Gorycz złocistego trunku

Branża piwna zawsze z bardzo głęboką niechęcią witała jakąkolwiek podwyżkę akcyzy na swój produkt. Tym razem słowa krytyki z jej strony mogą mieć jednak pewne uzasadnienie.

Producenci piwa w Polsce nader krytycznie przyjęli rządowy projekt podniesienia akcyzy na ten trunek o 10 proc. od przyszłego roku.
Podkreślają oni, że obecna stawka akcyzy od piwa w Polsce wynosi 22 euro za hektolitr i jest niemal 240 proc. wyższa od stawki w Niemczech (9,4 EUR/hl), 50 proc. wyższa niż w Czechach (14,69 EUR/hl) i 28 proc. wyższa od stawki akcyzy na Słowacji (17,22 EUR/hl).
Polska jest trzecim w Europie producentem piwa i jednocześnie największym płatnikiem akcyzy w naszym regionie. Od piwa produkowanego w Polsce do budżetu państwa wpływa 829,4 mln euro rocznie, co jest kwotą o 25 proc. wyższą niż w przypadku Niemiec, gdzie produkcja piwa jest ponad dwukrotnie większa.

Kupią za granicą?

Zdaniem producentów, dalsze podnoszenie akcyzy na piwo w Polsce spowoduje spadek konkurencyjności trunku produkowanego w naszym kraju wobec piwa z rynków ościennych, wzmagając tym samym jego niekontrolowany import. A przepisy unijne dają taką możliwość – każdy może przewieźć z zagranicy na swój użytek 110 litrów piwa. Podobna sytuacja miała miejsce na rynku estońskim, powodując załamanie lokalnego rynku piwa.
W związku z tym Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego Browary Polskie ostrzega, że podwyżka akcyzy o 10 proc. spowoduje wzrost cen piwa, spadek sprzedaży, niższe od zakładanych wpływy budżetowe oraz ryzyko utraty miejsc pracy związanych z produkcją i sprzedażą piwa w Polsce. Słowem – niemal kataklizm.
Związek dodaje, że rządowy projekt ustawy podnosi stawkę akcyzy od piwa w wysokości ponad 3-krotnie wyższej niż pierwotnie projektowano. I w dodatku z pominięciem konsultacji społecznych. Zgodnie z projektem budżetu państwa na rok 2020, przyjętym we wrześniu przez Radę Ministrów, akcyza od piwa miała wzrosnąć o 3 proc. od 2020 r. Zmiana akcyzy w tej wysokości ujęta była także w przyjętym przez Radę Ministrów w kwietniu Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2019 – 2022.

Era wyższych kosztów

„Podwyżka akcyzy w stopniu większym niż zaplanowana dotychczas doprowadzi do radykalnego zmniejszenia wpływu gospodarczego branży. Wzrost stawki będzie czynnikiem blokującym rozwój kategorii piwnej” – tłumaczy ZPPPBP.
Ogłoszony teraz wzrost akcyzy przypada na czas, w którym branża piwowarska – jak zresztą cała wytwórczość w Polsce – musi radzić sobie z większymi kosztami pracy oraz droższymi surowcami i energią. Wyższe koszty przerzuca na klientów poprzez wyższe ceny, ale to nie jest proste.
„Kumulacja kosztów w tym samym czasie może doprowadzić do stagnacji, a nawet załamania branży piwowarskiej” – przewiduje Związek.
W wytwarzaniu i sprzedaży piwa pracuje, szeroko licząc, ponad 150 tysięcy osób (w produkcji opakowań, transporcie, handlu, gastronomii i rolnictwie). ZPPBP prognozuje – zapewne z lekką przesadą – że możliwe zmniejszenie produkcji piwa w szczególności dotknie 22 tysiące osób zatrudnionych w rolnictwie i przetwórstwie spożywczym (dostarczających branży piwowarskiej chmiel i zboża) oraz handlu, w którym piwo przyczynia się do zarobków 48 tysięcy osób, najczęściej w małych sklepach (piwo sprzedawane jest w Polsce w 85 tysiącach placówek handlowych, z których 78 tysięcy stanowią sklepy niewielkie).
„Jesteśmy przekonani, że z uwagi na podwyżkę ceny piwa, będącą skutkiem drastycznego podniesienia akcyzy i związane z tym zmniejszenie sprzedaży, niemożliwym będzie zrealizowanie dochodów budżetu państwa na założonym poziomie” – uważa ZPPPBP.

Zanim się odbudujemy

Piwni przedsiębiorcy powołują się na negatywne skutki podwyżki akcyzy na piwo, wprowadzonej w roku 2009.
Rynek piwa zmniejszył się wtedy o 4 proc. (choć trudno ocenić, czy wpłynęła na to wyłącznie wyższa akcyza, czy też i pogoda – bo gdy lato jest chłodniejsze, sprzedaż piwa zawsze spada).
Ponadto, zatrudnienie związane z produkcją i sprzedażą ponoć aż o 24 proc. (co trudno zrozumieć, skoro sprzedaż spadła tylko o 4 proc.), zaś dochody budżetu z wyższej akcyzy okazały się około dwukrotnie niższe niż zakładano.
„Branża piwowarska potrzebowała trzech lat aby odbudować rynek do poziomu sprzed podwyżki” – stwierdza ZPPPBP.
W związku z tymi niewesołymi doświadczeniami, Związek oświadcza: „Jest nieakceptowalne, że tak ważna zmiana jak stawka podatku akcyzowego jest wprowadzana poprzez zaskoczenie, wbrew publicznie przedstawianym planom i projektom. Jest to zmiana niezapowiedziana, która destabilizuje funkcjonowanie całego sektora”.

Może pomoże pogoda

Związek wskazuje, że planując działania branży piwowarskiej na 2020 rok opierano się na zapowiedzianej w dwóch ważnych dokumentach rządowych podwyżce akcyzy o 3 proc.
Ponad trzykrotne zwiększenie tej wartości, na dodatek na półtora miesiąca przed początkiem nowego roku, nie daje możliwości właściwego zaplanowania kolejnego roku – a produkcję, sprzedaż czy zakup surowców planuje się w piwowarstwie z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.
Producenci piwa podkreślają, że ta branża w Polsce zawsze była i jest stabilnym płatnikiem podatków, a także przewidywalnym i rzetelnym partnerem dla strony rządowej. Dlatego oczekują również poważnego potraktowania przedstawionych argumentów. Apelują także o rozmowy z udziałem wszystkich zainteresowanych stron w ramach Rady Dialogu Społecznego.
A przede wszystkim, chcą oni oczywiście respektowania przyjętych uprzednio założeń i podtrzymania założonej i ogłoszonej wielokrotnie podwyżki akcyzy tylko o 3 proc. – a nie o 10, co spowoduje skok cen detalicznych.
Gdy jednak przyjdzie upalne lato, można się spodziewać, że Polacy zaczną chętnie sięgać po złocisty trunek nawet jak będzie kosztować te kilka procent drożej.

Każde procenty mogą szkodzić

Czy nadal potrzebne są przepisy, mające na celu ograniczanie konsumpcji wódki na rzecz wina i piwa?

 

Narzekamy – i słusznie – na dużą niestabilność polskiego prawa, jednak cały czas dobrze się mają ustawowe regulacje kompletnie nieprzystające do realiów dwudziestego pierwszego wieku.
Taki właśnie charakter ma ważne prawo – ustawa o wychowaniu w trzeźwości. Skrojona pod realia lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, do dzisiaj stanowi fundament polityki społecznej państwa względem alkoholu. Jak przekonuje w najnowszym raporcie Instytut Jagielloński, koszty tej archaicznej regulacji są bardzo odczuwalne.
Ustawa o wychowaniu w trzeźwości dotyczy społecznych i ekonomicznych kwestii spożywania alkoholu – i opiera się na twardych danych. Jednakże, kiedy w 1982 roku uchwalano tę ustawę, struktura spożycia alkoholu i przede wszystkim jego ilości były zupełnie inne, niż obecnie.
Głównym celem ustawy było zwiększenie, głównie za pomocą rozwiązań administracyjnych, konsumpcji słabszych trunków kosztem wódki. I ustawa swój cel osiągnęła: znacząco wzrosło spożycie piwa, a spadło spożycie mocnych alkoholi.
Tyle, że ustawa – zapewne wbrew intencjom jej inicjatorów,– utrwaliła bardzo niebezpieczny stereotyp. A mianowicie teorię, że są alkohole bardziej i mniej szkodliwe, jeśli chodzi o ich nadużywanie.
W latach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej cudzoziemcy odwiedzający Polskę dziwili się, że w naszym kraju piwo traktowane jest nie jako orzeźwiający napój, tylko jako środek do wprowadzania się w stan nietrzeźwości, ewentualnie jako przepitka pod szklaneczkę wódki.
Trzydzieści lat po upadku realnego socjalizmu zamiast kolejek po piwo mamy setki gatunków złocistego trunku, będące przedmiotem pożądania smakoszy.
O ile na wódce ciąży wizerunek szalenie niebezpiecznego napoju (i nieodłącznego atrybutu alkoholików), a wino jest uważane za trunek dla koneserów i klasy średniej, to piwo kojarzy się z luzem i beztroską.
Kto by tam pamiętał, że butelka piwa stanowi odpowiednik 50-60 gramów wódki? Nawet polityk bez protestu da sobie zrobić zdjęcie z kuflem piwa przy meczu, ale za żadne skarby nie weźmie do ręki kieliszka wódki przy dziennikarzach. Tak mocno zakorzenione są mity na temat alkoholu.
Tymczasem wyniki badań, przytoczone w omawianym opracowaniu IJ, zadają kłam tym przekonaniom. W wolumenie alkoholi, spożywanych w sposób szkodliwy (w nadmiarze), 48 proc. przypada na piwo, 30 proc. na wódkę i inne mocne alkohole, a 22 proc. na wino.
Piwo jest tanie, w sklepach można kupić mocne i tanie piwa – a jeśli dodamy do tego, że ten napój nie ma tak negatywnych konotacji, jak wódka, to rozumiemy, skąd wzięły się te liczby. Eksperci Instytutu stwierdzają, że za rozpijanie odpowiadają nie procenty alkoholu w trunku, a jego cena i dostępność. W przypadku określonych grup społecznych alkohole niskoprocentowe mogą prowadzić do większych strat i kosztów społecznych. Na przykład wśród młodzieży (piwko na koncercie albo dwa), kierowców (ten, kto po wódce nie wsiądzie za kierownicę, po piwie zdarza się, że owszem), kobiet w ciąży (lampka wina nie zaszkodzi).
Przerabianie i łatanie starej ustawy nic nie da. Potrzebne jest nowe podejście do polityki społecznej dotyczącej alkoholu. I to takie z kalkulatorem w dłoni, bowiem koszty ponoszone przez budżet państwa w związku z patologiami alkoholowymi są olbrzymie. Ich zmniejszenie to jednocześnie oszczędności dla budżetu.
Nie idzie, rzecz jasna, o to, by lansować prohibicję, ale by uczyć odpowiedzialności. Przede wszystkim zaś wbijać do głowy, że nie ma mniej i bardziej bezpiecznych alkoholi. Że każdy alkohol, spożywany w niebezpieczny sposób, może doprowadzić do tragedii – ale też, że kieliszek wódki do posiłku albo szklaneczka whisky po nim, nie są bardziej niebezpieczne i szkodliwe niż wypicie kufla piwa.