracje moim przyjaciołom z mazowieckich związków, których chciałbym dotrzymać. Ale zarazem coraz więcej związkowców, w tym ja, uważa, że OPZZ musi się zmienić, jeżeli mamy w nim działać, że nie może być takich brudnych akcji jak ta, która obecnie jest podejmowana przeciwko mnie – zapewnia Szumlewicz.

List do Z. Ziobry

Panie Ministrze!

Wielokrotne prośby Związku Zawodowego Tłumaczy Przysięgłych w Polsce o rozpoczęcie z Panem rozmów na temat podwyższenia wynagrodzeń za czynności tłumaczy przysięgłych nie zostały rozpatrzone pozytywnie. Związek Zawodowy Tłumaczy Przysięgłych w Polsce jest członkiem Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych i dlatego jako przedstawiciel OPZZ apeluję o pilne rozpoczęcie rozmów na temat zmiany Rozporządzenia z dnia 24 stycznia 2005 r. w sprawie wynagrodzenia za czynności tłumacza przysięgłego (Dz. U. z dnia 26 stycznia 2005 r.).
Jednocześnie pragniemy zwrócić uwagę na fakt, że w żadnym przepisie nie zostały określone terminy wypłat wynagrodzenia, a tłumacze przysięgli często oczekują na swoje wypłaty kilka, a nawet kilkanaście miesięcy. Opóźnienia wynagrodzeń negatywnie wpływają na jakość współpracy tłumaczy z organami wymiaru sprawiedliwości, jako że zlecające tłumaczenia organy nie są związane żadnym terminem, zaś tłumaczom często wyznacza się krótkie terminy na wykonanie ich czynności. Liczymy zatem na pilne zaproponowanie terminu rozpoczęcia rozmów w sprawie zmiany przepisów dotyczących wynagradzania tłumaczy przysięgłych oraz innych przepisów związanych z ich działalnością.

Znowu konflikt w PLL LOT

Prezes PLL LOT, Rafał Milczarski po raz kolejny naruszył zaufanie strony związkowej i złamał zapisy porozumienia zawartego 1 listopada bieżącego roku.

 

Strona pracodawcy, w tym przedstawiciel Prezesa Rady Ministrów, naciskała wtedy na uspokojenie sytuacji i utrzymanie pokoju społecznego i medialnego przez najbliższe dwa lata. Mimo to w świątecznym numerze pisma „Kalejdoskop” czytanego we wszystkich samolotach PLL LOT we wstępniaku prezesa można przeczytać: „Dla LOT – kończący się rok to czas rozwoju floty, siatki połączeń i wypracowywania zysku. Szkoda, że oprócz wielu znaczących osiągnięć zdarzały się w nim również chwile trudne, jak nielegalny strajk dwóch związków zawodowych”. To nie tylko formuła konfrontacyjna i sprzeczna z pokojem społecznym, ale też niezgodna z prawdą, ponieważ sąd okręgowy oddalił wniosek PLL LOT o uznanie nielegalności strajku.
Dlatego dwa największe związki zawodowe działające w firmie poinformowały premiera Mateusza Morawieckiego o zaistniałej sytuacji, pisząc o perspektywie zerwania rozmów na skutek działań prezesa. Jednocześnie związkowcy zwrócili się do prezesa Milczarskiego z wezwaniem do naruszenia dóbr osobistych związków zawodowych, zaprzestania rozpowszechniania nieprawdziwych informacji, szkalowania i utrudniania legalnej działalności związkowej w PLL LOT SA, a także usunięcia skutków dokonanego naruszenia
Zdaniem Rady mazowieckiej OPZZ działalność prezesa spółki stanowi zagrożenie dla obecnie prowadzonych rozmów i podważa wiarygodność pracodawcy. Jednocześnie to kolejny dowód na niezdolność Rafała Milczarskiego do sprawnego zarządzenia firmą. Prezes nie potrafi prowadzić partnerskich rozmów, nie umie zdobyć zaufania załogi, prowokuje i intensyfikuje konflikty, wprowadza w błąd opinię publiczną. Tacy ludzie nie powinni pełnić kierowniczych stanowisk i dlatego po raz kolejny apelujemy do pana Premiera o jego dymisję.

Głos lewicy

Cenzura?

 

Skarży się na nią Piotr Szumlewicz z OPZZ:

Trwa sprawa sądowa Polskich Linii Lotniczych LOT przeciwko mnie i portalowi interia.pl. Okazuje się, że nie tylko Narodowy Bank Polski, ale też PLL LOT dąży do cenzury i zamknięcia ust krytykom. Spółka skarbu państwa, podobnie jak NBP, chce też usunięcia materiału medialnego, w którym krytykuję firmę.
15 października odebrałem pozew od PLL LOT o ochronę dóbr osobistych, w którym firma domaga się ode mnie i portalu interia.pl kwoty 200 tys. zł. PLL LOT pozwał mnie za to, że od wielu tygodni nagłaśniam patologie mające miejsce w spółce związane przede wszystkim z łamaniem praw pracowniczych, zwolnieniem dyscyplinarnym liderki związkowej, spadkiem bezpieczeństwa lotów, wzrostem skali opóźnień. Sąd okręgowy odrzucił wniosek prawników PLL LOT, w którym domagali się oni zabezpieczenia pozwu w postaci usunięcia z sieci mojego nagrania. Firma się odwołuje. Wniosła zażalenie, a 4 grudnia do sądu wpłynęło kolejne pismo w tej sprawie, w którym prawnicy PLL LOT ponownie domagają się usunięcia spornego materiału w ramach zażalenia, kwestionując argumenty pozwanych dotyczące m.in wolności słowa i prawa do krytyki.
Oczywistym celem działań PLL LOT jest zamknięcie ust krytykom tak, aby każdy, kto krytykuje działania narodowego przewoźnika lotniczego, bał się procesu. Dzieje się tak w czasie, gdy wyszło na jaw wiele patologii w funkcjonowaniu firmy, a głosy krytyczne zostały potwierdzone między innymi wnioskami Państwowej Inspekcji Pracy. Kilka dni temu sąd okręgowy nakazał też zapłacić firmie 25 tys. za bezprawne zwolnienie Moniki Żelazik. Trwa postępowanie związane z funkcjonowaniem spółek córek PLL LOT – LOT CREW i LOT CABIN CREW, które zdaniem PIP są niezarejestrowanymi agencjami zatrudnienia. Zamiast pozywać krytyków, PLL LOT powinny zadbać o wyższą jakość usług i przestrzeganie praw pracowniczych.

 

 

„Trójki” precz!

 

Otwarte Klatki naciskają na hotele, by nie wspierały chowu klatkowego:

Marriott, który jest obecnie największą na świecie firmą hotelarską, wydał w 2013 roku oficjalne oświadczenie o całkowitej rezygnacji z jaj klatkowych do końca 2015 roku. Niestety pomimo faktu, że wycofywanie się ze wspierania hodowli klatkowej jest obecnie ogólnie przyjętym standardem jakości, Marriott nie wywiązał się ze swojej deklaracji. Setki firm na całym świecie odcinają się od hodowli klatkowej, a konsumenci coraz częściej zwracają uwagę na podejście danej firmy do kwestii dobrostanu zwierząt przy podejmowaniu codziennych wyborów zakupowych.

Głos lewicy

Skandaliczny wyrok

Piotr Szumlewicz, przewodniczący Rady OPZZ województwa mazowieckiego, informuje:

Z oburzeniem przyjęliśmy dzisiejsze postanowienie sądu zakazujące akcji strajkowej w Polskich Liniach Lotniczych LOT. To brutalny cios w konstytucyjne prawo do strajku. Sąd okręgowy podjął decyzję w błyskawicznym postępowaniu, nie zapoznając się nawet z argumentami strony związkowej ani nie informując jej o procesie. Związki zawodowe poznały wyrok z maila przesłanego przez pracodawcę. Jednocześnie postanowienie sądu stoi w sprzeczności z niedawnym postanowieniem sądu wyższej instancji. Trudno pojąć, dlaczego sąd zdecydował się na ponowne zajęcie się tą samą sprawą, chociaż nie pojawiły się w niej żadne nowe okoliczności. Tryb procedowania sądu jest bulwersujący i może budzić poważne wątpliwości odnośnie jego bezstronności, tym bardziej, że PLL LOT jest spółką pod bezpośrednim nadzorem premiera, Mateusza Morawieckiego. W decyzji sądu pojawiły się fragmenty argumentacji zarządu PLL LOT, a na dodatek są w nim te same błędy, które były w orzeczeniu z kwietnia – przykładowo, w wielu miejscach zamiast związków zawodowych w „PLL LOT” mamy związki w „PPL LOT”. Ponadto decyzja sądu została podjęta 21 września, a tymczasem 24 września odbyło się posiedzenie Rady Dialogu Społecznego, podczas którego przedstawiciele zarządu PLL LOT oraz Prezesa Rady Ministrów mówili o warunkach porozumienia w firmie, nie wspominając o postanowieniu sądu. Czyżby więc nawet premier polskiego rządu nie był wtajemniczany w sprawę przez zarząd podległej sobie spółki?

Jednocześnie zarząd PLL LOT wciąż lekceważy wskazane przez Państwową Inspekcję Pracy przykłady łamania prawa pracy, wciąż mobbinguje i zastrasza związkowców, wciąż promuje sprzeczne z prawem pracy niestandardowe umowy, nie przejmuje się sygnałami o pogarszającej się jakości bezpieczeństwa lotów, nie robi nic z radykalnym wzrostem opóźnionych i odwołanych lotów.

Związki zawodowe zrzeszone w PLL LOT analizują wyrok sądu, natomiast warto przypomnieć, że na posiedzeniu Rady Dialogu Społecznego przedstawiciel rządu przyznał, że premier i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego są w posiadaniu materiałów dotyczących sytuacji w spółce i je analizują. Biorąc pod uwagę bulwersującą skalę nieprawidłowości w firmie, wciąż liczymy na interwencję premiera i uratowanie PLL LOT przed katastrofą, jak też przed akcją strajkową.

 

PiS się wycofa

– Decyzje dotyczące zachowania porządku konstytucyjnego w sądownictwie będzie musiała zostać podjęta – powiedział Jerzy Wenderlich w programie „Woronicza 17.

– Wiele rzeczy PiS odmienił chociaż wcześniej politycy tej partii mówili, iż ich nie zmienią swej decyzji: Puszcza Białowieska – siekiery odłożone; ustawa o IPN – po blamażu wycofanie się ze stanowiska – przypomniał polityk SLD.

– W kwestii sądownictwa PiS też się wycofa – zapowiedział Wenderlich.

 

Spotkanie we Wrocławiu

Ponad 50 osób przybyło na spotkanie, zorganizowane przez wrocławskie Stowarzyszenie Pokolenia z kandydatem na prezydenta Wrocławia Jackiem Sutrykiem. Jacek Sutryk jest kandydatem popieranym przez obecnego prezydenta Dutkiewicza, SLD i Koalicję Obywatelską. Byli kandydaci do Rady Miejskiej i Sejmiku Dolnośląskiego. Sam kandydat określił tę koalicję jako wyjątkową na skalę kraju. Oto środowiska, które niekoniecznie do tej pory politycznie się lubiły, teraz, dla dobra miasta, zjednoczyły się…. Jestem przeciwny dzieleniu obywateli miasta na lepszy i gorszy sort. Jestem przeciwny zabieraniu obywatelom emerytur i co najważniejsze, godności….. Było ciekawe wystąpienie o planach kandydata dotyczących rozwoju miasta. Były pytania, były odpowiedzi. Była przede wszystkim chemia pomiędzy kandydatem, a uczestnikami, choć nie brakowało pytań zaczepnych, ale nie czepialskich. Świetne spotkanie, głosy uczestników spotkania na kandydata murowane. Jestem o tym przekonany – relacjonuje na Fb Czesław Cyrul.

Wątpliwy postulat

Rafał Woś, jak zwykle nieco prowokacyjnie, sugeruje lewicy wyjście z postulatem 1000 złotych dla każdego. I do tego radzi się spieszyć, zanim… po ów postulat sięgnie PIS, tą drogą po raz kolejny zjednując sobie społeczną przychylność licznych grup obywateli. Mam w tym względzie inny pogląd. I choć uważam, że istotnie, lewica powinna bazować na odważnym i wyrazistym programie polityki społeczno-ekonomicznej, to bynajmniej niekoniecznie w formie postulatów typu nowe 500+ czy 1000+. Z argumentacją Rafała Wosia można polemizować na płaszczyźnie merytoryczno-ideowej jak i polityczno-taktycznej.

 

Projekt bezwarunkowego dochodu podstawowego, choćby w wysokości 1000 złotych dla każdego jest propozycją kuszącą, ale i też niewolną od kontrowersji czy przynajmniej znaków zapytania. Przekonująco obiekcje wobec zbyt hurraoptymistycznego przywiązywania się części lewicy do tej koncepcji zestawił swego czasu na łamach „Bez dogmatu” Piotr Szumlewicz.

Koncepcja BDP ma wiele zalet i jest atrakcyjna. Na polskim podwórku doczekała się tak wytrawnych propagatorów prof. Ryszard Szarfenberg czy dr Maciej Szlinder, autor wydanej ostatnio książki „ Bezwarunkowy dochód podstawowy. Rewolucyjna reforma społeczeństwa w XXI wieku”, a także dość aktywnej zwłaszcza w poprzedniej kadencji parlamentu wielonurtowej koalicji rzeczniczej na rzecz tego rozwiązania w Polsce. Nie należy tego lekceważyć. Na lewicy powinna toczyć się pluralistyczna debata na temat tejże nośnej w światowym obiegu społecznym koncepcji (gdzieniegdzie pilotażowo wprowadzanej nawet w życie). Warto toczyć dyskusję nie tylko na temat, czy w ogóle wprowadzić to rozwiązanie, ale na jakich zasadach i w jakiej wysokości oraz w jakiej relacji do innych elementów systemu społeczno-ekonomicznego. Czym innym jest jednak dyskusja, a czym innym robienie z BDP jednego z centralnych haseł politycznych, być może wyborczych. Czy aby na pewno jesteśmy uzbrojeni w przekonujące argumenty, by obronić pomysł nawet przed wewnątrzlewicową krytyką (jak choćby ta ze strony Piotra Szumlewicza), a co dopiero zewnętrzną, ze strony środowisk nieprzechylnych radykalnej zmianie społecznej, jaką miałby nieść ten instrument?

 

Kosztem publicznych usług?

Jest wiele pytań, które nasuwają się już na starcie i które z lewicowego punktu widzenia nie powinny być zbywane czy odkładane na później. Ot, choćby jak BDP wpłynie na rozwój i możliwości finansowania usług publicznych. Zakładając nawet, że wprowadzenie tego bądź co bądź kosztownego instrumentu nie doprowadziłoby do cięć w innych, usługowo-instytucjonalnych segmentach polityki społecznej ( co bynajmniej nie jest oczywiste), mogłoby to jednak zahamować możliwości ich dalszego rozwoju i dofinansowania.

Pamiętajmy, że wiele dziedzin polityki społecznej, jak opieka zdrowotna, szeroko rozumiana pomoc społeczna, opieka długoterminowa nad osobami niesamodzielnymi i sędziwymi czy aktywna polityka rynku pracy przy udziale publicznych służb zatrudnienia to dziedziny, które w relacji do PKB są mniej lub bardziej niedoinwestowane. Czy wprowadzenie choćby potrzebnego instrumentu, który jednak stanowiłby pokaźny procent PKB nie będzie stanowić nowego ograniczenia? Niektóre szacunki mówią nawet o wydatkowaniu na dochód gwarantowany ¼ PKB, czyli więcej, niż idzie obecnie na całe dotychczasowe zabezpieczenie razem wzięte.

Przecież BDP nawet na poziomie 1000 złotych nie uczyni usług opiekuńczych zbędnymi ani takimi, na których będzie można sobie troszkę oszczędzić. Wprowadzenie go samo w sobie nie wyklucza rozwoju polityki społecznej na innych odcinkach, za czym zresztą opowiadają się czołowi zwolennicy tego rozwiązania w Polsce, ale możliwości realizacji tych zamierzeń mogą stopnieć. A z socjaldemokratycznej perspektywy zawsze kluczowym narzędziem rozwoju były jednak wspólnotowe narzędzia, jak dobrze zorganizowana i włączona w proces kształtowania stosunków pracy (np. poprzez układy zbiorowe) partycypacja i reprezentacja pracownicza oraz różnorodne usługi na rzecz obywateli o charakterze publicznym.

Powtórzę to, co już pisałem o programie 500+: bezpośrednie transfery finansowe, choćby adresowane na zasadzie powszechności, stanowiły raczej – nieprzypadkowo – uzupełnienie systemu niż jego podstawę. Pomysł, by za punkt wyjścia uznać postulat 1000 złotych na każdego jawi mi się jako odwrócenie tej proporcji. Szeroko dostępne programy transferowe mają niewątpliwy walor w kontekście jednostkowej podmiotowości, godności i emancypacji, ale wydaje mi się, że dla lewicy (przynajmniej tej socjaldemokratycznej, z której duchem najsilniej się utożsamiam) równie ważne jest budowanie wspólnoty oraz sprawiedliwych i niewykluczających relacji w jej ramach. A tu programy pieniężne, nawet te uniwersalne, mają ograniczony potencjał w porównaniu z rozwiązaniami usługowo-instytucjonalnymi.

 

Czy PIS zaproponuje BDP? Wątpliwe

Pozostałe powody mojej polemiki z tekstem Rafała Wosia są bardziej polityczno-taktycznej natury. Argumentacja jego wydaje się podszyta przekonaniem, że Prawo i Sprawiedliwość może w tej materii lewicę ubiec, więc nie ma co hamletyzować i zwlekać. Taki scenariusz nie wydaje mi się w najbliższym czasie zbyt prawdopodobny, a nawet gdyby się ziścił, nie wiem, czy PIS byłby w tym względzie aż tak wiarygodny. Sukces 500+, a ostatnio program „ Dobry start”, czyli inaczej wyprawka 300+, nieco uwiarygadniają rządzącą formację i uprawdopodabniają możliwość zrobienia kroku dalej. Z drugiej jednak strony, protest niepełnosprawnych i opiekunów zrobił swoje, a ów wpływ wykracza poza kwestię zabezpieczenia tej grupy.
Władza pokazała, że nie jest gotowa spełnić każdego oczekiwania socjalnego, nawet wobec grupy, której racje i problemy zyskały duże poparcie dużej części społeczeństwa. Czy stały za tym ograniczenia finansowe czy brak woli wydania środków na ten cel, przynajmniej w formie, jakiej oczekiwali protestujący, faktem pozostaje, że rząd stawił opór. Jak zatem przekonać opinię społeczną do rozwiązania znacznie bardziej kosztownego i też bardziej społecznie kontrowersyjnego, kiedy dopiero co odmówiło się mniejszych pieniędzy dalece węższej i jednoznacznie pokrzywdzonej grupie?

 

Złożone źródła prawicowego sukcesu

Poza tym poruszamy się w paradygmacie licytowania się z władzą, kto da więcej. Stoi za tym pewnie – według mnie nie do końca trafna – diagnoza, że Prawo i Sprawiedliwość odniosło wyborczy sukces głównie za sprawą nośności hasła 500+. Skoro wtedy zaproponowano najdalej idący program socjalny, pokonać rządzącego przeciwnika należałoby, proponując jeszcze więcej. To fałszywe rozpoznanie.

Jeśli cofniemy się do 2015 okazuje się, że Prawo i Sprawiedliwość na poziomie zapisanego programu wcale nie wyróżniało się jakoś znacząco np. względem programu Zjednoczonej Lewicy czy Razem, które przecież też miały wiele odważnych społecznie postulatów. Jeśli chodzi o sam program 500+, jeszcze po wygranych wyborach nie było pewne czy, kiedy i w jakim kształcie wejdzie w życie. Program faktycznie umocnił wiarygodność partii, ale po przejęciu władzy i jego realizacji. Na sukces wyborczy pracowały także inne czynniki, jak uogólniony nimb partii prospołecznej, a także czynniki, wykraczające poza sprawy społeczno-ekonomiczne ( np. umiejętne rozhuśtanie lęków na tle kryzysu uchodźczego oraz wykorzystanie, a może i wzbudzenie w społeczeństwie poczucia zagrożenia i potrzeby władzy silnej ręki).

Nie należy lekceważyć podłoża społeczno-ekonomicznego dla dzisiejszej popularności w Polsce i w Europie skrajnie prawicowego autorytaryzmu, ale źle byłoby patrzeć na te zależności w sposób mechaniczny. Przeświadczenie, że duża część społeczeństwa poprze tego, kto szerzej i bardziej hojnie zrealizuje programy transferowe, wydaje mi się zahaczać o paternalizm wobec ludzi, którzy są w trudniejszej sytuacji i zależni od społecznej polityki państwa. Tak się składa, że mam dużo w życiu osobistym i pracy do czynienia z ludźmi doświadczającymi na co dzień zagrożenia wykluczeniem socjalno-ekonomicznym i wiem, że te osoby wcale nie myślą o tym w taki prosty sposób. Oni oczekują wieloaspektowej opiekuńczości i wsparcia, zrozumienia dla problemów, z którymi się mierzą i pomocy w ich przezwyciężaniu, z ich udziałem. Wyższe i/lub bardziej dostępne świadczenia pieniężne mogą być tego wyrazem, ale tylko jako część szerszego pakietu, a nie najwyższa wartość sama w sobie.

Dlatego jeśli miałbym coś sugerować opozycji, zwłaszcza tej lewicowej, nie rekomendowałbym szukania św. Graala, który da się uchwycić przy pomocy nośnego hasła politycznego. Bardziej zalecałbym strategię rozpoznawania wielu obszarów problemowych, wspieranie i uruchamianie mobilizacji grup, które ich doświadczają oraz szukanie dla nich wspólnej platformy w ramach większego projektu politycznego opartego na wartościach, regułach i mechanizmach, pozwalających na mierzenie się z tymi problemami.

Głos lewicy

Bezrobocie na Mazowszu

Piotr Szumlewicz podaje na stronie OPZZ:
Główny Urząd Statystyczny przedstawił dane dotyczące stopy bezrobocia rejestrowanego w maju 2018 r. Dane dotyczą między innymi województwa mazowieckiego.
W urzędach pracy na Mazowszu w maju bieżącego roku zarejestrowanych było 144,2tys. bezrobotnych, a stopa bezrobocia wynosiła 5,2 proc.. W skali kraju poziom bezrobocia wynosił w maju 6,1 proc.. W stosunku do maja ubiegłego roku stopa bezrobocia w całym kraju zmniejszyła się o 1,2 pkt proc., czyli tyle samo, co w województwie mazowieckim.

Kuriozum

Piotr Kusznieruk na Facebooku: Dlaczego ksiądz święci szpitalny akcelerator? Ani to normalne, ani błahostka. Wydarzenie to miało miejsce w Lublinie. Ale jest to jedne z tysiąca takich jakie ma miejsce w Polsce przez ostatnie 28 lat. Święci się drogi, sale, klapy do studzienek kanalizacyjnych radiowozy oczyszczalnie ścieków i rożne inne rzeczy, kupowane przez rząd, lub samorząd. Robi się to publicznie, w otoczeniu rządzących, pracowników, dziennikarz i obywateli. Wydarzenie to z Lublina jest akurat podobne do wszystkich i inne od wszytkich. Podobne bo jest to kolejne święcenie a różne bo urządzenie służy między innymi do badań prenatalnych, których kościół nie popiera. Wiec po co to święcenie? Dlaczego kościół to robi – skoro nie popiera. Można oczywiście uważać, że to normalne, albo puszczać oko i udawać, że nic się nie dzieje. Moim zdaniem jednak trzeba sobie wreszcie powiedzieć, że ani to normalne, ani taka znowu błahostka i poważnie zastanowić się, dlaczego władze publiczne to robią. W czasie pracy i za publiczne pieniądze w świeckiej instytucji? Pytanie to jest oczywiste w kontekście pragmatyki administracji publicznej i dyscypliny finansów publicznych. Pierwsza możliwość jest taka, że dyrekcja szpitala i władze województwa, którym ten szpital podlega, naprawdę wierzą, że poświęcenie akceleratora będzie miało wpływ na jego działanie, że dzięki temu nie będzie się psuł albo będzie dłużej działał i skuteczniej pomagał pacjentom. Niezrozumiała jest postawa kościoła który święci coś co nie jest z ich „bajki”(na miejscu świecącego raczej bym to popsuł działając z misją katolicką). Druga możliwość jest zupełnie innej natury – dyrekcji szpitala i władzom województwa do głowy nawet nie przychodzi, że jakiekolwiek wydarzenie w podległej im instytucji może się obejść bez religijnego rytuału. Niewątpliwie świadczy to o stanie umysłu osób podejmujących takie decyzje. I pokazujących to publicznie. Czy te osoby święcą każdy mebel jaki kupią do domu? Czy chodzi tylko o pokazówkę i pieniądze dla kościoła?.

Brońmy zwolnionej działaczki związkowej!

Rada OPZZ województwa mazowieckiego i Związek Zawodowy Personelu Pokładowego i Lotniczego zapraszają na pikietę, która odbędzie się w środę, 13 czerwca o 16.30 przy ul. 17 Stycznia 49.

 

Podczas demonstracji wspólnie wyrazimy sprzeciw wobec dyscyplinarnego zwolnienia przewodniczącej ZZPPiL, Moniki Żelazik przez zarząd Polskich Linii Lotniczych LOT. Uważamy, że zarzuty wobec Żelazik są bezpodstawne i stanowią część nagonki na związki zawodowe, która od wielu tygodni trwa w PLL LOT. Prezes spółki, Rafał Milczarski zarzuca Żelazik działania na niekorzyść spółki, psucie jej wizerunku, jak też stwarzanie niebezpieczeństwa dla pasażerów. Za wskazywanie nieprawidłowości w funkcjonowaniu firmy, walkę o wyższe standardy bezpieczeństwa i lepsze warunki pracy nie powinno się karać, a raczej nagradzać. Narodowy przewoźnik powinien szczególnie dbać o standardy bezpieczeństwa i jakość pracy pracowników. Ponadto prawo pracy nie przewiduje kar dla pracowników za informowanie opinii publicznej o tym, że są oni niezadowoleni z warunków pracy, zaś groźby i szykany wobec związków zawodowych są sprzeczne z Konstytucją RP i ustawą o związkach zawodowych. Zarząd PLL LOT nie tylko nie dba o godne warunki pracy, ale też łamie podstawowe prawa pracownicze i dąży do zastraszenia związków zawodowych, których działanie stanowi ważny element demokratycznego państwa prawa. Dlatego apelujemy o natychmiastowe przywrócenie do pracy zwolnionej dyscyplinarnie działaczki. Wspólnie pokażemy, że nie godzimy się na prześladowania związkowców!
(…) W imieniu Rady OPZZ województwa mazowieckiego zdecydowanie popieram działania związkowców PLL LOT. Celem akcji związków zawodowych jest dobra zmiana w transporcie lotniczym. Rozwiązania przyjęte przez zarząd PLL LOT są szkodliwe dla pracowników i niebezpieczne dla pasażerów. Personel lotniczy obciążany jest coraz większą liczbą obowiązków, których nie powinny wykonywać stewardessy czy kapitanowie. Związkowcy protestują przeciwko umowom śmieciowym w branży i oszczędnościom dokonywanym kosztem bezpieczeństwa pasażerów.