Poroszenko wierzy

Ukraiński prezydent Petro Poroszenko, choć wyprzedzony w sondażach przez komika Wołodymyra Zelenskiego, na ostatnim wiecu wyborczym we Lwowie ogłosił, że jest „absolutnie” pewny swego ostatecznego zwycięstwa. W niedzielę odbyła się pierwsza, a 21 kwietnia będzie druga tura wyborów, w których startuje 39 kandydatów. Liczy się jednak tylko trzech.

Wszystkie sondaże wskazują na Zelenskiego jako zwycięzcę pierwszej tury, dają mu od 25 do 28 proc. głosów. To znak zmęczenia wyborców elitami skompromitowanymi powtarzającymi się skandalami i sygnał rozczarowania po pięciu latach od prozachodniego Majdanu, który wyniósł Poroszenkę na najwyższe stanowisko w państwie. Zelenski, 41-letni aktor i przedsiębiorca rozrywkowy, swój ostatni wiec wyborczy w formie zabawnego spektaklu zorganizował pod Kijowem.
Poroszenko pojechał do Lwowa, by zapewnić tamtejszą publiczność, że Ukraina zachowa swój prozachodni kierunek polityczny. Dużo mówił o Putinie i Zelenskim. „Wybory będą całkowicie wolne i sprawiedliwe i jedynie naród ukraiński, a nie Putin, i nie jakiś oligarcha z Izraela, będą decydować o przyszłości Ukrainy!” – mówił Poroszenko, któremu sondaże dają od 17 do nawet 22 proc. głosów.
Ten „oligarcha izraelski”, o którym mówił prezydent, to Ihor Kołomojski. Sztab Poroszenki nazywa Zelenskiego „marionetką Kołomojskiego”, choć komik regularnie temu zaprzecza. Z drugiej strony popularna telewizja 1+1 należąca do Ukraino-Izraelczyka, zapewnia Zelenskiemu bogatą, pozytywną obsługę.
O przejście do drugiej tury Poroszenko będzie walczył z Julią Tymoszenko zajmującą w sondażach trzecią pozycję – od 13 do 17 proc. głosów. Tymoszenko zapewnia, że za jej kadencji Krym wróci do Ukrainy i obiecuje, że obniży o połowę ceny gazu dla ludności (co jednak już wzbudza protesty wierzycieli Ukrainy). Wszyscy trzej liczący się kandydaci są za zacieśnieniem stosunków ze Stanami Zjednoczonymi.

Poroszenko zwodzi?

Piotr Poroszenko, ukraiński prezydent, oznajmił, że gotów jest spotkać się z Władimirem Putinem na dwustronnych rozmowach.

Czy to oznacza, że Ukraina jest gotowa do rozmów o pokoju na swoich wschodnich terytoriach? Raczej nie, to tylko gra przed wyborami prezydenckimi w tym kraju. Poroszenko świetnie rozumie, że druga pozycja w przedwyborczych rankingach (15, 7 proc i traci 3,1 proc. do prowadzącego komika Wołodymyra Zelenskiego) wymusza na nim niestandardowe zachowania, jeżeli chce myśleć o nawiązaniu równorzędnej walki z Zelenskim. A w związku z tym, że 22 marca w Moskwie przebywali z wizytą Jurij Bojko, prorosyjski kandydat na prezydenta Ukrainy, popierany w Donbasie i Ługańsku, w towarzystwie Wiktora Medwedczuka, opozycyjnego polityka ukraińskiego i rozmawiali z premierem Miedwiediewem o zakończeniu konfliktu na wschodzie kraju oraz próbowali porozumieć się w sprawie nowych dostaw rosyjskiego gazu na Ukrainę, Poroszenko musiał zareagować.
Propozycja Poroszenki na temat spotkania z Putinem po bliższym wyjaśnieniu okazała się nieco przerysowana. Polityk oznajmił, że spotkanie takie przeprowadzi tylko w tym wypadku, jeżeli będzie miał wsparcie proukaraińskich partnerów zachodnich.
– Mogą być rozmowy dwustronne? Oczywiście, jesteśmy suwerennym, niepodległym państwem. Ale czy pozycja Ukrainy będzie słabsza, jeśli pojedziemy bez poparcia naszych międzynarodowych partnerów z proukraińskiej koalicji? Oczywiście, że słabsza – powiedział obecny prezydent Ukrainy w wywiadzie dla miejscowej telewizji.

Ukraińska demokracja, czyli nic się nie zmieniło

Im bliżej końca kampanii wyborów prezydenckich nad Dnieprem (przypomnijmy – pierwsza tura głosowania wypada 31 marca), tym bardziej atmosfera polityczna gęstnieje, przybierając coraz bardziej brutalne i niedemokratyczne formy.

Do gry włączyły się aktywnie środowiska nacjonalistyczno-neofaszystowskie z tzw. ukraińskiego Korpusu Ochotniczego „Prawego Sektora” dowodzonego przez Andrija Biłeckiego. Ukraiński Korpus Ochotniczy „Prawego Sektora”, zbrojne ramię tej partii, to typowa bojówka i zarazem kolejna mutacja jednostek militarnych złożona z ochotników, którzy operowali w Donbasie. Zorganizowały one kilka spektakularnych manifestacji skierowanych głównie przeciwko kampanii wyborczej urzędującego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki. Przeszkodziły mu w objeździe Ukrainy i organizowaniu wieców, na których obiecuje on, że w ciągu drugiej kadencji wprowadzi kraj do czołówki rozwiniętych państw świata, podniesie pensje i emerytury, no i oczywiście zwycięży w wojnie z Rosją na wschodzie Ukrainy, odzyska Krym i wprowadzi kraj do UE i NATO.
Obietnice mają rozmach, bo i opozycja przeciwko prezydentowi narasta – 10 marca wielki wiec w Kijowie zorganizował przeciwko prezydentowi Prawy Sektor, ale poczucie, że jego klan opanował większość stanowisk w administracji państwowej, wykracza poza skrajną prawicę. Takie jest mniemanie większości komentatorów życia publicznego nad Dnieprem różnych opcji. Kolejnym powodem niezadowolenia jest gigantyczna afera korupcyjna związana z handlem bronią i uzbrojeniem armii ukraińskiej, doposażeniem jej w sprzęt wojskowy i zyski związane z trwaniem wojny na wschodzie kraju (tzw. afera Ukr-Oborono-Prom-u). Klan Poroszenki jest bezpośrednio zamieszany w tę sprawę. Julia Tymoszenko zażądała publicznie rozpoczęcia procesu impeachmentu prezydenta w związku z tym skandalem.
Nacjonaliści czują się na Ukrainie na tyle pewnie, by zrywać kolejne wiece wyborcze Poroszenki. W Czerkasach, w ubiegłym tygodniu prezydenta zakrzyczano, zmuszono do zejścia ze sceny i ucieczki z wyborczego mitingu. Podobne wydarzenie miało miejsce następnego dnia w Żytomierzu. Kolejne spotkanie przedwyborcze w Czernihowie zorganizowano jako „niepubliczne”. Mimo to ochotnicy z Korpusu Narodowego i tak skutecznie je zakłócili. Następnego, w Łucku, już nie było. Spodziewają się równie „owacyjnego” przyjęcia prezydent pojechał …. do Donbasu, gdzie w mundurze polowym spotkał się z członkami batalionu Azow. Takie wyborczo-wojenne widowisko dla ludu.
Nagłe i agresywne rozerwanie związków między Poroszenką a nacjoszowinistami trzeba opisywać jako kolejny etap procesu rozpoczętego już na Majdanie. Te środowiska, które do tej pory wspierały Poroszenkę – z wzajemnością – dokonują kolejnego kroku ku dalszemu zorganizowaniu Ukrainy wedle koncepcji ultraprawicy i faszyzującego integralnego nacjonalizmu (pomysły Bandery, Szuchewycza, OUN itd.). Poroszenko basujący dotychczas tym tendencjom, aby przyciągnąć do siebie bardziej umiarkowany elektorat i ludzi, którym daleko do tych koncepcji państwa i narodu, którzy chcą po prostu spokojnie żyć, zmuszony został do zmiany narracji i retoryki. Fanatyczni zwolennicy ultraprawicy na jakiekolwiek kompromisy, z tytułu wyznawanych wartości i idei, nigdy i nigdzie się nie zgadzają.
Komentatorzy nad Dnieprem coraz częściej mówią, iż w razie wyborczego niepowodzenia Poroszenko nie będzie miał innego wyjścia, niż zbiec za granicę, wzorem Wiktora Janukowycza. Wymienia się Mołdawię, gdyż Poroszenko – który uczył się w szkole w naddniestrzańskich Benderach – jest zaprzyjaźniony z tamtejszym prezydentem Igorem Dodonem, lub Malagę w Hiszpanii gdzie posiada luksusową rezydencję. Majątek Poroszenki w czasie jego działalności w państwowej administracji Ukrainy (od 1998 r.) a zwłaszcza podczas prezydentury, został wielokrotnie pomnożony, niekoniecznie legalnymi i transparentnymi metodami. Zajmowanie się równolegle działalnością biznesowa i polityką, piastując przy tym najwyższe stanowiska państwowe jest z definicji korupcjogenne. Bez gigantycznych machinacji w trakcie wyborów i olbrzymich manipulacji medialnych Poroszenko ma nikłe szanse na wejście do II tury. Zwłaszcza, iż tendencje badań opinii publicznej pokazują trend spadkowy tej kandydatury.
Nawet najgorliwsi do tej pory zwolennicy Majdanu, prozachodniego Ukrainy i zerwania jakichkolwiek związków z Rosją – jak np. topowy dziennikarz naddnieprzańskich mediów Dmitrij Gordon – oficjalnie mówią dziś, że problemem Ukrainy jest nie wojna na wschodzie kraju, nie hybrydowa agresja Federacji Rosyjskiej, ale korupcja i przegnicie do dna systemu funkcjonowania państwa. Bez wymiany całej elity politycznej nic się nad Dnieprem nie zmieni. W wywiadzie dla kanału 112 Gordon stwierdził nawet, iż „korupcja funkcjonująca za Janukowycza to dziecinada w porównaniu z tym, co jest w ostatnich 5 latach”. Przewiduje on sytuację, kiedy wszystko zostałoby po wyborach jak dotychczas, że kolejne miliony Ukraińców wyjadą na Zachód i do Rosji. Kraj opustoszeje do reszty.
Zanim zastanowimy się, czy o to chodziło tym Ukraińcom, którzy szczerze ryzykowali życie na Majdanie, spójrzmy jeszcze na sondaże: permanentnie zyskuje komik, reżyser i aktor Wołodymyr Zełenski (ponad 25 proc. poparcia). Na drugim miejscu tasują się Julia Tymoszenko (ponad 17 proc.) i Petro Poroszenko (ok. 16 proc.). W wyścigu o II turę liczy się jeszcze może Jurij Bojko (ok. 11 proc. poparcia). W tle pozostają oligarchowie, którzy sponsorują kampanie kandydatów. Np. Ihor Kołomojski jest donatorem kampanii Zełenskiego, ale ostatnio regularnie spotyka się (według kijowskich informacji medialnych) z … „piękną Julią”.
To oligarchowie zadecydują o składzie drugiej tury: wymienia się Rinata Achmetowa, Dmytro Firtasza, Wiktora Pińczuka, Ihora Kołomojskiego, Wiktora Medwedczuka, Wadyma Rabinowicza czy Hennadija Bogolubowa. Może w dokonywaniu wyborów pomogą im ultranacjonalistyczne bojówki, cieszące się protekcją czy też przyjaznym milczeniem ministerstwa spraw wewnętrznych. Zdanie zwykłych wyborów będzie miało takie znaczenie, jak zawsze.
Dlatego, jeśli spytać ich o plany na przyszłość, najczęściej odpowiadają: wyjechać.

Wojna polsko-ukraińsko-rosyjska

Nie będzie sojuszu antykomunistów ukraińsko-polskich. A zapowiadało się tak zachęcająco. Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej pod przewodem Wołodymyra Wiatrowycza rozpoczął po 2014 roku masowy pogrom radzieckiej przeszłości.

 

Jak pochwalił się prezes ukraińskiego IPN w polskim, prorządowym tygodniku „Sieci” od 2014 roku na Ukrainie zmieniono nazwy 987 miast i wiosek. Na niekomunistyczne. Nowych, zwykle antyradzieckich patronów, otrzymało 52 tysiące placów i ulic. Położonych na całej Ukrainie, poza terenami pozostającymi poza kontrolą rządu. Obalono też ponad 2,5 tysiąca komunistycznych pomników. Wśród nich ponad 1,5 tysięcy pomników Lenina. Takimi sukcesami nie może pochwalić się polski IPN, chociaż corocznie ma przynajmniej dwudziestokrotnie większy budżet niż ukraiński.
Jeszcze dwa lata temu wydawało się, że zapowiadany na rzeszowskim Forum Polsko – Ukraińskim, wielki antyradziecki i antyrosyjski sojusz dwóch antykomunistycznych IPN – ów, będzie tryskał braterską współpracą.
Nic z tego. Polscy i ukraińscy antykomuniści pokłócili się śmiertelnie o sztandarowego antykomunistę. O Stefana Banderę. Kiedyś obywatela państwa polskiego ukraińskiej narodowości.
Dla patriotycznych Ukraińców z kijowskiego IPN Stefan Bandera jest jednym z ojców ukraińskiego, niepodległego państwa. Obecnego państwa. A także Ukraińskiej Powstańczej Armii, która dzielnie walczyła z Armią Czerwoną.
Dla polskiego IPN Stefan Bandera jest ukraińskim, antypolskim nacjonalistą i ojcem ideowym ludobójstwa Polaków na Wołyniu.
W rzeczywistości Stefan Bandera w czasie swego bujnego życia zdążył być i tym i tym.
I gdyby nie sympatia starego Marszałka Józefa Piłsudskiego do młodego terrorysty Stefana Bandery, to pewnie nie mielibyśmy się dzisiaj o kogo kłócić.
Ale pomny swej terrorystycznej młodości Piłsudski w 1936 roku wystarał się o zmianę wyroku polskiego sądu. Zamiast kary śmierci dostał Bandera dożywotnie więzienie. Z polskiego wiezienia zbiegł we wrześniu 1939 roku. Wojnę ukraińsko-polską z lat 1943-48 przesiedział w niemieckim więzieniu i potem na emigracji.
I chociaż po 1945 roku dochodziło do braterstwa broni między UPA i tak zwanymi „żołnierzami wyklętymi”, do wspólnej walki z wojskiem polskim, MO i UB, to dla polskich antykomunistów z IPN, Stefan Bandera i UPA to przede wszystkim antypolscy ludobójcy.
I przeciwko pozytywnemu ich upamiętnianiu na początku tego roku Sejm RP przyjął nowelizację ustawy o IPN. Słynną na całym świecie. Wyjątkowy bubel legislacyjny, który doprowadził do dyplomatycznej wojny izraelsko-polskiej oraz fali krytyki polskiego rządu w przez proizraelską administrację USA.
Rząd polski wojnę z Izraelem przegrał. Znowelizował nowelizację pod dyktando władz żydowskich. Ale antyukraińskie zapisy w nowelizacji pozostawił.
To wielce oburzyło Ukraińców, bo rząd PiS pokazał im, że traktuje ich gorzej niż Żydów. Co dla ukraińskiego patrioty zwyczajnym daniem „po pysku” jest.
Dumni Ukraińcy nie nadstawili drugiego policzka. Zabronili polskiemu IPN-owi tropić „komunistyczne zbrodnie” na terenie obecnej Ukrainy. Ponieważ polski IPN nie może zastosować podobnych retorsji, to teraz wisi na pańskiej łasce prezesa Wiatrowycza.
A ten wyraźnie zadeklarował w tygodniku „Sieci”: „Mówię jasno: do czasu zmiany ustawy o IPN w wątku ukraińskim taka współpraca w ogóle nie jest możliwa”.
Zapewne takie stanowisko ukraińskich władz wpływa na odpływ poparcia dla Ukrainy ze strony władz polskich. Zwłaszcza prawicowych, PiS-owskich komentatorów i doradców politycznych.
W czasie ostatniego konfliktu ukraińsko-rosyjskiego o kontrolę nad przesmykiem kerczeńskim, polski MSZ wydał szybkie, tradycyjnie antyrosyjskie stanowisko.
Za to w prawicowych, wpierających PiS, mediach pojawiły się liczne sugestie, że ten spór może też być ukraińską prowokacją.
Jan Maria Rokita, niedawny prominentny, prawicowy polityk, niedoszły „premier z Krakowa”, przypomniał na łamach „Sieci”, że strona ukraińska wcześniej również dopuszczała się bezprawnych zatrzymań rosyjskich statków handlowych. I rekomendował polskim władzom aby nie popierały bezmyślnie i bezgranicznie polityki rządu w Kijowie.
Poparcia dla polityki Kijowa i prezydenta Poroszenki udzieliły polskie, związane z liberalną opozycją, media. Zwłaszcza telewizja TVN, w której prezydent Ukrainy wystąpił udzielając obszernego wywiadu. Wywiad był bez krytycznych pytań ze strony dziennikarzy zwykle krytycznej stacji. Zrobiony przez nich „na kolanach”. Pachniał zleceniem od amerykańskich właścicieli stacji.
Inaczej było w narodowo-katolickiej TVP, bezkrytycznie popierającej rząd PiS. Tam prezentowano nieufność i wstrzemięźliwość wobec polityki prezydenta Poroszenki wraz z tradycyjnie serwowaną tam dawką antyputinizmu i PiS-owskiej rusofobii.
I tak znów okazało się, że na wojnie rosyjsko-ukraińskiej rząd PiS walczy po obu stronach. Walczy z Rosją. I teraz z Ukrainą też.