Taka historia

Jacek Kaucz (1952-2019

Pochowali Kaucza. Jacka Kaucza, z Wrocławia.
Był prokuratorem. Zaczynał w Polsce Ludowej. Należał do najzdolniejszych. Przeszedł przez stan wojenny. Był sługą państwa. Nie tylko oddanym, ale i mądrym. Jego specjalnością zawodową były przestępstwa gospodarcze. Jego pasją było państwo prawa.
Gdy zaczynał, przestępstwa gospodarcze były banalne – lewe dostawy, lewe faktury, jakiś przewalik na dostawach czegoś do kogoś, podmianka towarów lepszych na gorsze.
Gdy zaczynał był „młodym zdolnym”, gdy kończył był członkiem Krajowej Rady Prokuratury, której głównym zadaniem było zwiększenie autonomii i niezależności prokuratorów od władzy wykonawczej. Był także członkiem zarządu Stowarzyszenia Prokuratorów „Lex Super Omnia” i osobistym wrogiem ministra Ziobro, który ostatecznie złamał jego karierę. Wcześniej podkopywała ją zajadle „Gazeta Wyborcza”, kooperujący z nią dziennikarze i politycy z kręgu dawnej Unii Wolności. Także z kręgu SLD.
Z nich wszystkich po śmierci Kaucza „porządnie” zachowała się jedynie „Gazeta”. W swoim wydaniu wrocławskim, poświęciła mu rzetelny tekst – z gatunku relata refero. Posłużyła się Władysławem Frasyniukiem, wrocławską legendą z czasów stanu wojennego. Frasyniuk słynie ze swego niezłomnego charakteru, nie ma zahamowań, żeby mówić to, co myśli. Podobno zawsze taki był.
Frasyniuk znał prokuratora Kaucza ze swojego procesu w stanie wojennym. Nie żywił do niego urazy, zapamiętał mu, że starał się ulżyć jego losowi, a nawet dwa razy ochronił przed jakąś prowokacją Służby Bezpieczeństwa. Władysław Frasyniuk dobrze wspomniał swojego prokuratora. Dziennikarz napisał więc w komentarzu: „Otwarty, życzliwy, pełen życia. Ale i niejednoznaczny, ze skazą z przeszłości”…
To ładnie ze strony redakcji, że w swym lokalnym wydaniu tak napisali. Na koniec… bowiem, gdy żył niszczyli go w wydaniu głównym. Z redakcją czasem jest jak z odświętną koszulą, którą się zakłada na uroczysty obiad – tak się uświni, że żadną miarą wybielić się tego nie da.

Prokurator stanu wojennego

Największym „grzechem” Kaucza była praca w stanie wojennym.
Przepraszam – że co?! Że niby obowiązkiem każdego Polaka było wtedy iść na barykady? Z jakiej niby racji? Przeciwko własnej Polsce? Ta sama, co dziś flaga, ten sam hymn, ta sama historia. Nasze państwo. Z dzisiejszego punktu widzenia – na pewno koślawe, ale własne. Czy było gdzieś jakieś inne?
Stan wojenny oczywiście się nie podobał – przede wszystkim tym, których gen. Jaruzelski czapką nakrył. Ale większości społeczeństwa się podobał! Większość miała dość strajkowego obłędu, różnych dupków, pół kretynów i kretynów bredzących o równych żołądkach. Dość mieli plakatów, wyzwisk, kłótni o byle co. Większość chciała spokoju, zgody, chciała się dogadać, ale nie było z kim i nie było jak. Trzeba było czekać dziewięć długich lat, żeby się opamiętali. I trzeba było zmian w świecie wielkiej polityki, które odsyłały do lamusa powojenne umowy. Zresztą wszyscy musieliśmy spokornieć, zrozumieć, że tak czy siak jesteśmy skazani – i na to miejsce na ziemi i na siebie.
Jeśli więc musiało już do tego dojść, to lepiej strzelać do siebie słowami (co na przykład ja robiłem), czy tłuc się na paragrafy (jak Kaucz), niż strzelać naprawdę. Lepiej skakać sobie do oczu z piórem w ręce niż z nożem.
Los zdarzył, że Kaucz na swojej drodze spotkał nie tylko Frasyniuka, ale i panią Barbarę Labudę – współpracowniczkę KOR-u, romanistkę, na koniec urzędniczkę w Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Zabić Kaucza

Gdy w pewnym momencie zawodowej kariery Kaucz został zastępcą Prokuratora Generalnego, pani Labuda oznajmiła, że w śledztwie w stanie wojennym postępował z nią „podle” i „nikczemnie”, więc nie może zrozumieć, że taki ktoś ma zajmować „tak ważną funkcję”. „Przecież można robić coś innego, przecież nasi ubecy często pracują gdzie indziej, nawet znacznie lepiej zarabiają. To nie chodzi o wykluczenie kogoś ze społeczeństwa, tylko akurat z tej dziedziny, która jest tak ważna dla pewnej czystości postępowania, dla etyki” – mówiła pani Labuda. Dziwne, czyż nie? Frasyniuka traktował po ludzku, a na panią Labudę się uwziął?
Barbara Labuda dodawała: „Jestem jedną z ostatnich osób, które można oskarżyć o to, że jest we mnie mściwość, żądza odwetu, czy pamięć o tamtych czasach – ja to wymazuję, uważam, że budujemy naprawdę wspólną Polskę. Ale czasem się dziwię”…
Faktycznie – co do „można pracować gdzie indziej”, miała rację. Zanim prezydent Kwaśniewski skończył swą drugą kadencję, wysłał swoją ministerkę do „pracy gdzie indziej”. Do Luksemburga mianowicie, w charakterze ambasadorki. Jest romanistką, było nie było…
Kaucz był doskonałym prokuratorem. Wypowiedź pani Labudy w Radiu Zet zapoczątkowała jednak nowy rozdział w jego życiu. Gdzie się nie ruszył, tropiła go „Gazeta Wyborcza” niczym pan minister Ardanowski dziki. Nagonkę prowadził red. Adam Michnik – wówczas niekoronowany król dusz. W liście do premiera Millera apelował, by „ludzie, którzy splamili się oportunizmem i dyspozycyjnością”, nie kierowali wymiarem sprawiedliwości. To był strzał, jak mówią myśliwi – „na komorę”. Strzał-komenda do palby gęstej i bynajmniej nie bezładnej. Radio Zet, Monika Olejnik, „Gazeta Wyborcza”, no i prezydent Kwaśniewski, który oświadczył, że oczekuje od minister Piwnik (wówczas minister sprawiedliwości) wyjaśnień w sprawie nominacji Kaucza… Miller, który jako jedyny go bronił, musiał w końcu ustąpić – Kaucz podał się do dymisji.
Przeważyła opinia prof. Kieresa, ówczesnego szefa IPN, który ogłosił, że nazwisko Andrzeja Kaucza figuruje w protokole wyroku wrocławskiego sądu z 1983 r., skazującego Barbarę Labudę na półtora roku więzienia. Potwierdził to podobno odpis wyroku, który znajduje się w archiwum Arcybiskupiego Komitetu Charytatywnego we Wrocławiu oraz fotokopia aktu oskarżenia przeciwko Barbarze Labudzie podpisanego przez Kaucza… Odpis, fotokopia – za dużo dziś wiemy o różnych dokumentach-odpisach i dokumentach-fotokopiach, będących rzekomo dowodami na oskarżenia, by uznawać je za wiarygodne. Sam mam przykre doświadczenia z tzw. „lojalką Kaczyńskiego”. „Fotokopie”, „odpisy” nie robią więc na mnie żadnego wrażenia.
Robią natomiast wrażenie relacje świadków, zwłaszcza te znane wcześniej, a dziś pomijane milczeniem. Robią na mnie wrażenie także relacje osób bezpośrednio zaangażowanych w wydarzenia, a dotąd milczących.
Cytat za Naszemiasto.pl Wrocław (10 listopada 2001 r.), autor Łukasz Medeksza. „Labuda się myli”:
„Andrzej Kaucz na 100 proc. nie był oskarżycielem w procesie Barbary Labudy w 1982 r. – powiedział nam anonimowo prokurator, który w latach 80. pracował we wrocławskiej prokuraturze i dużo wie o ówczesnych procesach politycznych.
– Kaucz nie oskarżał Labudy. To pewne – powiedział nam.”…
Jeśli zaś chodzi o świadków dotąd milczących. Otóż dowiedziałem się niedawno, że gdy wybuchła „afera z Labudą”, Kaucz spotkał się z dwoma kolegami prokuratorami ze swojej byłej „brygady tygrysa”. Zastanawiali się, co robić? Jednym z nich był dyrektor jednego z departamentów ówczesnej prokuratury wojewódzkiej. Wszyscy trzej wiedzieli, że to właśnie on podpisał się na druku opatrzonym pieczątką „Jacek Kaucz”. Kaucz uznał jednak, że skoro uderzenie wymierzone jest w niego, to niech tak zostanie, niech już nikogo innego z jego dawnego zespołu nie włóczą po mediach. Czuł się odpowiedzialny za swój zespół nawet wtedy, gdy on już nie istniał.
Kaucz miał opinię świetnego prokuratora. W ministerstwie sprawiedliwości znalazł się po dymisji Lecha Kaczyńskiego, z nominacji nowego ministra, Stanisława Iwanickiego. Iwanicki to – jeśli chodzi o pojmowanie prawa – ortodoksa. Porządny, zdeklarowany prawicowiec, w przeszłości znajomy i doradca biskupów. I właśnie on jedną z pierwszych swoich decyzji wprowadzał do ministerstwa „komucha”.
Mimo setek prób i tysiąca podchodów Kaucz wywalić z pracy się nie dał. Był wzorowym urzędnikiem, wybitnym prawnikiem. Informatyzował ministerstwo. Startował w konkursach na stanowiska w nowej, autonomicznej Prokuraturze Generalnej. Każdy wygrywał, ale Minister–Prokurator Generalny nowej, oddzielonej od Ministerstwa Sprawiedliwości Prokuratury, szafę z awansami zamknął przed nim na klucz. Platformersi nie dopuszczali do siebie myśli, że Kaucz może być wysokim urzędnikiem w ich rządach. Bez wstrętu obronili Ziobrę przed Trybunałem Stanu, ale zgody na awanse dla Kaucza strawić nie mogli. Proszę pamiętać, że do „dobrej zmiany” było jeszcze ładnych parę lat. Platformersi musieli zostać wpierw solidnie przez PiS-obici, żeby w końcu zrozumieli, że warto pracować z „komuchami”, a nawet współpracować z nimi w wymiarze politycznym. Musiało pojawić się realne zagrożenie dla wartości europejskich, dla Polski, jako członka Unii Europejskiej i dla nich osobiście, żeby zaświtała w ich główkach myśl o niezbędności Koalicji Europejskiej.
Mimo jawnej dyskryminacji Jacek Kaucz nie próżnował. Uczył się zażarcie, na potęgę, nie dał się wypchnąć poza zawodowy nawias. Dorobił się marki rzadkiej klasy fachowca w śledztwach gospodarczych. Żeby lepiej rozumieć mechanizmy giełdy, ukończył kurs dla maklerów. W stan spoczynku odszedł po przejęciu władzy przez PiS w 2016 r.
Wielokrotnie, publicznie krytykował Ziobrę, nad którym miał pod względem zawodowym przewagę liczoną w latach świetlnych. Z symbolu „komucha ze stanu wojennego” stał się symbolem obrońcy porządku prawnego, godności prokuratorskiej, trwania przy pryncypiach państwa prawa, gotowości do ich obrony…

My „od Jaruzela”

Każdy z nas – tych od „Jaruzela” – czuł się państwowcem. I tak postępował – w naszym rozumieniu broniliśmy dobra wspólnego, Polski. Nie chodziliśmy do obcych ambasad, nie wyciągaliśmy ręki po ich „stypendia”, nie zabiegaliśmy znikąd o paczki, nigdzie nie nadawano nam pseudonimów. Występowaliśmy publicznie, jawnie, z podniesioną głową. Robiliśmy to z przekonania i z poczucia służby ojczyźnie. Tacy pozostaniemy do śmierci. Uznajemy współczesną Polskę, kochamy ją, bo to ciągle nasza ojczyzna, innej nie mamy. Gdybym był młodszy, a Kaucz gdyby żył, też byśmy stawali w jej obronie. On już nic nie może, a ja nadaję się wyłącznie do roli w jakimś wojennym filmie zatrudniającym statystów w charakterze bezbronnej ludności cywilnej.
Nasi vis-à-vis z tamtych czasów Polskę Ludową uznawali, dopóki było im z nią po drodze – dopóki studiowali, zdobywali tytuły naukowe, pozycję, splendory, sławę. „Towarzysze robotnicy” zaś – dopóki dało się cokolwiek „skombinować”. Jak już nie było co, to zaczęli walkę o „godność”.
Zgoda – wielu, zwłaszcza intelektualistów, a i niektórzy robotnicy (znów ten Frasyniuk) – kierowało się zasadami, często spiżowymi, ale większość? Za dużo widziałem, żeby z dobrą wiarą przyjmować takie banialuki – kiedyś lipne „dzieci Zamojszczyzny”, lipni „bohaterowie” AL, potem AK, dziś „bohaterowie podziemia”, którzy niczym premier Morawicki przeszli bojowy szlak walki z komuną od przedszkola aż po wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej.
To nie przypadek, że tak widowiskowo biorą się za łby. Tacy są! Podzieli Polskę na „naszą” i „waszą”, na: „Tu jest Polska”! Nie, w życiu – „Tu jest Polska”! „Moja jest mojsza od twojej!”… Własnej historii nie potrafią uszanować, drą koty z okazji każdej swojej rocznicy, balansują na granicy faszyzmu, nie mają wstydu, godności, krztyny szlachetności, odrobiny kultury. Potrafią tylko wycierać swoje „mordy zdradzieckie” zwitkami pieniędzy, „które im się słusznie należały”. Z własnych życiorysów zrobili ściery do wycierania przeciwników z ulic i pomników.
To jest ich klęska. To jest nasze zwycięstwo po latach.
Ale walka o Polskę, o nasze własne życiorysy się nie skończyła. Każdy z nas, na miarę sił i możliwości, będzie ją prowadził do końca. Tak, jak Jacek Kaucz. Żegnaj stary druhu!