Dąbrowszczacy się bronią!

W wyniku decyzji Naczelnego Sądu Administracyjnego, na mapę Warszawy powracają ulice Dąbrowszczaków oraz gen. Sylwestra Kaliskiego. NSA odrzucił skargę wojewody mazowieckiego na wcześniejszy wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego anulujący zarządzenie zmieniające nazwy ulic. Wyrok jest prawomocny i oznacza zwycięskie zakończenie walki z dekomunizacją w Warszawie. NSA uchylił decyzje dekomunizacyjne w sprawie wszystkich 50 nazw ulic, których zmiany chciał narzucić wojewoda. Decyzja w sprawie przywrócenia nazw 44 ulic zapadła w grudniu ubiegłego roku, trzech kolejnych – Stanisława Tołwińskiego, Krystyny Matysiakówny oraz Józefa Szymańskiego – w marcu. W przypadku jednej nazwy wojewoda nie odwołał się od wyroku WSA.
Wojewoda mazowiecki został obciążony kosztami postępowania sądowego. W uzasadnieniu decyzji NSA stwierdził, że zaprezentowane w związku z dekomunizacją opinie IPN nie mają wiążącego charakteru, a wojewoda sam nie umiał wystarczająco uzasadnić proponowanych zmian.
Na tym samym posiedzeniu zapadła również decyzja przywracająca w Makowie Mazowieckim nazwę ulicy Janka Krasickiego.
Zablokowanie dekomunizacji było możliwe między innymi dzięki społecznemu oporowi, który skłonił samorządy do wystąpienia na drogę sądową. W przypadku ul. Dąbrowszczaków mieszkańcy ulicy masowo podpisywali się pod petycją w jej obronie. Społeczności lokalne mają szansę na zwycięstwo nad dekomunizatorami dzięki wywieraniu presji społecznej i zorganizowaniu się.

Reprywatyzacja, ciąg dalszy

Pan Jan od 30 lat mieszka w komunalnym mieszkaniu na warszawskiej Pradze.

Lokal ma 16 metrów kwadratowych i składa się z jednej izby bez łazienki, bez ogrzewania, ciepłej wody, gazu czy kuchni. Jest osobą niepełnosprawną, rzadko się uśmiecha. Nie bardzo już wierzy, że jego los się odmieni. Jednak zdobył się na wystąpienie o poprawę warunków mieszkaniowych, bo jego lokal właśnie uległ reprywatyzacji.
Miasto st. Warszawa odmówiło, bo dopatrzyło się, że ma on udział w niewielkim gospodarstwie rolnym. Jakiś skrawek ziemi na końcu Polski, który mógłby sprzedać, aby zaspokoić swoje potrzeby mieszkaniowe. Sęk w tym, że tam mieszka jego brat. Człowiek ubogi i aby sprzedać ziemię, z nędzną drewnianą chałupą, musiałby wygnać z domu rodzonego brata. Oczywiście pod warunkiem, że ten nędzny spłachetek ziemi ktoś by zechciał nabyć.
Wiele się mówiło o preferencjach przy rozpatrywaniu próśb o pomoc mieszkaniową dla osób będących ofiarami reprywatyzacji. Mówiono też, że niepełnosprawność przemawia za szybszym przyznaniem najmu komunalnego. Tu jednak mamy do czynienia z wyraźną złą wolą miasta, które wyszukuje najrozmaitszych pretekstów by nie pomagać tym, którym pomagać obiecało.
W Poznaniu skazano na dwa lata więzienia niejakiego Śrubę. Czyściciela kamienic, który uprzykrzał życie lokatorom reprywatyzowanych kamienic. Mniejsze wyroki więzienia otrzymało dwóch innych czyścicieli. Na ławie oskarżonych nie zasiedli jednak ci, którzy Śrubę i jemu podobnych wynajęli. Tych, którzy byli sprawcami intelektualnymi przestępstw polegających na podrzucaniu nieczystości, robactwa, czy kopaniu lokatorom symbolicznych grobów na podwórkach.
Wszystko tylko po to by mieszkańcy się wynieśli, a mocodawcy czyścicieli mogli zarobić. Bo właściciel w naszym kraju jest nietykalny, a własność prywatna święta.
Gdy ktoś wynajmuje zabójcę, odpowiada co najmniej na równi z nim. Gdy ktoś wynajmuje zbira do wykurzenia lokatorów pozostaje bezkarny. Po roku pan Śruba wyjdzie pewnie za dobre sprawowanie i będzie mógł się cieszyć sowitym wynagrodzeniem, który otrzymał od właścicieli reprywatyzowanych kamienic. I już się pewnie śmieje z nas, lokatorów i wymiaru sprawiedliwości. A z braku ustawy reprywatyzacyjnej, która by położyła kres oddawaniu kamienic z lokatorami, cały proceder trwa w najlepsze.
Władza woli wciąż w świetle jupiterów ścigać pionki nie ruszając grubych ryb. Karać, zamiast zapobiegać krzywdzeniu niewinnych lokatorów, których wciąż oddaje się spadkobiercom i nabywcom roszczeń jak worek kartofli wraz kamienicami.

Widok z auta

Piewcy nowych czasów często, często z rechotem, opowiadają jak się żyło w PRL. Że wieczne kolejki, że ocet…

Warszawa, styczeń 2019. Ósma rano. Na jednej z peryferyjnych ulic Pragi ponad stumetrowa kolejka do dobroczynnej garkuchni po darmowy posiłek. Stoją ludzie w różnym wieku, samotni i parami, na ogół ubrani źle, byle jak, albo marnie. Biednie, po prostu.
Brudni, którzy wychynęli dopiero co z jakiejś piwnicy, stoją obok biedaków schludnych, donaszających porządne niegdyś jesionki, kurtki i garnitury.
Postronnym, którzy – jak ja – jeżdżą po tej ulicy rzadko, wydawało się dotąd, że pojawiają się tu dopiero w czasie obiadowej zupy. Okazuje się, że dzień też tu zaczynają. Za to po południu i wieczorem już ich nie zobaczysz, zupa bowiem jest obiadokolacją.
Zapewne dla wielu ta garkuchnia, to jedyna szansa na zjedzenie czegokolwiek. Owszem – są tu cwaniacy, pijacy, menele. Zjedzą za darmo, ubiorą też za darmo – w to, co dadzą im w PCK, albo w parafii. Jako tako odziani mogą zająć się tym, co lubią najbardziej – ciułaniem na gorzałę. No, choćby na browarek. Kawałek złomu gdzieś znajdą, w śmietnikach trochę puszek po piwie, miejsce na parkingu „zarezerwują” za złocisza, albo po prostu w garażach supermarketu wyrwą od kogoś parę groszy na litość: „mogie odprowadzić wózek”?…
No tak, ale przecież nie wszyscy z kolejki po talerz zupy, to degeneraci. W cierpliwym tłumie głodnych są też osoby jakby nieco zakłopotane, że muszą tu stać. Niektórzy są wręcz zawstydzeni – żony z mężami, starsi, samotni mężczyźni, starsze, samotne kobiety. Nie podnoszą wzroku, nie rozglądają się na boki. Po ubiorze, po zachowaniu widać, że kiedyś mieli się znacznie lepiej, a przynajmniej na pewno jedli w swojej kuchni, ze swoich talerzy
Na tej peryferyjnej ulicy Pragi człowiek nagle zdaje sobie sprawę, jak bardzo cienka jest teraz granica między życiem normalnym, a życiem w biedzie. Jak w gruncie rzeczy niewiele nas dzieli od ciepłego wnętrza szemrzącego samochodu, do ogonka na chodniku smaganym zimnym wiatrem. Od śniadania we własnym domu, do tych stu kilkudziesięciu metrów, które trzeba przejść noga za nogą, pośród nędzy ludzkiej, żeby w ogóle zjeść cokolwiek.
Nie rozumiem tylko, dlaczego karmienie biednych, urządzanie dla nich masowych wigilii, czy wspólnego śniadania wielkanocnego, to taka dobra okazja do manifestowania społecznej dumy z chrześcijańskiej miłości bliźniego?
Czyż to nie jest aby powód do wstydu? Obywatelskiego? Państwowego? Wszak przy tych świątecznych okazjach przewija się przed naszymi oczami zupełnie inna Polska od tej, którą codziennie oglądamy na ekranach swoich telewizorów. Ona nie mieszka w apartamentowcach, nie jeździ „hybrydami”, nie rozmawia o hipsterce, albo o tym, jak pan Okrasa przyrządza krewetki w winie, tylko o tym, co dziś dają: krupnik, czy kapuśniak…
Polska zadomowiona na co dzień na peryferiach, dwa razy w roku – na Boże Narodzenie i na Wielkanoc – pojawia się tysiącami na ekranach w prime time. W karnych rzędach siedzi za długaśnymi stołami czekając na biskupi pokropek.
Jeszcze kilka lat temu ci ludzie chowali twarze przed kamerami. Teraz nie tylko twarzy nie chowają, ale jeszcze słowem chętnie zaświadczają, jakie łaski w wielkiej obfitości na nich spływają. Momentami mam wrażenie, że na moich oczach zrodziło się niepisane, ciche, bez słów, porozumienie między darczyńcami a odbiorcami darów: wy nas nakarmicie, a my imię wasze sławić będziemy. Przysługa za przysługę – dobre słowo za plastikową miskę z bigosem, za plastikową łyżkę i „Fantę” w plastikowym kubku… Ot, takie cichutkie „lokowanie towaru”, komercyjka upichcona na skórze i kościach… Czy na pewno nie jest to powód do poważnego zmartwienia?
Tu, na bocznej praskiej uliczce, bez medialnego blichtru, można zobaczyć Polskę biedną i samotną. I można uświadomić sobie, jak niewiele trzeba, żeby się w niej znaleźć. Wypadek, choroba, śmierć małżonka, redukcja zatrudnienia… i już – jesteś po drugiej stronie. To idzie bardzo szybko.
Piewcy nowych czasów często, często z rechotem, opowiadają jak się żyło w PRL. Że wieczne kolejki, że ocet… Ha, ha, ha!… Nie da się zaprzeczyć, tak było. Były nawet kartki. Kolejki były zmorą codzienności. Zniknęły całkowicie dopiero, kiedy pan Balcerowicz z dnia na dzień podniósł ceny mięsa o kilkaset procent – żebyśmy mogli rozpocząć „życie udane zamiast udawanego”…
No i mamy paradoks – kiedy „nic nie było” nikt nie chodził głodny, kiedy jest wszystko, kwitną darmowe garkuchnie i bożonarodzeniowo-wielkanocna dobroczynność żywieniowa.
Sam więc już nie wiem, co lepsze – zgrzebna sprawiedliwość społeczna, czy miłosierdzie bogatych?
Z punktu widzenia człowieka w samochodzie odpowiedź jest jasna – jest lepiej niż było. Ale z punktu widzenia człowieka z chodnika, który po prostu chce coś zjeść?…

Praska epopeja Żydów Recenzja

Podstawowe skojarzenie z żydowską Warszawą wiąże się przede wszystkim z jej prawobrzeżną częścią, z tym rejonem bliskim śródmieściu Warszawy, głównie Muranowem, którego centrum były legendarne Nalewki, a także takie ulice jak Miła czy Karmelicka. To tam toczył się główny nurt życia żydowskiego w Polsce i w tamtejszej scenerii m.in. Isaac Bashevis Singer umieścił znaczącą część akcji niektórych swoich powieści o żydowskim świecie. To tam Niemcy w 1940 roku zamknęli Żydów w getcie, otaczając ich złowrogim murem. Tymczasem drugą, mocno zapomnianą warszawską sferą życia żydowskiego była prawobrzeżna część miasta – Praga. Te dwie warszawskie sfery żydowskiego życia różni dziś jedno – po tej pierwszej zostały tylko nieliczne ślady, jakby cienie (jakby cień muru gettowego zaznaczony na chodniku). Stłumiwszy powstanie w getcie żydowskim w maju 1943 roku Niemcy zrównali tę dzielnicę z ziemią. Warszawska Praga, w tym substancja pożydowska, generalnie ocalała i została w wojnie tylko „lekko ranna”. Tym samym liczne pozostałości tutejszego żydowskiego życia zachowały się. Nie ocalała co prawda synagoga, która wznosiła się nieopodal obecnego kina „Praha”, rozebrana zresztą na początku lat 50-tych, ale ocalały liczne kamienice, głównie przy ulicach Targowej, Ząbkowskiej, zwanej „praskimi Nalewkami”, Radzymińskiej, Jagiellońskiej (obecnie siedziba Teatru „Baj”), Szerokiej (dziś Kłopotowskiego), Kępnej, Brukowej (dziś Okrzei), Brzeskiej, Markowskiej, Stalowej, Wileńskiej i wielu innych. Z tego powodu, do dziś Praga pozostaje „jedyną dotykalną enklawą mitycznej Warszawy sprzed zniszczenia”. O tej żydowskiej Pradze opowiada w swojej książce Adam Dylewski, autor m.in. „Śladami Żydów polskich”, obszernego przewodnika po Warszawie i „Historii pieniądza na ziemiach polskich”. „Przez kilka wieków mieszkali tu Żydzi – wprowadza nas w temat notka wydawnicza – Ruda, córka Cwiego spoczęła na praskim cmentarzu, Szmul Zbytkower dał nazwę Szmulowiźnie, Gabriel Bergson ufundował Wielką Synagogę, Manas Ryba rozwijał Bazar Różyckiego, a Dawid Rosenblum i Stanisław Najman stworzyli zręby potęgi fabryk Labor i Wulkan”. Wbrew tytułowi, nie tylko nie jest to biograficzna opowieść o „Rudej”, ale niczego się o niej z tej książki nie dowiadujemy. Jej los zniknął w pomroce dziejów, pozostało po niej tylko nazwisko, ale autor uczynił ją niejako znakiem firmowym, personalnym emblematem swojej książki, ponieważ „Ruda”, zmarła w 1753 roku i pochowana na cmentarzu u zbiegu ulic Św. Wincentego i Jacka Odrowąża, była pierwszą osobą pochodzenia żydowskiego z Pragi, której imię dochowało się do naszych czasów. Dylewski niczym taśmę filmowego dokumentu rozwija przed czytelnikiem wirujący, hałaśliwy, żywiołowy żydowski świat, ten świat, którego odległy zarys pokazał Canaletto na swoim słynnym obrazie przedstawiającym unikalną panoramę Pragi widzianą z lewego brzegu Wisły. Wędrujemy z nim przez świat żydowskiego handlu, targowiska i kramy, manufaktury i zakłady fabryczne, przez hałaśliwe życie uliczne, przez bóżnice, synagogi i chedery, od XVIII wieku, poprzez czas II Rzeczypospolitej, aż po kres tego świata, który dokonał się poprzez Holocaust w latach 1939-1943. Daje nam autor drobiazgowy opis kamienic żydowskich (czyli w tym rejonie prawie wszystkich) w tej części Warszawy a także ulic, na czele z Targową, osią żydowskiego życia Pragi, „gęstą od zgiełku, kotłowaniny, szwargotu polsko-żydowskiego”. Zwraca przy tym uwagę, że „w życiu żydowskim Targowa rozdzielała dwie strefy – stricte zarobkową, mieszczącą się z grubsza między Targową, Brzeską i Ząbkowską, od jakby bardziej „duchowej”, na zachód od Targowej, z synagogą, mykwą, Gmachem Wychowawczym, Domem Studentów Żydów i eleganckimi kamienicami mieszkalnymi. Handel ogniskował oczywiście Bazar Różyckiego, konkurujący z Kercelakiem na lewym brzegu”. Narracja prawdziwie dokumentalna (choć, co podkreśla autor, nie naukowa) jest tak drobiazgowa i kalejdoskopowa, że czytelnik tej książki, nie mający ponadnaturalnej pamięci, nie jest w stanie ogarnąć i zapamiętać ogromu detali, ale właśnie ta obfitość faktów, personaliów, obiektów uzmysławia oszałamiające bogactwo tego świata. Ten rozmach opisu sprawia, że czyta się tę opowieść niemal jak epopeję.

 

Adam Dylewski – „Ruda, córka Cwiego. Historia Żydów na warszawskiej Pradze”, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2018, str. 429, ISBN 978-83-8049-775-7

Nie ma pasaży poza Paryżem… Recenzja

…czyli paryżanin prażaninem.

 

Krzysztof Rutkowski (nie mylić ze sławnym, ekscentrycznym detektywem prywatnym) powiedział niedawno w wywiadzie dla „Nowych Książek”, że w gruncie rzeczy żałuje swojej repatriacji z Paryża do Warszawy w roku 2010, po trzydziestu latach pobytu nad Sekwaną. Że jego miejscem na Ziemi jest jednak Paryż. Ja się żalowi Krzysztofa nie dziwię, bo i ja właściwie nieustannie podskórnie do Paryża tęsknię. To miasto-narkotyk, którego nie sposób mieć nigdy dość, choćby na wskroś znało się jego wszystkie wady. Styl Krzysztofa, absolutnie unikalny sposób obrazowania przez niego świata oraz myśli i wrażeń od lat wielbię, pławię się w nim jak kot w walerianie od czasu lektur „Paryskich pasaży”. Przed erudycją Krzysztofa i jej twórczym wykorzystaniem zawsze padam plackiem, jak przed sułtanem. Dlatego pomny rozkoszy lektury jego „paryskich pasaży” i „męczennic z Saint Denis” rzuciłem się jak tygrys na świeże mięso na jego „Warszawskie pasaże”. Jednak po lekturze pierwszego akapitu, z którego można by wywnioskować, że będzie to prawdziwa „wątróbka po warszawsku”, okazuje się ta nadzieja złudną. Bo ledwo Krzysztof napisał o widoku z jego balkonu na Grochowie na Park Skaryszewski i Jezioro Kamionkowskie, już przeskakuje do paryskiej kloaki z 1925 roku i współczuje Mironowi Białoszewskiemu, że nie miał do dyspozycji takich „zejść do piekieł i studzienek ściekowych na sny” jak Walter Benjamin. A potem jeszcze Baudelaire penetrujący rynsztoki i dopiero na sam finał pasażu I, na otarcie łez, wytrysk ze studzienki na roku Brzeskiej i Ząbkowskiej. A już zupełny skandal z pasażem II, gdzie: „Na ulicy Grochowskiej zatrzymał się fiat Punto, z którego wysiadł efeb”, ale potem już do końca pasażu tylko Dionizos, Apollin, Pytie, Sybille i Nietzsche. I tak właściwie jest we wszystkich 43 pasażach, acz w niektórych tego Grochowa odrobinę więcej, ale tylko odrobinę. To zresztą, po prawdzie, pasaże nie warszawskie, lecz lokalne, praskie, i to z Pragi-Północ. Żadnego innego poletka warszawskiego ani dudu, ani Starówki, ani Śródmieścia, ani Woli, ani Ochoty, ani Mokotowa, ani Wilanowa, ani, ani. Jako paryżanin, mimo pewnych skłonności do lokalnego patriotyzmu, był Krzysztof obywatelem całego Paryża (le citoyen de Paris). Jako warszawiak jest tylko prażaninem i to północnym, grochowskim, zakutym, prowincjonalnym, jak napotykani co rusz menele, choćby w krzakach przy Dworcu Wschodnim (po francusku: Gare de l’Est, ale to jednak nie to samo). No więc czyta się te „Warszawskie pasaże” z przyjemnością wielką, jak to Krzysztofa zawsze, stylistę fenomenalnego, ale Warszawy w nich tyle, co kot napłakał. Inna sprawa, że w odautorskim wstępie Krzysztof uczciwie i lojalnie, acz złowieszczo przestrzega: „Okazało się rychło, że techniki wypracowane w Paryżu do niczego nie przydadzą się nad Wisłą. Inny świat – zupełnie inny świat, inne powietrze, inne przebudzenia od śmierci do życia, odpadania od życia od życia ku śmierci, przejścia inaczej tajemne”. Mi tego Krzysztof nie musiałby mówić, mnie nie musiałby ostrzegać, śmiem powiedzieć, że akurat tego, co jak co, ale tego jestem świadom nie mniej niż on. I nawet jeśli i ja odczułem odrobinę rozczarowania, to przecież w końcu nie mogę mieć Krzysztofowi za złe, że to nie jego klimaty Jarosława Marka Rymkiewiczowe wędrowanie wyobraźnią śladami duchów warszawskich jakobińskich wieszatieli, insurgentów 1794 czy króla Stasia i dostrzeganie ich wyrazistych cieni nawet na świeżo wymienionym trotuarze Krakowskiego Przedmieścia z okna biblioteki PAN. Zostawmy zatem w świętym spokoju Warszawę i nie udawajmy że o nią chodzi, a nie o Paryż. A skoro o Paryż chodzi, to cytuję z „Warszawskich pasaży” taki oto passus: „Tu ruiny i tam ruiny. Na Grochowskiej i w Paryżu. Pamiętam kwartał trzynastej dzielnicy sprzed lat trzydziestu pięciu, jeszcze spokojny i cichy, malwy w ogródkach, grajków na dachu i cymbalistę z wiaduktu nad ulicą Chevaleret. Teraz Dom Świętego Kazimierza osaczyły betonowe ściany i przeszklone tafle. Dom się broni, chociaż gęsia skóra coraz częściej wyziera z tynku. Wokół domu piętrzą się ruiny w budowie”.

Mój Boże! Toż to wejście w przestrzeń topograficzną moich wspomnień z pierwszego pobytu w Paryżu, 37 lat temu, bo „trzynastka” była pierwszą dzielnicą Paryża do której dotarłem w pierwszy w moim życiu paryski, sierpniowy wieczór roku 1981. Wieczór, który naznaczył mnie na całe życie i żyje we mnie do dziś. A więc i ja widziałem tamtą ulicę Chevaleret i Dom Świętego Kazimierza, choć nie zauważyłem ani grajków na dachu ani cymbalisty na wiadukcie. Ale malwami z ogródków chyba pachniało, bo ulica była zupełnie inna, przedmiejska, może nawet małomiasteczkowa w klimacie, z oskubanym, szarym murem (opisał go w jednym z wierszy poeta Józef Czechowicz, który był tam w latach trzydziestych) oddzielającym ją od torów kolejowych murem, z którego nic już lub prawie nic nie zostało. Ale wracam tam za każdym pobytem w Paryżu. I w te wakacje też powrócę wrócę. Żeby znów ukąsić proustowskiej magdalenki.

 

Krzysztof Rutkowski – „Warszawskie pasaże”, wyd. Słowo-Obraz-Terytoria, Gdańsk 2018, str. 151, ISBN 978-83-7453-489-5.