Czy nie ma już komu bronić najbiedniejszych Polaków?

Na pytanie zawarte w tytule tego felietonu nie ma odpowiedzi twierdzącej. Na łamach środków masowego przekazu pojawiają się, od czasu do czasu, nazwiska obrońców ludzi bezdomnych czy bezrobotnych. Nie będę wymieniał tych nazwisk, bo nie o to przecież chodzi.

Przyczyny są różnorakie, często losowe, przypadkowe, choć ostatnio należą do nich również skutki niewydolnego systemu społecznego i politycznego.
Dyżurnymi obrońcami biedoty są partie i ruchy społeczne, które tę swoja powinność wpisały do statutów i przy każdej sposobności przypominają Polakom pełnioną misję. Ich głos jest jednak coraz słabiej słyszalny i coraz rzadziej słuchany. Zagłusza go potęgujący się szum medialny usiłujący dotrzeć do Polaków z twierdzeniem, „nie byłoby takiej biedy, gdyby wszyscy Polacy wzięli się do roboty”. Przykładów z życia nie brakuje. Nie bez znaczenia jest też zmniejszająca się rola partii lewicowych., które od paru dziesięcioleci cieszą się malejącym poparciem Polaków. W wielu przypadkach partie te zeszły na całkowity margines, nie one kształtują dziś kierunki zmian społecznych w Polsce i na świecie, nie one absorbują umysły młodych.

Partie tradycyjnie lewicowe w międzyczasie zrezygnowały ze swej lewicowości. Nie spełniła swej roli Polska Zjednoczona Partia Robotnicza powstała po wojnie ze zjednoczenia Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Partii Socjalistycznej. Czerwone sztandary PZPR zaczęły więc błyskawicznie płowieć, kolor czerwony ustąpił miejsc szarości. Nikt z tego powodu nie rozpaczał. Nowe czasy postawiły nowe wymagania przed polityką i ideologią, nie tylko w Polsce, lecz także poza jej granicami. Ich zainteresowania przestały się skupiać na kloszardach, bezdomnych i żebrakach podnosząc ciśnienie zafascynowanych apartamentami wycenianymi na 30 tys. złotych za metr kwadratowy (i wyżej), samochodami sprzedawanymi za 300-400 tysięcy złotych za sztukę i tego typu zbytkami.

Ewolucje przyspieszyły ideologie partii politycznych. Unia Demokratyczna zaczęła na przykład skupiać ludzi biznesu i to nie tylko tego drobnego, co wielkokorporacyjnego, zatrudniającego fachowców opłacanych w proporcji do wielkości tego biznesu. Przestały szokować zarobki rzędu 50 tysięcy złotych miesięcznie (i wyższe), premie znacznie przekraczające te kwoty i odprawy sięgające milionów. Początkowo rosło zainteresowanie kominami dochodowymi, szybko jednak i ono spowszechniało.

Przemówił również establishment rządowy i parlamentarny, który poczuł się dyskryminowany, zwłaszcza w porównaniu z dochodami korporacyjnymi. Pierwsza próba przełamania istniejących ograniczeń płacowych była niewypałem, zwłaszcza, gdy ówczesna premier uzasadniając premie użyła argumentu „bo rządowi one się należały”. Na podwyżkę drugą należało więc parę lat poczekać. Gdyby do niej doszło, okazałoby się, że wzbudziła ona kontrowersje, szczególnie gdyby wyszło na jaw, że indywidualne dochody miały wzrosnąć o połowę, a w niektórych przypadkach nawet więcej. Wyniki głosowania w Senacie nie poprawiły pozycji lewicy, dały jednak Polakom wiele do myślenia odnośnie jej roli w trosce o interesy najuboższych. Pora więc na ożywienie tej części sceny politycznej i jej zainteresowania losem najuboższej części społeczeństwa.

Jestem przekonany, że jeszcze w tej kadencji parlamentu szeroko rozumiana lewica może mieć wiele do powiedzenia, a jeszcze więcej do zrobienia na rzecz poprawy warunków bytowych najuboższej części społeczeństwa. Szczególnie, że powstała przed paroma laty inicjatywa powołania Porozumienia Socjalistów spotkała się z przychylnym zrozumieniem i poparciem. Przygotowywane obecnie spotkanie zainteresowanych inicjatywą będzie zapewne w przeciągu najbliższych 2-3 miesiecy. Zainteresowanych jej realizacją nie brakuje.

Obniżki i podwyżki

Zamieszanie wokół pensji polityków jeszcze się nie zakończyło. Bardzo ciekawy sondaż zamieściła Gazeta Prawna, tyleż ciekawy… co fałszywy w założeniach.

Gazeta podaje, i jak sądzę takie informacje otrzymali ankietowani, że prezydent zarabia 12.800 PLN brutto. Ok 40 proc.ankietowych oceniła ,że Prezydent powinien zarabiać 13-17 tys. brutto. Reszta, że mniej. Tyle, że na zarobki Prezydenta składają się : podstawowe wynagrodzenie dodatek funkcyjny oraz dodatek stażowy w sumie to 20 150.

Czyli niemal 100 proc. badanych ocenia, że Prezydent zarabia za dużo. Na pewno za dużo w stosunku to funkcji powierzonych temu urzędowi oraz osobistych kompetencji osoby aktualnie sprawującej urząd. W polskim systemie konstytucyjnym urząd prezydenta nie jest niezbędny, a mając prezydenta który nie potrafi, lub nie chce, działać w konstytucyjnych ramach, nawet szkodliwy. I słusznie obywatele sadzą, nie jest wart tych pieniędzy.

Badani odpowiadali również na pytanie o wynagrodzenie parlamentarzystów. Prawie połowa badanych uważała, że zarobki parlamentarzystów są odpowiednie lub zbyt duże. Cóż pomimo narzekań niektórych posłów i senatorów na swój los, a część jak sądzę cierpi w milczeniu, można się chyba z ankietowanymi zgodzić.

Posłowie rządzącej koalicji i tak grzecznie głosują jak prezes każe, więc nie należy ich przepłacać. Z posłami opozycji jest pewien problem. Albo zdarza im się głosować jak koalicja, a wtedy patrz powyżej. Albo zagłosują rozsądnie przeciw no ale wtedy, poza odrobiną szacunku u wyborców, nie ma żadnego efektu. Czyli też nie ma co przepłacać.

Z wynagrodzeniem dla Pierwszej Damy mam problem. Nie tylko z powodu ostatniej Damy, tj pardon, aktualnej. Owszem kwalifikuje się do bezwarunkowego dochodu podstawowego, ale czy należy go testować na jednej tylko osobie? Jeśli jednak uznamy, że wykonuje jakąś pracę, to wahałbym się z jej wyceną pomiędzy najniższym ustawowym wynagrodzeniem a średnią krajową. W tym konkretnym wypadku jednak bliżej najniższego wynagrodzenia.

Jeśli zaś uznać, co jest rozsądne, że pełniąc funkcję pierwszej Damy utraciła możliwość zarobkowania, to można np. wypłacać jej niejako w formie odszkodowania równowartość ostatniej miesięcznej pensji z zastrzeżeniem, że odszkodowanie nie będzie wyższe niż średnia krajowa w danym roku.

Projekt ustawy mającej podnieść wynagrodzenia polityków miał też podnieść wynagrodzenia pracowników samorządowych. Tu mamy do czynienia z tragifarsą… Śmieszną jedynie dla kogoś kto w tej sferze nie pracuje. Rozporządzenie Rady ministrów z 15 maja 2018 roku, czyli dosyć świeże, ustala stawki wynagrodzeń dla osób będących zarządzających jednostkami samorządu jak i dla pracowników. Zarządzających dopadła zemsta prezesa i ustalono im maksymalne stawki wynagrodzeń, niższe poprzednio obowiązujące. Pracowników samorządowych podzielono zaś na 22 grupy, którym przypisano odpowiednie stawki wynagrodzeń podstawowych, przy czym pierwsza grupa ma stawkę najniższą a 22 najwyższą.

W tym roku najniższe wynagrodzenie za pracę wynosi 2600 PLN… Tej wysokości wynagrodzenie przysługuje urzędnikowi grupy … 20. Czyli nieomal u szczytu kariery urzędniczej. Oczywiście urzędnicy otrzymują dodatki stażowe a nawet premie. To daję szansę na osiągniecie najniższego wynagrodzenia. Np. kierownik referatu ma szansę na wynagrodzenie z X grupy (1880 PLN) dodatek funkcyjny i stażowy. To jakby ktoś chciał robić karierę w samorządzie.

W nieco lepszej sytuacji są pracownicy administracji rządowej. Tam też są grupy zaszeregowań. No i stawki w grupach są ustalone przedziałami. Tak więc już gdzieś w połowie grup zaszeregowania, można osiągnąć już nawet minimalne ustawowe wynagrodzenie. Czyli dużo lepiej niż w samorządzie.

Żeby się pracownicy administracji rządowej za bardzo nie cieszyli, rząd szykuje im niespodziankę w nowym budżecie. Redukcje, obcięcie wynagrodzeń i zmniejszenie odpraw. Tylko policjanci nie muszą się obawiać obniżek, bo przecież na kimś władza musi się opierać. Na policji i na biskupach.

To kolejny argument za tym by wypowiedzieć konkordat.

Szczyty absurdów

Za czasów mojej młodości mawiano, że szczytem absurdu jest tartak. Nie napiszę dlaczego, bo mogą mi zarzucić deprawowanie niewinnej młodzieży. Ale ostatnio mamy powyborczy sezon podejmowania absurdalnych działań i decyzji, z których każda mogłaby się ubiegać o palmę pierwszeństwa.

Szatańskie kuszenie władzy

Najbardziej zabawna wśród tych decyzji dotyczyła wysokich podwyżek uposażenia niemal wszystkich ogniw władzy – poczynając od prezydenta, przez rząd, posłów, senatorów, a kończąc na samorządach. Te podwyżki miały wynikać z „naprawy systemu”, który nie był dostatecznie przejrzysty. Teraz miał być jasny jak słońce i obejmować dodatkowo małżonkę prezydenta, która przecież nie może normalnie pracować w swoim zawodzie. Teraz miało być jasne, że pani X jest „na etacie żony prezydenta” z wysokim uposażeniem i określonymi obowiązkami.

Po odrzuceniu projektu przez senat i zmasowanym ataku opinii publicznej sprawa ucichła. Wszyscy w sejmie biją się w piersi (głównie cudze), w ewentualnym ponownym głosowaniu projekt zostanie definitywnie odrzucony i na razie nikt się nie będzie kwapił z jego ponownym ożywieniem.

Absurd tej historii ma – moim zdaniem – dwa podłoża. Po pierwsze – bezkrytycznie uchwalone przez sejm podwyżki były tak wysokie, że wprawiały w osłupienie te grupy zawodowe, które w ostatnich latach nie mogły się doprosić o zwiększenie uposażeń zaledwie o kilka, lub kilkanaście procent. Po drugie – budziły też uczucia wściekłości wielu obywateli na władzę, która sama sobie zwiększa radykalnie uposażenia na początku spodziewanego kryzysu ekonomicznego, niemal dosłownie w chwili ogłoszenia przez GUS wyraźnego spadku PKB już w II kwartale tego roku. A ludzie interesujący się ekonomiczną sytuacją kraju wierzą GUSowi, uznając go za jedną z nielicznych już instytucji, która jeszcze nie kłamie.

Czas (nie)wątpliwej zarazy

Drugim absurdem – już dość długotrwałym – są ciągłe zmiany oficjalnych opinii władzy na temat pandemii koronawirusa. Raz się dowiadujemy, że już „nie ma się czego bać”, że w pełni kontrolujemy sytuację i – jak zwykle – jesteśmy „najlepsi w klasie”. Potem rośnie nam gwałtownie liczba zakażeń i w niektórych regionach zaostrzamy ograniczenia. Rząd nic konkretnego nie mówi o szczepionkach zapobiegających zakażeniu, udaje, że nie widzi utrudnień w zajmowaniu się przez służbę zdrowia osobami chorymi na inne choroby – zwłaszcza tzw. przewlekłe. Nie interesuje się – a przynajmniej tak to wygląda – szczepionką stosowaną już w Rosji, bo nie lubi tego kraju, nie utrzymuje z nim kontaktów na wyższych szczeblach i też udaje, że nie wierzy w jego naukowe osiągnięcia. W przeciwieństwie do mego kilkunastoletniego sąsiada, który śmiał się z amerykańskiej propagandy sukcesu związanej z pomyślnym lotem do stacji kosmicznej, dokowaniem i powrotem nowej kapsuły. Śmiał się, dlatego, że przez ostatnie 10 lat Amerykanie latali na stację rosyjskimi kapsułami o bardzo podobnej konstrukcji, pochodzącej jeszcze z ubiegłego wieku. Tylko rakieta nośna była inna, dużo bardziej nowoczesna, ale skonstruowana i wykonana przez prywatne przedsiębiorstwo.. Ten „małolat”, który ma niezdrowy zwyczaj oglądania rosyjskiej telewizji, poinformował mnie także, że ich szczepionka ma 90% skuteczność i jest już kolejka państw, które ją zamówiły, albo są w trakcie negocjacji.

Budzenie Białorusi

Absurdem nie jest zainteresowanie sytuacją na Białorusi. Jest natomiast sposób interpretacji przyczyn masowych demonstracji i zastanawianie się, czy nie powinniśmy bardziej wyraźnie oddziaływać na to, co tam się dzieje. Oczywiście razem z UE. To zastanawianie przypomina filozofię Kalego – jak ktoś się wtrąca w nasze sprawy, to źle, bo podważa naszą suwerenność. Jak my chcemy się wtrącać w to, co dzieje się u sąsiada – to dobrze, bo przecież walczymy za „naszą i waszą” demokrację, wspieramy dążenia do wolności..
Problem Białorusi wcale nie jest – moim zdaniem – tak prosty, jak wydaje się niektórym naszym i europejskim politykom i mediom. Przyczynami masowych protestów są niewątpliwie nieuczciwe wybory prezydenckie i wieloletni brak poczucia wolności słowa i przekonań. Białorusini nie mają wprawdzie istotnych trudności z wyjazdami zagranicę, ale mają w większości kontrolowane przez państwo media i w różny sposób realizowaną cenzurę. Nota bene – to chyba przykład dla naszej partii rządzącej, której też wolne media nie odpowiadają.

Ale jest i druga strona wewnętrznej sytuacji na Białorusi. Z tej drugiej strony trzeba pamiętać, że prezydent Alaksandr Łukaszenka przez 26 lat sprawowania władzy zarządzał krajem dość sprawnie. Stopa życiowa nie jest gorsza niż w Rosji, choć rynek jest asortymentowo uboższy. Jest porządek, są czyste miasta i dobre drogi, bardziej sprawna niż u nas służba zdrowia i dobrze zorganizowane szkolnictwo. Korupcja jest jak wszędzie, ale nie stanowi problemu, jak na Ukrainie. Stosunki z Rosją są gospodarczo i politycznie bliskie, ale Białoruś nie stała się ponownie jedną z republik Federacji. Represje w stosunku do słabej opozycji były stopniowo ograniczane i ostatnio nie stanowiły podstawy pretensji Europy.

Mieszkańcy wsi lubią Łukaszenkę i nie sądzę, aby licznie uczestniczyli w ostatnich demonstracjach. Ale o nastrojach jednak decydują miasta. Z 9,4 miliona mieszkańców Białorusi 77% mieszka w miastach, w tym ok. 2 milionów w Mińsku. Mam niemodny pogląd, że całkowite i raptowne odejście całej ekipy Łukaszenki może być dla Białorusi początkiem takiego bałaganu, jaki powstał na Ukrainie po Majdanie, odejściu Janukowicza i kolejnych zmianach władzy. Znam kilku inteligentnych Białorusinów i większość z nich ten pogląd podziela. Sądzę, że znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie zmian demokratycznych właśnie przez Łukaszenkę. Powtórzenie wyborów pod kontrolą międzynarodową, które może przegrać, ale może też wygrać niewielką przewagą głosów np. zbliżoną do „liczby mieszkańców Radomia”. i potem od razu, (jeśli przegra), albo po krótkiej kadencji, (jeśli jednak wygra), jego spokojne przejście na zasłużoną emeryturę. Tak sądzę, ale mam obawy, że to się skończy inaczej.

Zwycięska wojna

Powtarzalnym szczytem absurdu było ostatnio zawiłe, ale hurrapatriotyczne, tłumaczenie politycznych przyczyn wojny z Rosjanami w 1920 roku. Wojny rzeczywiście wygranej w tym sensie, że militarnie i ideologicznie ówczesna wersja komunizmu nie zajęła nam całego kraju. Wojny wygranej nie z pomocą cudów, tylko dzięki zaangażowaniu wszystkich warstw społecznych, masowej mobilizacji ochotników, talentowi strategicznemu Piłsudskiego i kilku generałów oraz radiowcom naszego wywiadu.

Ale tłumaczenie ataku Rosjan tylko chęcią skomunizowania Polski i Europy oraz irracjonalną nienawiścią do naszych ziemian, burżujów i arystokratów, jest rażąco uproszczone.. Nasza państwowa propaganda jak diabeł święconej wody unika bardziej precyzyjnych informacji i tym, że przecież wcześniej postanowiliśmy pomóc „białym” Rosjanom z ugrupowania Atamana Petlury. W ramach tej pomocy nasze oddziały doszły razem z oddziałami Petlury do Kijowa i nawet zdążyły tam zorganizować defiladę. Rosjanie doszli więc pod Warszawę, głównie w ramach długotrwałej kontrofensywy. I bądźmy szczerzy – gdyby nie nasza wycieczka do Kijowa, to może tego ataku w ogóle by nie było. Ale to się nie mieści w naszym absurdalnym wychowywaniu młodzieży w przekonaniu, że Polska nigdy nikogo nie atakowała, zawsze była tylko broniącą się „ofiarą”, nigdy nie miała ambicji, aby sięgać „od morza do morza”, czyli – przykładowo – od Gdańska do Odessy.

Absurdów w naszej polityce i działaniach jest oczywiście więcej. Zdarzają się niemal codziennie, jak skutki absurdalnie bezsensownej nienawiści władzy do ludzi „nienormatywnych” seksualnie” czyli LGBT. Albo, – co historycznie może się okazać jeszcze bardziej szkodliwe – jak gloryfikowanie skrajnie prawicowych organizacji i grup oporu wobec nienieckiego okupanta w czasie II wojny, przy jednoczesnym „wymazywaniu” znacznie większych osiągnięć organizacji lewicowych. To – niestety – zostawia trwały ślad w umysłach naszej młodzieży.

Nie podejmuję się jednak wybrać przodującego szczytu absurdu. Wierzę w pomysłowość naszych władz. Liczę na to, że nowe absurdy będą także dotyczyły polityki zagranicznej. Wtedy przyjdzie czas, aby podsumować ten konkurs.

My Socjaliści. Służba społeczna albo kasa?

Sprawa podwyżek dla etatowych pracowników instytucji państwowych (prezydent, rząd, Sejm, Senat, samorządy oraz partie polityczne) należy do tematów wrażliwych. Na ogół unikano tego tematu w ostatnich latach.

Praktyka doceniania swoich przyjaciół przez rządzące koalicje miała na ogół charakter niejawny. Platforma w poprzednich kadencjach dawała swoim ministrom duże premie. Nie gorszy był w tym względzie PiS. Mleko się wylało, kiedy niedowartościowani ostatnio poczuli się parlamentarzyści. Dziś, już po przyjęciu przez Sejm ustawy dotyczącej podwyżek dla praktycznie całej tzw. klasy politycznej oraz odrzuceniu jej po awanturach przez Senat, nie ma dla nikogo dobrego wyjścia.

Parlamentarne przepychani raczej oddalają możliwość podjęcia tego tematu w bieżącej kadencji. Można przypuszczać jednak, że zrodziła się perspektywa refleksji nad powinnościami ludzi polityki i stosownymi zasadami gratyfikacji.

Spójrzmy na sprawę szerzej. Ludzie PiS przez kilka ostatnich lat udowadniali, że z polityką łączy się kasa. Potwierdzały to opowieści o kulisach narodzin Porozumienia Centrum, perypetie prezesa z wieżami na Srebrnej, czy swawolne postępowanie koalicji rządzącej ze spółkami skarbu państwa. Na tych i innych przykładach zrodziło się przyzwolenie klasy politycznej wszystkich orientacji na łączenie polityki z biznesem, zarabianie na polityce, prowadzenie tzw. polityki transakcyjnej, którą przywiózł zza oceanu prezydent Trump, czy sprzedawanie powszechnie iluzji w ramach kampanii wyborczych, które są po prostu kampaniami PR. Ostatnia nieudolna decyzja Sejmu to zjawisko tylko potwierdza. I nie ma różnicy, jak widać, czy ktoś jest z lewicy, czy z prawicy. Okazuje się, że kasa jest najważniejsza.

W założeniach polityki, potwierdzanych przez zapisy naszej Konstytucji, występuje kategoria służby społecznej. Jest ona niestety, jak się okazuje w praktyce, sprzeczna z obowiązującym coraz powszechniej neoliberalnym paradygmatem prymatu ekonomii i rynku nad polityką. Zrodził on powszechne dążenie, również ludzi polityki, do urządzania sobie życia powyżej średniego standardu rozwarstwionego społeczeństwa. Zauważa się też zjawisko wędrowania do polityki wielu ludzi o małym potencjale intelektualnym czy organizacyjnym, celem urządzenia się. Dziś rzadko kto, nawet z tych, biorących udział w wyborach różnych szczebli podkreśla podczas kampanii, że jego celem jest służba społeczna, przeważa w retoryce wyborczej mowa o tym, co ja jestem w stanie wam załatwić… a więc typowa transakcja: wybierzcie mnie, a ja wam coś załatwię. Ludzie to akceptują w myśl stadnej zasady – wszyscy tak robią, czy ja mam być głupi.

Na tym tle rodzi się przyzwolenie społeczne na populizm i polityczną korupcję. Trzeba podkreślić, że 500+ i 13 emerytura były potrzebne, ale nikt poza rządzącymi nie odpowie wiarygodnie na pytanie, dlaczego wypłaty dla emerytów pojawiały się na chwilę przed kolejnymi wyborami. Ostatnie w maju 2020. To chyba gwiazda telewizji – Jacek Kurski podkreślał, że… głupi lud to kupi.

O ile wiem, jedynym ruchem politycznym, który głosi brak przyzwolenia na taką praktykę jest ruch socjalistyczny. Po decyzji sejmowej przedstawicieli narodu w Klubie Lewicy widać, ile jest tam rzeczywiście lewicy i kto zapisał się tam do grona pełniących służbę społeczną, a kto idzie utartym już szlakiem wskazywanym przez neoliberalne wzorce. Odnoszę wrażenie, że szybkie przeprosiny, że to błąd, problemu nie załatwiły. Stało się, szczególnie w gronie parlamentarzystów lewicy, coś ważnego, co nakazuje każdemu odpowiedzieć sobie i wszystkim na pytania – kim ja jestem, komu służę, o co i o kogo jako osoba publiczna walczę? Problemu tego zapewne nie będą mieć inni. Stoją tam gdzie stali, jeśli popełnili jakiś błąd, to zapewne mieści się on w kanonie neokonserwatywnej czy neoliberalnej orientacji.

Kilka lat temu, przed wyborami parlamentarnymi w roku 2015, które lewica przegrała w konsekwencji błędów i zaniechań, pisałem w tekście „10 wyzwań dla lewicy” o potrzebie pilnej refleksji nad naszą orientacją ideową i potrzebą odnowy naszego „lewicowego dekalogu”. Dziś, po kolejnym doświadczeniu, które nie będzie długo zapomniane, trzeba zapytać ludzi lewicy o co walczą. Czy tytułowe pytanie „Służba społeczna albo kasa?” to dobre pytanie.

Stanowisko Prezydium Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej

wobec wydarzeń związanych z próbą przeforsowania podwyżek uposażeń dla najwyższych urzędników w Polsce.

Podwyżki uposażeń dla najwyższych urzędników państwowych oraz podwyższenie dotacji dla partii politycznych, przeprowadzone przez Sejm w ciągu 24 godzin, na dodatek w dniu, w którym społeczeństwo dowiedziało się o rozmiarach kryzysu gospodarczego, wywołały słuszny gniew polskiego społeczeństwa, w tym członków naszej partii. Członkowie PPS byli zaszokowani butą i pazernością posłów i dawali temu wyraz w publikacjach prasowych, naszej stronie internetowej i mediach społecznościowych.

Szczególne nasze oburzenie wywołała postawa opozycji, która w większości głosowała za podwyżkami.

Odpowiedzialna opozycja powinna dążyć do ograniczenia wydatków w okresie kryzysu gospodarczego, jaki mamy w Polsce, i przeciwstawiać się wszelkim przejawom rozpasania rządzących.

Z ulgą przyjęliśmy fakt, że partie opozycyjne wycofały się z poparcia dla tych podwyżek. Senat na wniosek złożony przez przedstawicieli lewicy, w tym senatora Wojciecha Koniecznego, przewodniczącego naszej partii, odrzucił ustawę w całości.

Dobrze, że opozycja przeprosiła, ale pozostał niesmak i konstatacja jak łatwo posłowie opozycji dają sobą manipulować przez PiS.

PiS narzeka, że wysocy urzędnicy państwowi zarabiają dużo mniej niż fachowcy na rynku, ale zapomina dodać, że to sam przeforsował dwa lata temu obniżkę wynagrodzeń dla nich, a przy okazji parlamentarzystów i samorządowców o 20 proc.. W kampaniach wyborczych nie padało hasło koniecznych podwyżek dla tej grupy osób, a w kampanii prezydenckiej nie wspomniano o potrzebie ustalenia wynagrodzenia dla żony prezydenta. Fałsz i obłuda rządzą polską polityką.

Primus inter pares – wersja gender

Sejm przyjął, a Senat odrzucił projekt ustawy, o podwyżce wynagrodzeń dla prezydenta, premiera, posłów i senatorów. To retorsja po karze finansowej, jaką pan prezes Kaczyński nałożył na posłów i samorządowców w 2018 roku za protesty wobec przyznawania nagród dla rządu i niektórych urzędników.

Nagrody te, zgodnie ze stwierdzeniem pani Szydło, ówczesnej premier, po prostu się należały.

W ustawie tej znalazł się zapis, aby upaństwowić żonę pana prezydenta. Pierwsza Dama, bo taki termin jest powszechnie używany, miałaby otrzymywać pensję z tytułu sprawowania funkcji reprezentacyjnych, działalności charytatywnej oraz z powodu utraty możliwości na rozwój kariery osobistej i niemożności podejmowania pracy zawodowej. Nie da się ukryć, że przywódcy polityczni, prominentni funkcjonariusze państwowi czy też liderzy życia społecznego posiadają niekiedy współmałżonków. Często zdarza się, że współmałżonek wspiera partnera w działalności publicznej. Protokół dyplomatyczny korzysta czasem z formuły „wraz z małżonkiem lub małżonką”. Czy jest to jednak wystarczający powód do tworzenia sztucznego bytu „Pierwsza Dama” jako dobrze opłacanego stanowiska państwowego?

Jednym z symboli ruchu socjalistycznego są „trzy strzały”. Występują one w Symbolu mojej partii PPS. Pierwotnie miały symbolizować polityczną, ekonomiczną i fizyczną siłę robotników, jednak według najpopularniejszej wersji oznaczają one trzy wrogie socjaldemokracji idee: monarchizm, faszyzm, i stalinizm („państwowy komunizm”). Uważam, że współmałżonek w charakterze instytucji państwowej to jeden z licznych reliktów monarchizmu, który chyłkiem zakrada się do naszego życia publicznego. Takich reliktów jest więcej, np. Senat, którego istnieniu sprzeciwiała się swego czasu lewica czy też „przywileje” klasy rządzącej wynikające z wyimaginowanego etosu pełnionej funkcji lub koneksji rodzinnych.
Jesteśmy państwem demokratycznym. Europa, z którą Polska jest nierozerwalnie związana, wywodzi swoje rozumienie demokracji z idei rewolucji francuskiej, a ta zdecydowanie odrzuciła monarchizm. Nawet gilotyna była w użyciu.

W Europie funkcjonują jeszcze monarchie (Wielka Brytania, Dania, Belgia Hiszpania itd.). Mają one formę konstytucyjną. Najczęściej decyduje o tym tradycja. W tych krajach rodziny królewskie funkcjonują jako instytucja państwowa, opłacana przez społeczeństwo z określonymi obowiązkami i uprawnieniami. Rodziny królewskie rządzą się zasadami feudalnymi, a społeczeństwo wyraża na to zgodę. Najczęściej ich wpływy na losy państw są znikome. W demokratycznej Polsce o wyborze Prezydenta, Sejmu, Senatu i samorządu decyduje suweren w demokratycznych wyborach. Nie wybieramy żon, partnerów i partnerek naszych prominentom. Są to ich indywidualne decyzje, a konsekwencje muszą ponosić sami, na swój własny rachunek.

Nasza własna historia parlamentaryzmu wskazuje słuszność zasady oddzielenia tego co państwowotwórcze od tego co prywatne. Kilku wielkich polskich mężów stanu związało się z osobami, które nie zawsze dorastały do pozycji małżonka. Przykładem niech będzie pani Helena Paderewska czy też Marta Śmigłowa. Te panie i inni małżonkowie oraz małżonki jednak nie pełnili funkcji państwowych, dzięki czemu ich działalność stanowi tylko ciekawy przyczynek historyczny, bez znaczącego wpływu na losy państwa.
Samo pojęcie „Pierwsza Dama” jest nam kulturowo obce. Wydaje mi się, że jest zawleczone ze Stanów Zjednoczonych. Demokracja amerykańska opiera się o specyficzne źródła historyczne i polityczne, można się dopatrzyć wpływów monarchii brytyjskiej epoki wiktoriańskiej. Wśród amerykańskich pierwszych dam były osoby, które błyszczały światłem odbitym małżonka prezydenta i takie, które były osobistościami politycznymi, przykładowo pani Clinton, pani Obama czy Eleanor Roosevelt. Swoją charyzmę zawdzięczały one jednak przymiotom osobistym, a nie tylko małżeństwu. W naszej tradycji językowej istnieje forma: pani prezydentowa, premierowa, sędzina itd. Może to archaizm, ale jest mi bliższy niż formy obce.

Zastanówmy się nad argumentami wnioskodawcy. Na pani prezydentowej spoczywają obowiązki reprezentacyjne. Najczęściej jest to bierna obecność podczas oficjalnych wizyt i spotkań głowy państwa, czasem indywidualnych spotkań ze społeczeństwem. Koszty, pewnie spore ponosi jednak skarb państwa. Mieści się w tym wikt i opierunek ochrona czy też transport. Koszty utrzymania pary prezydenckiej także pokrywamy z naszych podatków. Nie mam pojęcia, jaką rolę miałaby tu pełnić gaża pani prezydentowej.

Jest wiele dróg rozwoju kariery zawodowej i osobistej, praca naukowa, publicystyka działalność organizacyjna w organizacjach społecznych. Nie sądzę, żeby przepisy bezpieczeństwa najwyższych organów państwa to uniemożliwiały. Jeżeli tak jest, należy się zastanowić nad ich zasadnością.
Działalność charytatywna, wymieniana jako jedno z kluczowych zajęć pani prezydentowej z definicji jest niedochodowa i nie uzasadnia tworzenia płatnego stanowiska. W wypadku powołania do życia takiego stanowiska zasadne byłoby określenie zakresu obowiązków i wszystkiego, co wiąże się z pełnieniem płatnej funkcji, a trudno to sobie wyobrazić. Także konstytucja RP nie przewiduje takiego rozwiązania. „Etatowa pierwsza dama” mnie nie przekonuje.

Ludzie Dudy zarobią więcej

Kryzys, nie kryzys, Kancelaria Prezydenta się wyżywi. I to całkiem nieźle, bo 400 urzędników z otoczenia głowy państwa otrzyma od września porządne podwyżki wynagrodzeń. W tym samym czasie miliony Polaków pracują za obniżoną pensję.

Podczas kampanii wyborczej Andrzeja Dudy nawet opozycyjne media podkreślały, że PiS „karmi polską duszę”. Mówiono też o „redystrybucji godności”. Prezydent starał się ukazać jako polityk rozumiejący problemy i potrzeby zwykłego człowieka.

Od wyborów minął miesiąc. W czasie gdy miliony polskich pracowników haruje za obniżoną z okazji kryzysu pensję, drży o utratę zatrudnienia, albo zapożycza się u lichwiarzy na bezrobociu, Kancelaria Prezydenta zdecydowała się podwyższyć pensje.

Najwięcej dostaną oczywiście dyrektorzy i elitarni doradcy głowy państwa. Ich wynagrodzenia wzrosną nawet o 2000 zł, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi w Polsce płaca minimalna na rękę. Najmniej – referenci, którzy na podwyżkach zyskają tylko 500 zł. Pensje zastępców dyrektorów wzrosną zaś o 1500 zł.

Podwyżki wejdą w życie od 1 września.

„Nieoficjalnie urzędnicy Kancelarii Prezydenta tłumaczą, że 6-proc. rezerwową podwyżkę wynagrodzeń zakładano w budżecie na ten rok. W zależności od stanu finansów państwa albo z tego mieliśmy skorzystać, albo nie” – tłumaczy w rozmowie z „Rzeczpospolitą” jeden z urzędników Kancelarii.

„Urząd zaoszczędził też sporo na epidemii – zrezygnowano z wielu kosztownych wyjazdów zagranicznych, uroczystości planowanych jeszcze rok wcześniej” – podała gazeta.

W poniedziałek wieczorem Senat opowiedział się przeciw zmianom w prawie podwyższającym wynagrodzenia dla samorządowców, parlamentarzystów i osób zajmujących kierownicze stanowiska w państwie. Wcześniej za głosowanie za przyjęciem ustawy w Sejmie przeprosili w przedstawiciele Platformy Obywatelskiej i Lewicy.

Gen samozagłady

Mam w życiu kilka marzeń. Jednym z nich jest podróż do Australii. Wierzę, że kiedyś uda mi się je zrealizować. Tymczasem jednak muszę się zadowolić czytaniem o tym wspaniałym kontynencie i jego mieszkańcach. Czasami znajduję podobieństwa z naszym padołem.

Niektóre z australijskich rozwiązań i australijska optyka patrzenia na wiele spraw, mogą być dla nas, Europejczyków, cokolwiek dziwaczne. Dajmy na to koty. W Australii koty w buszu to szkodniki, tak jak myszy w polu u nas. Biali osadnicy zawlekli je do miast, a stamtąd koty trafiły już same na prowincję. W związku z obfitością pożywienia, kot odnalazł się w buszu doskonale. Do tego stopnia, że zaczął zagrażać rodzimym, endemicznym gatunkom, siejąc weń spustoszenie swoją żarłocznością i przebiegłością oraz szybkim przystosowaniem do życia w nowych warunkach. Traktowany jest więc jako szkodnik, którego należy tępić z pełną surowością. Małe, puchate kociątka, znajdowane przez farmerów na pustkowiu albo w polu, spotyka taki sam los jak nasze szczury albo łasice. Podobnie rzecz ma się z psami dingo. Do niedawna jeszcze powszechną praktyką było odstrzeliwanie dingo, które kręciły się zbyt blisko ludzkich zabudowań i wieszanie ich truchła na drzewach. Miejscowi wierzą i wiedzą bowiem, że martwy dingo wiszący na drzewie, skutecznie powstrzymuje żywe przed zapuszczaniem się do siedzib ludzkich. Psy dingo, choć nie potrafią szczekać, umieją odpowiednio zdekodować widzialny sygnał informujący o tym, jak kończą ich koledzy, którzy zapuścili się w niewłaściwe rejony.

Posłowie polskiego Sejmu przyznali sobie podwyżki. W czasie gdy naród liczy każdy grosz, inflacja pożera oszczędności, a w cywilizowanym świecie politycy solidaryzują się ludem, tną własne pobory. Znalazła się grupka parlamentarzystów obdarzonych zdrowym rozsądkiem, która nie podniosła ręki za skokiem na kasę, ale przeważająca większość zagrała tak, jak im to wszystko Jarosław Kaczyński rozpisał i zaintonował. Zrazu, obyci w internetach rodacy poznali twarze i nazwiska grupki, która za podwyżkami nie zagłosowała. Ja jednak kazałbym pokazywać i wieszać na drzewach plakaty z podobiznami i nazwiskami tych wszystkich, którzy na publiczny grosz się połasili. W każdym regionie, skąd zostali wybrani, na bilbordach pokazywałbym ich podobizny i informacje, z list jakiego ugrupowania zostali wybrani; żeby naród widział, jak bardzo jednacy są w swojej pazerności. Miałoby to mieć również charakter resocjalizacyjny oraz powstrzymujący innych, którzy w przyszłości zdecydowaliby się na podobny zabieg. Wiszą gęby na drzewach, które chciały podwyżek w czasie kryzysu-przypatrzcie się im, dobrze zapamiętajcie, a w kolejnych wyborach przypomnijcie je sobie, zanim oddacie głos. Takie mamy elity, bo pozwalamy sami, żeby takie nam rosły; pasły się na naszych pieniądzach.
Czytałem niedawno, że jest na świecie rasa psa myśliwskiego, wykorzystywanego w polowaniach na lisy i borsuki, który na skutek zabiegów genetycznych człowieka zatracił z biegiem lat pierwiastek samozagłady. Liczy się dla niego tylko zagonienie zwierzątka pod ścianę i przegryzienie mu grdyki. Bez względu na wszystko. Zdarza się czasami, że pies w pogoni za borsukiem, potrafi wśliznąć się do jego nory, która zbudowana jest jako plątanina tuneli, z której tylko borsuk zna drogę wyjścia. Znane są przypadki, że pies, który zagubił się w borsuczych labiryntach, zostaje pod ziemią na zawsze. Czasami udaje się go odkopać, kiedy słychać z którego miejsca pod ziemią dochodzi ujadanie i skomlenie. Pewnego razu było tak, że myśliwi odkopali na wpół żywego psa, który gdy tylko sztachnął się świeżym powietrzem, skoczył na cztery łapy i dał susa z powrotem, żeby dorwać zdobycz.

Polscy parlamentarzyści zatracili gen przyzwoitości już dawno. To co jednak zrobili tym razem, można jako żywo przyrównać do sytuacji z psem i borsukiem. Każde żywe stworzenie nie odważyłoby się założyć sobie wisielczego sznura na szyję, stojąc przy tym jedną nogą na moście, nawet gdyby ten utkany był z najszlachetniejszych materiałów. Niezbędne minimum pomyślunku i gen samozagłady wystarczą, żeby przewidzieć, z jakimi konsekwencjami może się to wiązać. Wydawałoby się, że kto jak kto, ale polityk potrafi antycypować ciut dalej, niż dwie sekundy w przód. Być może są i tacy. U nas, w Polsce, znalazło się dwudziestu kilku. Na 360 posłanek i posłów. Dno dna. Wstyd mi, że rządzą nami i stanowią w Polsce prawo ludzie, którzy mają kłopot z połączeniem kropek i wygraniem z pięciolatkiem w kółko i krzyżyk. Gdzie popełniliśmy błąd?

Sprzedaż wiązana czy zwykła pazerność

Takie dwa warianty dealu zawartego między PiS a większością opozycji w sprawie poselskich podwyżek rozpatruje szewc Fabisiak.

Sprzedaż wiązana polega na tym, że sprzedawca uzależnia zakup butów od jednoczesnego nabycia szczotki i pasty do obuwia. Tego rodzaju praktyki są w Polsce zakazane, ale tylko w handlu, a nie w polityce – zauważa szewc Fabisiak. Być może taki rodzaj transakcji miał miejsce pomiędzy siłą rządząca a ugrupowaniami opozycyjnymi. Dostaniecie wyższe dotacje na swoje partie, ale za to przegłosujecie podwyżki wynagrodzeń dla siebie i dla nas też przy okazji. Jednak prawdopodobny był także inny układ. Szacowni wybrańcy i wybrańczynie narodu zwyczajnie połasili się na kasę, wykazując tym samym, że nie są masochistami czy też niedojdami, niepotrafiącymi zadbać o własne interesy.

Bez względu na to, jakie były rzeczywiste kulisy całej afery, jedno jest pewne. PiS zrobił w jajo opozycję, a przynajmniej jej większość za wyjątkiem dwóch skrajnych ugrupowań: Razem i Konfederacji. Polityczny środek wykazał się kunktatorstwem tym razem indolentnym. Jak zauważa szewc Fabisiak – to opozycja mogła zrobić w jajo pisowców. Wystarczyło zagłosować przeciw. Ustawa i tak przeszłaby większością pisowskich głosów, ale to na PiS spadłoby całe odium pazerności. Opozycja otrzymałaby prezent w postaci lepszych uposażeń i większych dotacji, a rządzący wyszliby na głupków. A tak głupkami okazali się opozycjoniści.

Dopóki Senat nie uwalił owej nieszczęsnej inicjatywy ci, którzy głosowali za projektem ustawy, a ściślej rzecz ujmując ustawki pomiędzy klubami tym razem nie piłkarskimi, starali się w sposób delikatnie mówiąc mało przekonywający uzasadnić swoją decyzję. Do annałów parlamentaryzmu przejdzie wypowiedź Barbary Nowackiej. Jak się wyraziła, dowolnego posła można kupić za 2 tys. zł miesięcznie podczas gdy wiceminister zarabia 7 tysięcy. Szewc Fabisiak nie dostrzega żadnego związku logicznego między poselskim łapówkarswem a zarobkami wiceministra, lecz być może nie jest w stanie wczuć się w głębię rozumowania pani posłanki. Z kolei poseł Krzysztof Paszyk z PSL napomknął o nieznaczących podwyżkach poselskich apanaży. Ciekawe czy, gdyby obcięto mu zarobki o 40 proc, to też mówiłby o nieznacznej obniżce? – zadaje retoryczne pytanie szewc Fabisiak. Ów poseł, podobnie jak kilku innych, starał się uwypuklić to, że podwyżki mieli też otrzymać samorządowcy. Jednak w tym celu można było przygotować odrębną ustawę i obyłoby się bez skandalu i kompromitacji.

Szewc Fabisiak uważa, że osoby z najwyższej półki, których tknęła ustawa mają zagwarantowane dochody na poziomie zapewniającym dostatni żywot. Zwłaszcza, gdy porówna się je z tymi, których dochody na skutek epidemii drastycznie spadły. Szewc Fabisiak jest zdania, iż osoby usytuowane w politycznej czołówce powinny mieć co roku waloryzowane pensje tak jak to dotyczy emerytów. A jeśli im się nie podoba posłowanie za marne 8 tys., to niech sobie poszukają lepiej płatnego zajęcia. Jednak jakaż poważna firma chciałaby zatrudnić u siebie takich partaczy, jak choćby – i tu szewc Fabisiak wstrzymuje się z wymienianiem nazwisk.

Projekt rzeczonej ustawy zakładał również uhonorowanie wysoką pensją tzw. Pierwszej Damy. Na ten temat szewc Fabisiak już raz wypowiadał się w Trybunie (8.07.2020) wskazując, że żona prezydenta z punktu widzenia konstytucji jest zwykłą obywatelką. Zaliczenie jej w poczet najważniejszych osób w państwie jest sprzeczne z ustawą zasadniczą, co jednak niespecjalnie kręci do niedawna tak aktywnych obrońców konstytucji. Pani prezydentowa miałaby dostawać miesięcznie tyle samo co ministrowie oraz wicemarszałkowie obu izb parlamentarnych. Osoby te, które jednak coś tam robią, powinny być tym do cna oburzone. A jednak nie są. Z opłacaniem Pierwszej Damy wiązałyby się też pewne problemy proceduralne. Kto miałby ją zatrudnić i na jakim etacie? Kto ustalałby zakres jej obowiązków i na czym miałyby one polegać oprócz milczącego towarzyszenia małżonkowi podczas krajowych i zagranicznych spotkań oraz uczestnictwa w celebracyjnych uroczystościach i mszach świętych?

Zdroworozsądkowy Senat uwolnił politycznych decydentów od tej uciążliwej myślówy. Na jak długo? – zastanawia się szewc Fabisiak domniemując, że temat ten kiedyś ponownie stanie na wokandzie, gdyż nie do pomyślenia jest, aby małżonka samego pana prezydenta musiała przez drugą już kadencję za darmo przymilnie się uśmiechać.

Zrezygnowali z podwyżek

Sejmowa Lewica oficjalnie przeprosiła wyborców za swoje głosy za podniesieniem wynagrodzeń parlamentarzystów. Tylko czy to wystarczy, by zatrzeć fatalne wrażenie?

Parlamentarzyści Lewicy wyciągnęli wnioski z oburzenia wyborców, jakie wybuchło w internecie – ale przecież nie tylko – po głosowaniu w sprawie poselskich wynagrodzeń. Przeprowadzoną 17 sierpnia konferencją prasową mieli nadzieję odzyskać uznanie tych, którzy w weekend zarzekali się, że nigdy już nie zaufają politykom deklarującym socjaldemokratyczne poglądy, a podnoszącym sobie zarobki w czasie niszczycielskiej epidemii. Internet przez ostatnie huczał od porównań postępowania polskich parlamentarzystów do decyzji polityków czeskich czy nowozelandzkich. Tam w geście solidarności członkowie rządu i posłowie swoje pensje, na określony czas, obcinali.

Posłanka i rzeczniczka prasowa Lewicy Anna-Maria Żukowska przeprosiła w imieniu klubu na specjalnej konferencji prasowej. Wskazała, w jaki sposób błąd będzie naprawiony: poprzez wniosek w Senacie, a następnie głosowanie całej opozycji – Lewicy i KO – która ma tam większość, przeciwko ustawie.

Mądrość trzech partii

– Za błędy trzeba przepraszać, za głupotę też trzeba przepraszać. Jesteśmy mądrzy wtedy, gdy jesteśmy mądrzy mądrością naszych wyborców i wyborczyń, a także mądrością naszych trzech koalicyjnych partii – mówiła Żukowska. To dość klarowne nawiązanie do tego, że podczas feralnego głosowania w klubie Lewicy była szóstka posłów, którzy opowiedzieli si przeciw podwyżkom. Postąpiła tak cała pięcioosobowa grupa polityków Razem oraz Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, posłanka niezrzeszona, ale w przeszłości także zasiadająca we władzach tego ugrupowania. Rzeczniczka prasowa Razem Dorota Olko, stojąca podczas konferencji obok Żukowskiej, zaakcentowała, że intencją jej formacji zawsze było stanie obok ludzi, a nie elit.

– Jako senatorka klubu parlamentarnego Lewicy w imieniu moim i senatora Wojciecha Koniecznego będę składać dzisiaj wniosek o odrzucenie projektu tej ustawy w całości. Jesteśmy z naszymi wyborcami, uważamy, jako senatorowie, że nasi wyborcy muszą wiedzieć, że reprezentujemy ich i ich zdanie – powiedziała wicemarszałek Senatu Gabriela Morawska-Stanecka, związana z Wiosną. Zaznaczała również, jak dobrym rozwiązaniem okazało się zachowanie dwuizbowego parlamentu: bez Senatu nie byłoby mowy o wycofaniu się z błędnych decyzji podjętych w Sejmie.

Tak też w izbie wyższej się stało. I chociaż PiS głosami swoich ludzi w Sejmie mógł odrzucić decyzję Senatu, to zrezygnował z podwyżek. Po raz kolejny to rządząca partia wyszła obronną ręką z całej awantury. Opinia publiczna zapamięta raczej chciwą opozycję, niż to, że taką samą chciwością, i to nie po raz pierwszy, popisał się PiS.

Pogrążyć opozycję

Opozycji dodatkowy cios zadał Ryszard Terlecki z PiS. Na konferencji prasowej zwołanej już po tym, gdy temat podwyżek ostatecznie upadł, oznajmił, że to nie od rządu wyszedł pomysł podniesienia płac polityków.
– Inicjatorami podjęcia tego tematu była opozycja, a myśmy się na to zgodzili. Przez kilka dni prowadziliśmy rozmowy. Po drugie: to opozycja chciała, byśmy zrobili to teraz i by tego nie przeciągać sprawy na wrzesień. Po trzecie: to opozycja chciała, by do tej ustawy dodać jeszcze kilka elementów poprawiających sytuację posłów, jak trzynaste wynagrodzenie – mówił Terlecki, przy okazji wyśmiewając polityków PO, że chyłkiem wycofali się z całej sprawy, gdy ich postawę skrytykował na Twitterze Donald Tusk.