Stworzyłam taki pomost

Anglia zamroziła moją sztukę na ładnych parę lat. Absurd: ojczyzna tylu pisarzy wykastrowała mnie na wiele lat z pisania. Mnie – jako emigrantkę, czyli osobę drugiej albo nawet trzeciej kategorii – z poetką, pisarką i fotografką Izą Smolarek rozmawia Piotr Jastrzębski.

Mieszkasz w Londynie, już dosyć długo, bo od 13 lat. Jak się tam odnajdujesz. Jak się odnajdujesz jako pisarka, poetka?
Podróżowanie, a właściwie brak domu jest (stety lub nie – ) częścią mojego życia. Bardzo często zmieniałam języki, lektury, kuchnię, stroje, krajobrazy za swoim oknem. Czasami nawet myślę, że działo się to zbyt często. I zbyt chaotycznie. Ale kiedy tylko zaczyna mi się tak wydawać, kiedy zaczynam przeklinać życie w wiecznej podróży – przypominam sobie stany unieruchomienia, stagnacji, inercji, udupienia. Siedziałam wtedy, nastolatka, na parapecie drugiego piętra w mieszkaniu moich rodziców i patrzyłam na sznur aut sunących po dalekiej szosie. Bardzo wtedy chciałam być w ruchu. Bardzo chciałam fruwać, przemieszczać się, poznawać nowe obszary, ale przede wszystkim – ludzi. Po raz pierwszy, na długo i poważnie, wyjechałam do Holandii. To było w 2005 roku. Ciągnęłam wtedy za sobą walizkę wierszy, artykułów oraz pomysł na prozę. Holandia przywitała mnie niespodziewanie miło, podrażniła moje pisarskie ego. Zaskoczyła tym, że pisarza, poetę – darzy się tam wielką estymą. Tak, jak u nas, w Polsce, prawnika lub lekarza. W Holandii artystę szanuje się i podziwia za jego pracę. Właśnie: pracę! Niderlandczycy uważają, że pisarz pracuje na pełnym etacie i należy mu za to odpowiednio zapłacić. Moja twórczość została bardzo ciepło przyjęta przez Holendrów, tamtejszą Polonię oraz placówki dyplomatyczne. W Holandii stworzyłam dwie książki z wierszami oraz powieść kryminalną.
Anglia oraz charakterystyczna dla niej mgła – przywitały mnie dość chłodno. Kiedy wysiadałam z samolotu na lotnisku w Luton, pod koniec października 2007, miałam głowę pełną planów i pomysłów. Szybko okazało się, że jestem tylko marzycielem. Polonia w Anglii dzieli się na Solidarnościową oraz ekonomiczną. Jedni pogardzają drugimi, topiąc siebie w łyżkach brudnej wody. Jeśli potraficie wyobrazić sobie skłóconą rodzinę z małego miasteczka, która walczy o spadek po prababce, używając do tego narzędzi Cosa Nostry, to wiedzcie – Polonia w Anglii wygląda jeszcze gorzej. To był dla mnie szok. Pośród Polonii nie promuje się tego, co jest dobre, tylko tego, który jest częścią klanu.
Teraz staram się uchwycić to w swoich wierszach. Cieszę się przy tym, że zaczynam wracać do pisania, ponieważ Anglia zamroziła moją sztukę na ładnych parę lat. Absurd: ojczyzna tylu pisarzy wykastrowała mnie na wiele lat z pisania. Mnie – jako emigrantkę, czyli osobę drugiej albo nawet trzeciej kategorii.
Robisz zdjęcia, widziałem Twoje prace, bardziej mnie fascynuje jak się do tego przygotowujesz, bo same obrazy czytelnicy mają okazję zobaczyć. Ale zwróciłem uwagę jak podchodzisz, jak się skradasz, chodzi o to, żeby coś uchwycić, nie stracić wizji?
Zdaję sobie sprawę, że nigdy (lub prawie nigdy) nie osiągnę tej biegłości językowej, którą mają tuziemcy w Anglii. Język jest bardzo żywy, plastyczny, kontekstowy. Odnosi się do kultury, przeszłości, sięga do filmów, powiedzonek, wydarzeń. Staram się być na bieżąco, ale i tak widzę, że nie odrobię lekcji z przeszłości, ponieważ w niej nie uczestniczyłam. Dlatego spróbowałam innej formy komunikacji z Anglikami. Stały się nią robione przeze mnie fotografie. Zauważyłam, że dzięki nim jestem czasami w stanie opowiedzieć więcej niż słowami. Zaczęłam wykorzystywać to jako formę komunikacji. Stworzyłam taki pomost. I widzę, że to działa. Mam dobry feedback. Poza tym widzę świat w skali makro, a tego już nic nie zmieni. Stąd moje zdjęcia. Od zawsze, od dzieciaka, bawiłam się kamerą i obiektywem. To był mój filter – przedstawiałam świat takim, jakim go widzę. Nawet z punktu gwoździa, nogi mrówki czy gąbeczki do mikrofonu. Nie podchodzę, nie skradam się, nie układam. Kocham ludzi, kocham zadawać się z ludźmi – jakkolwiek to zabrzmi. Kocham zadawać się ze sprzętami.
Jesteś też graficzką, stypendystką Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, czy wiąże się to z promocją kraju, czy zamierzasz jak Joseph Conrad (Jerzy Korzeniowski) przejść całkiem na angielski i w języku Szekspira realizować się literacko?
Język polski jest dla mnie najważniejszym z języków. Czuję w nim i nie wyobrażam sobie, żebym mogła – emocjonalnie – przestawić się na inny. To język bajek czytanych mi na dobranoc i bajek czytanych mi na dzień dobry. Próbuję pisać w języku angielskim – wiem, że to pozwoliłoby mi dotrzeć do wielu odbiorców – ale wciąż jest mi bardzo trudno zmienić swój sposób frazowania. Mam wrażenie, że kiedy tworzę w innym języku niż polski, wychodzi ze mnie zupełnie inna osobowość. Nie jest mi z tym swojsko. Czy planuję jakąś karierę na Wyspach? Przekornie powiem: nie i nie. Tu, literacko, nie jest w stanie spotkać mnie nic więcej. Być może kiedyś zmienię zdanie oraz kurs, po którym się poruszam, być może dojrzeję do tego, żeby biegać po anglojęzycznych wydawnictwach w poszukiwaniu najkorzystniejszej oferty. Na razie, od czasu do czasu, publikuję w amerykańskim magazynie FM. W tym roku wybór moich wierszy ma ukazać się również we Włoszech. Ale to już ciężka praca tłumaczy, żeby jak najwierniej oddać Czytelnikom moje teksty. Tłumacz właściwie pisze wiersz na nowo, wkłada w to część swojej osobowości. Stypendium Ministra Kultury pozwoliło mi stworzyć kolejną książkę z wierszami; w ramach tego projektu prowadziłam też warsztaty literackie; skupiłam się wtedy na mniejszych miasteczkach, do których kultura nie docierała tak szerokim strumieniem jak do aglomeracji. Wszystko to działo się w Polsce, jeszcze przed moimi przenosinami na Wyspy. Wtedy utrzymywałam się wyłącznie z literatury – sprzedanych książek, zrealizowanych projektów, nagród w konkursach literackich, spotkań autorskich… To był stresujący, ale bardzo zwariowany czas. Trochę mi tego obecnie brakuje.
Pamiętam jak się poznaliśmy, byłem wtedy w Anglii i opisywałem życie imigranta zarobkowego. Gdy straciłem pracę, napisałaś do mnie, czy redakcja mnie jakoś asekuruje. Przejrzałem Twój profil i prawdę mówiąc zaimponowało mi to co przeczytałem. Poza wszystkim co już wymieniłem, napisałaś kryminał, często występujesz na scenie recytując poezję – w jaki sposób znajdujesz na wszystko czas?
Tak, to prawda, ciągnę wiele srok za wszystkie ogony. Zawsze tak robiłam. Niestety, kiedy przyjechałam do Anglii, bardziej skupiłam się na pracy, nauce języka, przyziemnych rzeczach. Również mentalna ściana, tworzona przez tutejszą Polonię, a o którą obiłam się bardzo mocno i boleśnie, spowodowała, że na dłuższy czas wycofałam się z życia twórczego. Zniechęciłam się i zamknęłam w sobie. Być może nawet próbowałam zignorować tę artystyczną część mnie samej. Moje życie stało się uboższe, ale też spokojniejsze, bardziej uporządkowane. Chyba nawet trochę nudne… Na szczęście artyzmu nie da się wyrzucić z duszy. Nawet zapomniany, zagrzebany – wraca i to z podwójną siłą. Do mnie powrócił dzięki pomocy, zachętom moich przyjaciół – Alexa Sławińskiego (dziennikarza, pisarza, malarza), Tomka Kościkiewicza (poety i radiowca), Darka Zellera (także pisarza, który współszefuje tygodnikowi „Cooltura” na Wyspach). Wspólnie zaczęliśmy się motywować, obmyślać nowe projekty. Część z nich jest na ostatniej prostej do ojrzenia światła dziennego, część ciągle buja w chmurach. Natomiast dzięki radiu i Studiu Londyn, którego szefem jest właśnie Alex, zaczęłam poznawać kolejnych fantastycznych, bardzo kreatywnych ludzi, którzy – jak ja – mają ogień w sobie i ten ogień nie pozwala im spać spokojnie. W tej chwili skupiam się między innymi nad projektem z fantastycznym zespołem Revival, którego poznałam właśnie dzięki radiu. Kasia Baszczyńska, wokalistka Revival, razem z basistą Konradem Wójtowiczem, zdecydowali się stworzyć muzykę do moich wierszy. W najbliższych dniach wchodzimy na próby do ich studia, stworzonego na tyłach angielskiego ogrodu. Być może nawet będzie można usłyszeć mnie w chórkach…
Wszystko to robię na ostatnią chwilę, deadliny gonią mnie niemiłosiernie i stresują. No, ale to część mojej osobowości. Mogę z tym polemizować, przeklinać to, ale niestety – muszę nauczyć się z ym żyć. Piękne jst to, że jeden projekt goni drugi, wynika z niego, a dziedziny, którymi się zajmuję, zmieniają się jak w kalejdoskopie. Nie potrafiłabym skupić się na jednej tylko rzeczy; na przykład zająć się wyłącznie poezją albo fotografią. Być może osiągnęłabym wtedy o wiele więcej, gdybym włożyła w to konsekwencję i systematyczność, ale o ile moje życie byłoby nudniejsze!
O ile tematem Twoich wierszy są głównie namiętne, chciałem powiedzieć miłosne, ale odrzucasz uczucie. To jakiś rodzaj masochizmu. Z jednej strony tęsknota, pustka, brak bliskości, czasami wyczuwalne osobiste „no future”. A mimo to negujesz uczucie, które mogłoby być lekarstwem.
Rzeczywiście, większość moich tekstów dotyczy uczuć – mam nadzieję, że to nie jest zbyt monotonne dla Czytelnika. Czy neguję uczucie? Dałeś mi, Piotrze, tym pytaniem do myślenia. Sądzę, że moje teksty są pewnym wycinkiem życia, obrazem, fragmentem. Nie stanowią poukładanej historii, biografii, tylko jej wyimek. Być może łatwiej mi się pisze, kiedy negatywne emocje buzują we mnie, a ja próbuję nadać im pewien kształt, żeby mieć tego wroga przed sobą, a nie za plecami. Być może też masz rację, że odrzucam uczucie, walczę z nim, nie pozwalam siebie dotknąć. Pewnie jeszcze przez dług czas będę myślała na Twoim pytaniem. Na razie nie jestem jeszcze gotowa na taką wiwiseksję. Możemy wrócić do tej kwestii w prfzyszłości, przy okazji kolejnego wywiadu
Jesteś dla siebie surowa. Piszesz w wierszach o swoim akcencie, obnażasz to, co zwykle ludzie skrywają. Czy to sposób na kompleksy? Czy w ogóle znasz, poznałaś empirycznie to uczucie – mam na myśli kompleksy? A jeśli tak, to czy to samobiczowanie jest lekarstwem?
Być może po prostu mam do siebie dystans, którego nabieram z wiekiem. Wiem, że mój akcent jest rozpoznawalny; od wielu lat mieszkam w społeczności angielskiej, konserwatywnej, która niejednokrotnie wytykała mi moje pochodzenie. Nie przyczyniła się do tego także atmosfera przedbrexitowa. Inaczej mają się sprawy w multikulturowym Londynie, gdzie akcenty mieszają się podobnie jak style muzyki czy ubioru. Na prowincji wszystko, co inne, staje się od razu zauważalne, charakterystyczne, obce. Były miesiące, że jak mantrę powtarzano mi, abym pakowała się i wracała do kraju, do siebie. Anglicy nie potrafili zrozumieć, że to moje „siebie” jest właśnie tutaj, w tym kraju, w którym spędziłam już niemal trzynaście lat. Słyszałam, że jestem inna, gorsza, nigdy nie osiągnę tego, co oni, chociażbym nie wiem jak się starała. Na początku płakałam, buntowałam się, walczyłam z takimi opiniami. W końcu nauczyłam się z tego żartować. Teraz już widzę, że dla Anglika z moich terenów nawet Walijczyk, Szkot, czy Irlandczyk są obcy, wrodzy. A z mojego akcentu staram się zrobić atut.
Twój kryminał został zauważony i doceniony. Dostałaś za niego nagrodę. Prawdę mówiąc dosyć intrygującą: Just to be calm and down. Powiedz coś o tym więcej.
To był absolutnie szalony pomysł. Mieszkałam wtedy w Holandii i próbowałam oswoić tamtejszą rzeczywistość, ale też przerobić w sobie obrazy, które przywiozłam z Polski. Często perspektywa pomaga ułożyć nam pewne sprawy, zrozumieć je, nazwać. Znalazłam wtedy ogłoszenie o konkursie na współczesną polską powieść kryminalną. A ponieważ mentalnie miałam ochotę zamordować kilka osób, które wypełniały moją przeszłość, naturalną sprawą stało się dla mnie umieszczenie ich w mojej powieści. Kryminał pisałam wspólnie z Tomkiem Klareckim, z którym tez wówczas mieszkałam, a ponieważ oboje mamy dość wybuchowe charaktery – zbrodnia stała się częścią naszego życia. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na stworzenie tej książki, ponieważ goniły nas terminy; wszystko robiliśmy właściwie na ostatnią chwilę (jak zwykle, jak zwykle!). Dwa tygodnie przed dedlajnem pisaliśmy właściwie na okrągło, z niewielkimi przerwami na sen. Kiedy jedno z nas wędrowało do łóżka,drugie zasiadało przed laptopem. Dzień zlewał się nam z nocą, byliśmy jak w gorączce. Pracę wysyłaliśmy też dosłownie na ostatnią chwilę, dziesięć minut przed zamknięciem – jedynego w okolicy – urzędu pocztowego. Nie dawaliśmy sobie wiele szans na wygraną, ponieważ widzieliśmy, o ile więcej moglibyśmy zrobić, gdybyśmy mieli więcej czasu. Wysłaliśmy więc naszą książkę kryminalną, a potem zapomnieliśmy o sprawie. O nagrodzie dowiedziałam się zupełnie przypadkowo, od mojego znajomego z Polski, który po prostu pewnego dnia pogratulował mi sukcesu. Publikacja tego kryminału otworzyła mi zupełnie nowe drzwi, nowe perspektywy. Natomiast konieczność promocji książki – zmusiła do powrotu do Polski.
Planujesz wydanie kolejnej książki?
Planuję dwa i poł tysiąca spraw, jak wiesz! Zobaczymy co z tego wszystkiego wyniknie. W tej chwili szykuję do druku kolejny tomik wierszy – część z nich będzie wyśpiewana przez zespół Revival. Razem z Alexem pracujemy też nad audiobookiem – antologią poezji emigracyjnej. Moje teksty wejdą również do książki przygotowywanej przez Darka Zellera, natomiast zdjęcia mojego autorstwa znalazły się w książce oraz na okładce anglojęzycznego tomu poezji Bożeny Heleny Nowak-Mazur, który ukazał się w tym roku w Stanach. Chciałabym przysiąść trochę nad prozą, ale – zdaje się – na razie nie mam do tego cierpliwości, za bardzo wszystko we mnie gna. Sporo energi poświęcam radiu i Studiu Londyn, ale też dzięki temu otwierają mi się oczy (i uszy) na coraz to nowe projekty. Nie potrafię i nie lubię stać w miejscu.

NAJDŁUŻSZA NOC
nie ma miłości, linorytu, słonecznej pogody, góry
z dołem, podpatrywanej od dołu. nie ma serca,
miejsca i jasnej po nim dziury. wiem, jesteś
w stanie kupić mi farby i zamalować wartość
kiedy oglądam twoje rodzinne zdjęcia
w kotach, ptakach, złotkach i chlebkach
z numerem domu na czole, z dumą
gratuluję sobie
że nie ma takich farb

DROMADERY

z ust mi to wyjmij i ustaw się na straży
mojego akcentu, kiedy będę mówiła o nas miękko
z twardym es zet, z otwartym ogrodem na zimę
schowam się bez psa, który skamle i dziecka
z ziemią między zębami, kiedy mnie przedstawisz –
nawet nie jestem stąd, ani z Walii, ani z Liverpool
mam obce biodra
i sama nie wiem, gdzie mogę przyłożyć swój język
żeby nie zamarzł albo nie zakwitł nagle ostrokrzewem
w którym boksie mam zasnąć i co przeżuć przed snem
a następnie: jakie obrazy mogę wziąć między palce
rozmazać je na szybie, między złotymi reliefami
ze śliny, z ognia

SKLEP ZE SZNURKAMI
jak mam na imię, jaki mam obrazek z drewna, ze złota
z dyni, utrzymany w klasycznym kwadracie:
on, ona, literatura i ja. dzień dobry państwu,
tu stacja finalna, a ja wciąż trzymam ciebie w ustach
rozplątuję, krztuszę się, kołyszę i milknę
na imię mi przypadek, z drewna, ze złota, skruszony
marmur, zdziczała oliwka, kuzynka ze zgierza
albo innej opolszczyzny. matka ze stali, co cię wyprawia
za morza, za skały, taksówką, do żony. biegnę wtedy
jak pies za szybkim kołem i szczekam, ujadam, nisko, nisko
drżę albo umieram, kiedy pytasz, co dzieje się u mnie.
nic się nie dzieje, ponieważ nie może. nie mam imienia,
nie mam ust, niewiele się klei, nic nie wyraża. spaliśmy wczoraj?
przeciwko piątkom, sobotom, kładę swoje czoło podziwiam

podczas gdy twoja pani kupuje sznurki do rozplątania

Ü
rozdarłeś mnie na papier na kredę i kamień
otwartą dłonią która spadła z lustra wprost
w moje oczy w kilka chwil od niczego
może mój akord był fałszem być może
zgubiłam ścieżkę i cień może przerosły mnie
gamy pasaże pełne usterek być może zabolała
myśl o kobietach które mogłyby zostać
moją biologiczną żoną a szły przeklinając
historię silną jak biodra
być może twoja mama gdzie była wtedy
w pobliżu kiedy kopałeś to zwierzę
dobrze ułożone
w znak zapytania w liść rododendronu
w paprotkę i umlaut

Flaczki Tygodnia

Jaśniepan prezes Jarosław Kaczyński pogroził jaśnie panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jeszcze nie odrąbaniem ręki, która ewentualnie odważy się podnieść się na władzę, ale wykorzystaniem wszystkich „środków, jakie przynależą państwu”.
Czyli pałowanie krnąbrnego, dowalenie grzywny, a nawet internowanie.

Analitycy żywota jaśniepana prezesa Jarosława Kaczyńskiego uważają, że ma on traumę z czasów stanu wojennego. Nie został wtedy internowany, czym poczuł się wielce upokorzony przez generała Jaruzelskiego.
Poczuł się jak hetman koronny zdegradowany do roli ciury obozowego.
Co gorsza nadal nie zapowiada się aby znalazł się ktoś, kto włoży jaśniepanu koronę męczeństwa na głowę.

Jaśniepan prezes cierpi, bo nie ma pewności kiedy odbędą się w Polsce wybory prezydenckie. Nie ma pewności, bo boi się niespodziewanego ataku opozycji, zdrady koalicjantów, głupoty współpracowników, świni podłożonej przez biskupów, zewnętrznej ingerencji. Boi się najmniejszego, ostrego cienia mgły. Dlatego cierpi i węszy. Węszy i cierpi, kiedy nie może wywęszyć.
Tak to u psychodyktatorów bywa.

Oczywiście nie byłoby tego wykreowanego problemu gdyby pani marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek ruszyła się i wyznaczyła termin wyborów. Na 28 czerwca 2020 roku, na co przystają rządzące elity PiS i też liderzy partii opozycyjnych.
Ale żeby pani Marszałek Witek wyznaczyła ten termin wpierw musi ona dostać polecenie od jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.
Ten takiego polecenia nie wydaję, choć grozi publicznie surowymi sankcjami dla hamulcowych wyznaczenia terminu wyborów. Czyli sam sobie.
Ciekawe ilu Jarosławów mieści się obecnie w jednym panie prezesie Jarosławie Kaczyńskim?

W zeszłym tygodniu słyszeliśmy w TVPiS gromkie zapowiedzi wielkiej, systemowej i niezwłocznej rozprawy z pedofilami w IV Rzeczpospolitej.
Zwłaszcza z pedofilami ze środowisk artystycznych, celebryckich, dziennikarskich, ze wszystkich środowisk sprzyjających opozycji demokratycznej.
Pan reżyser Latkowski podał najsłynniejszych pedofilii, jak na talerzu, panu ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze.
I wtedy zastępca pana prokuratora Ziobry, pan minister Michał Wójcik na krzyż się prawie przysięgał, wąsa trzy razy podkręcał, specjalną komisyję obiecał powołać, który szparko wyłapie wszystkich tych złoczyńców i do loszku ich wsadzi.
Na co pan Latkowski przed kamerami TVPiS łzami ze szczęścia się zalał, i do nóg pana Michała upadł, z wdzięcznością kolana mu ściskał, za ten akt sprawiedliwości dziejowej dziękując.

Tydzień już minął. I nic. Panowie celebryci na wolności chodzą i w nos się panu Ziobro śmieją. Pan Krzysztof Zanussi oskarżenia publicznie wyśmiał i do sądów ruszył. Pan Latkowski sakiewkę z TVPiS wziął i pod ziemię się zapadł. A pan Michał Wójcik rycerz sprawiedliwości IV Rzeczpospolitej ?
No, panie Michale! Larum grają. Pedofilie w granicach Rzeczpospolitej stoją, a pan na koń nie siadasz, szabli nie sięgasz?

Oczywiście, ze pan Michał nie sięgnie, bo wszystkie te deklaracje o walce z pedofilami w istocie były kolejnymi aktami uprawianej przez elity PiS pedofilii politycznej. Traktowania polskich wyborców jak polityczne dzieci i ciemny lud. Którym wszystko można obiecać, któremu każdy kit można wcisnąć. I wykorzystać w wyborach.

Elity PiS lubią podkreślać, że tylko oni dotrzymują składanych obietnic. Jako dowód zawsze prezentują wypłaty pieniędzy z programu 500+ trzynaste emerytury. Aktywistki PiS często nazywają te pieniądze „Jarkowym”, co ma sugerować „ciemnemu ludowi”, że to jaśnie pan prezes sięgnął do sakiewki i dał ze swojego.
Pan prezydent Duda na potrzeby wyborów prezydenckich stworzył nową teorię transferów finansowych. Pan prezes, pan prezydent, pan premier dają pomoc społeczną ze swych pieniędzy. A wszelkie podwyżki to jedynie dzieło opozycyjnych samorządów.

Ponieważ elity PiS kradną nasze pieniądze coraz bezczelnie i jednocześnie udają, że żadnego majątku nie posiadają, to opozycja przypomniała postulat żeby elity władzy zaprezentowały publicznie swój pełen majątek. Także ten przepisany na współmałżonków.

Przy okazji tej lustracji wydało się, że elity PiS oszukują nie tylko wyborców. Także swych partnerów w czasie zawierania ślubów, kościelnych zresztą. Ślubują im wierność, a potem rozwodzą się z nimi zapominając o złożonej przysiędze. Także katolickiemu bogu.
Zapewne te kolejne żony i mężowie potrzebni są PiS-owski prezesom, marszałkom Sejmu i Senatu aby jakoś rozpisać te gigantyczne majątki skuteczniej ukryć je.

Poza tym „Flaczki” postulują aby Lewica przedstawiła swój program nowej V Rzeczpospolitej. Sprawiedliwej społecznie i demokratycznej.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

DŁUGOPISIK

Aktyw szczeka, hejt się leje,
zwisły zmysły w PISie całym.
Wszyscy tracą już nadzieję
na „Dudowej” powrót chwały.
Jedna wpadka drugą goni
błąd za błędem niszczy złudę
i jak rączych stado koni
do upadku ciągną Dudę.
Czas komisję chyba zwołać
bo rozstrzygnąć konkurs zda się
kto najwięcej nakraść zdołał
w relatywnie krótkim czasie.
Niepobity dotąd Rydzyk
straci pewnie „pas championa”,
bo jak każdy chyba widzi
Szumowskiego nie pokona.
W gęstym gąszczu własnych knowań
pogubili się posłowie
i najtęższa nawet głowa
nic im dzisiaj nie podpowie.
Zegar tyka, krew się warzy,
prezes gniewu nie ukrywa,
nawet Duda przestał marzyć
i już nie śni że wygrywa.
Ja zaś patrzę ze spokojem
jak w swej złości PIS się kisi,
swych poglądów się nie boję
I SZYKUJĘ DŁUGOPISIK.

Doktor Ryszard Grosset

Kosmiczna podróż, czyli poezją przez życie

Wielki przebój Starego Dobrego Małżeństwa rozbrzmiewa słowami: „Wędrówką jedną życie jest człowieka…”
zdającymi się potwierdzać istotę naszego TUTAJ BYĆ.

Tomik przyciąga uwagę Czytelnika już od pierwszego spojrzenia. Jawi bowiem dwie przednie okładki, co rozbudza w nim nadzieje na przeżycie nietuzinkowej, lirycznej przygody.
Kurcbuch nie gwarantuje jednak, że podróż kosmicznym promem, w którą nas zabiera, będziemy wspominać wyłącznie w miłej atmosferze refleksji.
Na takie przypuszczenie pozwala część pierwsza, pozbawiona spisu treści, który zastąpiono planem wydarzeń stanowiącym końcowe odliczanie, w następstwie czego jesteśmy świadkami wielkiego wybuchu, będącego zarazem nowym początkiem.
Poeta w toku wierszowych rozważań dowodzi, że jest to nieuniknione, ponieważ działaniom człowieka przyświeca szeroko rozumiany egoizm i brak szacunku dla Matki Ziemi. W utworze „wehikuł. bez czasu” przywołuje postaci morloków znanych z twórczości George’a Wellsa. Owe istoty podziemne wyewoluowały z gnębionej klasy robotniczej, stając się brutalnymi, toteż łodzianin nie bezpodstawnie porównuje do nich ludzi chcących zaspokoić jedynie podstawowe potrzeby, celem egzystowania tak po prostu, miast życia jego pełnią.
Autor przytomnie zauważa, że nasz świat krzyczy krzykiem rozpaczy, co rusz uwidaczniającej się pod postaciami nieszczęść i katastrof. Z uporem maniaka pozostajemy na nie ślepi i głusi, zatracając się w bezmiernej pysze, za to w każdej chwili zaśmiecamy planetę wytworami naszych umysłów i rąk. Chipy, kody dostępu, bugi i diatezy są przecież niczym innym, jak tylko przejawami chęci dominacji bez umiaru, o czym twórca traktuje w utworach „Salut 1971. ta wyprawa nie skończyła się nigdy” i „zapowiedź. utwórz nowy zapis”. Toteż wraz z podróżującym z nim Czytelnikiem wytrwale szuka nowego nieba, na którego chmurnej sofie – jak mniema – rozsiadły się wygodnie takie ikony współczesności jak: Marylin Monroe, Elvis Presley i Amy Winehouse, przy czym nie ma on pewności, gdzie ono jest i czy kiedyś – mimo wszystko – na nowej planecie odrodzi się „zielony nerw” z wiersza pod tytułem „dzień koszenia trawy”. Pewne jest natomiast, że zaśmiecone wody i wycięte lasy przyniosą opłakane skutki, bowiem – o czym Kurcbuch odważnie, nie przebierając w słowach – pisze w utworze: „wiersz bez kropki na końcu wszystkiego”, mając pełnię świadomości, iż „niedługo wszystko się rozpierdoli”. Pytanie: czy tego właśnie chcemy? Z przykrością przyznać należy, że chyba tak, czego dowód poeta daje w wierszu „raport z ocalenia ostatniej planety”. Przypomina, że ludzie mieli wiele sygnałów o rychłej degradacji planety, jednak wszystkie zignorowali poddając się bezsprzecznie dyktatorom, układom i interesom, a przy tym nie słuchając mędrców przewyższających ich mądrością. Ludzkości brak empatii i obrania właściwej perspektywy z poziomu maluczkich, bowiem to właśnie oni czują i widzą więcej, ale ich zdanie się nie liczy, gdyż oni sami też nic nie znaczą.
Owa refleksja wyziera z kart zbioru Marcina Kurcbucha niczym czarna jak smoła senna mara. Pojawienie się jej zdaje się mieć na celu nakłonienie do przebudzenia i walkę o nowe, lepsze życie.
W tej właśnie walce wiersz ma pomóc i, oświetlając drogę, pełnić rolę drogowskazu w kształtowaniu poglądu i świadomości tego KIM JESTEM.
W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie Kurcbuch posiłkuje się założeniami jogi, bowiem w drugiej części – w centrum rozważań stawiając człowieka – prezentuje spis oddechów, jednoznacznie dowodząc, że należy zajrzeć w głąb siebie, co zaowocuje wyciszeniem pozwalającym osiągnąć duchową równowagę.
Autorka śródsłowia oddzielającego obie części zbioru – Magdalena Krok – tylko potwierdza, że w wierszach kumuluje się szereg odpowiedzi na wiele pytań, w tym na to, które już postawiono, jednak warto, by wybrzmiało ponownie: KIM JESTEM? Każdy z nas zapewne odpowie na nie inaczej, ale byłoby wspaniale, gdybyśmy, parafrazując, mogli odpowiedzieć słowami wiersza „kamień po kamieniu”: jestem człowiekiem szczęśliwym, wdzięcznym za to, co mam, ale nie zapominam, że owo szczęście nie przyszło samo, że buduję je cierpliwie, doceniając życiową drogę, którą przyszło mi przejść.
Nadnaturalności autor poświęca drugą połowę zbioru, tytułowym utworem zamykając go i zwracając uwagę, że sensem życia winno być poszukiwanie siebie samego jak również sensu świata.
Warto byłoby także zastanowić się nad ukrytym znaczeniem zwrotów: „swojość”, „sobienie” i „najczulszości”. Jakie sensy się w nich kryją – sprawdźcie sami. Pamiętajcie jednak, proszę, że decydując się na ten krok, możecie dojść do przekonania, że „poezja czasem bywa przeklęta”, a człowiek w swej istocie bez wątpienia stanowi największą zagadkę wszechświata.

science or fiction

nic nie jest bardziej przeklęte niż literatura
mówiąca o upadku człowieka.
ostrym promieniem zagląda wgłąb i rozbija
cząsteczki mroku.

twórcy są przeklęci. urodzili się z piętnem
w nadwrażliwych oczach. z niepokojem
niczym stopione słońce.
u schyłku ostatniego dnia

byłem tam widziałem.
krwiożerczą skorupę rozłupane czaszki
konające golemy w rozżarzonej magmie
akt wynaturzonej ewolucji

głupcy nie wierzą
choć ostrzegałem
bo kto by chciał w te bajki

ostatecznie każę napisać sobie epitafium

przeklęta moja prawda

(z tomu Science or fiction. Supernatural)

kosmo.rasizm

wszechświat ma do zaoferowania tak wiele
mądrych ras. nie dostaniemy nic

dopóki sortujemy
murzynów żółtych kolorowych tęczowych
z napędem na dwa koła zamiast nóg
od lepszego projektanta i z przeceny w lidlu.

nie jesteśmy gotowi.
dopóki jedną rasę ziemską rozmieniamy na drobne
różnice w odcieniach skóry.

(z tomu Science or fiction. Supernatural)

miłości. światła. wody.

chcę światła w dzbanku z filtrem
miłości podanej w szklance wody
marmurowej fontanny zapatrzonej
w słońce

nie rozprasza mnie miasto ani burza.

jestem w każdym ze stanów skupienia
muszę tylko panować nad żywiołami

za dużo wody to powódź
za dużo światła to śleptota
too much love will kill you.

(z tomu Science or fiction. Supernatural)

mandarynki

rozpływa się rok jak smak mandarynek
zmysłami chwytam niepowtarzalność

obieram ze skórki by w przyszłym roku
wgryzać się w drapieżną krągłość
którą zatoczyło życie od stycznia do stycznia

przybyło gorzkich rozczarowań
twardych doświadczeń
lecz to tylko pestki
dzięki którym dobro może wzrastać

wciąż rozgryzam siebie i ciebie
dwie największe zagadki

(z tomu Science or fiction. Supernatural)

Marcin Kurcbuch – z wykształcenia filolog polski, redaktor, ale przede wszystkim poeta. Debiutował zbiorem „Oczyszczenia” (2016), by następnie opublikować: „Przyglądam się” (2016), „Operację niebo” (2017), „Nasilenie wiosenne” (2018), ale to najnowszy tomik poetycki „Science or Fiction. Supernatural”, którego premiera przypada na pierwszą połowę tego roku, zdaje się być najbardziej dojrzałym w dorobku młodego, bo urodzonego zaledwie w 1990 roku, łodzianina – przez wzgląd na podjęcie przez niego próby otulenia strofami wspomnianej istoty, a to zadanie z całą pewnością niełatwe.

Substancja nieuporządkowana

Literaturę widzę bardziej jako zbiór konkretnych pisarzy, a nie jedną wielką, platońską całość
z Adamem Zagajewskim rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Mój pierwszy impuls był taki, żeby rozmawiać z Panem o Pana poezji i eseistyce. Doszedłem jednak do wniosku, że nie czuję się na siłach rywalizować z wybitnymi znawcami i egzegetami Pana twórczości. Popadłem więc w zwątpienie i pesymizm z powodu własnej niemocy i niekompetencji, gdy nagle uświadomiłem sobie, że właśnie minęła pewna ważna na Pana twórczej drodze rocznica i w niej znalazłem asumpt do rozmowy. Otóż w 2014 roku minęła 40 rocznica ukazania się bardzo głośnej wtedy książki eseistycznej, zwanej też manifestem ideowo-artystycznym Nowej Fali – „Świata nieprzedstawionego” (1974), wspólnego autorstwa Pana i Juliana Kornhausera. W prasie literackiej powoływano się na nią w latach siedemdziesiątych bardzo często, a dla mnie jako dla młodocianego wtedy jej czytelnika-licealisty książka ta była bardzo ważna. Powróciłem do niej po czterdziestu latach i zastanawia mnie, czy dziś jest to w Pana ocenie jedynie „zabytek” piśmiennictwa krytyczno-literackiego czy też w całości bądź w części nadal zachowuje aktualność?

Pamięć tej książki wraca do mnie przy różnych okazjach mentalnych. To co wydaje mi się jedną z osi tej książki, to zagadnienie walki konkretu z symbolem. Nadal wydaje mi się to jednym z wymiarów mojego myślenia o świecie. Stanowi to dla mnie potwierdzenie tego, że ta opozycja nie została wymyślona na użytek tej książki, lecz była czymś, co wtedy naprawdę zobaczyłem czy odkryłem. I że to mi pomaga myśleć o świecie, który jest nieustanną rywalizacją między tym, co empiryczne, codzienne, gdzie wielkie kontury się zacierają a wymiarem mitycznym. Skądinąd wydaje mi się, że w końcu zwyciężył we mnie raczej, choć nie do końca, wymiar symboliczny, mityczny, acz z książki wynika, że stanąłem wtedy po stronie konkretu. Widzę jednak ciągłe ścieranie się tych dwóch wymiarów. Szczegółowej egzegezy „Świata nieprzedstawionego” jednak Panu nie zaprezentuję, bo w przeciwieństwie do Pana nie czytałem jej ponownie i nie czuję takiej potrzeby. Był jednak „Świat” nie tylko młodocianym manifestem, lecz przeczuciem, czegoś, co jest nadal aktualne.

W jednym ze szkiców pomieszczonych w „Świecie nieprzedstawionym” napisał Pan: „Oświetlić problematykę literatury jako składnika kultury, aby przekonać się dlaczego tak mało wiemy o naszych czasach”. Czy po 41 latach tak sformułowana funkcja literatury jest aktualna?

I tak i nie. Na pewno w sensie społecznym znaczenie tego składnika kultury, jakim jest literatura, jest mniejsze. Natomiast w sensie filozoficznym, w wymiarze mniej się manifestującym, bardziej ukrytym, literatura ciągle ma klucz do myślenia o świecie i do odczuwania go. Przytoczone przez pana zdanie brzmi bardzo młodzieńczo, to znaczy bardzo teoretycznie. Po wielu latach mniej ufam teoriom, uogólnieniom. Literaturę widzę bardziej jako zbiór konkretnych pisarzy, a nie jedną wielką, platońską całość. Jednak czuję się człowiekiem literatury, jestem z nią miłośnie związany czytam poezję, powieści, eseje. Jest ona wielkim pamiętnikiem ludzkości. Czytam właśnie eseje Virginii Woolf, które sobie sprowadziłem do mojego kindla. To pamiętnik życia osoby poszukującej drogi, swoista spowiedź. Film ani teatr nie mogą spełnić tej roli, chyba że po obejrzeniu filmów Andrieja Tarkowskiego przeczyta się, w trybie uzupełniającym, jego zapiski. Tymczasem każdy pisarz, nawet jeśli ma zwyczaj zacierania swoich prywatnych śladów, pisze – choćby nieświadomie – coś w rodzaju swojego pamiętnika. To jest ta podszewka literatury skrywająca się pod oficjalnym garniturem. Zresztą dziś lubimy w literaturze rzeczy brulionowe, nieoszlifowane, surowe tworzywo, w którym czuje się autentyczne emocje. Poza tym, mimo hiobowych wieści o zamieraniu książki papierowej, powieść bardzo energicznie w świecie żyje, miliony ludzi je czytają, przyznawane są niezliczone nagrody. Jest też oczywiście i ta druga strona medalu, która pokazuje, że czytelnictwo generalnie spada i powstał nowy gatunek ludzi wykształconych, a nieczytających.

Wracam do podstawowego postulatu książki będącej punktem wyjścia naszej rozmowy – do zarzutu, że polska literatura, proza powieściowa, pojmowana jako całość, nie pokazuje realnego świata. Nawiasem mówiąc, ten postulat wzbudził krytyczne opinie wśród części recenzentów książki, choćby Jerzego Kwiatkowskiego, który zarzucał Panom „lekceważenie uniwersalizmu czy Andrzeja Kijowskiego, który napisał, że nawet w literaturze „realistycznej” i „współczesnej”, „współczesność jest zawsze pasażerem na gapę” Jak ocenia Pan ten zarzut po latach i czy można go odnieść do współczesnej polskiej literatury?

To nie jest tylko problem polskiej literatury. Czesław Miłosz ubolewał, że duża część ludzkiego doświadczenia w ogóle nie zostaje zapisana i umyka. Myślę, że postulat, by literatura ogarniała całość egzystencji, jest utopijny, bo każda powieść stanowi zawężenie tego obrazu. Na pytanie w jakim zakresie polska literatura ten postulat spełnia, nie mam odpowiedzi, bo w zasadzie nie śledzę współczesnej polskiej prozy. Podejrzewam jednak, bo nie oglądam, że nawet seriale telewizyjne, których część zdaje się ma tę rzeczywistość ukazywać, nie spełniają tego postulatu i generalnie w ogóle jest deficyt opisu rzeczywistości. Trochę to uzupełnia reportaż, w jakimś momencie podniesiony do rangi literatury i ostatni Nobel w tej dziedzinie dla wybitnej reportażystki białoruskiej zdaje się o tym świadczyć. Generalnie sztuka nie nadąża za czasem, który biegnie szybko i ona niej jest w stanie go dogonić. I może nawet nie potrzeba. Może wystarczy, że rzeczywistość energetyzuje sztukę.

Z racji ograniczenia czasem, pozwolę sobie na fragmentaryczną, lapidaryjną, dygresyjną formułę rozmowy. W pewnym fragmencie „Świata” pisze Pan o Szekspirze, Dantem, Molierze jako o części aktualnego kodu kulturowego ludzkości. Mam taką nurtującą mnie intuicję, może mylną, może przesadzoną, że technologiczne przyspieszenie ludzkości spowodowało naruszenie, jeśli nie zerwanie tego kodu. Powoduje to chociażby, że coraz trudniej wystawiać w teatrze np. utwory romantyczne, znacznie trudniej niż jeszcze 40 lat temu. Jak Pan to odczuwa?

Jestem wykładowcą pewnego instytutu naukowego, interdyscyplinarnego w Chicago, o szacownej tradycji, jako że wykładali tam niegdyś Hannah Arendt czy Saul Bellow i inni sławni humaniści. Przychodzi tam elita studentów z całego świata. Wszyscy oni chcą i muszą poznać ten kod, od Homera począwszy, mniej czy bardziej dokładnie. Czytają na przykład starożytną grecką literaturę w oryginale, co na przykład moim przywilejem nie jest. Oni tworzą elitę młodego pokolenia, która czuwa nad tym kodem, nad trwaniem pamięci. Takich ośrodków jest więcej. To jest sekta tych, co wiedzą, choć mam świadomość, że sama erudycja nie jest wystarczającym warunkiem twórczości. Profesorowie tego instytutu niekoniecznie są wszyscy bardzo twórczy, ale pełnią rolę chodzących zbiorników pamięci, co też jest ważną funkcją. Polski system uniwersytecki słabo w tej domenie działa, a filologia klasyczna nie jest w modzie. Tymczasem w USA, które zwykliśmy uważać za kraj dość barbarzyński, co rusz powstaje nowy przekład „Iliady” czy „Boskiej komedii”. Ta sfera nie dotyczy, rzecz jasna, głuptasów ze stanów Kansas czy Nevada. Reasumując – ten kod jest trochę przykurzony, ale nie złamany i istnieją warunki dla jego ożywienia. Istnieją żywe zarodniki w postaci ludzi.

„Literatura jako jednolity wzór jedności życia”, porządkująca je, syntetyzująca w sposób panoramiczny epokę. Ten postulat także pojawił się z Pana strony w „Świecie nieprzedstawionym”. Jednak już co najmniej od kilkunastu lat daje się słyszeć sceptyczne glosy, że naszej migotliwej, rozproszonej, zmiennej kalejdoskopowo epoce tego się nie da osiągnąć, nie da się jej uchwycić. A już na pewno nie da się tego osiągnąć za pomocą tradycyjnej prozy, bo ona powstawała w bardziej stabilnej epoce. Jak Pan teraz na to patrzy?

Na pewno nie stawiałbym tego postulatu tak radykalnie, ale ta potrzeba ujednolicenia nie całkiem jest pozbawiona sensu. Każdy pisarz na swój sposób dokonuje takiego ujednolicenia. Na przykład u Zbigniewa Herberta mamy do czynienia z bardzo silną organizacją świata, u Różewicza także, choć jest ona inna. Czyli, że każda silna osobowość twórcza proponuje własną wizję, własny system, więc czytelnik staje wobec wielości tych ujednoliceń, co skądinąd brzmi jak paradoks, ale nie ma w tym złego, bo to oznacza pluralizm. Nie możemy być jak licealiści przygotowujący się do matury, którzy narzekają, że każdy pisarz mówi inaczej i że zwariować można. Wypada nam uznać tę wielość za siłę literatury, choć wiadomo, że są czytelnicy wierni tylko jednemu autorowi. Z tego punktu widzenia ta możliwość ujednolicenia jest większa w poezji niż w prozie, bo w niej większa jest siła postulatu, choćby tak stawianego jak w „Panu Cogito”. Proza natomiast na ogół bardziej porządkuje przez opis, choć są takie wyjątki, jak opętany prorok chrześcijańskiego modelu życia Dostojewski. Większość prozaików, to jednak opisywacze.
Jest też w Pana esejach postulat równowagi między tradycją a współczesnością w literaturze, równowagi zdefiniowanej w tzw. stożku Irzykowskiego – u podstawy tradycja, na wierzchołku współczesność i to co bieżące. Dziś proporcje tego stożka zachwiały się, nie ma już równowagi. Dolna część stożka, czyli tradycja, jest zmajoryzowana przez doraźność…
W tym zgadzam się w całej rozciągłości. Wyrazem tego jest choćby prawie całkowity zanik krytyki literackiej, którą zastąpiły notki w wykonaniu młodych dziennikarzy. Zniknęła szlachetna i szacowna postać krytyka literackiego, który często mylił się w ocenach, potępiał książki, które okazywały się wielkie, ale miał pewną wizję literatury, jak Irzykowski, Błoński, Wyka, Kijowski, Janion, Burek. To byli filozofowie literatury, ukazujący literaturę jako wyłaniającą się z pewnej całości. Dziś też jest trochę takich mnichów literatury, ukrytych po uniwersytetów, ale oni nie uczestniczą w codziennej debacie.

W „Świecie nieprzedstawionym” jest wątek hermetyczności języka humanistyki. Kiedy czytam wspomnianych przez Pana krytyków, to poza przyjemnością poznawczą i estetyczną z tej lektury mam też komfort jasności, zrozumiałości ich wywodów. Przeciwnie niż gdy czytam wielu ich następców, choćby z kręgu IBL, którego nazwa bywa czasem synonimem niezrozumialstwa tego piśmiennictwa. Czyli wspomniana hermetyzacja nie prowadzi tej humanistyki na coraz dalsze manowce?

Nie chciałbym, żeby czytając naszą rozmowę, ktoś doszedł do wniosku, że to rozmowa dwóch starych reakcjonistów, starszego i młodszego, którym nic co nowe się nie podoba. Zauważam jednak powolny powrót do humanistyki polskiej i światowej języka klarownego. Kiedy prowadziłem wykłady w Stanach stwierdziłem, że panują zmieniające się językowe mody w humanistyce. Czytam regularnie „New York Review Books”, w którym bardzo dobrze widać te zmieniające się tendencje. Nawiasem mówiąc tę nieklarowność rozpętali Niemcy. Od Heideggera począwszy. Niedawno przeczytałem książkę czeskiego autora Pavla o powieści jako gatunku, o jej rozwoju i to jest wzór klarowności. Marta Wyka pisze bardzo jasno i mógłbym wymienić więcej nazwisk. Mam więc nadzieję, że najgorszy okres nieklarowności już minął, aczkolwiek ambitniejsza humanistyka i tak skazana jest na wąski obieg.

W „Świecie” pojawia się też Brzozowski z jego kategorią polskiego „zdziecinnienia”, którą formułował nie tylko na stronach „Legendy Młodej Polski”. Mam wrażenie, że to z czym Brzozowski walczył, dziś po przeszło stu latach od jego śmierci, wygrało w kulturze totalnie, że zdziecinnienie, infantylizacja są wszechobecne i wchłaniają coraz więcej obszarów życia. I dotyczą nie tylko Polski, o czym pisał choćby Peter Sloterdijk. Czy Pan to też tak odbiera?

Brzozowski miał poczucie tragizmu losu Polaków żyjących w niewoli. Wyrzucał im, że będąc pozbawionymi własnego państwa bawią się z najlepsze. Gdy to czynił, kultura masowa w dzisiejszym znaczeniu jeszcze nie istniała. Dziś samo pojęcie kultury masowej usprawiedliwia jej płytkość. Ale przecież, choć nie ma większego zdziecinnienia niż w Stanach Zjednoczonych, a skala niewiedzy społecznej przekracza nasze europejskie wyobrażenia, to istnieją tam również znakomite uniwersytety, należące do czołówki światowej, o czym wspominałem. Polska nie wyróżnia się więc w poziomie zdziecinnienia, o czym świadczy choćby przywoływany przez pana Sloterdijk. Zresztą co do Polski, to wybuch zdziecinnienia odsłonił Polaków, pokazał jacy jesteśmy naprawdę. Za PRL kryliśmy się za maską, teraz jesteśmy transparentni i w całej okazałości. Nie możemy się jednak ograniczyć do utyskiwania i robić swoje, wierząc że to nie ginie.

Jest Pan oczywiście identyfikowany głównie jako poeta, ale czy po czterech dziesięcioleciach od wydania „Świata nieprzedstawionego” zdarza się Panu odebrać sygnały, że i ta książka jest pamiętana?

Owszem, zdarza się. Ostatnio nawet zwrócono się do mnie i do Juliana Kornhausera z prośbą o zgodę na wprowadzenie tej książki w obieg zasobów zdigitalizowanych obiegu elektronicznego. Oznaczało to rezygnację z ewentualnych edycji papierowych.

Szkoda, bo warto by ją wydać na nowo, ze słowem wstępnym sytuującym jej rolę na tle ówczesnego kontekstu kulturowego, społecznego, politycznego i określającym poziom jej aktualności po latach, pokazującym co przetrwało, a co należy do minionego czasu. Tak uczyniono niedawno na przykład ze „Zniewolonym umysłem” Miłosza, „Płomieniami” Brzozowskiego i z głośnym u schyłku lat siedemdziesiątych esejem Andrzeja Wernera „Polskie, arcypolskie”…

Przez jakiś czas nie będzie to możliwe. Z naszej książki to i owo pozostało, ale jest sporo warstw passe, naiwności i sformułowań należących do tamtego czasu. Na przykład odwołań do socjalizmu, jak choćby w puencie, które dziś mnie rażą i które były jednak przejawem konformizmu. Już nawet nie pamiętam, czy wydawca nam to narzucił, czy pomieściliśmy to bez inspiracji zewnętrznej.

Mnie z kolei, młodego wtedy odbiorcy, intrygowało, jak tak niecenzuralna książka mogła zostać dopuszczona przez cenzurę do publikacji…

Było w tym trochę dynamitu, ale też spora jego część była opakowana dla bezpieczeństwa.

A teraz chciałbym wyjść poza obszar inspirowany przez „Świat nieprzedstawiony” i poruszyć kilka kwestii wyodrębnionych z Pana eseistyki. W tomie „Lekka przesada” napisał Pan, powołując się na Paula Claudela, że postawa podziwiania cudzego piękna jest szlachetniejsza niż postawa krytyki. Podziw ma w obyczajowości, w jakiej funkcjonuje kultura niższą rangę niż postawa krytyki. Czy to ma swoje źródła w Oświeceniu?

Za Paulem Ricoerem i jego pojęciem „systemów podejrzeń” widziałbym te źródła raczej w modernizmie, w Nietzschem czy w marksizmie. I choć w tle tego wszystkiego jest oczywiście Oświecenie, to bezpośrednie źródło widzę w modernizmie, w jego skrzydle teoretycznym. Gdziekolwiek jednak usytuowalibyśmy źródła kultury czy systemu podejrzeń, to faktem jest, że one nas otaczają. Aczkolwiek nic tu nie jest czarno-białe i wspomniane systemy podejrzeń także dużo nam dały, pomogły. Nie możemy całkowicie odrzucić ani Nietzschego, ani Freuda ani Marksa, każdy z nich coś ważnego zobaczyli. Niewątpliwie jednak wektor podejrzeń wziął zdecydowanie górę nad wektorem podziwu i utrudnia nam zbliżenie się do tego do czego między innymi potrzebna jest sztuka – do dotknięcia substancji egzystencji. Zamiast bowiem patrzeć na nią, na tę substancję, patrzymy sobie podejrzliwie na ręce. Nie wierzymy w bezinteresowność, w to, że ktoś może pisać, malować, komponować bezinteresownie, w poszukiwaniu tej substancji. To jest właśnie jeden z przejawów owej deriddowskiej dekonstrukcji, bardzo ciekawej filozoficznie, ale także obarczonej wspomnianą wadą. Szczęśliwie jednak podziw całkowicie nie zaginął w kulturze i nieraz wychodząc z koncertu widzę podziw, uniesienie, spełnienie estetyczne malujące się na twarzach ludzi. Także, gdy patrzę na dyrygenta wykonującego z orkiestrą kompozycje Beethovena czy Mahlera, to widzę jego podziw, acz już w sztuce kompozytorskiej, zwłaszcza w nowszych prądach, ironię czy krytycyzm już można zauważyć. W praktyce artystycznej jest to trudniejsze niż w teorii, choć znam teoretyków muzyki, którzy także nie wstydzą się i nie kryją podziwu, nawet dyszą podziwem. Natomiast w sferze medialnej kultury rzeczywiście przeważa krytycyzm, ironia, sarkazm. Nawiasem mówiąc, Claudel na którego się tu powołujemy osobiście był okropnym nienawistnikiem deprecjonującym na przykład Rilkego czy Elliotta uważającym za zero.

Zadam pytanie może nie a’propos, ale mieszczące się jakoś w polu piękna, podziwu, estetyki. Dlaczego skończyła się poezja jako śpiew i poeta jako lirnik? Dlaczego odrzucono jej śpiewaczy i arkadyjski aspekt, obecny choćby u Homera czy Mickiewicza?

Tu się z panem nie zgodzę co do Homera, bo ja u niego nie widzę arkadyjskości, ale rzeźnię, przemoc. Początki poezji zachodniej to seria morderstw pod Troją. Jest taki piękny esej Simone Weil o „Iliadzie” jako o poemacie siły. Weil nie widzi w „Iliadzie” nawet rycerskości, tylko potworne zabijanie. A co do poezji jako pieśni i rymu, to nie chcę być pedantem, ale przypomnę, że Grecy w poezji nie rymowali, ani Homer ani Wergiliusz. Rym wynaleźli podobno mnisi średniowieczni dla celów mnemotechnicznych, dla ułatwienia zapamiętywania. Natomiast poezja antyczna miała silną strukturę sylabiczną, miała jamby i trocheje, które były jej opoką. Także inna wielka opoka poezji, czyli psalmy Dawidowe, też nie miały rymu, ale oparte były na paralelizmach czyli powtórzeniach. Nie widzę więc w dawnej poezji ani arkadyjskości, czyli opiewania piękna świata, może poza sielankami Teokryta, ani w sensie estetyki wiersza. Raz jeszcze przywołam Claudela, by dygresyjnie przypomnieć, że i on nie rymował, a nawet był rewolucjonistą poezji francuskiej odrzucając dwunastozgłoskowiec, aleksandryn, jej fundament, określając go jako „katarynkę”. Z kolei w poezji polskiej wielkim burzycielem-rewolucjonistą był Tadeusz Różewicz. Różewicz poszedł daleko w prozaizacji wiersza. Był nim również Peiper, choć on nie był tak utalentowany i był bardziej teoretykiem poezji.

Autor jednej z poświęconych Panu not biograficznych wymieniając enumeratywnie Pana aktywności twórcze, pomieścił określenie „filozof”, przed „poetą” i „eseistą”. Jest Pan autorem szkiców o Emilu Cioranie, Józefie Czapskim, Brunonie Schulzu, co jest dla mnie zrozumiale, ale dlaczego także o Nietzschem czy Jűngerze? Dlaczego właśnie o nich?

Z dwóch różnych powodów. Nietzsche był bogiem mojej wczesnej młodości. Gdy się czyta listy, dzienniki, wspomnienia wielu pisarzy XX wieku, to widać, że przewrócił on w głowie bardzo wielu młodym pisarzom. Moje pokolenie było może już trochę w tym względzie spóźnione, ale dwa pokolenia wcześniejsze były pijane pismami Nietzschego. Inna sprawa, że mój tekst o Nietzschem jest krytyczny, jest odrzuceniem tego młodzieńczego upojenia. Co do Jűngera, to miał on różne fazy. Nie lubię jego fazy agresywno-militarnej, ale od późnych lat trzydziestych jest to pisarz medytacyjny i jeden z niewielu pisarzy metafizycznych, przy czym w jego przypadku to określenie brzmi serio. Jűnger naprawdę wierzył w jakiś inny świat, był pisarzem religijnym, chwilami chrześcijańskim, chwilami heretyckim, ale bliskim chrześcijaństwa. Był człowiekiem, który nie bał się śmierci, w przeciwieństwie do Eliasa Canettiego, który nienawidził śmierci i całą swoją twórczość uważał za walkę z nią. Jűnger uważał, że śmierć nie jest końcem i dlatego z ciekawością czekał na śmierć. Był jedynym znanym mi człowiekiem, który nie nudził opowiadając o swoich snach. Jak wiadomo, nasze sny zawsze są fascynujące, a cudze – nudne. Spotkałem kiedyś człowieka, który był sekretarzem Jűngera w ostatniej fazie jego życia i który mi powiedział, że umieranie pisarza, a dożył on 103 lat, było pogrążaniem się coraz bardziej we śnie. Poprzez sny wchodził do śmierci. Zafascynowało mnie to jako być może najpiękniejszy sposób umierania. Nie lubię jego powieści, które uważam za słabe, ale cenię jego dzienniki, zwłaszcza paryskie, w okupowanym Paryża, ale też późniejsze.

Tak, jak się umówiliśmy, w naszej rozmowie nie dotknęliśmy bezpośrednio Pana poezji, co w przypadku tak wybitnego poety jest może trochę paradoksalne. Wspomniałem w poprzednim pytaniu o określeniu Pana, w pierwszym rzędzie, jako filozofa, więc może jednak na koniec zahaczą o Pana poezję. W innej nocie określono Pana jako poetę „apollińskiego, jasnego, klasycyzującego”. Jakie jest Pana samopoczucie jako potomka Apollina i klasycysty?

(uśmiech ciepły a jednocześnie sardoniczny) – Panie Krzysztofie, lepiej dochowajmy Pana wstępnej propozycji, która wydała mi się sensowna, a na inne Pana pytania chętnie odpowiem w przyszłości, przy okazji następnego spotkania.

Adam Zagajewski – ur. 21 czerwca 1945 we Lwowie – poeta, eseista, prozaik, filozof, przedstawiciel pokolenia Nowej Fali. Wraz z Julianem Kornhauserem był współautorem manifestu ideowo-artystycznego formacji poetyckiej Nowa Fala, który wyłożyli w książce „Świat nie przedstawiony” (1974). Głosili w niej, że „rozpoznanie rzeczywistości nie jest jedynym zadaniem kultury, ale spełnienie tego obowiązku jest warunkiem społecznym funkcjonowania tej kultury jako całości” i „dokonali przeglądu powojennej literatury polskiej, oskarżając część autorów o eskapizm i brak rzetelności we właściwym odzwierciedleniu rzeczywistości społecznej. Przeciwstawiali się rozbudowanej metaforyce obecnej w poezji lat wcześniejszych, postulując odwrót od hermetyczności, pustosłowia i frazeologii, zapożyczonej z ówczesnej upolitycznionej publicystyki. Apelowali o powrót do realizmu”. W latach 1982–2002 Zagajewski przebywał na emigracji we Francji, od 1983 roku był redaktorem „Zeszytów Literackich” paryskiej „Kultury”. Laureat licznych prestiżowych nagród literackich w Polsce i na świecie. Obecnie wykładowca w Committee on Social Thought naUniwersytecie w Chicago. Zagajewski definiuje poezję jako sztukę przetwarzania i układania wyrażeń myślowych. Wbrew postmodernizmowi uważa, że nie kształtowanie języka, ale sens jest najważniejszą cechą poezji. Bardzo ważną rolę odgrywa w niej tajemnica wpisana w przeżywanie współczesności. Silną tendencją w jego poezji jest mityzacja rzeczywistości. Jest autorem m.in. tomów poetyckich: „Komunikat” (1972), Sklepy mięsne” (1975), „List. Oda do wielości” (1983), „Jechać do Lwowa” (1986), Ziemia ognista” (1994), „Trzej aniołowie” ( 1998), „Pragnienie” (1999), „Powrót” (2003), „Anteny” ( 2005), Niewidzialna ręka” (2009), „Wiersze wybrane” ( 2010), „Asymetria” ( 2014).
Tomy prozy: „Ciepło, zimno” (1975), „Słuch absolutny” ( 1979), „Cienka kreska” 1983). Eseje: „Drugi oddech” (1978), „Solidarność i samotność” (1986), „Dwa miasta, Paryż-Kraków” ( 1991), „W cudzym pięknie” (1998), „Obrona żarliwości” (2002), „Poeta rozmawia z filozofem” ( 2007), „Lekka przesada” (2011). W 2019 roku ukazał się jego zbiór esejów „Substancja nieuporządkowana”.
„Nie wiem, jak nazwane zostanie miejsce, które w kulturze polskiej zajmie w końcu Adam Zagajewski. Nie pasuje on do żadnej formuły, choć jest poetą i pisarzem z samego środka polskiej i europejskiej tradycji literackiej. Wielojęzyczny, erudycyjny, w wierszach pisze o muzyce i filozofii, o innych poetach, architekturze i sztuce. A jednak nie jest to poezja klasyczna, oderwana od dnia dzisiejszego; wręcz przeciwnie, dotyka codzienności, sięgają po nią ludzie w momencie trwogi. Przynosi ukojenie, mówiła o tej poezji Susan Sontag, choć nie jest to poezja konsolacyjna. Zagajewski-poeta nie ma w sobie gniewu ani obsesji, jest jednak zdecydowany i stanowczy. Czytanie go to nie jest walka, a rodzaj rozmowy, która uzależnia” – napisała o nim Irena Grudzińska-Gross. Od kilku lat Adam Zagajewski wymieniany jest jako kandydat do Literackiej Nagrody Nobla.

 

Poeta doctus

Wiersze nie przychodzą
Jak sny nad ranem jak dziewczyna
W nas oddychają z nas się rodzą
Nie znana jest ich przyczyna
Wśród skał nad źródłem koń skrzydlaty
Biały jak śnieg w wiosennym świcie
Światła i dźwięki – jak przed laty
Rytm serce oddech nowe życie
(Krzysztof Boczkowski, „La vita nuova”)

Rok temu, 1 listopada zmarł wybitny lekarz i poeta, profesor Krzysztof Boczkowski (1936-2018)

Uprawianie sztuki najczęściej bywa wyłączną profesją. Plastycy, kompozytorzy i muzycy, reżyserzy, aktorzy zazwyczaj poświęcają się wyłącznemu uprawianiu swojej dyscypliny. To zrozumiałe, bo co najmniej poprawne wykonywanie tych zawodów najczęściej wymaga skoncentrowania się wyłącznie na nich. Trudno sobie wyobrazić aktora czy reżysera, filmowego czy teatralnego, który równolegle uprawia inny, nawet mniej absorbujący zawód, aczkolwiek istnieje przykład Kuby Sienkiewicza, który z powodzeniem łączy zawód lekarza i czynnego, profesjonalnego muzyka.
W przypadku sztuk plastycznych czy muzyki jest to nieco łatwiejsze i nieco częściej się zdarza. Ta wąska strefa, w której przedstawiciele profesji dalekich od sztuki, jednak się nią w wolnym czasie zajmują, to najczęściej strefa pisania: poezji bądź prozy, czasem jednej i drugiej. To zrozumiałe: do pisania nie trzeba angażować pieniędzy, aktywności innych ludzi, nawet takich materiałów jak farby, pędzle, dłuta, płótno czy inne tworzywa. Wystarczy ekran komputera notatnik czy plik papieru i długopis (czasem bardziej ekskluzywne pióro). Do tej strefy twórców należał też zmarły przed rokiem Krzysztof Boczkowski, profesor medycyny, wybitny lekarz genetyk i seksuolog, a jednocześnie wybitny humanista i utalentowany poeta, którego biogram można znaleźć w słownikach polskich pisarzy.
Urodził się 2 maja 1936 w Warszawie. Absolwent Akademii Medycznej w Warszawie, w roku 1965 uzyskał tytuł doktora, w roku 1969 – doktora habilitowanego, zaś w roku 1983 profesora medycyny. Od 1959 r. był kierownikiem Samodzielnej Pracowni Genetyki w Akademii Medycznej. Debiutował jako poeta w 1969 r. na łamach miesięcznika „Twórczość”. W 1972 roku otrzymał nagrodę „Czerwonej Róży”, a potem dwukrotnie nagrodę „Pegaza” za przekłady. W przyszłości miał otrzymać liczne, bardzo prestiżowe nagrody za twórczość poetycką.
Opublikował 18 tomików poezji, m.in. „Otwarte usta losu” (1975), „Światło dnia” (1977), „W niewoli, w śniegu, w ciepłym czółnie krwi” (1981), „Apokryfy i fragmenty (1988), Białe usta (1989), „Dusza i śnieg” (1997), „Kości meduzy” (1998), Bramy raju” (2009), „Lata i dni (2011), „Na skraju świata(2012). Na stronie culture.pl można o nim przeczytać: „Wiersze Boczkowskiego, zmysłowe i cielesne, tkane są na kanwie subtelnej erotyki, lecz nie epatują seksem; one nade wszystko promieniują uczuciem – do ukochanej, rodziny i wszelkich żyjących stworzeń (…) Istotna dla jego dzieła jest również Literatura. Schodzi do fundamentów pamięci, tropi, zbiera, gromadzi myśli i słowa umarłych poetów, buszuje po całym artystycznym dorobku ludzkości, prowadzi dialog z pisarzami, filozofami, malarzami i muzykami. Głęboko zakorzeniony w tradycji, tłumaczy utwory poetów wielbionych i wyklętych, żyjących na różnych kontynentach, tych sprzed stuleci i współczesnych – od Lao-tse, Herodota, Platona do Audena i Ginsberga. Wyławia z głębi czasu ich cienie, tak aby – choć rozdzielone czasem – mogły się spotkać: Safona z Sylwią Plath, a Hölderlin z Wilde’em, Trakiem i Rilkem. W „Apokryfach i fragmentach” zaprosił do dyskusji przy wspólnym stole Hercena, Tołstoja, Chopina, Słowackiego, Mickiewicza, Norwida, Wagnera, Szymanowskiego, Nietzschego, Flauberta, Junga, Camusa i Pounda. Jego koryfeuszami są m.in. Walt Whitman, Rainer Maria Rilke i Thomas Stearns Eliot. Podziwia symbolistów francuskich: Rimbauda i Verlaine’a, których imiona przewijają się w jego wierszach. Krzysztof Boczkowski od dawna próbuje różnych form traktując je niekiedy jak żartobliwy pastisz, exercice lub wyraz hołdu składany innym poetom (…) Jego poezja miłosna – wrażliwa, silna i czuła, przedstawia pełną prawdę i głębię przeżyć psychicznych i fizycznych i zasługuje dlatego na oddzielne omówienie. Tom „Ja – mój przyjaciel (2003) był istotnym dokonaniem w zakresie rozwoju formy poetyckiej i „wrażliwości dźwiękowej”, wyróżniających Krzysztofa Boczkowskiego we współczesnej poezji polskiej”. (…) „Poezja Boczkowskiego w szczególny sposób łączy ze sobą dwa motywy: Księgi i Śmierci. Oba wyznaczają dystans wobec tego, co doraźne, przemijające. W obu wypadkach doraźność z nieodłącznym chaosem opanowane zostają przez ład transcendencji. Ale – co ważne – ów ład zakorzeniony jest w materii, w realnym doświadczeniu”.
Krzysztof Boczkowski, poeta-doctus, jak nieraz określa się poetów, którzy są zarazem ludźmi wszechstronnie uczonymi, był też tłumaczem poezji angielskiej i autorem antologii poetyckich: „Od Safony do Sylvii Plath” (1997), „Antologia poetów najbliższych. Od Safony do Sylvii Plath” (2003). Jego fundamentalne dzieło medyczne, to „Zarys genetyki medycznej” (1985, 1990).

Odłamek

świecie miłosierny świecie łatwowierny
skalany wszelkimi grzechami
bądź miłościw mnie grzesznej
bądź miłościw mnie śmiesznej
obdarzonej ludzkimi cechami
wyspowiadać się mogę i pokutę wypełnić
na manowce wychodząc wciąż twoje
daj mi tylko w swej łasce dusze tobą napełnić
daj zapłakać i oddaj co moje
pozwól sobą oddychać
daj mi instynkt zwierzęcia
a rośliny daj kruchość i siłę
deszczem ochrzcij mnie słabą
ogniem piętnuj mnie silną
tylko prowadź bo często się mylę
świecie rozedrgany świecie potargany
ty mnie oczyść z wyrzutów sumienia
naucz szeptać jak drzewa
naucz milczeć jak kwiaty
daj wytrwałość i serce z kamienia

Barwy jesieni

Jaki piękny dzisiaj dzień!
Wszystkie smutki poszły w cień.
Jak nie kochać jesieni,
gdy świat kolorami się mieni?

W blasku słońca babiego lata,
wierzba nowe warkocze zaplata.
Jak nie kochać jesieni,
gdy wokół tyle nadziei?

Płaszczem liści tęsknoty okryte,
w kroplach deszczu to co złe zmyte,
w kasztanowej skorupie serca gorące
– niczym słońce.
Jak nie kochać jesieni…

Poparzone wrzątkiem

„Dziennik Trybuna” objął patronatem wydanie drugiego tomiku poezji Bianki Kunickiej-Chudzikowskiej. Oto kilka z jej wierszy, które w nim się znalazły.

– quo vadis –
czasem w gąszczu myśli łatwo zgubić drogę
pobłądzić w meandrach poplątanych znaczeń
wśród lęków żałośnie kłapiących ozorem
wpadając w pułapkę celnych przeinaczeń
pośród słów i mroku codziennej rutyny
robiąc przejście prawdzie ukrytej w źrenicy
bojąc się powiewu z nieznanej krainy
a wierząc w spełnienie zrodzone z dziewicy
kłamstwa brać za prawdę kiedy głośniej krzyczą
co jeszcze mnie w świecie bezmyślności czeka
gdzie gdy idę nocą odludną ulicą
wolę spotkać wilka niżeli człowieka
– jesień plecień –
tak naprawdę nikt nie znał miasteczka
gdzie poznali się ona i on
ale był w nim kościółek i rzeczka
tak bliziutko jak daleko stąd
pili kawę w kafejce której także nie było
park nie istniał lecz stała w nim ławka
którą mi się dla hecy w tym momencie zmyśliło
a kochali i to jest zagadka
no i miłość ich kwitła jak wiosenne jabłonie
nic że jabłek się z drzew tych nie rwało
pisał listy i czule chował słowa jej w dłonie
choć to przecież się także nie działo
pewnej nocy on umarł potem ona zniknęła
bo bez niego swój bezsens odkryła
nieprawdziwa historia serca jednak drasnęła
bez znaczenia że się nie wydarzyła

***
siku
woda
tabletka
pasta
szampon
krem
makijaż
wyprasować dobrze kołnierzyk
teraz coś zjem
rajstopy
kurwa znowu oko
a teraz mocno jak co dzień
swój bajkowy ogon
pod spódnicę
wcisnę głęboko

***
odszedł
po cichutku
nie płakał
nie poczekał
nie udzielał rad
jego numer
wyryty w tabliczce pamięci
dzwoni w skroniach czasem
odbierasz drżącą duszą
setki zawieszonych połączeń
niemych rozmów
niezadanych pytań
ten przyjaciel niezawodny
powiernik nieoceniony
tak samo martwy
jak żywy w pamięci

***
puk puk zapukam kiedyś
niezapowiedziana
wejdę pewnym krokiem
szeleszcząc sukienką
potem cię uścisnę
niby zawstydzona
dotknę lekko policzka
wytęsknioną ręką
a ty nic nie powiesz
po co ranić ciszę
pochwycisz mnie tylko
namiętnie w ramiona
podniesiesz do góry
bym tam już została
i mogła wśród chmur miękkich
na dnie serca skonać

***
nie ma młodości
bez zasypiania
przy otwartej książce
bez dymnej kafejki
marzeń o nocy
bez krzywego beretu
jazdy tramwajem
parzących pocałunków
nie ma młodości
bez czerwonej podszewki
wrzącej wyobraźni
wyuzdanych westchnień

***
w winie najbardziej lubię kolor
w jabłkach piękno ich kształtu
w chlebie uwielbiam zapach
w słowach milczenie pomiędzy
w milczeniu słowa wymyślane
od przeszłości wolę opowieści o niej
od teraźniejszości wolę to co się wydarzy
tylko miłość lubię za miłość
pocałunki za pocałunki
dotyk za dotyk

– śmierć i miłość –
usiadły razem śmierć i miłość
zerkając na siebie ukradkiem
wypatrując u drugiej tego co odmienne
bezgłośnie krzyczały zaklinając ciszę
w obu z nich zazdrość kipiała niezmiennie
nagle w ich cieniu stanęła dziewczyna
z bladością na twarzy i błyszczącym wzrokiem
każda się o nią w myślach dopomina
jedna chce duszę druga ciało płoche
miłość podeszła lekko się kołysząc
gorącym pocałunkiem musnęła jej usta
śmierć dała znać dziewczynie za plecami dysząc
pani z wrzącą duszą i dama bezduszna
każda chciała o młódkę zajadły bój stoczyć
której to dziewka musi być posłuszna
niech panna zdecyduje i spór ten rozstrzygnie
lecz ona nie umie zasłaniając usta
bo kocha tak że cierpi i umrze niechybnie
dwie harpie remisując poczuły się dumne
podały ręce w zgodzie wzrokiem ją zmierzyły
jedna wzięła miarę na suknie a druga na trumnę
i tak to śmierć i miłość spółkę założyły

***
połknęłam dzisiaj wszechświat
niedobry był jak cholera
składał się z samych mieszanek
wyszyty w jedynki i zera
niestrawność smołą paląca
wyżarta ideologią
zbitką teorii i doktryn
biblią i mitologią
teraz rozrywa mi trzewia
rozdyma nie ego niestety
mam w sobie wrzeszczącą otchłań
jak po zderzeniu komety
chaos rozpycha się w głowie
omamia gdyż tylko to umie
i nie wiem o świecie nic więcej
bo połknąć nie znaczy rozumieć

***
napisana miłość jest taka wygodna dla poetów
nie wymaga kupna chleba czy zrobienia prania
łatwo oddać prym myślom które wartko płyną
kreśląc arabeski na płótnie kochania
rozdawać hojnie nadzieję zapewnienia śluby
zgrabne esy floresy zakorzeniać w jaźni
wzburzać krew i kunsztownie przyozdabiać słowa
światy równoległe z precyzją budować
zamieszać patykiem w kipiących uczuciach
zmysłowo panierować nagą psychę w chuciach
poeci są jak huby żerując na duszach
ich skuteczna strategia setki łez wydusza
i bez precedensu artystów paradoks
choć sami często ślepi to innych prowadzą