Nie bójmy się jawności płac!

Politycy praktycznie wszystkich opcji krytykują nepotyzm, rozdawanie stanowisk członkom rodzin i znajomym, wypłacanie nominatom partyjnym gigantycznych premii i honorariów. Mało kto jednak zabiega o wprowadzenie rozwiązań, które mogłyby znacznie ukrócić patologie.

Jednym z głównych instrumentów w walce z nepotyzmem, kolesiostwem, horrendalnie wysokimi wypłatami dla nominatów partyjnych, bulwersującymi nierównościami płacowymi byłoby wprowadzenie jawności płac. Na to jednak nie widać zgody. Ani w kręgach rządu, ani większości środowisk opozycyjnych.

Kto mało zarabia – wiemy

Płace większości pracowników w Polsce są i tak jawne. Wiemy, jakie są zarobki w szkolnictwie, służbie zdrowia, pomocy społecznej, wymiarze sprawiedliwości. Znamy zarobki w dużych sieciach handlowych, firmach ochroniarskich, zakładach transportu publicznego. Mniej więcej wiadomo, ile zarabiają pracownicy kawiarni i restauracji. W tych zawodach płace są zazwyczaj stosunkowo niskie i pracownicy w zdecydowanej większości nie mają nic do ukrycia. Brak jawności dotyczy głównie części osób o wysokich dochodach zajmujących kierownicze stanowiska. Spory pojawiają się też wtedy, gdy okazuje się, że osoby zatrudnione na tych samych stanowiskach otrzymują różne pensje – wtedy pracownicy o niższych dochodach mają słuszne poczucie krzywdy. Wszak Kodeks pracy i Konstytucja RP gwarantują im równą płacę za tę samą pracę. Ale bez wprowadzenia jawności płac trudno byłoby te arbitralne nierówności zniwelować.

Absurdalne nierówności

Dotyczy to też nierówności płac między płciami i wszelkich innych form dyskryminacji. Dzisiaj kobiety wciąż zarabiają około 20 pkt. proc. mniej niż mężczyźni i choć dyskryminacja płacowa kobiet jest sprzeczna z prawem, brak jawności wynagrodzeń nie pozwala nawet otwarcie skonfrontować się z problemem.

W Polsce nawet w sektorze publicznym w różnych częściach kraju pracownicy pełniący te same funkcje i z tym samym zakresem obowiązków często otrzymują zróżnicowane wynagrodzenia. Jawność płac mogłaby doprowadzić do spłaszczenia dochodów wśród osób wykonujących tę samą pracę.

Uzdrowić relacje w firmach

Jawność płac pozwoliłaby wprowadzić też zdrowsze i bardziej transparentne relacje między pracodawcami i pracownikami. Obecnie zdarzają się sytuacje, gdy firma przynosi straty, zwalnia pracowników lub obniża im pensje, a w tym samym czasie kadra zarządzająca przyznaje sobie podwyżki lub dodatkowe premie. Niekiedy zdarzają się sytuacje, gdy koszty kryzysu ponosi arbitralnie wybrana część pracowników. Informacje na temat podwyżek lub ich braku są przedmiotem plotek i legend, a brak sprawdzonej wiedzy psuje atmosferę w firmie i skłóca załogę. Jawność płac byłaby dla pracodawcy bodźcem do bardziej sprawiedliwego i racjonalnego systemu płac. Musiałby wytłumaczyć pracownikom przyczyny takich, a nie innych rozwiązań podwyżki płacowych. Musiałby też umieć przekonać załogę co do wysokości honorariów dla kadry zarządzającej. W ten sposób transparentność odnośnie poziomu wynagrodzeń motywowałaby pracodawcę do wprowadzenia spójnego i przekonującego systemu płac.

Uciąć szkodliwe spekulacje

Dzięki jawności Polacy zobaczyliby też ogrom nieprawidłowości w firmach tak prywatnych, jak i publicznych. Wiedza o skali nierówności pozwoliłaby wywołać presję na wprowadzenie bardziej egalitarnych rozwiązań.
Ujawnienie płac ucięłoby spekulacje na temat dochodów kadry kierowniczej, polityków czy działaczy związkowych. Obecnie wyobrażenia na temat wysokości pensji na różnych stanowiskach często odbiegają od rzeczywistości, a poziom rzeczywistych wynagrodzeń znacząco odbiega od oczekiwań społecznych. Dotyczy to szczególnie stanowisk kierowniczych w instytucjach publicznych i spółkach skarbu państwa. Politycy mają skłonność do ukrywania realnych płac swoich znajomych i rodzin. Wiedzę na ten temat niekiedy ujawniają dziennikarze śledczy, ale często są to doniesienia oparte na plotkach i niesprawdzonych informacjach. Jawność płac przecięłaby spekulacje i pomogła odsłonić skalę nieprawidłowości, a tym przeciąć powiązania między polityką i biznesem. Powszechna stałaby się wiedza, ile zarabiają nominaci partyjni i członkowie ich rodzin. Dzięki jawności wzrósłby też nacisk na przeprowadzanie konkursów przy naborze na najlepiej płatne funkcje.

Jawność wynagrodzeń mogłaby też poprawić atmosferę w firmach, przyczynić się do wzrostu wydajności pracy i minimalizacji stresu. Jawność byłaby ważną częścią relacji opartych na zaufaniu i dialogu. Pozwoliłaby zrozumieć i zaakceptować politykę płacową każdego zakładu pracy. Wszak ludzie lepiej pracują, gdy ich wynagrodzenie jest ustalone na jasnych i przejrzystych zasadach. Dzięki jawności płac firmy w większym stopniu konkurowałyby o pracownika wysokością proponowanej pensji.
Wprowadzenie jawności płac byłoby więc pozytywnym i bardzo łatwym do wprowadzenia rozwiązaniem dla rynku pracy i jakości życia społecznego. Niestety PiS-owska władza, która bardzo lubi lustrować swoich adwersarzy, sama ma wiele do ukrycia.

Regres na rynku pracy

Za rządów PiS nie ma dobrej zmiany na rynku pracy. Na wielu obszarach zmieniło się na gorsze.

Polityka rynku pracy od lat znajduje się na marginesie zainteresowań władzy. Ważniejsze jest przejęcie Trybunału Konstytucyjnego, osłabienie Sądu Najwyższego, upartyjnienie Krajowej Rady Sądownictwa. Zmiany, które nastąpiły na rynku pracy od 2015 r. w większości nie są to zmiany korzystne dla pracowników.

Dramat w budżetówce

Przede wszystkim nastąpił katastrofalny regres odnośnie praw pracowniczych w przedsiębiorstwach państwowych i spółkach skarbu państwa. Funkcje kierownicze zajmują nominaci partyjni, którzy często zwalczają niepokorne związki zawodowe, pozbywają się niewygodnych pracowników, faworyzują podporządkowany rządowi NSZZ Solidarność. Wielu prezesów traktuje firmy zarządzane przez państwo jak prywatne folwarki. Brutalnym przykładem takiego podejścia jest prezes Państwowych Portów Lotniczych, Mariusz Szpikowski. Ale warto też przypomnieć PiS-owskiego prezesa PLL LOT, Rafała Milczarskiego, który podczas strajku zwolnił dyscyplinarnie 67 osób czy prezesa Poczty Polskiej, Przemysława Sypniewskiego, który tak samo potraktował lidera niepokornego związku zawodowego za krytyczny wpis na Facebooku. Przykłady można mnożyć.

Budżetówka i sektor samorządowy są lekceważone systemowo. Setki tysięcy pracowników służby zdrowia, szkolnictwa, pomocy społecznej czy wymiaru sprawiedliwości zarabiają stawki nieznacznie przekraczające płacę minimalną, ich wynagrodzenia coraz bardziej odstają od średniej. Rząd traktuje ich z butą i pogardą – stąd brutalny atak na pracowników oświaty podczas strajku.

Śmieciówki nie poszły do śmieci

W kampanii wyborczej PiS obiecywał likwidację umów śmieciowych. Tymczasem nie tylko ich nie zlikwidowano, ale ich skala w ostatnich latach wzrosła. Szacunkowa liczba osób fizycznych prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą, które nie zatrudniały pracowników na podstawie stosunku pracy (tzw. „samozatrudnieni”) na koniec 2018 r. wyniosła ok. 1,3 mln i w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku wzrosła aż o 8,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób. W 2016 r. wzrosła o ok. 4,5proc., a w 2017 r. o 4,3 proc. . Od trzech lat mamy więc do czynienia ze znacznym wzrostem samozatrudnienia, a osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą nie obowiązują przepisy dotyczące płacy minimalnej czy urlopów wypoczynkowych. W znacznie mniejszym stopniu dotyczą też tej grupy przepisy BHP. Rząd nie podejmuje żadnych działań na rzecz ograniczenia wymuszonego samozatrudnienia, a wręcz promuje umowy B2B np. w transporcie lotniczym czy w służbie zdrowia. To nie tylko skandaliczne omijanie prawa, ale też obniżanie jakości usług. Lekarz pracujący przez 40 godzin bez przerwy ryzykuje swoim zdrowiem i stanowi niebezpieczeństwo dla pacjenta.

W ostatnich latach wzrosła też liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy. W 2018 r. było ich 1,3 mln, czyli o 8,3 proc. więcej niż w 2017 r. Ten wzrost to nowe zjawisko, ponieważ w latach 2014-2017 obserwowano nieznaczny spadek liczby osób, z którymi zawarto umowę cywilnoprawną. Innymi słowy wbrew obietnicom PiS po przejściowym spadku nastąpiło zwiększenie skali śmieciowego zatrudnienia.

Patologie kwitną

Na dodatek wiele umów niestandardowych jest zawieranych wbrew przepisom prawa pracy. Zgodnie z art. 22 Kodeksu pracy, gdy jest określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to musi być etat. Tymczasem w gastronomii, ochronie czy handlu, mimo spełnionych ustawowych kryteriów umowy etatowej, dziesiątki tysięcy pracowników ma śmieciówki. Rząd nie podjął żadnych działań, aby ograniczyć skalę patologii na tym obszarze. Rząd nie przyjął też żadnych rozwiązań na rzecz zmniejszenia olbrzymich nierówności płacowych, nie podjął działań na rzecz ograniczenia skali darmowych i niskopłatnych staży, nie podjął wysiłków na rzecz wzrostu bezpieczeństwa w pracy i przestrzegania przepisów BHP, nie przeciwstawił się gigantycznej skali niewypłacania wynagrodzeń na czas. Jeżeli ktoś uważał PiS za partię propracowniczą, to po ponad czterech latach jej rządów powinien porzucić złudzenia.

Za ladą, gdzieś w Polsce (2)

Jak wygląda świat zza lady? Rzadko sobie zdajemy z tego sprawę. Zwykle nawet nie zauważamy anonimowej sprzedawczyni czy sprzedawcy. A tymczasem to świetny punkt prowadzenia obserwacji. Przede wszystkim – obserwowania nas samych. W nowym cyklu Piotra Jastrzębskiego możemy zatem przejrzeć się sami. Trochę jak bohaterowie „Rewizora” Nikołaja Gogola.

 

 

Zacząłem pracę w systemie zmianowym. W sklepie pojawiła się nowa pracownica i zaczął już funkcjonować w normalnych dla tej sieci godzinach, czyli od szóstej do dwudziestej trzeciej.

 

Czwarty raz widziałem swoją szefową, wpadła po rozliczenie i przy okazji wprowadziła kilka zmian. Główną są właśnie godziny otwarcia, ale nie tylko.

Po dokładnym sprawdzeniu dobowych rozliczeń okazało się, że każdego dnia miałem w kasie jakieś braki. Nie były to znaczne kwoty – ot, po cztery, pięć czy siedem złotych. Ale ich suma dała coś powyżej czterech dych manka. Nie byłem specjalnie zdziwiony – znam siebie i swoją „skruplatność” finansową. Gubię się nawet w najprostszych rachunkach, a co dopiero przy prowadzeniu sklepu.
Kwota wydawała mi się i tak niezbyt niewielka, zaproponowałęm więc, że po prostu to odpracuję. Kobieta nie mogła jednak uwierzyć, że ktoś może aż tak nie znać się na pieniądzach. Zaczęła wypytywać, w jaki sposób zamykam kasę, liczę utarg i kończę pracę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że najpierw liczę setki, potem pięćdziesiątki, dwudziestki, dychy, piątki i czasem dwójki, a resztą sobie dupy nie zawracam, bo pędzę na tramwaj. Poprosiła, żebym przyniósł cała szufladę, którą wspólnie przeliczymy. Zrobiłem jak kazała, wysypałem na biurko stos srebrno-miedzianych monet. Zaczęliśmy to wszystko mozolnie układać, liczyć i segregować. Byłem przerażony, kazała liczyć nawet jednogroszówki.

Gdy skończyliśmy, okazało się że nie mam manka, wszytko wyrównało się wraz ze sporą nawiązką. Ponad sto złotych superaty. Bardzo mnie to ucieszyło, byłem pewien że szefową również. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, z tego też nie była zadowolona. Pomyślałem, że to po prostu taki typ, którego nic nigdy nie zadowoli i zawsze się czepia. Choć tym razem ewidentnie nie ma powodu. A wręcz przeciwnie, czy może być coś lepszego dla kupca niż nadwyżka w kasie? – rozumowałem na swój prosty sposób. Zaczęła tłumaczyć mi zawiłości etyki zawodowej, wspomniała coś o orżniętych klientach i że to źle. Podsumowała wreszcie, że być może w swoim bałaganiarstwie coś sprzedałem, nie nabiłem i przy dokładnym remanencie się wyrówna. Wątpię, ale mam niewielkie szanse by się o tym przekonać. Prędzej czy później i tak z tej roboty wylecę, podobnie jak wylatywałem z poprzednich. Pytanie tylko, kiedy? Alternatywne wyjście jest takie, że sam zrezygnuję.

Najzwyczajniej w świecie, do handlu ani żadnego biznesu się nie nadaję. Nie chodzi tylko o rachunki, ale nie potrafię nawet powiedzieć gdzie co leży i na pytanie klienta czy jest to lub tamto, bezradnie rozkładam ręce.

Jak tu się zresztą nie pogubić w tej masie kolorowych opakowań, powciskanych od podłogi po sufit.

Rodzimy handel, zwłaszcza niewielkie osiedlowe sklepy, polega głownie na sprzedaży artykułów niepotrzebnych. A wszystko upchnięte, wciśnięte od podłogi po sufit. Jedynym wytłumaczeniem tej aranżacji, mogą być horrendalnie wysokie czynsze, być może z tego właśnie powodu właściciele wykorzystują każdy milimetr powierzchni. Ze zwykłej, kupieckiej oszczędności.

Pracuję w tym miejscu od miesiąca, od miesiąca gapię się na te same półki i gdy sam czegoś potrzebuję, to za cholerę nie mogę znaleźć. Jedna wielka masa niczego. Zrezygnowany idę wreszcie do innego sklepu, gdzie w razie problemów zawsze mogę poprosić o pomoc kompetentnego sprzedawcę. Tylko warzywa i owoce ułożone są w sposób przejrzysty. Z nimi mam jednak inny kłopot – waga. To kolejne po kasie fiskalnej urządzenie, które musiałem poznać i opanować.

Miałem z tym nie lada kłopot. Kiedyś, pewna kobieta kupowała gruszkę. Położyłem owoc na wadze, wstukałem odpowiednie kody i w kasie wyskoczyła cena – dużo jedynek i ósemka. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na sto osiemnaście złotych. Nie zastanawiałem się specjalnie, maszyna przecież jest nieomylna. Nie przyszło mi do głowy, że trochę dużo jak za napój, bułkę i jedną gruszkę – ale nie od myślenia tam jestem. Klientka również nie protestowała, wzruszyła ramionami i powiedziała, że zapłaci kartą. Po kilku próbach okazało się to niemożliwe. Za każdym razem wyskakiwał komunikat, że takiej kwoty zrealizować nie można. Oboje byliśmy tym zaskoczeni. Gdy jednak ponownie sprawdziłem ponabijane artykuły i ich ceny, moją uwagę zwróciła zaskakująca ilość jedynek w podanej przez komputer kwocie do zapłaty. Trochę za dużo jak na sto osiemnaście, nawet z groszami. Nie było to sto osiemnaście złotych, ale jedenaście tysięcy osiemset. A sama gruszka ważyła nie dwadzieścia deko, a coś ponad tonę. Gdyby kobieta miała taką sumę na koncie, zapewne zapłaciłaby rachunek, a ja następnego dnia nie miałbym już dylematu pracować czy odejść, bo zwyczajnie, z hukiem bym wyleciał.

W znakomitej większości sklepy – zwłaszcza te wiejskie i osiedlowe – zaopatrzone są we wszystko, ale gdy to wszystko leży wszędzie, to nie ma tam nic. Podobne wrażenie miałem na Wyspach, chociaż jedynie w sklepach polskich, tureckich i hinduskich.

Zupełnie inaczej natomiast zapamiętałem Francję. Wiejskie sklepiki świecą tam pustkami. Na pierwszy rzut oka, tam naprawdę nie ma nic. Po chwili okazuje się, że jest wszystko co potrzebne.
Prawdziwym przekleństwem są dni, podczas przyjęcia towaru, gdy jeszcze muszę poukładać to wszystko na półkach. I co gorsze – na swoim (?) miejscu. To jest właśnie moment, gdy rozstrzyga się we mnie bój o to, czy zostać w tej robocie, czy rzucić ją w cholerę. Trochę szkoda, bo kasa całkiem niezła, a z socjologicznego i reporterskiego punktu widzenia to doskonały materiał i świetny punkt obserwacyjny. Poza tym zdążyłem się zaprzyjaźnić z większością mieszkańców okolicznych kamienic. Zarówno tych od cebulki i soczku, po tych bezpardonowych i niepijących wcale.

Wiem kto jakie papierosy pali – przynajmniej w szulgach się nie gubię, chociaż na początku też miałem kłopot – i z większością ucinamy sobie krótsze lub dłuższe pogawędki. Klientów podzieliłem sobie na trzy kategorie: tych, których lubię, obojętnych i nieznośnych. Obojętni to tacy, którzy wpadają sporadycznie po zapomniany drobiazg, bo główne zakupy zrobili wcześniej w jakimś dużym supermarkecie, sympatyczni to ci, którzy uprzejmie zaczekają ze mną przed sklepem, aż spokojnie dopalę papierosa – jest to też świetna okazja, żeby pogadać, a irytujący to tacy, którzy bezczelnie wchodzą do sklepu widząc, że dopiero przypalam szluga. Wtedy muszę go wyrzucić i wejść z nimi do środka. Zazwyczaj nie pozostaję dłużny i wyjątkowo długo takich obsługuję, a resztę wydaję w najdrobniejszych jakie tylko mam, monetach. Koniec końców ten irytujący sam jest zirytowany, gdy wychodzi ze sklepu z piętnastoma złotymi w jedno i dwugroszówkach. Taka drobna zemsta kasjera za niedopalonego papierosa.