Norwid od końca

Czytaniem performatywnym „Miłości czystej u kąpieli morskich” Cypriana Kamila Norwida Instytut Teatralny zainaugurował cykl „Od-czytywanie Norwida. Dramaty”, przygotowany w dwusetną rocznicę urodzin Poety.

Cykl obejmie pięć spotkań, a czytaniom scenicznym towarzyszyć będą rozmowy norwidologów prowadzone przez autora tego projektu, uczonego i poetę Karola Samsela.
Oprócz czytania jednoaktówki, o którym wspomniałem na początku (a miało ono miejsce w ostatni dzień sierpnia), cykl obejmie:
25 września 2021| „Promethidion” w interpretacji Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej,
22 października 2021| „Noc tysiączną drugą”,
25 listopada 2021| „Pierścień Wielkiej-Damy”,
16 grudnia 2021| „Za kulisami”.
Dlaczego dramaty, a nie poezja stają w centrum tego cyklu? Odpowiedź jest oczywista. O ile poezja Norwida, jego myśl społeczna, filozoficzna, polityczna nawet – znalazły swoich licznych wyznawców, rzecz inaczej ma się z dramatami. Wprawdzie, poczynając od 6 czerwca 1908, kiedy odbyła się prapremiera Krakusa – dramaty Norwida trafiły na scenę zawodową kilkadziesiąt razy (nie licząc realizacji telewizyjnych i radiowych), ale na palcach jednej ręki można policzyć przedsięwzięcia uwieńczone prawdziwym sukcesem. Toteż nie dziwi opinia Barbary Osterloff [Norwid na scenie (1960-82), „Teatr” 1983 nr 5, s. 11], że dramaty Norwida „grają teatry nadal, jak się wydaje, nie tyle z autentycznego przekonania i potrzeby, co raczej poczucia kulturalnej powinności”. Dwadzieścia lat wcześniej Zdzisław Jastrzębski przedstawiał odmienną prognozę: „choć wielokrotnie dopominano się o włączenie dramatów »czwartego romantyka« do stałego repertuaru – nikt tego zadania nie podejmował. Na dobre – mimo kilku interesujących inscenizacji – Norwid dla teatru nie został jeszcze odkryty” [Sceniczne dzieje Norwida, „Pamiętnik Teatralny” 1960 z.2, s. 286]. Ja z kolei swoją książkę „Teatr Norwida” (2013) kończyłem tak: „Czy (…) można wnioskować, jak niegdyś Zygmunt Greń, że „dramaturgia Norwida byłaby świetną szkołą teatru akademickiego, jeśli ktoś zdołałby się na to dziś odważyć? I tylko taką mógłbym jej przepowiadać przyszłość na naszych scenach”. Historia krytyki jest historią błędów krytycznych. Konstanty Puzyna, wprowadzając z wielkim opóźnieniem do obiegu czytelniczego dramaturgię Stanisława Ignacego Witkiewicza, sądził, że czas tej dramaturgii już przeminął. Teatr udowodnił, że jest inaczej. Przyszłość okaże, czy teatr i publiczność odnajdą klucz do dramaturgii Norwida”.
Kiedy pisałem te słowa, w Teatrze Narodowym szedł już „Aktor” na scenie przy Wierzbowej w reżyserii Michała Zadary (2011), spektakl dowodzący, że Norwidem świetnie się mówi i co więcej, że wyraźnie rezonuje z nową rzeczywistością po roku 1989, rozpędzającego się właśnie neokapitalizmu. Zadara to dostrzegł i twórczo wykorzystał, wypełniając, jak mawiał Norwid, „milczące chwile dramy” sugestywną akcją sceniczną. Dzięki temu opowieść o krachu spółki na giełdzie sprzed 150 laty wybrzmiała przedziwnie znajomo. Kilka miesięcy temu wielkim pozytywnym zaskoczeniem okazał się spektakl w stołecznym Teatrze Polskim „Słowo jest ogień” (scenariusz Janusz Majcherek, reż. Szymon Kuśmider, praca nad słowem Teresa Budzisz-Krzyżanowska), piękny i mądry spektakl, który daje świadectwo nie tylko wagi myślowej, ale i teatralnej słowa Norwida interpretowanego z czułością i biegłością. I oto teraz Bogusław Kierc z aktorami opolskiego Teatru Lalki i Aktora im. Alojzego Smolki (Anna Wieczorek, Anna Jarota, Krzysztof Jarota, Jakub Kowalczyk) dowodzą, jak współczesny, niemal Beckettowski jest tekst „Miłości czystej u kąpieli morskiej”.
Przed spektaklem, zgodnie z zapowiedzią odbyła się rozmowa o dramacie, której uczestnicy wskazywali na współczesność i atrakcyjność tekstu Norwida, stawiając jednak pytanie, jak to wykorzysta teatr. Profesor Stanisław Rzońca postawił tezę, że to najdojrzalszy dramat Norwida, najbliższy modernizmowi, w którym zbiegły się doświadczenia Norwida od lat praktykującego jako autor dramatów. Można by z tą tezą dyskutować, w dorobku Norwida są bowiem dramaty (choćby te, których czytanie jeszcze przed nami w zainaugurowanym właśnie cyklu), których znaczenie co najmniej dorównuje, jeśli nie przewyższa „Miłości czystej”, choć zapewne pod względem techniki dramatopisarskiej Norwid osiągnął tu poziom mistrzowski, także w analizie relacji między postaciami. Tak czy owak, cykl „Od-czytywanie Norwida” rozpoczął się od końca, czyli od utworu (jeśli nie liczyć trzech nowel włoskich) wieńczącego twórczość Poety w jego ostatnim okresie życia.
Juliusz Wiktor Gomulicki, edytor i znawca Norwida, wiązał Genezę „Miłości czystej” z „Pierścieniem wielkiej damy”. Traktował tę jednoaktówkę jako przenicowanie i „strywializowanie fabuły i problematyki” wcześniejszej komedii. Dostrzegł przy tym związki między postaciami obu sztuk, dodając, że w „Miłości” jedynie Julia nie jest „karykaturą” i że to „jedyna, która myśli w niej serio”. Trudno jednak na to przystać – poeta jak zawsze unikał w dramatach jednoznaczności, nie opowiadając się po żadnej ze stron konfliktu. Wszystkie postaci wyposażył szczodrze w karykaturalne rysy. Ale też wszystkim dał „pięć minut prawdy”, kiedy pojawiało się wielkie serio.
Dominuje jednak w „Miłości czystej” ironiczny dystans do przedstawionej intrygi miłosnej „u kąpieli morskich” Już w samym tytule, w zderzeniu wzniosłych wynurzeń z potocznością, ujmuje poeta rzeczywistość kąpieliska w cudzysłów. Przewijający się motyw powózek ciągnionych przez osły stanowi klamrę ironicznej zabawy w miłość.
Metoda reżyserska Norwida łączyła zasadę ekonomii środków z ich wszechstronnym powiązaniem: gest i rekwizyt wspierały lub zastępowały słowo wypowiadane, bliższe tło zwracało uwagę szczegółem, dalsze tło budowało ramy nastrojowe. W „Miłości” najwyraźniej poeta dał przykład persyflażu melodramatu, pod tym kątem dobierając środki wyrazu scenicznego. Metodą mikrorealizmu budował sytuacje sceniczne, które w połączeniu z poetyką białego kwiatu, której fundamentem było przemilczenie i cisza, dawały w rezultacie efekt rzeczywistości nieprzezroczystej, poetyckiej.
Bogusław Kierc w lakonicznym wstępie przed prezentacją tak zapowiadał czytanie: „Miłosny kwartet Norwida (czytany z bliska) jawi się jako współcześnie usłyszany dialog niedopowiedzeń, kamuflaży i pozorów. Zadziwiające jest podobieństwo do dzisiejszego uwarunkowania „komórkowego”. W „Miłości-czystej u kąpieli morskich” takim „warunkującym” rekwizytem jest list. Prawie jak sms, tyle, że spowolniony.
Ironia tytułu Norwidowskiej komedii relatywizuje zarówno samą miłość, jak i jej czystość. Nie oszczędzając bohaterów. Mało szczęśliwych. Z głębi słychać tupot oślich kopyt”.
Słychać w tych słowach Poetę i pewnie to jeden z istotnych atutów reżysera, któremu udało się sprawić, że młodzi aktorzy od-czytywali Norwida bez zgubnych patetyzacji i udziwnień. Paradoksalnie, choć przecież to różne epoki i stylistyki, czytanie czy raczej granie Norwida niesie najwięcej szans, jeśli odbywa się „po bożemu”. Powtarzam tu formułę Puzyny, który w takim sposobie interpretacji Witkacego widział dla niego szansę we współczesnym teatrze i stąd traktował „Matkę” w reżyserii Erwina Axera jako dowód na to, że Witkacy może ożyć na scenie. Z Norwidem jest podobnie. Nie tracąc nic z głębi przemyśleń o ciężarze filozoficznym czy estetycznym, istota pracy nad tekstem Norwida polega na przekazaniu jego sensu tak, jak został zapisany. Tak właśnie czynią opolscy aktorzy. Tak czyta znakomity liryk Norwida „Czemu”, stanowiący oś poetycką dramatu, Anna Wieczorek. Zaczyna się poruszającą strofą:
„Próżno się będziesz przeklinał i zwodził,
I wiarołomił zawzięciu własnemu –
Powrócisz do niej – będziesz w progi wchodził
I drżał… że może nie zastaniesz?… czemu!…”

Refreniczne „czemu”, powtarzające się w każdej strofie, mówi w tym spektaklu – za każdym razem inaczej i za każdym razem prawdziwie – Krzysztof Jarota (świetny Skorybut w „Miłości czystej”). Nie pytajmy więc, „czemu” ten spektakl się powiódł.
Pierwsze spotkanie cyklu „Od-czytywanie Norwida” najwyraźniej obudziło apetyt na następne, bo było czymś znacznie więcej niż zapowiadanym czytaniem. Można je z przekonaniem nazwać po prostu spektaklem, wykorzystującym konwencję czytania performatywnego do prezentacji jednoaktówki Norwida. Zamiast malowanych dekoracji, kostiumów i rekwizytów z epoki Kierc posłużył się scenografią akustyczną. Po pierwsze, układ przestrzenny sceny tworzyły stojące na statywach mikrofony i krzesła, po drugie, rozmaite efekty dźwiękonaśladowcze (klekot mew, nadciągająca nawałnica, szum morza) „produkowali” aktorzy – dla przykładu nawałnicę wywołali za pomocą kartek z egzemplarza jednoaktówki, maszynopis stawał się wachlarzem, a telefon komórkowy źródłem tekstu, choćby motta poprzedzającego dramat albo listem (ach te maile!). Wszystkie te działania wiązał „Służący”-dyrygent, czyli Bogusław Kierc, który z właściwą sobie dwuznacznością i ironią czytał niektóre didaskalia i zapowiadał kolejne sceny.

Bez minimum moralności w polityce zaleje nas tsunami

Każdy nowo przychodzący do władzy polityk wysokiej rangi, jak prezydent USA czy papież około trzech miesięcy milczą. Dlaczego? Ponieważ ważni urzędnicy przynoszą mu zalakowane koperty z jakimiś niejawnymi sprawami, o których on nie wiedział. Ci politycy otwierają koperty i widzą, że program, z którym występowali w kampanii wyborczej jest nie do zrealizowania, bo są jakieś tajne umowy, które krępują mu ręce – z profesorem Leszkiem Szarugą, historykiem literatury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Jest Pan autorem zbioru esejów o współczesnej powieści politycznej…
Ściśle biorąc polityczno-historycznej. Starałem się udowodnić, że historia była w tych powieściach tylko maska dla współczesnej koncepcji społeczeństwa. Można wyróżnić dwa typy tych powieści: ściśle historyczną, w której autor stara się odtworzyć, zrekonstruować realia przeszłości oraz taka, w której historia jest tylko maską, dzięki czemu można mówić o współczesności przyjmując dystans opowieści historycznej. N.p. Władysław Terlecki pisząc o wyborach politycznych po powstaniu styczniowym pisał o nich w gruncie rzeczy jako o wyborach paralelnych do tych, których dokonywało się w PRL. A wcześniej, w „Faraonie” Prus analizował w gruncie rzeczy uniwersalne, a więc także jemu współczesne mechanizmy władzy, ubrane w kostium starożytnego Egiptu. Z kolei Jarosław Iwaszkiewicz zawarł w swoich „Czerwonych tarczach” swoją krótkotrwałą fascynację ideą państwa narodowego i koncepcjami wybitnego niemieckiego pisarza i poety Stefana Georga, którego naziści uznali za swego, ale który zmarł w 1934 roku.
O takim kostiumie często mówiło się w PRL…
Bo w tamtym okresie nie istniało piśmiennictwo polityczne wyrażające zróżnicowane idee, literatura w typie pism Skargi czy Frycza-Modrzewskiego. Monopol na takie piśmiennictwo miała jedna, rządząca opcja. Inne, posługując się ezopowym językiem, wyrażały się w powieściach politycznych. Jedynym – od biedy – autorem, który nie korzystał z języka ezopowego i reagował w miarę bieżąco na współczesność, a i to też zazwyczaj poza zasięgiem cenzury bądź za granicą. Jacek Bocheński napisał natomiast językiem ezopowym dwie ważne powieści polityczne: „Boskiego Juliusza” i „Nazo poetę”. Nie chcę powiedzieć, że to dobrze, że była cenzura, ale ten stan sprzyjał poziomowi literackiemu, artystycznemu prozy, ćwiczeniom warsztatowym.
Czym miała by być powieść polityczna dziś, w epoce wszechobecności polityki w mediach, w epoce zasadniczej – choć na pewno nie stuprocentowej – jawności życia politycznego?
Czymś takim jak „Przedwiośnie” Żeromskiego czy „Opowieści biograficzne” Berenta czy wizja przyszłości, jaka pojawia się w powieściach Witkacego. Czyli stawieniem zasadniczych pytań ideowych, pytań o sens polityki. Ta pełna transparentność polityki jest pozorem. Nie znamy prawdziwych realiów polityki. Każdy nowo przychodzący do władzy polityk wysokiej rangi, jak prezydent USA czy papież około trzech miesięcy milczą. Dlaczego? Ponieważ ważni urzędnicy przynoszą mu zalakowane koperty z jakimiś niejawnymi sprawami, o których on nie wiedział. Ci politycy otwierają koperty i widzą, że program, z którym występowali w kampanii wyborczej jest nie do zrealizowania, bo są jakieś tajne umowy, które krępują mu ręce.
Autorzy powieści historyczno-politycznych stosowali różne języki narracji: „Faraon” czy „Przedwiośnie” to dość klasyczna proza epicka, „Boski Juliusz” to rodzaj pamfletu, ironicznej narracji odautorskiej, „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa to zbiór niby-listów pisanych w stylistyce różnych epok na przestrzeni dwustu lat. Jaki wzór formalny, językowy pasowałby do obecnej rzeczywistości?
Wskazałbym może powieści budujące historie alternatywne, n.p. Rafała Ziemkiewicza, Cezarego Michalskiego, Andrzeja Horubałę, którego „Umoczeni” są swoistym odpowiednikiem „Generała Barcza” Kadena-Bandrowskiego, przy zachowaniu wszystkich proporcji. Kaden był ideowym piłsudczykiem, który napisał powieść demaskująca piłsudczyznę. Prawicowiec Horubała opisał swoje środowisko w sposób demaskatorski.
Na ogół w powieściach politycznych czy polityczno-historycznych nie pojawiają się realne postacie pod swoimi autentycznymi nazwiskami. Czy jest sens, by napisać powieść polityczną wprost, o Tusku czy Kaczyńskim?
Jeżeli byłaby dobrze napisana, to czemu nie, ale to było by daleko idące ograniczenie warsztatowe. Trzeba albo pisać reportaże o realnych postaciach, albo prozę kreacyjną dająca pole do popisu artystycznego. Powieść polityczna może być odwzorowaniem, lustrem rzeczywistości, może być interwencyjna, demaskatorska, a może być zdaniem sprawy z wizji pisarza, mieć wymiar filozoficzny, dotykać filozofii polityki, zależności polityki i moralności. To ostatnie zagadnienie staje się coraz ważniejsze. Wylano morze atramentu, by udowodnić brak związku między polityką a moralnością. Jeśli jednak tak dalej pójdzie, to pewnego dnia podniesie się fala tsunami i zaleje politykę i nas jednocześnie. Z drugiej strony nie powinno się też w polityce przesadzać z moralizowaniem, bo wtedy dochodzi do różnego rodzaju „sanacji”, których skutki znamy.
W Pana esejach „Dochodzenie do siebie” napisał Pan o zjawisku budowania się na nowo literatury polskiej po wielkiej „wędrówce ludów” 1945 roku, po przesunięciu się granic, o nowych tożsamościach na Ziemiach Odzyskanych. Jest to w powieściach gdańskich Chwina czy Huellego…
Także w powieściach szczecińskich Artura Liskowackiego i Ingi Iwasiów, wrocławskich kryminałach Marka Krajewskiego, w kręgu „Borussi” w Olsztynie. Jest taki esej Andrzeja zawady „Breslaw”, w którego tytule łączą się nazwy polska i niemiecka tego miasta. Poza tym oczywiście Jarosław Marek Rymkiewicz z jego eseistycznymi powieściami litewskimi. Jest też pismo Pawła Helle „Nyni”, poświęcone Gdyni i Kaszubom. Andrzej Stasiuk buduje o mit Międzymorza tożsamość regionu dawnej Galicji, Beskidów, Karpat.
Czasem jednak daje się zauważyć przemilczanie, n.p. niemieckiej przeszłości obecnych polskich miast. W Elblągu i Sopocie widziałem uliczne wystawy pamiątkowe z fotografiami sprzed wojny, z przełomu wieków. Przedstawiają przedwojenny Elbingen i Zopott tak, jakby były polskimi miastami. Nie razi to Pana?
Powiem szczerze, że nie. To jest przechodzenie do porządku dziennego nad konfliktami. Pewien niemiecki burmistrz Szczecina zdobył drugie miejsce w plebiscycie obecnych szczecinian. Wspomnianą przez Pana książkę pisałem przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Jesteśmy świadkami dwóch procesów: budowania, odtwarzania tożsamości lokalnej oraz budowania tożsamości europejskiej. To są różne wektory, częściowo rozbieżne, ale nie w całości, bo tożsamość europejska jest tożsamością regionów. W Niemczech np. jest ważne pojęcie Heimatu, czyli małej ojczyzny. A nawiązując do głośnego niedawno sporu o tożsamość Śląska – nie zapominajmy, że przed wojną Śląsk miał autonomię, swój parlament.
Czy ta literatura dalej się tworzy i będzie tworzyć?
Myślę, że tak. Ukazywało się takie pismo „Łabuzi”, na Pomorzu, w Łobzi. Autorzy tego pisma dążyli do odtworzenia tradycji tego miasteczka od XII wieku. W kolejnych rocznikach „Odry” widać jak bardzo jest to wrocławskie pismo, także wymiarze niemieckości tego miasta. My jesteśmy krajem przesuniętym ze wschodu na zachód. Literatura kresowa jest próbą rekonstrukcji pamięci Kresów, a literatura zachodniopomorska czy dolnośląska rekonstruuje niepolską przeszłość dzisiejszych polskich ziem i opisuje ich nową tożsamość. Jest takie opowiadanie Mirosława Spychalskiego, w którym niemiecki turysta przyjeżdża do Wrocławia i widzi rozbieraną, starą kamienicę, w której mieszkał. I prosi robotnika o wpuszczenie do środka. Robotnik mówi o tym majstrowi i chwali się, że dostał za to dwadzieścia marek. Na to majster uderza go w twarz wołając z lwowska: „Ty łobuzie, wspomnień się nie sprzedaje”. W prozie Liskowackiego „Eine kleine” jest opisana mało znany fakt – próba utrzymania się Niemców w Szczecinie do 1955 roku, ich samoorganizacja. To niewiarygodne dla ludzi z innych regionów Polski, ale wielu mieszkańców siedziało tam na walizkach aż do podpisania traktatu z Niemcami w 1990 roku. Sam napisałem trochę szczecińską powieść „Zdjęcie”, a teraz kończę powieść, której bohaterem jest prawdziwy Szczecin. O ludziach Francuskiej Gminy Narodowej na Pomorzu Zachodnim. To potomkowie uciekinierów z Francji po nocy świętego Bartłomieja, osadzeni przez Prusaków w Berlinie i Szczecinie. Odcisnęło się to w planie Szczecina – ma on gwiaździsty układ ulic i placów, jak Paryż. Oni tam siedzą kilkaset lat. To jedyni z Niemców przedwojennych to niegdysiejsi Francuzi. Jedyni dzisiejsi prawdziwi szczecinianie, nie licząc tych, którzy jak ja tam się urodzili. W Polsce jest bardzo niewiele miejsc, w których została zachowana wielowiekowa tożsamość miejsca i ludzi, którzy tam żyją. To Kraków, Poznań, Kielce, Katowice. Cała reszta jest zasiedlona na nowo, jest osiemdziesiąt procent ludności napływowej. Wystarczy wymienić Warszawę, której tradycja przetrwała na Pradze, a nie na lewym brzegu. Stworzyło się nowe społeczeństwo warszawskie.
A jakie wektory polskiej literatury przewiduje pan po wyczerpaniu się tematów, o których mówiliśmy, związanych z historią „pograniczną”?
Nie umiem wróżyć. Zdecyduje o tym sama literatura.
W tym roku minie110 rocznica urodzin Czesława Miłosza. Jaki jest Pana indywidualny pogląd na jego rolę w kulturze polskiej?
Tego, kim jest Miłosz, na pewno dowiemy się za 20-30 lat. To był pisarz bardzo silnie związany z polskością, mający wyraźną wizję polskości. I próbujący wskazać, co tej wizji przeszkadza. Koncentrował się przede wszystkim na krytyce stereotypu polskości. Podobnie jak Gombrowicz wzywał Polaków do życia na własny rachunek, nie na rachunek ojczyzny. Pokazywał, że jednostka i jej suwerenność jest ważniejsza niż związki narodowe, plemienne czy polityczne.
Jakie są dla Pana najważniejsze teksty Miłosza?
„Traktat moralny”, „Traktat poetycki” i „Traktat teologiczny”. One są kośćcem jego twórczości. Powojenny „Traktat moralny” jest ostrzeżeniem, zgodnie z duchem conradowskim, że szykuje się „jądro ciemności”. „Traktat poetycki” jest pokazaniem korzeni Polski współczesnej. „Traktat teologiczny” to próba pokazania sytuacji jednostki wobec transcendencji, jednostki oczyszczonej z tego co doraźne i historyczne, wobec niewiadomego, nicości, Boga, jakkolwiek to nazwać. Przełomowym dla Miłosza momentem było podjęcie się tłumaczenia Biblii. Stary człowiek, który uczy się hebrajskiego, aby tłumaczyć Biblię, jako kolejny poeta po Janie Kochanowskim, poszukuje w tym nowej polszczyzny. Miłosz mówił, że poezja powinna mówić językiem bardziej ludzkim, co nieco rymuje się z powojennym wezwaniem Różewicza, że trzeba mówić językiem ludzkim, bo język muz jest martwy. To wyraz przekonania o końcu mitu artysty, który był u początków XX wieku. Mowa jest o tym choćby w „Ziemi Urlo”. Miłosz to jeden z nielicznych pisarzy, którzy poza tym, że był obdarzony talentem, posiadł wiedzę, zdumiewającą. I którego doświadczenie życiowe nauczył, jak żyć wśród innych. Rzucał wyzwania sobie, polskości, europejskości. Wzywał do sprawdzania swojej tożsamości, konfrontowania się ze stereotypami.
Wielka ranga Miłosza nie unieważnia pytania o jego wielkość jako poety…
Bywał wielkim poetą, n.p. w „Poemach naiwnych”. Czy we wspaniałym, genialnie, krystalicznie prostym wierszu „Uczciwe opisanie samego siebie na lotnisku w Indianapolis” o erotyce, jako motorze egzystencjalnym w całym jego życiu. Lubię jego nowatorski tom „Miasto bez imienia”. Mniej lubię jego fascynację formami klasycznymi, męczy mnie.
Jest też autorem ważnej powieści politycznej, „Zdobycie władzy”. Jak ją Pan sytuuje?
Zastanawiam się, w jakim stopniu jest ona odpowiedzią na „Popiół i diament”. O ile powieść Andrzejewskiego jest aktem pisarza „wierzącego”, próbą stworzenia mitu założycielskiego powojennej Polski, niezależnie od tego czy ją nazwiemy komunistyczną, socjalistyczną czy inaczej, to Miłosz nie miał złudzeń i odpowiedział demaskatorsko. To nie jest dobra powieść, lecz klasyczna rzecz interwencyjna, w odróżnieniu od świetnej „Doliny Issy”.
A „Umysł zniewolony”?
Rzecz doraźna, dziś cenna raczej archiwalnie. Jerzy Giedroyć był przeciwko jej wznawianiu.
Nie trzeba będzie weryfikować za wiele lat biografii Miłosza napisanej przez Andrzeja Franaszka?
Nie sądzę. To nie jest rozprawa o twórczości, lecz biografia, być może jakieś fakty jeszcze zostaną odkryte, może w korespondencji.
Dziękuję za rozmowę.

Leszek Szaruga (Aleksander Wirpsza) – ur. 28 lutego 1946 w Krakowie – poeta, tłumacz niemieckiej poezji, wykładowca uniwersytecki, historyk literatury, krytyk literacki. Syn zmarłego na emigracji w Niemczech poety, krytyka, tłumacza i prozaika Witolda Wirpszy. W latach 70. i 80. redaktor pism drugiego obiegu — takich jak „Puls”, „Wezwania”. W latach 1979-1989 współpracował z sekcją polską Radia Wolna Europa (pod pseudonimami: Jan Krajnik, Krzysztof Powoski). Od 1979 r. współpracował z paryską „Kulturą”, Pod koniec istnienia pisma był w nim szefem działu poezji. W latach 1987-1990 mieszkał w Berlinie Zachodnim, gdzie współpracował z sekcjami polskimi BBC oraz Deutsche Welle oraz czasopismami emigracyjnymi. Redaktor pism „Nowaja Polsza” oraz „Przegląd Polityczny”. Laureat Nagrody Kościelskich (1986) oraz nagrody literackiej „Kultury” (1999). Autor szeregu tomików poezji oraz m.in. zbiorów esejów krytyczno-literackich „Własnymi słowami”, „Szkoła polska”, „Dochodzenie do siebie”, „Współczesna powieść polityczna”, a także tomu wspomnień „Podróż mego życia”. W 2009 roku uhonorowany medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Adam Zagajewski (1945 – 2021)

Był poetą, eseistą, prozaikiem, filozofem, przedstawicielem pokolenia Nowej Fali. Wraz z Julianem Kornhauserem był współautorem manifestu ideowo-artystycznego formacji poetyckiej Nowa Fala, który wyłożyli w książce „Świat nie przedstawiony” (1974). Głosili w niej, że „rozpoznanie rzeczywistości nie jest jedynym zadaniem kultury, ale spełnienie tego obowiązku jest warunkiem społecznym funkcjonowania tej kultury jako całości” i „dokonali przeglądu powojennej literatury polskiej, oskarżając część autorów o eskapizm i brak rzetelności we właściwym odzwierciedleniu rzeczywistości społecznej. Przeciwstawiali się rozbudowanej metaforyce obecnej w poezji lat wcześniejszych, postulując odwrót od hermetyczności, pustosłowia i frazeologii, zapożyczonej z ówczesnej upolitycznionej publicystyki. Apelowali o powrót do realizmu”. 
W latach 1982–2002 Zagajewski przebywał na emigracji we Francji, od 1983 roku był redaktorem „Zeszytów Literackich” paryskiej „Kultury”. Laureat licznych prestiżowych nagród literackich w Polsce i na świecie. Był wykładowcą w Committee on Social Thought naUniwersytecie w Chicago. Poezję definiował jako sztukę przetwarzania i układania wyrażeń myślowych. Wbrew postmodernizmowi uważał, że nie kształtowanie języka, ale sens jest najważniejszą cechą poezji. Bardzo ważną rolę odgrywa w niej tajemnica wpisana w przeżywanie współczesności. Silną tendencją w jego poezji jest mityzacja rzeczywistości. Jest autorem m.in. tomów poetyckich: „Komunikat” (1972), Sklepy mięsne” (1975), „List. Oda do wielości” (1983), „Jechać do Lwowa” (1986), Ziemia ognista” (1994), „Trzej aniołowie” ( 1998), „Pragnienie” (1999), „Powrót” (2003), „Anteny” ( 2005), Niewidzialna ręka” (2009), „Wiersze wybrane” ( 2010), „Asymetria” ( 2014).
Tomy prozy: „Ciepło, zimno” (1975), „Słuch absolutny” ( 1979), „Cienka kreska” 1983). Eseje: „Drugi oddech” (1978), „Solidarność i samotność” (1986), „Dwa miasta, Paryż-Kraków” ( 1991), „W cudzym pięknie” (1998), „Obrona żarliwości” (2002), „Poeta rozmawia z filozofem” ( 2007), „Lekka przesada” (2011). W 2019 roku ukazał się jego zbiór esejów „Substancja nieuporządkowana”.
„Nie wiem, jak nazwane zostanie miejsce, które w kulturze polskiej zajmie w końcu Adam Zagajewski. Nie pasuje on do żadnej formuły, choć jest poetą i pisarzem z samego środka polskiej i europejskiej tradycji literackiej. Wielojęzyczny, erudycyjny, w wierszach pisze o muzyce i filozofii, o innych poetach, architekturze i sztuce. A jednak nie jest to poezja klasyczna, oderwana od dnia dzisiejszego; wręcz przeciwnie, dotyka codzienności, sięgają po nią ludzie w momencie trwogi. Przynosi ukojenie, mówiła o tej poezji Susan Sontag, choć nie jest to poezja konsolacyjna. Zagajewski-poeta nie ma w sobie gniewu ani obsesji, jest jednak zdecydowany i stanowczy. Czytanie go to nie jest walka, a rodzaj rozmowy, która uzależnia” – napisała o nim Irena Grudzińska-Gross. Od kilku lat Adam Zagajewski wymieniany był jako kandydat do Literackiej Nagrody Nobla. Jako człowiek i jako indywidualność obdarzony był wielkimi walorami, w tym wielką osobistą kulturą i ponadprzeciętną życzliwością dla innych. Z tego powodu nawet ostro krytyczny stosunek do rządów PiS wyrażał z niezwykłą elegancją.
Poniżej punlikujemy wywiad z poetą, przeprowadzony parę lat temu przez Krzysztofa Lubczyńskiego.

Substancja nieuporządkowana

Mój pierwszy impuls był taki, żeby rozmawiać z Panem o Pana poezji i eseistyce. Doszedłem jednak do wniosku, że nie czuję się na siłach rywalizować z wybitnymi znawcami i egzegetami Pana twórczości. Popadłem więc w zwątpienie i pesymizm z powodu własnej niemocy i niekompetencji, gdy nagle uświadomiłem sobie, że właśnie minęła pewna ważna na Pana twórczej drodze rocznica i w niej znalazłem asumpt do rozmowy.  Otóż w 2014 roku minęła 40 rocznica ukazania się bardzo głośnej wtedy książki eseistycznej, zwanej też manifestem ideowo-artystycznym Nowej Fali – „Świata nieprzedstawionego” (1974), wspólnego autorstwa Pana i Juliana Kornhausera. W prasie literackiej powoływano się na nią w latach siedemdziesiątych bardzo często, a dla mnie jako dla młodocianego wtedy jej czytelnika-licealisty książka ta była bardzo ważna. Powróciłem do niej po czterdziestu latach i zastanawia mnie, czy dziś jest to w Pana ocenie jedynie „zabytek” piśmiennictwa krytyczno-literackiego czy też w całości bądź w części nadal zachowuje aktualność?
Pamięć tej książki wraca do mnie przy różnych okazjach mentalnych. To co wydaje mi się jedną z osi tej książki, to zagadnienie walki konkretu z symbolem. Nadal wydaje mi się to jednym z wymiarów mojego myślenia o świecie. Stanowi to dla mnie potwierdzenie tego, że ta opozycja nie została wymyślona na użytek tej książki, lecz była czymś, co wtedy naprawdę zobaczyłem czy odkryłem. I że to mi pomaga myśleć o świecie, który jest nieustanną rywalizacją między tym, co empiryczne, codzienne, gdzie wielkie kontury się zacierają a wymiarem mitycznym. Skądinąd wydaje mi się, że w końcu zwyciężył we mnie raczej, choć nie do końca, wymiar symboliczny, mityczny, acz z książki wynika, że stanąłem wtedy po stronie konkretu. Widzę jednak ciągłe ścieranie się tych dwóch wymiarów. Szczegółowej egzegezy „Świata nieprzedstawionego” jednak Panu nie zaprezentuję, bo w przeciwieństwie do Pana nie czytałem jej ponownie i nie czuję takiej potrzeby. Był jednak „Świat” nie tylko młodocianym manifestem, lecz przeczuciem, czegoś, co jest nadal aktualne.
W jednym ze szkiców pomieszczonych w „Świecie nieprzedstawionym” napisał Pan: „Oświetlić problematykę literatury jako składnika kultury, aby przekonać się dlaczego tak mało wiemy o naszych czasach”. Czy po 41 latach tak sformułowana funkcja literatury jest aktualna?
I tak i nie. Na pewno w sensie społecznym znaczenie tego składnika kultury, jakim jest literatura, jest mniejsze. Natomiast w sensie filozoficznym, w wymiarze mniej się manifestującym, bardziej ukrytym, literatura ciągle ma klucz do myślenia o świecie i do odczuwania go. Przytoczone przez pana zdanie brzmi bardzo młodzieńczo, to znaczy bardzo teoretycznie. Po wielu latach mniej ufam teoriom, uogólnieniom. Literaturę widzę bardziej jako zbiór konkretnych pisarzy,  a nie jedną wielką, platońską całość. Jednak czuję się człowiekiem literatury, jestem z nią miłośnie związany czytam poezję, powieści, eseje. Jest ona wielkim pamiętnikiem ludzkości. Czytam właśnie eseje Virginii Woolf, które sobie sprowadziłem do mojego kindla. To pamiętnik życia osoby poszukującej drogi, swoista spowiedź. Film ani teatr nie mogą spełnić tej roli, chyba że po obejrzeniu filmów Andrieja Tarkowskiego przeczyta się, w trybie uzupełniającym, jego zapiski. Tymczasem każdy pisarz, nawet jeśli ma zwyczaj zacierania swoich prywatnych śladów, pisze – choćby nieświadomie – coś w rodzaju swojego pamiętnika. To jest ta podszewka literatury skrywająca się pod oficjalnym garniturem. Zresztą dziś lubimy w literaturze rzeczy brulionowe, nieoszlifowane, surowe tworzywo, w którym czuje się autentyczne emocje. Poza tym, mimo hiobowych wieści o zamieraniu książki papierowej, powieść bardzo energicznie w świecie żyje, miliony ludzi je czytają, przyznawane są niezliczone nagrody. Jest też oczywiście i ta druga strona medalu, która pokazuje, że czytelnictwo generalnie spada i powstał nowy gatunek ludzi wykształconych, a nieczytających.
Wracam do podstawowego postulatu książki będącej punktem wyjścia naszej rozmowy – do zarzutu, że polska literatura, proza powieściowa, pojmowana jako całość, nie pokazuje realnego świata. Nawiasem mówiąc, ten postulat wzbudził krytyczne opinie wśród części recenzentów książki, choćby Jerzego Kwiatkowskiego, który zarzucał Panom „lekceważenie uniwersalizmu czy Andrzeja Kijowskiego, który napisał, że nawet w literaturze „realistycznej” i „współczesnej”, „współczesność jest zawsze pasażerem na gapę”   Jak ocenia Pan ten zarzut po latach i czy można go odnieść do współczesnej polskiej literatury?
To nie jest tylko problem polskiej literatury. Czesław Miłosz ubolewał, że duża część ludzkiego doświadczenia w ogóle nie zostaje zapisana i umyka. Myślę, że postulat, by literatura ogarniała całość egzystencji, jest utopijny, bo każda powieść stanowi zawężenie tego obrazu. Na pytanie w jakim zakresie polska literatura ten postulat spełnia,  nie mam odpowiedzi, bo w zasadzie nie śledzę współczesnej polskiej prozy. Podejrzewam jednak, bo nie oglądam, że nawet seriale telewizyjne, których część zdaje się ma tę rzeczywistość ukazywać, nie spełniają tego postulatu i generalnie w ogóle jest deficyt opisu rzeczywistości. Trochę to uzupełnia reportaż, w jakimś momencie podniesiony do rangi literatury i ostatni Nobel  w tej dziedzinie dla wybitnej reportażystki białoruskiej zdaje się o tym świadczyć. Generalnie sztuka nie nadąża za czasem, który biegnie szybko i ona niej jest w stanie go dogonić. I może nawet nie potrzeba. Może wystarczy, że rzeczywistość energetyzuje sztukę.
Z racji ograniczenia czasem, pozwolę sobie na fragmentaryczną, lapidaryjną, dygresyjną formułę rozmowy. W pewnym fragmencie „Świata” pisze Pan o Szekspirze, Dantem, Molierze jako o części aktualnego kodu kulturowego ludzkości. Mam taką nurtującą mnie intuicję, może mylną, może przesadzoną, że technologiczne przyspieszenie ludzkości spowodowało naruszenie, jeśli nie zerwanie tego kodu. Powoduje to chociażby, że coraz trudniej wystawiać w teatrze np. utwory  romantyczne, znacznie trudniej niż jeszcze 40 lat temu. Jak Pan to odczuwa?
Jestem wykładowcą pewnego instytutu naukowego, interdyscyplinarnego w Chicago, o szacownej tradycji, jako że wykładali tam niegdyś Hannah Arendt czy Saul Bellow i inni sławni humaniści. Przychodzi tam elita studentów z całego świata. Wszyscy oni chcą i muszą poznać ten kod, od Homera począwszy, mniej czy bardziej dokładnie. Czytają na przykład starożytną grecką literaturę w oryginale, co na przykład moim przywilejem nie jest. Oni tworzą elitę młodego pokolenia, która czuwa nad tym kodem, nad trwaniem pamięci. Takich ośrodków jest więcej. To jest sekta tych, co wiedzą, choć mam świadomość, że sama erudycja nie jest wystarczającym warunkiem twórczości. Profesorowie tego instytutu niekoniecznie są wszyscy bardzo twórczy, ale pełnią rolę chodzących zbiorników pamięci, co też jest ważną funkcją. Polski system uniwersytecki słabo w tej domenie działa, a filologia klasyczna nie jest w modzie. Tymczasem w USA, które zwykliśmy uważać za kraj dość barbarzyński, co rusz powstaje nowy przekład „Iliady” czy „Boskiej komedii”. Ta sfera nie dotyczy, rzecz jasna, głuptasów ze stanów Kansas czy Nevada. Reasumując – ten kod jest trochę przykurzony, ale nie złamany i istnieją warunki dla jego ożywienia. Istnieją żywe zarodniki w postaci ludzi.
„Literatura jako jednolity wzór jedności życia”, porządkująca je, syntetyzująca w sposób panoramiczny epokę. Ten postulat także pojawił się z Pana strony w „Świecie nieprzedstawionym”. Jednak już co najmniej od kilkunastu lat daje się słyszeć sceptyczne glosy, że naszej migotliwej, rozproszonej, zmiennej kalejdoskopowo epoce tego się nie da osiągnąć, nie da się jej uchwycić. A już na pewno nie da się tego osiągnąć za pomocą tradycyjnej prozy, bo ona powstawała w bardziej stabilnej epoce. Jak Pan teraz na to patrzy?
Na pewno nie stawiałbym tego postulatu tak radykalnie, ale ta potrzeba ujednolicenia nie całkiem jest pozbawiona sensu. Każdy pisarz na swój sposób dokonuje takiego ujednolicenia. Na przykład u Zbigniewa Herberta mamy do czynienia z bardzo silną organizacją świata, u Różewicza także, choć jest ona inna. Czyli, że każda silna osobowość twórcza proponuje własną wizję, własny system, więc czytelnik staje wobec wielości tych ujednoliceń, co skądinąd brzmi jak paradoks, ale nie ma w tym złego, bo to oznacza pluralizm. Nie możemy być jak licealiści przygotowujący się do matury, którzy narzekają, że każdy pisarz mówi inaczej i że zwariować można. Wypada nam uznać tę wielość za siłę literatury, choć wiadomo, że są czytelnicy wierni tylko jednemu autorowi. Z tego punktu widzenia ta możliwość ujednolicenia jest większa w poezji niż w prozie, bo w niej większa jest siła postulatu, choćby tak stawianego jak w „Panu Cogito”. Proza natomiast na ogół bardziej porządkuje przez opis, choć są takie wyjątki, jak opętany prorok chrześcijańskiego modelu życia Dostojewski. Większość prozaików, to jednak opisywacze.
Jest też w Pana esejach postulat równowagi między tradycją a współczesnością w literaturze, równowagi zdefiniowanej w tzw. stożku Irzykowskiego – u podstawy tradycja, na wierzchołku współczesność i to co bieżące. Dziś proporcje tego stożka zachwiały się, nie ma już równowagi. Dolna część stożka, czyli tradycja, jest zmajoryzowana przez doraźność…
W tym zgadzam się w całej rozciągłości. Wyrazem tego jest choćby prawie całkowity zanik krytyki literackiej, którą zastąpiły notki w wykonaniu młodych dziennikarzy. Zniknęła szlachetna i szacowna postać krytyka literackiego, który często mylił się w ocenach, potępiał książki, które okazywały się wielkie, ale miał pewną wizję literatury, jak Irzykowski, Błoński, Wyka, Kijowski, Janion, Burek. To byli filozofowie literatury, ukazujący literaturę jako wyłaniającą się z pewnej całości. Dziś też jest trochę takich mnichów literatury, ukrytych po uniwersytetów, ale oni nie uczestniczą w codziennej debacie.
W „Świecie nieprzedstawionym” jest wątek hermetyczności języka humanistyki. Kiedy czytam wspomnianych przez Pana krytyków, to poza przyjemnością poznawczą i estetyczną z tej lektury mam też komfort jasności, zrozumiałości ich wywodów. Przeciwnie niż gdy czytam wielu ich następców, choćby z kręgu IBL, którego nazwa bywa czasem synonimem niezrozumialstwa tego piśmiennictwa. Czyli wspomniana hermetyzacja nie prowadzi tej humanistyki na coraz dalsze manowce?
Nie chciałbym, żeby czytając naszą rozmowę, ktoś doszedł do wniosku, że to rozmowa dwóch starych reakcjonistów, starszego i młodszego, którym nic co nowe się nie podoba. Zauważam jednak powolny powrót do humanistyki polskiej i światowej języka klarownego. Kiedy prowadziłem wykłady w Stanach stwierdziłem, że panują zmieniające się językowe mody w humanistyce. Czytam regularnie „New York Review Books”, w którym bardzo dobrze widać te zmieniające się tendencje. Nawiasem mówiąc tę nieklarowność rozpętali Niemcy. Od Heideggera począwszy. Niedawno przeczytałem książkę czeskiego autora Pavla o powieści jako gatunku, o jej rozwoju i to jest wzór klarowności. Marta Wyka pisze bardzo jasno i mógłbym wymienić więcej nazwisk. Mam więc nadzieję, że najgorszy okres nieklarowności już minął, aczkolwiek ambitniejsza humanistyka i tak skazana jest na wąski obieg.
W „Świecie” pojawia się też Brzozowski z jego kategorią polskiego „zdziecinnienia”, którą formułował nie tylko na stronach „Legendy Młodej Polski”. Mam wrażenie, że to  z czym Brzozowski walczył, dziś po przeszło stu latach od jego śmierci, wygrało w kulturze totalnie, że zdziecinnienie, infantylizacja są wszechobecne i wchłaniają coraz więcej obszarów życia. I dotyczą nie tylko Polski, o czym pisał choćby Peter Sloterdijk.  Czy Pan to też tak odbiera?
Brzozowski miał poczucie tragizmu losu Polaków żyjących w niewoli. Wyrzucał im, że będąc pozbawionymi własnego państwa bawią się z najlepsze. Gdy to czynił, kultura masowa w dzisiejszym znaczeniu jeszcze nie istniała. Dziś samo pojęcie kultury masowej usprawiedliwia jej płytkość. Ale przecież, choć nie ma większego zdziecinnienia niż w Stanach Zjednoczonych, a skala niewiedzy społecznej przekracza nasze europejskie wyobrażenia, to istnieją tam również znakomite uniwersytety, należące do czołówki światowej, o czym wspominałem. Polska nie wyróżnia się więc w poziomie zdziecinnienia, o czym świadczy choćby przywoływany przez pana Sloterdijk. Zresztą co do Polski, to wybuch zdziecinnienia odsłonił Polaków, pokazał jacy jesteśmy naprawdę. Za PRL kryliśmy się za maską, teraz jesteśmy transparentni i w całej okazałości. Nie możemy się jednak ograniczyć do utyskiwania i robić swoje, wierząc że to nie ginie.
Jest Pan oczywiście identyfikowany głównie jako poeta, ale czy po czterech dziesięcioleciach od wydania „Świata nieprzedstawionego” zdarza się Panu odebrać sygnały, że i ta książka jest pamiętana?
Owszem, zdarza się. Ostatnio nawet zwrócono się do mnie i do Juliana Kornhausera z prośbą o zgodę na wprowadzenie tej książki w obieg zasobów zdigitalizowanych obiegu elektronicznego. Oznaczało to rezygnację z ewentualnych edycji papierowych.
Szkoda, bo warto by ją wydać na nowo,  ze słowem wstępnym sytuującym jej rolę na tle ówczesnego kontekstu kulturowego, społecznego, politycznego i określającym poziom jej aktualności po latach, pokazującym co przetrwało, a co należy do minionego czasu. Tak uczyniono niedawno na przykład ze „Zniewolonym umysłem” Miłosza, „Płomieniami” Brzozowskiego i z głośnym u schyłku lat siedemdziesiątych esejem Andrzeja Wernera „Polskie, arcypolskie”…
Przez jakiś czas nie będzie to możliwe. Z naszej książki to i owo pozostało, ale jest sporo warstw passe, naiwności i sformułowań należących do tamtego czasu. Na przykład odwołań do socjalizmu,  jak choćby w puencie, które dziś mnie rażą i które były jednak przejawem konformizmu. Już nawet nie pamiętam, czy wydawca nam to narzucił, czy pomieściliśmy to bez inspiracji zewnętrznej.
Mnie z kolei, młodego wtedy odbiorcy, intrygowało, jak tak niecenzuralna książka mogła zostać dopuszczona przez cenzurę do publikacji…
Było w tym trochę dynamitu, ale też spora jego część była opakowana dla bezpieczeństwa.
A teraz chciałbym wyjść poza obszar inspirowany przez „Świat nieprzedstawiony” i poruszyć kilka kwestii wyodrębnionych z Pana eseistyki. W tomie „Lekka przesada” napisał Pan, powołując się na Paula Claudela, że postawa podziwiania cudzego piękna jest szlachetniejsza niż postawa krytyki. Podziw ma w obyczajowości, w jakiej funkcjonuje kultura niższą rangę niż postawa krytyki. Czy to ma swoje źródła w Oświeceniu?
Za Paulem Ricoerem i jego pojęciem „systemów podejrzeń” widziałbym te źródła raczej w modernizmie, w Nietzschem czy w marksizmie. I choć w tle tego wszystkiego jest oczywiście Oświecenie, to bezpośrednie źródło widzę w modernizmie, w jego skrzydle teoretycznym. Gdziekolwiek jednak usytuowalibyśmy źródła kultury czy systemu podejrzeń, to faktem jest, że one nas otaczają. Aczkolwiek nic tu nie jest czarno-białe i wspomniane systemy podejrzeń także dużo nam dały, pomogły. Nie możemy całkowicie odrzucić ani Nietzschego, ani Freuda ani Marksa, każdy z nich coś ważnego zobaczyli. Niewątpliwie jednak wektor podejrzeń wziął zdecydowanie górę nad wektorem podziwu i utrudnia nam zbliżenie się do tego do czego między innymi potrzebna jest sztuka – do dotknięcia substancji egzystencji. Zamiast bowiem patrzeć na nią, na tę substancję, patrzymy sobie podejrzliwie na ręce. Nie wierzymy w bezinteresowność, w to, że ktoś może pisać, malować, komponować bezinteresownie, w poszukiwaniu tej substancji. To jest właśnie jeden z przejawów owej deriddowskiej dekonstrukcji, bardzo ciekawej filozoficznie, ale także obarczonej wspomnianą wadą. Szczęśliwie jednak podziw całkowicie nie zaginął w kulturze i nieraz wychodząc z koncertu widzę podziw, uniesienie, spełnienie estetyczne malujące się na twarzach ludzi. Także, gdy patrzę na dyrygenta wykonującego z orkiestrą kompozycje Beethovena czy Mahlera, to widzę jego podziw, acz już w sztuce kompozytorskiej, zwłaszcza w nowszych prądach, ironię czy krytycyzm już można zauważyć. W praktyce artystycznej jest to trudniejsze niż w teorii, choć znam teoretyków muzyki, którzy także  nie wstydzą się i nie kryją podziwu, nawet dyszą podziwem. Natomiast w sferze medialnej kultury rzeczywiście przeważa krytycyzm, ironia, sarkazm. Nawiasem mówiąc, Claudel na którego się tu powołujemy osobiście był okropnym nienawistnikiem deprecjonującym na przykład Rilkego czy Elliotta uważającym za zero.
Zadam pytanie może nie a propos, ale mieszczące się jakoś w polu piękna, podziwu, estetyki. Dlaczego skończyła się poezja jako śpiew i poeta jako lirnik? Dlaczego odrzucono jej śpiewaczy i arkadyjski aspekt, obecny choćby u Homera czy Mickiewicza?
Tu się z panem nie zgodzę co do Homera, bo ja u niego nie widzę arkadyjskości, ale rzeźnię, przemoc. Początki poezji zachodniej to seria morderstw pod Troją. Jest taki piękny esej Simone Weil o „Iliadzie” jako o poemacie siły. Weil nie widzi w „Iliadzie” nawet rycerskości, tylko potworne zabijanie. A co do poezji jako pieśni i rymu, to nie chcę być pedantem, ale przypomnę, że Grecy w poezji nie rymowali, ani Homer ani Wergiliusz. Rym wynaleźli podobno mnisi średniowieczni dla celów mnemotechnicznych, dla ułatwienia zapamiętywania. Natomiast poezja antyczna miała silną strukturę sylabiczną, miała jamby i trocheje, które były jej opoką. Także inna wielka opoka poezji, czyli psalmy Dawidowe, też nie miały rymu, ale oparte były na paralelizmach czyli powtórzeniach. Nie widzę więc w dawnej poezji ani arkadyjskości, czyli opiewania piękna świata, może poza sielankami Teokryta, ani w sensie estetyki wiersza. Raz jeszcze przywołam Claudela, by dygresyjnie przypomnieć, że i on nie rymował, a nawet był rewolucjonistą poezji francuskiej odrzucając dwunastozgłoskowiec, aleksandryn, jej fundament, określając go jako „katarynkę”. Z kolei w poezji polskiej wielkim burzycielem-rewolucjonistą był Tadeusz Różewicz. Różewicz poszedł daleko w prozaizacji wiersza. Był nim również Peiper, choć on nie był tak utalentowany i był bardziej teoretykiem poezji.
Autor jednej z poświęconych Panu not biograficznych wymieniając enumeratywnie Pana aktywności twórcze, pomieścił określenie „filozof”, przed „poetą” i „eseistą”. Jest Pan autorem szkiców o Emilu Cioranie, Józefie Czapskim, Brunonie Schulzu, co jest dla mnie zrozumiale, ale dlaczego także o Nietzschem czy Jűngerze? Dlaczego właśnie o nich?
Z dwóch różnych powodów. Nietzsche był bogiem mojej wczesnej młodości. Gdy się czyta listy, dzienniki, wspomnienia wielu pisarzy XX wieku, to widać, że przewrócił on w głowie bardzo wielu młodym pisarzom. Moje pokolenie było może już trochę w tym względzie spóźnione, ale dwa pokolenia wcześniejsze były pijane pismami Nietzschego. Inna sprawa, że mój tekst o Nietzschem jest krytyczny, jest odrzuceniem tego młodzieńczego upojenia. Co do Jűngera, to miał on różne fazy. Nie lubię jego fazy agresywno-militarnej, ale od późnych lat trzydziestych jest to pisarz medytacyjny i jeden z niewielu pisarzy metafizycznych, przy czym w jego przypadku to określenie brzmi serio. Jűnger naprawdę wierzył w jakiś inny świat, był pisarzem religijnym, chwilami chrześcijańskim, chwilami heretyckim, ale bliskim chrześcijaństwa. Był człowiekiem, który nie bał się śmierci, w przeciwieństwie do Eliasa Canettiego, który nienawidził śmierci i całą swoją twórczość uważał za walkę z nią. Jűnger uważał, że śmierć nie jest końcem i dlatego z ciekawością czekał na śmierć. Był jedynym znanym mi człowiekiem, który nie nudził opowiadając o swoich snach. Jak wiadomo, nasze sny zawsze są fascynujące, a cudze – nudne. Spotkałem kiedyś człowieka, który był sekretarzem Jűngera w ostatniej fazie jego życia i który mi powiedział, że umieranie pisarza, a dożył on 103 lat, było pogrążaniem się coraz bardziej we śnie. Poprzez sny wchodził do śmierci. Zafascynowało mnie to jako być może najpiękniejszy sposób umierania. Nie lubię jego powieści, które uważam za słabe, ale cenię jego dzienniki, zwłaszcza paryskie, w okupowanym Paryża, ale też późniejsze. 
Tak, jak się umówiliśmy, w naszej rozmowie nie dotknęliśmy bezpośrednio Pana poezji, co w przypadku tak wybitnego poety jest może trochę paradoksalne. Wspomniałem w poprzednim pytaniu o określeniu Pana, w pierwszym rzędzie, jako filozofa, więc może jednak na koniec zahaczą o Pana poezję. W innej nocie określono Pana jako poetę „apollińskiego, jasnego, klasycyzującego”. Jakie jest Pana samopoczucie jako potomka Apollina i klasycysty?
(uśmiech ciepły a jednocześnie sardoniczny) – Panie Krzysztofie, lepiej dochowajmy Pana wstępnej propozycji, która wydała mi się sensowna, a na inne Pana pytania chętnie odpowiem w przyszłości, przy okazji następnego spotkania…

Czasem tęcza, czasem grad

Polska jest krajem, w którym nawet rozmowy o pogodzie nie są już bezpieczne. Bo rozmowy o uczuciach zawsze były trudne, a czasem groźnie. Pewnie dlatego, że termin poetycki stał się terminem prawnym, ale nie został prawnie zdefiniowany.

Tak właśnie uczucia, mimo że prawdopodobnie nie istnieją realnie (co innego emocje), znalazły się w kodeksie karnym, choć żaden z prawników nie wie, czym są. Nie martwmy się jednak, bo łaskawy ustawodawca wskazał nam, co może uczucia urażać, a raczej w jaki sposób urażać ich nie wolno.

Od razu zresztą widać, że twórcy brzmienia przepisu opierali się raczej na teologii niż na wiedzy, którą posługuje się religioznawstwo. Teoria religii zna termin „przedmioty kultu”, czcią natomiast (również religijną) można otaczać każdą rzecz: przedmiot, postać literacką, istotę. Tak czynią radykalni buddyści, otaczający czcią wszystko, co żyje. Gdyby jednak ci sami buddyści domagali się od innych respektowania swoich przekonań, życie na ziemi byłoby niemożliwe. A przynajmniej życie człowieka.

O co więc może chodzić w słynnym paragrafie 22 – pardon, oczywiście w paragrafie 196 naszego kodeksu karnego? „Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.

Załóżmy – może trafnie, a może jednak nie – że ustawodawcy chodziło o szczególną ochronę przedmiotów kultu religijnego (a nie czci, jak raczył napisać): taką ochronę, jaka przysługuje pomnikom i miejscom pamięci narodowej, lub nawet większą.

O wiele łatwiej jest wskazać miejsca przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych. Wiadomo, są to kościoły wszystkich (zarejestrowanych?) kultów, kaplice, klasztory (ale czy całe?). Czyli mniej więcej wiemy, co. Ale czy wiemy, jak? Wiemy, jak można znieważyć człowieka. Czy w ten sam sposób można znieważyć miejsce ?

Publiczne miotanie obelg pod adresem człowieka może być znieważeniem, ale czy wygłaszanie uwag na temat architektury kościoła też? Rozumiem, że nazwanie kogoś tłuściochem (bez względu na jego wagę) może być obraźliwe, ale czy obraźliwe jest nazwanie kościoła koszmarem architektonicznym? Czy w stosunku do przedmiotów kultu, miejsc wykonywania obrzędów możemy stosować dokładnie te same zasady co w stosunku do osób?

A te przedmioty kultu (czci) to jak określić? Możemy w pewnym zakresie przyjąć, że przedmiotem kultu jest to, co wyznawcy za przedmiot kultu uznają. To jednak bardzo ryzykowny pogląd, zwłaszcza gdy przyjmiemy, że wzmiankowany paragraf odnosi się do wszystkich (zarejestrowanych?) kultów. To by tłumaczyło, dlaczego nie zarejestrowano w Polsce Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Producenci makaronów mogliby mieć problem z uczuciami, jakimi wyznawcy tego kościoła darzą makaron, że o klopsikach nie wspomnę.

Żeby jednak zbytnio nie mieszać w argumentach, skupmy się na zarejestrowanych w Polsce wyznaniach. Policja raportuje, że ciągu 20 lat (1999–2019) stwierdzono 1115 przypadków naruszenia art. 196 KK, czyli nieco ponad 50 rocznie. Niemal jeden tygodniowo. Niestety, w statystykach nie podano najczęstszych sposobów naruszania.

Można przyjąć, że przedmiotami kultu są figury świętych czy obrazy z wizerunkami bogów, świętych i błogosławionych. Przyjmuję bezdyskusyjnie, że przedmiotem kultu jest obraz Czarnej Madonny z Dzieciątkiem z klasztoru w Częstochowie – dla jednych z powodu jakoby zdolności do czynienia cudów, dla drugich z powodu Ewy Demarczyk. Ale czy reprodukcja zdjęcia obrazu też jest przedmiotem kultu i powinna podlegać tej samej ochronie? Czy taki obrazek staje się przedmiotem kultu, dopiero gdy poświęci go uprawniona do święcenia osoba? Mniejsza już o to, czy ma moc oryginału albo magię Ewy Demarczyk.

Nie ulega też dla mnie wątpliwości, że przedmiotem kultu może być przechowywany w specjalnym miejscu kościoła mszał albo też specjalne wydanie świętej księgi tego czy innego wyznania. Ale czy to samo dotyczy każdego egzemplarza tych tekstów? Czy użycie zwykłego wydania Biblii (innym niż zwykłe nie dysponuję, jak pewnie i większość wierzących) do zablokowania okna w trakcie wietrzenia pokoju jest już wypełnieniem znamion czynu zabronionego? O ile oczywiście uznamy, że samo wietrzenie pokoju nie jest w Polsce naruszeniem norm społecznych.

Nawiązuję teraz do sprawy Nergala, który jakoby oparł obutą stopę na świętej księdze. No, ale czy na pewno na świętej? Czy był to poświęcony przedmiot kultu czy też nieco zakurzony egzemplarz, jeden z tych, które można jeszcze znaleźć w niektórych hotelach nie tylko w USA? Czy to ma znaczenie? Powinno mieć. Choć osobiście nie oparłbym buta na książce, nawet gdyby był to poradnik samodoskonalenia czy wiersze Horsta Wessela. Ale przecież nie chodzi o to, czy ktoś inny zrobiłby podobnie czy nie, tylko o to, czy taki czyn powinien podlegać karze.

Więcej szczęścia miał Jerzy Urban. Został prawomocnie uniewinniony, choć sprawa rysunku, na którym przedstawiono trudno powiedzieć kogo, nie powinna w ogóle trafić do sądu. Co prawda, są tacy, którym wszystko z jednym się kojarzy, ale zapewne mało kto przypuszczał, a już na pewno nie ja, że chodzi akurat o Jezusa.

A może ktoś pamięta przykład renowacji świętego obrazu w czynie społecznym, po której obraz przestał być do siebie podobny, a święty przypominał bardziej pyzę (Pyzę z polnych polskich dróżek)? Czy społeczna renowatorka popełniła czyn karalny? Czy obraz przestał czynić cuda? O ile czynił je wcześniej. Tyle pytań, a znikąd pomocy. Współczuję sędziom, choć religioznawcy mogliby pomóc. Specjaliści od cudów raczej nie.

Jestem za tym, by chronić słabych i tych, którzy sami nie potrafią się bronić. Ale Kościół katolicki nie jest ani słaby, ani bynajmniej bezbronny. Państwo nie powinno stać na straży Kościoła, a na pewno nie powinno go bronić przed jego wiernymi, bo większość zwolenniczek tęczowych wizerunków świętych i błogosławionych Kościoła albo wierzy w tego samego boga, albo wierzyć by chciała.

Ja osobiście wolę świątynię dumania, w której gra inna muzyka, nie ma kadzideł, choć może być miejsce na świece. A na pewno na kaganek oświaty. I też chciałbym jak Goethe zobaczyć więcej światła, zanim pojawi się światełko w tunelu. Bo zgadzam się z Boyem Żeleńskim, że są bakterie (i wirusy), które zabija się światłem.

A po za tym uważam, że konkordat należy wypowiedzieć.

Próba zdefiniowania kobiety

Oto mój gość: kulturoznawca, artystka – plastyk, ikonografka, a zarazem poetka oraz pisarka. Słowem: kobieta jedyna w swoim rodzaju, acz o wielu twarzach – Bianka Kunicka Chudzikowska. Z Bianką Kunicką Chudzikowską rozmawiała Iwona Niezgoda – pomysłodawczyni i organizatorka niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku Brakująca Litera, prowadząca bloga Góralka Czyta.

Biorąc pod uwagę niniejszą prezentację, naszą rozmowę chciałabym zacząć od próby zdefiniowania kobiety, wszak jest Pani najjaśniejszym w moim przekonaniu dowodem, że ujęcie jej w ramach kulturowych nie jest łatwe. Jak więc postrzega Pani kobietę – a co za tym idzie – pogląd jakoby była to słaba płeć?

Trudne pytanie, bo patrząc przez pryzmat historii, to niewątpliwie kobieta i jej pozycja w społeczeństwie na przełomie wieków bardzo się zmieniała. Dzisiaj aż trudno uwierzyć, że jeszcze relatywnie niedawno kobiety nie miały praw wyborczych, prawa decydowania o sobie czy kształcenia się. Pominąwszy fakt, że do dzisiaj nasz świat jest bardzo patriarchalny, a czasy, w których żyjemy pokazują, że jeszcze na wielu płaszczyznach pozbawia się nas głosu, a przynajmniej próbuje, to jednocześnie sądzę, że kobiety, pomimo nadania im miana słabej płci, niejednokrotnie sterowały i podporządkowywały sobie tę, pozornie silniejszą. Dużym problemem był również fakt, że kobiety nie wspierały się nawzajem, ale to także się zmienia, ponieważ zrozumiały, że dopiero działając wspólnie, mają szanse, że ich potrzeby będą dostrzeżone, a prawa respektowane.

Nie chcę tutaj dewaluować postawy mężczyzn, bo w nich również dojrzała świadomość, że kobieta to nie tylko matka ich dzieci, której największą ambicją jest prowadzenie gospodarstwa domowego, ale przede wszystkim partnerka mająca prawo do osobistego rozwoju. Co do samej kobiecości to trudno się nie zgodzić ze słowami Nietzchego, że cokolwiek się powie o kobiecie – jest prawdą. Ale tak na poważnie – kobiecość, pominąwszy aspekt seksualny to przede wszystkim świadomość swojej wewnętrznej siły i tego, co jest jej istotą. Kiedyś, gdy wielopokoleniowe rodziny żyły wspólnie, wiele mądrości, rad, a także ciepła i miłości, niejako samoistnie przechodziło z pokolenia na pokolenie, a dziś ta tradycja właściwie zanikła, bo większość młodych ludzi, podążając za pracą bądź możliwością kształcenia, bardzo szybko opuszcza dom rodzinny. Co ważne, do chęci, ale także do odwagi pokazywania kobiecych emocji i czerpania z nich siły, trzeba dorosnąć. Świadoma kobiecość jest niezwykłą wartością, która pozwala czerpać z pierwotnych instynktów, jak intuicja, pozwalających na pozaanalityczne rozumienie świata, jego rytmu i tętna, a tym samym na łagodzenia konsekwencji tego, że wciąż przyspiesza.

Mówi Pani o sobie, że pisze odkąd pamięta. Czy więc pierwszych prób układania liter należałoby szukać na kartach dziecięcych zeszytów? Co dawała Pani możność pisania w tamtym okresie?

Tak, pierwszy mój wiersz był bardzo, bardzo poważny. Powstał w wieku niecałych sześciu lat, choć nie jestem pewna, czy był kiedykolwiek zapisany. Wymyśliłam go dla górników na Barbórkę i naprawdę nie mam pojęcia skąd wziął się ten pomysł, gdyż nie tylko, że nie miałam w rodzinie nikogo, kto pracował w kopalni, jak też nigdy nie widziałam na żywo górnika w stroju galowym.

Nie pamiętam innych wierszydeł z tamtego okresu, ale kolejny, który zapadł mi w pamięć był napisany o Gross Rosen, obozie koncentracyjnym. Zatem, jak widać, była to poezja bardzo zaangażowana, a dodam, że oba znam na pamięć. Liceum to sporo następnych wierszy, ale dopiero jego końcówka i studia obrodziły naprawdę dużą ilością tekstów. Wtedy pisałam głównie o uczuciach i wyłącznie do szuflady. Był to czas buntu, dostrzegania brzydoty świata, ale także próby rozumienia i okiełznania własnych emocji, oczywiście głównie miłości. Było to pisanie dla siebie, pewnie taki niekonwencjonalny rodzaj terapii na nieprzystosowanie. Moje wiersze i opowiadania zawsze były podszyte smutkiem, tęsknotą, obawą przed odrzuceniem, które tylko tak, w nieco zawoalowanej postaci, mogłam wyrazić.

Niektórzy uważają, że pomysły na pisanie rodzą im się w czasie snu. Czy Pani może to potwierdzić, a jeśli nie, wymienić okoliczności, kiedy się one pojawiają?

Analizując na podstawie aktywności mózgu, specyfikę snu ludzkiego, a szczególnie jego fazy REM, pewnie można próbować uzasadniać takie przypuszczenia. Mózg ludzki wtedy przetwarza informacje i układa je w jakąś logiczną całość, nadając chaosowi sens. Freud byłby przeszczęśliwy, doszukując się w tym podpowiedzi podświadomości. Jung idąc dalej, twierdziłby, że w snach spotykamy symbole wspólne dla ludzi. Niestety nie wiem czy mogę to potwierdzić, biorąc pod uwagę, iż nigdy nie pamiętam swoich snów, a piszę najczęściej w nocy. Generalnie cierpię na bezsenność, choć przyznam, że nie lubię tego określenia, bo wcale wtedy nie cierpię, ale całkiem nieźle się bawię. Właśnie w nocy, gdy wszystko spowalnia, najbardziej lubię pisać. Mam świadomość, że nie jest to zbyt korzystne dla zdrowia, codziennego życia, ale także i wyglądu. Niestety, wielokrotnie próbowałam to zmienić i nie udało mi się.

Pomysły to impuls, mogą pojawić się w każdej chwili. Inaczej jest oczywiście z prozą, gdzie rodzą się, kiełkują powoli, a inaczej z poezją, bo w niej najczęściej jest to iskra, która rozpala kolejne wersy. Słowa biegną niejako same, ale lubię mieć pomysł, lubię wiedzieć dokąd mają dobiec, co chcę za ich pośrednictwem powiedzieć. Najczęściej siadam przy otwartym pliku zatytułowanym „pomysły na wiersze”, w którym mam notatki, jednak tak naprawdę nigdy z nich nie korzystam, bo ten wcześniejszy, wtedy wydawałoby się genialny pomysł, nie napisany od razu, przestaje być interesujący.

Dlatego u mnie się to dzieje tak, że siadam, a historia tworzy się w tej dokładnie chwili. Sądzę, że rodzące się pomysły, czy pisanie samo w sobie, to wewnętrzna potrzeba ludzi, których łączy podobna wrażliwość, podobny rodzaj wewnętrznego smutku, wiecznej tęsknoty za nie wiadomo czym. Być może pisanie daje nam namiastkę spełnienia. Parafrazując wcześniej wspomnianego ojca psychoanalizy, Zygmunta Freuda, człowiek szczęśliwy nigdy nie będzie uzależniony od snucia fantazji. Być może zatem pisanie to substytut szczęścia.

Podobno ludzie są sumą książek przeczytanych w życiu. Jakie Panią ukształtowały wpływając na wybór złożonej poetycko – prozatorskiej drogi?

Nie wiem czy powinnam się przyznawać, ale moim ulubionym w dzieciństwie zajęciem, zresztą nie tylko dzieciństwie, było czytanie w nocy encyklopedii. Po prostu wybierałam na chybił trafił stronę i czytałam hasło po haśle. Zawsze bardzo lubiłam baśnie i poezję, a jeśli chodzi o powieści, może to mało oryginalne, ale sięgałam raczej po klasyki. Czytałam bardzo różnorodną literaturę, bo Emila Zolę, Marqueza, Umberto Eco, Vonneguta, Fowlesa, Prousta, Pilcha, Tokarczuk, Zafóna, Hłaskę, Myśliwskiego, a z poezji Pawlikowską – Jasnorzewską, Przerwę – Tetmajera, Wojaczka, Leśmiana, Zuzannę Ginczankę, Norwida, Tuwima, V. Voolf, Yetasa, Blake’a, E.A. Poe, Jesienina, Cwietajewą, Rimbauda, Baudelaire’a, Varlaine, Plath.

Nie, nie jestem w stanie wymienić nazwisk, których słowa rozkochały mnie w sobie i już się stresuję, że podając je spontanicznie, na pewno pominęłam wiele dla mnie ważnych. Jednak, na pewno, poza poezją i jej metaforycznym przekazem, ogromne wrażenie zrobił na mnie cykl Lapidarium Kapuścińskiego i jego duże, wielopłaszczyznowe, rozumienie świata, pełne pokory i tolerancji, a jednocześnie niezwykle przenikliwe i bardzo bezpośrednie.

Poetka Wanda Dusia Stańczak nakreśliła takie słowa: Nie chowaj słów/ Możesz nimi zapalić komuś tak potrzebną latarnię. Czy to też powód, dla którego Pani tworzy i jak zapatrują się na tę pasję Pani najbliżsi?

Tak, trudno się z tymi słowami nie zgodzić i to nie tylko na gruncie poezji, ale na każdej płaszczyźnie życia. To nas odróżnia od wszystkich innych stworzeń, że umiemy się ze sobą komunikować w stopniu, który pozwala na wymianę myśli, na prowadzenie dialogu i dzięki temu kształtujemy nasze poglądy. Każda interakcja, a jest nią również czytanie literatury, wnosi nową perspektywę i poszerza horyzonty. Mnie literatura była potrzebna dla zrozumienia tego, że ludzie choć różnią się kulturą, miejscem zamieszkania, pochodzeniem czy wiekiem, tak naprawdę mają podobne marzenia i potrzeby, mówię tutaj o tych pozamaterialnych. Chyba najpiękniejsze słowa, jakie do mnie czasami docierają to te, że ktoś miał bardzo zły czas, że cierpiał ze względu na problemy osobiste bądź zdrowotne, a moja poezja czy proza, pomogły mu stanąć na nogi, bo tak bardzo dotykała jego wewnętrznych, najczęściej niewypowiedzianych myśli, że odnajdował w sobie siłę, aby wiele spraw uporządkować.

Co do drugiej części pytania to oczywiście najbliżsi mi kibicują i rozumieją, że pisanie jest dla mnie czymś więcej niż pasją, jest moim powietrzem.

Pisze Pani ikony, poezję i prozę. Który rodzaj pisania wymaga najwięcej intelektualnego wysiłku, a może jest to wyłącznie kwestią wielowymiarowego talentu i otwarcia się na szeroko rozumianą sztukę?

Nie umiem wybrać czy to poezja, czy proza, bo to inny niejako tor myślenia, inny rytm i sposób pisania. W poezji trzeba kondensować myśli, co często jest dużym utrudnieniem, a pisząc prozę można sobie pozwolić na swobodny ich tok. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest przeskakiwanie z jednej formy literackiej na drugą i to w dodatku nieustannie. Gdy piszę powieść, niemal natychmiast tęsknię za poezją, a za prozą, gdy piszę wiersze. Nie umiałabym już w tej chwili zrezygnować z żadnej z tych ścieżek. Poezja ma tę zaletę, że jest formą nieporównywalnie krótszą i choć napisanie tomiku, który zawiera kilkadziesiąt, a czasami ponad sto wierszy, często zajmuje więcej czasu niż napisanie książki, to jednak nie musi układać się w logiczną całość jak w powieści i nie wymaga aż tyle samodyscypliny. Odnaleźć w sobie natchnienie pisząc wiersz, jest zdecydowanie łatwiej, niż pisząc kilkusetstronicowy tekst. To bywa naprawdę ciężka praca, do której niejednokrotnie trzeba się zmuszać, a przerwanie pisania na dłuższy czas powoduje wybicie się z rytmu.

Co do ikony natomiast, to podchodzę do jej pisania czysto hobbystycznie, fascynuje mnie technika jej tworzenia i historia, jednak w porównaniu do pisania, traktuję ją bardzo po macoszemu i na pewno zawsze tak będzie, gdyż moim medium zawsze było, jest i będzie słowo.

Czy zarówno poezja jak i proza wiążą się z trzymaniem się ściśle określonych sobie na początku założeń, czy też przeciwnie – pozwalają one czasem Pani poczuć zew wolności i radość z bycia spontaniczną?

Na pewno musi być pomysł, który w wypadku poezji może być impulsem. Powiem szczerze, używając metafory, że z reguły dobiegam do celu, ale najczęściej inną drogą, niż planowałam, jednak to jest jeden z najbardziej fascynujących elementów pisania, bo inaczej chyba byłoby to nudne. Odkrywamy w sobie pomysły, rozwiązania i historie, które przychodzą nagle i przetasowują wcześniejsze. Bardzo to lubię, bo to pokazuje jak nasz mózg potrafi zaskoczyć nas samych, formą wypowiedzi, kreatywnością, ilością zakodowanych informacji, które nagle potrafimy połączyć w logiczną całość. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że w pisaniu najbardziej fascynujący jest ten swobodny strumień myśli, gdy stajemy się demiurgami, tworzącymi alternatywne światy.

Z Pani poezją po raz pierwszy zetknęłam się w 2018 roku, kiedy to do moich rąk trafił tomik pt. Pobrudzone szminką, a rok później ukazał się kolejny zatytułowany Poparzone wrzątkiem, który moim zdaniem ugruntował Pani wysoką pozycję na poetyckiej niwie. Udaje się Pani gromadzić wokół siebie wielu ludzi zafascynowanych utworami, i dających temu wyraz morzem reakcji oraz komentarzy na facebookowym profilu, czy choćby ochoczym współtworzeniem niedawno wyemitowanej na antenie Radia Ty i Ja audycji Unikod Poezji. Może Pani to jakoś wyjaśnić, zwłaszcza, że przecież Polacy rzadko sięgają po wiersze…?

Dla mnie to ogromne zaskoczenie, a początkowo był to nawet szok, ale pozytywny, który zmotywował do dalszego pisania. Sądzę, że wbrew obiegowej opinii, poezja jest potrzebna, ale jednocześnie jest dość trudno dostępna. Nie promuje się współczesnej poezji tak, jak nowych powieści. Nawet znane nazwiska zajmują najczęściej maleńki regalik w księgarni, w której odnajdujemy setki półek z prozą. W dodatku książki są generalnie drogie, a tomiki poezji najczęściej mniej obszerne w formie.

Zauważyłam, że sympatia do mojej poezji często kończy się w momencie, gdy trzeba zapłacić za tomik, ale jednocześnie widzę jak wiele osób jest spragnionych uczuć, mówienia o nich. Poszukują one piękna, bo ogrom brzydoty i przemocy wokół nich, powodują zniechęcenie. Wiersz potrafi wskrzesić w czytelniku dawno zapomniane emocje i w ułamku sekundy przyspieszyć bicie serca. Czyż to nie piękne?

Na uwagę zasługuje fakt, iż ostatni tomik zawiera ponad sto utworów. Czy spośród wszystkich, które Pani dotychczas nakreśliła, potrafi wybrać jeden, ten ulubiony?

Z pewnością mam ulubione teksty, ale nie chciałabym i chyba nawet nie potrafiłabym w tej chwili wskazać konkretnych. Wierszy jest tyle, że ich po prostu nie pamiętam. Przede wszystkim nie pamiętam tytułów, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, powstają nagle, niespodziewanie dla mnie samej, a w dodatku niekoniecznie wynikają z treści wiersza. Często pytana o konkretny tytuł, nie umiem skojarzyć wiersza, którego dotyczy. Może w ten, nieco pokrętny sposób, wykręciłam się od odpowiedzi, ale to świadomy unik przed przypisaniem sobie któregoś z wierszy jako najbardziej mi bliskiego.

Nie ukrywam, że także uległam czarowi Pani twórczości, ale stało się to głównie za przyczyną debiutanckiej powieści pod tytułem Najprawdziwsza fikcja, nagrodzonej srebrnym laurem II edycji niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku Brakująca Litera, któremu przewodzę, jak również uznaniem Ósmego Jurora w osobach czytelników zainteresowanych konkursem. Jak Pani wspomina tę nagrodę? Czy wpłynęła ona na chęć dalszego wspinania się po drabinie sukcesu?

Tak, oczywiście, zaraz po zakończeniu trzeciego etapu konkursu poznałyśmy się. Dokładnie pamiętam wiadomość, którą otrzymałam zaraz po zamknięciu konkursu, wtedy pierwszy raz rozmawiałyśmy. Dziś już jestem w innym miejscu i czasie, z inną świadomością i pomysłami, ale tamten moment oraz udział w konkursie zawsze będą dla mnie ważne. Zupełnie nie spodziewałam się, że moja premierowa książka, która ukazała się niewiele wcześniej przed samym plebiscytem, może zostać wyróżniona. Oczywiście każdy piszący ma nadzieję, że coś takiego się wydarzy, a twierdzenie, że jest inaczej, to hipokryzja, ale trudno się spodziewać, że stanie się to zaraz po debiucie. Samo wyróżnienie dało mi wiarę w sens tego, co robię i ogromnego, motywacyjnego kopniaka i już zawsze będzie miało dla mnie symboliczne znaczenie.

Czy w jakiś sposób, nawet symboliczny, nagradza Pani za trudy tworzenia samą siebie?

Zupełnie nie wiem jak rozumieć to pytanie, ale chyba nie robię niczego takiego, co mogłabym podciągnąć pod definicję nagradzania się. Dla mnie nagrodą jest już sam fakt, że mogę pisać, że mam łatwość słowa i w dodatku mam swoich Czytelników, którzy mnie motywują i to oni mnie nagradzają dobrym słowem, czy samą obecnością. Wiele osób poznałam osobiście, z niektórymi nasze relacje stały się wręcz przyjacielskie. Dzięki temu, co robię, poznałam osoby, których nie miałabym okazji poznać w normalnych okolicznościach, a przecież jedną z największych wartości w życiu jest móc mieć blisko siebie ludzi, którzy podobnie myślą i czują. Zatem fakt, iż tak się stało w moim przypadku jest nagrodą samą w sobie.

Głównym bodźcem do niniejszej rozmowy jest nadchodząca wielkimi krokami grudniowa premiera drugiej powieści opublikowanej pod skrzydłami Wydawnictwa Oficynka – Na wieki wieków Pani Amen. Skąd pomysł na tak oryginalny tytuł?

Tytuły to niezależne twory, które muszą żyć nie tylko w symbiozie z treścią powieści, ale także niezależnie od niej, gdyż ich rolą jest przyciągnąć potencjalnego odbiorcę. Lubię nadawać tytuły, lubię grę słów i ich wieloznaczność, a czasami też prowokację. Powieść mówi o kobiecie, która nie potrafi kochać, a cała historia zmierza do wyjaśnienia powodu takiego stanu, co niejednokrotnie prowadzi aż do czasów bliskich narodzinom chrześcijaństwa. Nie będę zdradzać szczegółów, bo mogłoby to popsuć element niespodzianki, więc powiem tylko, iż tytuł na pewno nawiązuje do wspomnianego faktu, ale także do tematyki wiary, bądź jej braku oraz samego słowa „amen” w wielu jego wymiarach.

Już na pierwszy rzut oka okładka książki zwraca uwagę za przyczyną magicznego obrazu pędzla artysty, Karola Bąka. Widać, że malarstwo kolejny raz przenika do Pani prozatorskiego dorobku. Czy to zabieg od początku zamierzony?

Tak, zdecydowanie zamierzony, gdyż strona wizualna wszystkiego, co robię jest dla mnie bardzo ważna. W każdej dziedzinie sztuki najważniejszy jest odbiorca, a co za tym idzie, jego wyobraźnia i należy się z tym liczyć, iż każdy może odebrać dane dzieło, czy tekst po swojemu. Na odbiór wpływają jego doświadczenia, preferencje estetyczne, ale przede wszystkim to, co w danej chwili go nurtuje, niepokoi, przynosi radość lub smuci. Oczywiście ilustracja tego, co robię, wybrana przeze mnie, narzuca jakieś spojrzenie i jest zgodna z moimi założeniami, ale pozwalam sobie na to, gdyż być może to dopełnia całości.

Karol Bąk jest niezwykłym artystą, a obraz, który będzie na okładce naprawdę pasuje do tytułowej bohaterki, rudowłosej Małgorzaty, której historia jest, jak sądzę, równie dynamiczna. Było mi niezwykle miło, gdy Karol od razu zgodził się na to, aby obraz został wykorzystany na okładce książki.

Dzięki Pani uprzejmości, z powieścią miałam okazję zapoznać się na długo przed jej publikacją i przyznaję, że wręcz poraziła mnie niezdolność Małgorzaty, głównej bohaterki do tego, aby kochać. Zasadnym więc wydaje się zapytać: na czym opiera się sztuka kochania?

No tak, spodziewałam się podobnego pytania, a nawet dodam, że trochę obawiałam. Nie wiem czym jest sztuka miłości, ale na pewno wiem, że miłość jest sztuką w najczystszej postaci. Za Emily Dickinson mogę powiedzieć, że miłość jest wszystkim i to wszystko co wiemy o miłości. Niektórzy twierdzą, że jest chorobą, a nawet cierpieniem okraszonym bólem, ale chyba każdy chciałby na nią ciężko zachorować.

Bohaterka mojej powieści, Małgorzata chorobliwie chce kochać, gdyż nigdy tego uczucia nie doświadczyła, co w jej mniemaniu czyni ją ułomną, gorszą i próbuje odkryć, na czym polega ta jej swoista dysfunkcja. Nie chcę zdradzać fabuły, dodam tylko, że życie bywa nieprzewidywalne…

Czy kiedy kiełkował w głowie pomysł na tę historię, w Pani zamyśle zrodziła się także chęć wstrząśnięcia czytelnikiem do głębi i czy na którymś etapie pisania zyskuje Pani poczucie, że tworzy coś ważnego?

Chyba nie mogę powiedzieć, abym kiedykolwiek świadomie próbowała kimkolwiek wstrząsnąć, ale jeśli udało mi się osiągnąć taki efekt to bardzo się cieszę. Nigdy nie czuję, że tworzę coś ważnego, ale zawsze wiem, co chcę przekazać i gdzieś tam w środku czuję i chcę wierzyć, że mam coś istotnego do powiedzenia. Po napisaniu pierwszej powieści, zdarzało mi się otrzymywać listy od czytelniczek, bo faktycznie były to głównie kobiety, że książka wpłynęła na ich sposób myślenia, na odbiór rzeczywistości, czy pomogła popatrzeć na wiele problemów z dystansem. To bezcenne listy i ważne chwile dla mnie, bo potwierdzające, że moja opowieść spełniła swoje zadanie.

Śmiem twierdzić, że obecna historia jest dojrzalsza. Pierwsza powieść powstała w wyniku jakiejś wewnętrznej potrzeby i choć nie była o mnie, to jednak wiele w niej moich osobistych refleksji. W Na wieki wieków, Pani Amen oprócz emocji, dużo bardziej złożona jest także sama historia.

Analogicznie do Najprawdziwszej fikcji, tutaj także pojawia się Gaja, ale tym razem w osobie Łysej – pacjentki hospicjum. To intrygujące odkrycie, bo powieści, choć różne, to jednak magicznie zdają się przenikać jedna do drugiej… czyli, Pani Bianka to nie tylko malarka, poetka, pisarka, ale także czarodziejka?

Oczywiście, nie także, ale przede wszystkim. Zaczarowuję świat, zaklinam rzeczywistość, uwodzę słowem, udaję, naginam prawdę, tworzę nowe czasoprzestrzenie. Chyba nie ma większej magii niż słowo i jego moc, bo to medium bez granic, tak jak nasza wyobraźnia, bo ona także ich nie ma. Każda inna dziedzina twórczości, narzuca jakiś wizualny, ewentualnie słuchowy odbiór, a słowo tego nie ma. W dziełach pisanych wszystko podlega dowolnemu kształtowaniu, tam nie ma szablonów, nie ma narzuconych schematów. Jedyną ramą jest tocząca się historia, ale świat, postaci, ich wygląd, czy głosy są tworzone przez Czytelników. To oni są współtwórcami przestrzeni i bohaterów. To piękno, to magia, która się dzieje naprawdę.

W moim odczuciu nietuzinkowo, bo pod płaszczem realizmu magicznego przemyca Pani wiedzę z zakresu medycyny, a konkretnie neurologii, poruszając kwestię neuronów lustrzanych, odpowiedzialnych za empatię i współodczuwanie, które to zdają się być towarem deficytowym, a może się mylę?

Jestem laikiem w tej dziedzinie, ale jednocześnie staram się, na ile potrafię, przenosić tematykę moich zainteresowań na grunt powieści. Zawsze będą nieco filozofujące czy psychologizujące, zawsze będą w nich elementy medycyny, historii sztuki czy magii, choć w pewnym sensie nauka także nią jest, a może właśnie ona jest nią przede wszystkim. A że nie jest tajemnicą, iż coraz mniej empatii w naszym konsumpcjonistycznym, egocentrycznym świecie, uważam, że warto o tym pisać. Rosnąca ilość osób autystycznych, czy z Zespołem Aspergera, a nawet osobowości socjopatycznych czy narcystycznych.

Temat obecności neuronów lustrzanych i ich funkcji jest dość dyskusyjny, podważany przez wielu naukowców, jednak moja książka nie jest literaturą naukową, ani medyczną. Same neurony lustrzane zostały tak nazwane ze względu na to, iż rzekomo miały one, jak w lustrze, odbijać nie tylko zachowania, ale także emocje innej osoby przez osobę obserwującą tę pierwszą, takie jak na przykład strach czy ból. Stwierdzono wtedy, że pomaga to w zrozumieniu innych poprzez prawidłowe odczytanie ich emocji i uczuć. Badania pokazały, że przedmiotowe neurony są najbardziej aktywne u osób cechujących się dużą empatią. Idąc dalej tą drogą dedukcji, można przyjąć, iż niezwykle ważnym momentem w rozwoju człowieka jest dzieciństwo i obserwowanie zachowania rodziców, głównie matki, bo to ona uczy zachowania społecznego. Zauważono, że osoby dotknięte autyzmem cechuje niższa aktywność neuronów lustrzanych, choć do dziś nie wiadomo, czy mniejsza ich aktywność powoduje autyzm, czy też to autyzm wpływa na tę funkcję mózgu. Podobne teorie wysnuto co do osób z osobowościami psychopatycznymi, które charakteryzuje brak empatii, a co za tym idzie, niezdolność współczucia. Co jednak jeszcze raz podkreślam, wspomniane funkcje neuronów lustrzanych są przez wielu uczonych kwestionowane, a dostępna wiedza to niestety głównie spekulacje i z pewnością jeszcze trochę przyjdzie nam poczekać na jakieś konstruktywne wnioski.

Na jednej z kart powieści możemy przeczytać: Czasami miłość to wojna i to taka, gdzie ran nie widać, bo rani się duszę, a ta się nie zabliźnia. Można by więc twierdzić, że jedynym antidotum na ból duszy jest właśnie to uczucie, a co z przyjaźnią? Czy jest ona w stanie, nie stanowiąc zarazem uczucia zastępczego, ukoić ból serca?

Przyjaźń i miłość to bardzo bliskie sobie uczucia, bo w zasadzie oparte na tych samych wartościach, oprócz tego, że przyjaźń nie dotyczy sfery zmysłowej, seksualnej. Obie to, o ile mogę tak powiedzieć, praca obu stron i w obu zaniedbanie jest najbardziej destrukcyjnym elementem. Obie polegają na ofiarowaniu drugiej osobie czasu i zainteresowania, ale jednocześnie jest to rodzaj wymiany tych cech, których nie posiada druga osoba. W momencie, gdy jedna strona jest „dawcą” a druga jest wyłącznie „biorcą” to nie ma szans powodzenia. Mowa tutaj oczywiście o rzeczach pozamaterialnych.

Przyjaźń może ukoić ból serca, ale na pewno nie zastąpi miłości, gdyż niezwykle istotną sferą miłości jest dotyk, którego przyjaźń w swojej definicji jest pozbawiona.

Analizując postawę bohaterki wysnułam smutny wniosek, mianowicie: każdy z nas, bez względu na płeć i wykonywaną pracę jest trochę Małgorzatą, bowiem nierzadko także czujemy, że ciepłe uczucia trudno nam z siebie wykrzesać. Czy więc paradoksalnie w dobie pandemii koronawirusa, mamy szansę na bliskość będąc daleko od siebie?

Czy trudno je wykrzesać to nie jestem pewna, ale na pewno coraz trudniej jest nam się do nich przyznawać. Koronawirus niewątpliwie utrudnia nam wszystkim bezpośredni kontakt, który nieco rekompensuje dostępna technologia i paradoksalnie te, często potępiane wcześniej, social media, portale społecznościowe stały się ratunkiem. Sama kiedyś byłam sceptyczką co do tej formy kontaktów z ludźmi, ale życie zweryfikowało moje stanowisko i poznałam dzięki nim dużo niezwykle wartościowych osób, których nie byłoby mi dane poznać w innych okolicznościach.

Jeśli natomiast mówimy o uczuciach, to ktoś mądry kiedyś powiedział, że odległość jest tym dla miłości, czym wiatr dla ognia, zatem podsyca wielki, a gasi mały. Być może wiele relacji nie zda tego egzaminu, ale za to te, które przetrwają, udowodnią, że warto było w nie inwestować.

Przypuszczam, że autorzy obdarowują książkowych bohaterów własnymi cechami osobowości. Co szczególnego otrzymała w darze od Pani Małgorzata Amen?

Może od razu podkreślę, iż umiem kochać i to nas z bohaterką ewidentnie różni. Ponieważ jest to umiejętność dla człowieka elementarna, determinująca w taki, czy inny sposób większość naszych czynów, nie miałybyśmy szans się zrozumieć. Obie, natomiast, z pewnością jesteśmy sarkastyczne i uparte, ale jednocześnie umiemy słuchać. Kilkukrotnie słyszałam, że Małgorzata, pomimo tego, że jest zupełnie inna ode mnie, to jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że dużo mnie w niej. Sądzę jednak, że to, co nas niekiedy upodabnia to rodzaj ekspresji, sposób rozmawiania, a może rys ekscentryzmu i słabość do prowokowania, podsycana ciekawością świata i wiecznym pytaniem, co jest na drugim brzegu rzeki.

Temat dobra na równi z miłością interesował Małgorzatę. Czy z powodu niezdolności do miłości, człowieka należy potępiać? Gdzie w Pani odczuciu leży granica uznania go za dobrego czy złego? A może jesteśmy po prostu połowiczni, wszak nie ma ludzi idealnych?

Oczywiście, że nie ma ludzi idealnych tak, jak pojęcie dobra i zła jest relatywne. Bardzo upraszczając, mogę powiedzieć za Rousseau, że z natury człowiek jest samotny, a co za tym idzie, nie jest ani dobry, ani zły. Chylę się jednak do filozofii Hobbesa, choć nie w tak radykalnej formie, który twierdził, że ludzie nie są dobrzy, że toczą ze sobą nieustanne wojny. Sądzę, że człowiek jest z natury zwierzęciem, drapieżnikiem, który dba o swoje bezpieczeństwo i przedłużenie gatunku. Wtedy nie kieruje się etyką. Dopiero jako istota społeczna nabywa cech „człowieczeństwa”. Jednocześnie sama etyka to za mało, aby ujarzmić jego drapieżną naturę, która zmusza go do nieustannej walki o władzę, czymkolwiek ona w danej chwili jest. Za Foucaultem, który stworzył ideę panoptykonu, śmiem twierdzić, iż człowiek, aby nie czynić zła, musi być kontrolowany za pomocą technik nadzoru i instytucji karnych. Choć najpiękniejszy i najbardziej niezwykły w człowieku jest właśnie ten jego, często skrajny, dualizm, bo tylko człowiek potrafi być bezinteresownie dobry, ale też tylko on tak bezinteresownie nienawidzi. Żeby jednak nie zakończyć tej odpowiedzi w smutnym tonie, dodam za Oscarem Wilde: Absurdem jest dzielić ludzi na dobrych i złych. Ludzie są albo czarujący albo nudni.

Wracając jednak do pierwszej części pytania to – nie, niezdolność do kochania nie jest wyznacznikiem wartości człowieka. Nie trzeba kochać, aby być porządnym człowiekiem, wystarczy szanować innych i traktować ich tak, jak samemu chciałoby się być traktowanym.

Nie mogę pominąć faktu, iż fabuła wręcz zmysłowo dotyka także, a może przede wszystkim, sfery sacrum odnosząc się do świętej Małgorzaty Antiocheńskiej, która wsławiła się tym, że pokonała smoka oraz do czternastu wspomożycieli, do których zaliczał się Cyriak – diakon i męczennik. Co skłoniło Panią, by zgłębić ów temat, bo chyba nie wiara i chęć oddania czci świętym?

Przyznam szczerze, że nie wiem jak to się stało. Ideę powieści miałam w głowie zarysowaną, ale pomysł wystąpienia w niej czternastu świętych wspomożycieli nie był wcześniej zamierzony. Urodził się w trakcie pisania. Być może przy okazji zbierania materiałów natknęłam się na historię ich kultu i okazało się, że całkiem niedaleko od Wrocławia znajduje się kościół, który kiedyś był pod ich wezwaniem.

Na pewno nie miało to związku z moim światopoglądem, gdyż jestem agnostyczką, ale z zacięciem kulturoznawczym już tak. W miarę jak drążyłam temat, wciągał mnie coraz bardziej. Dodam również, iż elementy historyczne opisane w książce są zawarte z poszanowaniem faktów i większość z nich nawiązuje do faktycznych wydarzeń, czasami tylko nieco naciągniętych dla dobra fabuły. Uznałam, że temat tych czternastu świętych jest na tyle ciekawy, że warto uczynić ich drugoplanowymi bohaterami powieści. Cieszę się, że będę go mogła przybliżyć szerszej grupie osób. Od razu jednak podkreślam, iż nie każdemu się to może spodobać, gdyż książka zawiera elementy antyklerykalne, choć mam nadzieję, że nie obrazoburcze.

Można zaryzykować stwierdzenie, że prym w Na wieki wieków, Pani Amen wiodą równorzędnie magia, nadzieja i fatum, które Pani ze sobą łączy i… oswaja. Czy Pani zdaniem właśnie owo oswojenie i akceptacja tego, co los przyniesie, stanowią klucz do bycia szczęśliwym?

Na pewno trudno, a nawet bez sensu jest walczyć z czymś, na co się nie ma wpływu, a los nas niejednokrotnie z takimi sytuacjami konfrontuje. Nadzieja sama w sobie jest magią, bo marzenia są przecież przeczuciem naszych możliwości. Zresztą magia jest w każdym z nas, kwestia tylko, czy umiemy ją w sobie dostrzec. Uda nam się jeśli będziemy robić to, co kochamy, być blisko ludzi, z którymi się rozumiemy i gdy odważymy się zrezygnować z tego, co nam nie służy, co nas osłabia, z towarzystwa osób, które zjadają naszą energię.

Nie zalecam jednak bezwarunkowego poddania się fatum, bo możemy się głęboko rozczarować. Po swoje marzenia trzeba umieć sięgnąć, choć to wymaga odwagi. A my tak często bywamy hipokrytami, bo narzekamy na to, że czegoś nam brak, a nie umiemy zaryzykować i wyciągnąć ręki po coś, co jest w naszym zasięgu. Tkwimy w bezpiecznym niespełnieniu, bo boimy się stracić tego, co mamy, w czym nauczyliśmy się całkiem nieźle funkcjonować, za to, panicznie wręcz, boimy się tego, czego nie znamy. Dodam też, że niestety nie znam przepisu na bycie szczęśliwym, ale jeśli taki gdzieś jest, to chętnie go poznam.

Popuśćmy wodze fantazji i załóżmy, że cudownym zrządzeniem owego losu, ma Pani szansę spotkać się i porozmawiać popijając kawę i zajadając ptysia w towarzystwie jednego z bohaterów najnowszej powieści. Kto dostąpiłby tego zaszczytu i dlaczego?

Zdecydowanie Gaja, czy inaczej Łysa, gdyż jest najmniej oczywistą postacią. Mnie samą, choć ją stworzyłam, a w zasadzie tworzę cały czas, nieco przerasta. Niejednokrotnie jej zachowanie wymykało mi się spod kontroli i to ona sama się pisała. Nie wiem kim jest Gaja, mogę jedynie spekulować, ale i tak nie zdradzę do jakich wniosków doszłam. Może w Gai zawierają się wszystkie inne postaci, może w niej właśnie jest sens Wszystkiego przy jednoczesnym jego braku…

Jaki jest Pani stosunek do pisania na cztery ręce, bądź też do ekranizacji? Czy gdyby zaproponowano którąś z tych możliwości, zgodziłaby się Pani ją przyjąć?

Nie wiem, na pewno staram się mieć otwarty umysł i z założenia nie wykluczam żadnych scenariuszy. Trochę trudno jest mi sobie wyobrazić pisanie na cztery ręce, ale na pewno kluczowym elementem, który miałby wpływ na decyzję, byłby ten, do kogo należałyby pozostałe dwie.

Co do ekranizacji to z pewnością byłaby to szansa na zaistnienie w świadomości dużej grupy odbiorców, a takiej trudno by się było oprzeć.

Dla wielu autorów prace redakcyjno – korektorskie są zmorą, bo nierzadko wymagają wcielenia w czyn sztuki kompromisu. Jak Pani wspomina okres poddania Amenki twórczej obróbce?

O dziwo dobrze, gdyż całkiem nieźle znoszę krytykę i umiem słuchać. Dla mnie najważniejsze jest to, aby książka była jak najlepiej napisana i dobrze się czytała. Trudno mieć dystans do tego, co się napisało i niejednokrotnie nie widzi się własnych błędów i trzeźwe spojrzenie osoby z zewnątrz, która w dodatku ma w tym zakresie doświadczenie, jest niezwykle cenne. W momentach, w których mam pewność, iż nie chcę zmian, twardo stawiam na swoim, starając się to jak najlepiej uzasadnić, i jak dotychczas nie spotkałam się z oporem. Sama siebie czasami zaskakuję jak bardzo potrafię być kompromisowa. Zakładam jednak, że to nie potyczka, a gra do tej samej bramki.

Wiem, że pracuje już Pani jak mróweczka nad nowymi projektami. Czy mogłaby Pani uchylić rąbka tajemnicy, zdradzając sekrety skrywane na komputerowym dysku?

Może zacznę od tego, że mam w zasadzie gotowe dwa nowe tomiki, każdy po około 120 wierszy: żółć oraz nie ma mnie. Ponieważ jednak przedmiotową powieść traktowałam priorytetowo, to wydanie ich musi poczekać. Myślę jednak, że nadchodzi właściwy moment, aby wydać choć jeden z nich, gdyż poezję traktuję równoważnie z prozą i nie chcę żadnej z nich zaniedbywać.

Jednocześnie piszę kolejną powieść zatytułowaną Bagno, którego akcja dzieje się w okolicach Nowogródka, na Litwie w pierwszej połowie XVII wieku. Dodam tylko, że ówczesna wieś, wielokulturowe miasto, okoliczne bagniska i magia, która kumulowała się wokół domków wiejskich babek, szeptuch, znachorów, domów żydowskich kabalistów bądź kozackich wróżbitów będą tam pachniały ziołami, świeżo pieczonym chlebem i krwią.

Czego mogłabym Pani życzyć?

Zawsze powtarzam, że zdrowia i miłości, bo o resztę postaram się zadbać sama.

Zatem właśnie tego życzę najgoręcej.

W ostatnim słowie do Czytelników chciałabym powiedzieć jeszcze…

Dziękuję moim czytelnikom za to, że są moimi czytelnikami, że mnie wspierają, znają cytaty z książki, moje wiersze, a często nawet ich tytuły, czym ja się akurat pochwalić nie mogę. Dziękuję, bo dzięki nim mogę tworzyć historie, kreować inne światy i bujać w obłokach. Wprawdzie robiłam to, odkąd pamiętam, ale teraz mogę to robić bezkarnie. W zasadzie sama czasami się czuję jak postać fikcyjna, ale to chyba jednak byłoby zbyt piękne…

Dziękuję za przemiłą rozmowę i poświęcony czas.

Herold nacjonalistycznego paroksyzmu

O tym, o czym będzie poniżej, mógłbym powiedzieć – nie mój cyrk, nie moje małpy. Daleki, nawet bardzo daleki mi ideowo jest mi pisarz, o którym będzie mowa, ale w ocenie zjawisk artystycznych poglądy i sympatie powinny zejść na bok, zwłaszcza, gdy twórca niedawno, w lipcu, ukończył 85 lat, a jego zasługi dla literatury polskiej są niewątpliwe, nawet jeśli jego postawa polityczna na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zasługuje, z lewicowego punktu widzenia, na surową krytykę.

Napisać, że cztery opowieści Jarosława Marka Rymkiewicza, „Wieszanie”, „Kinderszenen”, „Samuel Zborowski” i „Rejtan. Upadek Polski” zelektryzowały opinię czytelniczą, to nic nie powiedzieć. Rymkiewicz, nie będąc epikiem w sensie gatunkowym, spowodował swoimi esejami iście epicki rezonans. Nie będąc epikiem, wniósł do polskiej literatury składnik dawno w niej nie spotykany – epickość emocjonalno-duchową. Nie jest tak, że wyrafinowany poeta, esteta, translator Calderona de la Barca, („Życie jest snem”, „Książę niezłomny”) i autor znakomitych, ale spokojnych esejów książkowych o Mickiewiczu (m.in. „Żmut”, „Baket”), o Słowackim („Juliusz Słowacki pyta o godzinę”), o Fredrze („Hrabia Fredro jest w złym humorze”), czy encyklopedii Leśmiana, przeobraził się w Lucyfera polskości, Szatana rozszalałej prawicowej polityczności nagle, ni stąd, ni zowąd. Ten demon rozwijał się w ciele zacnego eseisty, estety, spokojnego profesora w IBL przez lata, niczym „Obcy” w ciele ludzkim, w głośnym thrillerze science fiction Ridleya Scotta. „On tego smoka dawno już w sercu nosił” – chciałoby się przywołać z sienkiewiczowskiego „Potopu” okrzyk Zagłoby przeciw Radziwiłłowi podczas kiejdańskiej uczty. „Rozmowy polskie latem 1983 roku”, „Umschlagplatz” oraz „Wielki Książę, z dodaniem rozważań o istocie i przymiotach ducha polskiego”, a także niektóre wypowiedzi prasowe zwiastujące erupcję rymkiewiczowego Wezuwiusza – dziś to widać wyraźnie – były sejsmograficznymi objawami zbliżającego się wybuchu. Polskie namiętności rymkiewiczowe już w nich buzowały, dynamit buntu się kumulował, lont palił. Jeszcze, jeszcze zdążył Rymkiewicz otrzymać nagrodę literacką „Nike” od znanej Firmy za „Zachód słońca w Milanówku” jako cywilizowany i kulturalny poeta, ale już niebawem okazało się, że ów laur był niczym laur Hiszpanów z Grenady dla Almanzora, wręczony mu przed pocałowaniem. Najpierw wybuchło „Wieszanie”, namiętny esej o Insurekcji Kościuszkowskiej, w którym pisarz postawił tezę, że powieszenie króla Stanisława Augusta za zdradę narodu, z ostatnią, targowicką włącznie, byłoby chrztem politycznym Polaków, ich aktem wybicia się na dojrzały politycznie, nowoczesny naród, wyjściem ze stanu krępującej „niewinności”, która od stuleci jest naszym przekleństwem. Ponieważ insurgenci, jak wiadomo, króla Stasia nie powiesili (nad czym Rymkiewicz gorzko ubolewa na każdej stronie), sprawił sobie i czytelnikom historyczną, kompensacyjną fantasmagorię, w której król powieszony zostaje, a ksiądz-jakobin, „polski Robespierre” – Hugo Kołłątaj przygląda się temu z balkonu („Jam to nie chwalący się sprawił…”). Niedługo po „Wieszaniu” ukazała się druga część tej trylogii, esej równie mocny, wybuchowy, a może i mocniejszy jeszcze od poprzedniego, bo dotyczył bliższej znacznie przeszłości, a to mianowicie Powstania Warszawskiego, czyli „Kinderszenen”. Tu z kolei postawił autor tezę, że powstanie owo, a ściślej biorąc krwawa hekatomba powstańców i ludności cywilnej była dobra i potrzebna samym Polakom jako akt założycielski niezbędny do podtrzymywania fundamentów polskości. I że nie tylko wszelkie realistyczne wyrzekania na absurd decyzji o wznieceniu powstania, ale nawet zwyczajowe opłakiwanie ofiar i wychwalanie „bohaterstwa powstańców i ludności stolicy” nie mają tu nic do rzeczy. Polacy muszą raz na pół wieku dać się wyrżnąć, aby ocaleć jako Polacy właśnie, a kto nie chce, to pies go j…. Bo Polska jest potrzebna tylko Polakom – taki był przekaz Rymkiewicza. Wreszcie, jako trzecia część tej krwawej trylogii, ukazał się „Samuel Zborowski”, w którym Rymkiewicz dokonał radykalnego odrzucenia obowiązującej przez stulecia wykładni egzekucji dokonanej – nie własnoręcznie rzecz jasna – na Samuelu Zborowskim przez króla Stefana Batorego i jego prawą rękę, kanclerza Jana Zamoyskiego. Zgodnie z ową tradycyjną wykładnią, Zborowski był magnackim warchołem, który zapłacił głową za antypaństwowe warcholstwo i samowolę. W wykładni tej implicite zawarta była supozycja, że gdyby odtąd w podobny sposób postępowano z innymi warchołami, Rzeczpospolita by nie upadła, bo upadła jak wiadomo nierządem stojąc. Tymczasem Rymkiewicz zobaczył Samuela jako Króla Ducha, Zakładnika i Uosobienie jedynej w swoim rodzaju polskiej wolności, a nie tylko zwyklej, banalnej formy sprzeciwu przeciw opresji władzy. Pokazał Zborowskiego jako wzorzec z Sevres polskiego modelu wolności w ogóle.
Opowieści te, zwłaszcza dwie pierwsze, wywołały burzliwą dyskusję. W stopniu dominującym na szeroko rozumianej prawicy. Ze strony lewicy pojawiały się głównie pomruki i epitety w rodzaju „poeta-wieszatiel”. Obszerniejsze głosy po lewej stronie, w tym wyżej podpisanego, wychodziły punktu widzenia tradycyjnego ujęcia w duchu Realpolitik i niechęci do wszelakiej, szaleńczej, obłędnej i zgubnej tromtadracji narodowej. Atoli wszyscy byli zgodni, niektórzy z pewnym ociąganiem co prawda, że literatura jest to znakomita i nawet nie zgadzając się namiętnie z Rymkiewiczem nie sposób oderwać się od lektury. Że można na jego tezy pomstować i wierzgać, a jednocześnie, jako czytelnik, nurzać się w urokach rymkiewiczowskiego stylu jak kot w walerianie. Można je ponadto traktować poważnie, serio, jak część publicystów, ale można też uznać za „prowokację intelektualną, jako odpowiedź na ducha współczesności”. W książce, o której teraz będzie mowa, Marzena Woźniak-Łabieniec napisała: „Posługiwanie się przez Rymkiewicza od wielu lat prowokacją, jest odpowiedzią na ducha współczesności. (…) Autor ma świadomość, że żyjemy w czasach, kiedy tylko przekaz wyrażony za pomocą ekspresywnych środków wyrazu, wywołujący silne emocje, czasem szokujący, zostaje w ogóle zauważony i ma szanse pobudzić do myślenia (…)”. Jest Rymkiewicz jedynie dobrotliwym starszym panem, który muchy by nie skrzywdził i tylko bawi się w hallowyn lub opowiada wnukom bajki braci Grimm, czy czy żądnym krwi potworem? Bliżej jestem pierwszej supozycji, ale nie ma to aż tak bardzo istotnego znaczenia, liczy się bowiem fakt ogromnego rezonansu jego książek. Nie można przecież wszakże zapomnieć, że byliśmy niedawno świadkami procesu, jaki Rymkiewiczowi wytoczył redaktor tej samej gazety, która nagrodziła go kiedyś „Nike”. Cóż, tempora mutantur…
Ukazał się też, pod tytułem „Spór o Rymkiewicza, a redakcją Tomasza Rowińskiego (również autora szkicu „Polska jako potwór doktora Frankensteina. Uwagi o myśli politycznej Jarosława Marka Rymkiewicza”), blisko pół tysiąca stron tekstów poświęconych trylogii Rymkiewicza i – poza jednym pierwodrukiem – opublikowanych na łamach szeregu tytułów prawicowej prasy codziennej i periodycznej, od „Rzeczpospolitej” i „Dziennika” po „Arcana” i Frondę” Są teksty zdecydowanych stronników Rymkiewicza, jak Piotr Semka, Zdzisław Krasnodębski czy Marek Cichocki, jego krytyków jak Agata Bielik Robson czy Cezary Michalski, są teksty ambiwalentne w stosunku do wymowy jego prozy, jak szkice Grzegorza Górnego, Jarosława Klejnockiego czy Jacka Trznadla, analityczne, jak Jadwigi Staniszkis czy literackie fantazje w rodzaju fantasmagorii o „wieszaniu 1989” Szczepana Twardocha. Pojawiają się nawet politycy, Jan Rokita i Ludwik Dorn w rozmowach z Cezarym Michalskim. To tylko część nazwisk, ale już samo zestawienie prowokuje do uwagi krytycznej. Są to bowiem nazwiska (łącznie z ówczesnym Cezarym Michalskim) z kręgu szeroko rozumianej prawicy, katolickiej, konserwatywnej, liberalno-konserwatywnej. Jest też co prawda daleki od prawicy Jarosław Klejnocki i autorka obiektywizujących szkiców Dorota Wojda, ale nie ma głosów z jednoznacznej lewicy, z prasy lewicowej, a takich ukazało się sporo Czyni to ten skądinąd frapujący zbiór zanadto endogennym treściowo, wsobnym, tak jakby redaktor zbioru zlekceważył tę stronę opinii lub nie chciał oddać jej ani piędzi pola sporu, wykluczając ją (nomen omen?) poza nawias opinii polskiej. To wada tej publikacji, bo zawęża realną perspektywę opinii i czyni obraz niepełnym, a przez to cokolwiek zniekształconym. Nie zmienia to faktu, że „Spór o Rymkiewicza” czyta się z zaciekawieniem. Także dlatego, że nie mówiąc o trylogii Rymkiewicza, mówi on jednocześnie o wielu węzłowych zagadnieniach historii Polski.
Kilkanaście lat temu JMR przyjął rolę krzewiciela i herolda polskiego paroksyzmu nacjonalistycznego. Rządy nacjonalistycznej prawicy PiS zaspokoiły jego marzenia chyba z naddatkiem. Prezes PiS, adresat jego wiersza-inwokacji napisanego tuż po katastrofie smoleńskiej, nie zawiódł chyba jego oczekiwań. Takiej inflacji „polskości”, takiego jej dokuczliwego i o mdłości przyprawiającego nadmiaru, jakiego nie mógłbym wyśnić nawet w najbardziej koszmarnych snach, nie było chyba jeszcze w historii, więc ceniony przeze mnie pisarz, choć bardzo nielubiany ideolog, powinien być zadowolony. Należę do tych, bardzo licznych, którzy marzą o przynoszącym ulgę końcu tego okropnego spektaklu.

Ukryty w języku, schowany w Wilanowie

O poezji Sławomira Różyca.

Ze Sławomirem Różycem zetknąłem się po raz pierwszy w latach 90., kiedy pisałem recenzję z jego zbioru wierszy Goya i inne żelazne kawałki (1993). Zafascynował mnie wtedy utwór Zaśpiewaj mi pieśń, przyjacielu, który do dzisiaj niekiedy pobrzmiewa w mych uszach. Napisałem wtedy: „Kręcę się wokół prawdy jak pies wściekły, nogawek spodni Różyca uchwycić nie mogę. Albo geniusz, albo nawiedzony. W każdym razie sieje szaleństwo. I ja, na dybuka, mam to zbierać!?”.
Dziś, gdy ponad ćwierć wieku za nami, nauczyłem się wreszcie jako tako obchodzić z prawdami Różycowego poezjowania. A jest ono niepowszednie, szczególnie od 2009 roku, kiedy to autor zadomowił się na Facebooku i zza węgła mainstreamu strzela w internet swymi wierszami. Bo Różyc to samotny poeta-partyzant, który z wielką swobodą zagłębia się w wirtualnym lesie metafor. To jeden z ostatnich, co nie złożył pióra, gdy po transformacji ustrojowej ogłoszono w literaturze amnestię i każde skrobnięcie pazurem zaczęto uznawać za wielkie dzieło sztuki. On nadal walczy z poezją o poezję.
Pod względem wydawniczym mamy do czynienia z twórcą skromnym i raczej skąpym: nie narzuca się światu papierowymi książkami. Poza już wspomnianą pozycją wydał jedynie tom Kosiarz traw (2013). Ukrywa również skrzętnie swój życiorys, podobnie „[j]ak wielu innych opozycjonistów, wstydząc się obecnej rzeczywistości po zmianie systemu społecznego w 1989 r.”, co można przeczytać na jego stronie internetowej. Za dość pewne uznać należy, że urodził się w 1953 roku, że debiutował pod pseudonimem Andrzej Sołomeracki w dysydenckiej antologii Wstanie i że publikował m.in. w „Kulturze” (poemat Sara, oratorium o potrzebie ocalenia Getta), „Tygodniku Kulturalnym”, „Dos Jidisze Wort” i na łamach portalu „Polska Canada”. Uznawany jest niekiedy za „najmłodszego poetę Nowej Fali” i „poetę z bardziej słonecznej strony”. Lubi miasto stołeczne i morze. Mieszka podobno w lewobrzeżnej części Warszawy, najprawdopodobniej w Wilanowie, gdyż nazwa tej dzielnicy umieszczana jest często pod jego wierszami. Na swojej facebookowej stronie podaje, że pracuje u Mr Moona jako a poet of love poetry i że ukończył University of K-PAX, co należy uznać za aluzję do pięciotomowego cyklu powieści Gene Brewera o procie, pacjencie Instytutu Psychiatrii uważającym się za przybysza z innej planety.
I taka też jest poezja Sławomira Różyca: polskojęzyczna, ale nie z tej Ziemi. Autor nie ułatwia bowiem życia swoim czytelnikom: za pomocą zawiłych i jednocześnie skrupulatnych zestawień słów tworzy karkołomne obrazy, które dopiero po kilkakrotnym oglądaniu/czytaniu okazują się być nie tyle abstrakcją, ile poetyckim impresjonizmem. I na tym właśnie polega urodziwość językowa tych utworów: na graniu pobłyskiem wody, promieniami słońca i tonami pośrednimi, na zaskakujących przewrotkach i ustawicznym wadzeniu się z cywilizacją i historią, najczęściej rodzimą.
Wspomnieć również należy, że charakterystycznym zabiegiem stosowanym przez autora Projektu ustawy o śnie jest kodowanie wierszy, co powoduje, że czytelnik, zazwyczaj pozbawiony podręcznej maszyny deszyfrującej, ma do wyboru: albo poddać się całkowicie upojeniu poetyckiemu i zachłysnąć słowem czytanym, albo rozłożyć bezradnie ręce. I jest to kolejny dowód na to, że Sławomir Różyc należy do wieszczów całą gębą: w pełni zawierza swojej wrażliwości demiurgicznej, a także tworzonym przez siebie przenośniom i symbolom. Wprawdzie bliska jest mu proza życia, jednakże stroni całkowicie od prozaiczności wersów. To, co zapisuje, pozostaje jednostkowe i niepowtarzalne. I zgodne ze starą książką kucharską dla adeptów sztuki poetyckiej: wystarczy, aby dziesięć procent wiersza było zrozumiałe, reszta może pozostawać jedną wielką meta(giga)forą. Poezja polskojęzyczna ma charakter stadny, twórcy zazwyczaj usilnie starają się powtórzyć to, co zostało już dawno powiedziane przez kogoś innego; oryginalność myśli i metafory nie jest mile widziana. W tej mierze Różyc postępuje zgoła odmiennie: stoi z boku – by nie powiedzieć, że w kącie – i pisze bez żadnych wzorców, narażając się tym samym na wykluczenie z wierszokleckiej społeczności.
Paleta zainteresowań i możliwości poety z Wilanowa jest szeroka. Potrafi on napisać oratorium Holocaust. Getto 1943), poemat Powstanie Warszawskie 1944, zająć się królem Ludwikiem XVI (Szkice krytyczne. Obywatel Ludwik XVI Kapet), jak również sprawami współczesnymi (Metropolis, Tory na Bemowo) czy warszawskim metrem, co zaowocowało zaskakującym dziesięciowierszowcem I koniec świata w metrze.
Jednocześnie nie stroni od czystej liryki bezzadaniowej, czego przykładem mogą być wiersze Dobranoc Cyrano, Pieśń srebrnej struny, A byłeś Ty kiedyś czy Darowizna. Zdarza się, że jego liryki płyną i rozwijają się niczym swobodne krajobrazy, jak dzieje się to na przykład w Jesiennej katedrze czy w Jastrzębiu, który okazuje się być lakonicznym traktatem o męskości i przemijaniu. Zdarza się jednak również, że nagle poeta wyciąga tasak i zaczyna rapować, co szczególnie widoczne jest w trzeciej zwrotce Carskiego sioła.
Sławomir Różyc to jeden z najbardziej oryginalnych twórców polskojęzycznej części Europy. Niełatwy, nieprzystawalny poeta, pozostający w ukryciu gdzieś w Wilanowie. Należy życzyć sobie, żeby wreszcie ukazała się jego kolejna książka.

Sławomir Różyc – wiersze

Pieśń srebrnej struny
jeśli chcesz być synem północnego wiatru
nie pytaj o srebrną strunę w porcie
powie ci na wpół oślepły sternik

jeśli zna twoje imię wiatr
ciepło tej kobiety pod paleniskiem
nie przepasze cię warkoczem w biodrach

chciwy jak drzewo jest człowiek
zagarnia korzeniami ziemię

nie zna początków fali
nie widzi mądrości ławic
jej grzbietów w jedno
nawleczonych srebrną nitką

jedność rośnie w oczach starych kobiet
w trzepocie czarnych chustek
kiedy wychodzą na brzeg
nazwać imieniem córki sztorm

na niebie wtedy dość atramentu
ten co napina srebrną strunę kreśli

nie zna swojego końca fala
i nie zna początku

jeśli o twoją strunę trąci śmierć

ona
też nie ma czystego dźwięku

1 lipca 2010. Wilanów.

A byłeś Ty kiedyś


A byłeś Ty kiedyś w ciasnej garderobie
jakim na dorobku czy aktorom starym
która niczym falą zakrywane łodzie
z dala jej od fleszy w głębiach korytarzy

I jakby nie spojrzeć świat nas dźwiękiem mierzy
on w złudę poniesie bawi czasem trapi
aż się zaprzyjaźniasz w spojrzeniu odniesień
tak długo mierzonym by utrafić w siebie

Z gasnącym aktorem zasiąść w garderobie
tysiąc rozświetlanej ironią Szekspira
a ileż twarzy w lustrze utopionych
ust szminkowanych mocno coraz wolniej

Kiedyż zrozumiemy że do garderoby
zmierzamy powoli co krok jedno słowo
milknie już nie wraca nie złoży sylaby
świt nas zrówna dżdżysty ciszą ludzi starych

brzaskiem wrony dziobem łamią nas blaszanym
w skupieniu dzieląc ostatnim opłatkiem

Wkrótce


Wiesz, mój pan profesor rzekł mi, Jasienica
taki wierny człowiek, a stracony talent
gdybyś żył ze słowa, nie stawaj przed tłumem
tłum trwa ledwie chwilę, a winne są twarze

Miał też okulary w rogowej oprawie, pęknięte
sklejone, jak on wierzył w skromność

Podaj mi Kapitał, przepytam cię wkrótce
co raz szarpnie bólem, powróci w dzwoneczkach

Wkrótce prułem niebo, znasz gruzińskie wino
kiedy tłum gęstnieje czepia się sztandarów
dalej szepcze do mnie w tym rogu z nad szafy
Jaką ci godność milczenie ocali ? Popijamy cicho.

10 lipca 2020. Wilanów.

Stworzyłam taki pomost

Anglia zamroziła moją sztukę na ładnych parę lat. Absurd: ojczyzna tylu pisarzy wykastrowała mnie na wiele lat z pisania. Mnie – jako emigrantkę, czyli osobę drugiej albo nawet trzeciej kategorii – z poetką, pisarką i fotografką Izą Smolarek rozmawia Piotr Jastrzębski.

Mieszkasz w Londynie, już dosyć długo, bo od 13 lat. Jak się tam odnajdujesz. Jak się odnajdujesz jako pisarka, poetka?
Podróżowanie, a właściwie brak domu jest (stety lub nie – ) częścią mojego życia. Bardzo często zmieniałam języki, lektury, kuchnię, stroje, krajobrazy za swoim oknem. Czasami nawet myślę, że działo się to zbyt często. I zbyt chaotycznie. Ale kiedy tylko zaczyna mi się tak wydawać, kiedy zaczynam przeklinać życie w wiecznej podróży – przypominam sobie stany unieruchomienia, stagnacji, inercji, udupienia. Siedziałam wtedy, nastolatka, na parapecie drugiego piętra w mieszkaniu moich rodziców i patrzyłam na sznur aut sunących po dalekiej szosie. Bardzo wtedy chciałam być w ruchu. Bardzo chciałam fruwać, przemieszczać się, poznawać nowe obszary, ale przede wszystkim – ludzi. Po raz pierwszy, na długo i poważnie, wyjechałam do Holandii. To było w 2005 roku. Ciągnęłam wtedy za sobą walizkę wierszy, artykułów oraz pomysł na prozę. Holandia przywitała mnie niespodziewanie miło, podrażniła moje pisarskie ego. Zaskoczyła tym, że pisarza, poetę – darzy się tam wielką estymą. Tak, jak u nas, w Polsce, prawnika lub lekarza. W Holandii artystę szanuje się i podziwia za jego pracę. Właśnie: pracę! Niderlandczycy uważają, że pisarz pracuje na pełnym etacie i należy mu za to odpowiednio zapłacić. Moja twórczość została bardzo ciepło przyjęta przez Holendrów, tamtejszą Polonię oraz placówki dyplomatyczne. W Holandii stworzyłam dwie książki z wierszami oraz powieść kryminalną.
Anglia oraz charakterystyczna dla niej mgła – przywitały mnie dość chłodno. Kiedy wysiadałam z samolotu na lotnisku w Luton, pod koniec października 2007, miałam głowę pełną planów i pomysłów. Szybko okazało się, że jestem tylko marzycielem. Polonia w Anglii dzieli się na Solidarnościową oraz ekonomiczną. Jedni pogardzają drugimi, topiąc siebie w łyżkach brudnej wody. Jeśli potraficie wyobrazić sobie skłóconą rodzinę z małego miasteczka, która walczy o spadek po prababce, używając do tego narzędzi Cosa Nostry, to wiedzcie – Polonia w Anglii wygląda jeszcze gorzej. To był dla mnie szok. Pośród Polonii nie promuje się tego, co jest dobre, tylko tego, który jest częścią klanu.
Teraz staram się uchwycić to w swoich wierszach. Cieszę się przy tym, że zaczynam wracać do pisania, ponieważ Anglia zamroziła moją sztukę na ładnych parę lat. Absurd: ojczyzna tylu pisarzy wykastrowała mnie na wiele lat z pisania. Mnie – jako emigrantkę, czyli osobę drugiej albo nawet trzeciej kategorii.
Robisz zdjęcia, widziałem Twoje prace, bardziej mnie fascynuje jak się do tego przygotowujesz, bo same obrazy czytelnicy mają okazję zobaczyć. Ale zwróciłem uwagę jak podchodzisz, jak się skradasz, chodzi o to, żeby coś uchwycić, nie stracić wizji?
Zdaję sobie sprawę, że nigdy (lub prawie nigdy) nie osiągnę tej biegłości językowej, którą mają tuziemcy w Anglii. Język jest bardzo żywy, plastyczny, kontekstowy. Odnosi się do kultury, przeszłości, sięga do filmów, powiedzonek, wydarzeń. Staram się być na bieżąco, ale i tak widzę, że nie odrobię lekcji z przeszłości, ponieważ w niej nie uczestniczyłam. Dlatego spróbowałam innej formy komunikacji z Anglikami. Stały się nią robione przeze mnie fotografie. Zauważyłam, że dzięki nim jestem czasami w stanie opowiedzieć więcej niż słowami. Zaczęłam wykorzystywać to jako formę komunikacji. Stworzyłam taki pomost. I widzę, że to działa. Mam dobry feedback. Poza tym widzę świat w skali makro, a tego już nic nie zmieni. Stąd moje zdjęcia. Od zawsze, od dzieciaka, bawiłam się kamerą i obiektywem. To był mój filter – przedstawiałam świat takim, jakim go widzę. Nawet z punktu gwoździa, nogi mrówki czy gąbeczki do mikrofonu. Nie podchodzę, nie skradam się, nie układam. Kocham ludzi, kocham zadawać się z ludźmi – jakkolwiek to zabrzmi. Kocham zadawać się ze sprzętami.
Jesteś też graficzką, stypendystką Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, czy wiąże się to z promocją kraju, czy zamierzasz jak Joseph Conrad (Jerzy Korzeniowski) przejść całkiem na angielski i w języku Szekspira realizować się literacko?
Język polski jest dla mnie najważniejszym z języków. Czuję w nim i nie wyobrażam sobie, żebym mogła – emocjonalnie – przestawić się na inny. To język bajek czytanych mi na dobranoc i bajek czytanych mi na dzień dobry. Próbuję pisać w języku angielskim – wiem, że to pozwoliłoby mi dotrzeć do wielu odbiorców – ale wciąż jest mi bardzo trudno zmienić swój sposób frazowania. Mam wrażenie, że kiedy tworzę w innym języku niż polski, wychodzi ze mnie zupełnie inna osobowość. Nie jest mi z tym swojsko. Czy planuję jakąś karierę na Wyspach? Przekornie powiem: nie i nie. Tu, literacko, nie jest w stanie spotkać mnie nic więcej. Być może kiedyś zmienię zdanie oraz kurs, po którym się poruszam, być może dojrzeję do tego, żeby biegać po anglojęzycznych wydawnictwach w poszukiwaniu najkorzystniejszej oferty. Na razie, od czasu do czasu, publikuję w amerykańskim magazynie FM. W tym roku wybór moich wierszy ma ukazać się również we Włoszech. Ale to już ciężka praca tłumaczy, żeby jak najwierniej oddać Czytelnikom moje teksty. Tłumacz właściwie pisze wiersz na nowo, wkłada w to część swojej osobowości. Stypendium Ministra Kultury pozwoliło mi stworzyć kolejną książkę z wierszami; w ramach tego projektu prowadziłam też warsztaty literackie; skupiłam się wtedy na mniejszych miasteczkach, do których kultura nie docierała tak szerokim strumieniem jak do aglomeracji. Wszystko to działo się w Polsce, jeszcze przed moimi przenosinami na Wyspy. Wtedy utrzymywałam się wyłącznie z literatury – sprzedanych książek, zrealizowanych projektów, nagród w konkursach literackich, spotkań autorskich… To był stresujący, ale bardzo zwariowany czas. Trochę mi tego obecnie brakuje.
Pamiętam jak się poznaliśmy, byłem wtedy w Anglii i opisywałem życie imigranta zarobkowego. Gdy straciłem pracę, napisałaś do mnie, czy redakcja mnie jakoś asekuruje. Przejrzałem Twój profil i prawdę mówiąc zaimponowało mi to co przeczytałem. Poza wszystkim co już wymieniłem, napisałaś kryminał, często występujesz na scenie recytując poezję – w jaki sposób znajdujesz na wszystko czas?
Tak, to prawda, ciągnę wiele srok za wszystkie ogony. Zawsze tak robiłam. Niestety, kiedy przyjechałam do Anglii, bardziej skupiłam się na pracy, nauce języka, przyziemnych rzeczach. Również mentalna ściana, tworzona przez tutejszą Polonię, a o którą obiłam się bardzo mocno i boleśnie, spowodowała, że na dłuższy czas wycofałam się z życia twórczego. Zniechęciłam się i zamknęłam w sobie. Być może nawet próbowałam zignorować tę artystyczną część mnie samej. Moje życie stało się uboższe, ale też spokojniejsze, bardziej uporządkowane. Chyba nawet trochę nudne… Na szczęście artyzmu nie da się wyrzucić z duszy. Nawet zapomniany, zagrzebany – wraca i to z podwójną siłą. Do mnie powrócił dzięki pomocy, zachętom moich przyjaciół – Alexa Sławińskiego (dziennikarza, pisarza, malarza), Tomka Kościkiewicza (poety i radiowca), Darka Zellera (także pisarza, który współszefuje tygodnikowi „Cooltura” na Wyspach). Wspólnie zaczęliśmy się motywować, obmyślać nowe projekty. Część z nich jest na ostatniej prostej do ojrzenia światła dziennego, część ciągle buja w chmurach. Natomiast dzięki radiu i Studiu Londyn, którego szefem jest właśnie Alex, zaczęłam poznawać kolejnych fantastycznych, bardzo kreatywnych ludzi, którzy – jak ja – mają ogień w sobie i ten ogień nie pozwala im spać spokojnie. W tej chwili skupiam się między innymi nad projektem z fantastycznym zespołem Revival, którego poznałam właśnie dzięki radiu. Kasia Baszczyńska, wokalistka Revival, razem z basistą Konradem Wójtowiczem, zdecydowali się stworzyć muzykę do moich wierszy. W najbliższych dniach wchodzimy na próby do ich studia, stworzonego na tyłach angielskiego ogrodu. Być może nawet będzie można usłyszeć mnie w chórkach…
Wszystko to robię na ostatnią chwilę, deadliny gonią mnie niemiłosiernie i stresują. No, ale to część mojej osobowości. Mogę z tym polemizować, przeklinać to, ale niestety – muszę nauczyć się z ym żyć. Piękne jst to, że jeden projekt goni drugi, wynika z niego, a dziedziny, którymi się zajmuję, zmieniają się jak w kalejdoskopie. Nie potrafiłabym skupić się na jednej tylko rzeczy; na przykład zająć się wyłącznie poezją albo fotografią. Być może osiągnęłabym wtedy o wiele więcej, gdybym włożyła w to konsekwencję i systematyczność, ale o ile moje życie byłoby nudniejsze!
O ile tematem Twoich wierszy są głównie namiętne, chciałem powiedzieć miłosne, ale odrzucasz uczucie. To jakiś rodzaj masochizmu. Z jednej strony tęsknota, pustka, brak bliskości, czasami wyczuwalne osobiste „no future”. A mimo to negujesz uczucie, które mogłoby być lekarstwem.
Rzeczywiście, większość moich tekstów dotyczy uczuć – mam nadzieję, że to nie jest zbyt monotonne dla Czytelnika. Czy neguję uczucie? Dałeś mi, Piotrze, tym pytaniem do myślenia. Sądzę, że moje teksty są pewnym wycinkiem życia, obrazem, fragmentem. Nie stanowią poukładanej historii, biografii, tylko jej wyimek. Być może łatwiej mi się pisze, kiedy negatywne emocje buzują we mnie, a ja próbuję nadać im pewien kształt, żeby mieć tego wroga przed sobą, a nie za plecami. Być może też masz rację, że odrzucam uczucie, walczę z nim, nie pozwalam siebie dotknąć. Pewnie jeszcze przez dług czas będę myślała na Twoim pytaniem. Na razie nie jestem jeszcze gotowa na taką wiwiseksję. Możemy wrócić do tej kwestii w prfzyszłości, przy okazji kolejnego wywiadu
Jesteś dla siebie surowa. Piszesz w wierszach o swoim akcencie, obnażasz to, co zwykle ludzie skrywają. Czy to sposób na kompleksy? Czy w ogóle znasz, poznałaś empirycznie to uczucie – mam na myśli kompleksy? A jeśli tak, to czy to samobiczowanie jest lekarstwem?
Być może po prostu mam do siebie dystans, którego nabieram z wiekiem. Wiem, że mój akcent jest rozpoznawalny; od wielu lat mieszkam w społeczności angielskiej, konserwatywnej, która niejednokrotnie wytykała mi moje pochodzenie. Nie przyczyniła się do tego także atmosfera przedbrexitowa. Inaczej mają się sprawy w multikulturowym Londynie, gdzie akcenty mieszają się podobnie jak style muzyki czy ubioru. Na prowincji wszystko, co inne, staje się od razu zauważalne, charakterystyczne, obce. Były miesiące, że jak mantrę powtarzano mi, abym pakowała się i wracała do kraju, do siebie. Anglicy nie potrafili zrozumieć, że to moje „siebie” jest właśnie tutaj, w tym kraju, w którym spędziłam już niemal trzynaście lat. Słyszałam, że jestem inna, gorsza, nigdy nie osiągnę tego, co oni, chociażbym nie wiem jak się starała. Na początku płakałam, buntowałam się, walczyłam z takimi opiniami. W końcu nauczyłam się z tego żartować. Teraz już widzę, że dla Anglika z moich terenów nawet Walijczyk, Szkot, czy Irlandczyk są obcy, wrodzy. A z mojego akcentu staram się zrobić atut.
Twój kryminał został zauważony i doceniony. Dostałaś za niego nagrodę. Prawdę mówiąc dosyć intrygującą: Just to be calm and down. Powiedz coś o tym więcej.
To był absolutnie szalony pomysł. Mieszkałam wtedy w Holandii i próbowałam oswoić tamtejszą rzeczywistość, ale też przerobić w sobie obrazy, które przywiozłam z Polski. Często perspektywa pomaga ułożyć nam pewne sprawy, zrozumieć je, nazwać. Znalazłam wtedy ogłoszenie o konkursie na współczesną polską powieść kryminalną. A ponieważ mentalnie miałam ochotę zamordować kilka osób, które wypełniały moją przeszłość, naturalną sprawą stało się dla mnie umieszczenie ich w mojej powieści. Kryminał pisałam wspólnie z Tomkiem Klareckim, z którym tez wówczas mieszkałam, a ponieważ oboje mamy dość wybuchowe charaktery – zbrodnia stała się częścią naszego życia. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na stworzenie tej książki, ponieważ goniły nas terminy; wszystko robiliśmy właściwie na ostatnią chwilę (jak zwykle, jak zwykle!). Dwa tygodnie przed dedlajnem pisaliśmy właściwie na okrągło, z niewielkimi przerwami na sen. Kiedy jedno z nas wędrowało do łóżka,drugie zasiadało przed laptopem. Dzień zlewał się nam z nocą, byliśmy jak w gorączce. Pracę wysyłaliśmy też dosłownie na ostatnią chwilę, dziesięć minut przed zamknięciem – jedynego w okolicy – urzędu pocztowego. Nie dawaliśmy sobie wiele szans na wygraną, ponieważ widzieliśmy, o ile więcej moglibyśmy zrobić, gdybyśmy mieli więcej czasu. Wysłaliśmy więc naszą książkę kryminalną, a potem zapomnieliśmy o sprawie. O nagrodzie dowiedziałam się zupełnie przypadkowo, od mojego znajomego z Polski, który po prostu pewnego dnia pogratulował mi sukcesu. Publikacja tego kryminału otworzyła mi zupełnie nowe drzwi, nowe perspektywy. Natomiast konieczność promocji książki – zmusiła do powrotu do Polski.
Planujesz wydanie kolejnej książki?
Planuję dwa i poł tysiąca spraw, jak wiesz! Zobaczymy co z tego wszystkiego wyniknie. W tej chwili szykuję do druku kolejny tomik wierszy – część z nich będzie wyśpiewana przez zespół Revival. Razem z Alexem pracujemy też nad audiobookiem – antologią poezji emigracyjnej. Moje teksty wejdą również do książki przygotowywanej przez Darka Zellera, natomiast zdjęcia mojego autorstwa znalazły się w książce oraz na okładce anglojęzycznego tomu poezji Bożeny Heleny Nowak-Mazur, który ukazał się w tym roku w Stanach. Chciałabym przysiąść trochę nad prozą, ale – zdaje się – na razie nie mam do tego cierpliwości, za bardzo wszystko we mnie gna. Sporo energi poświęcam radiu i Studiu Londyn, ale też dzięki temu otwierają mi się oczy (i uszy) na coraz to nowe projekty. Nie potrafię i nie lubię stać w miejscu.

NAJDŁUŻSZA NOC
nie ma miłości, linorytu, słonecznej pogody, góry
z dołem, podpatrywanej od dołu. nie ma serca,
miejsca i jasnej po nim dziury. wiem, jesteś
w stanie kupić mi farby i zamalować wartość
kiedy oglądam twoje rodzinne zdjęcia
w kotach, ptakach, złotkach i chlebkach
z numerem domu na czole, z dumą
gratuluję sobie
że nie ma takich farb

DROMADERY

z ust mi to wyjmij i ustaw się na straży
mojego akcentu, kiedy będę mówiła o nas miękko
z twardym es zet, z otwartym ogrodem na zimę
schowam się bez psa, który skamle i dziecka
z ziemią między zębami, kiedy mnie przedstawisz –
nawet nie jestem stąd, ani z Walii, ani z Liverpool
mam obce biodra
i sama nie wiem, gdzie mogę przyłożyć swój język
żeby nie zamarzł albo nie zakwitł nagle ostrokrzewem
w którym boksie mam zasnąć i co przeżuć przed snem
a następnie: jakie obrazy mogę wziąć między palce
rozmazać je na szybie, między złotymi reliefami
ze śliny, z ognia

SKLEP ZE SZNURKAMI
jak mam na imię, jaki mam obrazek z drewna, ze złota
z dyni, utrzymany w klasycznym kwadracie:
on, ona, literatura i ja. dzień dobry państwu,
tu stacja finalna, a ja wciąż trzymam ciebie w ustach
rozplątuję, krztuszę się, kołyszę i milknę
na imię mi przypadek, z drewna, ze złota, skruszony
marmur, zdziczała oliwka, kuzynka ze zgierza
albo innej opolszczyzny. matka ze stali, co cię wyprawia
za morza, za skały, taksówką, do żony. biegnę wtedy
jak pies za szybkim kołem i szczekam, ujadam, nisko, nisko
drżę albo umieram, kiedy pytasz, co dzieje się u mnie.
nic się nie dzieje, ponieważ nie może. nie mam imienia,
nie mam ust, niewiele się klei, nic nie wyraża. spaliśmy wczoraj?
przeciwko piątkom, sobotom, kładę swoje czoło podziwiam

podczas gdy twoja pani kupuje sznurki do rozplątania

Ü
rozdarłeś mnie na papier na kredę i kamień
otwartą dłonią która spadła z lustra wprost
w moje oczy w kilka chwil od niczego
może mój akord był fałszem być może
zgubiłam ścieżkę i cień może przerosły mnie
gamy pasaże pełne usterek być może zabolała
myśl o kobietach które mogłyby zostać
moją biologiczną żoną a szły przeklinając
historię silną jak biodra
być może twoja mama gdzie była wtedy
w pobliżu kiedy kopałeś to zwierzę
dobrze ułożone
w znak zapytania w liść rododendronu
w paprotkę i umlaut

Flaczki Tygodnia

Jaśniepan prezes Jarosław Kaczyński pogroził jaśnie panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jeszcze nie odrąbaniem ręki, która ewentualnie odważy się podnieść się na władzę, ale wykorzystaniem wszystkich „środków, jakie przynależą państwu”.
Czyli pałowanie krnąbrnego, dowalenie grzywny, a nawet internowanie.

Analitycy żywota jaśniepana prezesa Jarosława Kaczyńskiego uważają, że ma on traumę z czasów stanu wojennego. Nie został wtedy internowany, czym poczuł się wielce upokorzony przez generała Jaruzelskiego.
Poczuł się jak hetman koronny zdegradowany do roli ciury obozowego.
Co gorsza nadal nie zapowiada się aby znalazł się ktoś, kto włoży jaśniepanu koronę męczeństwa na głowę.

Jaśniepan prezes cierpi, bo nie ma pewności kiedy odbędą się w Polsce wybory prezydenckie. Nie ma pewności, bo boi się niespodziewanego ataku opozycji, zdrady koalicjantów, głupoty współpracowników, świni podłożonej przez biskupów, zewnętrznej ingerencji. Boi się najmniejszego, ostrego cienia mgły. Dlatego cierpi i węszy. Węszy i cierpi, kiedy nie może wywęszyć.
Tak to u psychodyktatorów bywa.

Oczywiście nie byłoby tego wykreowanego problemu gdyby pani marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek ruszyła się i wyznaczyła termin wyborów. Na 28 czerwca 2020 roku, na co przystają rządzące elity PiS i też liderzy partii opozycyjnych.
Ale żeby pani Marszałek Witek wyznaczyła ten termin wpierw musi ona dostać polecenie od jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.
Ten takiego polecenia nie wydaję, choć grozi publicznie surowymi sankcjami dla hamulcowych wyznaczenia terminu wyborów. Czyli sam sobie.
Ciekawe ilu Jarosławów mieści się obecnie w jednym panie prezesie Jarosławie Kaczyńskim?

W zeszłym tygodniu słyszeliśmy w TVPiS gromkie zapowiedzi wielkiej, systemowej i niezwłocznej rozprawy z pedofilami w IV Rzeczpospolitej.
Zwłaszcza z pedofilami ze środowisk artystycznych, celebryckich, dziennikarskich, ze wszystkich środowisk sprzyjających opozycji demokratycznej.
Pan reżyser Latkowski podał najsłynniejszych pedofilii, jak na talerzu, panu ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze.
I wtedy zastępca pana prokuratora Ziobry, pan minister Michał Wójcik na krzyż się prawie przysięgał, wąsa trzy razy podkręcał, specjalną komisyję obiecał powołać, który szparko wyłapie wszystkich tych złoczyńców i do loszku ich wsadzi.
Na co pan Latkowski przed kamerami TVPiS łzami ze szczęścia się zalał, i do nóg pana Michała upadł, z wdzięcznością kolana mu ściskał, za ten akt sprawiedliwości dziejowej dziękując.

Tydzień już minął. I nic. Panowie celebryci na wolności chodzą i w nos się panu Ziobro śmieją. Pan Krzysztof Zanussi oskarżenia publicznie wyśmiał i do sądów ruszył. Pan Latkowski sakiewkę z TVPiS wziął i pod ziemię się zapadł. A pan Michał Wójcik rycerz sprawiedliwości IV Rzeczpospolitej ?
No, panie Michale! Larum grają. Pedofilie w granicach Rzeczpospolitej stoją, a pan na koń nie siadasz, szabli nie sięgasz?

Oczywiście, ze pan Michał nie sięgnie, bo wszystkie te deklaracje o walce z pedofilami w istocie były kolejnymi aktami uprawianej przez elity PiS pedofilii politycznej. Traktowania polskich wyborców jak polityczne dzieci i ciemny lud. Którym wszystko można obiecać, któremu każdy kit można wcisnąć. I wykorzystać w wyborach.

Elity PiS lubią podkreślać, że tylko oni dotrzymują składanych obietnic. Jako dowód zawsze prezentują wypłaty pieniędzy z programu 500+ trzynaste emerytury. Aktywistki PiS często nazywają te pieniądze „Jarkowym”, co ma sugerować „ciemnemu ludowi”, że to jaśnie pan prezes sięgnął do sakiewki i dał ze swojego.
Pan prezydent Duda na potrzeby wyborów prezydenckich stworzył nową teorię transferów finansowych. Pan prezes, pan prezydent, pan premier dają pomoc społeczną ze swych pieniędzy. A wszelkie podwyżki to jedynie dzieło opozycyjnych samorządów.

Ponieważ elity PiS kradną nasze pieniądze coraz bezczelnie i jednocześnie udają, że żadnego majątku nie posiadają, to opozycja przypomniała postulat żeby elity władzy zaprezentowały publicznie swój pełen majątek. Także ten przepisany na współmałżonków.

Przy okazji tej lustracji wydało się, że elity PiS oszukują nie tylko wyborców. Także swych partnerów w czasie zawierania ślubów, kościelnych zresztą. Ślubują im wierność, a potem rozwodzą się z nimi zapominając o złożonej przysiędze. Także katolickiemu bogu.
Zapewne te kolejne żony i mężowie potrzebni są PiS-owski prezesom, marszałkom Sejmu i Senatu aby jakoś rozpisać te gigantyczne majątki skuteczniej ukryć je.

Poza tym „Flaczki” postulują aby Lewica przedstawiła swój program nowej V Rzeczpospolitej. Sprawiedliwej społecznie i demokratycznej.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

DŁUGOPISIK

Aktyw szczeka, hejt się leje,
zwisły zmysły w PISie całym.
Wszyscy tracą już nadzieję
na „Dudowej” powrót chwały.
Jedna wpadka drugą goni
błąd za błędem niszczy złudę
i jak rączych stado koni
do upadku ciągną Dudę.
Czas komisję chyba zwołać
bo rozstrzygnąć konkurs zda się
kto najwięcej nakraść zdołał
w relatywnie krótkim czasie.
Niepobity dotąd Rydzyk
straci pewnie „pas championa”,
bo jak każdy chyba widzi
Szumowskiego nie pokona.
W gęstym gąszczu własnych knowań
pogubili się posłowie
i najtęższa nawet głowa
nic im dzisiaj nie podpowie.
Zegar tyka, krew się warzy,
prezes gniewu nie ukrywa,
nawet Duda przestał marzyć
i już nie śni że wygrywa.
Ja zaś patrzę ze spokojem
jak w swej złości PIS się kisi,
swych poglądów się nie boję
I SZYKUJĘ DŁUGOPISIK.

Doktor Ryszard Grosset

Kosmiczna podróż, czyli poezją przez życie

Wielki przebój Starego Dobrego Małżeństwa rozbrzmiewa słowami: „Wędrówką jedną życie jest człowieka…”
zdającymi się potwierdzać istotę naszego TUTAJ BYĆ.

Tomik przyciąga uwagę Czytelnika już od pierwszego spojrzenia. Jawi bowiem dwie przednie okładki, co rozbudza w nim nadzieje na przeżycie nietuzinkowej, lirycznej przygody.
Kurcbuch nie gwarantuje jednak, że podróż kosmicznym promem, w którą nas zabiera, będziemy wspominać wyłącznie w miłej atmosferze refleksji.
Na takie przypuszczenie pozwala część pierwsza, pozbawiona spisu treści, który zastąpiono planem wydarzeń stanowiącym końcowe odliczanie, w następstwie czego jesteśmy świadkami wielkiego wybuchu, będącego zarazem nowym początkiem.
Poeta w toku wierszowych rozważań dowodzi, że jest to nieuniknione, ponieważ działaniom człowieka przyświeca szeroko rozumiany egoizm i brak szacunku dla Matki Ziemi. W utworze „wehikuł. bez czasu” przywołuje postaci morloków znanych z twórczości George’a Wellsa. Owe istoty podziemne wyewoluowały z gnębionej klasy robotniczej, stając się brutalnymi, toteż łodzianin nie bezpodstawnie porównuje do nich ludzi chcących zaspokoić jedynie podstawowe potrzeby, celem egzystowania tak po prostu, miast życia jego pełnią.
Autor przytomnie zauważa, że nasz świat krzyczy krzykiem rozpaczy, co rusz uwidaczniającej się pod postaciami nieszczęść i katastrof. Z uporem maniaka pozostajemy na nie ślepi i głusi, zatracając się w bezmiernej pysze, za to w każdej chwili zaśmiecamy planetę wytworami naszych umysłów i rąk. Chipy, kody dostępu, bugi i diatezy są przecież niczym innym, jak tylko przejawami chęci dominacji bez umiaru, o czym twórca traktuje w utworach „Salut 1971. ta wyprawa nie skończyła się nigdy” i „zapowiedź. utwórz nowy zapis”. Toteż wraz z podróżującym z nim Czytelnikiem wytrwale szuka nowego nieba, na którego chmurnej sofie – jak mniema – rozsiadły się wygodnie takie ikony współczesności jak: Marylin Monroe, Elvis Presley i Amy Winehouse, przy czym nie ma on pewności, gdzie ono jest i czy kiedyś – mimo wszystko – na nowej planecie odrodzi się „zielony nerw” z wiersza pod tytułem „dzień koszenia trawy”. Pewne jest natomiast, że zaśmiecone wody i wycięte lasy przyniosą opłakane skutki, bowiem – o czym Kurcbuch odważnie, nie przebierając w słowach – pisze w utworze: „wiersz bez kropki na końcu wszystkiego”, mając pełnię świadomości, iż „niedługo wszystko się rozpierdoli”. Pytanie: czy tego właśnie chcemy? Z przykrością przyznać należy, że chyba tak, czego dowód poeta daje w wierszu „raport z ocalenia ostatniej planety”. Przypomina, że ludzie mieli wiele sygnałów o rychłej degradacji planety, jednak wszystkie zignorowali poddając się bezsprzecznie dyktatorom, układom i interesom, a przy tym nie słuchając mędrców przewyższających ich mądrością. Ludzkości brak empatii i obrania właściwej perspektywy z poziomu maluczkich, bowiem to właśnie oni czują i widzą więcej, ale ich zdanie się nie liczy, gdyż oni sami też nic nie znaczą.
Owa refleksja wyziera z kart zbioru Marcina Kurcbucha niczym czarna jak smoła senna mara. Pojawienie się jej zdaje się mieć na celu nakłonienie do przebudzenia i walkę o nowe, lepsze życie.
W tej właśnie walce wiersz ma pomóc i, oświetlając drogę, pełnić rolę drogowskazu w kształtowaniu poglądu i świadomości tego KIM JESTEM.
W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie Kurcbuch posiłkuje się założeniami jogi, bowiem w drugiej części – w centrum rozważań stawiając człowieka – prezentuje spis oddechów, jednoznacznie dowodząc, że należy zajrzeć w głąb siebie, co zaowocuje wyciszeniem pozwalającym osiągnąć duchową równowagę.
Autorka śródsłowia oddzielającego obie części zbioru – Magdalena Krok – tylko potwierdza, że w wierszach kumuluje się szereg odpowiedzi na wiele pytań, w tym na to, które już postawiono, jednak warto, by wybrzmiało ponownie: KIM JESTEM? Każdy z nas zapewne odpowie na nie inaczej, ale byłoby wspaniale, gdybyśmy, parafrazując, mogli odpowiedzieć słowami wiersza „kamień po kamieniu”: jestem człowiekiem szczęśliwym, wdzięcznym za to, co mam, ale nie zapominam, że owo szczęście nie przyszło samo, że buduję je cierpliwie, doceniając życiową drogę, którą przyszło mi przejść.
Nadnaturalności autor poświęca drugą połowę zbioru, tytułowym utworem zamykając go i zwracając uwagę, że sensem życia winno być poszukiwanie siebie samego jak również sensu świata.
Warto byłoby także zastanowić się nad ukrytym znaczeniem zwrotów: „swojość”, „sobienie” i „najczulszości”. Jakie sensy się w nich kryją – sprawdźcie sami. Pamiętajcie jednak, proszę, że decydując się na ten krok, możecie dojść do przekonania, że „poezja czasem bywa przeklęta”, a człowiek w swej istocie bez wątpienia stanowi największą zagadkę wszechświata.

science or fiction

nic nie jest bardziej przeklęte niż literatura
mówiąca o upadku człowieka.
ostrym promieniem zagląda wgłąb i rozbija
cząsteczki mroku.

twórcy są przeklęci. urodzili się z piętnem
w nadwrażliwych oczach. z niepokojem
niczym stopione słońce.
u schyłku ostatniego dnia

byłem tam widziałem.
krwiożerczą skorupę rozłupane czaszki
konające golemy w rozżarzonej magmie
akt wynaturzonej ewolucji

głupcy nie wierzą
choć ostrzegałem
bo kto by chciał w te bajki

ostatecznie każę napisać sobie epitafium

przeklęta moja prawda

(z tomu Science or fiction. Supernatural)

kosmo.rasizm

wszechświat ma do zaoferowania tak wiele
mądrych ras. nie dostaniemy nic

dopóki sortujemy
murzynów żółtych kolorowych tęczowych
z napędem na dwa koła zamiast nóg
od lepszego projektanta i z przeceny w lidlu.

nie jesteśmy gotowi.
dopóki jedną rasę ziemską rozmieniamy na drobne
różnice w odcieniach skóry.

(z tomu Science or fiction. Supernatural)

miłości. światła. wody.

chcę światła w dzbanku z filtrem
miłości podanej w szklance wody
marmurowej fontanny zapatrzonej
w słońce

nie rozprasza mnie miasto ani burza.

jestem w każdym ze stanów skupienia
muszę tylko panować nad żywiołami

za dużo wody to powódź
za dużo światła to śleptota
too much love will kill you.

(z tomu Science or fiction. Supernatural)

mandarynki

rozpływa się rok jak smak mandarynek
zmysłami chwytam niepowtarzalność

obieram ze skórki by w przyszłym roku
wgryzać się w drapieżną krągłość
którą zatoczyło życie od stycznia do stycznia

przybyło gorzkich rozczarowań
twardych doświadczeń
lecz to tylko pestki
dzięki którym dobro może wzrastać

wciąż rozgryzam siebie i ciebie
dwie największe zagadki

(z tomu Science or fiction. Supernatural)

Marcin Kurcbuch – z wykształcenia filolog polski, redaktor, ale przede wszystkim poeta. Debiutował zbiorem „Oczyszczenia” (2016), by następnie opublikować: „Przyglądam się” (2016), „Operację niebo” (2017), „Nasilenie wiosenne” (2018), ale to najnowszy tomik poetycki „Science or Fiction. Supernatural”, którego premiera przypada na pierwszą połowę tego roku, zdaje się być najbardziej dojrzałym w dorobku młodego, bo urodzonego zaledwie w 1990 roku, łodzianina – przez wzgląd na podjęcie przez niego próby otulenia strofami wspomnianej istoty, a to zadanie z całą pewnością niełatwe.