Substancja nieuporządkowana

Literaturę widzę bardziej jako zbiór konkretnych pisarzy, a nie jedną wielką, platońską całość
z Adamem Zagajewskim rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Mój pierwszy impuls był taki, żeby rozmawiać z Panem o Pana poezji i eseistyce. Doszedłem jednak do wniosku, że nie czuję się na siłach rywalizować z wybitnymi znawcami i egzegetami Pana twórczości. Popadłem więc w zwątpienie i pesymizm z powodu własnej niemocy i niekompetencji, gdy nagle uświadomiłem sobie, że właśnie minęła pewna ważna na Pana twórczej drodze rocznica i w niej znalazłem asumpt do rozmowy. Otóż w 2014 roku minęła 40 rocznica ukazania się bardzo głośnej wtedy książki eseistycznej, zwanej też manifestem ideowo-artystycznym Nowej Fali – „Świata nieprzedstawionego” (1974), wspólnego autorstwa Pana i Juliana Kornhausera. W prasie literackiej powoływano się na nią w latach siedemdziesiątych bardzo często, a dla mnie jako dla młodocianego wtedy jej czytelnika-licealisty książka ta była bardzo ważna. Powróciłem do niej po czterdziestu latach i zastanawia mnie, czy dziś jest to w Pana ocenie jedynie „zabytek” piśmiennictwa krytyczno-literackiego czy też w całości bądź w części nadal zachowuje aktualność?

Pamięć tej książki wraca do mnie przy różnych okazjach mentalnych. To co wydaje mi się jedną z osi tej książki, to zagadnienie walki konkretu z symbolem. Nadal wydaje mi się to jednym z wymiarów mojego myślenia o świecie. Stanowi to dla mnie potwierdzenie tego, że ta opozycja nie została wymyślona na użytek tej książki, lecz była czymś, co wtedy naprawdę zobaczyłem czy odkryłem. I że to mi pomaga myśleć o świecie, który jest nieustanną rywalizacją między tym, co empiryczne, codzienne, gdzie wielkie kontury się zacierają a wymiarem mitycznym. Skądinąd wydaje mi się, że w końcu zwyciężył we mnie raczej, choć nie do końca, wymiar symboliczny, mityczny, acz z książki wynika, że stanąłem wtedy po stronie konkretu. Widzę jednak ciągłe ścieranie się tych dwóch wymiarów. Szczegółowej egzegezy „Świata nieprzedstawionego” jednak Panu nie zaprezentuję, bo w przeciwieństwie do Pana nie czytałem jej ponownie i nie czuję takiej potrzeby. Był jednak „Świat” nie tylko młodocianym manifestem, lecz przeczuciem, czegoś, co jest nadal aktualne.

W jednym ze szkiców pomieszczonych w „Świecie nieprzedstawionym” napisał Pan: „Oświetlić problematykę literatury jako składnika kultury, aby przekonać się dlaczego tak mało wiemy o naszych czasach”. Czy po 41 latach tak sformułowana funkcja literatury jest aktualna?

I tak i nie. Na pewno w sensie społecznym znaczenie tego składnika kultury, jakim jest literatura, jest mniejsze. Natomiast w sensie filozoficznym, w wymiarze mniej się manifestującym, bardziej ukrytym, literatura ciągle ma klucz do myślenia o świecie i do odczuwania go. Przytoczone przez pana zdanie brzmi bardzo młodzieńczo, to znaczy bardzo teoretycznie. Po wielu latach mniej ufam teoriom, uogólnieniom. Literaturę widzę bardziej jako zbiór konkretnych pisarzy, a nie jedną wielką, platońską całość. Jednak czuję się człowiekiem literatury, jestem z nią miłośnie związany czytam poezję, powieści, eseje. Jest ona wielkim pamiętnikiem ludzkości. Czytam właśnie eseje Virginii Woolf, które sobie sprowadziłem do mojego kindla. To pamiętnik życia osoby poszukującej drogi, swoista spowiedź. Film ani teatr nie mogą spełnić tej roli, chyba że po obejrzeniu filmów Andrieja Tarkowskiego przeczyta się, w trybie uzupełniającym, jego zapiski. Tymczasem każdy pisarz, nawet jeśli ma zwyczaj zacierania swoich prywatnych śladów, pisze – choćby nieświadomie – coś w rodzaju swojego pamiętnika. To jest ta podszewka literatury skrywająca się pod oficjalnym garniturem. Zresztą dziś lubimy w literaturze rzeczy brulionowe, nieoszlifowane, surowe tworzywo, w którym czuje się autentyczne emocje. Poza tym, mimo hiobowych wieści o zamieraniu książki papierowej, powieść bardzo energicznie w świecie żyje, miliony ludzi je czytają, przyznawane są niezliczone nagrody. Jest też oczywiście i ta druga strona medalu, która pokazuje, że czytelnictwo generalnie spada i powstał nowy gatunek ludzi wykształconych, a nieczytających.

Wracam do podstawowego postulatu książki będącej punktem wyjścia naszej rozmowy – do zarzutu, że polska literatura, proza powieściowa, pojmowana jako całość, nie pokazuje realnego świata. Nawiasem mówiąc, ten postulat wzbudził krytyczne opinie wśród części recenzentów książki, choćby Jerzego Kwiatkowskiego, który zarzucał Panom „lekceważenie uniwersalizmu czy Andrzeja Kijowskiego, który napisał, że nawet w literaturze „realistycznej” i „współczesnej”, „współczesność jest zawsze pasażerem na gapę” Jak ocenia Pan ten zarzut po latach i czy można go odnieść do współczesnej polskiej literatury?

To nie jest tylko problem polskiej literatury. Czesław Miłosz ubolewał, że duża część ludzkiego doświadczenia w ogóle nie zostaje zapisana i umyka. Myślę, że postulat, by literatura ogarniała całość egzystencji, jest utopijny, bo każda powieść stanowi zawężenie tego obrazu. Na pytanie w jakim zakresie polska literatura ten postulat spełnia, nie mam odpowiedzi, bo w zasadzie nie śledzę współczesnej polskiej prozy. Podejrzewam jednak, bo nie oglądam, że nawet seriale telewizyjne, których część zdaje się ma tę rzeczywistość ukazywać, nie spełniają tego postulatu i generalnie w ogóle jest deficyt opisu rzeczywistości. Trochę to uzupełnia reportaż, w jakimś momencie podniesiony do rangi literatury i ostatni Nobel w tej dziedzinie dla wybitnej reportażystki białoruskiej zdaje się o tym świadczyć. Generalnie sztuka nie nadąża za czasem, który biegnie szybko i ona niej jest w stanie go dogonić. I może nawet nie potrzeba. Może wystarczy, że rzeczywistość energetyzuje sztukę.

Z racji ograniczenia czasem, pozwolę sobie na fragmentaryczną, lapidaryjną, dygresyjną formułę rozmowy. W pewnym fragmencie „Świata” pisze Pan o Szekspirze, Dantem, Molierze jako o części aktualnego kodu kulturowego ludzkości. Mam taką nurtującą mnie intuicję, może mylną, może przesadzoną, że technologiczne przyspieszenie ludzkości spowodowało naruszenie, jeśli nie zerwanie tego kodu. Powoduje to chociażby, że coraz trudniej wystawiać w teatrze np. utwory romantyczne, znacznie trudniej niż jeszcze 40 lat temu. Jak Pan to odczuwa?

Jestem wykładowcą pewnego instytutu naukowego, interdyscyplinarnego w Chicago, o szacownej tradycji, jako że wykładali tam niegdyś Hannah Arendt czy Saul Bellow i inni sławni humaniści. Przychodzi tam elita studentów z całego świata. Wszyscy oni chcą i muszą poznać ten kod, od Homera począwszy, mniej czy bardziej dokładnie. Czytają na przykład starożytną grecką literaturę w oryginale, co na przykład moim przywilejem nie jest. Oni tworzą elitę młodego pokolenia, która czuwa nad tym kodem, nad trwaniem pamięci. Takich ośrodków jest więcej. To jest sekta tych, co wiedzą, choć mam świadomość, że sama erudycja nie jest wystarczającym warunkiem twórczości. Profesorowie tego instytutu niekoniecznie są wszyscy bardzo twórczy, ale pełnią rolę chodzących zbiorników pamięci, co też jest ważną funkcją. Polski system uniwersytecki słabo w tej domenie działa, a filologia klasyczna nie jest w modzie. Tymczasem w USA, które zwykliśmy uważać za kraj dość barbarzyński, co rusz powstaje nowy przekład „Iliady” czy „Boskiej komedii”. Ta sfera nie dotyczy, rzecz jasna, głuptasów ze stanów Kansas czy Nevada. Reasumując – ten kod jest trochę przykurzony, ale nie złamany i istnieją warunki dla jego ożywienia. Istnieją żywe zarodniki w postaci ludzi.

„Literatura jako jednolity wzór jedności życia”, porządkująca je, syntetyzująca w sposób panoramiczny epokę. Ten postulat także pojawił się z Pana strony w „Świecie nieprzedstawionym”. Jednak już co najmniej od kilkunastu lat daje się słyszeć sceptyczne glosy, że naszej migotliwej, rozproszonej, zmiennej kalejdoskopowo epoce tego się nie da osiągnąć, nie da się jej uchwycić. A już na pewno nie da się tego osiągnąć za pomocą tradycyjnej prozy, bo ona powstawała w bardziej stabilnej epoce. Jak Pan teraz na to patrzy?

Na pewno nie stawiałbym tego postulatu tak radykalnie, ale ta potrzeba ujednolicenia nie całkiem jest pozbawiona sensu. Każdy pisarz na swój sposób dokonuje takiego ujednolicenia. Na przykład u Zbigniewa Herberta mamy do czynienia z bardzo silną organizacją świata, u Różewicza także, choć jest ona inna. Czyli, że każda silna osobowość twórcza proponuje własną wizję, własny system, więc czytelnik staje wobec wielości tych ujednoliceń, co skądinąd brzmi jak paradoks, ale nie ma w tym złego, bo to oznacza pluralizm. Nie możemy być jak licealiści przygotowujący się do matury, którzy narzekają, że każdy pisarz mówi inaczej i że zwariować można. Wypada nam uznać tę wielość za siłę literatury, choć wiadomo, że są czytelnicy wierni tylko jednemu autorowi. Z tego punktu widzenia ta możliwość ujednolicenia jest większa w poezji niż w prozie, bo w niej większa jest siła postulatu, choćby tak stawianego jak w „Panu Cogito”. Proza natomiast na ogół bardziej porządkuje przez opis, choć są takie wyjątki, jak opętany prorok chrześcijańskiego modelu życia Dostojewski. Większość prozaików, to jednak opisywacze.
Jest też w Pana esejach postulat równowagi między tradycją a współczesnością w literaturze, równowagi zdefiniowanej w tzw. stożku Irzykowskiego – u podstawy tradycja, na wierzchołku współczesność i to co bieżące. Dziś proporcje tego stożka zachwiały się, nie ma już równowagi. Dolna część stożka, czyli tradycja, jest zmajoryzowana przez doraźność…
W tym zgadzam się w całej rozciągłości. Wyrazem tego jest choćby prawie całkowity zanik krytyki literackiej, którą zastąpiły notki w wykonaniu młodych dziennikarzy. Zniknęła szlachetna i szacowna postać krytyka literackiego, który często mylił się w ocenach, potępiał książki, które okazywały się wielkie, ale miał pewną wizję literatury, jak Irzykowski, Błoński, Wyka, Kijowski, Janion, Burek. To byli filozofowie literatury, ukazujący literaturę jako wyłaniającą się z pewnej całości. Dziś też jest trochę takich mnichów literatury, ukrytych po uniwersytetów, ale oni nie uczestniczą w codziennej debacie.

W „Świecie nieprzedstawionym” jest wątek hermetyczności języka humanistyki. Kiedy czytam wspomnianych przez Pana krytyków, to poza przyjemnością poznawczą i estetyczną z tej lektury mam też komfort jasności, zrozumiałości ich wywodów. Przeciwnie niż gdy czytam wielu ich następców, choćby z kręgu IBL, którego nazwa bywa czasem synonimem niezrozumialstwa tego piśmiennictwa. Czyli wspomniana hermetyzacja nie prowadzi tej humanistyki na coraz dalsze manowce?

Nie chciałbym, żeby czytając naszą rozmowę, ktoś doszedł do wniosku, że to rozmowa dwóch starych reakcjonistów, starszego i młodszego, którym nic co nowe się nie podoba. Zauważam jednak powolny powrót do humanistyki polskiej i światowej języka klarownego. Kiedy prowadziłem wykłady w Stanach stwierdziłem, że panują zmieniające się językowe mody w humanistyce. Czytam regularnie „New York Review Books”, w którym bardzo dobrze widać te zmieniające się tendencje. Nawiasem mówiąc tę nieklarowność rozpętali Niemcy. Od Heideggera począwszy. Niedawno przeczytałem książkę czeskiego autora Pavla o powieści jako gatunku, o jej rozwoju i to jest wzór klarowności. Marta Wyka pisze bardzo jasno i mógłbym wymienić więcej nazwisk. Mam więc nadzieję, że najgorszy okres nieklarowności już minął, aczkolwiek ambitniejsza humanistyka i tak skazana jest na wąski obieg.

W „Świecie” pojawia się też Brzozowski z jego kategorią polskiego „zdziecinnienia”, którą formułował nie tylko na stronach „Legendy Młodej Polski”. Mam wrażenie, że to z czym Brzozowski walczył, dziś po przeszło stu latach od jego śmierci, wygrało w kulturze totalnie, że zdziecinnienie, infantylizacja są wszechobecne i wchłaniają coraz więcej obszarów życia. I dotyczą nie tylko Polski, o czym pisał choćby Peter Sloterdijk. Czy Pan to też tak odbiera?

Brzozowski miał poczucie tragizmu losu Polaków żyjących w niewoli. Wyrzucał im, że będąc pozbawionymi własnego państwa bawią się z najlepsze. Gdy to czynił, kultura masowa w dzisiejszym znaczeniu jeszcze nie istniała. Dziś samo pojęcie kultury masowej usprawiedliwia jej płytkość. Ale przecież, choć nie ma większego zdziecinnienia niż w Stanach Zjednoczonych, a skala niewiedzy społecznej przekracza nasze europejskie wyobrażenia, to istnieją tam również znakomite uniwersytety, należące do czołówki światowej, o czym wspominałem. Polska nie wyróżnia się więc w poziomie zdziecinnienia, o czym świadczy choćby przywoływany przez pana Sloterdijk. Zresztą co do Polski, to wybuch zdziecinnienia odsłonił Polaków, pokazał jacy jesteśmy naprawdę. Za PRL kryliśmy się za maską, teraz jesteśmy transparentni i w całej okazałości. Nie możemy się jednak ograniczyć do utyskiwania i robić swoje, wierząc że to nie ginie.

Jest Pan oczywiście identyfikowany głównie jako poeta, ale czy po czterech dziesięcioleciach od wydania „Świata nieprzedstawionego” zdarza się Panu odebrać sygnały, że i ta książka jest pamiętana?

Owszem, zdarza się. Ostatnio nawet zwrócono się do mnie i do Juliana Kornhausera z prośbą o zgodę na wprowadzenie tej książki w obieg zasobów zdigitalizowanych obiegu elektronicznego. Oznaczało to rezygnację z ewentualnych edycji papierowych.

Szkoda, bo warto by ją wydać na nowo, ze słowem wstępnym sytuującym jej rolę na tle ówczesnego kontekstu kulturowego, społecznego, politycznego i określającym poziom jej aktualności po latach, pokazującym co przetrwało, a co należy do minionego czasu. Tak uczyniono niedawno na przykład ze „Zniewolonym umysłem” Miłosza, „Płomieniami” Brzozowskiego i z głośnym u schyłku lat siedemdziesiątych esejem Andrzeja Wernera „Polskie, arcypolskie”…

Przez jakiś czas nie będzie to możliwe. Z naszej książki to i owo pozostało, ale jest sporo warstw passe, naiwności i sformułowań należących do tamtego czasu. Na przykład odwołań do socjalizmu, jak choćby w puencie, które dziś mnie rażą i które były jednak przejawem konformizmu. Już nawet nie pamiętam, czy wydawca nam to narzucił, czy pomieściliśmy to bez inspiracji zewnętrznej.

Mnie z kolei, młodego wtedy odbiorcy, intrygowało, jak tak niecenzuralna książka mogła zostać dopuszczona przez cenzurę do publikacji…

Było w tym trochę dynamitu, ale też spora jego część była opakowana dla bezpieczeństwa.

A teraz chciałbym wyjść poza obszar inspirowany przez „Świat nieprzedstawiony” i poruszyć kilka kwestii wyodrębnionych z Pana eseistyki. W tomie „Lekka przesada” napisał Pan, powołując się na Paula Claudela, że postawa podziwiania cudzego piękna jest szlachetniejsza niż postawa krytyki. Podziw ma w obyczajowości, w jakiej funkcjonuje kultura niższą rangę niż postawa krytyki. Czy to ma swoje źródła w Oświeceniu?

Za Paulem Ricoerem i jego pojęciem „systemów podejrzeń” widziałbym te źródła raczej w modernizmie, w Nietzschem czy w marksizmie. I choć w tle tego wszystkiego jest oczywiście Oświecenie, to bezpośrednie źródło widzę w modernizmie, w jego skrzydle teoretycznym. Gdziekolwiek jednak usytuowalibyśmy źródła kultury czy systemu podejrzeń, to faktem jest, że one nas otaczają. Aczkolwiek nic tu nie jest czarno-białe i wspomniane systemy podejrzeń także dużo nam dały, pomogły. Nie możemy całkowicie odrzucić ani Nietzschego, ani Freuda ani Marksa, każdy z nich coś ważnego zobaczyli. Niewątpliwie jednak wektor podejrzeń wziął zdecydowanie górę nad wektorem podziwu i utrudnia nam zbliżenie się do tego do czego między innymi potrzebna jest sztuka – do dotknięcia substancji egzystencji. Zamiast bowiem patrzeć na nią, na tę substancję, patrzymy sobie podejrzliwie na ręce. Nie wierzymy w bezinteresowność, w to, że ktoś może pisać, malować, komponować bezinteresownie, w poszukiwaniu tej substancji. To jest właśnie jeden z przejawów owej deriddowskiej dekonstrukcji, bardzo ciekawej filozoficznie, ale także obarczonej wspomnianą wadą. Szczęśliwie jednak podziw całkowicie nie zaginął w kulturze i nieraz wychodząc z koncertu widzę podziw, uniesienie, spełnienie estetyczne malujące się na twarzach ludzi. Także, gdy patrzę na dyrygenta wykonującego z orkiestrą kompozycje Beethovena czy Mahlera, to widzę jego podziw, acz już w sztuce kompozytorskiej, zwłaszcza w nowszych prądach, ironię czy krytycyzm już można zauważyć. W praktyce artystycznej jest to trudniejsze niż w teorii, choć znam teoretyków muzyki, którzy także nie wstydzą się i nie kryją podziwu, nawet dyszą podziwem. Natomiast w sferze medialnej kultury rzeczywiście przeważa krytycyzm, ironia, sarkazm. Nawiasem mówiąc, Claudel na którego się tu powołujemy osobiście był okropnym nienawistnikiem deprecjonującym na przykład Rilkego czy Elliotta uważającym za zero.

Zadam pytanie może nie a’propos, ale mieszczące się jakoś w polu piękna, podziwu, estetyki. Dlaczego skończyła się poezja jako śpiew i poeta jako lirnik? Dlaczego odrzucono jej śpiewaczy i arkadyjski aspekt, obecny choćby u Homera czy Mickiewicza?

Tu się z panem nie zgodzę co do Homera, bo ja u niego nie widzę arkadyjskości, ale rzeźnię, przemoc. Początki poezji zachodniej to seria morderstw pod Troją. Jest taki piękny esej Simone Weil o „Iliadzie” jako o poemacie siły. Weil nie widzi w „Iliadzie” nawet rycerskości, tylko potworne zabijanie. A co do poezji jako pieśni i rymu, to nie chcę być pedantem, ale przypomnę, że Grecy w poezji nie rymowali, ani Homer ani Wergiliusz. Rym wynaleźli podobno mnisi średniowieczni dla celów mnemotechnicznych, dla ułatwienia zapamiętywania. Natomiast poezja antyczna miała silną strukturę sylabiczną, miała jamby i trocheje, które były jej opoką. Także inna wielka opoka poezji, czyli psalmy Dawidowe, też nie miały rymu, ale oparte były na paralelizmach czyli powtórzeniach. Nie widzę więc w dawnej poezji ani arkadyjskości, czyli opiewania piękna świata, może poza sielankami Teokryta, ani w sensie estetyki wiersza. Raz jeszcze przywołam Claudela, by dygresyjnie przypomnieć, że i on nie rymował, a nawet był rewolucjonistą poezji francuskiej odrzucając dwunastozgłoskowiec, aleksandryn, jej fundament, określając go jako „katarynkę”. Z kolei w poezji polskiej wielkim burzycielem-rewolucjonistą był Tadeusz Różewicz. Różewicz poszedł daleko w prozaizacji wiersza. Był nim również Peiper, choć on nie był tak utalentowany i był bardziej teoretykiem poezji.

Autor jednej z poświęconych Panu not biograficznych wymieniając enumeratywnie Pana aktywności twórcze, pomieścił określenie „filozof”, przed „poetą” i „eseistą”. Jest Pan autorem szkiców o Emilu Cioranie, Józefie Czapskim, Brunonie Schulzu, co jest dla mnie zrozumiale, ale dlaczego także o Nietzschem czy Jűngerze? Dlaczego właśnie o nich?

Z dwóch różnych powodów. Nietzsche był bogiem mojej wczesnej młodości. Gdy się czyta listy, dzienniki, wspomnienia wielu pisarzy XX wieku, to widać, że przewrócił on w głowie bardzo wielu młodym pisarzom. Moje pokolenie było może już trochę w tym względzie spóźnione, ale dwa pokolenia wcześniejsze były pijane pismami Nietzschego. Inna sprawa, że mój tekst o Nietzschem jest krytyczny, jest odrzuceniem tego młodzieńczego upojenia. Co do Jűngera, to miał on różne fazy. Nie lubię jego fazy agresywno-militarnej, ale od późnych lat trzydziestych jest to pisarz medytacyjny i jeden z niewielu pisarzy metafizycznych, przy czym w jego przypadku to określenie brzmi serio. Jűnger naprawdę wierzył w jakiś inny świat, był pisarzem religijnym, chwilami chrześcijańskim, chwilami heretyckim, ale bliskim chrześcijaństwa. Był człowiekiem, który nie bał się śmierci, w przeciwieństwie do Eliasa Canettiego, który nienawidził śmierci i całą swoją twórczość uważał za walkę z nią. Jűnger uważał, że śmierć nie jest końcem i dlatego z ciekawością czekał na śmierć. Był jedynym znanym mi człowiekiem, który nie nudził opowiadając o swoich snach. Jak wiadomo, nasze sny zawsze są fascynujące, a cudze – nudne. Spotkałem kiedyś człowieka, który był sekretarzem Jűngera w ostatniej fazie jego życia i który mi powiedział, że umieranie pisarza, a dożył on 103 lat, było pogrążaniem się coraz bardziej we śnie. Poprzez sny wchodził do śmierci. Zafascynowało mnie to jako być może najpiękniejszy sposób umierania. Nie lubię jego powieści, które uważam za słabe, ale cenię jego dzienniki, zwłaszcza paryskie, w okupowanym Paryża, ale też późniejsze.

Tak, jak się umówiliśmy, w naszej rozmowie nie dotknęliśmy bezpośrednio Pana poezji, co w przypadku tak wybitnego poety jest może trochę paradoksalne. Wspomniałem w poprzednim pytaniu o określeniu Pana, w pierwszym rzędzie, jako filozofa, więc może jednak na koniec zahaczą o Pana poezję. W innej nocie określono Pana jako poetę „apollińskiego, jasnego, klasycyzującego”. Jakie jest Pana samopoczucie jako potomka Apollina i klasycysty?

(uśmiech ciepły a jednocześnie sardoniczny) – Panie Krzysztofie, lepiej dochowajmy Pana wstępnej propozycji, która wydała mi się sensowna, a na inne Pana pytania chętnie odpowiem w przyszłości, przy okazji następnego spotkania.

Adam Zagajewski – ur. 21 czerwca 1945 we Lwowie – poeta, eseista, prozaik, filozof, przedstawiciel pokolenia Nowej Fali. Wraz z Julianem Kornhauserem był współautorem manifestu ideowo-artystycznego formacji poetyckiej Nowa Fala, który wyłożyli w książce „Świat nie przedstawiony” (1974). Głosili w niej, że „rozpoznanie rzeczywistości nie jest jedynym zadaniem kultury, ale spełnienie tego obowiązku jest warunkiem społecznym funkcjonowania tej kultury jako całości” i „dokonali przeglądu powojennej literatury polskiej, oskarżając część autorów o eskapizm i brak rzetelności we właściwym odzwierciedleniu rzeczywistości społecznej. Przeciwstawiali się rozbudowanej metaforyce obecnej w poezji lat wcześniejszych, postulując odwrót od hermetyczności, pustosłowia i frazeologii, zapożyczonej z ówczesnej upolitycznionej publicystyki. Apelowali o powrót do realizmu”. W latach 1982–2002 Zagajewski przebywał na emigracji we Francji, od 1983 roku był redaktorem „Zeszytów Literackich” paryskiej „Kultury”. Laureat licznych prestiżowych nagród literackich w Polsce i na świecie. Obecnie wykładowca w Committee on Social Thought naUniwersytecie w Chicago. Zagajewski definiuje poezję jako sztukę przetwarzania i układania wyrażeń myślowych. Wbrew postmodernizmowi uważa, że nie kształtowanie języka, ale sens jest najważniejszą cechą poezji. Bardzo ważną rolę odgrywa w niej tajemnica wpisana w przeżywanie współczesności. Silną tendencją w jego poezji jest mityzacja rzeczywistości. Jest autorem m.in. tomów poetyckich: „Komunikat” (1972), Sklepy mięsne” (1975), „List. Oda do wielości” (1983), „Jechać do Lwowa” (1986), Ziemia ognista” (1994), „Trzej aniołowie” ( 1998), „Pragnienie” (1999), „Powrót” (2003), „Anteny” ( 2005), Niewidzialna ręka” (2009), „Wiersze wybrane” ( 2010), „Asymetria” ( 2014).
Tomy prozy: „Ciepło, zimno” (1975), „Słuch absolutny” ( 1979), „Cienka kreska” 1983). Eseje: „Drugi oddech” (1978), „Solidarność i samotność” (1986), „Dwa miasta, Paryż-Kraków” ( 1991), „W cudzym pięknie” (1998), „Obrona żarliwości” (2002), „Poeta rozmawia z filozofem” ( 2007), „Lekka przesada” (2011). W 2019 roku ukazał się jego zbiór esejów „Substancja nieuporządkowana”.
„Nie wiem, jak nazwane zostanie miejsce, które w kulturze polskiej zajmie w końcu Adam Zagajewski. Nie pasuje on do żadnej formuły, choć jest poetą i pisarzem z samego środka polskiej i europejskiej tradycji literackiej. Wielojęzyczny, erudycyjny, w wierszach pisze o muzyce i filozofii, o innych poetach, architekturze i sztuce. A jednak nie jest to poezja klasyczna, oderwana od dnia dzisiejszego; wręcz przeciwnie, dotyka codzienności, sięgają po nią ludzie w momencie trwogi. Przynosi ukojenie, mówiła o tej poezji Susan Sontag, choć nie jest to poezja konsolacyjna. Zagajewski-poeta nie ma w sobie gniewu ani obsesji, jest jednak zdecydowany i stanowczy. Czytanie go to nie jest walka, a rodzaj rozmowy, która uzależnia” – napisała o nim Irena Grudzińska-Gross. Od kilku lat Adam Zagajewski wymieniany jest jako kandydat do Literackiej Nagrody Nobla.

 

Poeta doctus

Wiersze nie przychodzą
Jak sny nad ranem jak dziewczyna
W nas oddychają z nas się rodzą
Nie znana jest ich przyczyna
Wśród skał nad źródłem koń skrzydlaty
Biały jak śnieg w wiosennym świcie
Światła i dźwięki – jak przed laty
Rytm serce oddech nowe życie
(Krzysztof Boczkowski, „La vita nuova”)

Rok temu, 1 listopada zmarł wybitny lekarz i poeta, profesor Krzysztof Boczkowski (1936-2018)

Uprawianie sztuki najczęściej bywa wyłączną profesją. Plastycy, kompozytorzy i muzycy, reżyserzy, aktorzy zazwyczaj poświęcają się wyłącznemu uprawianiu swojej dyscypliny. To zrozumiałe, bo co najmniej poprawne wykonywanie tych zawodów najczęściej wymaga skoncentrowania się wyłącznie na nich. Trudno sobie wyobrazić aktora czy reżysera, filmowego czy teatralnego, który równolegle uprawia inny, nawet mniej absorbujący zawód, aczkolwiek istnieje przykład Kuby Sienkiewicza, który z powodzeniem łączy zawód lekarza i czynnego, profesjonalnego muzyka.
W przypadku sztuk plastycznych czy muzyki jest to nieco łatwiejsze i nieco częściej się zdarza. Ta wąska strefa, w której przedstawiciele profesji dalekich od sztuki, jednak się nią w wolnym czasie zajmują, to najczęściej strefa pisania: poezji bądź prozy, czasem jednej i drugiej. To zrozumiałe: do pisania nie trzeba angażować pieniędzy, aktywności innych ludzi, nawet takich materiałów jak farby, pędzle, dłuta, płótno czy inne tworzywa. Wystarczy ekran komputera notatnik czy plik papieru i długopis (czasem bardziej ekskluzywne pióro). Do tej strefy twórców należał też zmarły przed rokiem Krzysztof Boczkowski, profesor medycyny, wybitny lekarz genetyk i seksuolog, a jednocześnie wybitny humanista i utalentowany poeta, którego biogram można znaleźć w słownikach polskich pisarzy.
Urodził się 2 maja 1936 w Warszawie. Absolwent Akademii Medycznej w Warszawie, w roku 1965 uzyskał tytuł doktora, w roku 1969 – doktora habilitowanego, zaś w roku 1983 profesora medycyny. Od 1959 r. był kierownikiem Samodzielnej Pracowni Genetyki w Akademii Medycznej. Debiutował jako poeta w 1969 r. na łamach miesięcznika „Twórczość”. W 1972 roku otrzymał nagrodę „Czerwonej Róży”, a potem dwukrotnie nagrodę „Pegaza” za przekłady. W przyszłości miał otrzymać liczne, bardzo prestiżowe nagrody za twórczość poetycką.
Opublikował 18 tomików poezji, m.in. „Otwarte usta losu” (1975), „Światło dnia” (1977), „W niewoli, w śniegu, w ciepłym czółnie krwi” (1981), „Apokryfy i fragmenty (1988), Białe usta (1989), „Dusza i śnieg” (1997), „Kości meduzy” (1998), Bramy raju” (2009), „Lata i dni (2011), „Na skraju świata(2012). Na stronie culture.pl można o nim przeczytać: „Wiersze Boczkowskiego, zmysłowe i cielesne, tkane są na kanwie subtelnej erotyki, lecz nie epatują seksem; one nade wszystko promieniują uczuciem – do ukochanej, rodziny i wszelkich żyjących stworzeń (…) Istotna dla jego dzieła jest również Literatura. Schodzi do fundamentów pamięci, tropi, zbiera, gromadzi myśli i słowa umarłych poetów, buszuje po całym artystycznym dorobku ludzkości, prowadzi dialog z pisarzami, filozofami, malarzami i muzykami. Głęboko zakorzeniony w tradycji, tłumaczy utwory poetów wielbionych i wyklętych, żyjących na różnych kontynentach, tych sprzed stuleci i współczesnych – od Lao-tse, Herodota, Platona do Audena i Ginsberga. Wyławia z głębi czasu ich cienie, tak aby – choć rozdzielone czasem – mogły się spotkać: Safona z Sylwią Plath, a Hölderlin z Wilde’em, Trakiem i Rilkem. W „Apokryfach i fragmentach” zaprosił do dyskusji przy wspólnym stole Hercena, Tołstoja, Chopina, Słowackiego, Mickiewicza, Norwida, Wagnera, Szymanowskiego, Nietzschego, Flauberta, Junga, Camusa i Pounda. Jego koryfeuszami są m.in. Walt Whitman, Rainer Maria Rilke i Thomas Stearns Eliot. Podziwia symbolistów francuskich: Rimbauda i Verlaine’a, których imiona przewijają się w jego wierszach. Krzysztof Boczkowski od dawna próbuje różnych form traktując je niekiedy jak żartobliwy pastisz, exercice lub wyraz hołdu składany innym poetom (…) Jego poezja miłosna – wrażliwa, silna i czuła, przedstawia pełną prawdę i głębię przeżyć psychicznych i fizycznych i zasługuje dlatego na oddzielne omówienie. Tom „Ja – mój przyjaciel (2003) był istotnym dokonaniem w zakresie rozwoju formy poetyckiej i „wrażliwości dźwiękowej”, wyróżniających Krzysztofa Boczkowskiego we współczesnej poezji polskiej”. (…) „Poezja Boczkowskiego w szczególny sposób łączy ze sobą dwa motywy: Księgi i Śmierci. Oba wyznaczają dystans wobec tego, co doraźne, przemijające. W obu wypadkach doraźność z nieodłącznym chaosem opanowane zostają przez ład transcendencji. Ale – co ważne – ów ład zakorzeniony jest w materii, w realnym doświadczeniu”.
Krzysztof Boczkowski, poeta-doctus, jak nieraz określa się poetów, którzy są zarazem ludźmi wszechstronnie uczonymi, był też tłumaczem poezji angielskiej i autorem antologii poetyckich: „Od Safony do Sylvii Plath” (1997), „Antologia poetów najbliższych. Od Safony do Sylvii Plath” (2003). Jego fundamentalne dzieło medyczne, to „Zarys genetyki medycznej” (1985, 1990).

Odłamek

świecie miłosierny świecie łatwowierny
skalany wszelkimi grzechami
bądź miłościw mnie grzesznej
bądź miłościw mnie śmiesznej
obdarzonej ludzkimi cechami
wyspowiadać się mogę i pokutę wypełnić
na manowce wychodząc wciąż twoje
daj mi tylko w swej łasce dusze tobą napełnić
daj zapłakać i oddaj co moje
pozwól sobą oddychać
daj mi instynkt zwierzęcia
a rośliny daj kruchość i siłę
deszczem ochrzcij mnie słabą
ogniem piętnuj mnie silną
tylko prowadź bo często się mylę
świecie rozedrgany świecie potargany
ty mnie oczyść z wyrzutów sumienia
naucz szeptać jak drzewa
naucz milczeć jak kwiaty
daj wytrwałość i serce z kamienia

Barwy jesieni

Jaki piękny dzisiaj dzień!
Wszystkie smutki poszły w cień.
Jak nie kochać jesieni,
gdy świat kolorami się mieni?

W blasku słońca babiego lata,
wierzba nowe warkocze zaplata.
Jak nie kochać jesieni,
gdy wokół tyle nadziei?

Płaszczem liści tęsknoty okryte,
w kroplach deszczu to co złe zmyte,
w kasztanowej skorupie serca gorące
– niczym słońce.
Jak nie kochać jesieni…

Poparzone wrzątkiem

„Dziennik Trybuna” objął patronatem wydanie drugiego tomiku poezji Bianki Kunickiej-Chudzikowskiej. Oto kilka z jej wierszy, które w nim się znalazły.

– quo vadis –
czasem w gąszczu myśli łatwo zgubić drogę
pobłądzić w meandrach poplątanych znaczeń
wśród lęków żałośnie kłapiących ozorem
wpadając w pułapkę celnych przeinaczeń
pośród słów i mroku codziennej rutyny
robiąc przejście prawdzie ukrytej w źrenicy
bojąc się powiewu z nieznanej krainy
a wierząc w spełnienie zrodzone z dziewicy
kłamstwa brać za prawdę kiedy głośniej krzyczą
co jeszcze mnie w świecie bezmyślności czeka
gdzie gdy idę nocą odludną ulicą
wolę spotkać wilka niżeli człowieka
– jesień plecień –
tak naprawdę nikt nie znał miasteczka
gdzie poznali się ona i on
ale był w nim kościółek i rzeczka
tak bliziutko jak daleko stąd
pili kawę w kafejce której także nie było
park nie istniał lecz stała w nim ławka
którą mi się dla hecy w tym momencie zmyśliło
a kochali i to jest zagadka
no i miłość ich kwitła jak wiosenne jabłonie
nic że jabłek się z drzew tych nie rwało
pisał listy i czule chował słowa jej w dłonie
choć to przecież się także nie działo
pewnej nocy on umarł potem ona zniknęła
bo bez niego swój bezsens odkryła
nieprawdziwa historia serca jednak drasnęła
bez znaczenia że się nie wydarzyła

***
siku
woda
tabletka
pasta
szampon
krem
makijaż
wyprasować dobrze kołnierzyk
teraz coś zjem
rajstopy
kurwa znowu oko
a teraz mocno jak co dzień
swój bajkowy ogon
pod spódnicę
wcisnę głęboko

***
odszedł
po cichutku
nie płakał
nie poczekał
nie udzielał rad
jego numer
wyryty w tabliczce pamięci
dzwoni w skroniach czasem
odbierasz drżącą duszą
setki zawieszonych połączeń
niemych rozmów
niezadanych pytań
ten przyjaciel niezawodny
powiernik nieoceniony
tak samo martwy
jak żywy w pamięci

***
puk puk zapukam kiedyś
niezapowiedziana
wejdę pewnym krokiem
szeleszcząc sukienką
potem cię uścisnę
niby zawstydzona
dotknę lekko policzka
wytęsknioną ręką
a ty nic nie powiesz
po co ranić ciszę
pochwycisz mnie tylko
namiętnie w ramiona
podniesiesz do góry
bym tam już została
i mogła wśród chmur miękkich
na dnie serca skonać

***
nie ma młodości
bez zasypiania
przy otwartej książce
bez dymnej kafejki
marzeń o nocy
bez krzywego beretu
jazdy tramwajem
parzących pocałunków
nie ma młodości
bez czerwonej podszewki
wrzącej wyobraźni
wyuzdanych westchnień

***
w winie najbardziej lubię kolor
w jabłkach piękno ich kształtu
w chlebie uwielbiam zapach
w słowach milczenie pomiędzy
w milczeniu słowa wymyślane
od przeszłości wolę opowieści o niej
od teraźniejszości wolę to co się wydarzy
tylko miłość lubię za miłość
pocałunki za pocałunki
dotyk za dotyk

– śmierć i miłość –
usiadły razem śmierć i miłość
zerkając na siebie ukradkiem
wypatrując u drugiej tego co odmienne
bezgłośnie krzyczały zaklinając ciszę
w obu z nich zazdrość kipiała niezmiennie
nagle w ich cieniu stanęła dziewczyna
z bladością na twarzy i błyszczącym wzrokiem
każda się o nią w myślach dopomina
jedna chce duszę druga ciało płoche
miłość podeszła lekko się kołysząc
gorącym pocałunkiem musnęła jej usta
śmierć dała znać dziewczynie za plecami dysząc
pani z wrzącą duszą i dama bezduszna
każda chciała o młódkę zajadły bój stoczyć
której to dziewka musi być posłuszna
niech panna zdecyduje i spór ten rozstrzygnie
lecz ona nie umie zasłaniając usta
bo kocha tak że cierpi i umrze niechybnie
dwie harpie remisując poczuły się dumne
podały ręce w zgodzie wzrokiem ją zmierzyły
jedna wzięła miarę na suknie a druga na trumnę
i tak to śmierć i miłość spółkę założyły

***
połknęłam dzisiaj wszechświat
niedobry był jak cholera
składał się z samych mieszanek
wyszyty w jedynki i zera
niestrawność smołą paląca
wyżarta ideologią
zbitką teorii i doktryn
biblią i mitologią
teraz rozrywa mi trzewia
rozdyma nie ego niestety
mam w sobie wrzeszczącą otchłań
jak po zderzeniu komety
chaos rozpycha się w głowie
omamia gdyż tylko to umie
i nie wiem o świecie nic więcej
bo połknąć nie znaczy rozumieć

***
napisana miłość jest taka wygodna dla poetów
nie wymaga kupna chleba czy zrobienia prania
łatwo oddać prym myślom które wartko płyną
kreśląc arabeski na płótnie kochania
rozdawać hojnie nadzieję zapewnienia śluby
zgrabne esy floresy zakorzeniać w jaźni
wzburzać krew i kunsztownie przyozdabiać słowa
światy równoległe z precyzją budować
zamieszać patykiem w kipiących uczuciach
zmysłowo panierować nagą psychę w chuciach
poeci są jak huby żerując na duszach
ich skuteczna strategia setki łez wydusza
i bez precedensu artystów paradoks
choć sami często ślepi to innych prowadzą

Baba z krwi i kości

czyli zapiski Nimfy Polskiej

„Jeszcze kocham”, to miłosne, intymne zapiski Anny Świrszczyńskiej (1909-1984), wybitnej poetki. Autorki m.in. słynnego zbioru poetyckiego „Jestem baba” (1972) są swoistym psychologicznym rarytasem. 61-letnia kobieta, rozwódka, prowadzi niezwykle intensywne życie miłosne i seksualne, także z dużo młodszymi mężczyznami, i to bynajmniej nie w ramach związku małżeńskiego. Nawet dziś, pół wieku później może to budzić u niektórych opór czy kontrowersje, co pokazuje, że nie przeszliśmy od tamtego czasu zbyt długiej drogi w naszym myśleniu o obyczajach. Mnie uderza przede wszystkim intensywność oraz wysoki diapazon miłosnych przeżyć samej Świrszczyńskiej i jej męskich przyjaciół i kochanków (jednym z nich był Tadeusz Różewicz – zapiski zaczynają się od deklaracji, że odwiedził ją i „został jej kochankiem”). Zapewne się mylę, a rzecz to trudna do zbadania, bardzo niepochwytna dla kogoś postronnego, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dziś ani mężczyźni ani kobiety już tak raczej nie kochają. „Tak”, to znaczy w takim romantycznym jeszcze, grandilokwentnym stylu, tak intensywnie, tak desperacko, tak frenetycznie, tak całą swoją istnością, niemal mistycznie. W pewnym momencie zapisków pada zdanie: „Mieć mężczyznę w sobie, to co bardzo ważnego, coś świętego”. Mam wrażenie, że ludzie generalnie ochłodli w sferze uczuć, że w uczuciach jest dziś moda na letniość a nie na frenezję i że pospolity seks wypiera klasyczne „kochanie”. A może się mylę? Może w kręgach artystycznych diapazon emocjonalny jest wyższy niż w sferze społecznej przeciętności? W końcu nie siedzę w cudzych głowach, sercach i łóżkach. Zapiski Świrszczyńskiej pełne są uwag o zachwytach kierowanych do niej przez mężczyzn, zachwytach nad jej kobiecością, urodą, czarem oraz zachwytów poetki nad zachwytami mężczyzn nad nią. Ktoś mógłby w takiej postawie dopatrzeć się i kobiecego narcyzmu i (co prawda w szlachetnej, wyrafinowanej odmianie) promiskuityzmu, ale te zapiski są bardzo dyskretne, bez grama nawet obsceniczności czy naturalizmu. Nietrudno zauważyć, że w tomie poetyckim „Jestem baba” granice otwartości na mówienie o sprawach intymnych były usytuowane przez poetkę dużo niżej. Piękny to zapis fragmentów życia kobiety, dla której Amor i Eros byli najważniejszymi bożkami, może bardziej od muzy poezji. Najważniejsze jest to, że czytałem te zapiski z prawdziwym zaintrygowaniem. Czego i innym życzę.

Anna Świrszczyńska – „Jeszcze kocham. Zapiski intymne”, spisane z rękopisu i opracowanie tekstu, wstęp, zakończenie i przypisy Wioletta Bojda, Wydawnictwo WAB (GWFoksal), Warszawa 2019, str. 156, ISBN 978-83-280-6635-9

Midas krytyki artystycznej

Hojny i wielkoduszny w swoim pisaniu

Świeżo oczarowany, a nawet po młodzieńczemu oczadzony (16 lat) filmem „Wesele” Andrzeja Wajdy przeczytałem w tygodniku „Literatura” (styczeń 1973) recenzję nieznanego mi wtedy recenzenta o nazwisku Krzysztof Mętrak, znalazłem w niej następujące zdanie: „Wesele” Wajdy, to bardzo piękny film. Szkoda że składa się z samych cytatów”. Nie pamiętam, czy akurat to zdanie sprawiło, że „zakochałem się” w postaci tego krytyka filmowego (takim był dla mnie wtedy przede wszystkim, gdy „najważniejszą ze sztuk” było dla mnie naówczas kino) i w jego pisaniu. Ten zgrabny bon mot był jednak pierwszą cechą Mętraka na jaką zwróciłem, a cechą tą była błyskotliwość stylu, frazy. Było wtedy w Polsce grono wybitnych krytyków filmowych (m. in. Zygmunt Kałużyński, Bolesław Michałek, KTT, Konrad Eberhardt, Rafał Marszałek, Aleksander Ledóchowski i kilku innych), ale nikt nie mógł Mętrakowi dorównać w owej bonmotowej błyskotliwości stylu, cesze którą naówczas najbardziej ceniłem. Zaraz po stylu doceniłem jego rzadką, fenomenalna erudycję humanistyczną. Każdy tekst Mętraka przepełniony był cytatami, nawiązaniami do ważnych zjawisk kultury, zarówno tych wiodących, jak i zupełnie niszowych. Przy czym erudycję tę potrafił Mętrak podać w sposób lekki, efektowny, finezyjny, daleki od jakiejkolwiek akademickiej sztywności. Nic dziwnego, że kilka lat później usłyszałem zdanie wypowiedziane w telewizji przez Jerzego Waldorffa: „Młodzieńcem jeszcze będąc przeczytał Mętrak prawie wszystkie książki”. To niewątpliwie z empirycznego punktu widzenia przesadne zdanie, było w ogólnym sensie trafne i dopiero po latach, gdy bliżej poznałem jego sylwetkę prywatną, zdumiałem się, jak ktoś prowadzący tak intensywne życie towarzyskie (głównie alkoholowe, co stało się jego przekleństwem i radykalnie skróciło mu życie) mógł jednocześnie tak wiele przeczytać i napisać. Mętrak rozpoczynał swoją zawodową karierę w aurze „cudownego dziecka” (był najmłodszym członkiem Związku Literatów Polskich) a wybitność objawił już w wieku młodzieńczym 21 lat. W serii „Polscy Krytycy Filmowi” Wydawnictwa Naukowego Scholar ukazała się pod redakcją Barbary Gizy i Piotra Zwierzchowskiego praca zbiorowa o Krzysztofie Mętraku. (1945-1993). Zbiór otwiera tekst Janusza Zaorskiego, reżysera filmowego, którego połączyły z Mętrakiem przyjaźń oraz więzy profesjonalne i osobiste. Adam Wyżyński naszkicował rys biograficzny Mętraka, zwracając m.in. uwagę, że tym, kto otworzył mu drogę do świata polskiej krytyki artystycznej był Bolesław Michałek. O szczególnie interesującej części spuścizny Mętraka, jako są jego dzienniki napisała Barbara Giza. Ukazały się one już po śmierci krytyka, u schyłku lat 90-tych. Autorka szkicu o dziennikach obejmujących w sumie lata 1969 – 1983. Nadała mu bardzo trafny tytuł „Kolekcjoner rzeczywistości”. To co bowiem uderza w tych dziennikach, to jego fascynacja otaczającą go wielobarwną egzystencją, która była nieporównywalnie dla niego ciekawsza niż jego osobiste, krytyczne „ja”. Zawsze bardziej frapował go świat zewnętrzny niż on sam, on fenomeny tego świata z pasją kolekcjonował. Warto przy tym dodać, że spora część dzienników Mętraka nie została, decyzją rodziny, opublikowana, podobno z powodu kontrowersyjnych zapisów. Kolejne szkice poświęcone są problematyce pisania Mętraka. W szkicu „Kinowość w stanie czystym” Rafał Koschany zwraca uwagę na to, że choć Mętrak cenił ów ujęty w tytule fenomen „kinowości” jako takiej, to w tej dziedzinie sztuki był dla niego najważniejszy jego aspekt społeczny, kulturowy, kino nie było dla niego „sztuką dla sztuki”, akcentował treść, nie formę kina. O Mętrakowym widzeniu kina polskiego i jego specyficznych rysach napisał Karol Jachymek i zwracał uwagę m.in. na jego pogląd na główną cechę polskiej X Muzy – bezkierunkowość i bezpostaciowość, która nie przeszkadzała od czasu do czasu tworzyć arcydzieła, ale nie stwarzała jej możliwości nawiązania dialogu i rywalizacji z innymi kinematografiami. Jachymek zwrócił też uwagę na specyficzną właściwość metody pisania Mętraka, właściwość w której był prekursorem – intertekstualność. Nie tylko bowiem podejmował on, posiłkując się ogromną erudycją, rozliczne zagadnienia, ale przywoływane przez niego cytaty, personalia, fakty, fenomeny dialogują między sobą, a jednocześnie odsyłają czytelnika do zagadnień pozatekstowych. Mętrak był też jednym z nielicznych krytyków, którzy zajmowali się powołaniem, cechami, wadami i zaletami własnej profesji, który próbował definiować sens tego dziennikarskiego zawodu. Przy okazji, a bez tego nie byłby sobą, złośliwie, po nazwisku komentował i etykietował kolegów po profesji. Skądinąd jego skłonność do złośliwych, błyskotliwych, a czasem i przesadni surowych opinii o ludziach z tzw. środowiska była jego i siłą i słabością. Temat ten podejmują Piotr Zwierzchowski („O krytyce i krytykach”) i Marcin Maron („Krytyk jako współtwórca kultury…”). Swego czasu poświęciłem Mętrakowi, w 10 rocznice jego śmierci, szkic „Prospero z Krakowskiego Przedmieścia”. Zwróciłem w nim uwagę na jego dar czynienia intelektualnego złota z wszystkiego czego dotknął, na jego dar midasowy. Dowodzi tego Mętrakowe pisanie o sporcie, zwłaszcza o piłce nożnej (Mariusz Czubaj, „Ludzka twarz futbolu”). Wydawałoby się , że trudno o coś mniej sportowego niż pisanie, trudno o większą antynomię niż sprzeczność między dynamiką sportowej akcji a statycznością procesu pisania i czytania. A jednak i w tym potrafił Mętrak przełamać owo niemal fizyczne prawo. Pod jego Midasowym piórem (jego łatwość i szybkość doskonałego pisania była legendarna i budziła podziw oraz niedowierzanie) coś tak dziwnego jak sportowy felieton (sprzeczność sama w sobie) nabierał naprawdę atrakcyjnych barw. Gdy się czytało Mętrakowe pisanie o piłce nożnej (n.p. po stacyjką „Grzejąc ławę”) aż wydawało się, że się gra. Midasowy dar Mętraka objawiał się też w jego poezji (Robert Mielhorski, „Nicość nie jest najstraszniejsza” O poezji Krzysztofa Mętraka”) i to w sposób jeszcze bardziej chyba paradoksalny niż w felietonie sportowym. Otóż choć Mętrak nie był ani wielkim, ani nawet szczególnie wybitnym poetą, to pod jego piórem jego niedoskonała poezja nabierała szczególnych walorów, jako uzupełnienie jego pisania dziennikarskiego i eseistycznego. On waloryzował swoje własne niedoskonałości. Krzysztof Mętrak zostawił po sobie ogromną spuściznę piśmienniczą, rozproszoną zresztą po różnych tytułach prasowych. Tym jednak, na co zwracali uwagę niemal wszyscy o nim pisali, było to, że nie pozostawił po sobie swojego opus magnum, że pozostawił jedynie małe (objętościowo) formy, zebrane w zbiory opublikowane za jego życia („Autografy na ekranie”, „Legendy nie umierają”) jak i po jego śmierci. Brało się to z kilku powodów. Po pierwsze, jego intelektualna niecierpliwość zachłanność, która nakazywała mu być „analitykiem i komentatorem świata całego” zamiast latami koncentrować się na wąskim zakresie zagadnień. Po drugie, Mętrak żył jak przedstawiciel artystyczno-dziennikarskiej cyganerii warszawskiej i należał do jej ostatniego chyba pokolenia, tryb życia takiej cyganerii nie ułatwiał koncentracji. Po trzecie, był hojny i wielkoduszny w swoim pisaniu. Z tej hojności można z wielkim pożytkiem czerpać do dziś.

„Krzysztof Mętrak”, redakcja Barbara Giza i Piotr Zwierzchowski, Seria Polscy Krytycy Filmowi, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2019, str. 282, ISBN 978-83-65390-42-4.